Opis

Miłość znajdziesz tam, gdzie najmniej się jej spodziewasz

Dwudziestoczteroletnia Stefania doskonale wie, jak smakuje sukces. Skończyła z wyróżnieniem studia dziennikarskie, pracuje w prestiżowym piśmie kobiecym, a jej książki cieszą się niesamowitą popularnością wśród nastolatek. Stać ją na mieszkanie w centrum Warszawy, dobry samochód i markowe ciuchy.

Kiedy z rodzinnej Drzewicy, z której wyjechała jako nastolatka, przychodzi zaproszenie na ślub jej kuzynki, uznaje, że jest już dość silna, by zmierzyć się z traumą z przeszłości, od której uciekła do stolicy. Ten nieoczekiwany powrót do przeszłości okaże się dla niej początkiem czegoś nowego. Czegoś, na co czekała przez całe życie.

Właśnie tak! pozornie wydaje się być słodką historią pełną serduszek. Jednak w rzeczywistości to niezwykle wzruszająca powieść.
Magdalena Szymczyk, www.czytammwpociagu.blogspot.com

Nowe wcielenie Ani Szafrańskiej! Dotychczas autorka dała się poznać jako znawczyni gatunku new adult, a teraz podjęła się nowego wyzwania i stworzyła powieść obyczajową, łączącą w sobie to, co najlepsze: ciekawą treść, okraszoną dawką dobrego humoru! Szczerze polecam i już niecierpliwie oczekuję drugiego tomu!
Adriana Rak, blogerka, autorka powieści "Uwikłani"

Lubicie niecierpliwe pożeranie oczami kolejnych stron, by jak najszybciej dowiedzieć się, co wydarzy się dalej? Jeśli tak, to koniecznie przeczytajcie najnowszą książkę Anny Szafrańskiej! Właśnie tak! skradnie wasze serca, a bohaterowie staną się przyjaciółmi.
Katarzyna Pessel, http://takijestswiat.blogspot.com/

Anna Szafrańska – przygodę z pisaniem zaczęła, mając trzynaście lat. Do dziś przechowuje pamiątkowe zeszyty, w których zapisywała swoje pierwsze powieści. Gdy skończyła osiemnaście lat publikowała w internecie pod pseudonimem Anna Scott swoje pierwsze fanfiction oraz zaczęła pisać „Teatr życia”, znany jako „Widmo grzechu” i „Grzech pierworodny”. Absolwentka dziennikarstwa i komunikacji społecznej, która nigdy nie pracowała w swoim zawodzie. Miłośniczka książek Jane Austin, sióstr Brontë oraz wszelkich adaptacji filmowych z nimi związanych. Pisanie traktuje jako spełnienie marzeń i drogę życia. Ciekawostka: ma dwukolorowe oczy.
Forum: Forum Fanów książek Ani Szafrańskiej
FP: facebook.com/annaszafranskaauthor
instagram: instagram.com/annaszafranskaauthor

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 278

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


ROZDZIAŁ 1

Jezu, ja tego nie przeżyję!

Panikowałam. Koniec. Mówię poważnie.

Nie wysiadam i jadę dalej. A niech mnie wywiozą. Nawet na Ukrainę…

Dałam sobie mentalny policzek. Może Ukraina w tym momencie nie była najlepszym pomysłem, biorąc pod uwagę ostatnie zawirowania polityczne. No to Przemyśl. Zawsze chciałam zwiedzić Przemyśl. Przemyśl to całkiem… przemyślanie?

Cholera jaśnista.

W końcu na mnie czekają.

Nie jestem niewdzięczna, jednak występy publiczne i to, jaką będę atrakcją po przyjeździe do miasteczka, to nie moja bajka.

Książę Filip zamiauczał poirytowany ze swojego transportera. No tak, jemu też dłużyła się podróż z Warszawy. Po raz kolejny nawiedziła mnie myśl, czemu, do czorta, nie wzięłam samochodu?

Aha. No tak.

Podejrzewam, że moje audi byłoby dla miejscowych stanowczo zbyt wielkim szokiem kulturowym. Wystarczy, że pojawię się osobiście. Stare plotkary i tak przez tydzień będą zeskrobywać język z chodnika.

Pociąg zaczął z wolna wjeżdżać na obskurną stacyjkę położoną w szczerym polu.

Jakiś miły chłopak stojący przede mną otworzył drzwi – swoją drogą był to archaiczny zamek, którego bałam się dotknąć w obawie, że oderwie mi rękę – i wyskoczył na peron. Ochoczo pomógł mi wytaszczyć dwie wielgachne walizki na wyłożony kostką peron, po czym wyciągnął rękę, by odebrać ode mnie Księcia Filipa. Oczywiście Filip prychał jak zarzynany, gdy tylko wypuściłam go z rąk.

Blondyn, na oko dwudziestolatek, wyszczerzył się, mierząc mnie od góry do dołu łakomym spojrzeniem i wsiadł do pociągu.

Tak. Pociągałam mężczyzn. W każdym wieku. Ale czy mi to imponowało? Bynajmniej. Nigdy nie czułam się dobrze, stając z nimi sam na sam. Można za to winić moją chroniczną nieśmiałość, która aktywowała się za każdym razem, kiedy osobnik płci męskiej bezczelnie taksował mnie wzrokiem… Dobra. To był sarkazm. Jestem stuprocentową kobietą, więc oczywiście imponuje mi zachwyt mężczyzn. Uśmiechnęłam się promiennie w podzięce, co zaowocowało tym, że biedaczek zsunął się z jednego stopnia i o mały włos nie rozłożył na peronie.

Chichocząc, postawiłam Filipa na walizce, by sprawdzić, jak jego majestatyczne dupsko zniosło podróż.

– Stefcia!

Skrzywiłam się.

Nie na to, że siostra mojej mamy wymachiwała jak opętana, stojąc po drugiej stronie peronu, ale na swoje imię. Nie cierpiałam go.

Może to nie nowość, bo pewnie jest wiele osób na tej biednej planecie, które gardzą swoim imieniem do tego stopnia, że je zmieniają. Ale cóż. Nie ja. Nie lubiłam go, ale szanowałam. To błędne koło, które teraz mnie przytłoczyło, gdy spojrzałam na ciocię Irenkę.

Więc tak wyglądałaby teraz mama…

Nerwowo przełknęłam ślinę.

– Cześć, ciociu – wybąkałam, przywołując na twarz krzywy uśmiech.

– Aleś się odstrzeliła! Wyglądasz jak te gwiazdy z telewizji!

Porwała mnie w ramiona, dusząc w mocnym uścisku.

Ciocia praktycznie nigdy nie opuszczała Drzewicy, przez całe życie ciężko pracowała na gospodarstwie i w sklepie spożywczym, który prowadzi od blisko piętnastu lat. Stąd ta krzepa i naturalna opalenizna. Z powodzeniem mogłaby konkurować z celebrytami wydającymi olbrzymią kasę po to, by opalać się pod szyldem Saint-Tropez.

