Wydawca: Słowo/obraz terytoria Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 348 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Władza słowa - Stanisław Rosiek

Zbiór szkiców z lat 1979–1989 dotyczących relacji między literaturą a polityką w ostatnich latach komunizmu. Autor przygląda się językowi sprzeciwu wobec tej władzy. Analizując przebieg strajku w sierpniu 1980 roku, pielgrzymki papieskiej z 1987 oraz manifestacji ulicznych z lat osiemdziesiątych, ukazuje, jak walka z komunizmem przebiegała w przestrzeni słów, tekstów i komunikatów.

Opinie o ebooku Władza słowa - Stanisław Rosiek

Fragment ebooka Władza słowa - Stanisław Rosiek

Stanisław Rosiek

Władza słowa

Szkice, notatki, świadectwa

Po co ja piszę te słowa…

1

Dlaczego po dwudziestu z górą latach, mimo wielokrotnych deklaracji w mowie i na piśmie, że nie, że nigdy, że nie warto i nie ma sensu – postanowiłem ostatecznie opublikować kilkanaście tekstów spod znaku „władzy słowa”? Sam się sobie dziwię. Przecież miało być inaczej. Samokrytyczna rezygnacja i milczenie. Ale nie, nic z tego. Zmieniłem pierwotny zamiar, ponieważ poczułem się sprowokowany operacjami, których celem stała się pamięć historyczna – a przez to także substancja mojej własnej pamięci. Przyglądałem się temu i osłupiały zadawałem naiwne pytania. Więc jednak można o przeszłości bezkarnie powiedzieć wszystko? Dowolnie przestawiać figury na szachownicy zdarzeń? Jednych degradować, innych wynosić ponad ich faktyczną zasługę?

Tak, można.

Najwyższy czas na oświadczenie. Promotorem wydania tej książki stał się pewien polityk, w oczach swoich wyznawców nawet „mąż stanu”, któremu się zdaje, że jego słowo ma moc sprawczą. Dlatego od lat rozdaje na prawo i lewo ciosy oponentom politycznym, etykietuje i piętnuje, na nowo tworzy po swojemu przeszłość, jednych odsyłając na miejsce, gdzie kiedyś stało ZOMO, innych awansując na przywódców sierpniowego strajku. Trzeba powiedzieć, że takie zachowanie dowodzi straszliwej arogancji. Jest też wysoce niewłaściwe i niebywale agresywne. Tak nie można i – najzwyczajniej – nie wypada mężowi stanu, który nie powinien ponadto zapominać, że liczni świadkowie niedawnych zdarzeń jeszcze żyją.

Bo oto ja, szeregowy świadek wielkich historycznych zdarzeń, który nie odegrał w nich żadnej znaczącej roli, a zatem jeden z wielu bezimiennych statystów w najnowszych dziejach Polski, postanawiam przypomnieć kilkanaście moich wypowiedzi z lat 1979–1989. Nie, nie po to, żeby podjąć z mężem stanu spór o przeszłość. Niech robią to inni, lepiej ode mnie do tego przygotowani. Wybrałem rolę skromniejszą. Nie zamieszkałem przecież w historii. Zamierzam więc jedynie   d a ć   ś w i a d e c t w o  przeszłości. Powrócę w tym celu do kilku odległych w czasie zdarzeń, które znacznie przekraczają moją miarę, choć mimo to zostawiły we mnie, tak jak w wielu innych, jakieś ślady. Tak się złożyło, że są to ślady pisane. Przez co najmniej dekadę uważałem bowiem, że wbrew mojej naturze, wbrew naturalnym skłonnościom i chęciom powinienem czasem zapisywać i komentować to, co się wokół mnie (i we mnie) dzieje, co jest udziałem zbiorowości, której jestem częścią.

Nie robiłem tego dostatecznie pilnie i systematycznie. Ubolewam nad tym dzisiaj. Wielu rozpoczętych tekstów nigdy nie ukończyłem, wielu notatek nie rozwinąłem. Projekt, by w stanie wojennym pisać dziennik, został zarzucony po kilku tygodniach. Niewiele więc mam do pokazania. Daleko mi do moich mistrzów – do Victora Klemperera, autora prowadzonych przez lata „notatek filologa” i przygotowanego na ich podstawie dzieła LTI (Lingua Tertii Imperii – czyli język Trzeciej Rzeszy), a także do Michała Głowińskiego, który dobrowolnie wziął na siebie obowiązek nieomalże codziennego komentowania słów władzy, i obowiązek ten wypełniał uparcie i konsekwentnie w latach 1966–1971 (książka Marcowe gadanie), 1976–1981 (Peereliada), 1982–1985 (Mowa w stanie oblężenia), a dzisiaj jeszcze, w wolnej już Polsce, poddaje czasem krytycznej analizie wypowiedzi wielu polityków. Moim tematem głównym nie był jednak sam język – mowa władzy, lecz raczej sposób osadzania się władzy w mowie (stąd próba fenomenologii „władzy słowa”), a także rozmaite sposoby obrony i przeciwstawiania się jej monopolowi komunikacyjnemu: od indywidualnie doświadczanej „obcości w mowie” po zbiorowo przeżywane „święto wyzwolonych słów” czy „skandowanie”, które stało się w pewnym momencie jedną z najważniejszych form zbiorowej ekspresji. Inaczej też chyba niż moi wielcy poprzednicy żywiłem w tamtej epoce nadzieję, że literatura – pisana wielką literą – jest formacją równorzędną wobec władzy słowa, więc może jej skutecznie zagrozić i nas wszystkich wyzwolić. Dzisiaj nie jestem już tak bardzo tego pewny.

2

Napisałem przed chwilą, że wbrew sobie i zwykle z niechęcią wkraczałem w sferę zbiorowych działań. I z równą niechęcią i tylko z poczucia obowiązku pisałem o rzeczach politycznych. Uważałem i nadal uważam, że „podstawowym dążeniem nowoczesności jest uwydatnić suwerenne znaczenie osobowej duszy w stosunku do bytu” – jak to staroświecko napisał Georg Simmel przed wiekiem1. Na tym polu żadna aktywność nie jest nadmierna ani przesadna. Zawsze jej będzie za mało. Nadal więc trzeba opisać (i zrozumieć) płacz Broniewskiego. I wielu innych, którzy przed nim i po nim płakali.

Jak się do tego zabierać? W perspektywie polityki „dusza osobowa” jest źle widoczna – a w końcu znika. Nie ma więc powodu, by w jej poszukiwaniach przemierzać rozległe przestrzenie życia publicznego. Nie można bowiem w nieskończoność opisywać własnego poczucia „obcości w mowie”, wykorzenienia, wyalienowania (jak to robiłem w końcu lat siedemdziesiątych). I zwykłego smutku ogarniającego „duszę osobową”, gdy staje w tłumie innych dusz.

