Wydawca: Wydawnictwo e-bookowo Kategoria: Styl życia Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 85 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Włóczęga w pięciu smakach. Mzungu - Piotr Tederko

Autor wraz z Dominiką postanawiają sprawdzić, czy w cieniu największych atrakcji turystycznych Afryki Wschodniej znaleźć można jeszcze miejsca warte zbłądzenia... Notowane na żywo zdarzenia i refleksje oddają rytm tej czarującej podróży poza poczucie pewności siebie i granice zaskoczenia. Dowiesz się, czy bezpiecznie jest schodzić z wyznaczonego szlaku, czy bać się Czarnych, jak za parę groszy włóczyć się po bezdrożach kontynentu, nie dać się orżnąć cwaniakom i zawodowym naciągaczom, co jeść i gdzie spać. Ścieżka włóczęgi wiedzie przez zapadłe wioski, skwarny busz i podłe drogi. Obok tych, którzy nauczyli się korzystać z naiwności Białego, spotkasz tu ludzi, żyjących skromnie, godnie i zwyczajnie. Zagościsz w kolorowym świecie nie dla Białych, lecz gdy pozbędziesz się złudzeń egzotyki, w tej dalekiej podróży poczujesz się jak w domu. I nie będziesz chciał wrócić.

Opinie o ebooku Włóczęga w pięciu smakach. Mzungu - Piotr Tederko

Fragment ebooka Włóczęga w pięciu smakach. Mzungu - Piotr Tederko

Piotr Tederko

WŁÓCZĘGA W PIĘCIU SMAKACH

mzungu

© Co­py­ri­ght by Piotr Te­der­ko

Pro­jekt okład­ki: Piotr Te­der­ko we współ­pra­cy z Do­mi­ni­ką Bor­kow­ską

Zdję­cie na okład­ce: Piotr Te­der­ko

Ilu­stra­cje: Piotr Te­der­ko

ISBN 978-83-272-3931-0

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne.

Roz­po­wszech­nia­nie i ko­pio­wa­nie ca­ło­ści lub czę­ści pu­bli­ka­cji za­bro­nio­ne bez pi­sem­nej zgo­dy au­to­ra.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

jesteś poza trasą

Ke­nia to pań­stwo, w któ­rym 63% do­cho­du na­ro­do­we­go po­cho­dzi z tu­ryst­ki. Czy ozna­cza to, że cały kraj ob­ró­cił się w ko­mer­cję i wszyst­ko jest dla bia­ło­skó­rych przy­by­szów z wy­pcha­ny­mi sa­kiew­ka­mi? Czy w Ke­nii są jesz­cze miej­sca dla włó­czę­gów gro­szem nie śmier­dzą­cych i za nic ma­ją­cych luk­su­sy, pla­że i ucie­chy współ­cze­sne­go sa­fa­ri? Samo sło­wo sa­fa­ri ule­gło de­wa­lu­acji. W su­ahi­li ozna­cza po pro­stu po­dróż, bez kon­tek­stu uga­nia­nia się opan­ce­rzo­nym wo­zem po par­ku peł­nym lwów i sło­ni. Zresz­tą su­ahi­li od za­ra­nia ma za­bar­wie­nie mer­kan­tyl­ne. Od cza­su po­wsta­nia, gru­bo po­nad ty­siąc lat temu ję­zyk ten speł­nia za­da­nie wschod­nio­afry­kań­skiej od­mia­ny lin­gua fran­ca. Na po­cząt­ku uła­twiał Ara­bom z Oma­nu i przy­by­szom z Pen­dża­bu eks­plo­ata­cję Czar­ne­go Lądu. Po­tem bar­dziej niż Afry­ka­nom słu­żył na­jeźdź­com z Eu­ro­py. Do­słow­ne zna­cze­nie w su­ahi­li nada­ne Bia­łe­mu to ru­tu­ku, czy­li czer­wo­ny. Naj­czę­ściej jed­nak przy­by­sza z Eu­ro­py okre­śla się mia­nem mzun­gu, czy­li ko­goś, kto wa­łę­sa się bez celu. By­ło­by to wschod­nio­afry­kań­skie okre­śle­nie włó­czę­gi?

