Wydawca: Videograf Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2011

Władca piorunów. Nikola Tesla i jego genialne wynalazki ebook

Przemysław Słowiński, Krzysztof K. Słowiński

3.82142857142857 (28)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 650 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Władca piorunów. Nikola Tesla i jego genialne wynalazki - Przemysław Słowiński, Krzysztof K. Słowiński

Biografia genialnego Serba, o którym mówi się, że to on wynalazł XX wiek. Przez wielu był uważany za ekscentryka i wariata, przez innych zaś - za człowieka, który wyprzedził stulecie. Mroczny wizjoner, geniusz i szaleniec, którego losy i dokonania wciąż owiane są tajemnicą. Największą zagadkę stanowią najbardziej wybiegające w przyszłość wynalazki genialnego naukowca:
broń energetyczna, kontrola nad pogodą oraz jego największy sen - bezprzewodowa transmisja prądu.

Opinie o ebooku Władca piorunów. Nikola Tesla i jego genialne wynalazki - Przemysław Słowiński, Krzysztof K. Słowiński

Fragment ebooka Władca piorunów. Nikola Tesla i jego genialne wynalazki - Przemysław Słowiński, Krzysztof K. Słowiński

Kon­sul­ta­cja na­uko­wa

dr Jo­achim Gmy­rek

Re­dak­cja

Elż­bie­ta Spa­dziń­ska-Żak

Pro­jekt okład­ki

Ma­rek J. Piw­ko

Re­dak­cja tech­nicz­na, skład i ła­ma­nie

Grze­gorz Bo­ciek

Ko­rek­ta

Ur­szu­la Bań­ce­rek

Źró­dła ilu­stra­cji

Be­em­Bee.com, Brid­ge­man Art Li­bra­ry, Burn­dy Li­bra­ry, Co­lum­bia Uni­ver­si­ty Li­bra­ries, Con­nect.in.com, Gerns­back Pu­bli­ca­tions, Inc., IEEE Xplo­re Di­gi­tal Li­bra­ry, L. An­der­son, Li­bra­ry of Con­gress, Lit­tle Brown, Me­ta­Scien­ce Fo­un­da­tion, Mu­zeum Ni­ko­li Te­sli w Bel­gra­dzie, Neu­ro­net.pitt.edu, Pol­ski Ser­wis Na­uko­wy, Shor­py Hi­sto­ric Pho­to Ar­chi­ve, Smi­th­so­nian In­sti­tu­tion, Su­ite­101.com, Te­sla War­denc­lyf­fe Pro­ject Ar­chi­ves, „The Mon­ti­cel­lo News”, Time Co­ver Sto­re, We­stin­gho­use Cor­po­ra­tion, Wi­ki­pe­dia

Wy­da­nie I, Cho­rzów 2012

Wy­daw­ca: Wy­daw­nic­twa Vi­de­ograf SA

41-500 Cho­rzów, Ale­ja Har­cer­ska 3c

tel. 32-348-31-33, 32-348-31-35

fax 32-348-31-25

of­fi­ce@vi­de­ograf.pl

www.vi­de­ograf.pl

© Wy­daw­nic­twa Vi­de­ograf SA, Cho­rzów 2012

ISBN 978-83-7835-083-5

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o. o.

Wstęp

XIX stu­le­cie na­zwa­no wie­kiem pary i elek­trycz­no­ści. Jego po­czą­tek to łu­czy­wo i świe­ce, dy­li­żan­se i ża­glow­ce, go­łę­bie pocz­to­we i kon­ni po­słań­cy. Kil­ka­dzie­siąt lat póź­niej ludz­kość zna­ła już ża­rów­kę, li­nie ko­le­jo­we, pa­row­ce, pro­fe­sjo­nal­ne elek­trow­nie, sil­ni­ki trój­fa­zo­we, fo­to­gra­fię, kino, te­le­graf i te­le­fon. Zna­ła i po­wszech­nie sto­so­wa­ła. Ma­szy­na pa­ro­wa, urzą­dze­nia elek­trycz­ne i inne wy­na­laz­ki od­mie­ni­ły ży­cie mi­lio­nów lu­dzi na ca­łym świe­cie.

Pierw­sza po­ło­wa XIX wie­ku to czas pary i ma­szy­ny pa­ro­wej, któ­rej hi­sto­ria się­ga jesz­cze po­cząt­ków po­przed­nie­go stu­le­cia. Pierw­sze do­świad­cze­nie ob­ra­zu­ją­ce wiel­kie moż­li­wo­ści i ener­gię pary wod­nej wy­ko­nał fran­cu­ski ma­te­ma­tyk Flo­ren­ce Ri­vault. Ten szam­be­lan Hen­ry­ka IV i na­uczy­ciel Lu­dwi­ka XIII w 1605 roku na­peł­nił wodą wy­drą­żo­ną w środ­ku, gru­bo­ścien­ną me­ta­lo­wą kulę. Na­stęp­nie za­mknął ją szczel­nie i umie­ścił w ogni­sku. W wy­ni­ku na­grza­nia woda za­mie­nio­na w parę o ogrom­nym ci­śnie­niu roz­sa­dzi­ła kulę.

Pierw­szą ma­szy­nę pa­ro­wą zbu­do­wał an­giel­ski ko­wal i wy­na­laz­ca Tho­mas New­co­men już w 1705 roku, ale do­pie­ro w po­cząt­kach XIX wie­ku za­czę­ła ona od­gry­wać zna­czą­cą rolę w prze­my­śle, kie­dy w istot­ny spo­sób ulep­szył ją szkoc­ki in­ży­nier Ja­mes Watt. Sta­ło się to w roku 1763 i za­po­cząt­ko­wa­ło tak zwa­ną re­wo­lu­cję prze­my­sło­wą.

Sil­ni­ki pa­ro­we zna­la­zły za­sto­so­wa­nie w pa­ro­wo­zach, na stat­kach oraz do ce­lów prze­my­sło­wych, gdy po­trzeb­na była jed­no­cze­śnie para ogrzew­cza. Okres ich two­rze­nia ode­grał ol­brzy­mią rolę w sze­rze­niu po­stę­pu pra­wie we wszyst­kich dzie­dzi­nach tech­ni­ki. Ko­mu­ni­ka­cję zre­wo­lu­cjo­ni­zo­wa­ła stwo­rzo­na w 1814 roku przez Geo­r­ge’a Ste­phen­so­na lo­ko­mo­ty­wa o na­zwie „Ra­kie­ta”. Już w 1830 roku na tra­sie Li­ver­po­ol-Man­che­ster roz­po­czął się re­gu­lar­ny prze­wóz pa­sa­że­rów.

Elek­trycz­ność jako zja­wi­sko fi­zycz­ne ist­nia­ła już od za­ra­nia ma­te­rii. Pod­sta­wo­we bu­dul­ce na­sze­go świa­ta za­wie­ra­ją w so­bie na­ła­do­wa­ne czą­stecz­ki ele­men­tar­ne, ob­da­rzo­ne ła­dun­kiem elek­trycz­nym. Zja­wi­sko elek­trycz­no­ści sta­tycz­nej zna­ne było już sta­ro­żyt­nym Gre­kom 600 lat przed na­szą erą. Now­sze ba­da­nia eks­pe­ry­men­tal­ne nad tym zja­wi­skiem prze­pro­wa­dzo­no w XVII i XVIII stu­le­ciu. Na­gro­ma­dze­nie du­żej ilo­ści ła­dun­ku elek­trycz­ne­go ma­ni­fe­stu­je się zwy­kle wy­ła­do­wa­niem – gwał­tow­nym i krót­ko­trwa­łym prze­pły­wem ła­dun­ku w po­sta­ci prą­du o wy­so­kim na­pię­ciu.

Ge­ne­ro­wa­nie prą­du elek­trycz­ne­go w spo­sób cią­gły było nie­re­al­ne aż do po­cząt­ku XIX wie­ku. W 1800 roku wło­ski fi­zyk Ales­san­dro Vol­ta na­pi­sał do prze­wod­ni­czą­ce­go To­wa­rzy­stwa Kró­lew­skie­go w Lon­dy­nie, Jo­se­pha Bank­sa, list, w któ­rym ob­ja­śnił kon­struk­cję urzą­dze­nia zdol­ne­go do wy­twa­rza­nia elek­trycz­no­ści w spo­sób cią­gły. Był to tak zwa­ny stos Vol­ty lub in­a­czej ogni­wo che­micz­ne zło­żo­ne z uło­żo­nych na prze­mian cyn­ko­wych i srebr­nych pły­tek, od­dzie­lo­nych war­stwa­mi pa­pie­ru na­są­czo­ne­go za­so­lo­ną wodą.

Na­ukow­cy szyb­ko zro­zu­mie­li, jak po­tęż­ne na­rzę­dzie uzy­ska­li dzię­ki temu od­kry­ciu. An­giel­ski che­mik i fi­zyk Hum­ph­ry Davy roz­wi­nął kon­struk­cję sto­su Vol­ty (na­zwa­ne­go póź­niej ba­te­rią), dzię­ki cze­mu w cią­gu ośmiu lat zdo­łał me­to­da­mi elek­tro­li­tycz­ny­mi wy­od­ręb­nić nowe pier­wiast­ki: sód, po­tas, ma­gnez, wapń, stront oraz bar. Obec­nie trud­no wy­obra­zić so­bie ży­cie bez elek­trycz­no­ści, któ­ra jest po­wszech­nie sto­so­wa­nym no­śni­kiem ener­gii. Sto­su­je­my ją wszę­dzie, od naj­prost­szych urzą­dzeń, ta­kich jak że­laz­ko i lam­pa, przez te­le­wi­zor i kom­pu­ter, aż po sil­ni­ki w eko­lo­gicz­nych sa­mo­cho­dach.

Wie­lu li­te­ra­tów i fi­lo­zo­fów zwy­kło na­zy­wać dru­gą po­ło­wę wie­ku XIX mia­nem bel­le epo­que – pięk­nej epo­ki. Ży­cie na­bra­ło wów­czas szcze­gól­ne­go sma­ku, sma­ku no­wo­ści, nę­cą­cych re­klam, róż­no­rod­nych to­wa­rów pach­ną­cych eg­zo­ty­ką kra­jów ko­lo­nial­nych… Ostat­ni nie­miec­ki ce­sarz i król Prus, Wil­helm II Ho­hen­zol­lern, okre­ślał z ko­lei wspo­mnia­ny okres mia­nem „wspa­nia­łych cza­sów”. Na­zy­wa­ny tak czy in­a­czej, był to w każ­dym ra­zie czas, kie­dy ludz­ki ge­niusz się­gnął szczy­tu. Był tak do­sko­na­ły jak nig­dy wcze­śniej. Był tak wszech­stron­ny, iż ob­jął wszyst­kie dzie­dzi­ny ży­cia. Był tak do­cie­kli­wy, że po­szu­ki­wał od­po­wie­dzi na wszel­kie za­da­wa­ne py­ta­nia.

Nie­wy­klu­czo­ne, że świat mógł­by się zmie­nić jesz­cze bar­dziej, gdy­by zre­ali­zo­wa­no wów­czas wszyst­kie po­my­sły tro­chę już za­po­mnia­ne­go ge­niu­sza, Ni­ko­li Te­sli. Czę­sto mówi się o nim wła­śnie jako o „za­po­mnia­nym wi­zjo­ne­rze”, bez któ­re­go współ­cze­sność nie by­ła­by taka, jaką jest. Wie­lu wi­dzi w nim naj­więk­sze­go wy­na­laz­cę wszech cza­sów. Są też i tacy, któ­rzy twier­dzą, że był ko­smi­tą. Kim­kol­wiek był, jed­no jest pew­ne: bez Ni­ko­li Te­sli świat wy­glą­dał­by dziś zu­peł­nie in­a­czej. Więk­szość lu­dzi na­wet nie zda­je so­bie spra­wy, jak wiel­ki był jego wpływ na kształt dzi­siej­szej elek­tro­nicz­nej cy­wi­li­za­cji.

Po­ko­je nu­mer 3327 i 3328 w ho­te­lu New Yor­ker na Man­hat­ta­nie przy­cho­dzą dziś oglą­dać lu­dzie, któ­rych moż­na po­dzie­lić na trzy ka­te­go­rie. Pierw­sza to in­ży­nie­ro­wie, elek­try­cy i en­tu­zja­ści tech­no­lo­gii. Dru­gą sta­no­wią fani UFO, po­dró­ży w cza­sie, ho­dow­cy go­łę­bi, te­le­pa­ci oraz wy­znaw­cy New Age. Trze­cia to Ser­bo­wie i Chor­wa­ci. Co spra­wia, że dwa prze­cięt­ne po­ko­je są dla nich tak elek­try­zu­ją­ce? Praw­da jest taka, że przy­cią­ga nie miej­sce, ale – do­ty­czy to zwłasz­cza dru­giej gru­py – duch oso­by, któ­ra tu miesz­ka­ła. Go­ście chcą od­dać hołd czło­wie­ko­wi wy­prze­dza­ją­ce­mu swo­je cza­sy. Dzi­wa­ko­wi, sa­mot­ni­ko­wi, ge­niu­szo­wi – Ni­ko­li Te­sli.

Przez nie­któ­rych uwa­ża­ny był (i wła­ści­wie nadal jest) za eks­cen­try­ka i wa­ria­ta. Przez wie­lu in­nych zaś za czło­wie­ka, któ­ry wy­prze­dził stu­le­cie. Mrocz­ny wi­zjo­ner, ge­niusz i sza­le­niec. Wła­śnie ta wy­bu­cho­wa mie­szan­ka stwo­rzy­ła nie­prze­mi­ja­ją­cy do dzi­siaj mit Te­sli. Przy­słu­żył się do roz­wo­ju wie­lu klu­czo­wych no­wo­cze­snych dzie­dzin na­uki i tech­ni­ki. Choć więk­szość z jego po­my­słów nig­dy nie do­cze­ka­ła się re­ali­za­cji, po­ło­żył pod­wa­li­ny pod przy­szłość, dla któ­rej – jak sam twier­dził – two­rzy.

Dość po­wszech­nie mówi się, że to on wy­na­lazł XX wiek. Trud­no się z tym nie zgo­dzić, je­śli weź­mie się pod uwa­gę fakt, że był au­to­rem 112 pa­ten­tów, z któ­rych naj­sław­niej­sze to: sil­nik elek­trycz­ny, prąd­ni­ca prą­du zmien­ne­go, au­to­trans­for­ma­tor, dy­na­mo ro­we­ro­we, elek­trow­nia wod­na, ba­te­ria sło­necz­na, trans­for­ma­tor Te­sli – czy­li re­zo­nan­so­wa cew­ka wy­so­ko­na­pię­cio­wa i świe­tlów­ka. Stwo­rzył pod­sta­wy teo­re­tycz­ne kon­struk­cji ra­dia i choć sam wy­na­la­zek „ga­da­ją­cej skrzyn­ki” przy­pi­su­je się komu in­ne­mu, do­pie­ro za­sto­so­wa­nie jego teo­rii umoż­li­wi­ło rze­czy­wi­sty roz­wój ra­dio­fo­nii i te­le­wi­zji na świe­cie. Ni­ko­la Te­sla był też mię­dzy in­ny­mi twór­cą pierw­szych urzą­dzeń ste­ro­wa­nych dro­gą ra­dio­wą. Oprócz elek­tro­tech­ni­ki i na­uki o elek­tro­ma­gne­ty­zmie, wniósł zna­czą­cy wkład w roz­wój ta­kich dzie­dzin jak ra­dio­tech­ni­ka, ro­bo­ty­ka, in­for­ma­ty­ka czy fi­zy­ka czą­stek.

I choć pierw­szeń­stwo nie­któ­rych wy­na­laz­ków zo­sta­ło przy­zna­ne in­nym, co w zbio­ro­wej świa­do­mo­ści jest już moc­no utrwa­lo­ne, to póź­niej­sze ba­da­nia wła­śnie jemu od­da­ły hołd, uzna­jąc pry­mat Te­sli w tych dzie­dzi­nach.

W dzi­siej­szych cza­sach wy­ko­rzy­stu­je się za­le­d­wie oko­ło trzy­dzie­stu spo­śród jego wy­na­laz­ków. Wciąż cze­ka­ją na za­sto­so­wa­nie urzą­dze­nia opar­te na in­ter­fe­ren­cji fal: hau­bi­ca Te­sli, tar­cza Te­sli, sil­nik z tur­bi­ną ta­le­rzo­wą czy od­bior­nik bez­płat­nej ener­gii. Za­gad­ką po­zo­sta­je teo­ria pola tor­syj­ne­go, za po­mo­cą któ­rej moż­na po­noć udo­wod­nić mię­dzy in­ny­mi ist­nie­nie pręd­ko­ści szyb­szych od świa­tła.

Przede wszyst­kim jed­nak po Te­sli i jego do­świad­cze­niach po­zo­sta­ły do dzi­siaj nie­wy­ja­śnio­ne ta­jem­ni­ce. Naj­więk­szą za­gad­kę sta­no­wią naj­bar­dziej wy­bie­ga­ją­ce w przy­szłość wy­na­laz­ki ge­nial­ne­go na­ukow­ca: broń ener­ge­tycz­na, kon­tro­la nad po­go­dą oraz jego naj­więk­szy sen – bez­prze­wo­do­wa trans­mi­sja prą­du, a fakt oto­cze­nia ich ta­jem­ni­cą po­strze­ga­ny jest jako pró­ba ukry­cia przed opi­nią pu­blicz­ną od­kryć ma­ją­cych zna­cze­nie mi­li­tar­ne… Pa­nu­je też po­wszech­ne prze­ko­na­nie, że robi się wszyst­ko, aby Ni­ko­la Te­sla cią­gle po­zo­sta­wał jed­nym z „wiel­kich nie­zna­nych”.