Znam dobrze ten smutek. Nie potrafię śpiewać w uniesieniu patriotycznych pieśni, mam niemały kłopot z wznoszeniem okrzyków i skandowaniem bardzo słusznych haseł. Nawet wyciągnięcie w górę ręki z palcami złożonymi w znak zwycięstwa zwykle przychodziło mi z trudem. Potrafię tylko patrzeć i słuchać. A czasem także pamiętać i świadczyć. Mój przypadek nie jest na szczęście kliniczny, bo nie wyłącza mnie ze wspólnoty. Tak w każdym razie myślę. Nie osiągnąłem tego stopnia wyobcowania, które było udziałem tytułowego bohatera pierwszej i jedynej powieści coraz bardziej zapominanego dramaturga Eugène’a Ionesco Samotnik, choć gotów byłbym się z nim zgodzić w niejednym, gdy widząc z okna swojego mieszkania uczestników walk ulicznych, rozważał:

„Zamknąłem okno, zapadłem w fotel. Może, pomyślałem bez przekonania, może i ja powinienem tam iść, ja z kolei. Powinienem postępować jak wszyscy. Na nieszczęście albo na szczęście, moje znużenie… Po kiego licha, powiadałem sobie, skoro nie da się przemieścić słońca, skoro nie możemy odsunąć śmierci. Jak sądzę, zabijają się wzajemnie właśnie dlatego, że nie mogą odepchnąć śmierci. Toteż jedni rzucają się na drugich, toteż jedni odpychają drugich. Pichcą, klecą jak mogą, zaciekle, ponieważ nie potrafią wytłumaczyć niewytłumaczalnego”2.

Zgoda, polityka nie rozwiązuje problemu śmierci, nie „odsuwa” jej, nie „odpycha”, ale może przynajmniej zorganizować nam – lepiej lub gorzej – czas oczekiwania na to, co nieuniknione. Tym przecież u swoich źródeł była: sztuką rządzenia zbiorowością dla wspólnego dobra. Gdybyż o tym pamiętała! Ale nie, polityka bez perspektywy eschatologicznej, bez eschatologicznego piętna, ma również niemały kłopot z doczesnością. Rzeczywistość jest poza nią. Na ogół chybia, gdy – zabierając głos – chce sięgnąć po byt społeczny. Mechanizm tego rozminięcia inny był w Polsce przed 1989 rokiem, inny jest dzisiaj, ale i wtedy, i teraz ideologiczny dyskurs władzy jest w pewien sposób pusty, pozbawiony ciężaru rzeczywistości.

Jest w Samotniku scena, która – gdy ją po raz pierwszy czytałem w końcu lat siedemdziesiątych – zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Bohater siedzi w restauracji, na ulicach miasta bezsensowna rewolta i strzelanina, ludzie przy stolikach debatują, w ich wypowiedziach pojawiają się strzępy ideologicznych dyskursów, każdy mówi, co chce:

„«Przebrała się miarka» – «trzy czwarte ludzkości żyje w nędzy, jeśli można nazwać to życiem, umierają z głodu» – «jesteśmy uprzywilejowani».

«Nie jesteśmy uprzywilejowani względem naszych uprzywilejowanych». – «Nie będzie więcej przywilejów». – «Precz z przywilejami». – «Coś musi się zmienić». – «Ludzie pozostaną ci sami». – «Rewolucje przemijają». – «Ewolucja czy rewolucja?»

«Wszystko ma swój koniec. Wszystko ma swój początek».

«To kwadratura koła».

«Tylko młodzież ma na tyle entuzjazmu, żeby…»

«Młodsi są bystrzejsi od nas».

«Doświadczenie starych».

«Młodzi to chuje».

«Starzy to chuje».

«Są stare chuje i są młode chuje».

«Jak kto chuj, to na zawsze».

«Nie damy wodzić się za nos».

«Rewolucja dla przyjemności».

«Dłużej się nie da wytrzymać, zasuwaj i zasuwaj, metro, robota, bachory – i do wyra».

«Święto, widzicie, możemy zawsze świętować»”3.

Tak – myślałem, czytając te zdania – na tym właśnie polega prawdziwa demokracja, która zezwala, by publicznie ścierały się racje przeciwstawne i nieuzgadnialne. W ten sposób praktykuje się na co dzień wolność słowa – prawdziwą wolność, o której w Polsce 1977 roku można tylko marzyć. Czytając w tamtej epoce powieść Ionesco, dostrzegałem już chyba groteskowość toczonej w restauracji debaty politycznej, ale mi ona w żadnym stopniu nie przeszkadzała. Tak bardzo tęskniłem do świata bez cenzury, że nie zauważałem ponadto, iż dyskursy polityczne, których strzępy były przywoływane przez debatujących – tworząc siatkę wzajemnie wykluczających się haseł, idei, postulatów, emocji i pragnień – nie dotykają rzeczywistości.

„Święto wyzwolonych słów” z sierpnia 1980 roku nagle i niespodziewanie zrealizowało na chwilę te marzenia o wolności. Pisałem wówczas – w pośpiesznym szkicu Strajk mówi sam siebie – o stoczni jako krainie „czystej ekspresji”, o zaniku poczucia rzeczywistości i momencie „szaleństwa”, z którego z wolna zaczyna się wyłaniać nowy dyskurs polityczny. Dzięki niemu możliwe stało się zniesienie napięcia między „ja” i „oni” – w solidarnym „my”, w odzyskanym „my”. Wyglądało to tak, jakby uwolnienie mowy z krępujących ją dotąd uzależnień i podległości rozwiązywało za jednym zamachem wszystkie problemy. Nawet niejedna „dusza osobowa” znalazła dla siebie miejsce w ramach nowej, solidarnej wspólnoty. Jak wiadomo, wkrótce potem ta biedna dusza została siłą uwięziona w zbiorowym ciele. Kontratak władzy – wprowadzającej stan wojenny – zmusił ją, by podporządkowała się wspólnocie. Figurą mowy stało się na wiele lat skandowanie.

Ten czas – marny i mroczny – mamy już szczęśliwie za sobą. Dzisiaj każdy mówi, co chce. A na pewno każdy,   k t o   c h c e,    m o ż e  powiedzieć (prawie) wszystko. Wystarczy odrobina wysiłku i odwagi. A także komunikacyjnej kompetencji. Ileż bym za to dał przed kilkudziesięciu laty. Niczego innego bardziej nie pragnąłem, o niczym innym bardziej nie marzyłem. I stało się.

3

Wszystkiego jest dzisiaj za dużo. Zbyt wiele rzeczy (obok nas), zbyt wiele słów (pomiędzy nami) – w książkach, w gazetach, w telewizji, w Internecie… Rozwój komunikacji przekroczył miarę i możliwości „osobowej duszy”, która zawsze i nieuchronnie okazuje się wskutek tego spóźniona. Idzie więc krok za poprzednikami. Milczy, bo inni wcześniej zabrali głos – jej głos. Po co zresztą mówić coś jeszcze, gdy (prawie) wszystko zostało już powiedziane, wszelkie możliwe „stanowiska wobec” – zajęte, interpretacje – dokonane. Świat komunikacji publicznej przepełniają gotowe sądy, rozwinięte opinie, lepiej lub gorzej uzasadniane oceny, które są przez media powtarzane bez końca. Rozrzut jest ogromny. Każdy znajdzie coś dla siebie pośród tego, co krąży w rozległych i otwartych obiegach komunikacyjnych. I starzy, i młodzi z powieści Ionesco, choć przecież żyjący w demokracji od lat, skapitulowaliby zapewne w obliczu tego nadmiaru, tej nadprodukcji słów. Cóż dopiero my, wychowani w epoce cenzury i powielacza, mający zaledwie dwudziestoletnią praktykę istnienia pośród niekończących się alternatyw.

