Właściwie bez winy - Viveca Sten - ebook
Opis

Pewnego  jesiennego wieczoru na Sandhamn znika  młoda dziewczyna. Inspektor policji kryminalnej Thomas Andreasson  uczestniczy w poszukiwaniach, które utrudnia sztorm. Wielogodzinna akcja poszukiwawcza kończy się fiaskiem. Policjanci  uznają, że dziewczyna utonęła.

Kilka miesięcy później okolicę pokrywa śnieg i lód. Nora Linde, przyjaciółka Thomasa z dzieciństwa, przypadkiem dowiaduje się o zdradach męża. Zrozpaczona wyjeżdża na wyspę ze swoimi synami, by wszystko spokojnie przemyśleć. W trakcie zabawy w lesie jej dzieci dokonują makabrycznego odkrycia...

Właściwie bez winy to trzecia powieść kryminalna z popularnej serii o Sandhamn.

Viveca Sten od dzieciństwa spędza lato w Sandhamn, gdzie jej rodzina ma dom. Wiosną 2008 roku zadebiutowała powieścią Na spokojnych wodach, która dzięki mieszance kryminalnej intrygi i malowniczego przedstawienia szkierów i codziennego życia na nich odniosła wielki sukces. W przyszłym roku powieść ukaże się również w Niemczech i Danii. Viveca pracuje jak główny prawnik Poczty. Mieszka pod Sztokholmem z mężem i trójką dzieci.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 369

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Sobota, 4 listopada 2006

1

Marianne przystanęła w przedpokoju. Buty leżały w okropnym nieładzie. Odruchowo się pochyliła i ustawiła je porządnie jeden obok drugiego. Potem spojrzała na równy szereg i zauważyła, że brakuje jasnych timberlandów należących do Liny.

To ją przeraziło. Dlaczego Lina nie wróciła na noc do domu?

W zamyśleniu podniosła czapkę ciśniętą w kąt. Córka wszędzie rozrzucała swoje rzeczy. Mogła się przynajmniej odezwać, skoro zamierzała przenocować poza domem.

A jeśli coś się stało?

Ta myśl ścisnęła gardło Marianne i zmusiła ją do wzięcia głębokiego oddechu.

A jeśli Lina przewróciła się na rowerze i zrobiła sobie krzywdę? O tej porze roku nietrudno się przewrócić. Wąskie żwirowe ścieżki jesienią są śliskie. Gdy córka wybierała się do rodziny Hammarstenów w Trouville, Marianne prosiła ją, by była ostrożna.

Nie potrafiła się bronić przed ogarniającym ją niepokojem. Czuła coraz szybsze bicie serca, wszystko zawirowało jej przed oczami.

Opanuj się, napomniała samą siebie. Oddychaj.

Na chwiejnych nogach przeszła do przytulnej rustykalnej kuchni i opadła na krzesło. Ubiegłego lata malowała te krzesła przy pomoście, by wyschły na słońcu. Lina jej pomagała. Poplamiła sobie farbą bikini i obie się z tego śmiały.

Marianne wstała, wyjęła szklankę z szafki nad zlewem, żeby napić się wody. Oddech wrócił do normy. Oczywiście, Lina wciąż jest u Hammarstenów. Właśnie tam. Gdzie indziej mogłaby być?

Znajome terkotanie ekspresu do kawy trochę ją pocieszyło. Zrobi sobie filiżankę kawy i spokojnie ją wypije. Gdy skończy, powinno być koło ósmej. Wtedy zadzwoni do Hanny Hammarsten, która potwierdzi, że Lina tam nocowała, tylko zapomniała ją o tym powiadomić.

Dokładnie tak, jak zwykle robiły młode dziewczyny.

Potem obie będą się z tego śmiać – dwie matki, których dzieci zachowują się w sposób potwierdzający wszystkie matczyne obawy.

Uśmiechnie się leciutko, zażenowana z powodu siebie samej i swoich lęków, a potem Lina powie jej, że jest strasznie nadopiekuńczą matką. „Nie martw się mamo – pocieszy ją. – Nie rób tego więcej. Jestem już duża, nie widzisz?”.

Hanna dobrze zrozumie jej uczucia. Wszystkie mamy się zamartwiały, zwłaszcza gdy miały córki. To było nieodłączną częścią ich życia.

Marianne wyobrażała sobie, że gdy Lina urośnie, skończy się czuwanie po nocach. Jakże się myliła. Teraz wiele razy leżała rozbudzona i nie mogła zasnąć, czekając na jej powrót do domu. W takie noce tęskniła za czasami, gdy córka była małym dzieckiem. Najgorsze, co się mogło wtedy wydarzyć, to przebudzenie po jakimś koszmarnym śnie. Wystarczało ją przytulić albo podać jej butelkę z kleikiem, żeby się uspokoiła. Jeśli to nie pomagało, przenosiła córkę do podwójnego łóżka, w którym ta szybko ponownie zasypiała. Co prawda nagrodą były mocne kuksańce w plecy przez całą noc, ale to było nic w porównaniu z podskórnym niepokojem dręczącym Marianne w ostatnich latach.

Kawa gotowa.

Marianne znów spojrzała na zegar. Za kwadrans ósma. O ósmej zadzwoni. Ani minuty później. To wciąż będzie dość wcześnie, ale dłużej nie zniesie tego czekania.

Jej ulubiony kubek z niebieskiej ceramiki stał na samym przodzie szafki. Jedno spojrzenie na niego wystarczyło, by znów poczuła się tak jak zawsze. Dwie kostki cukru, dużo mleka – kawa była gotowa. Słodka i mocna, dokładnie taka, jaką lubiła. Poczuła się o wiele lepiej.

Uśmiechnęła się. Co sobie właściwie wyobrażała? Co się mogło stać na Sandhamn, wysepce, którą Lina znała jak własną kieszeń? Nawet śpiąc, umiałaby trafić do domu.

Z Trouville po wschodniej stronie wysepki do ich domu we wsi było ponad dwa kilometry. Co się mogło stać na tak krótkim odcinku?

Pokręciła głową. Niepotrzebnie się nakręciła. Nie po raz pierwszy Lina nocowała u przyjaciółki i zapomniała zadzwonić. Pewnie nie dała rady wyruszyć w drogę do domu o odpowiedniej porze. Prościej było przenocować u Louise. Zwłaszcza że na zewnątrz panowały kompletne ciemności, nie było oświetlenia ulicznego, a większość domów zamknięto na zimę. Choć trwały akurat ferie jesienne, nie pojawiło się wielu wakacyjnych mieszkańców.

Marianne, rozkojarzona, zamieszała łyżeczką w kubku. Cukier zebrał się na dnie. Zerknęła na stary piec opalany drewnem, który zatrzymali, gdy odnawiali zostawiony jej przez matkę dom na szkierach. Wczorajszy żar wygasł przez noc, ale kamienie wciąż były letnie. To fantastyczne, jak dobrze trzymały ciepło.

Wstała, by dołożyć drewna i rozpalić ogień. Jesienią i zimą wyjątkowo miło i przytulnie jadło się śniadanie przy trzaskających płomieniach. Bywało tu przejmująco zimno, gdy wiał północny wiatr. Całe szczęście, że mieli ten piec oraz stare piece kaflowe w jadalni i dużym pokoju.

Po raz kolejny zerknęła na zegar. Za trzy minuty ósma. Nie potrafiła się dłużej powstrzymywać. Sięgnęła po telefon i wybrała numer.

– Halo? – odpowiedział zaspany głos po trzecim sygnale.

To była Hanna. Marianne natychmiast ogarnęły wyrzuty sumienia. Obudziła ją zupełnie niepotrzebnie.

– Cześć, tu Marianne. Przepraszam, że przeszkadzam. Chciałam się tylko upewnić, że Lina u was jest. Nie wróciła na noc do domu i oczywiście nie zadzwoniła. Wiem, że to głupie, ale chciałam tylko sprawdzić, czy wszystko jest w porządku.

W słuchawce zapadła cisza.

Tylko na jakąś sekundę, ale o sekundę za długo.

Znów było jej trudno oddychać.

– Lina? Nie ma jej tu. Wyszła wczoraj koło dziesiątej. Nie wróciła do domu? – w głosie Hanny wyraźnie słychać było zdumienie. – Poczekaj, zaraz sprawdzę.

– Tak – szepnęła Marianne. – Zrób to, proszę.

Hanna odłożyła słuchawkę i gdzieś poszła. Marianne ściskała telefon tak mocno, że aż bolały ją palce.

Hanna wróciła.

– Przykro mi – powiedziała. – Jest tak, jak myślałam. Nie ma jej tutaj. Louise mówi, że pojechała rowerem do domu, kiedy skończył się film. Jesteś pewna, że nie leży w swoim łóżku?

Marianne nie była w stanie odpowiedzieć. Próbowała wydusić z siebie jakieś słowa, ale język odmówił posłuszeństwa. Przed oczami pojawiły się plamki.

Gdzie jest jej córka?

Piątek, 22 lutego 2007

2

– Mieszkasz latem na Sandhamn? Mam tam znajomego.

Młoda kobieta gadała w najlepsze, nie zauważając, że nie wywołuje żadnej reakcji.

Nora Linde żałowała, że dała się namówić do pójścia na tę imprezę; wyprawiał ją jakiś lekarz, kolega Henrika z pracy. Jej mąż szybko oddalił się w stronę jakichś swoich znajomych i przepadł, a ona stała tutaj i próbowała rozmawiać z obcą dziewczyną – co najmniej dziesięć lat młodszą od niej, z modnie wycieniowaną ciemnoblond fryzurą i w krótkiej spódniczce eksponującej szczupłe nogi.

Patrząc na nią, Nora czuła się stara i zaniedbana.

Nie pamiętała, kiedy ostatnio miała czas na trening. Jasne włosy przycięte na pazia zbyt dawno nie widziały fryzjera. Zajmowała się przez dziesięć lat dwójką dzieci i jednocześnie pracowała na pełny etat jako prawniczka w banku… To pozostawiło ślady. Mąż lekarz, który wolał poświęcać się karierze i brać udział w regatach, zamiast pomagać w domu, nie poprawiał sytuacji.

Jej czarna suknia nie była ani modna, ani nowa, ale Norze nie chciało się wysilać. W każdym razie nie dla Henrika.

Przez ostatnie pół roku w ich rodzinie panował lodowaty nastrój. Spowodowała to decyzja Nory, by zatrzymać willę Brandów zapisaną jej w testamencie przez sąsiadkę i przyszywaną babcię Signe Brand. Nie zgodziła się, gdy Henrik nalegał, by sprzedała dom położony przy wejściu do portu w Sandhamn, żeby kupić coś większego i ładniejszego w Saltsjöbaden.

Walczyli przez całą jesień. Dobrze wychowani, kiedyś bliscy sobie, a teraz obcy ludzie, którzy starali się z całych sił zachowywać tak jak zwykle. Ambitni rodzice jeżdżący na mecze piłkarskie Adama i chodzący z Simonem na lekcje tenisa, udający, że nic się nie stało. Żyli w emocjonalnej próżni. Na razie jakoś to działało.

– Przepraszam, zamyśliłam się – powiedziała, próbując nie wydać się zupełnie nieuprzejma.

To nie wina tej ładnej dziewczyny, że Nora i jej mąż się nie dogadują.

Odpowiedzią był szeroki uśmiech.

– Nic się nie stało. Wiem, że czasami za dużo gadam. Mówiłam właśnie, że znam kogoś w Sandhamn, a raczej zna go moja przyjaciółka, ta, która mnie tu dziś przyprowadziła. Ma na imię Marie. Jest pielęgniarką.