– Widzę, że używasz kremów, które ci wysłałam. – Wyszczerzyłam się, czując miękką i delikatną skórę jej rąk.

– Dziecko, nie wiem, jakie specyfiki mają w tej Warszawie, ale te kremiki są prima sort! – zaśpiewała kłującą w uszy gwarą. Tak już miała, kiedy emocje brały nad nią górę, ale gdy adrenalina puszczała, wysławiała się całkiem normalnie i jej głos był przyjemny dla ucha. – Moje ręce nigdy nie były takie…

– Normalne? – podsunęłam, szczerząc się bezdusznie.

– Gdybyś pracowała tyle co ja, wiedziałabyś, co to są zniszczone dłonie – upomniała, grożąc mi palcem przed nosem. – A teraz chodź. Babcia w domu czeka.

Serce mi zadrgało, gdy o niej pomyślałam.

Byłam wyrodną wnuczką. Wysyłałam kartki i prezenty na święta czy urodziny, ale osobiście nie chciałam jej odwiedzić. Celowo. Zawsze zasłaniałam się pracą, promocją książki albo ogólnym brakiem czasu.

Bałam się tu przyjeżdżać.

Stanąć twarzą w twarz ze strachem, którego zimne ręce zaciskały się powoli na moim gardle. Tym właśnie była dla mnie rodzina.

Ciocia energicznie chwyciła jedną ręką za rączkę walizki, a drugą przytuliła mnie do siebie jak dawno niewidzianą córkę. Moje ciało natychmiast samoistnie spięło się nerwowo. Chyba musiała to poczuć, bo ucałowała mnie szybko w czubek głowy i odsunęła się na odległość ramienia.

– Wujek zaparkował przed stacją – rzuciła szybko, ale nie zdążyła ukryć przede mną zmartwionego spojrzenia.

Nie czułam się komfortowo w jej obecności, i ciocia o tym wiedziała. W tej sytuacji trudno zachować jakiekolwiek pozory. To było niezręczne, a na dłuższą metę drażniące. Dlatego w myślach odliczałam już minuty do wyjazdu.

– Rozumiem, że cały czas pali?

– No, ale ograniczył się do jednej paczki na dwa dni – stwierdziła z dumą w głosie, pochylając się nad Księciem Filipem, który nie wiedzieć czemu prychnął wrogo, gdy spróbowała włożyć palec przez wiklinową kratę.

– Tak, to duży postęp z jego strony. – Przewróciłam ukradkiem oczami.

Szłyśmy w stronę podziemnego zejścia, kiedy zauważyłam, że ciocia zerka na mnie dyskretnie.

– Coś się stało?

Tylko uniosła wysoko brwi. No przecież zadałam niewinne pytanie, prawda?

– Nie obraź się, dziecko, ale cóżeś się tak odstrzeliła jak na jaką paradę?

Przyjrzałam się krytycznym okiem swojemu zestawowi podróżnemu. Biała bokserka, obcisłe dżinsowe rurki z wysokim stanem, czarna skórzana kurtka i czarne czółenka z czerwoną podeszwą. Do tego opaska i kilka złotych bransoletek oraz długi złoty łańcuszek z zawieszką w kształcie piórka. Nie włożyłam nic, czego mogłaby się powstydzić świadoma tendencji w modzie młoda kobieta.

Ale… tak po namyśle: nie chciałam przyjechać swoim samochodem, za to wysiadłam z pociągu z dwiema walizami wypchanymi po brzegi markowymi ciuchami.

Zasługiwałam na potężnego facepalma.

– Ciociu Irenko, ja tak normalnie się ubieram. Na co dzień. – Skrzywiłam się przepraszająco, zastanawiając się, czy przypadkiem nie przesadziłam z eyelinerem i malinową szminką na ustach.

– Nawet po domu tak chodzisz?

– Na pewno nie kiedy sprzątam, ale do sklepu czy jak załatwiam jakieś sprawy na mieście, to tak.

– Aha – zakończyła, kręcąc głową.

Nic nie rozumiała. Dla cioci trzy sukienki w szafie to luksus, więc błagam, o czym my w ogóle mówimy. W sumie to nie był najlepszy pomysł, żeby z Drzewicy zrobić rewię mody.

Zeszłyśmy do ciemnego tunelu o szerokości dwóch metrów, a klaustrofobiczna wersja mnie zaczęła głośno zawodzić. Starałam się ominąć kałuże w wyżłobionym betonie, ale miały przewagę liczebną. Co więcej, w ciemniejszych miejscach można było natrafić na walające się rozmokłe gazety, butelki albo jakieś części garderoby.

Z pomocą ciotki wtaszczyłam walizki na pierwszy peron, a stamtąd zeszłyśmy na główny plac. Tęższy jegomość z wyłysiałą głową i kontrastującymi z nią krzaczastymi wąsami zaciągał się papierosem, pilnując starej, na oko ćwierćwiecznej skody. Jakby ktoś mógłby połasić się na rzęcha, którego lata świetności już dawno minęły. Dojechanie nim do celu podróży graniczyło z cudem.

Wuj Patryk zaciągnął się ostatni raz, po czym cisnął peta na ziemię i rozkładając szeroko ramiona, wydał z siebie ciąg odgłosów przypominających rechot Świętego Mikołaja.

– Moja mała dziewczynka! – Wybuchnął gromkim śmiechem, podrywając mnie do góry. Dlatego nie włożyłam sukienki mimo ciepłego wrześniowego popołudnia. Nie chciałam świecić tyłkiem w pięć minut po wyjściu z pociągu. – Jak tyś wyładniała, dziecko! Ale jakaś wychudzona jesteś. Czym cię tam karmią w tym mieście?

– Dziękuję, wuju, ale nic mi nie dolega – zachichotałam, czując lekkie zażenowanie. – Po prostu mam taką figurę.

– Daj jej spokój, Patryk – zganiła go ciocia Irena, przyciągając walizki i syczącego Księcia Filipa, którego nieopatrznie postawiłam na ziemi, gdy witałam się z wujem.

Puścił mi porozumiewawcze oczko znad ramienia ciotki i zaczął ładować do samochodu mój dobytek. Usiadłam z tyłu za ciotką, a na kolanach ułożyłam sobie Księcia Filipa. Nietrudno było stwierdzić, że jest na mnie obrażony; kiedy chciałam mu podać koci przysmak, odwrócił się tyłkiem, fukając ostrzegawczo. A więc wojna. Super, nawet kot miał mnie w głębokim poszanowaniu. Wzięłam z sobą futrzaka, żeby ktoś dotrzymywał mi towarzystwa, a teraz on pokazywał muchy w nosie.

– Agnieszka bardzo się ucieszy – sapnęła ciocia, zapinając pasy. – Od miesiąca o niczym innym nie gada, jak o twoim przyjeździe. Naprawdę nie mogła się doczekać.