Nadmiar słów i opinii ma jednak także dobre strony. Zawsze, gdy wchodzę do Internetu, który jest par excellence demokratyczny, a nawet więcej – anarchiczny, odczuwam w mojej głowie obecność totalitarnej skazy. Nie przestaję się dziwić, jak to wszystko zostało dobrze urządzone. Jak jest łatwe, jak szybkie w działaniu i jak bezkresne. Świat bez granic. Spełnione marzenie. Modlę się czasem, żeby naszym komputerom nigdy nie zabrakło zasilającego je prądu, bo gdyby nagle zgasły ekrany, mógłby się obudzić demon władzy – władzy słowa, która rozpoczęłaby natychmiast kolejną totalizację przestrzeni mowy. Niech więc Internet żyje wiecznie. Póki działa, demokracja może czuć się bezpieczna. Żadna partia nie jest w stanie zagrozić wolności słowa. Wirus władzy jeszcze się chyba w Internecie nie wykluł, choć kto wie, jak jest naprawdę. Może go jeszcze nie potrafimy wykryć, a on już jest i skrycie zajmuje coraz większe obszary internetowego uniwesum.

Na razie jednak możemy jeszcze czuć się bezpiecznie. Możemy wedle potrzeby łączyć się (lub nie) z tym wielkim zbiorowym mózgiem, który pracuje bez przerwy – intensywnie i skutecznie, z szybkością niedostępną „osobowej duszy”4.

Wystarczy. Koniec tych pochwał. Współczesna, tak bardzo zdemokratyzowana komunikacja ma również ciemne strony. O bezprzykładnej nadprodukcji i nadmiarze słów już pisałem. Inną jest dewaluacja oryginalności. Skoro bowiem wszystko lub prawie wszystko zostało już przed nami powiedziane, możemy jedynie – świadomie lub nie – powtarzać, reprodukować, multiplikować, kopiować. I przesyłać dalej.

To, co tu z takim trudem piszę, także nie jest niczym nowym. Powtarzam cudze myśli, choć mówiąc szczerze, nie wiem dokładnie, czyje one są. Gdybym odrzucił wątek osobistych wyznań, całą resztę z niewielkim wysiłkiem znalazłbym zapewne, jeśli nie w Internecie, to z całą pewnością w bibliotekach przechowujących coraz więcej książek (których nikt nie czyta).

Po co zatem piszemy?   P o   c o  j a   p i s z ę  t e   s ł o w a?  Na pewno nie dla osiągnięcia efektu nowości i zademonstrowania oryginalności myślenia czy intelektualnej sprawności. W dzisiejszych czasach najważniejsze to wyraziście osadzić się   p o ś r ó d  istniejących już opinii i zamanifestować w ten sposób   s w o j e   m i e j s c e  w świecie. Tylko tyle. I chociaż tyle.

4

Nigdy już nie zrozumiemy siebie samych. Prawda (o nas, o świecie, w którym żyjemy) ginie w potokach słów. Powinniśmy nauczyć się żyć w poczuciu niepewności. I w strachu przed sobą i przed innymi (których także zrozumieć nie sposób).

Nie zawsze tak było. Wiem, bo należę do jednej z ostatnich generacji uformowanych w systemie totalitarnym (co nie znaczy, mam nadzieję, że przez ten system). Prawda nie była w nim problemem, co paradoksalne, ponieważ – jak słusznie utrzymują jego krytycy – totalitaryzm to system oparty na kłamstwie. Idea prawdy pozostawała jednak niewzruszona. Prawda miała też mocne podstawy ontologiczne. Nikt nie wątpił, że ona   j e s t,  że jest   j e d n a,  lecz istnieje gdzieś w ukryciu, dla nas nieosiągalna, upodlona, z zakneblowanymi ustami. Dostępu do niej strzegła cenzura, która dbała o to, by pewnych słów (prawdy) nie dopuścić do oficjalnej komunikacji. Wydawało się więc w tej epoce, że uwięzioną prawdę wystarczy uwolnić: zdjąć cenzorskie zapisy i zacząć otwarcie mówić – o Katyniu, o zbrodniach systemu, o niesprawiedliwości i osobistej krzywdzie, by dzięki temu prawda w jednej chwili zajaśniała intensywnym blaskiem.

I ja tak myślałem, i ja tak wierzyłem. Rozumiałem zarazem, że związek prawdy i mowy nie jest jednoznaczny. Są słowa, które kochają prawdę, i są też takie, które z nią walczą, które ją tłamszą i niewolą (to słowa władzy), ale ona sama – prawda – znajduje się   p o z a   j ę z y k i e m,  a słowa ją tylko wyrażają lub tłumią. Podejrzliwie przyglądałem się więc rozmaitym dyskursom, które nad nami panowały i broniły dostępu do „naszej” prawdy.

„Bądź nieufny, bądź krytyczny wobec języka” – to etyczne wskazania obowiązujące w czasach mojej młodości. „Uważnie przyglądaj się władzy, gdy zabiera głos”. Dlaczego? Ponieważ „władza kłamie”. Język zaś, który jej sprzyja, powinien pozostawać w stanie permanentnego podejrzenia. Prawda, o którą toczy się gra, znajduje się poza słowami.   J e s t   t a m,  g d z i e   j e s t,  wedle formuły, która niegdyś zrobiła wielką karierę.

I ja tak myślałem:  o n a   j e s t  – cokolwiek by się o niej mówiło i pisało. Trzeba tylko do niej dotrzeć, przebić się przez zasieki dyskursu władzy.

Minęły lata siedemdziesiąte, minęły osiemdziesiąte. Pierwsze dwie dekady mojego świadomego życia potwierdziły ideę prawdy substancjalnej i uwierzytelniły etos nieufności, który z niej wynikał. Dwie kolejne dekady podważyły tę ideę. Po 1989 roku nastała w Polsce demokracja. Jej fundamentem była wolność słowa. Władza skapitulowała. Język na powrót stał się dzięki temu własnością zbiorowości, ale prawdy poza nim nie było. Od tej chwili trzeba ją dopiero w trudzie od nowa wysławiać.

Nie rozumiemy samych siebie. Nie spotkamy się już nigdy wokół jednej prawdy, której przyjazny blask oświetlałby nas wszystkich. Zmienił się jej status. Prawda na powrót odzyskała związek z językiem. Okazało się, że – jak niegdyś – jest efektem mówienia. Nigdy niekończącą się negocjacją. Albo wieczną kłótnią bez sensu i celu, podobną do tej, jaka toczyła się w restauracji, w której jadał obiady bohater tytułowy powieści Ionesco Samotnik.

5

Prawda jako apodyktyczny sąd o świecie, prawda wspólna już nas nie zbawi. Próżne są nadzieje na powszechną zgodę na temat przeszłości i tego, co nam się właśnie przydarza. Nie ma więc innego wyjścia, jak   p o w o ł y w a ć   s i ę   n a  ś w i a d e c t w a,  których roszczenia są zazwyczaj skromne. Na ogół nie mają one pretensji do bycia prawdą jedyną czy uniwersalną. Oto   m o j e  świadectwo, różne od   t w o j e g o.  Niech istnieją obok siebie, tak jak my sami obok siebie zgodnie żyjemy.

Czym są te świadectwa? Prawdą jeszcze nieuzgodnioną z innymi? A nawet w ogóle nieuzgadnialną, bo prywatną, stronniczą, sekciarską, partyjną? Zapewne. Ale są one także – te świadectwa – prawdą, która została „sprawdzona sobą”, by użyć słynnej formuły Białoszewskiego, prawdą „osobowej duszy” wyprowadzoną z jednostkowego losu, próbą wzniesienia się ponad własne istnienie, wyjścia (ku innym) poza swoje granice.