– Ach tak – Nora najlepiej, jak umiała, próbowała udawać zainteresowanie.

Skosztowała różowego drinka i zachęcająco pokiwała głową.

– Marie jest z facetem, który ma tam dom. Na szkierach jest naprawdę pięknie, prawda? W każdym razie on i jego żona mają tam dom.

– Jego żona?

Dziewczyna spojrzała na nią z poczuciem winy.

– Ojej, chyba wypaplałam za dużo – nagle straciła pewność siebie. – Facet Marie jest wciąż żonaty, ale zamierza odejść od żony. Nie zrobił tego jeszcze tylko ze względu na dzieci.

– No proszę – mruknęła Nora, zastanawiając się, co mogła powiedzieć, by nie zabrzmiało to idiotycznie.

Cała ta rozmowa była dziwaczna. Co się mówi kobiecie, która zdradza kompletnie obcemu człowiekowi, że jej koleżanka ma romans z żonatym mężczyzną?

– Marie zakochała się na zabój. To naprawdę superfacet, ciemnowłosy, przystojny. Do tego lekarz. Nieźle, co? – mrugnęła znacząco do Nory i zanurzyła usta w kieliszku.

– Lekarz? – powtórzyła Nora.

– Właśnie. Niezła zdobycz.

– Jak ma na imię?

– Raczej nie powinnam tego mówić, bo Marie powtarzała, że on chce wszystko utrzymać w tajemnicy, dopóki nie porozmawia z żoną. Ale chyba nic się nie stanie, jak ci powiem.

– Nie – zgodziła się Nora. – Na pewno nic się nie stanie – nagle okazało się bardzo ważne, by usłyszeć to imię.

– Ma na imię Henrik. Jest radiologiem w szpitalu w Danderyd.

Uśmiechnęła się do Nory i znów uniosła kieliszek do ust.

3

Przebrzmiała czołówka programu Poszukiwani w TV3 i na ekranie pojawiła się znajoma twarz Hassego Aro. W tle widać było biurko, przy którym pracowali członkowie redakcji.

– Witamy ponownie – powiedział z powagą Hasse. – Ostatnią sprawą na dzisiejszy wieczór jest zaginięcie dziewczyny z Sandhamn – zerknął w papiery i ciągnął. – Lina Rosén zaginęła w ciemną i wietrzną noc ubiegłej jesieni. Na wysepce Sandhamn w zewnętrznej części archipelagu mieszka około stu dwudziestu osób, choć co roku przez miejscowość przewijają się setki tysięcy turystów. Ten wakacyjny raj słynie z pięknych piaszczystych plaż i ze wspaniałych regat.

Odchrząknął, a kamera pokazała jeszcze większe zbliżenie jego twarzy. Jej rysy wyrażały troskę.

– Dziś mieszkańców wyspy dręczy zagadka zaginięcia Liny Rosén – ton głosu spikera był smutny.

Na ekranie pojawiło się zdjęcie ładnej dziewczyny o długich blond włosach, mniej więcej dwudziestoletniej. Siedziała na leżaku. Biała koszulka na ramiączkach podkreślała opaleniznę. Dziewczyna uśmiechała się wesoło w stronę obiektywu. W tle widać było kilka skał i piaszczystą plażę. Wyglądało to tak, jakby znajdowała się na jakimś tarasie blisko morza.

– Rodzice Liny po raz ostatni widzieli swoją córkę żywą w piątek trzeciego listopada zeszłego roku. Wybierała się wtedy do przyjaciółki, która mieszka po południowo-wschodniej stronie wyspy, w rejonie domków letniskowych Trouville. Z informacji wynika, że Lina wyjechała na rowerze do domu około godziny dziesiątej wieczorem. Potem wszelki ślad po niej zaginął. Mimo intensywnych wysiłków policji nie udało się jej odnaleźć.

Teraz pokazano panoramiczne ujęcie wejścia do portu w Sandhamn. Kamera oddaliła się od drewnianego budynku gospody, przesunęła wzdłuż przystani dla parowców i dalej, aż do czerwonych budynków klubowych KSSS.

Nie było tam widać ani żywej duszy. Kiosk przy przystani dla parowców, gdzie latem tworzyły się długie kolejki, miał opuszczoną metalową żaluzję. Stoiska wzdłuż promenady zaryglowano i zamknięto na solidne kłódki.

To miejsce wydawało się opuszczone, co w jakiś sposób przypominało, że poszukiwania zaginionej nie przyniosły żadnego skutku.

Pokazano zbliżenie na biały budynek – dom rodzinny Liny Rosén. Z tego, co powiedział spiker, wynikało, że jej rodzina pochodziła z Sandhamn i mieszkała w tym domu od wielu lat.

Kamera powoli odsunęła się od budynku i oczom widzów ukazał się las od strony kortów tenisowych. Tam zaczynała się droga do Trouville. Droga, którą Lina Rosén odjechała na rowerze tego wieczoru, gdy zaginęła.

Hasse Aro zwrócił się do stojącego obok policjanta – wysokiego, barczystego, krótko ostrzyżonego blondyna około czterdziestki. Sympatycznego, ale o smutnych oczach.

– Moim rozmówcą jest Thomas Andreasson, inspektor policji kryminalnej w Nacka. Brał pan udział w sprawie od chwili, gdy zgłoszono zaginięcie Liny Rosén. Co może nam pan powiedzieć?

Policjant odchrząknął.

– Rodzice Liny znaleźli jej rower we Wszystkich Świętych, czyli nazajutrz po tym, jak widziano ją po raz ostatni1. Poszukiwania trwały kilka dni, mimo to nie udało nam się znaleźć żadnych śladów dziewczyny.

– Pomagali wam ochotnicy?

– Tak. Dołączyło do nas bardzo wielu mieszkańców, zgłosili się na ochotnika. Przeczesaliśmy całą wyspę.

– Jak to możliwe: zniknąć na wysepce tak małej jak Sandhamn?

Na twarzy Thomasa Andreassona odmalowało się przygnębienie. Westchnął cicho i odparł:

– Zgadzam się z panem, że coś takiego nie powinno się zdarzyć. Prawda jest jednak taka, że od zaginięcia Liny minęły cztery miesiące, a nam nie udało się znaleźć nic, co by wyjaśniło, gdzie teraz przebywa.

– Mogła się utopić?

– To nie jest wykluczone. Wspominał pan, że w tych dniach był silny sztorm. Jeśli z jakiegoś powodu dziewczyna wypłynęła na morze, łódź mogła się wywrócić. Apelujemy do wszystkich, którzy ewentualnie widzieli coś, co mogłoby nam pomóc w śledztwie, by skontaktowali się z nami. Dochodzenie utknęło w martwym punkcie.

Hasse Aro spojrzał prosto w kamerę.

– Każdego, kto ma jakiekolwiek informacje o zaginięciu Liny Rosén, prosimy, by jak najszybciej skontaktował się z nami lub z policją. Jej rodzice wyznaczyli nagrodę dla tego, kto dostarczy istotne informacje.

Znów rozległa się melodia z czołówki programu. Na dolnej krawędzi ekranu pojawił się pasek z napisem, że była to powtórka i nie należy dzwonić do studia.

Thomas Andreasson usiadł wygodniej na sofie w swoim mieszkaniu w Gustavsberg pod Sztokholmem. Powoli kończył pić kawę, zastanawiając się nad programem, który przed chwilą zobaczył.

Tamtej listopadowej nocy Lina Rosén w jakiś sposób zniknęła z powierzchni ziemi. Mocno wiało i padał deszcz – trwał jeden z tych jesiennych sztormów, które na zewnętrznych szkierach zdarzały się często. Upłynęło kilka dni, nim wiatr ustał i morze odzyskało swój normalny niebieski kolor.

Gdy rodzice Liny zdali sobie sprawę z powagi sytuacji, upłynęły niemal dwie doby. Najpierw szukali jej na własną rękę, wreszcie w sobotni wieczór skontaktowali się z policją. Według przepisów nie podejmowano żadnych czynności, dopóki nie upłynęły co najmniej dwadzieścia cztery godziny od zaginięcia. Zbyt często okazywało się, że poszukiwani młodzi ludzie przebywają u kolegi czy koleżanki i po prostu nikogo o tym nie powiadomili. Dlatego też rodzicom Liny podano niezbyt uspokajającą dla nich informację, że córka prawdopodobnie sama się znajdzie w ciągu najbliższej doby.

Później, gdy poszukiwania rozpoczęły się pełną parą, stracony czas był nie do nadrobienia.

Na szkiery wysłano dużą liczbę policjantów z rozkazem przeczesania wyspy. Użyto kilku psów policyjnych, jednak zła pogoda miała fatalny wpływ na przebieg poszukiwań. Intensywne opady niemal kompletnie uniemożliwiły psom odnalezienie czegokolwiek. Deszcz skutecznie spłukał wszelkie ślady i zapachy. Było tak, jakby ktoś wyszorował wyspę wodą z mydłem.

W smagającym deszczu Thomas z kolegami wspólnie ze zrozpaczoną rodziną Liny oraz jej przyjaciółmi i sąsiadami przeszukali całą wyspę. W końcu nakłonił wykończonych rodziców, by poszli do domu odpocząć. Matka Liny była tak blada, że wyglądała, jakby lada moment miała się przewrócić. Zrobią lepiej, jeżeli pozwolą, by policja skupiła się na swojej pracy, argumentował. Ktoś musi być w domu, gdyby Lina mimo wszystko się zjawiła. Państwo Rosén niechętnie się poddali.

Thomas wciąż pamiętał, jak przejmujący wiatr wdzierał się pod ubranie i jak marzły mu palce. Temperatura oscylowała wokół zera, lecz chłód płynący od morza sprawiał, że powietrze było wilgotne i nieprzyjemne. Korony wysokich sosen uginały się na wietrze, stare gałęzie skrzypiały.

Powoli i metodycznie przeszukali plażę. Z pomocą ochotników przeczesali las od Västerudd do Trouville. Sprawdzili bunkry z czasów drugiej wojny światowej oraz okolicę domków letniskowych. Najmniejszy cień podejrzenia sprawiał, że się zatrzymywali. Nie szczędzili sił.

W końcu któryś przewodnik psa spojrzał na Thomasa i pokręcił głową.

– To na nic – powiedział. – Dziewczyna równie dobrze może leżeć na dnie morza. Psy muszą teraz odpocząć, są wykończone.

Thomas wiedział, że mężczyzna ma rację.

Jednak nie chciał się poddać. Widział desperację w oczach Marianne Rosén i świetnie wiedział, jak się ta kobieta czuje. To była ta sama desperacja, której doświadczył, gdy pewnego ranka znalazł swoją trzymiesięczną córeczkę zimną i martwą w łóżeczku, a wszelkie próby reanimacji zawiodły.

Po kolejnym dniu przerwali poszukiwania. Zajrzeli pod każdy kamień na wyspie, sprawdzili każdą kępę trawy. Lina Rosén zniknęła bez śladu.

Po jakimś czasie śledztwo zawieszono.

Większość policjantów była przekonana, że biedna dziewczyna popełniła samobójstwo, że się utopiła i morze zabrało zwłoki. Nie istniało żadne inne sensowne wyjaśnienie. Pewne wypowiedzi Louise, jej najlepszej przyjaciółki, zdawały się to potwierdzać.

Thomas zrobił wszystko, co tylko mógł, żeby odnaleźć dziewczynę. Jego wysiłki poszły na marne. Nic nie mogło zmienić faktu, że Lina zginęła bez śladu.

