Władcy jedzenia. Jak przemysł spożywczy niszczy planetę - Stefano Liberti - ebook

13 osób właśnie czyta

Opis

Produkcja żywności to dziś potężny, niezwykle dochodowy biznes, który krok po kroku przejmują międzynarodowe koncerny spożywcze i wielkie grupy finansowe. Przedsiębiorstwa-szarańcze wytwarzają jedzenie na masową skalę jak najmniejszym kosztem. Za nic mają zasoby naturalne czy konsekwencje, jakie ponoszą lokalne społeczności. Zniszczywszy jedno miejsce, przenoszą się gdzie indziej, dokładnie tak, jak robi to stado szarańczy. Ich jedynym celem jest szybki zysk.
Po latach dziennikarskiego śledztwa Stefano Liberti, wybitny włoski reporter, ostrzega: obecny system żywnościowy jest nie do utrzymania. Zasoby naszej planety kiedyś się skończą. Pora uświadomić sobie, gdzie, jak i przez kogo produkowane jest jedzenie, które trafia na nasze stoły. I rozważyć zmianę nawyków żywieniowych.

„Brazylijczycy wykorzystują swoje ziemie do produkcji soi, która zostanie pożarta przez hodowane na przemysłową skalę świnie importowane przez Chiny ze Stanów Zjednoczonych. Chińczycy eksploatują własne wsie do produkcji koncentratu pomidorowego, który zostanie eksportowany do Afryki lub posłuży za bazę do ketchupu do hamburgerów sprzedawanych na całym Zachodzie przez fast foody, takie jak McDonald’s, i zyskujących coraz większą popularność także w Chinach” – fragment książki

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 404

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału:I Signori del Cibo

Redakcja: Karolina Oponowicz

Korekta: Monika Ochnik

Projekt graficzny okładki: Ula Pągowska

Zdjęcie na okładce: fotolia/jan_S

Opracowanie graficzne: Elżbieta Wastkowska

WYDAWCA

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

www.wydawnictwoagora.pl

WYDAWNICTWO KSIĄŻKOWE:

DYREKTOR WYDAWNICZY: Małgorzata Skowrońska

REDAKTOR NACZELNY: Paweł Goźliński

KOORDYNACJA PROJEKTU: Magdalena Kosińska

© copyright by Agora SA 2019

© Stefano Liberti, 2016

© Minimum Fax, 2016

Published by arrangement with Lester Literary Agency

© copyright for Polish translation by Ewa Nicewicz-Staszowska

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2019

ISBN: 978-83-268-2899-7 (epub), 978-83-268-2900-0 (mobi)

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

A wygląd szarańczy – podobne do koni uszykowanych do boju, na głowach ich jakby wieńce podobne do złota, oblicza ich jakby oblicza ludzi.

APOKALIPSA ŚW. JANA 9, 7

I’m all lost in the supermarket,

I can no longer shop happily.

THE CLASH

WSTĘP DO POLSKIEGO WYDANIA

Uchylam wrota i wpycham głowę do środka.

– Ładne ma pan cielaki, wszystkie z kolczykami. Ile ich będzie? – pytam gospodarza Andrzeja.

– A z siedemdziesiąt, i dalej się cielą.

– Mogę do nich wejść?

Jestem w morzu cielaków. Jedne się boją, inne nieśmiało liżą moje spodnie i buty. Po chwili więcej jest tych, które się nie boją, więc muszę się ratować przed zalizaniem.

Powiat wysokomazowiecki to zagłębie mleczarskie. W mieście co roku obchodzony jest Światowy Dzień Mleka. Są mleczne konkursy, mleczny pokaz mody, degustacja serków i jogurtów, a w 2018 roku okolicznościowy list przysłał sam kardynał Stanisław Dziwisz. Mleko to polska specjalność. Produkujemy rocznie około 15 miliardów litrów, przez co dotychczasowi liderzy, czyli Niemcy i Francuzi, mogą czuć polski oddech na plecach. Ale bycie w czołówce ma swoją cenę. Krowy zatruwają środowisko bardziej niż świnie i konie razem wzięte. Chodzi o ilość oddawanych w powietrze gazów, ale także o olbrzymie ilości zużytej w związku z ich hodowlą wody. W bilansie strat jest też produkcja paszy. Hektary pól obsianych kukurydzą malują monotonny krajobraz polskiej wsi. Przez lata na tych samych polach rośnie ta sama roślina, co wyjaławia glebę i sprawia, że trzeba używać coraz więcej nawozów sztucznych. Monokultura to śmierć gleby rozłożona w czasie. Brytyjski ekolog i biolog James Lovelock uważa, że gdyby ludzkość przestała hodować krowy, mielibyśmy dwadzieścia lub trzydzieści razy więcej ziemi do wykorzystania. Nie chodzi tylko o ziemię europejską. Rocznie Unia importuje około 14,5 miliona ton soi, aby wyżywić zwierzęta hodowlane – również polskie. Soja importowana jest z krajów Ameryki Południowej, gdzie pod uprawę wycina się lasy tropikalne. Więc z punktu widzenia ekologii każde zagłębie mleczarskie nie jest powodem do dumy, ale do niepokoju.

– To ile pan spodziewa się w tym roku cielaków? – pytam gospodarza Andrzeja.

– Ze sto dwadzieścia.

– I wszystkie pan sprzeda?

– Część zostawię. Zastąpią stare krowy. Ale myślę także o powiększeniu obsady.

– Czyli biznes dobrze się kręci, skoro chce się pan rozwijać?

– Dostałem od ojca czterdzieści krów i żyło się dobrze. Przyszedł czas, że musiałem powiększyć obsadę o dwadzieścia sztuk, żeby przetrwać. Później o kolejne dwadzieścia i znowu o dwadzieścia. Doszedłem do stu sześćdziesięciu pięciu.

– Dlaczego trzeba się powiększać?

– Duzi się liczą. Maszyny, nawozy, robocizna idą w górę, a cena mleka stoi. Brakuje mi już ziemi. Kupiłem na kredyt trochę hektarów w lubelskim, bo nie miałbym czym skarmiać bydła.

– Czyli musi pan przywozić plony z daleka?

– Zlecam miejscowej firmie. Sieją, koszą. Zbiory sprzedaję tam na miejscu, a sobie kupuję gdzieś tutaj, bliżej obory.

Jadę do kolejnego zagłębia – tym razem drobiarskiego. W Żurominie chcę się spotkać z burmistrz Anetą Goliat. Mimo że to około 140 kilometrów od Warszawy, to autobus wlecze się ponad trzy godziny. Wjeżdża do wiosek, skąd zabiera ludzi do miasta powiatowego. Po drodze zabieramy też smród. Im bliżej Żuromina, tym go więcej w autobusie. Kiedy wysiadam, czuję, że moja kurtka, włosy, twarz oblepione są smrodem. W mieście też śmierdzi, mimo wiatru i umiarkowanej temperatury. O przyczynach rozmawiam z panią burmistrz.

Żuromin otoczony jest kurnikami. Prawdopodobnie nigdzie w Europie nie ma takiego zagęszczenia kurników jak w powiecie żuromińskim. Tuczy się tu kurczaki, kaczki, perliczki. Długie, nowoczesne kurniki stoją obok siebie; kilometrami nie zmienia się krajobraz i zapach. Ponieważ nie było planu zagospodarowania przestrzennego, kurniki powstawały tuż pod domami, salonami i kuchniami, przy placach zabaw i niedaleko szkół, w sąsiedztwie gospodarstw agroturystycznych i sal weselnych. Mieszkańcy walczyli, ale nie ma ustawy zabraniającej budowania kurników w sąsiedztwie domów. Kurniki to nie tylko smród. To także zanieczyszczenie gleby przez piętrzące się na polach góry kurzych odchodów. Jeszcze innym tematem jest jakość mięsa. Producentom zarzuca się, że profilaktycznie karmią kurczaki antybiotykami, choć jest to zabronione. Przez genetykę łamią się im nogi, bo kości nie nadążają za przyrostem mięśni. Jesteśmy liderem. Z raportu przygotowanego przez bank BGŻ BNP Paribas wynika, że aż 16 procent unijnego drobiu pochodzi z Polski. Rocznie produkujemy 3 miliony ton mięsa drobiowego, a przeciętny Polak zjada 30,5 kilograma, choć unijna średnia to 26,5 kilograma rocznie.