Jego ży­cie przy­po­mi­na losy wie­lu in­nych wy­bit­nych jed­no­stek, w któ­rych ra­dość zwy­cię­stwa prze­pla­ta­ła się z go­ry­czą nie­po­wo­dzeń. U schył­ku ży­cia ucho­dził za „sza­leń­ca” wy­gła­sza­ją­ce­go nie­zro­zu­mia­łe lub nie­wia­ry­god­ne stwier­dze­nia o przy­szło­ści na­uki. Nie­któ­re z jego wy­na­laz­ków i od­kryć pró­bo­wa­no wy­ko­rzy­stać do po­par­cia róż­nych teo­rii pseu­do­nau­ko­wych, a na­wet okul­ty­stycz­nych.

Te­sla już od wcze­sne­go dzie­ciń­stwa po­dró­żo­wał w cza­sie i prze­strze­ni. Za spra­wą tej nie­zwy­kłej przy­pa­dło­ści śnił na ja­wie – od­wie­dza­jąc fan­ta­stycz­ne mia­sta oraz kra­je. W wy­da­nym przez cza­so­pi­smo „Elec­tri­cal Expe­ri­men­ter” w 1919 roku au­to­bio­gra­ficz­nym cy­klu wspo­mnień My In­ven­tions pi­sał:

„Ży­łem tam, spo­ty­ka­łem lu­dzi, na­wią­zy­wa­łem przy­jaź­nie oraz zna­jo­mo­ści i, co wy­dać się może nie­wia­ry­god­ne, były mi one rów­nie dro­gie jak te z nor­mal­ne­go ży­cia”.

Ze wspo­mnia­nych „po­dró­ży” przy­wo­ził nie­zli­czo­ne pro­jek­ty, któ­re opra­co­wy­wał w naj­drob­niej­szych wręcz de­ta­lach we wła­snej wy­obraź­ni i któ­rych zwy­kle nie prze­no­sił na pa­pier, po­nie­waż nie cier­piał ry­so­wać, a je­śli już mu­siał, kre­ślił sche­ma­ty małe jak znacz­ki pocz­to­we. „Nada­wa­nie re­al­ne­go kształ­tu su­ro­wej idei, jak to się zwy­kle czy­ni, nie jest, jak utrzy­mu­ję, ni­czym wię­cej niż stra­tą ener­gii, pie­nię­dzy i cza­su” – twier­dził. Za tę rzad­ko spo­ty­ka­ną umie­jęt­ność Te­sla – swo­ją dro­gą cier­pią­cy na licz­ne ner­wi­ce na­tręctw – pła­cił bar­dzo wy­so­ką cenę. Wy­ostrzo­ne do gra­nic moż­li­wo­ści zmy­sły były źró­dłem udrę­ki: dźwięk do­roż­ki wpra­wiał jego cia­ło w drże­nie, gwiz­dek prze­jeż­dża­ją­cej w od­da­li lo­ko­mo­ty­wy spra­wiał fi­zycz­ny ból, a mru­ga­ją­ce świa­tło miaż­dży­ło czasz­kę.

Więk­szość hi­sto­rii mó­wią­ca o jego eks­cen­trycz­nym za­cho­wa­niu mia­ła w so­bie ziar­no praw­dy. De­li­kat­ny i do­brze wy­cho­wa­ny. Te­sla nig­dy się nie oże­nił, nie utrzy­my­wał na­wet bli­skich sto­sun­ków z ko­bie­ta­mi, w za­sa­dzie nie miał domu, a całe ży­cie spę­dzał w po­ko­jach ho­te­lo­wych. W eks­klu­zyw­nym Wal­dorf-Asto­ria kel­ne­rzy wraz ze sztuć­ca­mi mu­sie­li mu za­wsze przy­no­sić osiem­na­ście ser­we­tek. Wła­śnie tylu do­kład­nie po­trze­bo­wał, aby wy­czy­ścić i tak lśnią­ce czy­sto­ścią wi­del­ce i noże. W ho­te­lach uni­kał po­koi i pię­ter, któ­rych nu­me­ry nie dzie­li­ły się przez trzy. Dźwięk wy­da­wa­ny przez lą­du­ją­cą na sto­le mu­chę ra­nił jego uszy. „Ha­łas” wy­wo­ły­wa­ny przez trzesz­cze­nie łóż­ka tak bar­dzo mu prze­szka­dzał, że wy­po­sa­żył ten pro­sty i po­ży­tecz­ny sprzęt w amor­ty­za­to­ry.

„Je­stem wy­jąt­ko­wo wraż­li­wym i do­kład­nym in­stru­men­tem od­bie­ra­ją­cym sy­gna­ły, in­ny­mi sło­wy me­dium – twier­dził. – Jed­nak taka ce­cha mó­zgu łą­czy się z wiel­kim nie­bez­pie­czeń­stwem dla ży­cia”.

Po­wszech­nie wia­do­mym było, że ob­se­syj­nie oba­wia się za­raz­ków i dla­te­go nie po­da­je ręki przy po­wi­ta­niu.

Ta fo­bia naj­wy­raź­niej­nie do­ty­czy­ła jed­nak pta­ków. W Bry­ant Park, obok no­wo­jor­skiej bi­blio­te­ki pu­blicz­nej, każ­de­go dnia moż­na było spo­tkać jego chu­dą po­stać w me­lo­ni­ku, kar­mią­cą go­łę­bie okrusz­ka­mi chle­ba. Pta­ki sia­da­ły uczo­ne­mu na gło­wie i ra­mio­nach. Upodo­ba­nie do kar­mie­nia pta­ków na­ra­sta­ło wraz z wie­kiem, a opie­ka nad nimi przyj­mo­wa­ła for­mę wręcz ob­se­syj­ną.

Przez wie­lu uwa­ża­ny był za ka­ry­ka­tu­rę – wzo­rzec sza­lo­ne­go na­ukow­ca i opę­ta­ne­go ge­niu­sza. Jego styl, mi­łość do spek­ta­kli oraz wiel­kie idee po­zwo­li­ły świa­tu wi­dzieć w nim ro­man­tycz­ne­go wi­zjo­ne­ra – bar­dziej na­uko­we­go wiesz­cza ani­że­li prak­tycz­ne­go dwu­dzie­sto­wiecz­ne­go wy­na­laz­cę. Nie­za­leż­nie od tego, czy jego po­my­sły nada­wa­ły się do re­ali­za­cji czy nie, były z pew­no­ścią więk­sze od ów­cze­snych moż­li­wo­ści. Nasz dzi­siej­szy świat nie jest z ko­lei aż tak bar­dzo od­da­lo­ny od tego, w któ­rym żył. To je­dy­nie sto lat, któ­re w przy­pad­ku in­ne­go kur­su hi­sto­rii mo­gły­by przy­nieść re­al­ne owo­ce jego ge­niu­szu. Jak na ra­zie jed­nak w ogól­nym uję­ciu po­zo­sta­je on mę­czen­ni­kiem na­uki i świę­tym pa­tro­nem elek­trycz­no­ści.

Ni­ko­la Te­sla do dzi­siaj jest ido­lem zwo­len­ni­ków róż­no­rod­nych teo­rii spi­sko­wych, któ­rzy uwa­ża­ją, iż wie­le jego wy­na­laz­ków jest do­tąd skrzęt­nie ukry­wa­nych przez ame­ry­kań­ski rząd. Bo sta­ły się one kie­dyś śmier­tel­nym za­gro­że­niem dla kor­po­ra­cji czer­pią­cych zy­ski ze sprze­da­ży prą­du. Jego zu­chwa­łe za­po­wie­dzi dar­mo­wej ener­gii dla każ­de­go wpra­wi­ły po­dob­no w pa­ni­kę lu­dzi z Wall Stre­et. Kie­dy był u szczy­tu swo­ich moż­li­wo­ści twór­czych, na­gle wszy­scy spon­so­rzy, któ­rzy za­ro­bi­li kro­cie na jego wy­na­laz­kach, wy­co­fa­li się z fi­nan­so­wa­nia eks­pe­ry­men­tów. Za po­mo­cą roz­ma­itych in­tryg usi­ło­wa­li ze­pchnąć go na mar­gi­nes świa­ta na­uki.

Na­zwi­sko Te­sli nie­któ­rzy też wią­żą z gło­śnym „eks­pe­ry­men­tem fi­la­del­fij­skim”, prze­pro­wa­dzo­nym po­dob­no 23 paź­dzier­ni­ka 1943 roku na ame­ry­kań­skim okrę­cie wo­jen­nym „USS El­drid­ge”, sta­cjo­nu­ją­cym w Ba­zie Sił Mor­skich USA w por­cie Fi­la­del­fia, i za­koń­czo­nym tra­ge­dią.

We­dług spe­ku­la­cji, eks­pe­ry­ment miał do­wieść ist­nie­nia i zba­dać wła­ści­wo­ści jed­no­bie­gu­no­we­go pola ma­gne­tycz­ne­go. Teo­rię pod na­zwą jed­no­li­ta teo­ria pola, sta­no­wią­cą pod­sta­wę eks­pe­ry­men­tu, opra­co­wał Al­bert Ein­ste­in w la­tach 1925-1927. Jed­ną z cen­nych z punk­tu wi­dze­nia woj­ska wła­ści­wo­ści ta­kie­go nie­zna­ne­go współ­cze­snej fi­zy­ce pola by­ło­by od­chy­la­nie pro­mie­ni świa­tła na­wet o kil­ka pro­cent, co z ko­lei mia­ło­by umoż­li­wić ukry­cie obiek­tu znaj­du­ją­ce­go się w ob­sza­rze jego dzia­ła­nia.

Skut­ki eks­pe­ry­men­tu z bie­giem cza­su ob­ro­sły le­gen­dą. Po­dob­no okręt oto­czo­ny zo­stał sza­rą mgłą, a na­stęp­nie stał się cał­ko­wi­cie nie­wi­docz­ny, cze­mu to­wa­rzy­szył ośle­pia­ją­cy błysk świa­tła i… te­le­por­ta­cja. Po­dob­no od­na­lazł się kil­ka­set ki­lo­me­trów da­lej. Znacz­na część za­ło­gi rze­ko­mo po­nio­sła śmierć, za­gi­nę­ła lub za­pa­dła na cho­ro­by umy­sło­we.

Bacz­na uwa­ga, jaką Te­sli po­świę­ca­ło FBI, też da­wa­ła wie­le do my­śle­nia. Spo­ra część do­ty­czą­cych ge­nial­ne­go wy­na­laz­cy do­ku­men­tów zo­sta­ła od­taj­nio­na do­pie­ro przed kil­ko­ma laty, na mocy usta­wy o swo­bod­nym do­stę­pie do in­for­ma­cji. Ra­por­ty te po­świad­cza­ją mię­dzy in­ny­mi fakt, że agen­ci Fe­de­ral­ne­go Biu­ra Śled­cze­go cho­dzi­li za nim krok w krok. Nie­któ­rzy su­ge­ru­ją, że ich głów­nym za­da­niem było zbie­ra­nie wy­rzu­ca­nych przez nie­go ser­we­tek, na któ­rych no­to­wał róż­ne rze­czy.

Pro­jek­ty wie­lu nie­zre­ali­zo­wa­nych wy­na­laz­ków znik­nę­ły z po­ko­ju ho­te­lo­we­go uczo­ne­go już kil­ka go­dzin po jego śmier­ci, za­bra­ne stam­tąd przez agen­tów FBI. Rząd ame­ry­kań­ski nadał im klau­zu­lę ści­słej taj­no­ści. Jesz­cze w roku 1980 Mar­ga­ret Che­ney pod­czas zbie­ra­nia ma­te­ria­łów do bio­gra­fii wy­na­laz­cy1 pro­si­ła licz­ne agen­dy rzą­do­we – po­wo­łu­jąc się na usta­wę o wol­no­ści in­for­ma­cji – o do­stęp do jego ar­chi­wum. Po­cząt­ko­wo rząd upo­rczy­wie za­prze­czał, że po­sia­da te pa­pie­ry, póź­niej De­par­ta­ment Obro­ny przy­znał, iż je ma, lecz od­mó­wił au­tor­ce wglą­du do nich, za­sła­nia­jąc się wzglę­da­mi bez­pie­czeń­stwa na­ro­do­we­go.

Dla­cze­go? Komu za­le­ży na tym, by pra­wie sie­dem­dzie­siąt lat po śmier­ci bo­ha­te­ra tej opo­wie­ści po­zo­sta­wał on wciąż jed­nym z „wiel­kich nie­zna­nych”? Co ta­kie­go od­krył Ni­ko­la Te­sla, że ska­za­no go na nie­mal cał­ko­wi­te za­po­mnie­nie?

Umarł w sa­mot­no­ści i za­po­mnie­niu, twier­dząc, że jako je­dy­ny na ca­łym świe­cie po­znał na­tu­rę elek­trycz­no­ści. Ele­anor Ro­ose­velt prze­sła­ła ro­dzi­nie zmar­łe­go wy­ra­zy szcze­re­go współ­czu­cia. Trzej lau­re­aci Na­gro­dy No­bla w dzie­dzi­nie fi­zy­ki – Mil­li­kan, Comp­ton i Franck – oświad­czy­li wspól­nie, że Te­sla był „jed­nym z naj­więk­szych umy­słów, ja­kie znał świat, czło­wie­kiem, któ­ry uto­ro­wał dro­gę wie­lu waż­nym tech­nicz­nym zdo­by­czom na­szych cza­sów”.

Na po­grze­bie wy­na­laz­cy bur­mistrz No­we­go Jor­ku, Fio­rel­lo La­Gu­ar­dia, po­wie­dział:

– Zmarł Ni­ko­la Te­sla. Zmarł w bie­dzie, ale był jed­nym z naj­waż­niej­szych lu­dzi, któ­rzy kie­dy­kol­wiek żyli. To, co stwo­rzył, jest wiel­kie, a wraz z upły­wem cza­su sta­nie się jesz­cze więk­sze.

Pro­log

(7 STYCZ­NIA 1943 ROKU)

Zja­wi­li się kil­ka go­dzin po tym, jak pra­cow­ni­cy przed­się­bior­stwa po­grze­bo­we­go wy­nie­śli z po­ko­ju zwło­ki. Bły­snę­li por­tie­ro­wi me­ta­lo­wy­mi znacz­ka­mi, dy­rek­to­ro­wi ho­te­lu po­ka­za­li urzę­do­wy pa­pier z na­ka­zem prze­szu­ka­nia, opa­trzo­ny wszyst­ki­mi sto­sow­ny­mi pie­czę­cia­mi Ża­den klucz uni­wer­sal­ny, żad­ne ha­sło, przy­na­leż­ność do wyż­szych sfer, a na­wet po­kre­wień­stwo z ro­dzi­ną kró­lew­ską nie otwie­ra drzwi tak sku­tecz­nie, jak po­li­cyj­na od­zna­ka. Lu­dzie wpraw­dzie nie­chęt­nie, ale jed­nak za­wsze je otwie­ra­ją.

Oby­dwaj w ża­den spo­sób nie przy­po­mi­na­li swym wy­glą­dem agen­tów FBI. Funk­cjo­na­riu­sze taj­nej po­li­cji za­wsze zresz­tą sta­ra­ją się wy­glą­dać na ko­goś in­ne­go niż taj­nia­cy. Wbrew temu, jak zwy­kle przed­sta­wia­ją ich pi­sa­rze w sen­sa­cyj­nych po­wie­ściach, nie mają kwa­dra­to­wych szczęk, ostrzy­żo­nych na jeża głów, ka­pe­lu­szy z sze­ro­kim ron­dem, sza­rych gar­ni­tu­rów i min tak smut­nych, jak gdy­by wła­śnie wró­ci­li z po­grze­bu. Nie no­szą rów­nież na­ło­go­wo ciem­nych oku­la­rów i nie sia­da­ją okra­kiem na krze­śle.

Co­rey San­ders z po­wo­dze­niem mógł ucho­dzić za na­uczy­cie­la an­giel­skie­go w do­brej pry­wat­nej szko­le śred­niej. Ubra­ny był w ele­ganc­kie sza­re pół­bu­ty, sza­re spodnie i po­pie­la­ty swe­ter w se­rek. Ca­ło­ści do­peł­nia­ła śnież­no­bia­ła ko­szu­la i za­wią­za­na pod szy­ją czar­na musz­ka.

Jego part­ner, Wil­liam Spi­vey wy­glą­dał dla od­mia­ny jak prze­stęp­ca. San­ders był ra­czej szczu­pły, Spi­vey krę­py, z sze­ro­ki­mi ra­mio­na­mi i by­czym kar­kiem. Brą­zo­wą ma­ry­nar­kę miał cia­sno opię­tą na sze­ro­kiej pier­si. Twarz Co­reya San­der­sa zda­wa­ła się pro­mie­nio­wać in­te­li­gen­cją i wraż­li­wo­ścią, Spi­vey na­to­miast spra­wiał wra­że­nie tę­pe­go go­ry­la Twarz miał całą w szra­mach, spłasz­cze­niach i zgru­bie­niach. Była to twarz, któ­ra ni­cze­go nie mu­sia­ła się oba­wiać, po­nie­waż wszyst­ko, co moż­na by po­my­śleć, już się jej przy­da­rzy­ło.

Są­dząc z wy­glą­du San­der­sa, asy­stu­ją­cy w cha­rak­te­rze świad­ka przy czyn­no­ściach dy­rek­tor ho­te­lu New Yor­ker, Ha­rvey Blo­om, spo­dzie­wał się, że bę­dzie on prze­pro­wa­dzał re­wi­zję schlud­nie i sys­te­ma­tycz­nie, nie ro­biąc ba­ła­ga­nu; przez ana­lo­gię my­ślał rów­nież, że Spi­vey oka­że się flej­tu­chem, zo­sta­wia­ją­cym wszę­dzie brud­ne od­ci­ski swo­ich łap.