Westchnął i wyprostował plecy. Zrobiło się późno, dawno powinien się położyć.

Wystąpienie w takim programie jak Poszukiwani było drastycznym posunięciem, ale rodzice Liny zrobiliby wszystko, byle tylko odnaleźć córkę.

Trudno było ich za to winić, pomyślał Thomas, sięgając po pilota, by wyłączyć telewizor.

4

Gdy znaleźli się w mieszkaniu, a opiekunka do dzieci wyszła, w Norze coś pękło. Na imprezie udało jej się zachować pozory, we własnych czterech ścianach mogła zrzucić maskę.

– Pielęgniarka. Chyba bardziej banalnie się nie dało. Nie mogłeś wymyślić nic lepszego?

Z rękoma skrzyżowanymi na piersiach patrzyła na męża. Stali w przedpokoju swojego domu. Tyle wspomnień wiązało się z tym szeregowcem w Saltsjöbaden. Sami położyli tu tapetę w cienkie jasnoniebieskie paski. Nora, wtedy w ciąży z Adamem, nosiła szorty ogrodniczki, w których swobodnie mieścił się jej duży brzuch. Pamiętała, jaka była zadowolona, że na letniej przecenie udało jej się znaleźć takie ładne tapety.

Henrik milczał.

Było jasne, że jej wybuch go zaskoczył. Najbardziej przypominał chyba dziecko, które przyłapano na czymś, czego nie wolno mu było robić.

Nora nie potrafiła się opanować. Z jej ust popłynęły słowa wulgarne i ostre, nie takie, jakich używała na co dzień.

– Jak mogłeś? Po tym wszystkim, co się stało? Próbowałam zaciskać zęby i ratować to małżeństwo. Walczyłam o nas jak idiotka, a ty wywalasz wszystko na śmietnik, żeby zerżnąć jakąś ładną dziewczynę?

– Przykro mi, nie tak miało być. Chciałem, żebyś się dowiedziała w inny sposób – Henrik odwrócił wzrok.

– To jak miało być? Jak to sobie zaplanowałeś? – Nora wypluwała z siebie słowa. – Po pewnym czasie chciałeś mi powiedzieć, że zostawiasz mnie dla jakiejś pielęgniarki z oddziału? A może tylko chciałeś się trochę zabawić, tak żebym nigdy się o tym nie dowiedziała?

Henrik jedną ręką poluzował krawat i rzucił go na stolik w holu. Powoli zdjął marynarkę i odwiesił ją starannie na wieszak.

Nora z ukłuciem goryczy zauważyła, jaki wciąż był przystojny. Ciemne włosy, klasyczny profil… Wyglądał dokładnie tak jak wówczas, gdy się poznali – ponad dwanaście lat temu.

Superfacet, do tego lekarz. Niezła zdobycz, jak podsumowała jej rozmówczyni na imprezie.

– No, odpowiadaj! – krzyknęła Nora. – Myślałeś, że jak to się skończy?

Głos jej się załamał, opadła na jeden ze schodków i ukryła twarz w dłoniach.

– Nie śpisz dzisiaj w naszym łóżku, żebyś wiedział – powiedziała po długiej chwili. – Możesz się położyć na sofie.

Henrik nie protestował. Patrzył na nią z rezygnacją.

– Naprawdę bardzo mi przykro, że tak wyszło. Nie chciałem cię skrzywdzić.

Nora milczała.

– Jutro biorę chłopców i jadę do Sandhamn – oświadczyła w końcu. – Są ferie zimowe, wezmę kilka dni urlopu. Gdy wrócimy, masz mieszkać gdzie indziej. Nie chce cię nigdy więcej tutaj widzieć. Rozumiesz?

– Przecież nie możesz mnie tak po prostu wyrzucić – Henrik wydawał się szczerze zdumiony. – Ja też mam prawo tutaj mieszkać. To również mój dom.

– Straciłeś to prawo. Nie masz tu czego szukać.

Nora oblizała wargi. W ustach miała tak sucho, że ledwie była w stanie wydobyć z siebie to, co chciała powiedzieć.

– Możesz przecież zamieszkać u swojej nowej dziewczyny. Na pewno się ucieszy. A może ona tylko czeka, żeby wprowadzić się do twojego pięknego domu w Sandhamn?

Wzięła głęboki oddech i spojrzała mu prosto w oczy.

– Chcę się rozwieść. Jak najszybciej – zaśmiała się cicho i bezsilnie, potem znów ukryła twarz w dłoniach. – Wyjdź stąd – powiedziała zduszonym głosem.

– Ale przecież chłopcy… Musisz myśleć o Adamie i o Simonie.

– Zupełnie jakbyś ty to robił. Myślałeś o tym, że masz rodzinę, kiedy wskakiwałeś do łóżka z tą laską? Myślałeś o tym?

– Uspokój się – powiedział Henrik i wyciągnął rękę, by jej dotknąć. – Naprawdę musimy porozmawiać.

Nora cofnęła się.

– Nie dotykaj mnie. Nigdy więcej mnie nie dotykaj.

Wstała, otworzyła jedną z szaf w przedpokoju i wyjęła worek żeglarski.

– Powiem chłopcom, że masz dyżur i nie możesz z nami jechać do Sandhamn. Słyszeli to wcześniej tyle razy, że nie będą zdziwieni.

Nie patrząc na niego, wyjęła jeszcze jedną torbę.

– Przyzwyczaili się, że ojciec nie ma dla nich czasu – rzuciła w przestrzeń, jakby Henrika nie było obok niej. – Znikaj stąd.

Sandhamn 1899

Cienkie wargi się rozsunęły i odsłoniły żółtawe zęby.

Wygląda jak trupia czaszka, pomyślał Gottfrid, bo nie potrafił się powstrzymać. Natychmiast ogarnęły go wyrzuty sumienia, że myśli tak o swoim umierającym ojcu. Ale to on powinien je mieć, cholerny staruch.

Chude ciało spoczywało w łóżku oparte na poduszkach. Firanki zasunięto do połowy, więc popołudniowe światło łagodnie sączyło się przez okno. Pokój tonął w półmroku, cienie były głębsze, kontury się zacierały. Ciemne worki pod oczami ojca stały się jeszcze wyraźniej widoczne.

Ojciec miał kołdrę podciągniętą na pierś. Powłoczka na najgrubszej pierzynie była zsunięta i Gottfrid widział obok wyhaftowanych kwiecistych wzorów jakąś zaschniętą czerwoną plamę.

– Podejdź tutaj – ojciec machnął na niego ręką.

Postawili jego łóżko w izbie, żeby miał spokój, a równocześnie był blisko kuchni, gdzie najczęściej przebywała reszta rodziny.

Gottfrid się zawahał, ale nie śmiał się sprzeciwić. Strach głęboko zapuścił w nim korzenie.

Wzdrygnął się, czując zepsuty oddech ojca. Ciało miało kwaśny zapach, jak leżące na skałach wodorosty wymyte przez morze albo rosnący drożdżowy zaczyn na placki. Matka porozkładała w izbie woreczki z lawendą, nie były jednak w stanie stłumić tej obcej woni.

Przełknął ślinę, by nie okazać, jak nieswojo się czuje. Miał przecież jedenaście lat, nie był małym dzieckiem. Zsunął czapkę z głowy i wszedł do pokoju.

– Chodź tutaj – znów rozkazał ojciec.

Siła jego autorytetu nie osłabła całkowicie.

Gottfrid zbliżył się jeszcze kilka kroków.

Ojciec się rozkasłał. Z jego piersi dobiegało głębokie rzężenie, które przeraziło Gottfrida. On sam kasłał zupełnie inaczej, kiedy był przeziębiony. Chory posiniał na twarzy, próbując wtłoczyć powietrze do płuc. Jedną ręką chwycił się łóżka, drugą uderzył w klatkę piersiową, jakby chciał ją zmusić, by przyjęła życiodajny tlen.

Atak kaszlu w końcu minął. Ojciec wypluł grudę krwi do wiadra, które stało na podłodze obok nocnika.

– Jak sobie radzisz z połowem?

Gottfrid spojrzał na swoje stopy.

Odkąd suchoty osłabiły ojca tak bardzo, że nie mógł pracować, Gottfrid pomagał w utrzymaniu rodziny. Latem wynajmowali pokoje gościom, w pozostałe miesiące musiały im wystarczać pieniądze, które zarabiał.

Jego wuj Olle odpowiadał za sieci i małą łódź żaglową. Zyskami dzielili się po połowie. Od czasu do czasu Gottfrid mógł zachować parę groszy dla siebie, gdy połów okazał się szczególnie udany.

Musiał wstawać o wpół do drugiej w nocy, żeby wypływać z wujem. Czasami, ubierając się, na wpół spał. Po wyciągnięciu sieci i powrocie na wyspę stał w porcie i sprzedawał służącym świeże ryby na obiad.

– Dziś w nocy zastawiliśmy dwa niewody przy Rörskären.

– Dorsz? – ojcu nie starczało sił, by wypowiedzieć całe zdanie.

Gottfrid kiwnął głową i wyprostował się, dumny z połowu. Znoszone, sięgające do kolan spodnie stawały się ciasne i gdy się poruszył, podjechały kawałek do góry. Sweter był za mały, rękawy kończyły się tuż nad nadgarstkiem. Zaledwie wczoraj matka przyglądała się z troską jego ubraniom i skarżyła się, że tak szybko rośnie.

– Jutro zastawimy sieci na sieje, przy Skarprunmaren.

Poprzednia noc była bezwietrzna, jak to się często zdarza latem, i przez całą drogę musieli wiosłować. Wolał to niż niemal nieustający silny wiatr ubiegłej jesieni.

– Huragan na Sandhamn nie wieje, jak przystało, wieje jak wszyscy diabli – mruczał pod nosem wuj, szarpiąc się z żaglami.

Kiedy aż tak wiało, zwykle układali kamienie na dnie, by łódź była stabilniejsza. Często jednak musieli płynąć na ląd, by wybierać wodę czerpakiem, ponieważ zalewały ich wysokie fale. I dlatego Gottfrid nigdy się nie uskarżał na bezwietrzne noce, choć niemal przez cały czas musiał wiosłować. Jako zaledwie pięciolatek nauczył się robić to porządnie, rozluźniając mięśnie ramion tak, żeby pracowały plecy i uda.

Poczuł woń kawy. Matka powiedziała, że zaparzy mu filiżankę, nim przyjdzie pora, by znów wyruszyć.

– Czytasz codziennie katechizm?

– Tak, ojcze.

To nie była prawda, ale nie chciał go niepotrzebnie drażnić.

– Dobrze.

Ojciec opadł na poduszki. Wielkie pięści, kiedyś tak skore do bicia, leżały bezsilnie na kołdrze. Jego ciałem znów wstrząsnął atak kaszlu. Gdy minął, ojciec wciąż leżał z opuszczonymi powiekami. Gottfrid wymknął się z pokoju. Kątem oka dostrzegł jeszcze, jak ojciec pochyla się i wypluwa do wiadra kolejną czerwonobrunatną grudę.

Teraz to nie potrwa długo.

Sobota, 23 lutego 2007

5

Zatrzymali się, żeby zrobić zakupy w Mölnvik, i zaraz po lunchu wsiedli na prom.

Gdy się obudziła, Henrika nie było w domu. Co za ulga! Nie potrafiłaby spojrzeć na niego, a tym bardziej udawać przed dziećmi, że nic się nie stało.