Skoro nie mogła się doczekać, to czemu nie wyszła po mnie na stację? – skomentowałam jadowicie w myślach, a na głos rzuciłam wyrozumiałym tonem:

– Jest zajęta przygotowaniami?

– No tak, to już za trzy dni – westchnęła, poprawiając włosy w lusterku. – Dzisiaj miała do południa przymierzyć suknię ślubną. A Pawełek z nią pojechał, bo akurat miał odebrać obrączki od grawera.

Przełknęłam gorzko ślinę, starając się raz jeszcze sobie wmówić, że dobrze robię. Chociaż czułam, że wczorajsza kolacja głośno domagała się powrotu na powierzchnię.

Ciocia obróciła się na fotelu, porażając promieniującym z niej szczęściem.

– Jeśli chcesz, możemy tam podjechać, co ty na to? W sumie to prawie po drodze.

– Ciociu, nie obraź się, ale najpierw chciałabym się zobaczyć z babcią.

– A, no tak, masz świętą rację. Też miałam pomysł! Przecież mamusia sama zmyłaby mi głowę, gdybyśmy cię nie przywieźli od razu. Jedźmy – dodała do wuja, który wcisnął się na fotel kierowcy. – Co z tego, że pociąg miał opóźnienie, dla mamusi to żadne usprawiedliwienie, więc pewnie czeka już od pół godziny przed domem.

Wuj nic nie powiedział, tylko natychmiast odpalił samochód, ale sypiąca się kupa złomu zapaliła dopiero za czwartym razem.

Czułam, że nie był to najlepszy pomysł.

Od początku to czułam.

Ale nie mogłam zawrócić.

Jakkolwiek by patrzeć, nie było to moje miejsce na ziemi, o ile gdziekolwiek na tej planecie jakieś istnieje. Może nie nienawidziłam tego miejsca, jednak z całą pewnością czułam się tu nieswojo.

Właśnie tu skończyło się życie nastoletniej Stefci Trockiej, uśmiechniętej, rozgadanej dziewczyny, której wszędzie było pełno. Z każdym miejscem w miasteczku wiążą mnie jakieś wspomnienia. Wtedy wydawały mi się radosne, napompowane dobrą energią, ale z perspektywy lat widzę to inaczej. Przygnębienie i rozżalenie wylewało się ze mnie hektolitrami.

Bo to było miejsce, skąd pochodzą moje ostatnie dobre wspomnienia o rodzicach.

To było miejsce, w którym straciłam rodzinę.

I w którym zostawiłam swoją pierwszą wielką miłość.

Pawła Łuczaka.

Tak, dokładnie tego samego chłopaka, za którego wychodzi moja kuzynka Agnieszka.

Czy we wszechświecie istniała większa niesprawiedliwość?

 

–Zamieszkasz w pokoju gościnnym. Już tam posprzątane, wieczorem powlekę ci świeżą pościel, bo właśnie się suszy. A teraz idź się przywitać z babką, zajmiemy się walizkami – powstrzymała mnie ciocia, gdy zabrałam się do otwierania przeżartego rdzą bagażnika. Pogoniła mnie w stronę domu, zachęcając ciepłym uśmiechem. – No dalej, Stefciu. W końcu byłaś tu ostatni raz, jeszcze zanim na studia poszłaś.

Najchętniej zapadłabym się pod ziemię. Pięć lat zbierałam się na odwagę, żeby tu przyjechać. Na moje policzki wpełzły języczki ognia wstydu, dlatego szybko skinęłam głową i wpadłam przez drzwi do dużego, niedawno odremontowanego domu.

Gdy ostatni raz dzwoniłam do ciotki, zdradziła, że rozbudowują dom, gdzie wcześniej były tylko dwa pokoje i duża izba połączona z prowizoryczną kuchnią. Tak, bez łazienki.

Stawiając na instynkt, przeszłam przez korytarz aż do kuchni połączonej z dużym, słonecznym salonem. Tam, w bujanym fotelu, siedziała babcia.

Uniosła głowę znad robótki ręcznej, a jej oczy były nienaturalnie powiększone przez szkła o dużej mocy. Miała włosy bielutkie jak śnieg, a twarz usianą pajęczyną głębokich zmarszczek. Ręce, mimo że wyglądały na zgrzybiałe i niesprawne, zadziwiająco szybko mknęły po chusteczce, którą przyozdabiała skomplikowanym haftem.

Ale jej oczy ani trochę nie straciły balasku i bystrości spojrzenia.

– Nareszcie raczyła się panna zjawić – fuknęła ostro, a jej ton sprawił, że mimowolnie wyprostowałam się jak struna.

Babcia zachowywała się jak królowa, która przyjmowała po godzinach na audiencji. Powinnam wypuścić Księcia Filipa. Ten duet byłby nie do przebicia.

Pochyliłam się nad babcią, a ona wzięła moją twarz w swoje szorstkie ręce. Spojrzała na mnie wzruszona, dotykając rozgrzanych policzków i włosów. Jej usta niezauważalnie zadrgały, ale natychmiast zacisnęła je w twardą linię.

– To grzech kazać starej babce tyle na siebie czekać – skarciła mnie, przeciągając mi palcami przez grzywkę. – Jesteś taka piękna, Szproteczko – dodała, całując mnie w czoło.

Przełknęłam ślinę, czując, że zaraz się popłaczę. W gardle miałam olbrzymią gulę, a w oczach coś szczypało.

 

Po krótkim odświeżeniu się i audiencji u Cesarzowej – jak ochrzciłam w myślach babkę – wypiłyśmy na ganku herbatę z sokiem malinowym. W tym czasie wujostwo wypytywali mnie o każdy szczegół życia w Warszawie. Oczywiście, tak jak stwierdzili na samym początku, nadal upierali się przy tym, że jestem chora albo nie stać mnie na jedzenie.

– Irko, daj dziewczynie spokój – odezwała się stanowczo babka, po raz pierwszy odkąd podano jej filiżankę z bursztynowym płynem. Książę Filip rozłożył się na jej kolanach i leniwie połykał podtykane co lepsze kąski herbatników z różaną konfiturą. – Przypomnij sobie, jak sama wyglądałaś, kiedy byłaś młodą dziewczyną. Skóra i kości. Czasami miałam problem, żeby cię odróżnić od zwykłego chłystka.

Na te słowa ciocia się zapowietrzyła i demonstracyjnie wyszła do kuchni, mrucząc, że musi skontrolować obiad. Może to było tylko moje takie, nawet jeśli mylne, wrażenie, że z babką będziemy żyć w całkiem dobrej komitywie. W sumie to nawet lepiej, skoro Książę Filip ogłosił bunt i w takim wypadku nie miałam do kogo się odezwać – kiedy wypuściłam go z kojca, pomknął do babci i od razu wskoczył jej na kolana. A właśnie, muszę sprawdzić, czy dobrze zamknęłam walizkę. Jeszcze temu draniowi coś strzeli do głowy i dokona krwawej zemsty na moich niewinnych ciuchach!