Niegdyś świadectwo wydawało mi się zaledwie prawdą tymczasową, która zostanie (lub nie) zweryfikowana i podtrzymana przez innych. Dzisiaj – w obliczu rozpadu wspólnego paradygmatu – myślę, że jest czymś więcej: źródłem, do którego należy stale powracać. Nie po to jednak, by z jego pomocą odnaleźć zagubioną drogę, która doprowadziłaby nas od słów do rzeczy. Wiarygodność świadectwa nie na tym polega. Świadectwo znajduje się poza prawdą i fałszem. W pewien sposób zawsze jest „prawdziwe”, choćby nawet ten, kto je przedstawia, dawał „fałszywe świadectwo” rzeczom i rozmijał się z rzeczywistością. Znajduje się ono bowiem zawsze w horyzoncie czyjegoś istnienia. Oto jest ktoś, kto świadectwo (aktywnie) daje lub (pasywnie) pozostawia. I właśnie ten ktoś – kto zawsze istnieje, choć czasem bezimienne – obdarza świadectwo odpowiednią rangą i doniosłością. Bo nawet słowo fałszywe, niezgodne z rzeczywistością wewnętrzną i wewnętrznym przekonaniem mówiącego świadczy: o jego nieautentyczności, o zakłamaniu lub „strachu przed obcą potęgą” – ale świadczy. Dawać fałszywe świadectwo to kłamać, lecz zarazem odsłaniać się w swoim kłamstwie. A to odsłonięcie – ta mimowolna autodemaskacja jest już prawdziwa.

Jedyna trudność polega wówczas na właściwym odczytaniu i zrozumieniu świadectwa. To trudność niebagatelna. Stajemy u wrót hermeneutycznego piekła, gdzie nic nie jest już pewne, czasem więc należy porzucić wszelką nadzieję.

Czym zatem jest dzisiaj prawda? Zaledwie krótkim rozbłyskiem na ciemnym tle świadectw pozostawionych przez „osobowe dusze”. Albowiem prawda jest niesamoistna. Nie istnieje poza słowem. Żyje w językowych (i obrazowych) świadectwach.

Cząstkowe prawdy – prawdy „sprawdzone sobą” – już się nie spotkają w ramach jednego dyskursu. Wielu nie chce tego dostrzec, wielu nie potrafi się z tym pogodzić. Ale tak właśnie jest. Doszliśmy do końca, do kresu. Dalej jest tylko mnogość konkurujących ze sobą słów i obrazów walczących o pierwszeństwo.

6

W Internecie, w którym wolno (prawie) wszystko, nie należy jednak i nie wypada zbyt kategorycznie stawiać pytania o prawdę rozumianą jako zgodność tego, co wypowiedziane, z rzeczywistością. Internet jest suwerenny, bytowo samoistny. I samowystarczalny. Nie potrzeba mu już świata. Potrafiłby się bez niego świetnie obyć. Sam jest przecież światem złożonym ze słów, obrazów i dźwięków – rzeczywistością, która mogłaby istnieć bez jakichkolwiek zewnętrznych odniesień. W tym nowym, tak bardzo wspaniałym i rozległym świecie Internetu każdy, kto chce – a chce wielu, bo to powszechna praktyka – zaciera i unieważnia różnicę między słowami (obrazami) i rzeczami. To dlatego prawda w jego obrębie stała się   b e z p o ś r e d n i a  – jednowymiarowa i natychmiastowa. Co więcej, słowo oderwane od rzeczy nie potrzebuje już także innych słów jako swojego uwierzytelnienia. Każde chciałoby (i mogłoby) być pierwsze i najważniejsze – jedyne. A to znaczy: prawdziwe. W tym wyścigu o pierwszeństwo liczy się najbardziej zdolność słowa do auto-reprodukowania, do bezgranicznej multiplikacji. Prawdziwe, najprawdziwsze staje się zatem ostatecznie to, co   p o w t ó r z o n e  odpowiednio wiele razy.

Na szczęście w każdej chwili (spędzanej w Internecie) można sięgnąć po słowo, w którym rozbrzmiewa wołanie o prawdę – i powiedzieć „sprawdzam”. Zawsze przecież można  w y j ś ć   p o z a  g r a n i c e   I n t e r n e t u  w poszukiwaniu utraconych rzeczy, które mogłyby uwiarygodnić słowa samozwańczych prawd. Szkoda tylko, że ci, którzy zostali uwiedzeni lekkością bycia w Internecie, tak rzadko korzystają z tej możliwości. Kto wie zresztą, czy potrafiliby jeszcze krytycznie obrócić się przeciwko światu, któremu oddali swoje „osobowe dusze”.

To oczywiste i pewne. Internet stał się figurą naszych demokratycznych czasów. W najdoskonalszy sposób skupia on w sobie to wszystko, co jest właściwe masowej komunikacji: swobodę wypowiedzi, stadność powtarzania, migotliwość i niepewność prawdy. Dzisiaj – jak wiadomo – nie ma większego znaczenia, co jest przedmiotem dystrybucji komunikacyjnej, bo podlegać jej może wszystko: każda idea, szlachetna i zbrodnicza, każde głupstwo i bluźnierstwo, insynuacja i kłamstwo. Ważne, jak są one wyraziste, z jaką intensywnością są obecne w rozległych przestrzeniach komunikacji społecznej. Jedyna skuteczna strategia w tej sytuacji to   l i c y t a c j a   m e d i a l n a.  Kto posunie się dalej niż inni, zachowa bardziej szokująco czy skandalicznie. Nie sztuka bowiem wymyślić i powiedzieć to czy owo, jak niegdyś. Każdy głupi to potrafi. Rzecz w tym, by ze swoim przekazem (swoją prawdą, swoim świadectwem) zostać zauważonym przez innych, przebić się przez informacyjny szum. Przeistoczyć się. Stworzyć swój medialny wizerunek. I utrzymać go maksymalnie długo przy życiu.

Znaleźliśmy się na antypodach, żyjemy w zupełnie innym świecie niż przed dwudziestu, trzydziestu laty, gdy pisałem zamieszczone w tej książce szkice. Rozpadła się ostatecznie władza słowa i wprowadzone przez nią systemy kontroli i represji. Ale równocześnie władza polityczna utraciła swoją historyczną przewagę nad mediami – a przez to także sporą część suwerenności. Została przez media niepostrzeżenie wchłonięta. Już jej prawie nie ma. Nie istnieje poza gazetami, radiem, telewizją, poza Internetem. Czy politycy tego nie widzą? „Czwarta władza” zagroziła „pierwszej” – myślę , że to ona jest dzisiaj najważniejsza. A przecież działa bez mandatu społecznego. Powołując się co najwyżej na oglądalność i nakłady, chętnie występuje „w imieniu” widzów i czytelników. Nie bierze na siebie żadnej odpowiedzialności (ogranicza ją jedynie prawo prasowe), a mimo to współtworzy fakty polityczne. Bez jej udziału na scenę polityczną nie wejdzie żadna nowa postać.

Opiewana przeze mnie w latach osiemdziesiątych władza słowa była zdepersonalizowana. Członkowie Biura Politycznego KC PZPR, których fotografie publikowała „Trybuna Ludu”, a za nią wszystkie pozostałe gazety, wyglądali, jakby wyszli z tej samej matrycy. Nawet pierwsi sekretarze partii z kolejnych epok politycznych podlegali podobnym regułom i normom ekspresji publicznej, tylko nieznacznie czasem je modyfikując. Gomułka, Gierek, Kania, Jaruzelski – któż by ich dzisiaj potrafił odróżnić? Inaczej współcześni politycy. Oni grają o różnicę. Nikt nie chce być podobny do drugiego. Każdy stara się być indywidualnością. Sami niepowtarzalni. I wyjątkowi. Każdy na swój sposób chce przy pomocy mediów narzucić siebie i swój wizerunek innym, masom – nam wszystkim. Po co im to? I jednym, i drugim? Politykom i dziennikarzom tworzącym na naszych oczach nową wspólnotę władzy?