W rze­czy­wi­sto­ści było od­wrot­nie. Agent Spi­vey ba­dał każ­dy przed­miot z tro­ską, a na­stęp­nie od­sta­wiał na po­przed­nie miej­sce bądź ukła­dał w przy­nie­sio­nym z sobą spo­rych roz­mia­rów kar­to­no­wym pu­dle. Na­to­miast kie­dy za­war­tość ja­kiejś szu­fla­dy koń­czył prze­glą­dać funk­cjo­na­riusz San­ders, pod­ło­ga u jego stóp za­śmie­co­na była pa­pie­ra­mi. Nie­do­pał­ki ga­sił na sto­li­ku, ku­bek po ka­wie wy­rzu­cił przez okno, a po za­ła­twie­niu w to­a­le­cie na­tu­ral­nej po­trze­by fi­zjo­lo­gicz­nej nie spłu­kał na­wet musz­li klo­ze­to­wej.

– Nie ma żad­ne­go po­wo­du, żeby zo­sta­wiać tu­taj chlew – nie wy­trzy­mał w koń­cu Ha­rvey Blo­om.

– Pan Te­sla jest zbyt mar­twy, żeby się tym przej­mo­wać – mruk­nął w od­po­wie­dzi Co­rey San­ders. Uda­wał, że nie do­strze­ga peł­ne­go po­tę­pie­nia spoj­rze­nia dy­rek­to­ra. Za­pew­ne miał w tym dużą wpra­wę.

– Ale to nie jego pry­wat­ne miesz­ka­nie, tyl­ko po­kój w ho­te­lu – za­pro­te­sto­wał dy­rek­tor. – Ktoś bę­dzie to mu­siał po­sprzą­tać.

– Ma­cie tu chy­ba sprzą­tacz­ki, co nie? – rzu­cił w jego kie­run­ku przed­sta­wi­ciel FBI. Nie przy­po­mi­nał już sym­pa­tycz­ne­go pro­fe­so­ra col­le­ge’u, ra­czej ko­ja­rzył się ze zło­śli­wym bel­frem z pod­sta­wów­ki w ja­kiejś za­ka­za­nej dziel­ni­cy. Ta­kim, któ­ry każe uczniom wy­cią­gać przed sie­bie dło­nie i bije po nich drew­nia­ną li­nij­ką. Głos miał twar­dy, ni­ski, jego bar­wa ko­ja­rzy­ła się z ze­psu­tą ma­szy­ną pa­ro­wą. – Za­mknij się pan ła­ska­wie i nie prze­szka­dzaj w czyn­no­ściach urzę­do­wych – do­dał aro­ganc­kim to­nem. – Poza tym, kie­dy prze­pro­wa­dzam re­wi­zję, nie ma żad­ne­go pie­przo­ne­go po­wo­du, żeby ktoś mnie po­uczał.

– Zło­żę na pa­nów skar­gę – za­gro­ził mi­ster Blo­om.

– A skła­daj se pan, co tyl­ko chcesz – wark­nął agent San­ders. – Choć­by do sa­me­go pana Boga.

– Nie, nie do Boga – wy­ja­śnił spo­koj­nie dy­rek­tor. – O ile się orien­tu­ję, to sze­fem no­wo­jor­skie­go biu­ra FBI jest cią­gle mój sta­ry kum­pel John Evans, oj­ciec chrzest­ny mo­jej cór­ki Sary. – Za­raz zresz­tą do nie­go za­dzwo­nię.

– Musi pan wy­ba­czyć Co­rey­owi – wtrą­cił się agent Spi­vey. Po­mi­mo bru­tal­ne­go wy­ra­zu twa­rzy miał cie­pły, kul­tu­ral­ny głos. – Miał na­praw­dę bar­dzo cięż­ki dzień – do­dał po­jed­naw­czo.

– Nic nie mu­szę – zi­ry­to­wał się dy­rek­tor. – Je­stem go­tów się za­ło­żyć, że sta­ry da wam za to nie­źle po gło­wie.

– On nie miał nic złe­go na my­śli – tłu­ma­czył da­lej Spi­vey.

– Jak cho­le­ra.

– Po pro­stu jest dziś wy­jąt­ko­wo spię­ty.

– Jak cho­le­ra – po­wtó­rzył Blo­om. – Są­dząc po za­cho­wa­niu pań­skie­go ko­le­gi, moż­na by po­my­śleć, że wstał z łóż­ka lewą nogą.

San­ders spoj­rzał na nie­go z lo­do­wa­tą wście­kło­ścią, ale po­wstrzy­mał się od ko­men­ta­rza. Zde­chła foka, zmro­żo­na na lód, ema­no­wa­ła­by więk­szym cie­płem niż spoj­rze­nie agen­ta.

– Po­dob­no ja­kieś rze­czy zmar­łe­go znaj­du­ją się rów­nież w ho­te­lo­wej piw­ni­cy? – ode­zwał się agent Spi­vey.

– Zga­dza się.

– Chcie­li­by­śmy rów­nież tam zaj­rzeć.

– Nie wi­dzę prze­szkód.

– Czy ma pan klucz do tego sej­fu? – Pra­cow­nik FBI po­pa­trzył wy­mow­nie na sto­ją­cą w rogu po­ko­ju cięż­ką me­ta­lo­wą sza­fę.

– W żad­nym wy­pad­ku. To pry­wat­ny sejf pana Te­sli, a nie ho­te­lo­wy.

– Dla­cze­go więc nig­dzie nie zna­leź­li­śmy klu­cza?

– Tego nie wiem – wzru­szył ra­mio­na­mi Ha­rvey Blo­om. – Pa­no­wie przed wami też mu­sie­li wzy­wać ślu­sa­rza.

– Jacy znów pa­no­wie? – za­nie­po­ko­ił się funk­cjo­na­riusz.

– Pan Ko­sa­no­vić i jesz­cze dwóch in­nych.

– Cho­le­ra! Dla­cze­go pan im na to po­zwo­lił? – zde­ner­wo­wał się grze­bią­cy w ko­szu na śmie­ci agent San­ders.

– A dla­cze­go niby mia­łem nie po­zwo­lić? – Dy­rek­tor po­now­nie wzru­szył ra­mio­na­mi. – Pan Ko­sa­no­vić jest sio­strzeń­cem pana Te­sli i jego na­tu­ral­nym spad­ko­bier­cą. Nie wi­dzia­łem naj­mniej­sze­go po­wo­du, żeby mu cze­go­kol­wiek za­bra­niać.

– Bę­dzie pan miał z tego po­wo­du gru­be nie­przy­jem­no­ści – syk­nął San­ders.

– Nie­przy­jem­ność to ja mam już, roz­ma­wia­jąc z ta­kim gbu­rem jak pan. – Blo­om rzu­cił na roz­mów­cę ja­do­wi­te spoj­rze­nie. – A kon­se­kwen­cja­mi niech pan mnie nie stra­szy, ła­skaw­co. W żad­nym wy­pad­ku nie zła­ma­łem obo­wią­zu­ją­ce­go pra­wa.

Dy­rek­tor wyj­rzał przez sze­ro­kie okno na ze­wnątrz. Cięż­kie płat­ki śnie­gu opa­da­ły na nagą, ciem­ną zie­mię. Przy tego ro­dza­ju po­go­dzie po­nu­ry w grun­cie rze­czy i bez­oso­bo­wy po­kój wy­da­wał się azy­lem cie­pła i spo­ko­ju. Na­wet po­mi­mo obec­no­ści obu taj­nia­ków i ba­ła­ga­nu wy­wo­ła­ne­go ich pra­cą. Nic nie daje ta­kie­go po­czu­cia bez­pie­czeń­stwa, jak do­brze ogrza­ne, przy­tul­ne po­miesz­cze­nie, gdy lo­do­wa­ta zima sku­wa świat za oknem.

– A cze­go pa­no­wie wła­ści­wie szu­ka­cie? – za­py­tał agen­ta Spi­veya.

– Przy­kro mi, ale tego po­wie­dzieć nie mogę – uśmiech­nął się prze­pra­sza­ją­co funk­cjo­na­riusz. – Ro­zu­mie pan, ta­jem­ni­ca służ­bo­wa. Na zle­ce­nie mi­ni­ster­stwa obro­ny mamy po pro­stu za­bez­pie­czyć wszyst­kie do­ku­men­ty zmar­łe­go pana Te­sli.

Na­ra­sta­ją­ca od 1938 roku groź­ba woj­ny z Trze­cią Rze­szą i pań­stwa­mi osi spra­wi­ła, że roz­wój na­uki był ści­śle zwią­za­ny z lo­sa­mi woj­ny i po­ko­ju. 2 sierp­nia 1939 roku, na krót­ko przed wy­bu­chem dru­giej woj­ny świa­to­wej w Eu­ro­pie, Al­bert Ein­ste­in na­pi­sał list do ów­cze­sne­go pre­zy­den­ta USA, Fran­kli­na De­la­no Ro­ose­vel­ta, w któ­rym wraz z kil­ko­ma in­ny­mi na­ukow­ca­mi za­wia­do­mił go o pod­ję­tych w hi­tle­row­skich Niem­czech pra­cach nad otrzy­ma­niem wzbo­ga­co­ne­go izo­to­pu ura­nu U-235, mo­gą­ce­go po­słu­żyć do zbu­do­wa­nia bom­by ato­mo­wej.

Woj­ny mia­ły zresz­tą od wie­ków nie­ba­ga­tel­ny wpływ na roz­wój nauk fi­zycz­nych oraz in­ży­nie­rii. I od­wrot­nie – na­uka na losy wo­jen. Woj­sko fi­nan­so­wa­ło ba­da­nia na­uko­we już w cza­sach re­ne­san­su. Ksią­żę­ta i kró­lo­wie – szcze­gól­nie we Wło­szech i Ni­der­lan­dach – pła­ci­li cięż­kie pie­nią­dze ta­kim eks­per­tom jak Le­onar­do da Vin­ci czy Ga­li­le­usz. Z punk­tu wi­dze­nia hi­sto­rii na­uki, naj­waż­niej­szym kon­flik­tem zbroj­nym była jed­nak dru­ga woj­na świa­to­wa. Wte­dy to wła­śnie stwo­rzo­no pod­wa­li­ny wie­lu sze­ro­ko sto­so­wa­nych dziś roz­wią­zań tech­nicz­nych. Poza tym na­stą­pi­ła za­sad­ni­cza zmia­na w spo­so­bie or­ga­ni­za­cji i fi­nan­so­wa­nia ba­dań przez pań­stwo. Rzą­dy – zwłasz­cza ame­ry­kań­ski – wy­ko­rzy­sta­ły w pra­cach na rzecz woj­ska ta­len­ty ty­się­cy na­ukow­ców, po­dej­mu­jąc dzia­ła­nia na nie­spo­ty­ka­ną do tej pory ska­lę.

Jesz­cze w 1939 roku rząd USA pod­jął wiel­kie przed­się­wzię­cie pod na­zwą „Pro­jekt Man­hat­tan”. Jego ce­lem było prze­pro­wa­dze­nie ba­dań i wy­pro­du­ko­wa­nie na­da­ją­cej się do prak­tycz­ne­go użyt­ku bom­by ato­mo­wej. W wy­ni­ku prac nad tym pro­gra­mem, w nie­speł­na pięć lat bom­ba ato­mo­wa prze­kształ­ci­ła się z teo­re­tycz­nej kon­cep­cji w prze­ra­ża­ją­cą rze­czy­wi­stość. Sta­ło się tak dzię­ki temu, że gru­pie naj­lep­szych na­ukow­ców na świe­cie po­zwo­lo­no zre­ali­zo­wać swe zdol­no­ści twór­cze w ra­mach szczo­drze fi­nan­so­wa­ne­go, ale ja­sno za­kre­ślo­ne­go pro­gra­mu ba­daw­cze­go.

Naj­bar­dziej skom­pli­ko­wa­nym za­da­niem było wy­pro­du­ko­wa­nie wy­star­cza­ją­cych ilo­ści wzbo­ga­co­ne­go ura­nu. Rzą­dy wie­lu państw: Nie­miec, Fran­cji, Wiel­kiej Bry­ta­nii, Związ­ku Ra­dziec­kie­go, USA, Ja­po­nii, Chin i Włoch po­wo­ła­ły gru­py eks­per­tów ma­ją­cych za za­da­nie zba­dać moż­li­we za­sto­so­wa­nie roz­sz­cze­pie­nia ato­mu. Wszy­scy wie­dzie­li, że gdy­by Niem­cy pierw­sze zbu­do­wa­ły bom­bę ją­dro­wą – Sta­ny Zjed­no­czo­ne, a wraz z nimi cały cy­wi­li­zo­wa­ny świat, mo­gły­by tę woj­nę prze­grać. Była to więc spra­wa ży­cia i śmier­ci. W USA zbu­do­wa­no szyb­ko dwa wiel­kie kom­plek­sy prze­my­sło­we w celu wy­pro­du­ko­wa­nia do­sta­tecz­nej ilo­ści dwóch ro­dza­jów pa­li­wa ją­dro­we­go: ura­nu i nowo od­kry­te­go pier­wiast­ka plu­to­nu.

W roku 1944 pra­ce nad bu­do­wą bom­by ato­mo­wej były już w peł­nym toku, za­rów­no w Niem­czech, jak i w USA. Z po­cząt­kiem kwiet­nia Ame­ry­ka­nie na­bra­li pew­no­ści, że hi­tle­row­cy nie wy­gra­ją z nimi wy­ści­gu o to, kto pierw­szy bę­dzie dys­po­no­wał tym po­twor­nym na­rzę­dziem za­gła­dy. Nie­miec­cy ucze­ni, mimo że po­sia­da­li naj­lep­szą ka­drę, nie zdo­ła­li zbu­do­wać bom­by ato­mo­wej. Naj­bar­dziej za­awan­so­wa­ne ba­da­nia nad roz­sz­cze­pie­niem ją­dra ato­mo­we­go pro­wa­dził pro­fe­sor Otto Hahn, lecz dal­szy ciąg jego prac wiódł na ma­now­ce. Poza tym alian­ci bar­dzo sku­tecz­nie nisz­czy­li wszel­kie za­ląż­ki nie­miec­kich prac, mo­gą­ce do­pro­wa­dzić do ato­mo­we­go suk­ce­su. Prze­ciw­ni­cy hi­tle­ry­zmu we­wnątrz Nie­miec, z lau­re­atem Na­gro­dy No­bla z 1914 roku, Ma­xem von Laue na cze­le, świa­do­mie kie­ro­wa­li ba­da­nia na błęd­ne tory. Hi­sto­ria po­zy­tyw­nie oce­ni­ła tę zdra­dę. Na­to­miast Jo­han­nes Stark, lau­re­at Na­gro­dy No­bla z roku 1919, za gor­li­we po­pie­ra­nie hi­tle­ry­zmu do­stał czte­ry lata wię­zie­nia. Nie­miec­cy fi­zy­cy do­pro­wa­dzi­li ba­da­nia ato­mo­we do ta­kie­go eta­pu, że mie­li wszyst­kie ele­men­ty skła­do­we re­ak­to­ra. Nie zdą­ży­li go jed­nak zło­żyć.

Jak wia­do­mo, Te­sla pra­co­wał rów­nież nad „pro­mie­nia­mi śmier­ci”, bro­nią wy­ko­rzy­stu­ją­cą pro­mie­nie la­se­ro­we i czą­stecz­ko­we. W ob­sza­rze jego za­in­te­re­so­wań zna­la­zła się tak­że broń opar­ta na in­fra­dź­wię­kach. Te­sla prze­wi­dział moż­li­wość kon­struk­cji bomb elek­tro­ma­gne­tycz­nych, któ­re nisz­czy­ły­by urzą­dze­nia elek­trycz­ne wro­ga (ta­kich wła­śnie bomb uży­ła nie­daw­no ar­mia ame­ry­kań­ska wal­czą­ca w Afga­ni­sta­nie). Jego pra­ce po­słu­ży­ły za fun­da­ment pod do­świad­cze­nia zwią­za­ne ze zdal­nym wpły­wa­niem na mózg przez fale elek­tro­ma­gne­tycz­ne. Krót­ko mó­wiąc, duża część ba­dań wy­na­laz­cy do­ty­ka­ła kwe­stii zwią­za­nych z prze­my­słem zbro­je­nio­wym i nic w tym dziw­ne­go, że ich po­stę­pa­mi za­in­te­re­so­wa­ni byli ame­ry­kań­scy woj­sko­wi.

Te­sla uwa­żał, że jego broń (strze­la­ją­ca wiąz­ką ener­gii mo­gą­cą znisz­czyć 10 ty­się­cy sa­mo­lo­tów na od­le­głość po­nad 200 ki­lo­me­trów) unie­moż­li­wi w przy­szło­ści woj­ny, bo je­śli­by pań­stwa dys­po­no­wa­ły tak strasz­li­wym orę­żem, ja­ki­kol­wiek atak stał­by się nie­moż­li­wy. W 1937 roku za­pro­po­no­wał do­star­cze­nie swo­je­go sys­te­mu uzbro­je­nia głów­nym mo­car­stwom, lecz jego pro­po­zy­cja nie spo­tka­ła się z za­in­te­re­so­wa­niem. Wy­jąt­kiem był ZSRR, któ­ry (po­dob­no) za­pła­cił mu 25 ty­się­cy do­la­rów za wstęp­ne pla­ny.

Cze­go tak na­praw­dę szu­ka­li w jego po­ko­ju agen­ci Fe­de­ral­ne­go Biu­ra Śled­cze­go i co rze­czy­wi­ście zna­leź­li? Co sta­ło się z do­ku­men­ta­mi, któ­re za­bez­pie­czy­li? Kto, w jaki spo­sób i czy w ogó­le kie­dy­kol­wiek je wy­ko­rzy­stał? Co za­bra­li z sej­fu trzej lu­dzie, któ­rzy po­ja­wi­li się tam przed funk­cjo­na­riu­sza­mi?

Przed­sta­wio­na ni­żej hi­sto­ria sta­no­wi za­le­d­wie pró­bę od­po­wie­dzi na te py­ta­nia. Pró­bą, bo wła­ści­wie nikt do­tąd żad­nych kon­kret­nych od­po­wie­dzi nie udzie­lił. I ra­czej nie na­le­ży spo­dzie­wać się żad­nych wy­ja­śnień, gdyż wie­le akt do­ty­czą­cych tej spra­wy do dziś oto­czo­nych jest klau­zu­lą naj­wyż­szej taj­no­ści.