Do­mi­ni­ka i pi­szą­cy te sło­wa po­sta­na­wia­ją spraw­dzić, czy w cie­niu naj­więk­szych atrak­cji tu­ry­stycz­nych Afry­ki Wschod­niej zna­leźć moż­na jesz­cze ja­kieś miej­sca war­te zbłą­dze­nia. Suk­ces prze­cho­dzi ocze­ki­wa­nia. Ke­nia to kraj, gdzie za każ­dym drze­wem na­po­tkasz ślad pra­dzie­jów. Pier­wot­ność. Tu nie obo­wią­zu­ją re­gu­ły Bia­łych i rze­czy­wi­stość pły­nie jak sen, bez cza­su. Żyje się ja­skra­wo­ścią nie­zna­nych ko­lo­rów. Pod cien­ką skór­ką re­al­no­ści ła­two na­ma­casz nie­obro­bio­ny ar­che­typ. Nie ma już Na­iro­bi, Mo­unt Ke­nya czy Wik­to­rii. Jest Mia­sto, Góra i Je­zio­ro. Mie­nią się świe­żo­ścią barw, jesz­cze nie roz­cień­czo­nych hi­sto­rią. Świat świa­tłem i desz­czem po­cią­gnię­ty uja­wi­nia au­ten­tyzm i bli­skość chwi­li stwo­rze­nia. Tak samo, jak za­miesz­ku­ją­cy je Czło­wiek, któ­ry ze swą pro­sto­tą i spon­ta­nicz­no­ścią jak­by do­pie­ro z łona Zie­mi się wy­do­był. Ze­psu­ty przez luk­su­sy przed­sta­wi­ciel sta­rej bia­łej cy­wi­li­za­cji, na wszyst­ko ma­ją­cy od­po­wiedź, spie­szą­cy bez ustan­ku i prze­zna­cze­nia nie ma dziś sił, by za­wład­nąć du­szą Afry­ki. Co naj­wy­żej przy­bie­rze po­stać ła­twe­go źró­dła za­rob­ku i skło­ni dzie­ciar­nię do ha­ła­śli­wej a tłum­nej że­bra­ni­ny. Star­si w mil­cze­niu zdo­bę­dą się na unie­sie­nie brwi si­ląc się na wy­raz po­wierz­chow­ne­go sza­cun­ku.

Włó­czę­ga za­ta­cza po­gma­twa­ną pę­tlę wio­dą­cą przez bez­dro­ża, wsie i pro­win­cjo­nal­ne mia­stecz­ka. Mimo ba­rie­ry stwa­rza­nej przez ję­zyk, na­wy­ki i ko­lor skó­ry, na­ma­cal­na bli­skość miesz­kań­ców Afry­ki w za­tło­czo­nych au­to­bu­sach i na zgieł­kli­wych ba­za­rach po­zwo­li­ła od­czuć, że mzun­gu, to nie taki dia­beł strasz­ny jak go bia­łą far­bą ma­lu­ją.

Wkra­cza­jąc na kar­ty książ­ki na­ra­żasz się na na­wo­ły­wa­nia Twe­go we­wnętrz­ne­go GPS-u , któ­ry po­in­for­mu­je Cię, że je­steś poza tra­są, co­raz da­lej od Celu. Ale i co­raz bli­żej Prze­zna­cze­nia. Bo dla włó­czę­gi waż­niej­sze od tego skąd i do­kąd zmie­rza jest to, co go po dro­dze spo­tka.

„In­a­czej ze mną. Je­że­li cza­sem wej­dę w od­le­głe od cen­trum, głę­bo­kie i rza­dziej uczęsz­cza­ne za­uł­ki tej dziel­ni­cy, małe dzie­ci będą ucie­kać przede mną ile sił w no­gach i cho­wać się po ką­tach. To dla­te­go, że je­śli kie­dyś coś na­pso­cą, mat­ki mó­wią im: – Bądź­cie grzecz­ne, bo in­a­czej zje was mzun­gu”.