Mimo zdenerwowania Nora przespała siedem godzin, nie śniąc. Obudził ją Simon, wpełzając pod kołdrę. Gdy poczuła obok siebie jego ciepłe ciałko, ogarnął ją spokój. Wkrótce miał skończyć osiem lat, ale wciąż lubił się przytulać. Wcisnęła nos w jego ramię i oddychała głęboko.

Adam i Simon są najważniejsi, pomyślała. Nic nie jest ważniejsze od nich.

Teraz prom zmierzał w stronę zimowych szkierów, a ona siedziała z filiżanką kawy w dłoniach. Od początku roku było zimno i zatokę skuł lód, co rzadko się zdarzało. Lodołamacz musiał otworzyć tor wodny do Sandhamn. Na nierównej pokrywie lodowej przy wyspach powstały ścieżki i wyglądało to tak, jakby przystanie spoczywały na lodzie. Z pachołków na pomostach i z krawędzi pomostów zwisały lśniące formacje lodowe.

Chłopcy spotkali znajomego z psem, z którym mogli się pobawić, więc nie miała towarzystwa przy stoliku.

Dopadło ją przygnębienie.

Samotna matka, dudniło jej w głowie. Samotna, opuszczona matka. Rozwód. Walka o przyznanie opieki nad dziećmi. Podział majątku.

Terminy prawne wirowały jej w głowie. Ukradkiem zerkała na innych pasażerów. Czuła się tak, jakby wiedzieli, że miała się rozwieść z mężem. Że jej małżeństwo okazało się porażką, a rodzina się rozpadnie. Synowie zaczną regularnie pakować swoje małe walizki i jeździć w tę i z powrotem między dwoma domami. W każdym zostawią piżamy, ale w żadnym z nich nie będą naprawdę u siebie.

Norze było wstyd, choć wiedziała, że nie ma się czego wstydzić. To przecież nie jej wina, że mąż zdradził ją z inną kobietą. Poczucie winy gnębiło ją jednak od momentu przebudzenia. Uniosła filiżankę z kawą do ust, ale musiała odstawić ją z powrotem – tak bardzo drżała jej dłoń.

– Wszystko w porządku?

Wzdrygnęła się. Była tak pogrążona w myślach, że wcześniej nie zauważyła podchodzącego mężczyzny. Jego twarz wydała się jej znajoma. Nie potrafiła do końca skojarzyć… Chyba mieszkał w Sandhamn. Miał ciemne włosy, w kilkudniowym zaroście pobłyskiwały pierwsze siwe włosy.

Niepewnie uśmiechnęła się do niego, gdy usiadł naprzeciw niej.

– Nie chcę ci przeszkadzać, ale wydawałaś się taka smutna.

Wyciągnął rękę na powitanie. Uścisnęła ją niemal bezwiednie.

– Pelle Forsberg. Masz na imię Nora, prawda?

Kiwnęła głową w odpowiedzi.

– Mieszkam przy kortach tenisowych. Ty, o ile dobrze pamiętam, masz dom przy Kvarnberget. Chyba wiele lat temu spotykaliśmy się na obozach żeglarskich.

Znów pokiwała głową. To możliwe, ale w tej chwili po prostu nie potrafiła sobie przypomnieć.

– Coś się stało?

Oczy Nory napełniły się łzami. Nic nie mogła na to poradzić. Im bardziej próbowała stłumić łzy, tym więcej ich napływało.

– Ja zaraz… – powiedział zaskoczony Pelle.

Wstał, podszedł do kafeterii, wziął kilka papierowych serwetek i podał Norze. Przyjęła je z wdzięcznością i otarła oczy. Potem porządnie wydmuchała nos.

– Przepraszam – mruknęła. – Pewnie myślisz, że całkiem mi odbiło.

– Nie ma problemu.

– Nie za bardzo mi się układa z mężem…

– Rozumiem.

– Rozwodzimy się.

Teraz powiedziała to po raz pierwszy. Nienawidziła tego słowa, ale przynajmniej wydusiła je z siebie.

Machnął ręką.

– Też brałem rozwód, wiem, jak to jest.

– Nie chciałam się rozpłakać, tylko wszystko jest takie trudne…

– Nie musisz mi niczego wyjaśniać – spojrzał na nią życzliwie. – Przynieść ci jeszcze kawy?

– Dziękuję, to bardzo miłe z twojej strony.

Nim Pelle Forsberg wrócił z kawą, Nora wzięła się w garść. Jeszcze raz wydmuchała nos. Gorący napój dobrze jej robił. Muszę panować nad sobą, pomyślała. Nie mogę siedzieć na promie i tak się mazać. Co by było, gdyby chłopcy mnie zobaczyli?

– Będziesz w Sandhamn przez całe ferie? – spytała, usiłując zacząć normalną rozmowę.

Kiwnął głową.

– Muszę naprawić w domu parę rzeczy i pomyślałem, że skorzystam z okazji. Jestem nauczycielem matematyki, więc mam cały tydzień wolnego.

– Ach tak.

Pelle wstał.

– Nie będę ci dłużej przeszkadzać. Wydawałaś się taka smutna, że musiałem zapytać, czy coś się nie stało.

– To miłe z twojej strony – powtórzyła.

W głośniku zatrzeszczało. Ogłoszono, że zbliżają się do Sandhamn. Nora wyjrzała przez okno i dostrzegła znajome kontury. Mijali Fläskberget i zbliżali się do Kvarnberget, gdzie za okazałą fasadą willi Brandów widać było jej dom.

Siłą woli zapanowała nad twarzą, pozbierała wszystkie rzeczy i poszła po chłopców. Za kilka minut będą u celu. Musiała jeszcze zdążyć kupić bilety.

Niedziela, 24 lutego 2007

6

Nora siedziała na małej, przeszklonej werandzie wychodzącej na południe. Odziedziczyła ten dom dziesięć lat temu po dziadkach ze strony matki. Był położony w pobliżu domu jej rodziców, u podnóża Kvarnberget. Góra ta zawdzięczała swoją nazwę młynowi, który stał tam aż do lat sześćdziesiątych dziewiętnastego wieku, zanim przeniesiono go w inne miejsce.

Zastanawiała się, czy nie warto na lato przeprowadzić się do willi Brandów, ale na razie wciąż mieszkała we własnym domu. Czuła, że duża willa wciąż jest domem cioci Signe, i wahała się, czy objąć ją w posiadanie. Poza tym bała się zimna. Ogrzanie tego domu – częściowo przeszklonego i wyposażonego w zbyt małą liczbę grzejników – mogło przekraczać jej możliwości.

Za oknem sterczały nagie gałęzie bzu. Latem ogród otaczała ochronna ściana zieleni, ale teraz widziała wszystko po drugiej stronie żywopłotu. Mimo zimna wygoniła chłopców na dwór, żeby pooddychali trochę świeżym powietrzem. Taki w każdym razie wymyśliła pretekst. W rzeczywistości potrzebowała chwili dla siebie. Musiała się spokojnie zastanowić i wszystko przemyśleć.

Wbrew jej obawom chłopców nie trzeba było długo namawiać. Na szczęście Fabian, najlepszy przyjaciel Simona, był z rodzicami na wyspie, więc mieli z kim się bawić.

Prawdziwe błogosławieństwo w całej tej paskudnej sytuacji.

Myśli o Henriku nie dawały jej spokoju. Czy sama go pchnęła w ramiona tej pielęgniarki? Czy była tak złą żoną, że musiał poszukać innej kobiety?

Nie ustąpiła w sprawie willi Brandów, ale czy jej decyzja, by zatrzymać dom, naprawdę mogła skłonić go do zdrady?

Ubiegłego lata ich spór zakończył się okropną kłótnią przy pomoście. Henrik stracił panowanie nad sobą i uderzył ją w twarz tak, że pociekła krew.

Nigdy wcześniej nie potrafiłaby sobie wyobrazić, że mąż ją uderzy. Henrik prosił i błagał, żeby mu wybaczyła. Zacisnęła zatem zęby i próbowała ratować małżeństwo, ale coś w ich związku zostało bezpowrotnie zniszczone.

To dla chłopców, powtarzała sobie potem jak mantrę, to dla nich musimy zostać razem.

Kiedy jednak zastanawiała się, co czuje, dochodziła do wniosku, że chyba walczyła bardziej dla siebie niż dla synów. Robiła tak, choć w ich związku od dłuższego czasu nie układało się najlepiej i zadawała sobie czasem pytanie, czy w ogóle jeszcze lubi Henrika.

Bała się samotności, powiedziała to sobie szczerze, spoglądając na popołudniową mgłę za oknem.

Strach przed rozbiciem rodziny tkwił w niej głęboko. Kilka jej przyjaciółek się rozwiodło i widziała, jak bardzo musiały walczyć, żeby jakoś ułożyć sobie życie. Niełatwe okazywały się sprawy związane ze szkołą i z tym, co trzeba było zorganizować, gdy dzieci co tydzień mieszkały u innego rodzica. No i starania, żeby nie zabrakło pieniędzy…

Nie tak sobie wyobrażała czas dorastania chłopców. Była naiwna. Jak mogła wierzyć, że ich małżeństwo uda się uratować? Dawno temu powinna mu wszystko wygarnąć. Henrik ciągle sądził, że jego sprawy są najważniejsze. Uważał za oczywiste, że Nora się dostosuje. Jego dyżury były ważniejsze niż wszystko inne, a ona musiała się zajmować dziećmi i domem, choć też pracowała na cały etat. Poza tym stawało się coraz bardziej widoczne, że ich poglądy i wartości znacznie się różnią.

Tymczasem ona się podporządkowywała. Stała się posłuszna i uległa. Ten niesprawiedliwy dla niej wzorzec stopniowo się utrwalał. Dlaczego się na to godziła?

Spojrzenie Nory przesuwało się po białym krajobrazie. Na zwisających gałęziach brzozy w ogrodzie sąsiadów zauważyła splątane ptasie gniazda, niczym szare kamienie na tle nieba.

Czy to staromodne poczucie obowiązku sprawiło, że tak długo pozostała z Henrikiem? Gdy się poznali i stali parą, byli sobie równi. Dwoje studentów żyjących ze sobą jak równorzędni partnerzy i marzących o interesującej karierze. Piętnaście lat później wiodła życie gospodyni domowej z lat pięćdziesiątych. Różniło ją od tamtej tylko to, że pracowała zawodowo.

Posłuszna, uległa i na dodatek zdradzona.

Nora otrząsnęła się ze złością. Była taką idiotką! Nie dało się tego inaczej nazwać.

Westchnęła ciężko i osunęła się na wiklinowe oparcie, przymknąwszy oczy. Choć przespała całą noc, była tak zmęczona, że ledwie miała siły się ruszyć. Słaniała się z wycieńczenia.

Jakoś to będzie. Tysiące kobiet przed nią przeżyły rozwód. Wiele, bardzo wiele dzieci czuło się naprawdę świetnie, choć ich rodziny się rozpadły. Jeden tydzień tu, drugi tam, kontakt z jednym rodzicem naraz.

Nie była w stanie powstrzymać łez, ale nie zamierzała zmieniać zdania. Rozwiedzie się z Henrikiem.

Sandhamn 1911

Była najpiękniejszą dziewczyną, jaką kiedykolwiek widział. Jasne włosy opadały jej na plecy, szczupłą talię mógłby objąć dłońmi.

Miała na imię Vendela i pochodziła z Möja.

Rodzice wraz z pięciorgiem jej rodzeństwa mieszkali w domu w południowej części wyspy. Miała osiemnaście lat, więc była od niego o pięć lat młodsza. Patrzyła na świat oczami takiego samego koloru, jaki ma czerwcowe niebo, kiedy zapada zmierzch.