O ograniczenie smrodu walczą także mieszkańcy powiatu wrzesińskiego pod Poznaniem. Do wsi Kawęczyn idę ze stacji kolejowej w Marzeninie. Mam się spotkać z miejscową aktywistką Małgorzatą. Kiedy dochodzę do wsi, czuję gryzący smród. W pobliżu domów stoją dwie fermy norek na mniej więcej 500 tysięcy sztuk. Istnieje ryzyko, że pomiędzy powstaną jeszcze kurniki na milion kurczaków rocznie. Już teraz w czasie upałów mieszkańcy wywożą dzieci do rodziny w mieście, zatykają kratki wentylacyjne, kupują odświeżacze powietrza, zmieniają okna na bardziej szczelne, ale i tak nie sposób uciec przed smrodem. Nie wyobrażają sobie życia tutaj, jeśli jeszcze powstaną kurniki. Małgorzata: – Zwołałam sąsiadów na drogę i pytam, co robimy. A oni: „Ale co my możemy? Nie mamy szans”. Mówię do męża, że od czegoś trzeba zacząć. Zaczęliśmy od przeczesywania internetu. Nie wiedziałam, że aż tylu ludzi ma podobny problem. Cała Polska: Rybno, Żuromin, Kalisz, Częstochowa, Olsztynek, Działdowo, Siedlce, Mława. Wyszukałam tu blisko, w Kołatce, podobną historię. Udało im się zablokować budowę kurnika. Napisałam do nich na Facebooku. Odpisała działaczka. To było Boże Narodzenie. Całe święta mąż siedział z córkami, a myśmy korespondowały. Zapytałam, dlaczego mi pomaga. „Bo nam kiedyś ktoś pomógł”. (...) Kiedy chodziłam z mapą od domu do domu i pokazywałam ludziom punkciki przy wielkich kropkach, zaczęło do nich docierać, że kurnikowe wyziewy będą buchać prosto w ich okna. Pytali mnie: „Ta kropka przy tej wielkiej kropie to naprawdę mój dom?”.

Rolnictwo przestało być rodzinne, a stało się przemysłowe. Koncentracja ferm w jednym miejscu jest nie tylko niszcząca dla środowiska i zwierząt hodowlanych, ale przede wszystkim dla ludzi. Masowa produkcja odbija się na jakości powietrza, gleby i wody, ale także na jakości żywności, która trafia do sklepów. Więc dlaczego w miejsce przydomowych warzywniaków posialiśmy trawniki, a w miejsce jabłoni zasadziliśmy tuje? Czy to przez gęstą siatkę supermarketów, do których zwożona jest tania żywność z zagłębi hodowlanych? Czy to przez światowe korporacje spożywcze, które trzymają w rękach znaczny procent produkcji rolnej? Czy wielcy gracze żywnościowi celowo oduczyli nas uprawiać warzywa i hodować zwierzęta, abyśmy się całkowicie od nich uzależnili?

Jadę na targowisko pod Pułtusk. Co niedzielę jest tu jarmark. Przyjechałem za późno, bo nie ma gdzie postawić samochodu. Tłum ludzi zalał plac handlowy. Trzeba się przeciskać. Sprzedający ustawili się na obrzeżach placu – to drobni rolnicy, którzy zajmują się przydomową hodowlą. Z ich pudeł i klatek słychać kilkudniowe kurczęta, kaczki, gęsi, perliczki przeznaczone do dalszego chowu. Ci, którzy tutaj przyjechali zrobić zakupy, chcą się uniezależnić od jaj i mięsa ze sklepu. Może nie zawsze jest to świadomy wybór, może to rodzinna tradycja drobnego chowu, ale jednak zawsze dwa kroki ku niezależności spożywczej. Aż chciałoby się do nich dołączyć. Aż chciałoby się samemu wyhodować niedzielny obiad i tym samym nie być elementem wielkiego przemysłu, dla którego liczy się zysk kosztem wszystkiego.

– Po ile pisklęta? – pytam gospodarza. – Poproszę sześć gęsi, pięć perliczek, dziesięć kurczaków – i z popiskującymi pudłami pod pachami uciekam do samochodu, zanim się rozmyślę.

Stefano Liberti przez dwa lat robił reporterskie śledztwo. Jego efektem jest książka. Przedstawia światowych panów żywieniowych. Są gotowi nawet sterować naszym jadłospisem, żeby się wzbogacić. Są gotowi zniszczyć jeden zakątek świata, aby sprzedać swoje produkty w innym zakątku. Zalać gnojowicą kilka stanów w USA, aby sprzedać wieprzowinę bogacącym się Chińczykom. Wyłowić z oceanu ostatniego tuńczyka, żeby go zapakować w puszkę i posłać do supermarketu w Polsce. Żywność przestaje należeć do rolnika. Żywność należy do menedżerów i banków inwestycyjnych. Czy można się od nich uniezależnić?

Moje gęsi, perliczki i kurczaki dobrze się chowają. Ale skąd wezmę tuńczyka?

MARCIN WÓJCIK

reporter „Dużego Formatu”, magazynu „Gazety Wyborczej”.

Miłośnik wiejskiego życia.

1. IMPERIUM ŚWIŃ
Największa rzeźnia na świecie

Ruchy są miarowe, mechaniczne, powtarzalne. Świnie wiszą na hakach, które przesuwają się nad taśmą z regularną prędkością. Ludzie stoją wzdłuż niej rzędem w równych odległościach. Mają białe kombinezony, kalosze, rękawiczki, maseczki, czepki. Wszyscy wyglądają jednakowo. Gdyby nie różnica wzrostu, można by pomyśleć, że to armia robotów. W dłoniach trzymają narzędzia pracy: ktoś nóż, ktoś inny tasak, a ktoś jeszcze inny – hak. Każdy ma określoną rolę, każdy wykonuje gest, który jest mu przypisany. Są jak trybiki maszyny. Jeden nacina brzuch zwierzęcia, drugi powiększa nacięcie, następny wydobywa wnętrzności, a jeszcze kolejny robi inne cięcie. Trzewia lądują w specjalnych zbiornikach. Po każdym użyciu noże i ostrza trafiają do płynu dezynfekującego. Zwierzęta też są identyczne, wyglądają jak swoje własne klony: ta sama wielkość, waga, kolor. Wydają się – i rzeczywiście tak jest – owocem eksperymentu genetycznego nastawionego na stworzenie zwierzęcia doskonałego do uboju i konsumpcji.

Scena ma w sobie coś hipnotyzującego. Stoję za szybą i przyłapuję się na tym, że – bardziej niż przerabianym stopniowo na kawałki świniom – przypatruję się pewnym siebie i pochłoniętym wykonywanymi czynnościami ludziom, którzy poruszają się rytmicznie, traktując wiszące przed nimi ciała zwierząt z mieszaniną znawstwa i obojętności. Nie wyżywają się na nich – wykonują swoją pracę mechanicznie, jakby składali części samochodu. Cięcie, powiększenie, wyciągnięcie, odcięcie. To, na co patrzę, jest niczym innym jak tylko taśmą produkcyjną. To fabryka nowoczesnego, przemysłowego mięsa.