W chwilę później wuj wykręcił się jakimiś naprawami przy kombajnie i czym prędzej się ulotnił. Zostałam sama z babką.

– Powiedz mi, drogie dziecko – zaczęła, a ja już układałam w myślach plan ucieczki. O co może zapytać? W sumie mam dwadzieścia cztery lata, o dwa więcej niż jej druga wnuczka, która lada dzień chajtnie się z wielką pompą… – Dobrze ci się żyje w Warszawie?

Obejrzałam się zdezorientowana.

– Cóż… – Zawahałam się z odpowiedzią. – Mam dobrą pracę. A nawet dwie, więc finansowo idzie mi całkiem nieźle.

– Och, nie to chcę wiedzieć. – Machnęła zniecierpliwiona ręką i odstawiła filiżankę na stolik. – Doskonale wiem, że dajesz sobie radę bez pomocy innych. Po prawdzie ci powiem, że gdyby nie ty, to Agusia tak szybko nie doczekałaby się ślubu. Zawsze była nieśmiała wobec chłopaków, a Pawełka to zna całe życie.

Super, babciu. Miło się dowiedzieć, że przyczyniłam się do szybszego ożenku swojej pierwszej miłości.

– Chodzi mi raczej… Czy nie tęsknisz za nami?

Tylko nie rycz. Cholera, nie rycz!

– Babciu… podejrzewam, że nie muszę ci tłumaczyć, dlaczego tak rzadko was odwiedzam.

– Rzadko? W ogóle – westchnęła i zamilkła na chwilę. Kręciłam młynka palcami. To nawyk, którego nie mogłam w sobie wyplenić. – Od śmierci Tereski byłaś tu zaledwie dwa razy.

Mimowolnie zadrżałam, a przed oczami mignęły mi tysiące wspomnień. Tych szczęśliwych, tnących jak szkło, a także tych przygnębiających, po których chciało się wyć wniebogłosy. Nie wiem, które były gorsze. Chyba pamięć o tych lepszych chwilach. Bo wtedy ma się świadomość, że one już więcej nie wrócą.

– To boli, babciu. Za każdym razem.

– Wiem, dziecko. – Dotknęła mojej dłoni i czując, że jej nie wyrywam, zakryła ją swoją. Stara i pomarszczona ręka, na której widniały brązowe wykwity i zielone sieci żył, pocieszała młodą, jędrną i delikatną, przed którą było całe życie. – Wiem. Można powiedzieć, że ja jedyna doskonale cię rozumiem. Czasami się zastanawiam, czy nadal wyglądałyby identycznie jak wtedy, kiedy były młodymi panienkami, a także później, gdy ty i Agusia byłyście już na świecie…

Z całej siły zacisnęłam zęby na języku, a w ustach poczułam metaliczny smak krwi. Nie chciałam, żebyśmy poruszały ten temat, jednak powrót do przeszłości był nieunikniony. I skoro babcia sama zaczęła, musiałam się przygotować, że na weselu będzie podobnie… albo nawet gorzej.

– Przepraszam. Wybacz starej babie, że tak smęci.

Poklepała mnie po policzku i to wcale nie było delikatne muśnięcie. Było raczej jak pociągnięcie za warkoczyki.

– Chciałam ci powiedzieć, że doceniam to, że przyjechałaś. To wymagało wielkiej odwagi i olbrzymiego poświęcenia.

Nie wytrzymałam.

Zarwałam się z wygodnego fotela i upadłam wprost u stóp babci, kładąc jej głowę na kolanach. Nie płakałam. Już dawno wylałam wszystkie łzy, ale byłam rozbita. I chciałam poczuć to ciepło. Rodzinne ciepło, którym wita się członka rodziny. Dawno nie czułam takiego błogiego spokoju, bezpieczeństwa i wrażenia, że chociaż na krótką chwilę, ale jednak gdzieś należę. Albo mogę gdzieś wrócić i zawsze znajdzie się dla mnie miejsce.

A babcia pachniała… domem. Jabłecznikiem. Słońcem. Wiatrem. I miłością.

– Jeszcze chwilkę i możemy siadać… Co się stało?!

Ciocia Irenka stanęła nad nami ze ścierką w rękach i przerażeniem malującym się na twarzy.

Uśmiechnęłam się bezczelnie z kolan babci. Nie chciałam się stąd ruszać.

– Czego się dziwi? Przytulam wnuczkę, nie widać? – wypaliła babcia, jak gdyby ktokolwiek miał czelność spytać ją o jej obecne zajęcie.

– No nic. Tak pytam. Dawno nie widziałam, żeby mamusia kogokolwiek przytulała – odparła ciocia, wzruszając niezdarnie ramionami.

– Bo jak mam za co, to przytulam – odpowiedziała babcia tonem kończącym rozmowę.

Ciocia jeszcze raz przytaknęła i poprawiła wychodzące spod chustki rudawe włosy.

– No dobrze, więc jak już mamusia skończy przytulać Stefcię, to możemy siadać do stołu – powiedziała. – Aga i Pawełek właśnie przyjechali – dodała z anielskim uśmiechem.

A ja gotowałam się na kolejną próbę.

W sumie to szykowałam się w pociągu. I jeszcze miesiąc wcześniej, kiedy mnie podkusiło i sięgnęłam po telefon. Czemu nie poraził mnie prąd? Co ja w ogóle sobie wtedy myślałam?!

Nim zdążyłam się podnieść, rozległ się przeraźliwy pisk, od którego zsiadłoby się mleko stojące w bańkach pod werandą.

W moje ramiona – które wcale nie były wyciągnięte w jej stronę – wpadła Aga. Drobna blondyneczka z roziskrzonymi niebieskimi ślepiami. Podskakiwała jak piłeczka, wrzeszcząc mi do ucha: Wróciłaś! Naprawdę przyjechałaś! I tak dalej. Nie mogłam się nie uśmiechnąć. Nie byłam przecież z kamienia. A czasy spędzone z Agnieszką należały naprawdę do szczęśliwszych w moim życiu.

Odsunęłam ją na długość ramienia.

– Tak, Pchełko, przyjechałam – powiedziałam spokojnie, odgarniając kuzynce włosy z oczu. Dziwne. Zapomniałam już, że zawsze tak robiłam, kiedy jej niesforna grzywka wpadała do tych lazurowych oczu. – W końcu nie mogłam opuścić takiego wydarzenia – dodałam szybko, nim zdążyłam się rozmyślić. I najdziwniejsze, że zabrzmiało to wyjątkowo szczerze.

Aga przełknęła, obrzucając mnie uważnym spojrzeniem. Cóż, ona miała zwykłe szorty i flanelową koszulę, której rogi zamotała u dołu w supeł, a na nogach zniszczone trampki. Do tego rozwiane, sięgające ramion włosy i twarzyczka upstrzona piegami, całkowicie pozbawiona makijażu. Różniłyśmy się od siebie. Jak ogień i lód. Dla waszej informacji, ja byłam lodową królową.

