Witchborn. Córka czarownicy - Nicholas Bowling - ebook

24 osoby właśnie czytają

Opis

Anglia, rok 1577. Elżbieta I Tudor wtrąca do więzienia spiskującą Marię I Stuart, a matka Alyce  zostaje spalona na stosie za czary. Dziewczynie udaje się uciec z więzienia i choć zabija łowcę czarownic, to tak naprawdę jest to dopiero początek pogoni… Kiedy Alyce odkrywa, że jest zdolna do czarnej magii, zaczynają się nią interesować potężne siły polityczne. Tylko dlaczego jest dla nich aż tak ważna? Wkrótce  dziewczyna zostanie wrzucona w sam środek sekretnej politycznej walki pomiędzy królowymi, a los całej Anglii spocznie na jej barkach.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 346

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: Witchborn
Przekład: MATEUSZ RULSKI-BOŻEK
Redaktor prowadzący: Anna Kubalska
Redakcja: Agnieszka Trzebska
Korekta: Julia Topolska, Monika Michowicz
DTP: Katarzyna Piątek
Okładka: Norbert Wencel
Original English language edition first published in 2017 under the title WITCHBORN by The Chicken House, 2 Palmer Street, Frome, Somerset, BA11 1DS
Text copyright © NICK BOWLING, 2017 Cover © 2017 ERICA WILLIAMS
All character and place names used in this book are © NICK BOWLING and cannot be used without permission.
The Author/Illustrator has asserted his/her moral rights. This edition is published by arrangement with Chicken House Publishing. All rights reserved.
Copyright © for the Polish translation by Mateusz Rulski-Bożek, 2019 © Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o., Warszawa 2019
Wydanie I
ISBN 978-83-8073-074-8
Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o. 00-807 Warszawa, Al. Jerozolimskie 94 tel. 22 379 85 50, fax 22 379 85 51 e-mail:[email protected]
Konwersja:eLitera s.c.

Dedykuję Mamie i Tacie

.
.

LALKA to najzmyślniejszy z artefaktów magii sympatycznej. Z jej pomocą wiedźma może zarówno szkodzić, jak i leczyć. Uplótłszy z dozwolonych przez jej sztukę materiałów figurkę męża lub niewiasty, wiedźma wiąże ją z żyjącą duszą, dodając materię pobraną z żywego ciała, jak włosy albo skórę, tudzież ślinę, krew i tym podobne. Takim sposobem, cokolwiek wiedźma uczyni LALCE, to uczynione będzie i żyjącej duszy, z którą ta jest spleciona.

Liczne wiedźmy czynią LALKI na własny obraz i podobieństwo. Troszcząc się o nie, roztaczają ochronę nad własnym życiem.

FORDHAM w hrabstwie ESSEX

20 listopada 1577 roku

Za drugim razem zapukano głośniej. Ellen usłyszała wyraźnie dwa męskie głosy dochodzące zza okna chatki, a w tle pomruk tłumu przypominający szum fal. Najwyraźniej przyprowadzili ze sobą całą wieś.

Ściany domku ponownie zadrżały. Spojrzała na drzwi, zajrzała do kotła zawieszonego nad ogniem i znów przeniosła wzrok na drzwi. Ich sforsowanie nie sprawi intruzom wielkiego kłopotu, ale na pewno chwilę potrwa i da jej trochę czasu.

Pośpiesznie zebrała z półki nad paleniskiem znajdujące się tam przedmioty – suszone zioła, kamienie oraz słomiane i kościane figurki – i wrzuciła je do kotła, każdy z nich zatapiając w wywarze drewnianą łyżką. Potem dźwignęła parujący kocioł znad ognia i odstawiła go na klepisko.

– Otwierajcie, starucho!

Łomotanie do drzwi znów wstrząsnęło chatynką. Ellen westchnęła.

– Kogo nazywasz staruchą?! – mruknęła do siebie, sięgając po czepek zawieszony na oparciu krzesła i upychając pod nim burzę kasztanowych loków. – Aż taka leciwa jeszcze nie jestem...

Wyprostowała się, wygładziła ubranie i energicznie dociągnęła sznurowadło gorsetu. Kiedy już otworzy drzwi nieproszonym gościom, jej wygląd pewnie nie będzie miał znaczenia, ale nie zamierzała ułatwiać im zadania. Gdy zerknęła na dwa łóżka ustawione w kącie izby – jedno z nich było mniejsze – przez jej twarz przebiegł cień.

„Mam nadzieję, że pamięta, co ma zrobić”.

Znów łomotanie. Miała wrażenie, że drzwi zaraz wylecą z zawiasów.