Kolejne pomieszczenie jest większe, a scena – jeszcze bardziej sugestywna. Ludzie w uniformach rozdzielają to, co zostało już pocięte, i przerabiają bezkształtne mięso w określone kawałki. Przypominam sobie poprzednią halę i odnoszę wrażenie, że spoglądam teraz w kalejdoskop. Taśm jest dużo. Różnią się od siebie i przecinają całą przestrzeń po przekątnych. Robotników też jest znacznie więcej. Wyglądają jak rząd białych fartuchów: stoją na swoich miejscach w równych odległościach i właściwie w bezruchu, jeśli nie liczyć pojedynczego gestu powtarzanego raz za razem przez każdego z nich. Tu kawałki są stopniowo selekcjonowane i pakowane, a następnie wysyłane do chłodni. Precyzja i geometryczny porządek kłócą się z brutalnością śmierci. Cały proces odbywa się w sposób chłodny, funkcjonalny, czysty. Nie ma kropli krwi czy kawałka mięsa, który byłby nie na miejscu. Zza szkła, które uniemożliwia jakikolwiek kontakt ze światem zewnętrznym, nie słychać nic. Nowoczesna rzeźnia to idealna i zsynchronizowana fabryka.

W rzeczywistości jednak nie cały proces przebiega tak spokojnie. Poprzedzające etapy są bardziej krwawe. Najpierw zwierzę otępia się za pomocą gazu lub przez porażenie prądem, potem zarzyna się je cięciem na wysokości żyły szyjnej, a następnie zanurza w kadzi z wrzącą wodą, żeby oczyścić z krwi i ułatwić zeskrobanie szczeciny. Martwe ciało obdziera się ze skóry i umieszcza w specjalnej maszynie w celu kolejnego umycia. Odcina się głowę, a wielką tuszę zawiesza na haku i posyła do kolejnych etapów obróbki, od których zacząłem moje zwiedzanie. Tutaj także wszystkie fazy przebiegają w wystandaryzowany sposób, a zaangażowani w nie ludzie powtarzają zawsze takie same gesty: jeden otępia, drugi przecina żyłę szyjną, następny uruchamia przenośnik taśmowy, który wrzuca zwierzę do zbiornika. Lecz sam moment śmierci nie jest już tak neutralny. Zwierzę często się miota i buntuje przeciwko temu, co je czeka – czasem nie jest wystarczająco otępione gazem lub nie ginie od przecięcia żyły, a wtedy rozpaczliwie kwiczy z bólu, gdy żywcem gotuje się je w wielkiej kadzi. W tych scenach nie można uczestniczyć. Przyszły konsument nie powinien ich oglądać, żeby nie kojarzyć tego, co ma na talerzu, z bólem czującej istoty. Zwiedzającym pokazuje się jedynie zwierzęta rozczłonkowane, gotowe do konsumpcji. A raczej nie zwierzęta, tylko mięso. „Nasza rzeźnia wykorzystuje najbardziej zaawansowane technologie. W stu procentach przestrzega standardów higieny oraz standardów uboju mających na celu ograniczenie do minimum cierpienia zwierząt gospodarskich”, mówi attaché prasowy, który towarzyszy mi w organizowanej dla gości wycieczce po zakładzie.

Jestem w Shuanghui, u „największego przetwórcy mięsa w Chinach”, jak głosi w języku angielskim wielki napis na budynku, w którym mieści się siedziba firmy. W rzeczywistości hasło jest przestarzałe – Shuanghui jest obecnie największym przetwórcą mięsa wieprzowego na świecie. Od kiedy w 2013 roku przejął amerykański koncern Smithfield Food – najważniejszego producenta i przetwórcę wieprzowiny w Ameryce Północnej – nie ma konkurencji. Należy do niego znaczna część światowego rynku wieprzowiny, w dodatku firma kontroluje cały łańcuch dostaw: od hodowli po ubój, od przetworzenia po sprzedaż. Interes wart dziesiątki miliardów dolarów.

Towarzyszący mi w wycieczce mężczyzna to pewny siebie trzydziestolatek, który całe życie zawodowe spędził w tej firmie. Gdy przemieszczamy się między przeszklonymi galeriami nad ubojnią i podglądamy armię białych robotników pochłoniętych rozczłonkowywaniem zwierząt, on opisuje procesy, sypie danymi liczbowymi, nadaje odpowiednią formę i treść napisom, które rzucają się w oczy w całym zakładzie, informując zwiedzających, że firma jest numerem jeden w Chinach, prowadzi globalną strategię i jest liderem na rynku wieprzowiny. „Jesteśmy numerem jeden na świecie”, powtarza z dumą mężczyzna o wiele częściej, niż powinien. W całych Chinach Shuanghui posiada dziesiątki przetwórni takich jak ta, którą właśnie zwiedzam, a oprócz tego hale hodowlane, którymi zarządza w dużej mierze bezpośrednio, a częściowo poprzez przedsiębiorstwa pomocnicze. Ich „niestety nie można zwiedzać, bo konieczne byłoby najpierw odbycie tygodniowej kwarantanny, aby uniknąć przenoszenia chorób”, mówi mężczyzna, powołując się na jakieś obostrzenia regulaminowe.

Na zakończenie wycieczki po ubojni trafiam do czegoś na kształt showroomu. Jest to obszerny pokój, w którym różne produkty Shuanghui są wyeksponowane w gablotach i skrupulatnie opatrzone dwujęzyczną etykietą: po angielsku i mandaryńsku. Wśród nich znajdują się: „Pizza Hut Spare Ribs”, czyli żeberka wieprzowe sprzedawane w Pizza Hut, oraz „Spare Ribs with Gristle”, czyli żeberka wieprzowe z chrząstkami, a oprócz tego cała gama parówek wszystkich możliwych kształtów i smaków, takich jak „Hot Dog with Corn”, „Spicy Crispy Sausage” czy „Luncheon Square Sausage”. Pudełka mają bajkowy wygląd i są na nich postaci jak z kreskówek: tu jakiś lew, tam rybka, gdzie indziej zantropomorfizowana kolba kukurydzy, a jeszcze dalej pingwin. Na jednym z opakowań widnieje flaga Stanów Zjednoczonych z rzędami kiełbasek zamiast gwiazdek. Na żadnym z produktów nie ma podobizny świni. Wcale mnie to nie dziwi. Mięso za nic w świecie nie może być kojarzone ze zwierzęciem, z którego pochodzi, należy wyeliminować każde najdrobniejsze odniesienie. W sąsiednim pokoju dwie hostessy zorganizowały na moją cześć komitet powitalny. Na kuchence elektrycznej smażą się kiełbaski, prostokąciki bekonu, parówki w cieście kukurydzianym i inne wieprzowe przysmaki, które zmuszony jestem przełknąć wcześnie rano w ramach nieprzewidzianego drugiego śniadania. Wszystkie prezentowane tu produkty są przeznaczone na wewnętrzny rynek chiński. Rynek gigantyczny, bo wart miliardy dolarów.

Jedna świnia na dwóch mieszkańców

Mówienie o wieprzowinie w kontekście Chin jest szczególnie istotne – w tym kraju żyje połowa świń zamieszkujących planetę. Najostrożniejsze szacunki mówią o mniej więcej 700 milionach sztuk, które w przeliczeniu na 1,3 miliarda ludzi dają ponad jedną świnię na dwóch mieszkańców[1]. Świnia zajmuje w kulturze chińskiej centralną pozycję. Jest ostatnim z dwunastu znaków zodiaku i symbolem szczęścia. Ten, kto urodził się w roku świni, jest uznawany za osobę uczciwą i odważną. Popularne powiedzenie „tłusta świnia u drzwi” łączy obecność zwierzęcia z pojawieniem się obfitości i powodzenia. Natomiast chiński znak złożony (jia, „dom”) składa się z dwóch znaków prostych: („dach”) oraz („świnia”), co sugeruje, że w dawnych czasach dom nie był domem, jeśli nie było w nim świni. Tradycyjna chińska rodzina posiadała na podwórku przynajmniej jedno takie zwierzę.