Ry­szard Ka­pu­ściń­ski: He­ban

moja

Moja po­dróż do ją­dra ciem­no­ści roz­po­czę­ła się dwie noce przed pla­no­wa­nym od­lo­tem do Na­iro­bi. Mia­łem wte­dy na­stę­pu­ją­cy sen: z Ke­nii przy­wio­złem so­bie żonę. Żona ta za­miesz­ka­ła w ła­zien­ce znaj­du­ją­cej się w sta­nie apo­ka­lip­tycz­ne­go re­mon­tu. Afry­kań­ski oby­czaj na­ka­zu­je, by pod dach wraz z żoną przy­jąć tak­że du­chy jej zmar­łych przod­ków. Miesz­ka­ły one w wiel­kiej ła­zien­ko­wej sza­fie, któ­rą na­le­ża­ło ro­ze­brać, po­rząd­nie ob­si­kać i za­ko­pać pod łóż­kiem. Tak wła­śnie uczy­ni­łem i za­le­cam nie­zwłocz­nie uczy­nić Czy­tel­ni­kom.

mbili

Lot­ni­sko Jomo Ke­ny­at­ta po­ło­żo­ne jest na żół­to­czer­wo­nym pu­styn­nym pła­sko­wy­żu. Ro­sną­ce tu aka­cje mają ae­ro­dy­na­micz­ne ko­ro­ny, jak­by wy­stru­ga­ne pa­lą­cym po­wie­trzem spod brzu­chów od­rzu­tow­ców.

Imię mia­sta, Na­iro­bi – jak utrzy­mu­ją nie­któ­rzy – po­cho­dzi od ma­saj­skich słów „enka­re ny­ro­bi” na okre­śle­nie oko­li­cy z zim­ny­mi źró­dła­mi. Współ­cze­sna rze­czy­wi­stość, któ­rą nie­źle od­da­je dusz­ny kli­mat po­wie­ści „Uli­ca Rzecz­na” Meji Mwan­gi, ma na po­twier­dze­nie tego zna­cze­nia bar­dzo nie­wie­le, co naj­wy­żej okre­so­we epi­de­mie ma­la­rii zwią­za­ne z po­ło­że­niem mia­sta na ba­gnach. Bliż­sze re­aliom wy­da­je się po­łą­cze­nie przed­rost­ka naj- i robi, bę­dą­ce­go lo­kal­nym zdrob­nie­niem an­giel­skie­go rob­be­ry. Na­iro­bi uzna­ne zo­sta­ło za jed­no z naj­bar­dziej nie­bez­piecz­niej­szych miast na świe­cie nie tyl­ko z po­wo­du roz­po­wszech­nie­nia na­pa­dów ra­bun­ko­wych i roz­bo­jów, ale i licz­nych ak­tów ter­ro­ru. Naj­słyn­niej­szy był do­ko­na­ny w w 1998 roku atak bom­bo­wy na am­ba­sa­dę USA, w któ­rym zgi­nę­ło nie­mal 200 osób. Krze­piąc się ta­ki­mi bu­du­ją­cy­mi roz­wa­ża­nia­mi scho­dzi­my z po­kła­du sa­mo­lo­tu na Czar­ny Ląd i z ulgą wi­ta­my na­sze ple­ca­ki od go­dzi­ny krą­żą­ce na ta­śmie w po­cze­kal­ni. Wiza kosz­tu­je 50 do­la­rów.

Na ze­wnątrz ude­rza ścia­na cie­pła o za­pa­chu doj­rza­łych ba­na­nów. Tuż po prze­kro­cze­niu drzwi lot­ni­ska wó­zek z na­szy­mi ple­ca­ka­mi przy­kle­ja się do rąk czar­ne­go ele­gan­ta w pur­pu­ro­wej ma­ry­nar­ce. My przy­kle­ja­my się do pla­sti­ko­wej ta­pi­cer­ki tak­sów­ko­wych fo­te­li. Prze­jazd do cen­trum Na­iro­bi kosz­tu­je zwy­cza­jo­wo 1000 szy­lin­gów, czy­li 20 do­la­rów. Dro­go, lecz mimo kon­ku­ren­cji wśród prze­woź­ni­ków nie daje się star­go­wać ceny.