„Oby była bezpieczna”.

Wzięła głęboki wdech i ruszyła otworzyć drzwi. Gdy to zrobiła, wnętrze chatki zalały blade światło dnia i zimne powietrze późnej jesieni.

To, co zobaczyła, bardziej ją zaskoczyło, niż przestraszyło. Stojący przed nią mężczyzna był niezwykle przystojny. Wydatne kości policzkowe, wygięte w łuk brwi i szpiczasta bródka nadawały mu nieco diabelski wygląd. To się jej spodobało. Twarz nieznajomego była okolona rozłożystą kryzą i wysokim czarnym kapeluszem z długimi piórami falującymi jak pióropusz na hełmie greckiego wojownika. Natomiast jego oczy wydawały się składać z samych źrenic – ogromnych, czarnych i zimnych jak staw w głębi lasu. Uśmiechnął się do niej.

– Dzień dobry panom – odezwała się łagodnie Ellen. U boku przystojnego mężczyzny stał jego wyższy, szczuplejszy towarzysz. W jednej ręce ściskał Biblię, w drugiej pętlę ze sznura. Za nim falował tłum zwykle brudnych i szpetnych, a teraz jeszcze wykrzywionych w dziwnym grymasie twarzy wieśniaków, którzy zgromadzili się wokół chatyny.

Przystojny odchrząknął i przemówił. Jego głos rozszedł się po okolicy jak uderzenie młota w kowadło.

– Ellen Greenliefe, na mocy traktatu Malleus Maleficarum oskarżam cię o odprawianie czarów, wypieranie się Boga Wszechmogącego i Jego Syna, Jezusa Chrystusa. O zawarcie paktu z diabłem, jako i praktykowanie sztuk magicznych i nekromancji, za pomocą których rzucałaś klątwy i szkodziłaś dobrym ludziom z wioski Fordham.

Gawiedź wydała z siebie stłumiony pomruk aprobaty. Aby ukryć, jakie wrażenie wywarła na niej przemowa mężczyzny, Ellen uśmiechnęła się do niego.

– Wybaczcie panowie, ale obawiam się, że nadłożyliście drogi na próżno. Jestem tylko biedną gospodynią. Przędę i tkam – wskazała dłonią zepsuty kołowrotek leżący pod ścianą na zewnątrz chaty.

Przystojny parsknął śmiechem.

– W to gotów jestem uwierzyć. Tkasz, i owszem, ale pajęczynę łgarstw i intryg. I to z wielką wprawą.

Widząc jego zadowoloną minę, Ellen pomyślała, że nieznajomy zaraz się ukłoni. Riposta mężczyzny dodała wigoru wieśniakom. Zaczęli wznosić okrzyki poparcia.

– Jej noga nie postała w kościele!

– Przez nią mleko nam skwaśniało!

Ellen westchnęła i wychylając się zza ramienia nieznajomego, krzyknęła:

– Na temat mleka, panie Garrardzie, rozmówcie się z waszą krową, a nie ze mną. – Z tłumu dobiegł ją chichot jednego z dzieci. – Wejdźcie, panowie. Do Londynu długa droga. Odetchniecie chwilę, podjecie sobie, a potem odprowadzę was do gościńca. Właśnie ugotowałam potrawkę.

– Zwodzi was! – zakrzyknął jeden z wieśniaków. – Nakarmi was jadem!

– Przyznaję, że gotuję nietęgo, ale to już zakrawa na arogancję... Zajdźcie do izby, dajcie odpocząć nogom.

Gość z bródką stał wyszczerzony w uśmiechu, ale jedno oko drgnęło mu niecierpliwie. Czekał, aż wrzawa wśród wieśniaków ucichnie.

– Bardzoś łaskawa – odparł cicho, ale w jego oczach kłębiła się już ciemniejąca z każdą chwilą chmura burzowa. – Zajdziemy do twojej chaty, jednak zaproszenia nam nie trzeba, bo nie w gościnę przyszliśmy.

Twarz Ellen stężała.

– Jeśli szukacie dowodów na to, że odprawiam czary, to niestety spotka was zawód.

– A jakże – odparł przybysz, podchodząc bliżej. Zmierzył ją od stóp do głów drapieżnym spojrzeniem, jakby spodziewał się znaleźć obciążające Ellen dowody na jej ciele. – Tuszę, że diabeł nauczył cię przebiegłych sposobów ukrywania tego podłego procederu.

Parsknęła lodowatym śmiechem.

– Zatem jeśli znajdziecie dowody, których szukacie, to zostanę potępiona, jeśli zaś ich nie znajdziecie, to będę winna ich ukrywania. Sprytnie! A sądziłam, że to ja mam być szachrajką!