Tak wyglądały Chiny w przeszłości – kraj w dużej mierze rolniczy, w którym rodziny jadały mięso dwa razy w roku i wykorzystywały świnię domową głównie do przekształcania odpadów w nawóz do pól. Dziś zwierzę nadal uchodzi za symbol dobrobytu, ale już w innym znaczeniu. Dla coraz liczniejszej i zamieszkującej miasta chińskiej klasy średniej jest znakiem wysokiego statusu – jedzenie mięsa to najbardziej namacalny dowód awansu społecznego i wyjścia z biedy. To właśnie z tego powodu spożycie wieprzowiny gwałtownie wzrosło, osiągając astronomiczną skalę. O ile w 1970 roku przeciętny mieszkaniec Chin zjadał 8 kilogramów mięsa wieprzowego rocznie, o tyle dziś ilość ta sięga 39 kilogramów, czyli pięć razy tyle. A żeby dostarczyć 1,3 miliarda osób 39 kilogramów wieprzowiny, potrzeba mnóstwa świń. Produkcja nie może się ograniczyć jedynie do małych hodowli w gospodarstwach rodzinnych. Musi się odbywać na skalę przemysłową. To dlatego w ostatnich latach świnie zniknęły z wiejskich podwórek, gdzie beztrosko ryły sobie w ziemi, i zostały stłoczone w tysiącach wielkich hal: zamknięte, skrępowane, nafaszerowane paszami i antybiotykami. To powielenie systemu funkcjonującego w Stanach Zjednoczonych od początku lat osiemdziesiątych, tak zwanego CAFO (Concentrated Animal Feeding Operations), czyli modelu skoncentrowanego karmienia zwierząt – hodowli na skalę przemysłową, której celem jest wyprodukowanie jak największej ilości mięsa w możliwie najkrótszym czasie.

Przejście od chowu w gospodarstwach rodzinnych do przemysłu opartego na CAFO odbyło się stopniowo i jeszcze nie zakończyło. O ile w Stanach Zjednoczonych sprzedażą wieprzowiny zarządzają niemal w całości cztery wielkie marki, w Chinach istnieją jeszcze hodowle w gospodarstwach rodzinnych. Ich liczba jednak stopniowo maleje – w 2001 roku pochodziło z nich 74% świń; dziś już jedynie 37%. Tylko w 2008 roku zniknęła połowa tego typu chowów[2]. Trend, mimo że nowy, wydaje się nieodwracalny. Dziś większość produkcji znajduje się już w rękach dużych lub średnich grup, które w dodatku pracują w systemie contract farming, to znaczy na zasadzie wyłącznej współpracy z kilkoma dużymi przedsiębiorstwami. W rozwijających się w zawrotnym tempie i za wszelką cenę aspirujących do odtworzenia modeli zapożyczonych z amerykańskiego systemu rolno-spożywczego Chinach drobny rolnik hodowca wieprzowiny staje się ikoną przeszłości.

Tego rodzaju rozwój nie jest dziełem przypadku czy niewidzialnej ręki rynku, ale efektem przemyślanej polityki państwowej. Rząd centralny postanowił wspierać koncentrację przedsiębiorstw zajmujących się intensywną hodowlą, ubojem i sprzedażą. Hasło brzmi „integracja pionowa” (chanyehua), a w jego myśl duże grupy są zachęcane poprzez system dopłat i ulg podatkowych do przejęcia kontroli nad wszystkimi etapami produkcji i dystrybucji. Dla chińskich przywódców trend ten stał się priorytetem w połowie lat dziewięćdziesiątych, nie tylko zresztą w sektorze wieprzowiny, ale we wszystkich gałęziach przemysłu rolno-spożywczego. To właśnie wtedy w Ministerstwie Rolnictwa powołano Urząd do spraw Integracji Pionowej z oddziałami w każdej prowincji działającymi na rzecz wsparcia tej strategii. W 2008 roku urząd opublikował raport, w którym chwalił się, że już w 2005 roku w Chinach połowa upraw i 37% mieszkańców wsi było „zintegrowanych pionowo”[3]. Najnowsze oficjalne dane szacunkowe nie są dostępne, ale odsetek ten z pewnością wzrósł. Zjawisko pociągnęło za sobą poważne konsekwencje społeczne. Odgórnie sterowany proces koncentracji i racjonalizacji produkcji rolnej dotknął znaczną część chińskiej ludności wiejskiej, zmuszając ją do migracji do miast. Przez ostatnie dwadzieścia lat wsie porzuciło i przeprowadziło się do ośrodków miejskich 250 milionów rolników. Ten gigantyczny, nie zawsze przebiegający pokojowo wiejski exodus wpłynął także na zachwianie równowagi społecznej miast.

Klucze do rozwoju powierzono kilku gigantycznym przedsiębiorstwom, które Pekin określa mianem „głów smoka” (longtou qiye). „Głowa smoka” to przedsiębiorstwo lider, które steruje całym procesem, obejmując podmioty o różnym charakterze. Metafora została zaczerpnięta z bardzo popularnego chińskiego tańca, w którym pierwsza osoba w korowodzie jest ubrana właśnie w maskę smoka, a pozostali tancerze tworzą ciało jaszczura, ustawiając się za nią kolejno gęsiego. Mówiąc wprost, „przedsiębiorstwo-głowa smoka” jest najważniejszym ogniwem procesu produkcyjnego, na który składają się mniejsze podmioty.

Zgodnie z oficjalną definicją „przedsiębiorstwa-głowy smoka” nie są „zwykłymi przedsiębiorstwami handlowymi”. Do ich zadań należy „tworzenie nowych rynków, wprowadzanie innowacji w dziedzinie nauki i technologii, restrukturyzacja wsi i rolnictwa, promocja rozwoju produkcji, zwiększanie wydajności i zysków rolników”. W zamian otrzymują od państwa różnego rodzaju pomoc: ulgi podatkowe, ułatwienia kredytowe i tak dalej. Nie muszą posiadać jakiejś szczególnej formy prawnej – mogą być publiczne, prywatne, działać w ramach partnerstwa publiczno-prywatnego lub nawet joint venture z grupami zagranicznymi. Najważniejsze, żeby odgrywały rolę powierzoną im przez rząd centralny, to znaczy dążyły do dalszej industrializacji produkcji rolno-spożywczej. Cały proces jest sterowany odgórnie. To rząd decyduje, które przedsiębiorstwa są „głowami smoka”, które sektory zaliczają się do priorytetowych i w jakim stopniu można otworzyć się na udziały zagraniczne.

Sektor mięsa wieprzowego bez dwóch zdań znajduje się w awangardzie. Oficjalne dane szacunkowe mówią już o 70% produkcji zintegrowanej pionowo[4], zmonopolizowanej przez ogromne grupy, które bezpośrednio nadzorują wszystkie fazy procesu – od liczących miliony sztuk hodowli, poprzez kolosalne zakłady uboju i przetwórstwa, skończywszy na wielkiej sieci dystrybucji.