Do­mi­ni­ka ma­ją­ca zna­jo­mo­ści wszę­dzie, ma je rów­nież w Na­iro­bi. Kie­ru­je­my się na Moi Ave­nuei do So­na­lux Bu­il­ding, na pod­da­szu któ­re­go znaj­du­je się agen­cja tu­ry­stycz­na Pla­net Sa­fa­ri, kie­ro­wa­na przez do­mi­ni­ko­wą zna­jo­mą, pa­nią Lucy Wa­muyu Nja­aga. W cia­snej win­dzie So­na­lux spo­ty­ka­my się z cie­ka­wym miej­sco­wym zwy­cza­jem. Prze­wa­ga li­czeb­na po­ten­cjal­nych pa­sa­że­rów ocze­ku­ją­cych na win­dę jest miaż­dżą­ca w sto­sun­ku do szczę­śliw­ców, któ­rzy do tej win­dy wcze­śniej się zdo­ła­li we­pchnąć. Wsku­tek tego po otwar­ciu drzwi np. na par­te­rze po­cząt­ko­wo do­cho­dzi do pa­ra­dok­sal­ne­go prze­pły­wu ciał do środ­ka win­dy. Do­pie­ro po ro­ze­pcha­niu jej po­nad mia­rę, gdy klat­ka scho­do­wa nie­co się roz­luź­ni, ci, któ­rzy do­je­cha­li do celu, do­sta­ją szan­sę na wy­peł­znię­cie na ze­wnątrz. Je­śli nie mają wy­star­cza­ją­cej siły prze­bi­cia (prze­ci­sku), jesz­cze nie raz prze­ja­dą się tym eks­cy­tu­ją­cym środ­kiem lo­ko­mo­cji, w któ­rym za­wsze bra­ku­je po­wie­trza.

Ulicz­ny zgiełk Na­iro­bi, nie­ustan­ne trą­bie­nie, ja­zgot i po­krzy­ki­wa­nia do­cie­ra­ją na 9 pię­tro So­na­lux Bu­il­ding. Mia­sto wy­peł­nia chma­ra roz­pę­dzo­nych po­jaz­dów i kłę­bią­ca się ciż­ba. Lu­dzie tu barw­ni i cze­pial­scy. Mnó­stwo ta­kich, któ­rych za­ję­cie po­le­ga na cze­ka­niu. Sie­dzą pod skle­pa­mi, w cie­niu drzew, na chod­ni­ku. Nie­któ­rzy po­grą­że­ni w drzem­ce, inni za­ję­ci ob­ser­wa­cją ulicz­ne­go ru­chu. W Pla­net Sa­fa­ri tkwi mło­dy chło­pak, któ­ry jest chy­ba stój­ko­wym: ubra­ny mimo upa­łu w szczel­ny or­ta­lio­no­wy uni­form, przez cały dzień stoi na bal­ko­nie to ty­łem, to przo­dem do uli­cy, nie zdra­dza­jąc za­in­te­re­so­wa­nia żad­ną czyn­no­ścią, może poza me­dy­ta­cją. Mzun­gu dla więk­szo­ści ta­kich stój­ko­wych jest głów­nym źró­dłem do­cho­dów. Już krót­ki spa­cer głów­ny­mi uli­ca­mi przy­no­si wra­że­nie, że prze­cięt­ny miesz­ka­niec Na­iro­bi jest jed­no­cze­śnie tak­sów­ka­rzem, prze­wod­ni­kiem po mie­ście, agen­tem sa­fa­ri, tra­ga­rzem, kie­szon­kow­cem, wy­ko­naw­cą mu­zy­ki reg­gae, ar­ty­stą lu­do­wym i za­wo­do­wym Ma­sa­jem. Spo­ty­ka­my dżen­tel­me­na, któ­ry przed­sta­wia się jako afry­kań­ski Pi­cas­so i prze­mo­cą chce nas za­brać do swej ga­le­rii, w któ­rej za­opa­trzy­my się w nie­zbęd­ną licz­bę pa­mią­tek z cer­ty­fi­ka­tem au­ten­ty­zmu i naj­pięk­niej­szo­ści.