Po­dej­mo­wa­ne na prze­strze­ni wie­lu lat przez wie­lu lu­dzi tro­py wio­dły zwy­kle na ma­now­ce. Ktoś zresz­tą bar­dzo się po­sta­rał, żeby tak było. Re­zul­ta­tem roz­licz­nych ba­dań i śledztw są je­dy­nie mniej lub bar­dziej wia­ry­god­ne teo­rie. Być może Te­sla za­brał ta­jem­ni­cę swej su­per­bro­ni do gro­bu.

W każ­dym ra­zie zwo­len­ni­cy spi­sko­wych teo­rii uwa­ża­ją, że spo­ro jaw­nych i taj­nych wy­na­laz­ków do­ko­na­nych w USA w dru­giej po­ło­wie XX wie­ku mo­gło po­wstać tyl­ko przy wy­ko­rzy­sta­niu „za­gi­nio­nych” no­ta­tek tego za­po­mnia­ne­go ge­niu­sza.

ROZ­DZIAŁ IChor­wac­ki Serb

(1856-1862)

Je­że­li w po­wie­trzu uno­si się słod­ki za­pach cy­pry­sów, ole­an­drów, la­wen­dy i zie­mi na­grza­nej po­łu­dnio­wym słoń­cem, je­śli wa­szym oczom uka­żą się mo­nu­men­tal­ne Góry Dy­nar­skie, ma­low­ni­cze mia­stecz­ka z czer­wo­ny­mi da­chów­ka­mi i błę­kit­nosz­ma­rag­do­we mo­rze, mo­że­cie być pew­ni, że oto wła­śnie zna­leź­li­ście się w Dal­ma­cji. Ta hi­sto­rycz­na kra­ina w dzi­siej­szej Chor­wa­cji i Czar­no­gó­rze roz­cią­ga się wzdłuż wy­brze­ża Ad­ria­ty­ku, od wy­spy Pag na pół­no­cy, aż po Za­to­kę Ko­tor­ską na po­łu­dniu, two­rząc pas o sze­ro­ko­ści pięć­dzie­się­ciu ki­lo­me­trów i dłu­go­ści pra­wie czte­ry­stu. Obej­mu­je rów­nież oko­ło ty­sią­ca przy­brzeż­nych wysp o łącz­nej po­wierzch­ni 13 ty­się­cy ki­lo­me­trów kwa­dra­to­wych.

Wa­lo­ry tej kra­iny do­ce­nio­no już w sta­ro­żyt­no­ści. Jako jed­na z pro­win­cji rzym­skich, ze wzglę­du na ła­god­ny, cie­pły kli­mat, była bar­dzo po­pu­lar­nym miej­scem osie­dla­nia się bo­ga­tych pa­try­cju­szy. Uro­dzo­ny w Dal­ma­cji ce­sarz Dio­kle­cjan pod ko­niec ży­cia po­sta­no­wił wró­cić w ro­dzin­ne stro­ny. W mie­ście Sa­lon (Split) wy­bu­do­wał wspa­nia­ły pa­łac, za­miesz­ki­wa­ny póź­niej przez ko­lej­nych im­pe­ra­to­rów. Ru­iny ce­sar­skiej bu­dow­li ist­nie­ją tam do dziś.

Przed Rzy­mia­na­mi opi­sy­wa­ne te­ry­to­rium za­miesz­ki­wa­ły wo­jow­ni­cze ple­mio­na Ili­rów. Od jed­ne­go z nich, Dal­ma­tów, wy­wo­dzi się na­zwa kra­iny.

Mniej wię­cej w 400 roku przed na­szą erą te­re­ny te za­czę­li pod­bi­jać Cel­to­wie, po­tem ko­lo­ni­zo­wa­li Gre­cy. Rzy­mia­nie za­ję­li je w I wie­ku na­szej ery i przez stu­le­cia pa­no­wa­li tam nie­po­dziel­nie.

W ca­łych swo­ich dzie­jach Dal­ma­cja była kra­iną gwał­co­ną okrut­niej niż ja­ka­kol­wiek inna, może z wy­jąt­kiem Sy­cy­lii. W roku 437 zo­sta­ła włą­czo­na w gra­ni­ce ce­sar­stwa wschod­nio­rzym­skie­go. Jed­nak już nie­ca­łe sto lat póź­niej zie­mie dzi­siej­szej Chor­wa­cji na­je­cha­li Hu­no­wie oraz Goci, któ­rzy spu­sto­szy­li nie­mal cały Pół­wy­sep Bał­kań­ski. Na prze­ło­mie VI i VII wie­ku roz­po­czę­ła się wiel­ka wę­drów­ka Sło­wian. Wte­dy to wła­śnie na Pół­wy­sep Bał­kań­ski do­tar­ło ple­mię Chor­wa­tów, któ­re przy­wę­dro­wa­ło tu ze swo­jej pra­oj­czy­zny, Bia­łej lub Wiel­kiej Chor­wa­cji. Le­gen­da gło­si, że były to zie­mie po­ło­żo­ne na pół­noc od Kar­pat, czy­li obec­na Ma­ło­pol­ska i Ukra­ina.

Za­raz po przy­by­ciu pod­po­rząd­ko­wa­ło ich so­bie wiel­kie pań­stwo Awa­rów. Kie­dy Awa­rów po­ko­nał Ka­rol Wiel­ki, Chor­wa­ci na­tych­miast po­pa­dli w za­leż­ność od pań­stwa Fran­ków. W pierw­szej po­ło­wie IX wie­ku Chor­wa­cja pod­da­ła się pod rzą­dy Bi­zan­cjum. Nie­za­wi­słe i sa­mo­dziel­ne pań­stwo chor­wac­kie po­wsta­ło w roku 879, kie­dy to ksią­żę Bra­ni­mir ze­rwał związ­ki z Bi­zan­cjum.

Prze­ło­mo­wym w hi­sto­rii oka­zał się rok 1102. Wte­dy to Chor­wa­cja pod­pi­sa­ła unię per­so­nal­ną z Wę­gra­mi, a po­ro­zu­mie­nie prze­trwa­ło aż do roku 1918.

W XIV wie­ku pod­bo­je w Eu­ro­pie za­czę­li Tur­cy, zaj­mu­jąc przy oka­zji część te­ry­to­rium Chor­wa­cji. Gdy w roku 1526 tron wę­gier­ski i chor­wac­ki ob­ję­li Habs­bur­go­wie, pod ich rzą­da­mi zna­la­zły się je­dy­nie oko­li­ce Za­grze­bia. Resz­ta te­ry­to­rium po wschod­niej stro­nie Ad­ria­ty­ku do­sta­ła się w ręce im­pe­rium osmań­skie­go, a część dal­ma­tyń­ska do XVIII wie­ku znaj­do­wa­ła się pod pa­no­wa­niem We­ne­cji.

Tra­fiw­szy pod ber­ło Habs­bur­gów, Chor­wa­cja pod­da­na zo­sta­ła cał­ko­wi­cie rzą­do­wi wie­deń­skie­mu. Ma­gna­te­ria i szlach­ta chor­wac­ka sta­ra­ły się na­ci­skać na rzą­dzą­cych, aby od­zy­ska­li zie­mie utra­co­ne na rzecz Tur­ków. Od roku 1683, kie­dy to Jan III So­bie­ski zło­ił im skó­rę pod Wied­niem, roz­po­czął się okres od­zy­ski­wa­nia ziem przez nich za­bra­nych. Za pa­no­wa­nia Ma­rii Te­re­sy Chor­wa­cja zo­sta­ła pod­po­rząd­ko­wa­na ad­mi­ni­stra­cji wę­gier­skiej, a kie­dy jej na­stęp­ca, Jó­zef II, chciał zger­ma­ni­zo­wać Wę­gry i Chor­wa­cję, na­tra­fił na opór ze stro­ny obu państw.

Wte­dy wła­śnie w Chor­wa­cji za­czę­ła się wal­ka o nie­pod­le­głość, ję­zyk i toż­sa­mość na­ro­do­wą. Po­wstał ruch od­ro­dze­nia na­ro­do­we­go zwa­ny ili­ry­zmem. Jego przy­wód­cą zo­stał Lju­de­vit Gaj. Na­ro­do­we uczu­cia obu­dzi­ło w Chor­wa­tach utwo­rze­nie przez Na­po­le­ona w la­tach 1809-1814 Pro­win­cji Ili­ryj­skich. W ra­mach Wiel­kiej Ili­rii chcia­no zjed­no­czyć po­łu­dnio­wych Sło­wian i stwo­rzyć je­den na­ród, któ­ry po­słu­gi­wał­by się wspól­nym ję­zy­kiem.

W 1848 roku do­szło do po­wsta­nia prze­ciw­ko Wę­grom. Ban Jo­sip Je­la­čić opo­wie­dział się jed­nak po stro­nie Habs­bur­gów i bru­tal­nie stłu­mił re­wo­lu­cję. Po­cząt­ko­wo od­dzie­lo­no Chor­wa­cję od Wę­gier, jed­nak w 1868 roku oba te pań­stwa znów pod­pi­sa­ły umo­wę, w któ­rej za­strze­żo­no sze­ro­ką au­to­no­mię we­wnętrz­ną Chor­wa­cji, mię­dzy in­ny­mi w spra­wach są­dow­nic­twa, oświa­ty i re­li­gii; ję­zyk chor­wac­ki po­now­nie stał się ję­zy­kiem urzę­do­wym.

* * *

Tak oto, w opi­sa­ny wy­żej spo­sób, przed­sta­wia­ła się sy­tu­acja Chor­wa­cji w dru­giej po­ło­wie XIX wie­ku, kie­dy roz­po­czy­na się ta hi­sto­ria. Roz­po­czy­na się w ma­łej dal­ma­tyń­skiej wio­sce Smil­jan, 9 lip­ca 1856 roku, rów­no o pół­no­cy. Wte­dy wła­śnie Ni­ko­la (czy­li Mi­ko­łaj) – bo tak na­zwa­no go na chrzcie – wy­dał swój pierw­szy krzyk na ziem­skim pa­do­le.

To sfor­mu­ło­wa­nie „rów­no o pół­no­cy” wy­ja­śnia roz­bież­no­ści, któ­re na­gmin­nie po­ja­wia­ją się w jego roz­licz­nych bio­gra­fiach. Jako data uro­dzin po­ja­wia się to dzie­wią­ty lip­ca, to zno­wu dzie­sią­ty.

Le­gen­da mówi, że wio­skę ob­ję­ła wte­dy we wła­da­nie po­tęż­na bu­rza z pio­ru­na­mi, co – jak utrzy­mu­ją prze­sąd­ni – mia­ło prze­są­dzić o jego przy­szło­ści. Na tle po­sęp­nych chmur bły­ska­wi­ce kre­śli­ły po­strzę­pio­ne zyg­za­ki, wy­glą­da­ją­ce jak kra­ke­lu­ra na ob­ra­zach daw­nych mi­strzów. Stru­gi wody nie­ubła­ga­nie bi­czo­wa­ły zie­mię, na­su­wa­jąc na myśl sta­ro­żyt­ne mity o ka­rze bo­gów, ar­kach i za­gi­nio­nych kon­ty­nen­tach, po­chło­nię­tych przez wez­bra­ne mo­rze. Wy­da­wa­ło się, że strasz­li­wy huk gro­mów po­cho­dzi nie tyl­ko z nie­ba, ale i spod zie­mi, jak gdy­by nie­bo i zie­mia roz­war­ły się, za­po­wia­da­jąc Ar­ma­ge­don.

Le­żą­ce po­mię­dzy gó­ra­mi Ve­le­bit a wschod­nim wy­brze­żem Ad­ria­ty­ku Smil­jan było na co dzień miłą, cie­płą, czy­stą i peł­ną ży­cia wio­ską; zie­lo­ną la­tem i wio­sną, je­sie­nią i zimą mie­nią­cą się ko­lo­ra­mi, ja­kich ża­den ma­larz nie wy­my­śli. Tej nocy jed­nak wy­da­wa­ło się po­nu­re, otu­lo­ne gę­stą za­sło­ną desz­czu, plą­ta­ni­ną bły­ska­wic, sza­rej mgły i bło­ta. Przy­wo­dzi­ło na myśl cmen­tarz i zda­wa­ło się za­cie­śniać wo­kół ma­łej cha­ty pań­stwa Te­slów jak opa­da­ją­ce wie­ko trum­ny.

Ni­ko­la był czwar­tym z piąt­ki dzie­ci (dwóch sy­nów i trzech có­rek) Geo­r­gi­ny Man­dić (na­zy­wa­nej Dziu­ką) i Mi­lu­ti­na Te­sli. Ich dom stał tuż obok serb­skie­go ko­ścio­ła or­to­dok­syj­ne­go, któ­re­mu prze­wo­dził wie­leb­ny Mi­lu­tin Te­sla, do­ra­bia­ją­cy so­bie cza­sem do skrom­nych do­cho­dów pi­sa­niem ar­ty­ku­łów do ga­zet pod li­te­rac­kim pseu­do­ni­mem Srbin Pra­vi­cich, co na ję­zyk pol­ski moż­na prze­tłu­ma­czyć jako „Pra­wy Serb”.

Serb­ska ro­dzi­na Te­slów na­le­ża­ła w Chor­wa­cji do ra­so­wej i re­li­gij­nej mniej­szo­ści. To jed­no krót­kie zda­nie roz­pra­wia się z po­ku­tu­ją­cym w dzie­siąt­kach bio­gra­fii wiel­kie­go wy­na­laz­cy mi­tem, przed­sta­wia­ją­cym go jako Chor­wa­ta (okre­śle­nie „ge­nial­ny Chor­wat” po­ja­wia się przy­najm­niej w co dru­gim, uka­zu­ją­cym się w Pol­sce, a do­ty­czą­cym bo­ha­te­ra tej opo­wie­ści ar­ty­ku­le czy opra­co­wa­niu). Ni­ko­la Te­sla był uro­dzo­nym i za­miesz­ka­łym w Chor­wa­cji Ser­bem! Cho­ciaż sam pod­kre­ślał w póź­niej­szym cza­sie wie­lo­krot­nie, że jed­na­ko­wo dum­ny jest za­rów­no ze swej chor­wac­kiej oj­czy­zny, jak i swo­je­go serb­skie­go po­cho­dze­nia.

Ro­dzi­na Te­slów, któ­rzy w za­mierz­chłej prze­szło­ści no­si­li na­zwi­sko Dra­ga­nić, wy­emi­gro­wa­ła z Ser­bii do Chor­wa­cji w po­ło­wie XVIII wie­ku.

Jako nie­za­leż­ne pań­stwo Ser­bia po­ja­wi­ła się na ma­pach w roku 1878, po­cząt­ko­wo pod wła­dzą pro­au­striac­kiej dy­na­stii Ob­re­no­wi­ciów, póź­niej pod ber­łem pro­ro­syj­skiej dy­na­stii Ka­ra­dzior­dzie­wi­ciów. W 1945 roku, za­raz po dru­giej woj­nie świa­to­wej sta­ła się jed­ną z czę­ści no­we­go pań­stwa – So­cja­li­stycz­nej Fe­de­ra­cyj­nej Re­pu­bli­ki Ju­go­sła­wii, rzą­dzo­nej że­la­zną ręką przez Jo­si­pa Broz-Titę.

Po śmier­ci mar­szał­ka Tity w roku 1980 od­ży­ły, tłu­mio­ne wcze­śniej jego au­to­ry­te­tem i dyk­ta­tor­ską for­mą spra­wo­wa­nia wła­dzy, an­ta­go­ni­zmy na­ro­do­wo­ścio­we. Swój epi­log zna­la­zły w roz­pa­dzie SFRJ2 i po­prze­dza­ją­cej go krwa­wej woj­nie do­mo­wej w la­tach 1992-1995, w któ­rej ży­cie stra­ci­ło kil­ka­set ty­się­cy lu­dzi.

Przed przy­pa­da­ją­cą na rok 2006 sto pięć­dzie­sią­tą rocz­ni­cą uro­dzin na­ukow­ca Ser­bia i Chor­wa­cja za­czę­ły się spie­rać o to, kto po­wi­nien uczcić jego pa­mięć. Kie­dy Chor­wa­ci ogło­si­li uro­czy­ście, że rok 2006 bę­dzie ro­kiem Te­sli, Ser­bo­wie na­tych­miast zro­bi­li tak samo. Na­zwi­skiem wy­na­laz­cy na­zwa­li na­wet mię­dzy­na­ro­do­we lot­ni­sko w Bel­gra­dzie. Za­po­wie­dzie­li też or­ga­ni­za­cję wła­snych ob­cho­dów na cześć swe­go „naj­sław­niej­sze­go syna”, któ­re to mia­no Te­sla zy­skał w ple­bi­scy­cie serb­skie­go ma­ga­zy­nu „NIN”.

Chor­wa­ci za­re­ago­wa­li na ten ruch za­po­wie­dzią, że po la­tach od­bu­du­ją znisz­czo­ny w cza­sie woj­ny w la­tach dzie­więć­dzie­sią­tych kom­pleks upa­mięt­nia­ją­cy Ni­ko­lę w jego ro­dzin­nej wio­sce.

Klu­czem do roz­wią­za­nia spo­ru o bał­kań­skie­go ge­niu­sza oka­zał się gest bel­gradz­kie­go mu­zeum Te­sli, któ­re zde­cy­do­wa­ło się udo­stęp­nić ko­pie swo­ich zbio­rów, w tym ry­sun­ki i pro­jek­ty wy­na­laz­ków, od­twa­rza­ne­mu kom­plek­so­wi w chor­wac­kim Smil­ja­nie. To­pór wo­jen­ny zo­stał w ten spo­sób osta­tecz­nie za­ko­pa­ny. Na uro­czy­sto­ściach z oka­zji okrą­głych uro­dzin ge­niu­sza spo­tka­li się pre­mie­rzy Chor­wa­cji i Ser­bii, któ­rzy wspól­nie otwo­rzy­li od­no­wio­ny dom wy­na­laz­cy. Oba kra­je od­bu­do­wa­ły też wspól­nie po­mnik Te­sli zbu­rzo­ny przez Chor­wa­tów w 1991 roku.