Istotne przyspieszenie zmian w sektorze odnotowano, począwszy od lat 2006-2007. To właśnie wówczas wybuch epidemii zwanej „zespołem rozrodczo-oddechowym świń” lub kolokwialnie „chorobą niebieskiego ucha” dosłownie zdziesiątkował chińską trzodę chlewną. Według niektórych danych szacunkowych – nigdy niepotwierdzonych przez rząd centralny, który do końca starał się zbagatelizować rozmiar katastrofy – miało paść wtedy czterdzieści pięć milionów sztuk zwierząt. Hodowle dotknęła prawdziwa hekatomba. Świnie zarażały się, przestawały jeść i – z czasem, wycieńczone przez wirus – padały. Zostawało po nich niewiele więcej niż szkielet z kilkoma niebieskimi przebarwieniami na uszach. Wybuch pandemii wywołał panikę wśród drobnych producentów – jedni bankrutowali, inni gorączkowo wyprzedawali cały towar. Niedobór wieprzowiny i obawy o niedostępność mięsa wywołały efekt domina, którego konsekwencje uderzyły w konsumentów. W niektórych supermarketach dochodziło do napaści na rożna, ceny poszybowały w górę. To właśnie wtedy rząd postanowił przyspieszyć proces zapoczątkowany kilka lat wcześniej – wesprzeć tworzenie gigantycznych hodowli i rozwój przedsiębiorstw, które nadzorowałyby cały łańcuch dostaw w oparciu o wystandaryzowane, a zatem łatwiejsze do kontroli procesy[5].

Bo w Chinach świnia to coś więcej niż tylko zwykły element diety. To kwestia bezpieczeństwa narodowego. Nowa światowa potęga musi zapewnić swoim obywatelom możliwość codziennego jedzenia mięsa w przystępnej cenie. Chodzi o reputację państwa – taki jest sens procesu zapoczątkowanego w odległym 1979 roku przez nieżyjącego już lidera Deng Xiaopinga, który wzywał naród do „bogacenia się”. Dzisiejsze Chiny są potężnym, dobrze prosperującym krajem i tak muszą pokazywać się światu oraz własnym obywatelom. Świnia – czy też ogólniej mięso – to czynnik wyjścia z ubóstwa, symbol, za pomocą którego rząd centralny pokazuje swoim krajanom pozycję supermocarstwa. Jest to sprawa tak dużej wagi, że po wspomnianym już kryzysie w latach 2006-2007 Komunistyczna Partia Chin postanowiła utworzyć „Strategiczną rezerwę świń i wieprzowiny” złożoną częściowo z zamrożonych porcji mięsa, a częściowo z żywych zwierząt udostępnianych wymiennie przez wszystkie duże przedsiębiorstwa. Podczas gdy pozostałe kraje na czas kryzysów i deficytów tworzą rezerwy strategiczne innych, uznawanych za niezbędne surowców, takich jak ropa, gaz czy złoto, Pekin ustanowił własny bank wieprzowiny. W zamyśle chińskich przywódców „rezerwa” to sposób na stabilizację cen i ograniczenie do minimum wahań rynku oraz konsekwencji społecznych, jakie mogłyby one wywołać. Jeśli ceny nadmiernie rosną, rząd wpuszcza na rynek część towaru. Jeśli – przeciwnie – ceny gwałtownie spadają, skupuje świnie i zasila rezerwę, a tym samym nie dopuszcza, żeby spadły zyski producentów. Wielu ma wątpliwości co do skuteczności tego mechanizmu – rynek nadal jest częściowo zderegulowany. Sama integracja pionowa – w bardzo zaawansowanym stadium na papierze – w rzeczywistości nie zakończyła się i wciąż trwa. Ale kierunek został wyznaczony. Rząd chce zrobić porządek, zmniejszyć liczbę podmiotów zaangażowanych w sektor, zracjonalizować łańcuch dostaw. Liczba ubojni, która w 2006 roku wynosiła 30 tysięcy, w 2012 roku zmniejszyła się do 10 tysięcy, a do 2020 roku ma wynieść zaledwie 2 tysiące[6]. Cel jest jeden: w ciągu najbliższych pięciu lat niemal cały rynek ma być kontrolowany przez cztery duże grupy.

Jedną z nich jest oczywiście Shuanghui, „największy przetwórca mięsa w Chinach”. Po porannej przekąsce attaché prasowy zaprasza mnie do dalszego zwiedzania. Kolejne pomieszczenie showroomu, w którym wyeksponowano najnowsze produkty marki Shuanghui, jest zdominowane przez trzy duże plakaty. Pierwszy z nich przedstawia mapę Chin, na której zaznaczono wszystkie zakłady podlegające przedsiębiorstwu. To istny rój kropeczek i znaczków obejmujących swoim zasięgiem obszar niemal całego kraju, z wyjątkiem odległych regionów zachodnich. Drugi plakat to mapa świata, która dobrze pokazuje globalną strategię grupy. Nad Azją widnieje napis „Shuanghui”, nad Ameryką Północną – „Smithfield”, a nad Europą – „Campofrio”, czyli nazwa spółki zależnej Smithfield przejętej razem z grupą amerykańską[7]. Powyżej można przeczytać „WH Group”, bo właśnie taką nazwę przyjął Shuanghui na początku 2014 roku, kiedy to postanowił przenieść swoją międzynarodową siedzibę do Hongkongu. Poniżej wyszczególniono wszystkie zakłady powiązane z grupą. To prawdziwa konstelacja spółek, która opasa trzy kontynenty niczym siatka. Zauważam, że centralne miejsce na mapie zajmują nie Chiny, ale Ameryka Północna. Europa jest po prawej stronie, na wschodzie. Azja – po lewej, na zachodzie. To dziwaczny rodzaj understatement, który zdaje się kłócić z gloryfikującym tonem wypowiedzi rzecznika prasowego i przekazem płynącym z licznych plakatów. A nie jest to jedyny tego typu przykład. Na opakowaniach różnych produktów umieszczono w eksponowanym miejscu flagę Stanów Zjednoczonych. Wygląda na to, że Shuanghui postanowił oprzeć swoją strategię marketingową na wyraźnym podkreślaniu sojuszu ze Smithfieldem, jak gdyby amerykanizacja marki miała przełożyć się na jej większą wiarygodność i bardziej globalny charakter. Trzeci plakat zdaje się potwierdzać tę tezę. To wielka fotografia, która przedstawia toast wznoszony przez Wan Longa, prezesa i dyrektora generalnego Shuanghui, oraz Larry’ego Pope’a, CEO Smithfielda, który zachował swoje stanowisko po przejęciu firmy przez chińską grupę[8]. Zostali pokazani jak równy z równym, mimo że podpisany w 2013 roku akt nie jest sojuszem spółek, ale de facto przejęciem jednej przez drugą. Technicznie rzecz ujmując, w momencie zawarcia umowy Larry Pope stał się podwładnym Wana. Proszę o wyjaśnienie rzecznika prasowego, który odpowiada wymijająco, ale w rzeczywistości potwierdza moje wnioski. „Na tym opiera się globalna strategia grupy: kontrolować światowy rynek wieprzowiny, kupować najlepsze technologie, sprzedawać plasujący się w czołówce produkt”.

Wydaje się, że przejmowanie zagranicznych grup to w gruncie rzeczy sposób na umiędzynarodowienie brandu w oczach chińskich konsumentów, unowocześnienie go i uczynienie godnym zaufania. Attaché prasowy rozwodzi się na temat bezpieczeństwa żywności, rzetelności, kontroli, higieny. A w Chinach to kwestie wyjątkowo drażliwe. Powtarzające się skandale żywnościowe sprawiły, że chiński konsument bardziej ufa markom zagranicznym niż lokalnym. Zresztą nie bez przyczyny – rządowe mataczenie w sprawie jedzenia przeszło już do legendy. Bo władza nie tylko zbagatelizowała rozmiar epidemii „choroby niebieskiego ucha”. Niespecjalnie zareagowała też, kiedy w 2013 roku w rzece, która dostarcza wody pitnej dla Szanghaju, pojawiło się 16 tysięcy świńskich zwłok[9]. Afery nie ominęły również samego Shuanghui. W 2011 roku wybuchł skandal po tym, jak przedsiębiorstwo odkryło w swoim mięsie śladowe ilości klenbuterolu, substancji chemicznej zakazanej w Chinach od 2002 roku. Firma publicznie przeprosiła, zerwała wszystkie umowy z hodowcami, którzy dostarczyli skażone sztuki, i zintensyfikowała kontrole. Ówczesny chiński premier Wen Jiabao pochwalił zarząd i spółkę za podjęte wysiłki, a także wywarł nacisk na prasę, żeby przestała zajmować się sprawą. Ale Shuanghui straciło 241 milionów dolarów i doznało poważnego uszczerbku na wizerunku. Być może to właśnie z tego powodu przedsiębiorstwo z całkowicie chińskim managementem, które przejmuje amerykańskiego giganta, woli pokazywać się publicznie jako chińsko-amerykańska spółka joint venture.