Nie chcę i nie potrafię już dłużej ciągnąć tego pożegnalnego wstępu. Zamiast odpowiedzi na postawione pytania powołam na świadka Piotra Szulkina i jego film Wojna światów – następne stulecie. Film widziałem prawie trzydzieści lat temu, a mimo to pamiętam, że podobne pytanie („Powiedz, po co ty to wszystko robisz?”) postawił główny bohater, Iron Idem, swojemu antagoniście – dyrektorowi sieci telewizyjnej SBB TV, władającemu całą przestrzenią ludzkiej komunikacji i dzięki temu tworzącemu polityczną rzeczywistość.

Odpowiedź brzmiała: „Rosnę. Rosnę, rozumiesz? Czuję, że rosnę…”5.

Niech więc i oni rosną. Niech politycy i dziennikarze, wykraczając poza dotychczasowy układ ról (polityczne działanie z jednej strony, informowanie i kontrola z drugiej) i w ten sposób rosnąc, tworzą nową formę władzy. Jesteśmy świadkami zawiązywania się nowego paktu między władzą i słowem.

7

Nie pragnę (i nigdy zbyt mocno nie pragnąłem) mnogości – przemiany mojej „osobowej duszy” w byt wielokrotny. Nie zależy mi (za bardzo) na tym, żeby moje słowa były powtarzane przez innych tak, bym dzięki temu mógł urosnąć ponad swoją miarę. Przez całe lata podobało mi się, że pozostawione przeze mnie świadectwa istnieją w niewielu egzemplarzach. Rękopis (sztuk 1), maszynopis powielony dzięki podłożonej kalce (maksymalnie 5 kopii), druk w bezdebitowym czasopiśmie „Podpunkt” (200, 500, najwyżej 1000 egzemplarzy nakładu). Rewolucja informatyczna, która dotarła do Polski na początku lat dziewięćdziesiątych, doprowadziła do tego, że podobnie jak inni przestałem kontrolować liczbę kopii tego, co piszę od okazji do okazji. Dzisiaj – jako wydawca – wiem na ogół dość dobrze, ile egzemplarzy jakiegoś tytułu jest w stanie przyjąć rynek. Swojej książce daję szanse na 300 do 500 egzemplarzy przez jeden rok, może dwa. Czy dzięki temu urosnę? Raczej nie. Choć, kto wie, może stanę się nieco bardziej wyrazisty dla kilku przyjaciół. Ale nie po to piszę te słowa. I nie po to przypominam słowa pisane przed wielu laty, w tak innej, odległej i obcej epoce.

Trzeba pewnego wysiłku i odwagi, by pokazywać publicznie pisane świadectwa swojego myślenia (a więc i bycia) sprzed lat. Nieuchronne jest w takich wypadkach poczucie dystansu. Jak można było tak pasywnie i bez reszty poddawać się poczuciu wykorzenienia i obcości w mowie (zamiast dzielnie z nim walczyć)? Skąd ten śmieszny agitacyjny zapał tuż po Sierpniu? Czy naprawdę tak trudno było przewidzieć, że do Solidarności zapisze się wkrótce kilka milionów Polaków? Jak wytłumaczyć skłonność do języka ezopowego, którym pisane były artykuły przed 1980 rokiem? Czy estetyczne upodobania wyjaśniają wszystko? A spekulatywny dyskurs z lat stanu wojennego, gdy powstawał Referat – czy był kapitulacją i ucieczką, czy formą intelektualnego oporu? Nie potrafię jasno i prosto odpowiedzieć na te pytania. Nie mam natomiast żadnych wątpliwości i rozterek, gdy czytam po latach rzeczowe relacje z pochodów i demonstracji lat osiemdziesiątych. To czyste świadectwa, w których „ja” piszącego – choć przecież widoczne – pozostaje na drugim planie.

Rzucam je teraz na stół. Niech te świadectwa wezmą udział w wiecznej grze o prawdę wspólną, w grze, która nie ma końca. Jeśli przegram – a przegram jak wszyscy – pozostawione przeze mnie teksty staną się świadectwami błądzenia pewnego inteligenta urodzonego w 1953 roku, który na przełomie dwóch epok próbował na swoją miarę i wedle swoich możliwości zrozumieć, co mu się przydarza w życiu publicznym, gdy staje naprzeciw wszechobecnej władzy słowa.

listopad 2010

[A]

Mowa niczyja. Druga wersja szkicu o obcości w mowie

Epoka nasza nie ma własnego języka. Nikt nie śmie tego przyznać. Dlatego jedni posługują się językiem pastiszowanym – pochodzącym od kombinacji zapożyczeń – (z trzech ostatnich wieków) – inni mówią jak pierwszy człowiek i tym samym mówią tylko do siebie1.

Znajdując się w połowie drogi prowadzącej mnie do prowizorycznej granicy pierwszego szkicu o obcości w mowie2, natknąłem się na notatkę Paula Valéry z roku 1920 lub 1921, która poza wszelkimi prawami czasu, poza obowiązującą logiką następstwa „powtarzała” trzy główne linie mojego niedokończonego dotąd tekstu. Przypadek Artauda „okradzionego” przez Carrolla. Zdarzyło się bowiem tak, jakby sens mający wynikać z tego, co chciałem dopiero napisać, istniał już znacznie wcześniej i tylko czekał, aż go na nowo podejmę. Poczułem, jakbym to nie ja myślał, nie ja pisał, lecz kto inny, ten, kto w 1920 lub 1921 roku ułożył w kilku linijkach kilkadziesiąt słów, od których rozpocząłem ten szkic – pierwsze (?) siedlisko „mojego” sensu, choć nie przeze mnie zbudowane.

Któż nie zna podobnych przypadków w mówieniu – i mnie zdarzały się nieraz. Są one tak częste, że doprawdy szczególnych trzeba okoliczności, by o nich samych pisać. Więc i tym razem zlekceważyłbym tę fałszywą chronologię, gdyby nie fakt, że – na niewielką skalę – przydarzyło mi się to, o czym właśnie pisałem. Spóźniona lektura postawiła mnie na zewnątrz mojego pisania. Słowa, które składałem w zdania, zdania, z których tworzyłem kolejne fragmenty – w jednej chwili – przestały być moje, poczęły zdradzać swą przynależność do kogo innego. Pisałem wtedy o wywłaszczaniu ze słów – a sam zostałem ich pozbawiony. Pisałem też o obcości w mowie – i ja doświadczyłem jednej z jej form: moje słowa niepodzielnie „należały” do Paula Valéry. Przestały być moje, stały się obce.