Zebrali się przy Dansberget, w pobliżu eleganckich budynków klubu KSSS, gdzie skały były gładkie i piękne. Na tych gładkich skałach mieli tańczyć przy dźwiękach skrzypiec Arnego Karlssona i harmonii Bertila Södermana.

Widzieli stąd latarnię na Korsö. Na redzie stał piękny szkuner.

Świeciło wieczorne słońce. Wcześniej tego dnia postawili piękne drzewko świętojańskie, które przybrali liśćmi brzozy i kwiatami. Wznosiło się nad okolicznymi budynkami na znak, że wreszcie nadeszło lato.

Wszędzie stały grupki podekscytowanych młodych ludzi. Przybyli tu z Runmarö, Harö i Möja. Nie martwili się, że w drodze powrotnej czeka ich wielogodzinne wiosłowanie. Nie mogli tego uniknąć. Taką cenę płacił każdy, kto chciał wziąć udział w festynie na innej wyspie. Na szczęście o świcie często pojawiała się łagodna bryza i można było postawić żagle.

Gottfrid miał na sobie piękny strój należący do zmarłego ojca, ale wciąż porządny i ładnie się prezentujący. Jego matka wszystko starannie wyprała i wyprasowała. Zaczęła pracę tydzień przed nocą świętojańską. Kiedy ubranie było gotowe, podała mu je z ociąganiem.

Teraz Gottfrid pocił się pod warstwami materiału, ale nie zamierzał odpinać ani jednego guzika. Na to przyjdzie czas później, gdy wypije parę głębszych i zacznie tańczyć mazurki i hambo.

Na nadmorskiej promenadzie w drodze na Dansberget mijał wakacyjnych gości spacerujących nad wodą. Eleganckie kobiety nosiły zwiewne jasne sukienki i osłaniały delikatną skórę ślicznymi parasolkami. Panowie mieli słomkowe kapelusze i mimo gorąca nosili angielskie marynarki klubowe.

Nie patrzył na nich i szybko szedł dalej. Choć matka wciąż wynajmowała pokoje, nadal czuł się niepewnie przy gościach ze stolicy. Mówili w inny sposób niż mieszkańcy wyspy. Ich głosy brzmiały władczo. Robili wielkie oczy na widok łodzi stojących na kotwicy w porcie.

O tej porze roku widać ich było wszędzie. Pili kawę w cukierni Anny Löfgren albo w kawiarni Lilly Boman, mieszkali w Turisthotellet albo w Sands. Wieczorami zasiadali przy pięknie nakrytych stolikach w budynku KSSS albo w restauracji Solhem. Panowie wypijali kilka sznapsów i zwracali się do siebie per „drogi bracie”. Kobiety uśmiechały się ślicznie zza wachlarzy i sączyły napoje albo zachwycone śmiały się z dowcipów swoich mężów.

Ogromne kufry i walizki gości wyładowywane na pomoście dla parowców budziły zdumienie mieszkańców wyspy. Jak można mieć aż tyle rzeczy i przywozić je tylko na kilka miesięcy spędzanych na szkierach? Gdyby Gottfrid zebrał wszystko, co posiadali on sam i jego matka, nie zapełniłoby to nawet jednego z tych kufrów.

Był jednak wdzięczny gościom za pieniądze, którymi matka łatała domowy budżet.

Ojciec zmarł pewnej zimnej styczniowej nocy jedenaście lat temu. Od tamtej chwili sytuacja rodziny uległa poprawie. Matka dostała wdowią rentę, skromną sumę, ale wypłacaną co miesiąc. Dzięki temu Gottfrid wrócił do szkoły. Wciąż wypływał w morze, jednak nie działo się to teraz kosztem nauki. Sumy, które w ten sposób zarabiał, stanowiły mile widziany dodatek, rodzina przeżyłaby i bez nich.

Tego samego roku, gdy został konfirmowany, zaczął pracować jako chłopak na posyłki w Królewskim Urzędzie Celnym. Inspektor celny, starszy mężczyzna, który nazywał się Ossian Ekbohrn, był znajomym jego ojca. Ulitował się nad osieroconym chłopakiem i tak wszystko załatwił, że Gottfrid dostał posadę w wielkim otynkowanym na żółto budynku urzędu celnego, od osiemnastego wieku wznoszącym się majestatycznie przy wejściu do portu.

Dzięki swojej sumienności po kilku latach awansował na pomocnika celnego i dostał mundur. Gdy po raz pierwszy wrócił do domu w tym pięknym ubraniu, matka wybuchnęła płaczem.

– Mój chłopiec – wyszlochała.

Widząc to, stanął w drzwiach i nie wiedział, co ma powiedzieć. Był równocześnie dumny i zakłopotany.

Pensja, którą dostawał, odpędziła ich troski finansowe. Teraz mogli nawet wyremontować dom, którego stan pogorszył się w czasie choroby ojca. Matka upierała się jednak, żeby nie wydawać więcej, niż to absolutnie konieczne. Według niej wkrótce miała nadejść pora, by Gottfrid znalazł sobie ukochaną, a wtedy przyda się każdy grosz. Po namowach zgodziła się, by kupił jej jedwabny szal i czarną spódnicę. Pozwoliła się też zaprosić na kolację do pensjonatu wdowy Wass, by uczcić jego awans.

Mimo to wciąż na kolanach szorowała podłogę z desek piaskiem z wodą, by była gładka i jasna. Nie chciała nawet słyszeć o oddawaniu prania do którejś z praczek we wsi. Przynosiła wodę z pompy, tak jak czyniła to przez całe życie, i robiła mu wyrzuty, gdy wracał do domu z ciastkami, które kupił, żeby zrobić jej przyjemność.

– No zaproś ją, mówię ci – Adolf Wolin, najlepszy przyjaciel Gottfrida, szturchnął go w bok. – Gapisz się na nią przez pół wieczoru. Dlaczego nie zapytasz, czy chce z tobą zatańczyć?

Gottfrid miętosił w palcach czapkę. Wreszcie odważył się spojrzeć na urodziwą Vendelę, stojącą w grupce innych dziewczyn z Möja, śmiejącą się i rozmawiającą.

Chyba na niego zerknęła, ale trudno było powiedzieć na pewno, bo jasne włosy opadały jej na czoło i przysłaniały oczy.

Nosiła spódnicę do kostek i białą bluzkę z żółtymi i czerwonymi haftami. Spod spódnicy wyglądały piękne sznurowane buciki.

Teraz był pewien, że zerknęła na niego nieśmiało, ale zaraz znów odwróciła wzrok. Rozpoznał kilka jej koleżanek – widział je wcześniej podczas innych zabaw na szkierach. Jedna z nich szturchnęła Vendelę łokciem, patrząc na niego znacząco.

Adolfa zmęczyło jego niezdecydowanie i ruszył, by znaleźć sobie jakąś dziewczynę do tańca. Gottfrid zdobył się na odwagę, przesunął w stronę grupki z Möja i podszedł do Vendeli.

Nieoczekiwanie język odmówił mu posłuszeństwa. Stał tak, nie mogąc z siebie wydusić ani słowa. Im dłużej stał, tym ciemniejszym rumieńcem się oblewał. Jak jakiś głuptak.

Vendela spojrzała na niego pytająco. Za jej plecami rozległ się chichot.

W końcu udało mu się wydukać pytanie.

Uśmiechnęła się. Reakcja była tak oczywista, tak szczera i spontaniczna, że niemal rozpłakał się ze szczęścia.

– Pewnie, że chcę z tobą zatańczyć – powiedziała łagodnie i wsunęła mu rękę pod ramię.

7

– Dziewięćdziesiąt siedem, dziewięćdziesiąt osiem, dziewięćdziesiąt dziewięć, sto. Szukam!

Adam Linde wyprostował się i rozejrzał. Był w lesie pośrodku wyspy, spory kawałek za kaplicą w Sandhamn. Razem z Simonem, Fabianem oraz Elsą i Agnes, starszymi siostrami Fabiana, jakiś czas bawili się w chowanego.

Przeszedł kilka metrów, ale niczego nie zauważył. Było zimno. Termometr wskazywał minus dziesięć stopni, ziemię pokrywała gruba warstwa śniegu. Na uliczkach w wiosce odgarnął ją pług, ale w lesie nogi zapadały się po kolana.

Biały puch tłumił wszystkie dźwięki, jakby wyspę wyścielono warstwą waty.

Byli tak ciepło ubrani i tak dobrze się bawili, że mróz im nie dokuczał. Całkowicie pochłonęło ich wyszukiwanie coraz bardziej pomysłowych kryjówek.

Podczas zabawy oddalili się od wioski i stopniowo zagłębiali w las. Ciekawiej było się chować wśród drzew i skał niż za rogami domów.

Adam zatrzymał się i przez chwilę stał zupełnie bez ruchu. Z jego twarzy dawno znikła letnia opalenizna, tym wyraźniej malowały się na niej rumieńce wywołane przez mróz. W ciemnozielonej czapce i pikowanej kurtce koloru khaki stapiał się z otoczeniem. Z daleka prawie nie było go widać w słabym popołudniowym świetle.

Na ogół panowała niemal nierzeczywista cisza, tylko czasem wiatr leciutko szeleścił w wysokich koronach drzew. Z rzadka dało się słyszeć szum morza.

Do tej pory powinien znaleźć pozostałe dzieciaki, zwłaszcza Fabiana i Simona. Byli przecież tak mali, że nie umieli za długo wytrzymać w kryjówce.

Przeszedł kilka kroków. Zimowe buty zapadały się w śnieg, pozostawiając głębokie ślady. Unosząc nogę, słyszał cichy szelest.

Znów się rozejrzał. Poczuł lekki niepokój. Chociaż wiedział, że po drugiej stronie jest plaża, miał wrażenie, że las ciągnie się bez końca. Z miejsca, w którym się znalazł, widział wyłącznie drzewa. Został zupełnie sam.

Było cicho, o wiele za cicho.

Adam otrząsnął się ze złością. W kwietniu miał skończyć dwanaście lat. Nie był takim dzieciakiem jak Simon.

To nieprzyjemne uczucie nie chciało jednak ustąpić, gdy wchodził dalej i dalej między brunatne pnie.

8

Nora zamierzała usunąć wszystkie ślady obecności Henrika. Upychała starannie każde znalezione ubranie do dużego worka na śmieci. Dżinsy, które zatrzymał, by pomalować w nich dno łodzi, i sprane koszulki polo nadające się do noszenia podczas czyszczenia ryb. Jego ulubione znoszone buty żeglarskie stojące w głębi szafy też wylądowały w worku.

Potem obeszła resztę domu. Z oczami pełnymi piekących łez wyrzuciła książki, które przywiózł tu ze sobą, tanie okulary do czytania kupione na stacji benzynowej i niebieski szlafrok. Nawet cholernie drogi sztormiak od Helly’ego Hansena podzielił ich los. Podobnie jak prawie nowa kamizelka ratunkowa, której mógłby używać ktoś inny.

Ogarnięta złością Nora wyciągnęła z szafki płatki śniadaniowe Henrika. Nikt w rodzinie ich nie lubił, on jadał je codziennie rano.

Zatrzymała się dopiero, gdy dotarła do zdjęcia w przedpokoju.