Po­mnik Te­sli na Goat Is­land, nie­da­le­ko wo­do­spa­du Nia­ga­ra

– Je­ste­śmy tu, by uczcić Te­slę, Ser­ba, syna Chor­wa­cji, oby­wa­te­la świa­ta – mó­wił pre­zy­dent Chor­wa­cji, Sti­pe Me­sić, a pre­mier Ser­bii wtó­ro­wał mu, pod­kre­śla­jąc, że otwar­cie mu­zeum może stać się sym­bo­lem po­jed­na­nia dwóch bał­kań­skich na­ro­dów. O swo­im wy­bit­nym oby­wa­te­lu, któ­ry zmarł w 1943 roku w No­wym Jor­ku, nie za­po­mnia­ły też Sta­ny Zjed­no­czo­ne. Na chor­wac­kie uro­czy­sto­ści list przy­słał sam pre­zy­dent Geo­r­ge W Bush.

Po za­po­zna­niu się z tym, co na­pi­sa­no po­wy­żej, nikt tak­że nie na­zwie wię­cej Ni­ko­li Te­sli… Cze­chem. Tak, tak, Cze­chem, bo jak wy­ni­ka z oso­bi­stych do­świad­czeń au­to­rów tej bio­gra­fii, wie­lu oby­wa­te­li na­sze­go pięk­ne­go kra­ju są­dzi, iż ge­nial­ny wy­na­laz­ca tam wła­śnie się uro­dził. Wszyst­kie­mu win­ne są ist­nie­ją­ce w daw­nej Cze­cho­sło­wa­cji (a póź­niej Sło­wa­cji! – w Mol­da­ve nad Bo­dvou) wiel­kie za­kła­dy prze­my­sło­we Te­sla, pro­du­ku­ją­ce ża­rów­ki, a tak­że sprzęt elek­trycz­ny i ra­dio­tech­nicz­ny.

* * *

Chor­wa­ci i Ser­bo­wie mó­wią wpraw­dzie tym sa­mym ję­zy­kiem, róż­ni ich jed­nak bar­dzo wie­le. Pierw­si za­adap­to­wa­li do swych po­trzeb al­fa­bet ła­ciń­ski, dru­dzy cy­ry­li­cę. Zu­peł­nie inna jest rów­nież ich hi­sto­ria, kul­tu­ra, tra­dy­cja i men­tal­ność Inna jest tak­że wia­ra, cho­ciaż czczą tego sa­me­go Boga, Je­zu­sa Chry­stu­sa. Pod­czas gdy Chor­wa­ci przy­ję­li rzym­ską for­mę ka­to­li­cy­zmu i pa­pie­ża jako swe­go du­cho­we­go li­de­ra, Ser­bo­wie po­dą­ży­li dro­gą bi­zan­tyń­ską, wy­zna­jąc pra­wo­sła­wie, dok­try­nę or­to­dok­syj­ne­go (gr. or­tho­do­xos – praw­dzi­wie, pra­wi­dło­wo wie­rzą­cy) Ko­ścio­ła chrze­ści­jań­skie­go.

W pra­wo­sła­wiu szcze­gól­ne zna­cze­nie ma Tra­dy­cja, a w jej skład wcho­dzi Pi­smo Świę­te, Sym­bo­le Wia­ry, po­sta­no­wie­nia so­bo­rów po­wszech­nych i do­ku­men­ty po­cho­dzą­ce od oj­ców Ko­ścio­ła, ka­no­ny, księ­gi li­tur­gicz­ne oraz iko­ny, ro­zu­mia­ne jako spój­ny sys­tem re­li­gij­ny. Tra­dy­cja ust­na poj­mo­wa­na jest cza­sem przez inne wy­zna­nia od­dziel­nie od tra­dy­cji pi­sa­nej, czy­li Bi­blii. Przyj­mu­ją ten punkt wi­dze­nia nie­któ­rzy wier­ni pra­wo­sław­ni, inni jed­nak przy­po­mi­na­ją, że są one czę­ścią tego sa­me­go dzie­dzic­twa. Jed­no­cze­śnie trze­ba pa­mię­tać, że waga róż­nych ele­men­tów. Tra­dy­cji nie jest w pra­wo­sła­wiu jed­na­ko­wa. Do­mi­nu­je tam teo­lo­gia apo­fe­tycz­na, gło­szą­ca, że Boga nie da się po­jąć ro­zu­mo­wo i po­ję­cio­wo, moż­na go je­dy­nie od­czu­wać. Stąd brak tam dys­ku­sji i po­le­mik na te­mat sa­mej isto­ty Stwór­cy.

Miesz­kań­cy Dal­ma­cji z ko­lei bar­dzo róż­nią się od Chor­wa­tów z pół­no­cy. W Dal­ma­cji naj­waż­niej­sza jest do­bra za­ba­wa i ra­dość ży­cia. Na­wet miesz­kań­cy in­nych re­gio­nów kra­ju, któ­rzy tak­że ce­nią so­bie te war­to­ści, za­uwa­ża­ją ce­chu­ją­cą tam­tej­szą lud­ność wy­jąt­ko­wą spon­ta­nicz­ność. Z dru­giej stro­ny trud­no się temu dzi­wić – do­bry kli­mat, pięk­ne wi­do­ki i bo­ga­te tra­dy­cje kul­tu­ry śród­ziem­no­mor­skiej wy­jąt­ko­wo sprzy­ja­ją tego ro­dza­ju za­cho­wa­niom.

Tra­dy­cje et­nicz­ne są naj­czę­ściej upar­cie prze­strze­ga­ne przez mniej­szo­ści i Te­slo­wie nie byli tu wy­jąt­kiem. Przy­wią­zy­wa­li wiel­ką wagę do serb­skich pie­śni wo­jen­nych, po­ezji, tań­ców i opo­wie­ści, a tak­że do tkac­twa i ce­le­bro­wa­nia świąt. Acz­kol­wiek anal­fa­be­tyzm był w opi­sy­wa­nym cza­sie wszech­obec­ny jak po­wie­trze, to nie­licz­ne otwar­te umy­sły usil­nie sta­ra­ły się dbać o pa­mięć i kul­ty­wo­wa­nie wspo­mnień o bo­ha­ter­skich czy­nach przod­ków.

Dzia­dek Ni­ko­li, oj­ciec ojca, uro­dzo­ny w roku 1789 rów­nież Ni­ko­la, wal­czył jako sier­żant w ili­ryj­skiej ar­mii Na­po­le­ona. Wkrót­ce po klę­sce ce­sa­rza pod Wa­ter­loo Ni­ko­la dzia­dek po­ślu­bił cór­kę do­wód­cy swo­je­go od­dzia­łu, Anę Ka­li­nić, i za­miesz­kał z nią w miej­sco­wo­ści Go­spić. Tam 3 lu­te­go 1819 roku uro­dził się przy­szły oj­ciec przy­szłe­go wy­na­laz­cy – Mi­lu­tin Te­sla.

Dom ro­dzin­ny Ni­ko­li Te­sli we wsi Smil­jan

W dzie­więt­na­sto­wiecz­nej Chor­wa­cji, kra­inie dzie­ciń­stwa Te­sli, moż­li­wo­ści zro­bie­nia ka­rie­ry ogra­ni­czo­ne były w za­sa­dzie do rol­nic­twa, woj­ska lub Ko­ścio­ła. Ro­dzi­ny Mi­lu­ti­na i Dziu­ki przez całe po­ko­le­nia prze­zna­cza­ły swo­ich sy­nów do służ­by du­chow­nej lub woj­sko­wej, a cór­ki do mał­żeń­stwa z du­chow­ny­mi – oczy­wi­ście pra­wo­sław­ny­mi – lub ofi­ce­ra­mi.

Sam Mi­lu­tin zo­stał po­cząt­ko­wo wy­sła­ny przez ro­dzi­ców do woj­sko­wej szko­ły ofi­cer­skiej, lecz zbun­to­wał się szyb­ko i wstą­pił do sta­nu du­chow­ne­go Taką też ka­rie­rę uwa­żał za je­dy­ną dla swo­ich sy­nów: Da­ne­go i Ni­ko­li. Na­to­miast je­śli cho­dzi o cór­ki (Mil­ka, An­ge­li­na i Ma­ri­ca) wie­leb­ny Te­sla ufał, że Bóg w swej ła­ska­wo­ści za­pew­ni im po­cho­dzą­cych z du­cho­wień­stwa mę­żów, ta­kich jak on sam.

Mi­li­tar­ne tra­dy­cje w ro­dzi­nie Te­slów pod­trzy­mał brat Mi­lu­ti­na, Jo­sip. Ulu­bio­ny stryj Ni­ko­li zdo­był szli­fy ofi­cer­skie, a na­stęp­nie, ukoń­czyw­szy stu­dia ma­te­ma­tycz­ne, wy­kła­dał ten przed­miot w Aka­de­mii Woj­sko­wej w Wied­niu.

Dziu­ka, od 1847 roku żona Mi­lu­ti­na Te­sli, mimo bra­ku for­mal­ne­go wy­kształ­ce­nia, była oso­bą o ży­wej wy­obraź­ni i in­te­li­gen­cji. Po­cho­dzi­ła z za­chod­niej Ser­bii, rów­nież z ro­dzi­ny o dłu­go­let­nich woj­sko­wych i du­chow­nych tra­dy­cjach. Jej pra­dzia­dek ze stro­ny mat­ki, Toma Bu­di­sa­vl­je­vić (1777-1840), zo­stał w 1811 roku od­zna­czo­ny or­de­rem Le­gii Ho­no­ro­wej przez sa­me­go Na­po­le­ona!

Jed­no z jego sied­mior­ga dzie­ci, cór­ka Soka – po­ślu­bi­ła serb­skie­go mi­ni­stra Ni­ko­lę Man­di­cia, a jed­nym z owo­ców tego związ­ku, uro­dzo­nym w roku 1821, była wła­śnie Dziu­ka. Syn Tomy, Pajo Man­dić do­chra­pał się w au­stro-wę­gier­skiej ar­mii sta­no­wi­ska mar­szał­ka po­lne­go, ko­lej­ny syn, Pe­tar, zo­stał pra­wo­sław­nym bi­sku­pem Bo­śni.

Ży­cie ko­biet w tam­tych cza­sach nie było ła­twe – ocze­ki­wa­no od nich nie tyl­ko cięż­kiej pra­cy w go­spo­dar­stwie, ale tak­że wy­cho­wy­wa­nia dzie­ci oraz tro­ski o dom i ro­dzi­nę. Dziu­ka była naj­star­szą cór­ką w ro­dzi­nie z ośmior­giem dzie­ci i sy­tu­acja wcze­śnie zmu­si­ła ją do prze­ję­cia roli mat­ki, kie­dy ta stra­ci­ła wzrok wsku­tek nie­le­czo­nej ka­ta­rak­ty. Z tego też wła­śnie wzglę­du nie mia­ła cza­su ani moż­li­wo­ści uczęsz­cza­nia do szko­ły. Mimo to jed­nak, a może wła­śnie z tego po­wo­du, wy­kształ­ci­ła w so­bie za­dzi­wia­ją­cą pa­mięć, po­tra­fiąc re­cy­to­wać do­kład­nie całe tomy kra­jo­wej czy eu­ro­pej­skiej po­ezji. Po za­mąż­pój­ściu szyb­ko przy­szło na świat jej pię­cio­ro dzie­ci.

Ni­ko­la za­wsze twier­dził, że swą fo­to­gra­ficz­ną pa­mięć, a tak­że zdol­ność do ję­zy­ków oraz ge­niusz wy­na­laz­czy odzie­dzi­czył po mat­ce i ubo­le­wał, że Dziu­ka żyła na wsi, a nie w mie­ście, i to w cza­sie, gdy moż­li­wo­ści roz­wo­ju in­te­lek­tu­al­ne­go ko­biet były w znacz­nym stop­niu ogra­ni­czo­ne. W każ­dym ra­zie to wła­śnie mat­ka była dla nie­go głów­nym źró­dłem in­spi­ra­cji, zaś wszel­kie swe zdol­no­ści i póź­niej­sze suk­ce­sy przy­pi­sy­wał wła­śnie jej:

„Była pierw­szo­rzęd­nym wy­na­laz­cą – pi­sał – i głę­bo­ko wie­rzę, że gdy­by nie to, iż eg­zy­sto­wa­ła z dala od no­wo­cze­sne­go ży­cia i jego moż­li­wo­ści, mo­gła­by do­ko­nać rze­czy wiel­kich. Wy­my­śli­ła i sama wy­ko­na­ła wie­le na­rzę­dzi i urzą­dzeń, utka­ła naj­lep­sze wzo­ry za po­mo­cą sa­mo­dziel­nie uprzę­dzo­nych nici. Sia­ła na­wet ziar­no, dba­ła o upra­wy i sama do­ko­ny­wa­ła se­pa­ra­cji włó­kien. Pra­co­wa­ła nie­zmor­do­wa­nie od świ­tu do póź­nej nocy, a więk­szość odzie­ży no­szo­nej w ro­dzi­nie, jak i spo­ra część wy­po­sa­że­nia domu, były dzie­łem jej rąk”.

Po­nie­waż wie­leb­ny Mi­lu­tin Te­sla pi­sy­wał w wol­nym cza­sie wier­sze, chło­pak wy­ra­stał w at­mos­fe­rze, w któ­rej czę­sto po­ja­wiał się li­te­rac­ki spo­sób wy­sła­wia­nia i gdzie po­słu­gi­wa­nie się cy­ta­ta­mi z Bi­blii czy z po­ezji było tak na­tu­ral­ne jak pra­że­nie ku­ku­ry­dzy na wę­glu drzew­nym.

W mło­dzień­czych la­tach Ni­ko­la tak­że two­rzył po­ezję, a nie­któ­re utwo­ry za­brał póź­niej z sobą do Ame­ry­ki, cho­ciaż nig­dy nie ze­zwo­lił na ich pu­bli­ka­cję, bo uwa­żał je za zbyt oso­bi­ste. Gdy był już nie­co star­szy, znaj­do­wał przy­jem­ność w za­ska­ki­wa­niu swo­ich no­wych przy­ja­ciół cy­to­wa­niem ich ro­dzi­mej po­ezji (po an­giel­sku, fran­cu­sku, nie­miec­ku lub wło­sku) na za­im­pro­wi­zo­wa­nych spo­tka­niach. Wier­sze pi­sy­wał po­tem oka­zjo­nal­nie przez całe ży­cie.

* * *

Wy­na­laz­cą był wła­ści­wie od dziec­ka. Już w wie­ku pię­ciu lat zbu­do­wał koło wod­ne, jed­nak zu­peł­nie inne od tych, któ­re wi­dy­wał we wsi. Koło Te­sli było gład­kie i bez ło­pa­tek, lecz mimo to bez tru­du ob­ra­ca­ło się w nur­cie stru­mie­nia. Wie­le lat póź­niej przy­po­mniał so­bie o tym kole przy kon­stru­owa­niu uni­kal­nej bez­ło­pat­ko­wej tur­bi­ny.

Nie wszyst­kie jed­nak wy­na­laz­ki były tak uda­ne. Wie­le eks­pe­ry­men­tów oka­za­ło się po­mył­ką i ścią­gnę­ło na gło­wę Ni­ko­li całą masę kło­po­tów. Któ­re­goś dnia, na przy­kład, wdra­pał się na dach sto­do­ły z wiel­kim czar­nym pa­ra­so­lem ojca. Za­czął po­ru­szać nim gwał­tow­nie w górę i w dół aż po­czuł, jak za­krę­ci mu się w gło­wie, a jego cia­ło sta­je się lek­kie ni­czym piór­ko.

– Na tym da się la­tać – po­wie­dział ci­cho sam do sie­bie.

– Umiem la­tać! – po­wtó­rzył nie­co gło­śniej i… sko­czył.

Opór po­wie­trza na­tych­miast wy­wró­cił pa­ra­sol na dru­gą stro­nę. Ude­rze­nia w zie­mię na­wet nie po­czuł. Tyl­ko ja­kaś po­twor­na siła wtło­czy­ła mu żo­łą­dek do gar­dła i wy­ci­snę­ła z płuc cały zgro­ma­dzo­ny tam za­pas tle­nu. A po­tem przez krót­ką chwi­lę nie było nic, tyl­ko hu­czą­ca ciem­ność, w któ­rej bez koń­ca ob­ra­ca­ły się koła ogrom­nej ma­szy­ny. Za­wie­szo­ne wy­so­ko na nie­bie słoń­ce za­czę­ło wi­ro­wać ni­czym ogni­sta kula. Ro­bi­ło się co­raz mniej­sze i mniej­sze, aż zga­sło zu­peł­nie.

– Boże prze­naj­święt­szy, dziec­ko mi się za­bi­ło! – wy­krzyk­nę­ła z prze­ra­że­niem Dziu­ka, zna­la­zł­szy swą po­cie­chę le­żą­cą bez przy­tom­no­ści pod drzwia­mi sto­do­ły. Obok „zwłok” le­żał po­ła­ma­ny pa­ra­sol męża.

Mam­ro­cząc ja­kieś mo­dli­twy i ły­ka­jąc ci­sną­ce się do oczu łzy, wzię­ła Ni­ko­lę w ra­mio­na i po­pę­dzi­ła z nim do domu, wrzesz­cząc przy tym co sił w płu­cach:

– Mi­lu­tin! Mi­lu­tin, za­przę­gaj na­tych­miast ko­nie i pędź po le­ka­rza! Ni­ko­la spadł z da­chu!