Od momentu, gdy za sprawą przypadkowej lektury mój niedokończony szkic przedstawił mi się jako obcy, mogłem właściwie tylko rozpocząć poszukiwania innych, nowych słów lub przeciwnie – starać się zmniejszyć dystans do tych, które zostały mi odebrane. Pierwszy impuls kierował mnie ku działaniom rewindykacyjnym. Żywiłem bowiem nadzieję, że uda mi się odzyskać przypadkowo utracone słowa. Lecz byłem już wtedy nieodwracalnie po drugiej stronie – nie ja do siebie, lecz   k t o   i n n y  z pomocą moich słów zwracał się do mnie. Powtórne ich przyjęcie nie wydawało się już możliwe, ponieważ w jednej chwili wyrzucony poza ich obręb, zobaczyłem je z cudzego punktu widzenia, z zewnątrz, a więc inne, tworzące nową siatkę wewnętrznych sensów i nowe napięcia z wszystkimi pozostałymi słowami. Ten efekt obcości i dystansu wobec własnego mówienia nie był mi przecież czymś zupełnie nieznanym. Osiąga się go nader łatwo w inny sposób. Wystarczy na jakiś czas odłożyć kartkę z zapisanymi przez siebie słowami lub posłuchać, jak nam inni przypominają nasze wczorajsze zdania. Czy to ja napisałem, czy mogłem coś takiego (i tak) powiedzieć? Nieustannie obecne zdziwienie, niekiedy lęk przed swoim i zarazem obcym słowem tym razem wywołany został w bardziej niecodzienny sposób – niespodziewana lektura, zaskakujące podobieństwo cudzych i moich słów.

Powiedziałem już o tym zdarzeniu, że było ono doznaniem dość łagodnej formy obcości, łagodniejszej niż inne, jakich wcześniej doświadczyłem – takiej, którą łatwo przekształcić, co zwykle robimy, w działanie krytyczne obracające się przeciw własnej wypowiedzi. Tak też się stało tym razem – przejście na drugą stronę i wsłuchanie się w swoje-cudze słowa zapoczątkowało ciąg gestów krytycznych wymierzonych w to, co dotąd napisałem. Jednakże pewna właściwość przypadków, które tu w skrócie relacjonuję, nie pozwalała poprzestać na tym pragmatycznym działaniu. Nie były one przecież czymś wyjątkowym w moim doświadczeniu językowym ani – jak sądzę – w doświadczeniu innych. Przede wszystkim więc zastanowiła mnie niezwykła częstotliwość, a nawet – powiedzieć by można – wszechobecność doświadczenia obcości w mowie. Nie tylko przy pisaniu, nie tylko wtedy, gdy słowa   o p u s z c z a j ą  nas i odchodzą do kogoś innego, lecz nade wszystko wówczas, gdy my sami nie możemy czy nie potrafimy   z b l i ż y ć  się do nich, gdy czyjś język wydaje nam się tak inny i daleki, tak obcy, że przez myśl nam nawet nie przechodzi, by choć na chwilę uznać go za własny i się nim posłużyć, wreszcie – wtedy także, gdy mowa będąca ośrodkiem naszej wewnętrznej tożsamości zostaje nam   o d e b r a n a,  a my, bez najmniejszego oporu, bo właściwie bezbronni, zezwalamy na to i – jakże łatwo – stajemy po drugiej stronie,   n a   z e w n ą t r z  naszej mowy. Jesteśmy tym sposobem niemi, więc zwykle wówczas milczymy, niekiedy zaś mówimy – cudzym głosem.

Całą właściwie naszą „obecność w słowie”3, poczynając od pierwszych artykułowanych dźwięków, można przedstawić jako ciąg kolejnych, następujących po sobie aktów odejścia, pozbawienia lub niemożności podjęcia słów – jako dzieje obcości w mowie.

„Epoka nasza nie ma własnego języka”. Jest tak, być może, jak pisze Paul Valéry, a przynajmniej ja myślałem, że tak właśnie jest, skoro w niedokończonym szkicu znalazło się zdanie, jedno z tych zdań, którego jakąś niemożliwą repliką okazały się słowa Paula Valéry: NIE MA JĘZYKA POLSKIEGO. Teraz jednak, postawiony na zewnątrz tego zdania, w krytycznym dystansie, traktując je jako obce, jako cytat z cudzego tekstu (stąd majuskuła w zapisie), próbuję je na nowo uznać za własne. Być może więc istotnie „epoka nasza nie ma własnego języka”, lecz teraz bliższy jestem myśli – która wyrasta z mojej teraźniejszej sytuacji – że to raczej ja (każde „ja”), a nie „my” (tworzący epokę) jesteśmy go pozbawieni. Ta zmiana zaimków osobowych jest niezwykle istotna. Zdanie przemienione w ten sposób zaczyna nam ukazywać inny wygląd rzeczywistości słów. Pierwsze rozpoznanie, rozpoznanie braku, nieistnienia języka, nadal pozostaje utrzymane. Przyjęcie dzięki nowemu zaimkowi perspektywy podmiotowej zmienia jednak zasadniczo nasze wyobrażenie o istocie tego nieistnienia.

Zmiana zaimków łagodzi pęknięcie między pierwszym a ostatnim zdaniem notatki Paula Valéry, niweluje szczelinę, która przecina jego wypowiedź. Obydwie rozdzielone części mówią właściwie o czymś innym. Jest przecież szaleńczym przeskokiem przejście od zaimka dzierżawczego, od zdepersonalizowanej formy „my” („epoka nasza”) do królestwa zaimków osobowych; od postawy – w gruncie rzeczy – stylisty spostrzegającego brak oryginalnego języka epoki do postawy osoby pozbawionej języka, która zdaje relację ze swoich (i cudzych zarazem) rozpaczliwych prób mówienia prowizorycznego. Albowiem to niezupełnie to samo powiedzieć „język nie istnieje”, „epoka nasza nie ma własnego języka” i „język nie istnieje   w e   m n i e ”, czy też „język jes t   m i  niedostępny”. Wypowiadając drugie zdanie, podejmujemy trud ujawnienia wewnętrznego doświadczenia obcości w mowie i opisania własnych praktyk językowych ukształtowanych w sytuacji, w której zostaliśmy pozbawieni? wyrzekliśmy się? własnego języka. Tymczasem, gdy pozostajemy przy pierwszym zdaniu, interesuje nas co najwyżej pewna niespójność, nieoryginalność czy wtórność języka epoki. Początek notatki Paula Valéry jest ryzykownym uogólnieniem jego poczucia obcości w mowie – uogólnieniem, które zmienia je w twierdzenie o braku języka epoki. Paul Valéry, choć ma rację, tkwi w błędzie. Nasza epoka nie została pozbawiona własnego języka, szybko go stworzyła. To raczej tylko ja (każde „ja”) myślę, że go nie mam.

Pęknięcie między pierwszym a ostatnim zdaniem umożliwia wypowiedzenie paradoksu fundamentalnego w „epoce pozbawionej języka”:   n i e   m a j ą c  j ę z y k a,  m ó w i m y.  Nie tylko przecież tak, jak dopuszcza Valéry, a więc odwołując się do języków dawnych epok lub do mowy pierwszego człowieka. Opisane przez niego praktyki językowe podejmowane w czasie nieistnienia języka tylko pozornie rozbrajają ten paradoks. Przerywając milczenie, zwracamy się bowiem nie tylko ku przeszłości mowy, lecz przede wszystkim ku jej teraźniejszości – wkraczamy w sferę nieistniejącego (dla nas) języka. Epoka nasza ma bowiem własny język, który jednak nie należy do nikogo pojedynczego, ani nawet do „nas”. Wszystkim obcy jest on ponad nami i – „być może” – ponad epoką. Tą i wcześniejszymi (żyjący dawniej także chyba powiedzieć by mogli, że nie mają własnej mowy, a tylko nam z perspektywy lat wydaje się, że „być może”, że „zapewne” było inaczej). Nie należąc do nikogo, istniejąc ponad swoimi chwilowymi użytkownikami, język ten jest   m o w ą   n i c z y j ą.  W każdym mówiącym, który próbuje ją podjąć, rodzi się poczucie dystansu, obcości, niezakorzenienia. Mowa niczyja jest więc i nie jest zarazem.

