Władca Czarnego Zamku. The Lord of Château Noir - Arthur Conan Doyle - ebook
lub
Opis

Było to w tym czasie, kiedy niemieckie hordy zalewały Francję. Zdziesiątkowana armia młodej republiki odeszła za Ren na północ i za Loarę na południe. Od strony Renu w głąb kraju wdzierały się niepowstrzymane trzy fale uzbrojonych ludzi. Fale te oddalały się od siebie, to znowu zbliżały, mając na celu wspólne opanowanie Paryża, który należało okrążyć jakby pierścieniem ogromnego jeziora. Następnie jezioro to dało początek oddzielnym potokom. Jeden z nich popłynął ku północy, drugi na południe, aż do Orleanu, trzeci na zachód, do Normandii. Serca Francuzów targała rozpacz i oburzenie. Na ich przepięknym kraju wróg wycisnął piętno hańby. Walczyli za ojczyznę, lecz byli pokonani. Bili się do ostatniej kropli krwi i nie mogli dać rady niezliczonym pułkom piechoty, tej kawalerii, tym śmiercionośnym armatom. Obcoplemieńcy zawładnęli ich krajem i byli nieugięci w swym ogromie. Pozostała tylko, jako jedyny środek zbawienia, walka w pojedynkę...

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 44


 

 

Arthur Conan Doyle

 

Władca CzarnegoZamku

The Lord of Château Noir

 

 

Książka w dwóch wersjach językowych: polskiej i angielskiej.

A dual Polish-English language edition.

 

Przekład anonimowy

 

 

Armoryka

Sandomierz

 

 

 

Projekt okładki: Juliusz Susak

 

William Barnes Wollen (1857-1936),

Ilustracja do opowiadania A.C.Doyle The Lord of Château Noir,

licencja: public domain, źródło:

https://www.arthur-conan-doyle.com/index.php/William_B._Wollen

 

Tekst polski według edycji z roku 1922.

Tekst angielski z roku 1894.

Zachowano oryginalną pisownię.

 

© Wydawnictwo Armoryka

 

Wydawnictwo Armoryka

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

http://www.armoryka.pl/

 

ISBN 978-83-7950-594-4 

 

 

 

Władca Czarnego Zamku

Było to w tym czasie, kiedy niemieckie hordy zalewały Francję. Zdziesiątkowana armja młodej republiki odeszła za Ren na północ i za Loarę na południe. Od strony Renu wgłąb kraju wdzierały się niepowstrzymane trzy fale uzbrojonych ludzi. Fale te oddalały się od siebie, to znowu zbliżały, mając na celu wspólne opanowanie Paryża, który należało okrążyć jakby pierścieniem ogromnego jeziora.

Następnie jezioro to dało początek oddzielnym potokom. Jeden z nich popłynął ku północy, drugi na południe, aż do Orleanu, trzeci na zachód, do Normandji. Wielu z żołnierzy niemieckich pierwszy raz ujrzało w swem życiu morze. Konie ich pławiły się w słonych wodach w pobliżu Dieppe.

Serca Francuzów targała rozpacz i oburzenie. Na ich przepięknym kraju wróg wycisnął piętno hańby. Walczyli za ojczyznę, lecz byli pokonani. Bili się do ostatniej kropli krwi i nie mogli dać rady niezliczonym pułkom piechoty, tej kawalerji, tym śmiercionośnym armatom. Obcoplemieńcy zawładnęli ich krajem i byli nieugięci w swym ogromie. Pozostała tylko, jako jedyny środek zbawienia, walka w pojedynkę. W ten sposób można było jeszcze coś zdziałać. Waleczny francuz mógł jeszcze zadać niemcowi plagi, aby ten pożałował dnia, w którym przekroczył brzeg Renu. I oto wybuchła nader osobliwa, nienotowana w kronikach bitew i oblężeń, wojna. Była to wojna jednostek, w której pierwszorzędną rolę odgrywało zabójstwo z za węgła i brutalna represja.

Zwłaszcza taka podstępna wojna dała się najgorzej we znaki dowódcy 24-go Poznańskiego pułku piechoty, pułkownikowi von Gramm. Pułk jego kwaterował w normandzkiem miasteczku Less-Andeli, czołówki zaś i pikiety były rozesłane wokół miasta, po wioskach i dworach w okolicy. Jakkolwiek w pobliżu nie było wojska francuskiego, to jednak codziennie pułkownik odbierał nader nieprzyjemne raporty. Według tych doniesień pewnego razu został zabity żołnierz, stojący na warcie, to znowu innym razem przepadł oddział żołnierzy, wysłanych po żywność. Wiadomości podobne sprawiały, że pułkownik von Gram m dostawał napadu furji i z jego rozkazu płonęły domy, znajdujące się w pobliżu miejsca zbrodni, i wioskowi mieszkańcy dygotali ze strachu.