Zrobiono je kilka lat wcześniej. Przedstawiało całą rodzinę na plaży. Ona i Henrik siedzieli po bokach, chłopcy między nimi i śmiali się w wieczornym słońcu. Ciepłe światło zdradzało, że był środek lata. Nie dało się nie zauważyć radości na ich opalonych twarzach. Simon był nagi, jego skóra miała złocistobrązowy kolor. Adam uśmiechał się do ojca, który obejmował go ramieniem.

Piękne zdjęcie.

Nora się zawahała. Jeśli je zdejmie, chłopcy mogą zacząć zadawać pytania… Nie miała siły im teraz czegokolwiek wyjaśniać. Odwróciła się z westchnieniem i zostawiła zdjęcie na ścianie.

Chwilę później dom był posprzątany. Jakby Henrik Linde nigdy tu nie mieszkał.

Nora związała końce worka i włożyła grubą kurtkę. Otworzyła drzwi, ostrożnie wyszła na zewnątrz. Worek sporo ważył. Żeby nieść taki ciężar, musiała zarzucić go na ramię. Dobrze, że tyle ważył; to znaczyło, że wpakowała do niego wszystko, co przypominałoby jej o Henriku.

Z zaciętą miną ruszyła wąskimi uliczkami w stronę portu. Wszędzie leżało dużo śniegu, chociaż przejechał tędy pług. Czuła pot płynący po plecach i zatrzymała się na chwilę, żeby złapać oddech.

Zsyp na śmieci ulokowano na końcu portu, niedaleko rdzawoczerwonych domków przy promenadzie. Wzdłuż nabrzeża stały szeregi łodzi przykrytych brezentem. Puste kadłuby czekały na rozpoczęcie kolejnego sezonu.

Nora wspięła się na wąską kładkę prowadzącą do wyraźnie oznakowanych zsypów: szkło, baterie, odpadki domowe. Uniosła metalowe wieko i po sekundzie wahania wepchnęła worek do otworu. Utknął, bo był trochę za duży, ale popchnęła go i w końcu spadł.

Głośno zatrzasnęła wieko.

– Dużo śmieci?

Nora wzdrygnęła się i odwróciła. Kilka metrów dalej stał Pelle Forsberg, przyglądając się jej z zaciekawieniem.

Poczuła się przyłapana na gorącym uczynku. Nie miała ochoty wyjaśniać, co właśnie wyrzuciła. Zerknęła ukradkiem na zsyp, szukając w myślach jakiejś sensownej odpowiedzi.

– Miałam tego trochę – powiedziała w końcu i odsunęła się kilka kroków od pojemnika.

– Jak się dzisiaj czujesz?

Miło, że się tak przejmował, lecz Nora nie była w nastroju do rozmowy. Chciała wrócić do domu i spokojnie się wypłakać. Jednak uprzejmość zwyciężyła.

– Lepiej, dziękuję. Nie miałam szczególnie miłego dnia. Dzięki, że pytasz – uśmiechnęła się do niego.

Starała się nie powiedzieć niczego, co przedłużyłoby tę rozmowę. Dodała wyjaśniająco:

– Muszę wracać do dzieci.

Pelle Forsberg odsunął się na bok, żeby ją przepuścić. W ręce trzymał zawiązaną reklamówkę.

– Przechodzisz trudny okres. Człowiek jest na przemian zły i smutny. W jednej chwili chce, żeby wszystko znów było dobrze, w następnej nienawidzi swojego byłego.

Wiedział, o czym mówi, uświadomiła sobie Nora. Równocześnie tęskniła za Henrikiem i go nienawidziła.

– To nie takie proste.

– Długo byliście razem?

– Pobraliśmy się trzynaście lat temu – skrzywiła się, wymieniając pechową liczbę. – Ale byliśmy ze sobą dłużej.

– Studiowaliście razem?

Pokiwała głową.

– Można tak powiedzieć. Tyle że ja studiowałam prawo, a on medycynę. Poznaliśmy się w studenckim pubie.

Pamiętała, jak wtedy wyglądał Henrik. Był kolegą jej koleżanki z roku. Poszli do pubu dużą paczką, żeby oblać zdane egzaminy. Postawił jej piwo i przetańczyli pół nocy. Od pierwszego wieczoru była nim zainteresowana, ale nie spodziewała się, że to uczucie jest odwzajemniane. Henrik sprawiał wrażenie faceta, który może sobie pozwolić na bycie wybrednym.

Zdziwiła się i jednocześnie ucieszyła, bo odezwał się następnego dnia. Natychmiast się zgodziła, gdy zaprosił ją na kawę do popularnej kawiarni w centrum.

Ponownie poczuła łzy pod powiekami. Zamrugała, żeby nie było ich widać.

Pelle Forsberg patrzył na nią ze współczuciem.

– Dokładnie wiem, jak to jest. Byłem z żoną przez dziesięć lat. Poznaliśmy się tutaj, w „Barze dla Nurków”. Najpierw oblałem ją piwem, potem zaczęliśmy rozmawiać – zaśmiał się speszony. – Rozstanie to ciężka sprawa.

– Tak.

– Zdradził cię? – westchnął i odstawił reklamówkę. – Ja zrobiłem głupotę na imprezie w pracy. I to był koniec. Przedtem oczywiście jeszcze się przez jakiś czas kłóciliśmy. Na pewno wam też było ciężko?

Nora poruszyła się niespokojnie.

Rozmowa zaczynała się robić zbyt osobista. Pelle Forsberg na pewno chciał dobrze, ale ona nie miała ochoty stać przy śmietniku i dyskutować o swoim rozwodzie z kimś, kogo ledwie znała.

– Naprawdę muszę iść – powiedziała i uśmiechnęła się przepraszająco.

– Zajrzyj do mnie na kawę, jeśli będziesz chciała pogadać. Tak jak mówiłem, jestem tu przez cały tydzień. Moja była ma małą córeczkę, są w Sälen i jeżdżą na nartach.

– Może zajrzę – mruknęła Nora.

– Mówiłem ci, gdzie mieszkam, prawda? To jeden z domów przy kortach tenisowych. Ten zielony z białymi oknami i brązowym płotem.

– Mhm.

Kiwnęła głową, dziękując mu w ten sposób za zaproszenie, i prześlizgnęła się obok niego.

Teraz skończyła. Wszystkie rzeczy Henrika leżały razem z resztą śmieci na dnie pojemnika.

To było dobre uczucie. Naprawdę dobre.

Dom na Sandhamn nie był od tej chwili jego domem. Henrik przestał tu być mile widziany.

Sandhamn 1912

Zaplanowali ślub na świętego Jana, dokładnie rok po tym, jak się poznali. Pożeglował na Möja z kilkudniowym wyprzedzeniem. Jego matka i krewni mieli się zjawić wieczorem przed ślubem.

Dom rodziców Vendeli był piękny. Tak wspaniały ślub stał się wielkim wydarzeniem dla całej wsi. Gdy Gottfrid przybył na miejsce, zakręciło mu się w głowie od widoku wszystkich tych przygotowań. Na podwórzu tłoczyli się krewni i przyjaciele, którzy przyjechali zewsząd, również z daleka, by wziąć udział w uroczystości. Spiżarnia pękała w szwach od jedzenia przygotowanego na ucztę. W każdym najmniejszym kąciku pachniało czystością.

Wstał dzień świętego Jana. Pogoda była piękna. Wnętrze kościoła przybrano liśćmi, na kościelnym wzgórzu wzniesiono ozdobny łuk. Siostry Vendeli uplotły wieńce z kwiatów i przystroiły nimi prezbiterium, przejście między ławkami wysypały płatkami kwiatów.

Vendela miała na sobie czarną suknię z wysokim kołnierzem i białą kryzą. W jej jasnych włosach upięto piękną parafialną koronę.

Gottfrid wciąż uważał, że jest ona najpiękniejszą kobietą, jaką kiedykolwiek widział. Rzadko się odzywała, ale to w niczym mu nie przeszkadzało. Potrafił długo siedzieć i tylko się jej przyglądać. Gdy coś mówił, zawsze słuchała go z uwagą.

Po uroczystym ślubie wyszli z kościoła długim szeregiem. Na czele szedł skrzypek, potem młoda para, a za nimi wszyscy goście. Jego matka włożyła odświętną suknię, którą sama sobie uszyła. Na głowie miała piękną jedwabną chustę z frędzlami. Płakała od początku do końca ceremonii.

W ostatnim tygodniu cały czas poświęciła na pieczenie i gotowanie. Pozwalała sobie jedynie na kilka godzin snu. Przywiozła ze sobą przyrządzone potrawy. To było tak, jakby chciała udowodnić jego nowym teściom, że będą mieli zięcia, który potrafi sobie poradzić. Gottfrid próbował ją nakłonić, żeby trochę zwolniła tempo, ale nie chciała go słuchać. „Tak, tak”, mruczała tylko i sięgała po kolejne przybory kuchenne.

Nakryto długi stół. Gottfrid i Vendela siedzieli na honorowych miejscach pośrodku. Stół uginał się od wspaniałego jedzenia: serników, ciast, masła domowej roboty i najróżniejszych marynowanych śledzi. Z mis z mięsiwem i ziemniakami i półmisków z serem unosiły się smakowite zapachy.

Wodzirej gromko wzniósł toast za drowie młodej pary. Zaraz potem inicjatywę przejęli muzykanci. Zagrali marsz Karla Johana i inne wesołe melodie, które wszystkich wprawiły w dobry nastrój.

Vendela niewiele jadła. Gdy próbował ją namawiać, szepnęła, że na nic nie ma ochoty. Może niepokoiła się przed weselnym walcem, podczas którego pannie młodej miała spaść korona? To był kulminacyjny punkt wesela. Wszyscy goście bardzo się wtedy starają, by korona rzeczywiście spadła.

A może niepokoiła się, bo wiedziała, że nadejdzie chwila, kiedy położą się w ślubnym łożu? Czekało na nich zasłane wymaglowaną pościelą. Na podłodze obok niego rozsypano świeże gałązki jałowca.

Przed ślubem nie pozwoliła mu się do siebie zbliżyć, choć na szkierach zdarzało się to dość często. Wielu jego kolegów przechwalało się, że ich najdroższe po zaręczynach nie odmawiały im swoich względów. Nieraz bywało tak, że panna młoda miała wyraźnie zaokrąglony brzuch i nikogo to specjalnie nie dziwiło.

Ale Gottfrid nie nalegał. Jeśli Vendela chciała zaczekać, on też mógł to zrobić. I tak będzie należała do niego przez resztę życia. Potrafił więc wytrzymać.

Nie mógł się doczekać nowego, wspólnego życia. Teraz będzie miał prawdziwą rodzinę, będzie miał własne dzieci. Da im wszystko, czego nie potrafił dać mu ojciec.

Gottfrid zerknął na swą oblubienicę. Siedziała ze spuszczonym wzrokiem i dłubała w talerzu. Ujął jej dłoń, po czym ostrożnie ją ścisnął.

Wzdrygnęła się, ale zaraz posłała mu uśmiech. Chociaż nieśmiały, to piękny jak zawsze.

– Moja żono – powiedział na próbę.

Dobrze zabrzmiało. Powtórzył te słowa:

– Moja żono.

9

Adam czuł coraz większy niepokój ściskający mu żołądek. Gdzie są inni?

Próbował zignorować to nieprzyjemne doznanie i brnął przez śnieg. Szybko obejrzał się przez ramię. Chciał wreszcie kogoś spotkać, kogokolwiek, byle tylko mieć kogoś obok.

Szukając kolegów, powoli zmierzał na zachód. Las był tutaj gęściejszy, więc zrobiło się ciemniej. Adam ledwie widział cienie rzucane przez pnie sosen. Szum wiatru stał się głośniejszy.