Dylemat innowatora

Historia WH Group-Shuanghui jest wypadkową umiejętności przedsiębiorczych garstki pionierów, strategicznych projektów partii komunistycznej, coraz większego zainteresowania jedzeniem ze strony finansjery i rosnącego apetytu Chińczyków na wieprzowinę. Ale jej historia to przede wszystkim dzieje prowincjonalnego przedsiębiorstwa, które wkracza na rynek globalny i bez trudu go podbija. Główna siedziba grupy nie mieści się ani w Pekinie, ani w Szanghaju, ale w Luohe – anonimowym miasteczku w centralnych Chinach, w prowincji Henan, które od stolicy dzieli tysiąc kilometrów i cztery godziny jazdy koleją dużych prędkości. I to właśnie z tego nic nieznaczącego ośrodka – liczącego 2,5 miliona mieszkańców i według chińskich standardów niewiele większego od wsi – pochodzi mały, już wtedy należący do lokalnego komitetu partyjnego zakład uboju, który z czasem stał się światowym liderem w sektorze mięsa wieprzowego. Swój sukces firma zawdzięcza głównie niepozornemu, ale sprytnemu człowiekowi, Wan Longowi, obecnemu prezesowi i dyrektorowi generalnemu, nieprzypadkowo zwanemu przez prasę „pierwszym rzeźnikiem Chin”. Pochodzący z Luohe Wan w 1968 roku po kilku latach spędzonych w armii zatrudnił się w fabryce w roli zwykłego urzędnika. W 1984 roku, gdy przedsiębiorstwu groziło bankructwo, z woli robotników został wybrany na kierownika i dzięki serii rozsądnych posunięć – takich jak otwarcie się na bardziej przystępne rynki zagraniczne, mniej podatne na politykę blokady cen stosowaną przez ówczesny rząd centralny – zdołał uratować firmę. Począwszy zaś od lat dziewięćdziesiątych, rozpoczął ekspansję, najpierw w Chinach, a później poza ich granicami, której ukoronowaniem było przejęcie w 2013 roku Smithfielda. Wan – człowiek skromnego pochodzenia – nie lubi ani się przechwalać, ani pokazywać publicznie. Unika spotkań z prasą, jest całkowicie oddany firmie. Jak donosi lokalny dziennik, który zdołał przeprowadzić z nim wywiad, mówi o sobie, że „z zawodu zajmuje się zabijaniem świń i sprzedażą ich mięsa”[10]. W rzeczywistości jednak z biegiem lat zbudował prawdziwe imperium. Dokonał tego dzięki umiejętnościom menedżerskim, zdolności radzenia sobie w kręgach finansowych i kontaktom w liczących się środowiskach – jest bliskim przyjacielem premiera Li Keqianga od czasów, kiedy ten był gubernatorem Henanu, a także członkiem Ogólnochińskiego Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych, czyli jedynej chińskiej izby ustawodawczej.

„Nasz sukces to efekt precyzyjnych i przemyślanych wyborów. Wan jest zrównoważonym administratorem”. Tak mówi o nim Liu Jintao, zastępca dyrektora generalnego i oficjalny rzecznik prasowy spółki. Zgodził się mnie przyjąć po długich negocjacjach telefonicznych prowadzonych przez Haijing, moją tłumaczkę widmo. Jak każda osoba, którą spotkałem w Chinach, chciał znać z wyprzedzeniem pytania, które mu zadam. Tyle że w odróżnieniu od innych w momencie rozmowy dał mi do zrozumienia, że ich nie przeczytał. Od razu zrobił na mnie wrażenie człowieka szorstkiego, niemal opryskliwego. Kiedy kontaktowaliśmy się po raz pierwszy za pośrednictwem Weibo (chiński odpowiednik Twittera), udzielił mi lakonicznej odpowiedzi, ograniczając się do podania numeru telefonu, którego zresztą nie odbierał później tygodniami. W końcu po wielu niemal codziennych próbach Haijing udało się do niego dodzwonić, a on zgodził się nas przyjąć, uściślając jednak, że potwierdzi spotkanie po południu przed ustalonym dniem. Wyruszyliśmy zatem do Luohe, nie mając pewności, czy go spotkamy, z niejasnym przeczuciem, że chce nas wystawić na próbę. Cztery godziny w pociągu pędzącym z Pekinu do Henan okazały się podróżą w czasie i przestrzeni po zachodzących w zawrotnym tempie przemianach najludniejszego kraju świata. Tak jak we wszystkich pozostałych częściach Chin, także i tu z okna widać było oznaki niszczycielskiego wzrostu, niepohamowanego i budzącego lekki niepokój: wielkie ośrodki miejskie wchłaniające wsie, zanieczyszczone, miejscami ołowiane niebo. Lecz co jakiś czas to tu, to tam można było dostrzec relikty dawnych czasów: osła ciągnącego wózek czy grupę kobiet na polu ryżowym stojących po kolana w wodzie – pozostałości po Chinach dwóch prędkości, anachronizmy kraju, który postawił na szybki rozwój i jest gotowy do niego dążyć bez zbędnego oglądania się wstecz.

Kiedy dotarliśmy do Luohe, Haijing ponownie zadzwoniła do Liu Jintaa, a on wyznaczył nam spotkanie w swoim biurze następnego dnia rano, tak jak wcześniej ustaliliśmy. Przeszliśmy pozytywnie próbę, udowodniliśmy, że traktujemy sprawę poważnie i naprawdę chcemy się z nim spotkać. I oto jesteśmy na miejscu, w głównej siedzibie Shuanghui, przed obliczem wicedyrektora generalnego. Za nami dopiero co zakończona wycieczka po rzeźni, wizyta w showroomie i nieprzewidziane śniadanie z wieprzowiną w roli głównej. Liu jest dość krępy, korpulentny, ale nie otyły. Spogląda na nas zapadniętymi, ciemnymi, zimnymi i szeroko rozstawionymi oczami. Jest ubrany w niewyszukany sposób: ma na sobie białą koszulę z krótkim rękawem i zwyczajne spodnie. Chce wyglądać jak przeciętny człowiek, ktoś z ludu, kto wykonuje jedynie przydzieloną mu pracę, a nie jak supermenedżer spółki o obrotach rzędu kilku miliardów dolarów. Jego biuro też prezentuje się skromnie. Ma jakieś piętnaście metrów kwadratowych, są w nim biurko z komputerem, nieodzowna flaga Chińskiej Republiki Ludowej i fotel dla gości. Żadnego zbytku czy ostentacji władzy, za to na stole, w widocznym miejscu leży egzemplarz książki Amerykanina, Claytona M. Christensena, Dylemat innowatora, vademecum dla menedżerów, którzy nie chcą spóźnić się na pociąg z napisem „postęp”. „Jeśli nie poddasz się innowacji, zginiesz. Jeżeli zrobisz to zbyt szybko, też zginiesz”, mówi mi, uśmiechając się i streszczając w jednym zdaniu to, co według niego jest metaforą Shuanghui.