Mimo kło­po­tli­we­go to­wa­rzy­stwa w po­sta­ci wlo­ką­ce­go się za nami ogo­na Czar­nych za­chwa­la­ją­cych to za­le­ty kra­ju, to przy­mio­ty oso­bi­ste, uda­je nam się od­być spa­cer po re­pre­zen­ta­tyw­nej czę­ści śród­mie­ścia. Prze­stron­ny i ra­czej wy­lud­nio­ny Plac Miej­ski ota­cza­ją bu­dy­nek par­la­men­tu, Ka­te­dra Świę­tej Ro­dzi­ny, ra­tusz, sie­dzi­ba mi­ni­ster­stwa spra­wie­dli­wo­ści wy­po­sa­żo­na w żół­te skrzy­necz­ki dla do­no­si­cie­li. Pod­sta­rza­ły wie­żo­wiec w kształ­cie ogrom­nej śru­by to Cen­trum Kon­fe­ren­cyj­ne Ke­ny­at­ta. Nie­opo­dal jest wy­pra­żo­ny przez słoń­ce park ze spi­żo­wą po­do­bi­zną ce­sa­rza Ha­ile Se­las­sie I (przez wie­lu uwa­ża­ne­go za wcie­le­nie Boga). Od­no­szę wra­że­nie, że nie­licz­ne bla­de twa­rze ogra­ni­cza­ją swą obec­ność do re­wi­ru pię­cio­gwiazd­ko­wych ho­te­li. Na­sze po­ja­wie­nie się na zwy­kłej uli­cy wy­wo­łu­je zdu­mie­nie wszech­obec­ne­go he­ba­nu.

Do na­szych uszu ze­wsząd do­cie­ra me­lo­dyj­ny ję­zyk mięk­kich gło­sek lub śpiew­nie udźwięcz­nio­ny an­giel­ski. Su­ahi­li to po­pu­lar­ny w Ke­nii, Tan­za­nii i Ugan­dzie ję­zyk po­wsta­ły przez zmie­sza­nie an­giel­skie­go, ho­len­der­skie­go, por­tu­gal­skie­go, gu­dża­ra­ti, arab­skie­go i na­rze­czy Ban­tu. Do­mi­ni­ce me­lo­dia ję­zy­ka przy­po­mi­na ko­re­ań­ski. Dla mnie na­to­miast jest to ję­zyk naj­bar­dziej zbli­żo­ny do ro­syj­skie­go, ze wzglę­du na swoj­sko brzmią­cy mię­dzy­na­ro­do­wy py­taj­nik „aa?”, zna­ny każ­de­mu, kto w Ro­sji by­wał lub nie by­wał.

Na­iro­bi nig­dy nie było prze­zna­czo­ne dla Czar­nych. Krót­ka hi­sto­ria Mia­sta po­ka­zu­je, że od za­ra­nia sta­no­wi­ło przed­miot spo­rów i sie­dli­sko wro­go na­sta­wio­nych przy­by­szów. Osa­dę za­ło­ży­li w 1899 Bry­tyj­czy­cy na zie­mi za­miesz­ki­wa­nej przez ple­mię Ki­kuyu. Była to po­cząt­ko­wo tyl­ko sta­cja ko­le­jo­wa. Ko­lej bu­do­wa­no na tych te­re­nach w ostat­niej de­ka­dzie XIX wie­ku mimo mimo zbroj­ne­go opo­ru lo­kal­nych ple­mion. Do­god­ne po­ło­że­nie w po­ło­wie li­nii Kam­pa­la - Mom­ba­sa, do­sta­tecz­na ilość wody z po­bli­skich rzek, a tak­że nie­zbyt upal­ny kli­mat wy­ni­ka­ją­cy z po­ło­że­nia na wy­so­ko­ści 1795 m n.p.m. za­de­cy­do­wa­ły o po­pu­lar­no­ści osa­dy wśród Bry­tyj­czy­ków i za­de­cy­do­wa­ły o dy­na­micz­nym roz­wo­ju Mia­sta, nie­mal od po­cząt­ku ist­nie­nia za­sły­nę­ło jako cen­trum my­śli­stwa i tu­ry­sty­ki. W 1905 roku prze­nie­sio­no tu z Mom­ba­sy sie­dzi­bę władz bry­tyj­skie­go pro­tek­to­ra­tu. Na­iro­bi sta­ło się sto­li­cą Bry­tyj­skiej Afry­ki Wschod­niej w 1907.