– Nie ma chy­ba żad­nych zła­mań ani we­wnętrz­nych ob­ra­żeń – oświad­czył z po­wa­gą go­dzi­nę póź­niej dok­tor Ma­vro­vič, cho­wa­jąc do swej le­kar­skiej tor­by ste­to­skop. – Bio­rąc pod uwa­gę wy­so­kość, z któ­rej spadł, to wszyst­ko za­kra­wa wręcz na cud.

– Ni­ko­la, po coś ty tam, dzie­cia­ku, w ogó­le wcho­dził? – ge­stem bez­sil­nej roz­pa­czy oj­ciec za­ła­mał ręce nad le­żą­cym w łóż­ku sy­nem. – Nie przy­szło ci do gło­wy, że mo­żesz spaść?

– Ja wca­le nie spa­dłem, tato – wy­ja­śnił zgod­nie z praw­dą po­szko­do­wa­ny, wy­plu­wa­jąc roz­chwia­ny siłą upad­ku ząb.

– Jak to, nie spa­dłeś? Prze­cież…

– Ja sko­czy­łem.

– Sko­czy­łeś?… – wie­leb­ny Mi­lu­tin chwy­cił się za gło­wę. – Pa­nie dok­to­rze, pan sły­szy, co on bre­dzi? Może to ja­kieś uszko­dze­nie mó­zgu po­wsta­łe w wy­ni­ku upad­ku z wy­so­ko­ści…

– To żad­ne uszko­dze­nie – za­pro­te­sto­wał gwał­tow­nie Ni­ko­la. – Ja po pro­stu sko­czy­łem. Z pa­ra­so­lem.

– Z pa­ra­so­lem?

– Tak. Wy­peł­nia­ją­ce cza­szę po­wie­trze po­win­no osła­bić upa­dek, ale me­ta­lo­wa kon­struk­cja oka­za­ła się za sła­ba. Na­stęp­nym ra­zem we­zmę to pod uwa­gę i wzmoc­nię ją.

– Nie bę­dzie żad­ne­go na­stęp­ne­go razu! – krzyk­nął z prze­ję­ciem pan Te­sla. – Sły­szysz? Żad­ne­go ska­ka­nia. Je­śli tyl­ko zo­ba­czę cię w po­bli­żu sto­do­ły, to tak ci wy­gar­bu­ję skó­rę na pu­pie, że przez ty­dzień nie bę­dziesz mógł sia­dać!

* * *

Po­dob­nie nie­uda­ną kon­struk­cją Te­sli oka­zał się wy­pro­du­ko­wa­ny przez nie­go „sil­nik” o mocy szes­na­stu chra­bąsz­czy. Było to lek­kie urzą­dze­nie utwo­rzo­ne z kil­ku ma­leń­kich ka­wał­ków drew­na, two­rzą­cych wia­trak na ob­ro­to­wym trzpie­niu z wie­lo­krąż­kiem, przy­mo­co­wa­ne do ży­wych chra­bąsz­czy. Kie­dy Ni­ko­la sma­ro­wał kle­jem skrzy­dła owa­dów, te ma­cha­ły nimi de­spe­rac­ko, a ma­szy­na wy­da­wa­ła się star­to­wać w po­wie­trze.

Ten kie­ru­nek ba­dań zo­stał jed­nak za­rzu­co­ny na za­wsze po pew­nym wy­da­rze­niu, któ­re mia­ło miej­sce pod ko­niec czerw­ca 1861 roku. Ni­ko­lę od­wie­dził wte­dy ko­le­ga, Ra­do­van, ma­ją­cy dość szcze­gól­ne upodo­ba­nia ku­li­nar­ne. Uwiel­biał na przy­kład pra­żo­ne ko­ni­ki po­lne, któ­re, jak raki, zmie­nia­ły pod­czas tego pro­ce­su ko­lor z zie­lo­ne­go na czer­wo­ny. Sma­ko­wa­ły po­dob­no jak wę­dzo­ne szprot­ki. Po­dob­no, bo mimo za­chę­ty ze stro­ny przy­ja­cie­la, Ni­ko­la nig­dy nie prze­mógł się, by skosz­to­wać tego spe­cja­łu.

Rad­ko nie gar­dził też chra­bąsz­cza­mi, zja­dał jed­nak tyl­ko ich od­wło­ki, a pan­ce­rzy­ki wy­rzu­cał. Za­uwa­żyw­szy sto­ją­cy obok peł­ny sło­ik chra­bąsz­czy, nie py­ta­jąc wła­ści­cie­la o po­zwo­le­nie, z lu­bo­ścią na­pchał so­bie nimi usta. Mło­dy wy­na­laz­ca zwy­mio­to­wał na ten wi­dok i za­prze­stał na za­wsze eks­pe­ry­men­tów z owa­da­mi.

W ko­lej­nych dzia­ła­niach Ni­ko­la za­brał się na­to­miast za roz­kła­da­nie i po­wtór­ne skła­da­nie ze­gar­ków dziad­ka Te tak­że – jak wspo­mi­nał – zo­sta­ły szyb­ko za­nie­cha­ne. „Pierw­sza ope­ra­cja, czy­li roz­ło­że­nie, uda­wa­ła się za­wsze, dużo go­rzej było z dru­gą, to zna­czy ze zło­że­niem z po­wro­tem”. Mi­nę­ło trzy­dzie­ści lat, za­nim po­now­nie sta­wił czo­ło me­cha­ni­zmo­wi ze­gar­ka.

Nie wszyst­kie jego nie­uda­ne mło­dzień­cze wy­czy­ny po­sia­da­ły na­uko­wą na­tu­rę. „W mie­ście miesz­ka­ła pew­na bo­ga­ta dama – wspo­mi­nał w swej krót­kiej au­to­bio­gra­fii. – Do­bra, ale na­dę­ta ko­bie­ta, któ­ra za­wsze cho­dzi­ła do ko­ścio­ła pięk­nie wy­ma­lo­wa­na, w stro­ju z dłu­gim tre­nem i do­dat­ka­mi. Pew­nej nie­dzie­li, gdy wła­śnie skoń­czy­łem dzwo­nie­nie na dzwon­ni­cy ko­ściel­nej i zbie­ga­łem po scho­dach w dół, do­stoj­na dama wła­śnie wy­cho­dzi­ła, a ja wy­lą­do­wa­łem na jej tre­nie, któ­ry ode­rwał się z trza­skiem przy­po­mi­na­ją­cym sal­wę z musz­kie­tów od­da­ną przez świe­żych re­kru­tów”.

Jego oj­ciec, choć siny z wście­kło­ści, trzep­nął go tyl­ko lek­ko po twa­rzy. „Była to je­dy­na kara cie­le­sna, jaką mi kie­dy­kol­wiek wy­mie­rzył, ale czu­ję ją do dzi­siaj” – stwier­dził po la­tach do­ro­sły już Te­sla. – Mi­lu­tin tłu­ma­czył, że jego za­że­no­wa­nia i zmie­sza­nia wręcz nie da się opi­sać, a wy­da­rze­nie to prak­tycz­nie spo­wo­do­wa­ło boj­kot „chu­li­ga­na” przez miej­sco­wą spo­łecz­ność.

Na szczę­ście do­brym zrzą­dze­niem losu Ni­ko­la do­stał wkrót­ce szan­sę po­pra­wy swej moc­no nad­szarp­nię­tej w oczach wsi re­pu­ta­cji. Wo­bec wy­bu­cha­ją­cych czę­sto po­ża­rów miej­sco­we wła­dze zde­cy­do­wa­ły się na za­kup no­wych mun­du­rów dla stra­ża­ków oraz no­wo­cze­sne­go urzą­dze­nia ga­śni­cze­go. Jak sta­ry oby­czaj na­ka­zu­je, wy­da­rze­nie tej ran­gi na­le­ża­ło od­po­wied­nio uczcić. Lu­dzie przy­by­li na pa­ra­dę, były dłu­gie prze­mó­wie­nia, świe­że kwia­ty i to­a­sty wzno­szo­ne pro­du­ko­wa­ną na miej­scu tra­va­ri­cq, na­lew­ką zio­ło­wą spo­rzą­dza­ną na ba­zie ra­ki­ji.

Na ko­niec pa­dła ko­men­da, by dać po­kaz pom­po­wa­nia wody no­wym sprzę­tem. Wą­sa­ty stra­żak uru­cho­mił urzą­dze­nie, lecz z dy­szy nie po­le­cia­ła ani jed­na kro­pel­ka. Na smil­jan­skich wło­da­rzy padł bla­dy strach, co za kom­pro­mi­ta­cja! Pod­czas gdy oj­co­wie wsi za­czę­li go­rącz­ko­wo dys­ku­to­wać, za­sta­na­wia­jąc się, co da­lej ro­bić, by­stry mło­dzian po­biegł nad rze­kę. Tam zo­ba­czył to, co wcze­śniej po­dej­rze­wał – wąż był za­ła­ma­ny. Szyb­ko go wy­pro­sto­wał i woda po­cie­kła na­tych­miast we­so­łym stru­mie­niem. Za­sko­cze­ni tym miej­sco­wi no­ta­ble w jed­nej chwi­li zo­sta­li prze­mo­cze­ni do su­chej nit­ki. Ale to nie było waż­ne – ubra­nia wy­schły szyb­ko pod pa­lą­cym chor­wac­kim słoń­cem. Li­czył się tyl­ko fakt, że ma­szy­na dzia­ła. Jesz­cze po wie­lu la­tach Te­sla opo­wia­dał o tym wy­da­rze­niu z prze­ję­ciem:

„Ar­chi­me­des, bie­ga­jąc nago po uli­cach Sy­ra­kuz, nie zro­bił więk­sze­go wra­że­nia niż ja wte­dy. Lu­dzie no­si­li mnie na rę­kach. By­łem bo­ha­te­rem dnia”.

* * *

W siel­skim Smil­jan, w któ­rym spę­dził pierw­sze lata, po­waż­ny chło­piec o wą­skiej twa­rzy i bu­rzy czar­nych wło­sów wy­da­wał się pro­wa­dzić uro­kli­we ży­cie. Tak jak w póź­niej­szych la­tach, gdy bez po­waż­niej­szych ob­ra­żeń ob­co­wał z wy­so­ko­na­pię­cio­wą elek­trycz­no­ścią, tak i wte­dy uda­wa­ło mu się wy­cho­dzić cało z nie­zwy­kle nie­bez­piecz­nych sy­tu­acji.

Pi­sał póź­niej – być może tro­chę na­wet prze­sa­dza­jąc – że le­ka­rze kil­ka­krot­nie za­ła­my­wa­li ręce, okre­śla­jąc go jako „bez­na­dziej­ny przy­pa­dek ludz­kie­go wra­ku”, gdy kil­ka­krot­nie się to­pił, gdy zo­stał pra­wie żyw­cem ugo­to­wa­ny w ka­dzi z go­rą­cym mle­kiem, gdy nie­wie­le bra­ko­wa­ło, by zo­stał skre­mo­wa­ny, czy też kie­dy nie­mal po­cho­wa­no go za ży­cia, za­my­ka­jąc na noc w sta­rej ka­pli­cy. Je­żą­ce włos na gło­wie uciecz­ki przed gro­ma­dą roz­wście­czo­nych psów, przed sta­dem osza­la­łych wron czy ostry­mi kła­mi dzi­ków do­peł­nia­ją ten ka­ta­log nie­do­szłych ka­ta­strof.

Po­zor­nie jed­nak dom jego ro­dzi­ców sta­no­wił idyl­licz­ne i siel­skie miej­sce. Owce pa­sły się na pa­stwi­skach, go­łę­bie gru­cha­ły na da­chu, a mały chło­piec kar­mił z za­pa­łem kur­cza­ki Każ­de­go ran­ka roz­ko­szo­wał się pa­trze­niem na sta­da gęsi, któ­re cu­dow­nie uno­si­ły się po­śród chmur i wra­ca­ły póź­niej, o za­cho­dzie, „w for­ma­cjach bo­jo­wych, któ­rych szyk i pre­cy­zja za­wsty­dzi­ły­by szwa­dron naj­lep­szych współ­cze­snych lot­ni­ków”.

Lato było naj­wspa­nial­szym okre­sem w Smil­jan, przy­najm­niej dla dzie­cia­ków. Lato to był czas węd­ko­wa­nia, ką­pie­li w rze­ce i wy­cie­czek po oko­licz­nych po­lach i la­sach. Czas bez­tro­skich, szcze­nię­cych za­baw.

Dużo go­rzej było na wsi póź­ną je­sie­nią. Przede wszyst­kim prze­raź­li­wie nud­no. Wi­śnie i ja­bło­nie tra­ci­ły li­ście, któ­re mo­kre od noc­ne­go szro­nu le­ża­ły na roz­grze­ba­nych grząd­kach, skąd po­wy­cią­ga­no ja­rzy­ny. Za­miast sło­necz­ni­ków, wa­bią­cych słoń­ce w ma­leń­kie okien­ka chat, ster­cza­ły tyl­ko zgni­łe ło­dy­gi. Bło­to za­le­ga­ło wszę­dzie, aż do sa­mych pro­gów. Drew­nia­ne okien­ni­ce skrzy­pia­ły i stu­ka­ły, po­ru­sza­ne zim­nym wia­trem. Z za­mglo­nych okien wi­dać było tyl­ko wro­ny na pło­cie, po­nu­ro ocze­ku­ją­ce, aż go­spo­dy­ni wy­rzu­ci im na po­dwó­rze coś do je­dze­nia.

Naj­więk­szym przy­ja­cie­lem trzy­let­nie­go Ni­ko­li był sza­ro­bu­ry kot zwa­ny po pro­stu Ma­čak (Ko­cur). Po obie­dzie wy­cho­dzi­li zwy­kle ra­zem z domu, by ba­wić się i fi­glo­wać na traw­ni­ku przed ko­ścio­łem.

„Ma­čak chwy­tał mnie swy­mi ostry­mi jak igła zę­ba­mi za spodnie, po­ka­zu­jąc nie­dwu­znacz­nie, że po­tra­fił­by bo­le­śnie uką­sić, gdy­by tyl­ko chciał – wspo­mi­nał Ni­ko­la. – Kie­dy jed­nak jego ząb­ki do­cho­dzi­ły do skó­ry, nie na­ci­skał moc­niej i te jego przy­ja­ciel­skie »uką­sze­nia« przy­po­mi­na­ły ra­czej de­li­kat­ne mu­śnię­cia skrzy­dła mo­ty­la”.

„Pa­mię­tam zimę – pi­sał pod ko­niec swe­go ży­cia, wspo­mi­na­jąc dzie­ciń­stwo – mroź­ną i su­chą. Śnieg trzesz­czał pod sto­pa­mi prze­chod­niów, a w po­wie­trzu zo­sta­wał za ludź­mi za­gad­ko­wy blask. Rzu­ca­ne przez dzie­cia­ki śnież­ki cią­gnę­ły za sobą błysz­czą­cą smu­gę. Tego wie­czo­ru gła­dzi­łem po grzbie­cie kota, kie­dy za­ob­ser­wo­wa­łem, że jego fu­tro jeży się, a moja dłoń prze­su­wa­ją­ca się po jego grzbie­cie wy­wo­łu­je sno­py iskier. Mój oj­ciec wy­ja­śnił mi, że to prąd – taki sam, jaki ob­ser­wu­ję w bły­ska­wi­cy pod­czas bu­rzy. Pa­mię­tam, jak mama się obu­rzy­ła: »Prze­stań gła­skać tego kota – zru­ga­ła mnie. – Jesz­cze się za­pa­li« Ale ja za­czą­łem się za­sta­na­wiać: czy na­tu­ra to taki ogrom­ny ko­cur? A je­śli tak, to kto gła­dzi go po grzbie­cie? Chy­ba sam Bóg – my­śla­łem.

Tym­cza­sem Ma­čak ze­sko­czył z mo­ich ko­lan. Wy­mył łap­ki i z jesz­cze wil­got­nym fu­ter­kiem szedł przez po­kój. Po­wie­trze wo­kół nie­go roz­ja­rzy­ło się lek­ko – jak au­re­ola wo­kół gło­wy świę­te­go. Ten ob­raz nie opusz­cza mo­je­go umy­słu. To chy­ba wte­dy roz­po­czą­łem pró­by po­zna­nia praw­dzi­wej na­tu­ry elek­trycz­no­ści. Osiem­dzie­siąt lat póź­niej wciąż szu­kam. Bez skut­ku”.

Któ­re­goś let­nie­go dnia mat­ka wy­ką­pa­ła go w sto­ją­cej w kuch­ni wiel­kiej ba­lii i na­gu­sień­kie­go wy­sta­wi­ła przed próg, żeby wy­sechł na słoń­cu. W pew­nej chwi­li wzrok chłop­ca skrzy­żo­wał się ze wzro­kiem spa­ce­ru­ją­ce­go dum­nie na po­dwó­rzu gą­sio­ra.

– Głu­pi je­steś – rzu­cił Ni­ko­la pod ad­re­sem wiel­kie­go pta­ka.

– Gę, gę, gę – od­po­wie­dział gniew­nie gą­sior, prę­żąc po­tęż­ną pierś i wy­cią­ga­jąc szy­ję.

– No wła­śnie – za­śmiał się Te­sla. – Tyl­ko to po­tra­fisz: gę, gę, gę.

Pta­szy­sko po­czu­ło się chy­ba ura­żo­ne kpi­na­mi ma­leń­kie­go dziec­ka, bo za­gul­go­ta­ło groź­nie jesz­cze raz i ru­szy­ło do ata­ku. Uką­sze­nia w nogi i pę­pek były wy­jąt­ko­wo nie­przy­jem­ne, gą­sior wie­dział do­brze, gdzie szczy­pać, żeby bar­dziej bo­la­ło. W koń­cu, wy­cią­ga­jąc mak­sy­mal­nie swo­ją dłu­gą, gięt­ką szy­ję, chwy­cił chłop­ca dzio­bem za kark.