Oto powód pęknięcia wypowiedzi Paula Valéry, tego samego pęknięcia, które przebiegało przez mój niedokończony szkic. Przypadkowa lektura, wyjście poza własne słowa pozwoliły mi je zobaczyć. Muszę więc teraz wypełnić to pęknięcie – opisać, choćby metaforycznie, tylko w przybliżeniu i intuicyjnie, mową niczyją, muszę odsłonić wewnętrzne poczucie obcości, jakie rodzi się we mnie, gdy się z nią stykam. Szkic ten rozwijał się będzie „od głębi”, w pęknięciu między niedokończonym dotąd szkicem a jednym wyjętym z niego zdaniem, które stopniowo ujawniało będzie swój nowy sens:

NIE MA JĘZYKA POLSKIEGO

Ten, który tak nazywamy, jest gromadą języków wojujących. Słowo nieufnie przypatruje się drugiemu słowu. Zdanie, oderwawszy się od innych zdań, dąży do władzy. Osiąga ją różnymi sposobami. Wojna słów, zdań i intonacji przebiega bowiem na wielu polach. Najpierw powierzchniowo, nie dotykając znaczeń i sensów: przytłoczyć rozmiarem! sparaliżować wszechobecnością! zmiażdżyć formą materialnego utrwalenia!

Oto zdanie-slogan jako nagłówek w gazecie rozmnożone ponad ludzką możliwość powtórzenia czegokolwiek tak wiele razy. To samo zdanie wypisane na transparencie bielami i czerwieniami wyłania się z przepływającego ulicami tłumu. Niekiedy inaczej, unieruchomione i powiększone do rozmiarów wielopiętrowego gmachu staje się rzeczą, przedmiotem nie-ludzkiej ręki. Agresywne – jako świetlisty neon – przebija się przez szarość architektury i osadza pod powiekami. GDAŃSK MIASTEM KWIATÓW. Jedno z pierwszych, niewinnych jeszcze zdań, jakie sam przeczytałem. Znacznie później znalazłem w wierszu poety, który chodził tą samą ulicą, replikę tego zdania: „Gdańsk miastem trumien”4.

Pomiędzy hasłem, transparentem, neonem a kartką papieru, na której ktoś pisze wiersz, leży królestwo ekspresji zastygłej i uwięzionej we wszechobecnych napisach. Prawdziwe królestwo bezokoliczników i zdań rozkazujących: „nie wychylać się”, „nie pluć”, „uprasza się dzwonić trzy razy”, „jutro wakacje”, „chodzić prawą stroną”, „uwaga, niebezpieczeństwo upadku rzeźby”, „pchać/ciągnąć”, „wstęp wzbroniony”, „tu wrzucić monetę”. Droga, jaką codziennie przemierzam, wyznaczona jest taką oto siecią mniej lub bardziej kategorycznych poleceń, nakazów i zakazów, informacji i powiadomień, które „mówią” do mnie, nie oczekując zarazem żadnej słownej reakcji, lecz tylko sprawnego i posłusznego wypełniania „bezokolicznych” poleceń. Na ulicy mogę być jedynie milczącym słuchaczem, który powinien głęboko ukryć swoje słowa.

Nie zawsze przecież. Inne, dla mnie przeznaczone słowa, związane surowym rygorem wersyfikacyjnym, tkwią gdzieś w nieświadomości – „pod językiem” – by pojawić się nagle i niespodziewanie: że „Wisła”, że „do morza”, że „po polskiej krainie”. Jesteśmy przepełnieni gotowymi zdaniami, w których ktoś uwięził słowa, choć zarazem tkwi w nas? we mnie? milczenie. I niechęć, często nieprzezwyciężalna, by powiedzieć cokolwiek, skoro każde prawie zdanie, jakie podsuwa nam nasza „nieświadomość językowa”, okazuje się powtórzeniem sloganu, transparentu, neonu, dalekim echem dziecięcego wierszyka. A przecież „mówi   s i ę ”. Bo oto potężny Głos przelewa się ponad wielotysięcznym osiedlem, gdy wszystkie telewizory i wszystkie radia połączone zostały z tym samym mikrofonem, a powietrze drga i wibrują szare masy betonu. Głos przekraczający ludzką skalę, głos nie-ludzki, choć przez człowieka „wyprodukowany”.

Nie „nasze” to słowa, obce to zdania i intonacje. Ten Głos nie może być moim głosem. Ja nie mówię tymi samymi słowami, nie mnie słucha ten język, więc nie ja jestem jego właścicielem. Nie potrafię zawładnąć wszystkimi głośnikami „mojego” osiedla – mówię raczej cicho. Litery, jakie teraz piszę, zmieszczą się między linijkami szkolnego zeszytu. Gdy więc słucham Głosu przekraczającego możliwości artykulacyjne mojego gardła lub gdy czytam napis spoza zasięgu mojej ręki – wtedy myślę, że gdzie indziej leży ojczyzna   m o j e g o  języka. Ten, który do mnie dociera, jest oddzielony od niej barierą   m a t e r i a l n o ś c i.  Położone po obydwu jej stronach, antagonistyczne języki wpisują się w inny wymiar: ludzki i nie-ludzki, mój i nie-mój. Wtedy też wiem na pewno, że mówimy innymi językami.

Ale to tylko zapowiedź, tylko symptom   p r a w d z i w e j  obcości. Najgłębiej ujawnia się ona gdzie indziej. Wojna słów przybiera znacznie bardziej dotkliwe formy. Bariera materialności, nie-do-przebycia, jest tylko efektem. Równolegle, wzdłuż tej bariery, przebiega jeszcze inna, ta, która rozdziela porządek i chaos, system jednego języka oddalonego ode mnie już wcześniej różnicą wymiaru, więc niedostępny, i asystemowe zbiorowisko wielu języków, jakie odnajduję w zasięgu mojej ręki, mowę niczyją i słowo pochodzące od konkretnej osoby. Czym jest  t a m t e n  język? Czym jest system jednego języka? Gdzie przebiegają granice mowy niczyjej? Najłatwiej opisać równocześnie obydwie strony:

Anarchia i dyktatura, mrok i światło, wielość i jedność – byłoby dobrze, gdyby te metaforyczne słowa-opozycje prowizorycznie oznaczały granicę mojego i nie-mojego mówienia. Stopniowo zmierzał będę do jej dokładniejszej lokalizacji. Nie wiem jednak, czy to w ogóle możliwe, bo słów, jakich teraz używam, nie potrafię wyzwolić spod dyktatury ani wyprowadzić z mroku.

Przez ten tekst przebiega granica, którą on sam chce opisać.

Spostrzegłem to teraz – widywałem już przedtem. Niewiele nowego w tym spostrzeżeniu. Szkic, który teraz piszę, podobnie jak wszystkie inne, które dotąd napisałem, umiejscowiony jest  p o ś r ó d  wrogich sobie języków. Istniejące między nimi granice i szczeliny stają się zarazem wewnętrznymi pęknięciami tekstu. Każda wypowiedź naznaczona jest tą samą ułomnością, defektem, który dotknął przestrzeni językowej, w jakiej istniejemy – nie tylko przecież ja ze swoim pisaniem. Niektóre spośród wypełniających tę przestrzeń słów zbliżają się do mnie, inne są tak dalekie i tak bardzo nie-moje, że odczuwam niestosowność, gdy ich używam. Wystarczy przyjrzeć się uważnie słowom pojawiającym się na tej kartce, by wojna słów, o której przed chwilą pisałem, objawiła się w jednym z wielu swoich teatrów. W jaki sposób wytyczyć stopień dystansu i identyfikacji, jak opisać wewnątrztekstową wojnę słów i poczucie obcości w mowie?