Przystojne oblicze obcego wyszczerzyło się w uśmiechu, odsłaniając dwa rzędy idealnie białych zębów, które znalazły się o kilka cali od twarzy Ellen. Nieznajomy pachniał żelazem i dymem z ogniska.

– Może i zdołasz ukryć swoje utensylia, wiedźmo, ale własnego ciała przed nami nie schowasz. – Co rzekłszy, odzianą w rękawiczkę dłonią błyskawicznie chwycił Ellen za nadgarstek, pociągnął ją za próg chaty i zdarł rękaw koszuli z ramienia kobiety. Zimny powiew ukłuł ją w skórę. Zaskoczony tłum wydał z siebie westchnienie.

– Przyjrzyjcie się, dobrzy ludzie! – zatryumfował przybysz, po czym wywlekł Ellen dalej przed chatę i uniósł jej rękę ku niebu. – Oto brodawka jadowa, którą wiedźma karmi swojego chowańca! Kto wie, jak wiele ma ich na swoim ohydnym ciele!

Ellen spojrzała na dwa zgrubienia na skórze o kilka cali od nadgarstka. Niedawno oparzyła się dwuzębnym widelcem do pieczenia mięsa, a ranki nie zdążyły się całkiem wygoić. Przebiegła wzrokiem po twarzach wieśniaków, ale nie znalazła tam nic prócz nienawiści i ciemnoty, więc zwróciła się znowu do miażdżącego jej rękę mężczyzny:

– Szaleju żeście się najedli! To oparzenie, nie widzisz, głupcze? Pokaż mi kobietę w tej wiosce, która nie ma podobnych śladów!

– Wypiera się winy, choć dowód jest widoczny i niezbity! Podłe łgarstwa!

Ciżba zagotowała się z oburzenia. Na Ellen i jej chatę posypał się rzadki grad kamieni, pecyn błota i łajna. Przez chwilę elegant napawał się dzikim porywem tłumu, a potem przemówił do swojego towarzysza:

– Skrępujcie ją, panie Caxton, a ja przeszukam chatę. – Po czym zwrócił się do rozszalałej publiczności: – W środku kryje się jeszcze więcej bezeceństw, są jednak zbyt odrażające dla waszych oczu.

– Dziewczyna! – wrzasnęła jedna z kobiet. – Ona ukrywa dziewczynę!

Ellen wbiła spojrzenie w przybysza, ale ten odwrócił się już do niej plecami. Ryk tłumu zagłuszył wszystkie dźwięki, zalewając ją jak fale przypływu. Lecz mimo że intruz stał tyłem, usłyszała jego słowa. Wydawały się dobiegać z jej własnej głowy.

– Właśnie – wycedził. – Dziewczyna.

Nie oglądając się na Ellen, zniknął w ciemnym wnętrzu chaty.

Wyższy przybysz wykręcił jej ramiona za plecami i zaczął ciasno krępować jej nadgarstki. W jego ruchach znać było wprawę. Ellen jednak nie czuła bólu powodowanego przez wrzynający się w ciało sznur, potężniejącego gorąca w rękach ani lepkości dłoni i palców, bo całą jej uwagę pochłaniała jedna myśl: Co robić?!

Dryblas obrócił ją jeszcze raz, szarpnął i przełożył jej głowę przez pętlę tak, że sznur znalazł się na szyi Ellen. Z bliska twarz oprawcy robiła wrażenie zgoła odmienne od oblicza jego przełożonego. Była ziemista, obojętna i nie wyrażała żadnych uczuć. Wyjące gęby wieśniaków za jego plecami falowały jak fatamorgana, a jeszcze dalej, za plecami tłumu, majaczyły chłodne, gościnne korony bukowego lasu.

„Trzeba nam było uciekać, pomyślała Ellen: wziąć nogi za pas, gdy tylko ich zobaczyłam”.

Ekstrawagancki kapelusz zakołysał się w drzwiach i tropiciel czarownic ponownie wychynął na światło dnia. Uśmieszek wciąż błąkał się na jego ustach, ale teraz był jeszcze bardziej drapieżny. Mężczyzna podszedł zdecydowanym krokiem. Jego wysoki obojętny towarzysz zacisnął mocniej pętlę.

– Gdzie ona jest? – warknął tropiciel.

Ellen wbiła w niego wzrok. Zbliżył się jeszcze o krok i dał znak głową drabowi dzierżącemu sznur. Pętla zacisnęła się wokół jej tchawicy.

– Mów! – zażądał.

Przekrzywiła głowę. Sznur zacisnął się jeszcze mocniej.