Na szczę­ście roz­pacz­li­we krzy­ki syna w porę do­sły­sza­ła Dziu­ka. Wy­pa­dła przed dom z od­sie­czą i kil­ko­ma po­tęż­ny­mi kop­nia­ka­mi od­pę­dzi­ła na­past­ni­ka.

– Mu­sisz wie­dzieć, syn­ku, że nie bę­dziesz żył w po­ko­ju z gą­sio­rem czy ko­gu­tem, z któ­rych szy­dzi­łeś – po­wie­dzia­ła na ko­niec. – One będą wal­czyć z tobą tak dłu­go, jak żyją.

Do nie­zbyt przy­jem­nych wspo­mnień z dzie­ciń­stwa Te­sla za­li­czał rów­nież czę­ste – nie­ste­ty – wi­zy­ty w domu ro­dzin­nym cio­ci Vevy, jed­nej z sióstr jego mat­ki.

„Cio­cia Veva mia­ła dwa wy­sta­ją­ce zęby, jak kły sło­nia – wspo­mi­nał w książ­ce My In­ven­tions. – Ko­cha­ła mnie bar­dzo i za­wsze na po­wi­ta­nie ca­ło­wa­ła mnie w po­li­czek, za­ta­pia­jąc w nim przy oka­zji te swo­je wiel­kie zę­bi­ska. Krzy­cza­łem z bólu, lecz ona my­śla­ła, że to ze wzru­sze­nia, wgry­za­jąc się głę­biej i głę­biej. Kle­iła też do mo­ich ust swo­je war­gi, tak że z tru­dem uwal­nia­łem się, by zła­pać od­dech”.

* * *

Na tle tego po­zor­ne­go pięk­na i siel­sko­ści w umy­śle chłop­ca ko­tło­wa­ły się jed­nak de­mo­ny, trwa­ła pa­mięć po­nu­rych, trau­ma­tycz­nych wy­da­rzeń, któ­re za­szły w jego ro­dzi­nie. Na ile tyl­ko mógł się­gnąć pa­mię­cią wstecz, za­wsze za­uwa­żał cią­żą­cą na jego ży­ciu oso­bę star­sze­go o sie­dem lat bra­ta. Dla pię­cio­lat­ka był nie­mal­że bo­ha­te­rem. Dane, bły­sko­tli­wy chło­pak, oczko w gło­wie ro­dzi­ców, zgi­nął w wie­ku dwu­na­stu lat w ta­jem­ni­czym wy­pad­ku.

Nie wia­do­mo do koń­ca, w jaki spo­sób od­szedł z tego świa­ta Dane Te­sla. Mó­wi­ło się, że spadł ze scho­dów, w in­nej zno­wu wer­sji uto­pił się w stud­ni. Ni­ko­la wy­ja­śnił w swej au­to­bio­gra­fii – i nie ma po­wo­dów, by mu nie wie­rzyć – że zmarł za­bi­ty przez ulu­bio­ne­go ko­nia. Było to wspa­nia­łe zwie­rzę rasy arab­skiej, po­da­ro­wa­ne ro­dzi­nie przez bli­skie­go przy­ja­cie­la – ulu­bie­niec wszyst­kich, wy­ka­zu­ją­cy ludz­ką nie­mal in­te­li­gen­cję. Kie­dyś oca­lił na­wet ży­cie Mi­lu­ti­no­wi, uno­sząc go, gdy w za­sy­pa­nych śnie­giem gó­rach go­ni­ła go sfo­ra wy­głod­nia­łych wil­ków.

Ko­nie in­te­re­so­wa­ły Ni­ko­lę od wcze­sne­go dzie­ciń­stwa. Fa­scy­no­wa­ły i tro­chę prze­ra­ża­ły za­ra­zem. Cza­sa­mi na­wet śni­ły mu się w nocy. Wiel­kie, po­tęż­ne, nie­po­skro­mio­ne. Po­tra­fił pa­trzeć na nie go­dzi­na­mi, po­dzi­wia­jąc pięk­no i ele­gan­cję ich ru­chów. Cóż to była za przy­jem­ność, sie­dzieć na ko­niu i pa­trzeć tak na wszyst­ko z góry, sta­no­wić jed­ność z re­agu­ją­cym na każ­dy ruch dło­ni wspa­nia­łym zwie­rzę­ciem, wtu­lać się w jego pach­ną­cą, cie­płą grzy­wę. Nikt do­tych­czas nie prze­nik­nął do­kład­nie se­kre­tów in­stynk­tu tych po czło­wie­ku naj­pięk­niej­szych chy­ba na świe­cie stwo­rzeń.

Arab pań­stwa Te­slów fa­scy­no­wał go szcze­gól­nie. Wiel­ki, pół­dzi­ki, wy­jąt­ko­wej uro­dy ogier. Łą­czył w so­bie nie­okieł­zna­ną siłę, wy­bu­cho­wość i smęt­ną za­du­mę, sza­leń­czą od­wa­gę, ale i pod­stęp­ną nie­uf­ność. Rzad­ko za­cho­wy­wał się tak, jak za­cho­wu­ją się inne ko­nie. Nie cho­dził, tyl­ko pod­ska­ki­wał ta­necz­nym truch­tem. Cza­sem przy­klę­kał, wy­grze­by­wał dziu­ry w pia­sku, to zno­wu wy­ska­ki­wał w górę i rzu­cał wście­kle łbem na pra­wo i lewo. Na­gle, jak­by na ja­kiś nie­wi­docz­ny znak, zry­wał się znie­nac­ka i z roz­wia­ną grzy­wą wstrzą­sał zie­mię grzmo­tem ga­lo­pu.

Z cza­sem mię­dzy Ni­ko­lą a zwie­rzę­ciem za­wią­za­ło się coś na kształt przy­jaź­ni. Koń pa­trzył na nie­go smut­ny­mi oczy­ma, kie­dy ten czy­ścił mu ko­py­ta i wy­cie­rał sło­mą. Nie­kie­dy na­wet mięk­kim, de­li­kat­nym ru­chem wsu­wał chłop­cu gło­wę pod ra­mię. Ale zgod­nie z au­to­bio­gra­fią Te­sli, Dane zmarł od ob­ra­żeń spo­wo­do­wa­nych przez tego wła­śnie ko­nia. O sa­mym wy­pad­ku brak jed­nak ja­kich­kol­wiek szcze­gó­łów.

Co­kol­wiek Ni­ko­la zro­bił póź­niej, ro­dzi­na uwa­ża­ła za nie­cie­ka­we i bez zna­cze­nia w po­rów­na­niu z tym, cze­go spo­dzie­wa­no się po zmar­łym bra­cie. Jego wła­sne osią­gnię­cia po­wo­do­wa­ły, że ro­dzi­ce jesz­cze do­tkli­wiej od­czu­wa­li stra­tę. „Do­ra­sta­łem, ma­jąc sła­bą wia­rę w sie­bie Ale też da­le­ko mi było do tego, by uwa­ża­no mnie za głup­ca” – wspo­mi­nał.

Ist­nie­je też dru­ga, bar­dziej psy­cho­lo­gicz­nie za­wi­ła wer­sja tego, jak zgi­nął star­szy brat Ni­ko­li. We­dług tej wer­sji Dane zmarł z po­wo­du ob­ra­żeń od­nie­sio­nych pod­czas upad­ku ze scho­dów w piw­ni­cy. Nie­któ­rzy ba­da­cze przy­pusz­cza­ją, że chło­piec stra­cił świa­do­mość i w na­pa­dzie sza­łu oskar­żył Ni­ko­lę, że ten go po­pchnął. Zmarł krót­ko po­tem w wy­ni­ku groź­nych ura­zów gło­wy. Jak było na­praw­dę? Tego za­pew­ne już nig­dy się nie do­wie­my. Dziś, po upły­wie po­nad pół­to­ra wie­ku od zda­rze­nia, we­ry­fi­ka­cja któ­rej­kol­wiek z tych wer­sji nie jest moż­li­wa.

Jak­kol­wiek było, śmierć bra­ta tra­gicz­nie za­cią­ży­ła nad lo­sem Te­sli, któ­ry za­czął wy­ka­zy­wać od tego cza­su wy­raź­ne ozna­ki hi­per­ak­tyw­no­ści. W przy­szło­ści mia­ły one spo­wo­do­wać oskar­ża­nie wy­na­laz­cy przez róż­ne oso­by o eks­cen­tryzm.

* * *

Do­ro­sły już Te­sla czę­sto cier­piał z po­wo­du noc­nych kosz­ma­rów i ha­lu­cy­na­cji zwią­za­nych ze śmier­cią bra­ta. Szcze­gó­łów nig­dy w peł­ni nie wy­ja­śnił, ale wspo­mnie­nie tego wy­da­rze­nia cią­gle wra­ca­ło i ana­li­zo­wa­ne było przez całe jego ży­cie, jak­by po­cho­dzi­ło z róż­nych ram cza­so­wych. Za­ło­żyć moż­na tyl­ko, że pię­cio­let­nie dziec­ko, nie bę­dąc w sta­nie ra­dzić so­bie z ob­cią­że­niem do­mnie­ma­nej winy, mo­gło w swym umy­śle prze­ina­czyć wie­le fak­tów.

Spe­ku­lo­wać je­dy­nie moż­na rów­nież o tym, w ja­kim stop­niu śmierć Da­ne­go sta­ła się po­wo­dem fan­ta­stycz­nych fo­bii i ob­se­sji cią­gle roz­wi­ja­ją­cych się u Ni­ko­li. Pew­ne jed­nak jest to, że nie­któ­re prze­ja­wy skraj­nej eks­cen­trycz­no­ści wy­na­laz­cy po­ja­wi­ły się już we wcze­snych la­tach.

Wia­do­mo było po­wszech­nie, iż Te­sla czuł nie­po­ha­mo­wa­ną od­ra­zę do kol­czy­ków w uszach ko­biet, szcze­gól­nie pe­reł, cho­ciaż in­try­go­wa­ła go po­ły­sku­ją­ca krysz­ta­ła­mi bi­żu­te­ria czy też w ogó­le drob­ne, gład­ko wy­po­le­ro­wa­ne po­wierzch­nie.

„Na­ba­wi­łem się wie­lu dziw­nych przy­zwy­cza­jeń, zwy­cza­jów i awer­sji, z któ­rych część wią­że się z przy­czy­na­mi ze­wnętrz­ny­mi, a inne po­zo­sta­ją nie­wy­ja­śnio­ne – pi­sał. – Czu­łem dla przy­kła­du wstręt do dam­skich kol­czy­ków (…). Nig­dy tak­że nie do­tknął­bym wło­sów in­ne­go czło­wie­ka, chy­ba że pod groź­bą pi­sto­le­tu. O go­rącz­kę przy­pra­wia­ło mnie tak­że przy­pa­try­wa­nie się brzo­skwi­niom, a je­śli gdzieś w domu znaj­do­wa­ła się odro­bi­na kam­fo­ry, spra­wia­ło mi to wiel­ki dys­kom­fort”.

W cza­sie pro­wa­dze­nia ba­dań, gdy zda­rza­ło się wrzu­cić ka­wał­ki pa­pie­ru do ta­le­rzy­ka z pły­nem, po­wsta­wa­ło mu w ustach uczu­cie nie­przy­jem­ne­go sma­ku. Pod­czas spa­ce­ru li­czył kro­ki, przy je­dze­niu ob­li­czał ob­ję­tość zupy w ta­le­rzu czy kawy w fi­li­żan­ce, prze­li­czał ka­wał­ki po­kar­mu. Je­śli tego nie zro­bił, je­dze­nie nie spra­wia­ło mu przy­jem­no­ści – stąd zwy­czaj sa­mot­ne­go spo­ży­wa­nia po­sił­ków.

Zda­je się za­tem, że to nic in­ne­go, jak na­by­te w dzie­ciń­stwie lęki nie po­zwo­li­ły Te­sli na bli­skie związ­ki z in­ny­mi oso­ba­mi, w tym tak­że z ko­bie­ta­mi.

We­dług sa­me­go Ni­ko­li, ma­jąc na­dzie­ję na po­cie­sze­nie ro­dzi­ców po stra­cie Da­ne­go, pod­dał się on już we wcze­snym wie­ku że­la­znej dys­cy­pli­nie. Wszyst­ko po to, by stać się lep­szym. Żył do­słow­nie po spar­tań­sku, był dużo pil­niej­szy niż inni chłop­cy, bar­dziej wiel­ko­dusz­ny i naj­lep­szy pod każ­dym wzglę­dem. I wła­śnie w tym cza­sie, gdy za­pie­rał się w so­bie, gdy trzy­mał w ry­zach na­tu­ral­ne im­pul­sy – jak przy­pusz­czał – za­czę­ły się w nim roz­wi­jać te dziw­ne na­tręc­twa.

„Do ósme­go roku ży­cia – pi­sał – mój cha­rak­ter był sła­by i chwiej­ny”. Śni­ły mu się du­chy, mie­wał kosz­ma­ry, prze­śla­do­wał go strach przed ży­ciem, przed śmier­cią, przed Bo­giem. Ale wte­dy wła­śnie po­ja­wi­ły się pew­ne zmia­ny jako re­zul­tat jego ulu­bio­nych za­in­te­re­so­wań, do któ­rych na­le­ża­ło czy­ta­nie w zna­ko­mi­cie za­opa­trzo­nej bi­blio­te­ce ojca. Wie­leb­ny Mi­lu­tin Te­sla nie po­zwa­lał jed­nak­że sy­no­wi mieć świec, oba­wiał się bo­wiem, że Ni­ko­la mógł­by so­bie po­psuć wzrok, czy­ta­jąc po no­cach. Chło­pak zna­lazł na to spo­sób – zdo­był ko­niecz­ne ma­te­ria­ły, uszczel­nił drzwi, za­tkał dziur­kę od klu­cza i czy­tał całą noc. Nie prze­sta­wał na­wet wte­dy, gdy sły­szał wcze­sną, po­ran­ną krzą­ta­ni­nę mat­ki.

* * *

Od uro­dze­nia prze­zna­czo­ny był do sta­nu du­chow­ne­go. Cho­ciaż ma­rzył o zo­sta­niu in­ży­nie­rem, jego oj­ciec był w tym wzglę­dzie nie­ugię­ty. By przy­go­to­wać syna do przy­szłe­go za­wo­du, wie­leb­ny Te­sla wpro­wa­dził roz­kład za­jęć obej­mu­ją­cych ze­staw roz­ma­itych ćwi­czeń, ta­kich jak wza­jem­ne od­ga­dy­wa­nie swo­ich my­śli, od­kry­wa­nie nie­do­stat­ków nie­któ­rych form eks­pre­sji, po­wta­rza­nie dłu­gich zdań lub wy­ko­ny­wa­nie ob­li­czeń w pa­mię­ci. Te co­dzien­ne ćwi­cze­nia mia­ły za za­da­nie wzmac­nia­nie pa­mię­ci i zdro­wo­roz­sąd­ko­we­go my­śle­nia, a szcze­gól­nie roz­wi­nię­cie umie­jęt­no­ści kry­tycz­nej oce­ny sy­tu­acji.

By­stry Dane przed swą przed­wcze­sną śmier­cią do­świad­czał w chwi­lach pod­nie­ce­nia oso­bli­wych za­kłó­ceń wi­dze­nia w po­sta­ci po­ja­wia­nia się przed ocza­mi sil­nych bły­sków świa­tła. Po­dob­ne zja­wi­sko prze­śla­do­wa­ło Ni­ko­lę przez więk­szą część ży­cia.

Póź­niej opi­sał to jako „oso­bli­wą do­le­gli­wość po­le­ga­ją­cą na po­ja­wia­niu się ob­ra­zów, czę­sto ra­zem z bły­ska­mi świa­tła, któ­ra utrud­nia­ła wi­dze­nie rze­czy­wi­stych przed­mio­tów i za­kłó­ca­ła my­śli oraz dzia­ła­nia. Były to ob­ra­zy rze­czy i scen, któ­re rze­czy­wi­ście kie­dyś wi­dzia­łem, a nie wy­two­ry wy­obraź­ni. Gdy ktoś wte­dy do mnie mó­wił, ob­raz przed­sta­wia­ne­go przed­mio­tu sta­wał się wy­raź­niej­szy, tak że cza­sem nie by­łem w sta­nie stwier­dzić czy to, co mam przed ocza­mi, jest re­al­ne czy nie. Po­wo­do­wa­ło to nie­po­kój i złe sa­mo­po­czu­cie. Ża­den ze stu­den­tów psy­cho­lo­gii czy fi­zjo­lo­gii, z któ­ry­mi się w tej kwe­stii kon­sul­to­wa­łem, nie mógł za­do­wa­la­ją­co wy­ja­śnić tego zja­wi­ska”.

Teo­re­ty­zo­wał rów­nież, że ob­ra­zy te były wy­ni­kiem od­ru­chów mó­zgu na siat­ków­ce oka, po­wsta­ją­cych w chwi­lach sil­ne­go wzru­sze­nia W każ­dym ra­zie nie były to żad­ne ha­lu­cy­na­cje.

„Je­śli moje tłu­ma­cze­nia są wła­ści­we – twier­dził – po­win­na być moż­li­wa pro­jek­cja na ekran i wi­zu­ali­za­cja ob­ra­zu, któ­ry po­wsta­je w wy­obraź­ni. Po­stęp w tej dzie­dzi­nie zre­wo­lu­cjo­ni­zo­wał­by sto­sun­ki mię­dzy ludź­mi. Je­stem prze­ko­na­ny, że taki cud może i bę­dzie zre­ali­zo­wa­ny w przy­szło­ści, i mogę tu do­dać, że sam po­świę­ci­łem spo­ro swo­ich prze­my­śleń roz­wią­za­niu tego pro­ble­mu”.

Od cza­sów Te­sli pa­rap­sy­cho­lo­go­wie stu­dio­wa­li te­mat, dą­żąc do stwier­dze­nia, kto mógł­by do­ko­ny­wać pro­jek­cji po­wsta­łych w mó­zgu ob­ra­zów na rol­kę nie­na­świe­tlo­ne­go fil­mu. Bez­po­śred­nie prze­no­sze­nie my­śli na elek­tro­nicz­ną dru­kar­kę jest tak­że przed­mio­tem współ­cze­snych ba­dań.