Liu jest jednym z architektów sukcesu przedsiębiorstwa. Pracuje z Wan Longiem od wielu lat i mówi o firmie jak o marzeniu zrealizowanym przez grupę wizjonerów, którzy zawsze śnili o tym, żeby wyjść poza wąskie granice Henanu, ale nigdy nie odcięli się od swoich źródeł i swojej ziemi – WH Group-Shuanghui to globalne przedsiębiorstwo o mocnych lokalnych korzeniach. Liu, podobnie jak Wan, stara się jak najrzadziej opuszczać Luohe i jeździ do Pekinu oraz Hongkongu wyłącznie wtedy, gdy jest to naprawdę konieczne.

Liu Jintao pełni funkcję wicedyrektora generalnego i rzecznika prasowego. Ale nie tylko. Jak można przeczytać na jego wizytówce, Jintao jest także członkiem Ludowej Politycznej Konferencji Konsultatywnej Chin (LPKKCh), zgromadzenia, które raz w roku spotyka się w Pekinie, żeby pomóc Partii określić kierunki działania na kolejne lata. Przede wszystkim zaś jest literatem. Pisze wiersze i prozę. Jest też pomysłodawcą i scenarzystą kreskówki, której Shuanghui używa do reklamowania i rozpowszechniania swoich produktów. To dla niego szczególny powód do dumy. Kiedy go o to pytam, jego twarz natychmiast rozpromienia szeroki uśmiech. Otwiera szklane drzwi szafki i podaje mi dwa pokaźne pudełka z płytami: czterdzieści osiem DVD, obowiązkowo w języku mandaryńskim. Liu usprawiedliwia się: „To tylko hobby”. Ale widać, że bardzo mu na tym zależy; że to jego dzieło i fakt, że pyta o nie zachodni dziennikarz, napawa go dumą. Gdy kilka tygodni po naszym spotkaniu usiadłem wreszcie, żeby obejrzeć filmiki, wyobraziłem sobie Liu w jego gabinecie, siedzącego za skromnym biurkiem, pochłoniętego pisaniem historyjek, kształtowaniem postaci, układaniem tych niesamowicie powtarzalnych fabuł, które mają rację bytu jedynie w odcinkowych kreskówkach. Występują w nich ci sami bohaterowie, których widziałem na opakowaniach produktów Shuanghui: dwoje dzieci, lew, kolba kukurydzy, kiełbasa i ktoś w rodzaju złośliwej wiedźmy z asystentem przypominającym szerszenia. Rysunki są kwadratowe, animacja – trochę robotyczna, treść – trywialna. Kreskówki przypominają filmy animowane, które oglądałem jako dziecko w latach osiemdziesiątych. Odcinki trwają przeważnie dziesięć minut i powtarza się w nich nieubłaganie ten sam schemat: czarownica obmyśla jakiś podstęp, żeby zniszczyć sielankę dzieci, którym towarzyszy zawsze jakaś postać – najczęściej kiełbasa. Zło zostaje jednak zawsze pokonane. W jednym z wyjątkowo burzliwych odcinków można zobaczyć dwoje dzieci, lwa, kolbę kukurydzy i kiełbasę, którzy zebrali się, żeby wspólnie świętować. Wszyscy grają i śpiewają. Nagle pojawia się zgraja nikczemników nasłanych przez czarownicę, którzy chcą przyłączyć się do świętowania (w domyśle – żeby je zakłócić). Nasi superbohaterowie częstują intruzów skrzynką pełną kiełbas i zachęcają do jedzenia. To pułapka: kiełbaski są dynamitami. Nikczemnicy zjadają je i eksplodują. Superbohaterowie śpiewają radośnie przy akompaniamencie muzyki, otoczeni feerią barw. Ale nie wszystkie historyjki nawiązują do mięsa. Czasami za sprawą czarownicy superbohaterowie zostają zamrożeni lub gubią się w lesie – potem jednak zawsze pojawia się ktoś (kiełbasa, kolba kukurydzy lub lew), kto sprawia, że dobro zwycięża. Wydaje się, że kreskówka to przede wszystkim sposób na zdobycie serc dzieci, które potem rozpoznają postaci na opakowaniach produktów Shuanghui i będą domagać się od rodziców ich kupna. „Trzeba mieć na uwadze nowe pokolenia, bo to rynek przyszłości”, podkreśla Liu, mówiąc o kreskówce.

„Przyszłość” – wicedyrektor wymawia to słowo w sposób niemal obsesyjny. Dobry menedżer – mówi – musi myśleć o rozwoju, o tym, jak będzie wyglądał rynek za trzydzieści lat. „Sektor wieprzowiny jest w fazie ewolucji. Spożycie stabilizuje się, ale młodzi Chińczycy będą coraz chętniej sięgać po gotowe i mrożone produkty, a coraz rzadziej po świeże mięso, które sprzedaje się teraz. Jeśli chcemy pozostać liderem, musimy przewidzieć ten trend”. Liu wydaje się zainspirowany Dylematem innowatora – żeby osiągnąć wzrost, należy przyjrzeć się ewolucji upodobań, wyczuć zmiany. Książka wyeksponowana na biurku zdaje się być jego biblią. Wyobrażam sobie, jak ją czyta i do niej wraca. Jak rozmawia o niej z Wanem i pozostałymi menedżerami. Wyobrażam sobie wreszcie radę dyrektorów, która w oparciu o te rozmowy wdraża nowe strategie. Wszystkie dotychczasowe posunięcia rzeczywiście okazały się skuteczne. W 1984 roku spółka była praktycznie na skraju upadłości. Dzisiaj grupa Shuanghui jest niekwestionowanym królem wieprzowiny na świecie. Zdobyła czołową pozycję nie tylko w Chinach, ale udało jej się nawet podbić Amerykę.

Sprawa Smithfielda to główny temat naszego wywiadu. W swoim czasie przejęcie najważniejszego przedsiębiorstwa produkującego mięso wieprzowe w Stanach Zjednoczonych za skromną sumę 7,1 miliarda dolarów (w tym 2,4 miliarda długów) wywołało w tym kraju taką sensację, że w Senacie powołano komisję śledczą w celu zbadania, czy posunięcia nie należy uznać za zamach na bezpieczeństwo narodu amerykańskiego, i ustalenia, czy za umową nie stoi przypadkiem rząd w Pekinie. Jak podkreśliła senatorka Debbie Stabenow, przewodnicząca Komisji do spraw rolnictwa w Senacie Stanów Zjednoczonych, kupno nie było do końca dobrym interesem, zważywszy na fakt, że Shuanghui wypłacił akcjonariuszom pokaźną premię wysokości 31%[11]. Podczas groteskowego przesłuchania przed komisją senacką dyrektor generalny Smithfielda, Larry Pope, usłyszał pytanie, na które zareagował – podobnie jak część publiczności zgromadzonej na widowni – śmiechem: „Czy był pan świadomy, że padł ofiarą komunistycznego spisku?”. Przesłuchanie zakończyło się farsą, komisja powołana przez Departament Skarbu zgodziła się na umowę, a tym samym największe w historii przejęcie grupy amerykańskiej przez grupę chińską stało się faktem. „Pierwsze z długiej serii”, jak zauważył Carl Sanchez, adwokat reprezentujący interesy Shuanghui[12]. Jednak prawdziwy motyw zawarcia umowy pozostaje tajemnicą – nie wydaje się ona bowiem szczególnie korzystna z ekonomicznego punktu widzenia, zaś jej podpisanie wymagało zadłużenia chińskiego przedsiębiorstwa. Spekulowano, że celem Shuanghui był zakup technologii lub import półproduktów ze Stanów Zjednoczonych, eksternalizacja zagrożeń środowiskowych związanych z przemysłowym chowem świń albo po prostu monopol w sektorze.