– Tak się cieszę, że przyjechałaś! Tak się bałam, że nie zostaniesz moją druhną!

– Chyba świadkiem – upomniała ją ciocia Irenka, która przyniosła talerze i zaczęła nakrywać do stołu.

– Świadkiem… – Aga zmięła to słowo w ustach jak przekleństwo, po czym dodała konspiracyjnie: – Za grosz romantyzmu! A druhna brzmi tak…

– Romantycznie? – podsunęłam, a moja kuzynka uśmiechnęła się rozanielona.

– Właśnie! Wiedziałam, że mnie zrozumiesz! Pamiętasz, jak kiedyś potrafiłyśmy przegadać całą noc o naszym wymarzonym ślubie?

Tak, pamiętałam aż za dobrze. Miałyśmy wtedy dziesięć i dwanaście lat i jeszcze nie zdawałyśmy sobie sprawy, że świat może nie być tak piękny, jak opisują go w książkach. Marzyłyśmy o hucznym ślubie, z gośćmi liczonymi w setkach, wielkim torcie (minimum czteropiętrowym), sukni ślubnej z trenem na miarę księżnej Diany… A ile nocy przegadałyśmy o naszych wymarzonych chłopakach!

– Cześć, Stefciu – usłyszałam obcy głos za plecami. Stanęłam jak zmrożona.

Coś się zmieniło. Jakby cały świat przestał oddychać, a ja stałam tam jak ten kołek, patrząc w ciemne oczy Pawła. Bardzo się zmienił od naszego ostatniego spotkania. Mieliśmy wtedy po dziewiętnaście lat i ja wiedziałam, że wyjeżdżam stąd na zawsze. On został.

Przybyło mu parę centymetrów tu i ówdzie. Wyrósł, stał się silniejszy i smuklejszy. Jego rysy się wyostrzyły, ale ciemne włosy nadal zawijały się na karku. Musiałam wbić paznokcie w dłoń, by powstrzymać się od przeciągnięcia palcami po tych kędziorkach. Chyba był tym samym bezkonfliktowym i sympatycznym chłopakiem, jakim go pamiętałam. I w którym się zakochałam.

I nadal patrzył z tym żarem w oczach. Z tymi wesołymi iskierkami, które wabiły swoją obietnicą i miłością… Ale już nie były skierowane na mnie. Aga przysunęła się do Pawła i stanęła na palcach, prosząc o krótkiego całusa. On, działając instynktownie, zniżył się i po cichu skradł jej pocałunek. To było boleśnie… romantyczne.

– No, dzieci, siadajcie – rzuciła ciocia, stawiając na stole pieczoną kaczkę. – Idę po wuja i możemy zaczynać.

Wszyscy, łącznie z babcią, usiedli na miejscach, na których, jak się domyśliłam, zazwyczaj siadali. Gdzie było ich miejsce.

– Szproteczko, usiądź tutaj. Niech Irenka raz będzie zawracać gitarę swojemu ślubnemu, a nie mnie – szepnęła konspiracyjnie babcia, a ja w myślach podziękowałam jej, widząc, że Aga z Pawłem siadają po przeciwnej stronie.

Wuj przydreptał w chwilę później, a za nim ciocia, marudząc na temat jego niechlujnego wyglądu. Nałożyła wszystkim porcję pieczonych ziemniaków, kaczki, modrej kapusty, a całość polała obficie sosem pieczeniowym. Może miałam już urojenia, ale zdawało mi się, że mój talerz był bardziej napakowany niż inne.

– Więc opowiadaj, kuzynka, jak Warszawa? Świetne miasto, co nie? – zagadała Aga z ustami pełnymi ziemniaków.

Uważnie przeżułam swoją porcję.

– Warszawa… jak każde inne miasto. Smog, korki, zabiegani ludzie, pośpiech, hałas – wymieniłam na jednym wydechu, co spotkało się z ogólnym parsknięciem.

– Więc teraz jest lepiej, nie? Ciszej.

– Jeśli ktoś przyzwyczaił się do hałasu, to cisza jest dla niego zabójcza – wypaliłam szybciej, niż zdążyłam pomyśleć. I prawie natychmiast tego pożałowałam.

Zauważyłam dziwną wymianę spojrzeń między ciocią a Agą i do końca obiadu żadna z nich nie poruszyła tematu miasta. W ogóle nie został poruszony żaden temat z mojego życia. Nie żebym miała coś przeciwko. Jedliśmy albo w ciszy, albo wujek wymieniał z Pawłem uwagi odnośnie zakupu nowego traktora. Przypomniałam sobie, że gdy widzieliśmy się po raz ostatni, Paweł kończył technikum rolnicze w Opocznie. W sumie, odkąd pamiętam, zawsze interesowało go przejęcie gospodarstwa ojca.

Po obiedzie, mimo protestów cioci, pomogłam pozmywać naczynia (nie, nie miała zmywarki, nawet takiej najmniejszej) i wspólnie zaparzyłyśmy kawę. Właśnie szłam zaproponować ją Adze, kiedy z jej pokoju dosłyszałam ich głosy.

– …i żebyś widział, jak mnie wtedy odsunęła. Słyszysz? Odsunęła! Nie pozwoliła mi się przytulić.

– Kotku, musisz ją zrozumieć. Nie widziałyście się przeszło pięć lat… Licząc ostatnie spotkanie, kiedy minęłyście się w drzwiach.

– I co? Nagle postanowiła być zupełnie obca? – Aga westchnęła przeciągle. – Pawełek, ja tak marzyłam, że wspólnie będziemy się szykować do ślubów. Wybierać sukienki, tort na wesele, usadzać gości, stroić kościół…

– Więc to dlatego dopiero teraz kupiłaś sukienkę? – Paweł zachichotał, a łóżko zaskrzypiało, gdy podniósł się na nogi. – Wiesz, jakie plotki słyszy się na wiosce?

– Tak – parsknęła śmiechem. – Że jestem w ciąży i dlatego kupowałam sukienkę ślubną na ostatnią chwilę.

– Bardzo ładną sukienkę, trzeba dodać.

– Przestań. Nie mów tak przy mamie, bo mi zmyje głowę, że ją widziałeś!

– Obiecuję… chociaż to zabobon. A co do Stefci… daj jej trochę czasu. Ślub za kilka dni. Może do tego czasu odpocznie po podróży, odpręży się, wypocznie.

– Albo znowu ucieknie…

– Dramatyzujesz. Kotku, zostały nam trzy dni. I nic w tym dniu nie będzie ważne. Tylko ty i ja…

Mój żołądek wywrócił się o sto osiemdziesiąt stopni.

Jasna cholera!

– Wuju, pożyczysz mi na chwilę samochód?

– Stefcia… coś się stało? – zaniepokoił się wujek, ale mimo to sięgnął do kieszeni spodni.

– Ja po prostu… Muszę coś kupić w aptece.

– Jeśli chcesz, mam apap albo ibuprom?