Adamowi było zimno. Zasunął zamek błyskawiczny kurtki pod sam podbródek i żałował, że nie wziął tego szalika, o który tak marudziła mama.

Po chwili wahania wspiął się na małą sosnę. Jej pień był powykrzywiany i nachylony pod dziwnym kątem, skarlała korona wznosiła się zaledwie jakiś metr nad ziemią. Pomyślał, że jeśli zaraz kogoś nie znajdzie, pójdzie do domu; nie dba o to, co powiedzą tamci. Nie zamierzał zostawać sam w lesie.

Nagle usłyszał w oddali głosy, tylko że nie potrafił dokładnie określić, skąd dobiegały. Wydawało mu się, że poznaje głos Fabiana. Nie miał jednak pewności. Może to złudzenie?

Rękawiczką otarł mokry nos. Przyspieszył kroku tak bardzo, jak tylko był w stanie. Po kilku minutach znów stanął naprzeciw krzywej sosny. Dotarło do niego, że zatoczył koło.

Wtedy zza wielkiego głazu mignęła mu czerwona kurtka młodszego brata. Poczuł ulgę. Dysząc ciężko, rzucił się niemal biegiem w tamtą stronę.

Nagle jedna jego stopa się zapadła, utknęła chyba w jakiejś jamie. Upadł i uderzył nosem o grubą gałąź. Naprawdę go zabolało. Na dodatek, upadając, ugryzł się w wargę. Poczuł w ustach słaby smak krwi. Mocno przełknął ślinę, żeby się nie rozpłakać.

Znów usłyszał czyjś głos. Bliżej, ale wciąż dość daleko. To Fabian!

Adam spróbował wyszarpnąć nogę. Stopa mocno zaklinowała mu się pod korzeniem. Ogarnęła go panika. Ciągnął i ciągnął – na próżno.

– Możecie wyjść! – zawołał drżącym głosem. – Możecie wyjść!

Potem po prostu dziko wrzasnął:

– Wyjdźcie! Coś się stało! Możecie wyjść, wszyscy możecie wyjść!

Szarpał nogą, żeby się wreszcie uwolnić. Udało mu się dokładnie w chwili, gdy nadbiegli Fabian i Simon. Wreszcie szarpnął tak, że niemal spadł mu but, ale był wolny.

Próbował się pozbierać, a dzieciaki zebrały się wokół niego. W końcu wstał i zobaczył, że cała czwórka gapi się na jakiś przedmiot leżący w jamie, przedmiot, który odcinał się od całej tej bieli. To było coś ciemnego, jak czarny plastik.

– Co to jest? – spytała Agnes.

Adam w odpowiedzi pokręcił głową.

Było mu głupio, że przed chwilą tak się bał. Zwykle to małe dzieciaki wołały „możecie wyjść”. Jemu się to nie zdarzało, przecież jesienią miał pójść do szóstej klasy. Nie potrafił pojąć, dlaczego tak się wystraszył właściwie bez żadnego powodu.

Agnes wciąż na niego patrzyła. Nie chciał jej sprawić zawodu. Chodziła do czwartej klasy. Miała śliczny zadarty nosek i piegi. Spod jej różowej czapki wystawały dwa jasne warkoczyki związane różowymi gumkami.

Wziął leżący w śniegu patyk i przykucnął obok jamy. Była głęboka na jakiś metr i kompletnie zasypana śniegiem. Nie sposób byłoby ją odkryć, gdyby się w nią nie wdepnęło.

Zmrużył oczy, żeby lepiej widzieć. Zamarznięty piasek wymieszany z sosnowym igliwiem, wijący się rozgałęziony korzeń drzewa… W tym miejscu utknął jego but.

Co takiego leży na dnie?

Wyglądało to jak dość duży plastikowy worek. Dotknął go patykiem. Miał wrażenie, że w worku coś jest. Jakaś gałąź albo kłoda drewna?

Pozostałe dzieci śledziły jego ruchy. Nabrał odwagi, położył się na brzuchu i sięgnął ręką, by wyciągnąć worek. Szarpnął za węzeł i wtedy dół worka nagle pękł. Przez dziurę coś wypadło na dno jamy.

Adam podniósł się i stał tak z plastikową płachtą w dłoni. Bez słowa patrzył na tę rzecz.

– To jest prawdziwe? – szepnęła Agnes z taką miną, jakby zaraz miała się rozpłakać.

– Adam – powiedział Fabian – chcę stąd iść. To nie jest śmieszne. Możemy stąd iść?

Elsa kiwnęła głową.

– Ja też. Nie chcę tu być.

Adam rozejrzał się po lesie. Między drzewami było niemal ciemno. Nagle przeszył go dreszcz. Wbrew swojej woli znów skierował wzrok do jamy. Zorientował się, że wciąż trzyma w zaciśniętych palcach czarny worek. Odrzucił go gwałtownie, jakby parzył mu dłoń.

Simon szarpnął brata za ramię.

– Chodź, idziemy – powiedział cienkim, piskliwym głosikiem. – Idziemy do domu.

Adam spojrzał na pozostałych i zaczął szybko jedną nogą zgarniać śnieg do dołu.

– Nikomu o tym nie mówimy – powiedział. – Zupełnie nikomu. To będzie nasza tajemnica.

10

– Cześć, to ja.

Thomas natychmiast rozpoznał ten głos. Łagodny ton przypomniał mu dawne czasy. Czasy, gdy wciąż jeszcze byli małżeństwem, on i Pernilla.

Stanęła mu przed oczami – tamtego lata, gdy była w ciąży z Emily. Dziecko, które tak długo kazało na siebie czekać i które teraz wreszcie miało przyjść na świat. Jak cud, po tych wszystkich badaniach i próbach kończących się niepowodzeniem.

– Cześć.

Miał czujny głos. Nie potrafił nic na to poradzić. Czas po śmierci Emily i separacja, która w końcu w sposób nieunikniony nastąpiła, pozostawiły niezatarty ślad.

Nie tak łatwo wymazać z pamięci ich niezdolność poradzenia sobie z tą katastrofą. Podobnie zresztą jak rozpaczliwe obarczanie się nawzajem winą. Dystans między nimi rósł i w końcu stał się zbyt wielki, by mogli go pokonać. Dwa lata temu każde poszło w swoją stronę.

W słuchawce zapadła cisza. Pernilla znów się odezwała:

– Jak się czujesz? – zapytała ostrożnie. – Co u ciebie słychać? – wybuchnęła śmiechem. – To chyba zabrzmiało jak z piosenki Tomasa Ledina.

Thomas uśmiechnął się. Właściwie nie wiedział, jak ma odpowiedzieć na to pytanie. Usiadł wygodniej i myślał. Dochodziła siódma wieczorem, słońce zaszło dawno temu. Za oknem wirowały lekkie płatki śniegu.

Ubiegłego lata zakończył trwający ponad rok związek z Cariną Persson. Asystentka na posterunku, do tego córka szefa – nie mógł gorzej trafić. Od czasu zerwania głównie pracował. Większość wieczorów spędzał na posterunku, podobnie jak niedziele. Oto mój normalny sposób radzenia sobie z kryzysami, pomyślał zmęczony.

Zerwanie było trudne i przykre. Carina chciała stałego związku, zamiast tego dostała chłopaka, z którym spotykała się w tajemnicy. Thomas pozwolił, by trwało to o wiele za długo, nim przyznał przed nią i przed sobą samym, że nie interesuje go poważny związek. Wciąż czuł z tego powodu wyrzuty sumienia i przez ostatnie pół roku próbował nie rzucać się Carinie w oczy.

– Jesteś tam jeszcze? – głos Pernilli wyrwał go z zamyślenia.

– Przepraszam. U mnie wszystko dobrze. A co u ciebie?

Pernilla zaśmiała się cicho. Tak dobrze go znała.

– U mnie też wszystko dobrze.

W słuchawce znów zapadła cisza. Thomas słyszał jej oddech.

– Przeprowadzam się z powrotem do Sztokholmu – powiedziała nagle. – Zaczynam pracę w biurze reklamowym przy Kungsgatan.

– Ach tak.

Jego głos niczego nie zdradził, ale ta wiadomość go zaskoczyła.

Po rozwodzie Pernilla przyjęła stanowisko kierownika projektu w biurze w Göteborgu. Wynajęła ich wspólne mieszkanie i wyjechała ze stolicy. Od tego czasu prawie nie mieli ze sobą kontaktu, tylko sporadycznie wysyłali sobie jakieś kartki.

Teraz miała wrócić.

– Pomyślałam, że może moglibyśmy się spotkać. Jestem w mieście, za tydzień zaczynam nową pracę.

Thomasa ogarnęły sprzeczne uczucia. Czy naprawdę chciał się z nią spotkać?

Nagle przypomniał sobie wieczór, gdy siedzieli razem na pomoście przy ich domku na Harö, tuż przed zachodem słońca. Promienie rozświetlały jej twarz i sprawiały, że jej włosy lśniły. Była szczęśliwa, beztroska. Tamtego lata był w niej strasznie zakochany.

Tak, chciał się z nią spotkać.

– Dobry pomysł.

– Jak ci pasuje wtorek?

Thomas się zastanawiał. Nie miał żadnych szczególnych planów na ten tydzień.

– Może być we wtorek.

– Moglibyśmy się spotkać o wpół do ósmej w Mama Rosa?

Zaproponowała jedno z ich dawnych ulubionych miejsc. Włoską restaurację położoną na Södermalm niedaleko Medborgarplatsen.

Thomas się uśmiechnął.

– Chętnie.

Skończyli rozmawiać, a on wciąż siedział z telefonem w dłoni. Ostatni raz rozmawiali ze sobą chyba dwa lata temu. Wkrótce upłyną trzy od śmierci Emily.

11

– Dobranoc, malutki. – Nora okryła kołdrą Simona i pocałowała go w policzek.

Przed chwilą skończyła mu czytać bajkę. Dawno minęła godzina, gdy mali chłopcy powinni iść spać.

– Mamo?

Niepewny ton wzbudził w Norze poczucie winy. Znów zapyta o Henrika? Robił to dziś kilka razy. Każde takie pytanie wywoływało ból.

– Tak? O co chodzi? – spytała miękko.

Niebieskie oczy Simona patrzyły na nią z wahaniem. Choć to środek zimy, jego twarz nie była blada. Adam miał jasną karnację i zawsze trzeba go było smarować kremem ochronnym. Simon natomiast robił się brązowy, gdy tylko pokazało się słońce. Miała zwyczaj żartować, że wystarczy zapalić lampę pod sufitem, żeby się opalił.

– Coś się dzisiaj stało – zaczął cicho. – Kiedy bawiliśmy się w lesie.

– Tak?

Nora gładziła kołdrę, czekając, aż powie coś więcej. Było po dziewiątej. Adam nocował u rodziny z sąsiedztwa, więc byli w domu tylko we dwoje. Może po uśpieniu Simona napije się wina? Zasłużyła na jakieś pocieszenie.

– Adam mówił, że nie wolno mi o tym nic ci powiedzieć. Że to tajemnica.

Przytulał mocno swojego misia, który towarzyszył mu od pierwszych dni życia. Nora spojrzała na syna z czułością. Zauważyła, że jego piżama jest rozpięta pod szyją. Zapięła ją więc i pogłaskała go po policzku. Świeżo wykąpany pachniał mydłem i pastą do zębów.

– No to jak chcesz zrobić?

– Chyba chcę ci powiedzieć – odczekał kilka sekund. – Ale nie chcę, żeby Adam był zły. I ty też nie. Obiecaj.