Wydaje się, że makroanaliza lingwistyczna „współczesnej polszczyzny” może – a nawet powinna – zostać zastąpiona mikroanalizą pojedynczych (własnych) wypowiedzi osadzonych w rzeczywistości językowej słów i w rzeczywistości ludzi i rzeczy. Jak mówimy? czym mówimy? – odsłoni to raczej, choćby spekulatywna, „psychologia” (niekiedy „psychopatologia”) mówienia niż obiektywizujące, metodologicznie nienaganne prace językoznawców dostrzegających i doceniających zmianę, błąd czy dewiację językową dopiero wtedy, gdy zostaną one powtórzone wystarczającą ilość razy. Sieci statystyki lingwistycznej mają duże oka. A i rybacy wybierają raczej połowy na znanych i bezpiecznych łowiskach mowy. „Nie ma języka polskiego” – to prawda (jeszcze niewysłowiona dostatecznie), lecz nie ma też językoznawców, którzy spostrzegliby, że już dawno wymknął się im z rąk przedmiot statystycznej obróbki. Językoznawstwo z pustymi rękami – to jest.

Mój szkic, zarazem narzędzie i przedmiot analizy, krytykujący i krytykowany, wyrasta z ziemi poprzecinanej licznymi bruzdami międzysłowia. Jest – jak dotąd – tekstem niezadomowionym w żadnym (jednym) języku. Nie została mu nawet dana taka realna możliwość. Zawsze będzie po jakiejś jednej i   r ó w n o c z e ś n i e  po drugiej stronie, zawsze przysługiwał mu będzie status pomiędzyjęzykowy. Jako naznaczony piętnem rozdarcia i fragmentaryczności, wystawiony jest (tak jak i ja, który go piszę) na pokusę podjęcia mowy integralnej, zamkniętej w obrębie jednego języka – co zawsze okazuje się w końcu tylko iluzją, niemożliwą możliwością. Na czym ona polega? W jaki sposób można przebywać – bo nie być –   t y l k o  po jednej stronie?

Wyjście z chaosu i mroku, odwrót od zgiełku słów i wojujących języków, krok nad granicą, poza którą nie ma już żadnych granic i pęknięć mowy, wydaje się łatwy. Granicę przekracza się niepostrzeżenie. Poza nią rozpościera się system jednego języka o nie-ludzkim fundamencie materialnym; po drugiej stronie otacza nas sztuczna – więc doskonale spoista – mowa niczyja. Od opisu kilku jej ujawnień, „megafonowych tekstów”, rozpocząłem ten fragment. Nie są to ujawnienia jedyne, ani być może nawet najważniejsze. Elementarną wypowiedzią w mowie niczyjej jest bowiem GAZETA, różnie materialnie zrealizowana; wypowiedź, która nie ma widomego autora (zespoły redakcyjne to tylko media międzyludzkiego), nie ma też – jako całość – wyraźnego, rzeczywistego odbiorcy (dwumilionowy nakład zakłada, co najwyżej, paromilionowe zwielokrotnienie tego samego „modułu ludzkiego”). Z pomocą GAZETY   m y   m ó w i m y   d o  n a s.  Oto fenomen powstrzymanego w swoim biegu mówienia – mówienia okrężnego, kolistego, takiego, które porusza się w koleinie wyżłobionej tysiącem wcześniejszych wypowiedzi. W mówiącym wygasa impuls skłaniający do ryzykownego zestawiania słów, tworzenia nowych, nieoczekiwanych sensów. Mówienie koliste podejmuje sensy gotowe. Słowa „same” tak łatwo przecież zaczepiają się jedne o drugie i ustawiają w sprawdzonych szeregach, tworzą zdania, szpalty, kolumny, GAZETĘ. Słowa „wiedzą”, w jakim porządku mogą i powinny następować po sobie. Mówiący – już nie mówiący, już tylko proletariusz mowy – wprawia je w ruch, ledwie ich dotykając, osadza w wirującym kosmosie mowy niczyjej. Ale to tylko imitacja mówienia, tylko pozór ruchu słów. Nie zmyli już nas materialna wszechobecność ani zdradziecka ciągłość mowy niczyjej. Łatwo spostrzegamy bowiem, że cała aktywność językowa sprowadzona została do kilku prostych czynności i kombinacji. Mowa niczyja żyje dzięki   p o w t ó r z e n i o m.  Nieustanne powroty kilku kluczowych słów, ponowienia stałych linii intonacyjnych i melodii jednego głosu, natarczywość układów syntaktycznych wytyczonych długością czarnych czcionek wstępniaka, wielokrotne parafrazy kilku zdań, które składają się na podstawowe wyposażenie językowe mówiących, oswojone skróty, piętrzące się cytaty, omownie uśmierzające lub pobudzające, które wypełniają miejsca słów odrzuconych. Mówienie (a także słuchanie) staje się w ten sposób rytuałem, w którym nie chodzi o to, by komuś coś zakomunikować, lecz by utrzymywać nieprzerwany pochód słów – od „mówiącego” do „słuchającego”.

Poetyka powtórzeń zakłada – w planie obyczaju – rytuał codziennej lektury, tak jakby kolistości mówienia musiała odpowiadać kolistość słuchania. Gazeta przynosi każdego dnia kolejną porcję słów – bo nie być ich nie może. Brak codziennych słów, czyli przerwanie strumienia mowy niczyjej, byłby znakiem ostatecznego rozprzężenia maszyny społecznej. Tak więc – zawsze dostępne – słowa cierpliwie czekają na tych, którzy w ponawianym rytuale lektury pragną upewniać się o niezmienności świata, o jego ładzie i harmonii. Zdania, słowa powtarzane, jak i sama powtarzalność przynoszą bowiem te gwarancje. Lecz oto – co się przecież zdarza – odwrócony zostaje bieg słów, niezmienność zdań zakwestionowana. Teraz już wszyscy drwią z wczorajszych sloganów i dwuznacznej harmonii, demaskują kolistość mówienia, teraz już wszystkim obca jest wczorajsza powtarzalność. Instytucja mowy rytualnej nadal jednak pozostaje. Stan rozpadu trwa tylko chwilę. Następna wprowadza już nowy ład.

Pokusa grzesznej wspólnoty językowej, jaka ukrywa się w mówieniu kolistym i rytualnym, uwodzi integralnością słów, która utrzymuje fikcję integralności rzeczy. Nade wszystko zaś fikcję odpowiedniości porządków: mówienia i działania, gazety i świata. Tymczasem słowa, wprowadzone w kosmos mowy niczyjej, wcześniej już zostały pozbawione wszelkich odniesień. Oderwane od rzeczy, same stały się jakby-rzeczami. Wyzwolone od uciążliwych odniesień przedmiotowych i podmiotowych (słowa te nie należą już przecież do nikogo), utworzyły autonomiczne państwo abstrakcyjnego sensu i arbitralnej logiki. W państwie tym mówienie jest substytutem działania. Inwencji językowej przypisuje się moc ustanawiania nowych związków między rzeczami, moc kierowania biegiem rzeczy. Mówienie wydaje się bardziej realne niż działanie, słowa – bardziej materialne niż rzeczy. Tak więc przyjąć mowę niczyją to odejść od świata rzeczy i zamieszkać w rzeczywistości słów, arbitralnej logiki i w ustanowionym z jej pomocą świecie wartości.