– Nie, ciociu, to na receptę.

Z kluczykami pognałam do samochodu.

W chwilę później ruszyłam z piskiem opon.

Ale nie klockami, paskami czy silnikiem przejmowałam się w tym momencie.

Musiałam odjechać.

Albo wyjechać. Jak najdalej i najlepiej w cholerę.

Co ja sobie myślałam?! Zjawiać się na progu ich domu, burząc ich cudowne, idealne rodzinne życie, i wchodzić z butami własnej złości, zazdrości i diabli raczą wiedzieć czego jeszcze!

Zazdrościłam im, temu nie mogę zaprzeczyć. Najbardziej zazdrościłam Agnieszce. Łatwo jej powiedzieć, że się zmieniłam. Nie przeżyła tego co ja! Nie straciła rodziców, nie poczuła się jak ostatni śmieć rzucony na drogę, obok którego przechodzą anonimowi, obojętni na krzywdę ludzie. Nigdy nie czuła bólu po stracie kogoś, kto przez lata tulił ją do snu i odpędzał koszmary. Kto codziennie szykował smaczne kanapki do szkoły i komu mogłaś się zwierzyć z każdej, nawet najgłupszej myśli, z każdego nierealnego marzenia, a ten ktoś jeszcze cię dopingował i namawiał do płynięcia pod prąd…

Otarłam łzy, mając głęboko gdzieś, że najpewniej wyglądam jak upiór.

Nikt mi nie może zarzucać, że się zmieniłam. To ja harowałam jak wół, szlifując po nocach pisanie, by stać się najlepszą jeszcze na studiach. Jako jedyna na drugim roku dostałam pracę stażystki w piśmie mojej cioci i wcale nie zawdzięczałam tego koligacjom rodzinnym ani mocnym plecom. Jeśli już, to swoim, bo przez kilka miesięcy byłam dziewczynką na posyłki, zanim pozwolono mi napisać samodzielnie pierwszy artykuł. W czasie, gdy kończyłam studia, pracowałam już na pół etatu w redakcji, a wieczorami pisałam powieści. I nigdy nie rozpaczałam, że doba powinna liczyć czterdzieści osiem godzin! Oczywiście, że się zmieniłam! Zmieniły się moje priorytety, moje plany na życie!

Wielki ślub jak z bajki? Wesele? Tort? Rodzice?! Paweł?! Tak! Zazdrościłam Agnieszce tego wszystkiego!

Bo miała to! Spełniła marzenia o wielkiej miłości i ciepłej, kochającej rodzinie i wcale nie musiała się o to starać!

To bolało najbardziej.

Zatrzymałam się z impetem na wiejskiej drodze w szczerym polu i wyciągnęłam telefon.

– Czego, ofermo? – warknęła Beata. – Jeśli to nic pilnego, oddzwonię wieczorem. Właśnie zamykam numer.

– Jasne. Spoko, zadzwoń, jak będziesz mo…

– Stój, poczekaj sekundę – rzuciła ostro i zasłoniła telefon. – Wynoście się wszyscy, a za godzinę chcę mieć wszystkie poprawki. Tylko bez partactwa, bo jak Vouitona kocham, przypomnę sobie o waszym skrajnym idiotyzmie przy premii świątecznej.

Po drugiej stronie zawrzało jak w ulu i trzasnęły drzwi. Tak, Beata była wymagającą szefową.

– Stefi, co się dzieje? – Jej ton się zmienił. Przed chwilą kipiał agresją i szewską pasją, a teraz… mówiła jak troskliwa matka pochylająca się nad zasmarkanym berbeciem.

– Wybrałam zły moment, składasz numer, więc…

– Nie pierdziel mi tutaj. Zawalili, więc podnieśli mi ciśnienie. Mam pięć godzin, żeby oddać całość do druku, a ci… – westchnęła przeciągle. – Nieważne. Najwyżej zadzwonię, żeby poczekali z dupą godzinę dłużej. Teraz ty jesteś najważniejsza.

Chyba musiała usłyszeć moje chlipnięcie.

– Kochanie – szepnęła spokojnie. – Powiedz słowo, a po ciebie przyjadę. Tylko słowo.

– Ona jest taka podobna do mamy – załkałam, czując, jak łzy płyną swobodnie po moich gorących policzkach. – Jestem przekonana, że nawet głos miałyby taki sam. Tylko mama lubiła mieć długie włosy i nosiła spodnie. I piekła najlepszą kaczkę na świecie. I zawsze…

– Stefi – przerwała mi łagodnie. – Byłam i jestem najlepszą przyjaciółką twojej mamy. Mnie też jej brakuje, ale ten ból nie jest nawet w połowie tak wielki jak twój. Nie bój się łez i nie bój się bólu. To słabość, jasne, ale słabości czynią z nas ludzi.

– To chore, ciociu. Nienawidzę tej zazdrości. Aga ma wszystko, co zostało mi zabrane! Mamę, tatę, rodzinę, korzenie i…

– I Pawła.

Pokiwałam głową, w tym momencie nieświadoma, że Beata mnie nie widzi.

– Kochasz go jeszcze?

– Nie wiem – wyznałam szczerze i po cichu jak wstydliwą tajemnicę.

– Powiem ci coś, skarbie. Kiedy po śmierci twojej mamy zaproponowałam, że się tobą zaopiekuję, wiedziałam, że nie będziesz chciała wracać do Drzewicy. Może popełniłam błąd, bo może wtedy jakoś przyzwyczaiłabyś się do swojej ciotki i nadal byłabyś z Pawłem. Ale chciałam dać ci coś lepszego. Perspektywę. Obiecałam twojej mamie, że cię wykształcę i zrobię wszystko, byś nigdy nie poczuła się samotna. Może to moja…

– Nie, nie twoja. Po pogrzebie mamy byłam w Drzewicy przez tydzień, pamiętasz?

– Pamiętam – zachichotała smutno. – Zadzwoniłaś w nocy i z płaczem zażądałaś natychmiastowego powrotu do Warszawy. Ale wiesz, ponoć największe efekty przynosi terapia wstrząsowa, więc może powinnaś tam zostać z miesiąc…

– Ja tu z trudem panuję nad sobą, żeby nie ukraść wujowi starej skody, a ty mi mówisz o miesiącu?!

– A Książę Filip?

– Z babcią.

– Ooo, królowa Elżbieta znalazła swojego Filipa.

– Nie śmiej się. Filip zachowuje się jak jej osobisty kocyk termiczny.

– Może ty też byś spróbowała?

– Położyć się na kolanach babci? Wiesz, jestem chuda, no ale ważę więcej niż kot.

– Nie to, Stefa! Spróbować się zaadaptować.

– Co masz na myśli?