Zwracam się z tym pytaniem do Liu:

– Czy wasza strategia przejęć jest obliczona na osiągnięcie pozycji lidera na światowym rynku wieprzowiny?

– Przecież już ją osiągnęliśmy – odpowiada, wytrzeszczając na mnie oczy. Na jego twarzy rysuje się coś pomiędzy niezadowoleniem a kpiną, jakby chciał mi powiedzieć: „Nie byłeś na wycieczce dla zwiedzających? Nie widziałeś naszego zakładu, map, zdjęć i całej reszty?”.

Po chwili podejmuje temat od innej strony. Opowiada, jak na początku lat dziewięćdziesiątych doszedł do wniosku, że powinni rozszerzyć swoją działalność na inne kraje.

– Wtedy jednak byliśmy zbyt słabi – stwierdza. – Zawsze wiedzieliśmy, że aby się rozwijać, potrzebujemy sojuszy z grupami zagranicznymi dysponującymi zaawansowaną technologią, dlatego też już w 2009 roku nawiązaliśmy kontakt ze Smithfieldem z zamiarem powołania spółki joint venture. W końcu po czterech latach, dzięki serii przemyślanych ruchów i zainteresowaniu różnych inwestorów, zdobyliśmy wystarczającą siłę, żeby przejąć całe przedsiębiorstwo.

Według Liu za kupnem nie kryje się żadna tajemnica. To wszystko wymysły Amerykanów. Shuanghui ciągle to powtarza: „Postanowiliśmy przejąć kontrolę nad najważniejszym producentem wieprzowiny na świecie, żeby zyskać know-how niezbędne do zaspokojenia potrzeb naszego rynku wewnętrznego”. Wicedyrektor mówi wprost: nie są zainteresowani rynkiem amerykańskim, który jest zresztą cztery razy mniejszy od chińskiego i odnotowuje spadek spożycia mięsa wieprzowego. Smithfield dalej będzie sprzedawał w Ameryce. Oni będą prawdopodobnie jedynie importować trochę zamrożonego mięsa do Chin. Jednak przede wszystkim zyskają dostęp do technologii, narzędzi produkcji oraz strategii przydatnych na chińskim rynku, który będzie coraz bardziej upodabniał się do rynku amerykańskiego. Liu się nie myli. Żeby to zrozumieć, wystarczy spojrzeć, w jak zastraszającym tempie powstają i zyskują na popularności kolejne fast foody amerykańskich marek lub te na nich wzorowane. Zmienia się chiński styl życia. Zmieniają się tutejsze nawyki żywieniowe. Istnieje gigantyczna klasa średnia, która chce upodobnić się do światowej klasy średniej, wiernie naśladować jej styl życia, zwyczaje i upodobania. Chiński konsument coraz częściej wybiera mrożone mięso, a także żywność paczkowaną: krzykliwe opakowania i jedzenie przemysłowe, często w dużym stopniu przetworzone. W Chinach dokonuje się to, co miało miejsce w Stanach Zjednoczonych i w Europie po drugiej wojnie światowej – rynek opanowuje żywność produkowana na skalę przemysłową, obrobiona i wzbogacana składnikami o trudnych do rozszyfrowania dla laików nazwach. To odwrotna tendencja do tej, którą obserwuje się obecnie na Zachodzie, gdzie klasy średnia i wyższa zwracają coraz większą uwagę na pochodzenie produktu, gdzie gwałtownie rośnie zainteresowanie żywnością ekologiczną i gdzie nawet sieci fast foodów starają się na nowo zdefiniować swoje marki w oparciu o świeże i zdrowe produkty, co doprowadza czasem do takich paradoksów, jak veggie burger w ofercie McDonalda. Wśród nowych pokoleń Chińczyków panuje natomiast przekonanie, że świeży produkt jest mniej bezpieczny, rzadziej poddawany kontrolom, a zatem bardziej szkodliwy dla zdrowia. Powtarzające się w ostatnich latach skandale żywnościowe sprawiły, że chiński konsument jest bardzo nieufny w stosunku do nieprzetworzonego jedzenia. Pakowanie, obróbka i wzbogacanie różnymi dodatkami stają się dla niego gwarancją jakości. Supermarket jest pewniejszy od targu, duża marka – wiarygodniejsza od drobnych producentów, których zresztą i tak jest coraz mniej. Dotyczy to także mięsa wieprzowego, i to w szczególny sposób, zważywszy na znaczenie, jakie ma ono w kulturze narodowej. Chodzi o ogromny rynek, na który wielu ostrzy sobie zęby. Shuanghui ma na tyle silną pozycję, by – we współpracy z trzema lub czterema innymi „przedsiębiorstwami-głowami smoka” działającymi w kraju – móc przejąć nad nim kontrolę. Rozpoznanie zachodzących zmian to wynik niezwykłej intuicji zarządców przedsiębiorstwa z Luohe. Podążanie za nimi to, według Liu Jintaa, misja Shuanghui.

[...]

PRZYPISY
[1] Odsyłam do szczegółowego raportu autorstwa Mindi Schneider (przygotowanego wespół z Shefali Sharmą), China’s Pork Miracle? Agribusiness and Development in China’s Pork Industry, Institute for Agriculture and Trade Policy, luty 2014, http://www.iatp.org/files/2014_03_26_porkreport_f_web.pdf. Wiele informacji zawartych w tym paragrafie pochodzi właśnie z wyżej wymienionej publikacji oraz z rozmów, które odbyłem z jej autorką w październiku 2015 roku w Hadze.
[2]Industrialisation of China’s Pork Supply Chain. Finding the Best Business Model, raport Rabobanku, nr 329, wrzesień 2012, http://www.npa-uk.org.uk/Members-library/Rabobank529472.pdf.
[3] Mindi Schneider i Shefali Sharma, China’s Pork Miracle..., op.cit.
[4] Philip C.C. Huang, China’s New-Age Small Farms and Their Vertical Integration: Agribusiness or Co-ops?, „Modern China”, tom 2, nr 37, marzec 2011, ss. 107-134.
[5] Por. David Barboza, Virus Spreading Alarm and Pig Disease in China, „The New York Times”, 16 sierpnia 2007, http://www.nytimes.com/2007/08/16/business/worldbusiness/16pigs.html.
[6] Mindi Schneider i Shefali Sharma, China’s Pork Miracle..., op.cit.
[7] W czerwcu 2015 roku WH Group-Shuanghui ogłosiło sprzedaż Campofrio, https://globenewswire.com/news-release/2015/06/03/741939/10137202/en/wh-group-announces-sale-of-campofrio-stake-for-us-354-million.html.
[8] Pope przeszedł na emeryturę w grudniu 2015 roku. Stanowisko dyrektora generalnego objął w jego miejsce dotychczasowy prezes i dyrektor do spraw operacji handlowych, Kenneth M. Sullivan.
[9] Nicola Davison, Rivers of Blood: The Dead Pigs Rotting in China’s Water Supply, „The Guardian”, 29 marca 2013, http://www.theguardian.com/world/2013/mar/29/dead-pigs-china-water-supply.
[10] Wypowiedź przytoczona przez Paula Daviesa w: Wan Long: Former Factory Worker Who Rose to Lead Shuanghui, „The Financial Times”, 30 maja 2013.
[11] Nathan Halverson, Who’s Behind the Chinese Takeover of World’s Biggest Pork Producer?, materiał pokazała 12 września 2014 roku sieć telewizyjna PBS, https://www.pbs.org/newshour/bb/whos-behind-chinese-takeover-worlds-biggest-pork-producer.
[12] Nathan Halverson, Who’s Behind..., op.cit.