By uwol­nić się od mę­czą­cych go ob­ra­zów i do­znać choć chwi­lo­wej ulgi, mło­dy Te­sla za­czął two­rzyć wła­sne świa­ty wy­obraź­ni. Każ­dej nocy roz­po­czy­nał po­dróż w kra­inę ilu­zji – oglą­dał nowe miej­sca, mia­sta i kra­je, żył w nich, po­zna­wał lu­dzi, za­wie­rał zna­jo­mo­ści i przy­jaź­nie. I choć brzmi to nie­wia­ry­god­nie, były one dla nie­go nie mniej dro­gie niż te z re­al­ne­go ży­cia, i nie mniej głę­bo­kie w od­czu­ciach.

Tak ro­bił do sie­dem­na­ste­go roku ży­cia, kie­dy to po­waż­nie zwró­cił swą uwa­gę na wy­na­laz­ki. Wte­dy ku swe­mu za­do­wo­le­niu stwier­dził, że dzię­ki tego ro­dza­ju spraw­no­ści nie po­trze­bu­je do swych ce­lów ro­bie­nia mo­de­li, ry­sun­ków czy prób, bo wszyst­ko był w sta­nie wy­two­rzyć w swo­jej wy­obraź­ni, tak że wy­da­wa­ło się to nie­mal re­al­ne.

Za­le­cał tę me­to­dę jako szyb­szą i bar­dziej sku­tecz­ną niż me­to­da czy­sto eks­pe­ry­men­tal­na. „Każ­dy, kto za­bie­ra się do kon­stru­owa­nia cze­goś – utrzy­my­wał – ry­zy­ku­je, że ugrzęź­nie w szcze­gó­łach, w na­pra­wia­niu uste­rek urzą­dze­nia i tym po­dob­nych kło­po­tach, tra­cąc przy oka­zji sprzed oczu pod­sta­wo­wą za­sa­dę tej kon­struk­cji. Moja me­to­da jest inna. Nie rzu­cam się w po­śpie­chu do pra­cy. Gdy mam po­mysł, od razu roz­po­czy­nam jego bu­do­wę w wy­obraź­ni. Zmie­niam szcze­gó­ły kon­struk­cji, uspraw­niam jej­bu­do­wę i uru­cha­miam urzą­dze­nie w umy­śle. Dla mnie zu­peł­nie nie ma zna­cze­nia, czy uru­cha­miam tur­bi­nę w wy­obraź­ni, czy w moim warsz­ta­cie. Po­tra­fię na­wet za­uwa­żyć, czy stoi ona pro­sto (…). Moje urzą­dze­nia za­wsze dzia­ła­ły do­kład­nie tak, jak to so­bie wy­obra­ża­łem, a eks­pe­ry­ment wy­cho­dził tak jak pla­no­wa­łem. W cią­gu dwu­dzie­stu lat nie zda­rzył się ża­den wy­ją­tek”.

Mimo tego ro­dza­ju stwier­dzeń, Te­sla jed­nak czę­sto wy­ko­ny­wał nie­wiel­kie szki­ce ca­ło­ści czy czę­ści swo­ich wy­na­laz­ków, cho­ciaż­by na wspo­mnia­nych wcze­śniej ser­wet­kach. Roz­wój Te­sli w dzie­ciń­stwie był do­syć po­gma­twa­ny, po­nie­waż wzmoc­nił on swe na­tu­ral­ne ta­len­ty tak ry­go­ry­stycz­ną dys­cy­pli­ną umy­słu, że nie­moż­li­we sta­ło się od­róż­nie­nie wro­dzo­nych cech, ja­ki­mi był ob­da­rzo­ny, od na­by­tych.

* * *

Nie­któ­rzy ba­da­cze hi­sto­rii tech­ni­ki i bio­gra­fo­wie wy­na­laz­cy uwa­ża­ją, że zna­ko­mi­ta pa­mięć Te­sli nie była pod żad­nym wzglę­dem nie­nor­mal­na, lecz sta­no­wi­ła wy­nik jak naj­lep­sze­go wy­ko­rzy­sta­nia tego, co otrzy­mał od Boga. Jed­nak moż­li­wość za­pa­mię­ty­wa­nia jed­nym spoj­rze­niem ca­łych stron tek­stu ma­szy­no­pi­su czy do­kład­nych za­leż­no­ści i roz­mia­rów mi­ria­dów wzo­rów na stro­nie – po­wiedz­my spo­so­bem fo­to­gra­ficz­nym, wy­jąt­ko­wą spo­strze­gaw­czo­ścią czy jak to na­zwać in­a­czej – wy­da­je się kwa­li­fi­ko­wać go ra­czej do lu­dzi ob­da­rzo­nych w spo­sób szcze­gól­ny. Taka pa­mięć za­czy­na zwy­kle słab­nąć w okre­sie mło­dzień­czym, pod­le­ga­jąc wpły­wo­wi za­cho­dzą­cych w or­ga­ni­zmie zmian che­micz­nych.

W przy­pad­ku Te­sli, praw­do­po­dob­nie w wy­ni­ku szcze­gól­ne­go wy­ćwi­cze­nia we wcze­snym dzie­ciń­stwie i dzię­ki póź­niej­szej au­to­dy­scy­pli­nie, jego fe­no­me­nal­na pa­mięć trwa­ła pra­wie przez całe ży­cie. Fakt, że za­czął on me­to­dą prób i błę­dów ko­ry­go­wać wy­po­sa­że­nie ba­daw­cze w Co­lo­ra­do, gdy był już w wie­ku śred­nim, wska­zy­wał­by jed­nak na jej słab­nię­cie.

Sam Te­sla uwa­żał, że jego me­to­da wi­zu­ali­za­cji wy­na­laz­ków ma jed­ną istot­ną wadę, po­wo­du­ją­cą ubó­stwo w sen­sie fi­nan­so­wym, przy nie­zwy­kłym oczy­wi­ście bo­gac­twie in­te­lek­tu­al­nym: Po­ten­cjal­nie cen­ne wy­na­laz­ki czę­sto były od­kła­da­ne na bok, bez fi­nal­nych, cza­so­chłon­nych uzu­peł­nień nie­zbęd­nych do osią­gnię­cia ko­mer­cyj­ne­go suk­ce­su. Ży­ją­cy współ­cze­śnie z Te­slą wiel­ki wy­na­laz­ca Tho­mas Alva Edi­son nig­dy by do cze­goś ta­kie­go nie do­pu­ścił. Wy­na­jął­by na­tych­miast kil­ku asy­sten­tów, by osta­tecz­nie upew­nić się, czy dane roz­wią­za­nie bę­dzie mia­ło po­wo­dze­nie czy nie. O Edi­so­nie po­wia­da­no zresz­tą, że po­sia­da szcze­gól­ny ta­lent do pod­bie­ra­nia wy­na­laz­ków in­nym au­to­rom i po­spiesz­ne­go za­no­sze­nia ich do Biu­ra Pa­ten­to­we­go.

W przy­pad­ku Te­sli było do­kład­nie od­wrot­nie. W jego umy­śle je­den po­mysł go­nił dru­gi szyb­ciej niż on sam był w sta­nie do­kład­niej się nad nim za­sta­no­wić. Gdy tyl­ko wy­obra­ził so­bie, jak jego wy­na­la­zek mógł­by pra­co­wać, z miej­sca za­czy­nał tra­cić dla nie­go za­in­te­re­so­wa­nie, bo na ho­ry­zon­cie wciąż po­ja­wia­ły się nowe in­try­gu­ją­ce wy­zwa­nia.

Wspo­mnia­na fo­to­gra­ficz­na pa­mięć tłu­ma­czy za­pew­ne rów­nież póź­niej­sze trud­no­ści wy­na­laz­cy, ja­kich do­świad­czał przy współ­pra­cy z in­ny­mi in­ży­nie­ra­mi. Pod­czas gdy oni po­trze­bo­wa­li świa­tło­ko­pii, czy­li wiel­ko­for­ma­to­wych ko­pii ry­sun­ków lub do­ku­men­tów, on oglą­dał je po pro­stu w swo­im umy­śle. Bę­dąc jesz­cze w szko­le pod­sta­wo­wej, mimo swej bły­sko­tli­wo­ści mie­wał kło­po­ty z ma­te­ma­ty­ką, po­nie­waż nie zno­sił bę­dą­cych w pro­gra­mie lek­cji ry­sun­ków.

Gdy ukoń­czył lat dwa­na­ście, uda­ło mu się wpraw­dzie – za po­mo­cą wie­lu ćwi­czeń – od­pę­dzić z umy­słu draż­nią­ce go ob­ra­zy, ale nig­dy nie był w sta­nie kon­tro­lo­wać nie­wy­tłu­ma­czal­nych bły­sków świa­tła, po­ja­wia­ją­cych mu się przed ocza­mi, kie­dy znaj­do­wał się w sta­nie sil­ne­go wzru­sze­nia spo­wo­do­wa­ne­go stre­sem czy za­gro­że­niem, albo też gdy był czymś bar­dzo ura­do­wa­ny. Zda­rza­ło się cza­sem, że wi­dział w po­wie­trzu ota­cza­ją­ce go ję­zy­ki ży­wych pło­mie­ni. In­ten­syw­ność tych do­znań miast ma­leć – ro­sła, osią­ga­jąc szczy­to­we na­si­le­nie, gdy ukoń­czył lat dwa­dzie­ścia pięć.

W wie­ku sześć­dzie­się­ciu lat wspo­mi­nał: „Te świetl­ne zja­wi­ska wciąż się po­ja­wia­ją, jak wte­dy gdy ude­rza mnie moż­li­wość za­ję­cia się no­wym po­my­słem, lecz nie są już one tak po­bu­dza­ją­ce i in­ten­syw­ne jak kie­dyś. Gdy za­my­kam oczy, nie­zmien­nie wi­dzę naj­pierw bar­dzo ciem­ne, jed­no­li­cie błę­kit­ne tło, tro­chę przy­po­mi­na­ją­ce noc­ne nie­bo bez gwiazd. W cią­gu kil­ku se­kund po­ja­wia­ją się na tym polu nie­zli­czo­ne ilo­ści bły­ska­ją­cych zie­lo­no płat­ków, uło­żo­nych jak gdy­by war­stwa­mi i pod­cho­dzą­cych do mnie. Na­stęp­nie po­ja­wia­ją się dwa ukła­dy rów­no­le­głych li­nii, usta­wio­nych wzglę­dem sie­bie pod ką­tem pro­stym. Ca­łość mie­ni się wszyst­ki­mi bar­wa­mi, lecz do­mi­nu­je ko­lor zie­lo­no­żół­ty i zło­ci­sty. Za­raz też te li­nie za­czy­na­ją sta­wać się co­raz ja­śniej­sze, a wszyst­ko zo­sta­je ob­fi­cie zro­szo­ne skrzą­cy­mi się krop­ka­mi świa­tła. Cały ob­raz prze­su­wa się w polu wi­dze­nia na lewo i po oko­ło dzie­się­ciu se­kun­dach za­ni­ka, po­zo­sta­wia­jąc po so­bie stre­fę ra­czej nie­przy­jem­nej i nie­ru­cho­mej sza­ro­ści. Ta sza­rość z ko­lei ustę­pu­je szyb­ko mo­rzu kłę­bią­cych się chmur, któ­re wy­da­ją się for­mo­wać w żywe kształ­ty. Cie­ka­wym było to, że nie mo­głem na tej sza­rej stre­fie stwo­rzyć wy­obraź­nią żad­ne­go ob­ra­zu do chwi­li, aż po­ja­wi­ła się dru­ga faza. Każ­dej nocy przed za­śnię­ciem prze­la­ty­wa­ły mi przed ocza­mi ob­ra­zy lu­dzi i róż­nych przed­mio­tów. Gdy je wi­dzę, to wiem, że je­stem bli­ski utra­ty świa­do­mo­ści. Je­śli ich nie ma i nie chcą się po­ja­wić – ozna­cza to bez­sen­ną noc”.

Na­tchnie­nie? Pa­lec boży? Dia­bel­ska in­ter­wen­cja? Dzi­siej­si psy­cho­lo­go­wie twier­dzą, że praw­do­po­dob­nie Te­sla cier­piał na zja­wi­sko zwa­ne sy­ne­ste­zją – jego mózg od­bie­rał rze­czy­wi­stość kil­ko­ma zmy­sła­mi rów­no­cze­śnie, stąd wła­śnie mo­gły brać się na przy­kład jego wi­zje bły­ska­wic, któ­rych nikt poza nim nie wi­dział.

Te­sla opi­sał też inne dziw­ne zja­wi­sko, któ­re­go do­świad­cza zresz­tą wie­lu twór­czych lu­dzi na ca­łym świe­cie. Cho­dzi­ło o taki szcze­gól­ny mo­ment w pro­ce­sie twór­czym, w któ­rym zna się już od­po­wiedź, mimo że pro­jekt nie zo­stał jesz­cze zre­ali­zo­wa­ny. „Cu­dow­ne w tym wszyst­kim było to, że gdy do­świad­cza­łem tego ro­dza­ju uczu­cia, to wie­dzia­łem, że pro­blem jest już roz­wią­za­ny i że uzy­skam do­kład­nie taki efekt, ja­kie­go się spo­dzie­wam” – pi­sał.

Ogól­nie rzecz bio­rąc, prak­ty­ka po­twier­dza­ła tę in­tu­icję. Nie­mal w każ­dym przy­pad­ku stwo­rzo­ne póź­niej przez Te­slę ma­szy­ny dzia­ła­ły. Mógł my­lić się w in­ter­pre­ta­cji na­uko­wych za­sad czy użyć nie­wła­ści­wych ma­te­ria­łów w swej kon­struk­cji, ale ma­szy­ny, naj­pierw two­rzo­ne i mo­dy­fi­ko­wa­ne w jego umy­śle, a do­pie­ro póź­niej od­twa­rza­ne w rze­czy­wi­sto­ści, zwy­kle dzia­ła­ły zgod­nie z jego ocze­ki­wa­nia­mi.

* * *

Po tej „in­te­lek­tu­al­nej wy­ciecz­ce” w głąb umy­słu póź­niej­sze­go wy­na­laz­cy, na­le­ży jed­nak cof­nąć się zno­wu do jego lat dzie­cię­cych i do ci­chej wio­ski Smil­jan w dru­giej po­ło­wie XIX wie­ku, do któ­rej za­wi­ta­ła wła­śnie wcze­sna wio­sna 1862 roku. Nad­mor­ska, spo­wi­ta w mgłę, sią­pią­ca czę­sto ka­pu­śniacz­kiem, chłod­na i za­pła­ka­na, ale wio­sna. Kwiet­nio­we wie­czo­ry sta­wa­ły się co­raz cie­plej­sze, krza­ki i drze­wa za­zie­le­ni­ły się, a gdy słoń­ce wyj­rza­ło zza chmur, cały świat zda­wał się uśmie­chać, jak­by ob­my­ty i wy­po­czę­ty po zi­mo­wym śnie. Noc na­sy­ca­ła po­wie­trze wo­nią kwit­ną­cych drzew cy­pry­so­wych, a roz­świe­tlo­na go­spo­da na skra­ju wsi roz­brzmie­wa­ła pio­sen­ka­mi i śmie­chem.

Dziu­ka przy­go­to­wa­ła wła­śnie dla ca­łej ro­dzi­ny uro­czy­stą ko­la­cję. W ca­łym domu pach­nia­ło sma­ko­wi­ty­mi će­va­pči­ci. Do przy­rzą­dze­nia tej po­tra­wy po­trzeb­ne są: mię­so ba­ra­nie, czer­wo­na ce­bu­la, czo­snek, słod­ka i ostra pa­pry­ka, pie­trusz­ka, olej, sól, woda, roz­ma­ryn, ma­je­ra­nek i oli­wa do sma­że­nia.

Ku­pio­ne na tar­gu świe­że mię­so mat­ka Ni­ko­li zmeł­ła w nie­daw­no na­by­tej ma­szyn­ce, w czym jak zwy­kle po­ma­gał jej mał­żo­nek. Prze­ci­snę­ła przez pra­skę czo­snek, do­da­ła przy­pra­wy, wodę, oli­wę, po­kro­jo­ną ce­bu­lę i pa­pry­kę, po czym wszyst­ko do­brze wy­mie­sza­ła, wy­ra­bia­jąc jesz­cze całą masę przez ja­kiś kwa­drans. Po od­sta­wie­niu wszyst­kie­go na całą noc w chłod­ne miej­sce, ufor­mo­wa­ła na­stęp­ne­go dnia ape­tycz­ne ru­lo­ni­ki, wy­glą­da­ją­ce jak gru­be, mę­skie pa­lu­chy. Wie­czo­rem usma­ży­ła je na go­rą­cym tłusz­czu, czę­sto prze­wra­ca­jąc, aż na­bra­ły ciem­no­czer­wo­ne­go ko­lo­ru.

Ser­bo­wie spę­dza­ją dużo cza­su przy sto­le, de­lek­tu­jąc się tłu­sty­mi, czę­sto ostry­mi po­tra­wa­mi. Lju­bav pro­la­zi kroz že­lu­dac – to serb­ska wer­sja przy­sło­wia „przez żo­łą­dek do ser­ca”, a nie­któ­rzy z nich do­da­ją jesz­cze: je­śli to praw­da, w Ser­bii bę­dzie­cie bez prze­rwy za­ko­cha­ni – ćete biti vje­čno za­lju­be­ni.

Na ich kuch­ni – po­dob­nie zresz­tą, jak i na chor­wac­kiej – naj­więk­sze pięt­no po­zo­sta­wi­ła pa­rę­set­let­nia oku­pa­cja tu­rec­ka. Do po­sił­ków po­da­je się tu czę­sto buł­ki pita