– Możesz znaleźć jedną osobę, z którą będziesz przebywać aż do dnia ślubu, jakąś twoją dawną znajomą albo koleżankę, i olać wszystko, co się będzie działo wokół ciebie. Albo… zanurzyć się w tym. Wejdź do domu wujostwa jak ich siostrzenica, kuzynka, wnuczka, a nie obca osoba. Są twoją rodziną, Stefi. Wesele to święto rodzinne. Paweł to przeszłość dla ciebie, ale przyszłość dla Agi. Jesteście kuzynkami, siostrami i najlepszymi przyjaciółkami z dzieciństwa. Kochacie się. I wybaczycie sobie wiele.

Już tylko jedna łza spłynęła. Uśmiechnęłam się delikatnie, leciutko, czując, jak zaschnięte słone smugi naprężają się na policzku.

– Znowu poprawiałaś kącik porad psychologicznych.

– Nie śmiej się, gówniaro! W psychologii tkwi mądrość narodu i filozofia świata.

Wybuchłam niekontrolowanym śmiechem i padłam na fotel.

Wtedy rozgrzaną twarz owiał mi chłodny wiatr niosący z sobą wilgotny zapach lasu. Jaskółki i skowronki wyczyniały nad ziemią imponujący pokaz akrobacji, a w dole zapłonęły pomarańczowe lampy na ulicach Drzewicy. Zmierzch wkradał się powoli na okoliczne pola. I cisza… ta ogłuszająca cisza przypomniała mi czasy, o których chciałam zapomnieć.

– Dzięki, ciociu.

– Nie nadużywaj tego słowa, proszę. To mnie postarza – westchnęła rozgoryczona. – I jak się teraz czujesz?

– Lepiej – wyszeptałam, zaskoczona tym, że naprawdę tak się czuję.

– Zostaniesz?

– Zostanę. A przynajmniej spróbuję.

– Zacznij od nowa. Nie było cię tyle czasu, że nikt niczego od ciebie nie wymaga. Zaczynasz od czystej kartki. I tylko od ciebie zależy, jak ją zapiszesz. Pozwól, żeby poznali nową Stefi.

– Jesteś zajebistą ciocią – wypaliłam.

– Się wie! I wyhacz jakiegoś chłopa pańszczyźnianego! Może zajdziesz tam ten twój wymarzony typ faceta… A swoją drogą, Paweł się wpasowuje?

– Wpasowuje w co? – spytałam niepewnie.

– W twój typ człowieka lasu!

– Jakiego człowieka lasu?! To był typ drwala.

– A drwal co robi? Łowi ryby?

– Dobra, nieważne. Nie, i nie jest w tym typie.

– No i widzisz? Kolejny powód żeby tam zostać! Poznasz jakiegoś zarośniętego faceta w spranej flanelowej koszuli i prujących się dżinsach opinających jego nieziemski tyłek. Zawlecze cię do swojej chaty i uczyni swoją, a co dzień o świcie będziesz wyprowadzać krowy na pole w otoczeniu tych wszystkich urzekających zapachów wsi.

– Beata, jestem teraz kobietą z miasta. Ja już nie chodzę po polach.

– Chyba że miałabyś na nogach huntery – dodała przekornie.

– No tak. W tym wypadku to się z tobą zgodzę. Modnie w każdej sytuacji.

– To moja dziewczynka. Skoro już postawiłam cię do pionu, to muszę kończyć. Zostań w tej całej Drzewicy i pokaż, jak dziewczyna z miasta potrafi się zabawić!

– Rozkaz! – zasalutowałam roześmiana, posyłając całusa w słuchawkę.

– A, i jeszcze jedno, dzieciaku. Jestem z ciebie dumna – dodała poważnie, a ja momentalnie poczułam, jak w gardle rośnie mi gula. – I tylko mi nie rycz! A teraz wracaj z tyłkiem do wujostwa, a mi pozwól pracować.

Odgarnęłam włosy z twarzy. Rzuciłam telefon na siedzenie, a dłonie zacisnęłam na kierownicy. Starłam z policzka łzę. Ostatnią łzę, tak sobie obiecałam.

To trudne dla człowieka wyzbyć się zazdrości, bo ona podkrada się niepostrzeżenie i ma gorzki posmak. Głośno wciągnęłam do płuc wieczorne powietrze.

– Nic mnie już z nim nie łączy – powtarzałam jak mantrę, biorąc głębokie wdechy. – Dam radę. To już historia. Ogarnij się, Stefi…

Zacisnę zęby i dam radę.

I kiedy chciałam przekręcić kluczyk w stacyjce… stary rzęch zdechł.

– Nie – szepnęłam przerażona.

Przekręciłam jeszcze raz – spod maski wybuchł kłąb pary, a silnik zaczął głośno syczeć.

No, do cholery! To jakiś żart losu czy jak? – warknęłam w myślach. – Akurat teraz, kiedy żałuję swojego zachowania i obiecuję poprawę, akurat teraz ty, Boże, musisz mi dać nauczkę! Szkoda, że na lekcje pokory nie mogłeś wybrać jakiejś szosy albo chociaż cywilizowanej uliczki, a nie szczere pole!

Wyskoczyłam ze skody, wzniecając tumany kurzu.

– Cholera! – wrzasnęłam, z rozpędu uderzając obcasem w koło starego rzęcha… i natychmiast zorientowałam się, co zrobiłam.

Miałam gdzieś, czy podziurawię oponę, ale gdybym zarysowała moje ulubione czółenka od Prady, cudem zdobyte podczas tygodnia mody w Paryżu… Oj, rzęch królowałby na najbliższym złomowisku.

– Rzadki widok.

Obejrzałam się przez ramię.

Za mną stało czarne mitsubishi, wersja terenowa, a z fotela kierowcy szczerzył się do mnie facet. Ale… ożeż ty w cara… Ale jaki facet! Wystarczyło, że zobaczyłam jego twarz i z miejsca go kupiłam.

Ciociu Beatko, wykrakałaś.

W ogóle kiedy on przyjechał? Byłam tak zajęta wkurzaniem się na rozklekotany pseudosamochód i lamentowaniem nad swoim niewydarzonym życiem, że nie słyszałam przejeżdżającego auta?

I dopiero wtedy dotarło do mnie, co ten facet powiedział.

I zerknęłam po sobie.

Jedną rękę miałam opartą o karoserię, a drugą trzymałam na kostce, żeby jak najlepiej widzieć buty. I byłam wypięta.

Niech to!

Wyprostowałam się jak struna, prawie, ale tak minimalnie się zataczając.

– To chyba stwierdzenie nie na miejscu – odpowiedziałam z całą dumą, jaką jeszcze miałam.

Parsknął.

Wysiadł ze swojego auta i stanął przede mną, bezczelnie prezentując się w całej okazałości.

Był wysoki.

Oj, ciociu…

Na tyle, że w moich niebotycznych szpilkach sięgałam mu zaledwie do ramion. Umięśnionych i barczystych ramion. Jego kraciasta koszula podwinięta była do łokci, przez co mogłam podziwiać jego smukłe, acz umięśnione przedramiona z imponującą siateczką żył. I jego dłonie…

Jak to się mówi? Wystarczy spojrzeć na dłonie mężczyzny, żeby się dowiedzieć, jaki ma interes?