Ale te odwety nie odnosiły skutku, bo zaraz nazajutrz zaczynała się ta sama historja. Wszelkie przedsięwzięcia pułkownika spełzały na niczem i niewidzialnych wrogów nie można było zdławić. Poszczególne oznaki zbrodni kazały przypuszczać, że morderstw dokonywała jedna i ta sama ręka i że wypływały one z jednego źródła.

Gdy stosowanie gwałtu za gwałt nie dawało żadnego rezultatu, pułkownik uciekł się do złota. Oznajmiono wszystkim okolicznym włościanom, że ten, kto wskaże przestępcę, otrzyma pięćset franków nagrody. Ale na ogłoszenie to nie wpłynęła odpowiedź. Trzeba było podnieść nagrodę do wysokości ośmiuset franków, chłopi jednak i tym razem byli głusi. W tym czasie tajemniczy wróg zamordował kaprala, więc pułkownik znowu podwyższył nagrodę do tysiąca franków. Nareszcie za tę kwotę udało mu się podkupić duszę pewnego wyrobnika z fermy, nazwiskiem François Rejan, w którym chciwość przemogła nienawiść do niemców.

– Powiadasz więc, że znasz winowajcę tych wszystkich przestępstw? – zapytał pruski pułkownik, patrząc ze wstrętem na wyrobnika.

Przed nim stało indywiduum w niebieskiej bluzie, z twarzą podobną do szczura.

– Tak jest, panie pułkowniku, znam go.

– Co on za jeden?

– A jakże będzie z tysiącem franków?

– Nie otrzymasz ani grosza, dopóki nie sprawdzę, czy nie kłamiesz. Więc mów, kto mordował mych żołnierzy?

– Hrabia Eustachy z Czarnego Zamku.

– Łżesz! – krzyknął pułkownik ze złością – człowiek wykształcony i szlachcic nie popełniłby podobnego świństwa.

Chłop wzruszył ramionami.

– Cóż robić, widzę, że pan, panie pułkowniku, nie zna hrabiego. Wszystkie te zbrodnie – to czyny rąk jego. Mówię prawdziwie i wcale się nie boję, że pan sprawdzi moje słowa. Hrabia z Czarnego zamku jest człowiekiem ogromnie okrutnym. Przedtem też był nie lepszym, ale teraz zrobiło się z niego poprostu zwierzę. Bo to, widzi pan, podziałała tak na niego śmierć syna. Syna mu wzięto do niewoli pod Doues. Stamtąd zawleczono go do Niemiec a później w czasie ucieczki zginął. Hrabia miał tylko jednego syna i śmierć jedynaka doprowadziła starego do obłędu. Wśród nas on uchodzi za obłąkanego. Zebrał swoich chłopów i zaczął polować na niemiecką armję. Zabił, nie wiem, ale mogę powiedzieć, że on na czołach wszystkich zabitych wyrzyna krzyż. Krzyż – to herb jego nazwiska.

François Rejan mówił prawdę. Wszyscy zabici mieli na czołach nad brwiami wyrżnięte jakby myśliwskim nożem znaki w kształcie krzyża. Pułkownik pochylił się nad stołem i zaczął wodzić palcem po mapie.

– Czarny zamek oddalony jest stąd najwyżej o cztery mile – rzekł.

– Trzy mile, panie pułkowniku i kilometr.

– Znasz to miejsce?

– A jakże! Robiłem tam na dniówkę.

Pułkownik zadzwonił.

– Daj temu człowiekowi jeść i zatrzymaj go – zwrócił się do sierżanta.

– Za co mnie pan zatrzymuje panie pułkowniku? Ja wszystko wyznałem.

– Będziesz naszym przewodnikiem.

– Przewodnikiem?! A hrabia? Nie daj, Boże, dostać się w jego ręce! Och, panie pułkowniku!...

Pruski pułkownik ruchem ręki nakazał chłopu, aby zamilkł.

– Wezwij do mnie niezwłocznie kapitana Baumgartena – rzekł do sierżanta.

Kapitan