Nora się zawahała.

Simon uwielbiał starszego brata, trzymał z nim na dobre i na złe. Jeśli był gotów złamać obietnicę daną Adamowi, coś ważnego musiało leżeć mu na sercu.

– Nie możesz mi tego powiedzieć szeptem? Wtedy będzie prawie tak, jakbym nic nie słyszała. Obiecuję, że nie będę na ciebie zła.

Simon wydawał się zadowolony z propozycji. Usiadł na łóżku, Nora pochyliła się nad nim.

– Kiedy byliśmy w lesie, widziałem coś w dziurze w ziemi – szepnął jej do ucha.

– Co widziałeś?

Przysunął się i znów powiedział coś szeptem. Potem zamilkł. Po krótkiej chwili wahania zaczął opowiadać dalej.

Nora wyprostowała plecy.

– To prawda? – spytała z powagą w głosie. – Nie żartujesz sobie ze mnie?

Simon spochmurniał.

– Miałaś nie być na mnie zła, przecież obiecałaś.

– Nie jestem zła, ale muszę zrozumieć, co mówisz. Na pewno sobie tego nie wymyśliłeś?

– No proszę. I tak się obraziłaś. Niepotrzebnie ci mówiłem. Adam od początku miał rację.

Położył się, wziął w objęcia misia i wtulił twarz w szare futerko.

Nora próbowała go udobruchać.

– Chcę tylko zrozumieć, Simonie. To ważne, żebyś mi wyjaśnił. Opowiedz jeszcze raz, co się dzisiaj stało.

Simon nie odpowiedział, wtulił się tylko mocniej w misia i przekręcił na bok. Zastanawiała się przez kilka sekund w milczeniu.

Nie mógł mówić tego poważnie. Pewnie to sobie wymyślił. A może jednak nie?

Patrzyła na kark swojego rozzłoszczonego syna. Miał dopiero siedem lat i bujną dziecięcą fantazję. Te gry komputerowe, w które chłopcy z takim zapałem grali, gdy tylko wpadły im w ręce, pokazywały wszelkie możliwe okropności. Wystarczy aż nadto, żeby mały chłopiec zaczął snuć makabryczne opowieści.

Postanowiła, że gdy Adam wróci jutro do domu, zapyta go o zabawę w lesie.

Ostatni raz pocałowała swojego wciąż nadąsanego syna i zeszła na dół. Wyjmie butelkę naprawdę dobrego czerwonego wina i usiądzie z nią przed telewizorem. Któreś z ulubionych win Henrika z piwniczki. Najlepiej takie, które trzymał na szczególną okazję.

To też było dobre uczucie.

Sandhamn 1914

Gottfrid wrócił do Sandhamn ze swą młodą żoną. Nie posiadał się ze szczęścia. Cieszyło go, że jego dom ożyje.

Jego matka odeszła niecały rok po ich ślubie, mniej więcej w czasie, gdy Vendela stała się brzemienna. Zupełnie jakby matka uznała, że spełniła swój obowiązek i może z czystym sumieniem opuścić ziemski padół.

Nie mieszkała z młodą parą. Wyprowadziła się do małego domku na działce, do którego się przenosili, gdy wynajmowali dom gościom na lato. Tam pewnego ranka znaleziono ją martwą w łóżku.

Gottfrid nie winił jej za to, że straciła wolę życia. Doznała wielu cierpień. Najpierw gruźlica męża, potem nieustanna walka o przetrwanie i samodzielne wychowywanie syna. Od dawna przeczuwał, że siły zaczęły ją opuszczać.

Zasłużyła na spokój.

W miarę jak rozwijała się ciąża, ciało Vendeli pęczniało. Wciąż była zmęczona, brakło jej tchu. Puchły jej stopy i z trudem chodziła. W ostatnich tygodniach najczęściej odpoczywała na sofie w kuchni.

Kładła się na boku z rękoma na brzuchu, a Gottfrid siadał na krześle obok niej i opowiadał, co robił tego dnia. Spojrzenie pięknych niebieskich oczu śledziło ruchy jego warg.

Starał się najlepiej, jak umiał, by ulżyć żonie. Pomagał jej w pracach domowych i co rano przynosił wodę. Uśmiechała się do niego z wdzięcznością. Robiło mu się od tego ciepło na sercu.

Z nadzieją obserwował coraz okrąglejszy brzuch, w którym rósł jego pierworodny. Wieczorami potrafił długo obserwować Vendelę i nie mógł się nadziwić, że wkrótce zostanie ojcem małego dziecka. Dziecka jego i Vendeli.

Marzył o synu, którego mógłby zabierać na polowanie i na połów ryb, którego mógłby nauczyć wszystkiego o szkierach i morzu. Razem wiosłowaliby i zastawiali sieci. Syn patrzyłby na niego z ufnością, nie ze strachem. Gottfrid obiecał sobie, że syn nie zazna strachu, który odcisnął piętno na jego własnym dzieciństwie.

Gdy zbliżał się czas rozwiązania, matka Vendeli przyjechała z Möja. Zajęła się domem przed przyjściem maleństwa na świat. Wyszorowała podłogę i na czystej położyła nowe dywaniki, wymyła okna, więc we wszystkich pomieszczeniach unosił się zapach szarego mydła. Wieczorami teściowa szyła pieluchy.

Ponieważ Gottfrid nie miał w okolicy żadnej krewnej, z wdzięcznością przyjął tę pomoc. Dziecko mogło się pojawić w każdej chwili.

Tęsknił za tym, a równocześnie drżał na myśl o nowym życiu pod swoim dachem.

Rozwiązanie było niekończącą się męczarnią, ciągnącą się przez trzydzieści sześć godzin. Z Runmarö przyjechała akuszerka i została do czasu, aż było po wszystkim.

Gottfrid schronił się w gospodzie, gdy nie potrafił dłużej znosić krzyków Vendeli. Odważył się wrócić dopiero wtedy, gdy jeden z chłopców z sąsiedztwa przybiegł z czapką w ręce i zawołał, że Gottffrid został ojcem pięknego chłopca.

Na progu domu teściowa obdarzyła go zmęczonym uśmiechem.

– Vendela śpi – szepnęła szczęśliwa. – Urodził ci się zdrowy syn.

Po porodzie Vendela zaczęła płakać. Płakała bez przerwy. Płakała, gdy się budziła i gdy kładła się spać. Łzy płynęły z jej oczu jak niema skarga, która przerażała Gottfrida bardziej niż głośne zawodzenie.

Nie miała dość pokarmu i dziecko płakało po nocach. Teściowa kilka razy odkładała wyjazd, ale w końcu pożegnała się z nimi. Rodzina niecierpliwie czekała na jej powrót.

Nim wyjechała, spróbowała jeszcze raz przemówić córce do rozsądku. W końcu jednak się poddała, spojrzała na Gottfrida i bezradnie wzruszyła ramionami.

– Niedługo będzie lepiej – powiedziała bez przekonania w głosie. – Vendela jest pierworódką, potrzebuje czasu, żeby się przyzwyczaić do roli matki. Nie wszystko przychodzi naturalnie każdej kobiecie. Zobaczysz, że jakoś się to ułoży. I jej, i małemu Thorwaldowi.

Gottfrid tęsknił za swoją matką. Dobry Boże, ależ tęsknił! Ona by wiedziała, jak się obchodzić z Vendelą.

Czasem, gdy wracał z pracy, zastawał żonę siedzącą i po prostu gapiącą się przed siebie. Potrafiła tak siedzieć przez wiele godzin. Nie dbała nawet o dziecko, które – jakby zrezygnowane – płakało coraz rzadziej.

Nie odzywała się do męża ani słowem, z niewytłumaczalnych powodów popadała w otępienie. Nie mógł do niej dotrzeć bez względu na to, jak bardzo próbował.

Gdy Gottfrid wracał do domu z urzędu celnego, Vendela często leżała w łóżku. W domu było ciemno, ogień na palenisku nawet się nie tlił. Rzadko czekała na niego wieczerza. Przyzwyczaił się do tego, że samotnie zjada chleb z wędliną.

Vendela przestała robić cokolwiek w domu. Brud z butów Gottfrida mieszał się na podłodze z okruszkami chleba i resztkami jedzenia. Piachu, który wiatr nieustannie nawiewał przez okno, też nikt nie zamiatał. Pewnego wieczoru Gottfrid zapalił lampę naftową i zobaczył szczura przebiegającego przez izbę.

Bałagan bardzo mu dokuczał. W domu rodzinnym co prawda brakowało pieniędzy, ale matka zawsze dbała, by wokół było czysto i ładnie. Z natury kochał porządek, więc trudno mu było znosić taki brud.

Gottfrid nie potrafił zmienić tej sytuacji.

Nie wiedział, co począć z żoną, która się do niego nie odzywała, i z niemowlęciem, które wrzaskiem domagało się uwagi.

Z rozpaczy narodził się gniew. Życie nie było łatwe, o tym wiedział każdy na szkierach. Ale każdy człowiek znosił cierpienie i starał się najlepiej, jak potrafił. Vendela była jego żoną. Zostali sobie poślubieni przed obliczem Boga na resztę życia. To było jej obowiązkiem jako żony i matki, by zadbać o dom, o niego i o dziecko.

Szukał ucieczki na morzu. Pogoda przestała mieć dla niego znaczenie, długie godziny spędzał w swojej łodzi. Zarzucał sieci w odległych miejscach, nieosłoniętych skałami ani szkierami. O świcie z ogromnym trudem wciągał je na pokład. Wiosłował, aż bolały go ramiona i był mokry od potu.

Z ponurą satysfakcją przyglądał się dłoniom sztywniejącym z zimna i czerwonym, obolałym kostkom. Tak starannie naprawiał uszkodzone sieci, jakby miało mu to przynieść zbawienie.

Wszystko na próżno. Nie było lepiej. Nic nie było lepiej.

Pewnego wieczoru coś w nim pękło. Wrócił do domu po szóstej wieczorem. Miał za sobą wyjątkowo wyczerpujący dzień. Był głodny i spragniony. Marzył tylko o tym, by usiąść i najeść się do syta.

Przekroczył próg i zobaczył znajomy widok. Vendela siedziała na sofie. Pustym wzrokiem wpatrywała się w muchę na futrynie okna. Od czasu do czasu ocierała oczy szarą, zaplamioną chustką, którą nosiła w rękawie. Thorwald w mokrych pieluchach raczkował po brudnej podłodze. Ogień w palenisku wygasł, w kuchni było zimno.

Z początku Gottfrid przemówił życzliwie. Zapytał o wieczerzę i o to, jak długo potrwa jej przygotowanie. Thorwald zaczął krzyczeć, ale nie zwróciła na to uwagi.

Gottfrid powtórzył pytanie, a Vendela patrzyła na niego w milczeniu. Powtórzył jeszcze raz. Nie usłyszał odpowiedzi.

Skończyła mu się cierpliwość.

Nie do końca rozumiał, jak to się stało, ale uniósł rękę i mocno uderzył żonę w twarz. Cios sprawił, że zaczęła krwawić z nosa. Wciąż gapiła się na niego, więc uderzył ponownie.

Przypomniał sobie rozsierdzoną twarz ojca i szybko odepchnął od siebie ten obraz.

Mały zapłakał. Tym razem Vendela wstała, wciąż się nie odzywając, i wzięła go na ręce. Potem podeszła do pieca.

Od tego dnia Gottfrid dostawał ciepłe jedzenie, gdy wracał wieczorami do domu.