Więc oświadczam wszem wobec, strzelając w ciemno. Ten koleś na mur beton miał między nogami ósmy cud świata.

Jego przydługie blond włosy były związane na karku, a apetyczna kwadratowa szczęka nosiła ślady kilkudniowego zarostu. Oczy miał przesłonięte czarnymi okularami – pilotkami, identycznymi jak te, które nosił Tom Cruise w Top Gun.

Tak, ten widok sprawił, że zmiękły mi kolana.

– Mówiłem o samochodzie. Rzadko spotka się taki zabytek nawet na wiejskich polskich drogach.

Eeee… O czym on mówił?

Gdyby nie to, że moja oburzona podświadomość tupała zawzięcie swoją czerwoną szpilką, z miejsca spisałbym swoje dziewictwo na straty. Pierwszy raz w moim krótkim życiu płeć przeciwna wywarła na mnie tak piorunujące wrażenie.

– Więc… podziwiaj – wyjąkałam skołowana. Na Boga, opanuj się, dziewczyno! Podnieść majtki z podłogi! – Bo ten zabytek, czy jak to tam nazywasz, zaraz trafi na złom.

– Awaria?

– Nie. Po prostu to moje hobby tkwić w szczerym polu, gdzie wokół nie ma żywego ducha – sarknęłam, przewracając oczami. Nie mogłam się powstrzymać.

Jego zmysłowe wargi wygięły się w rozbrajającym uśmiechu.

– Ludzie chorują na różne dziwactwa.

– A ty? Zawsze włóczysz się bocznymi drogami i natrafiasz na stare, rozkraczające się muzea na kółkach? – rzuciłam odważnie, wypychając brodę do przodu.

Pochylił się nad maską, z której przestała unosić się para. Teraz coś tam dziwnie posykiwało.

– Zabytek muzealny, mówisz? Nie jest z tobą aż tak źle – skomentował, chichocząc pod nosem. – Nie jesteś stąd.

To nie było pytanie. To było stwierdzenie.

– A skąd możesz to wiedzieć? – odparłam buńczucznie. – Tu się urodziłam.

– Poważnie?

– Po co miałabym kłamać?

Wzruszył ramionami, wracając do oglądania silnika.

Trocka, opanuj się. On tylko dotyka tego złomu.

Właśnie… dotyka.

Prostując się, otarł ręce o wierzch spranych dżinsów. Obszedł mnie i usiadłszy za kierownicą, pobudził silnik do życia.

Tak!

W tym momencie miałam ochotę oświadczyć się temu zaradnemu i przystojnemu mężczyźnie. Wysiadł z samochodu i dopiero wtedy zauważyłam, że ściągnął okulary.

Miał prześliczne oczy. Niby niebieskie, ale tak ciemne, że niemal czarne, otoczone wachlarzem długich rzęs. Niejedna kobieta zabiłaby, żeby móc do końca życia wpatrywać się w te piękne ślepia.

Stanął przede mną i wyciągnął rękę.

Uścisnęłam ją i poczułam… to.

To, o czym pisałam i czego najbardziej chciałam, no i czego się bałam.

Prąd.

Na chwilę moje serce stanęło.

– Jesteś mi winna dychę.

– Co?

– Mogłem się nie zatrzymywać – dodał pospiesznie, unosząc brwi.

Żałowałam, że nie ma przy mnie Księcia Filipa. Jak nic nie powstrzymałabym go, gdyby wpił swoje wypielęgnowane pazury w nogę tego aroganckiego dupka.

– Wyjaśnisz mi, dlaczego myślałeś, że nie jestem stąd? – warknęłam nieprzyjemnie, wciskając mu dziesięć złotych wyjęte z kieszeni spodni.

– Nogi.

– Że co proszę?

– Żadna dziewczyna nie ma takich nóg. Wiesz… To rzadki widok.

Moja szczęka z rozmachem uderzyła w utwardzoną ziemię, a zęby potoczyły się daleko, aż na pole.

– Sądziłam, że miałeś na myśli tego grata.

– To wpadło mi w oko później.

Byłam totalnie, zupełnie odmóżdżona.

Nigdy wcześniej nie spotkałam tak pewnego siebie, zadufanego w sobie dupka… który wyglądałby jak model-bożyszcze samego Armaniego.

Stanowczo pociągnęłam za włosy mentalną mnie, która zdążyła zaślinić buty Pana Wolno-Mi-Wszystko.

– W takim razie, skoro wskrzeszenie tego rzęcha kosztowało mnie dziesięć złotych – oświadczyłam śmiertelnie poważnie, pojedynkując się na spojrzenia z tym przystojnym dupkiem – to muszę wycenić swoje atuty.

– Tak? – zainteresował się żywo, a jego oczy zapaliły się niezdrowo. Oj! – W takim razie, ile jestem ci winien?

– Może się zdziwisz tym oklepanym tekstem, ale chyba cię na mnie nie stać.

Jego oczy pociemniały, przybierając kolor burzowego nieba, a ja mimowolnie przygryzłam dolną wargę, uciekając wzrokiem. Niemrawy podmuch wiatru wyrwał mi pasmo włosów spod warkocza, tak że okręciło się wokół mojego nosa.

Przystojniak wyciągnął rękę, chwytając je zgrabnie, by owinąć wokół swoich seksownie długich palców. Z trudem zdusiłam jęk, gdy dotknął mojej skóry. A konkretnie to ucha. Jednak ciała nie mogłam oszukać; na mojej skórze pojawił się dreszcz.

Przełknęłam.

Głośno.

– Coś mi się wydaje, że jeszcze się spotkamy. – Błysnął swoim uśmiechem wartym milion dolarów i założył okulary, po czym dodał niskim głosem: – Na razie, maleńka.

O mój…

I odjechał. Tak najzwyczajniej w świecie mnie zostawił. Rozpaloną i dygoczącą.

Niezdrowo podnieconą. Po raz pierwszy.

Na to powinien być jakiś paragraf!

Właśnie tak!

Wydanie pierwsze, ISBN: 978-83-8083-991-5

 

© Anna Szafrańska i Wydawnictwo Novae Res 2018

 

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczytjakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazuwymaga pisemnej zgody wydawnictwa Novae Res.

 

REDAKCJA: Marzena Kwietniewska-Talarczyk

KOREKTA: Bartłomiej Kuczkowski, Małgorzata Szymańska

OKŁADKA: Paulina Radomska-Skierkowska

KONWERSJA DO EPUB/MOBI:InkPad.pl

 

WYDAWNICTWO NOVAE RES

al. Zwycięstwa 96/98, 81-451 Gdynia

tel.: 58 698 21 61, e-mail: [email protected], http://novaeres.pl

 

Publikacja dostępna jest w księgarni internetowej zaczytani.pl.

 

Wydawnictwo Novae Res jest partnerem

Pomorskiego Parku Naukowo-Technologicznego w Gdyni.