– No, gadajże!

Gdzieś za oczami poczuła bicie serca.

– Gadaj, wiedźmo!

Ellen skupiła uwagę na mężczyźnie ze sznurem. Otworzyła usta, jakby próbowała wydobyć z siebie słowa, a on się nachylił, żeby je dosłyszeć. Kiedy znalazł się na tyle blisko, by mogła poczuć na twarzy jego śmierdzący oddech, rzuciła się ku niemu i pocałowała go w policzek.

Piękniś wybuchnął śmiechem.

– Obawiam się, panno Greenliefe, że twoje niewieście wdzięki, choć owszem niczego sobie, nie odwiodą nas od wykonania obowiązku. Chociaż pan Caxton z pewnością poczuł się mile połechtany.

Szepcąc cicho, Ellen odsunęła się od draba. Caxton uderzył ją wierzchem dłoni w twarz, przewracając kobietę na ziemię. Tłum zawył tryumfalnie.

I wtedy po raz pierwszy na jego bladej twarzy pojawił się cień emocji. Coś pomiędzy stracham a zaskoczeniem. Wyglądał tak, jakby chciał na nią splunąć, ale nie mógł tego zrobić. Jego usta zsiniały i pokryły się pęcherzami. W panice próbował mówić, ale najwyraźniej coś utkwiło mu w gardle. Zagulgotał i zachwiał się, wreszcie splunął. I wtedy zobaczył swój język, który wyleciał mu z ust jak czarny zgniły ślimak i upadł na ziemię między nogami.

Przystojny wpatrywał się przez chwilę w skamlącego kompana, a potem przeniósł wzrok na Ellen. Zrobił parę kroków do przodu, pochylił się i podniósł język swojego towarzysza palcem wskazującym i kciukiem odzianej w rękawiczkę dłoni. Wrzawa wśród wieśniaków ucichła. Teraz słychać był tylko pośpiesznie szeptane modlitwy.

– Ta kobieta i jej dziecko są zarazą! – krzyknął tropiciel. – Ich plugastwo dotknie nas wszystkich. Posłuchajcie zatem, co wam powiem, dobrzy ludzie, bo każdy medyk by tak rzekł: jest tylko jedna metoda przeciwdziałania zarazie! – Jego roziskrzony wzrok przeskakiwał przez chwilę po twarzach wieśniaków. – Ogień!

Całe Fordham zasnuły kłęby dymu wypełnione popiołem. Godzinę temu rozpadał się deszcz, ale resztki stosu żarzyły się jeszcze, a intensywny swąd zwęglonego drewna i ludzkiego ciała oblepił ściany chat. Wieśniacy mogli winić za to tylko siebie samych – poniósł ich zapał i znacznie przesadzili z wielkością stosu. Większość mieszkańców wsi wracała już wyczerpana do domów, ale niektórzy nie chcieli odpuścić dziewczynie – szukali jej w lesie, nawołując wrzaskliwie w blasku zawisłego nad horyzontem upiornego jesiennego słońca.

Przy dogasającym drewnie pozostało dwóch mężczyzn. Wpatrywali się w miejsce, gdzie wcześniej płonął stos. Nie zważając na mżawkę, John Hopkins trzymał swój wysoki czarny kapelusz w dłoniach i bezwiednie gładził zdobiące go pióra. Jego wysadzany perłami aksamitny dublet przesiąkł już zupełnie, a włosy całkowicie przemokły, jednak mężczyzna wydawał się nie zwracać na to uwagi. Towarzyszący mu miejscowy stał o krok za nim. Był stary, powolny w ruchach i ociężały na umyśle, kaszlał bez przerwy i krztusił się szarymi płatkami popiołu, które wiatr rzucał mu w twarz.

– Bogu dziękuję za wasze przybycie, panie – odezwał się, skłaniając nieco głowę.

– Hę?

– Bo... Bogu dziękuję. Że nam was przysłał.

Hopkins nie odpowiedział.

– Będę się modlić za towarzysza wielmożnego pana – ciągnął stary. – Żeby Bóg dał mu pocieszenie w jego... przypadłości.

– Jak uważasz.

Zdezorientowany pastor podniósł wzrok. Zamrugał, żeby pozbyć się popiołu z załzawionych oczu. Oczy Hopkinsa były utkwione w dogorywających zgliszczach.

– Twarda sztuka, prawda? – rzekł, bębniąc o koronę kapelusza zdobnymi w klejnoty palcami.

– Co proszę?

– Wiedźma. Zwykle zaczynają śpiewać, zanim jeszcze ogień liźnie im podeszwy stóp – mówił raczej do siebie niż do starego, a uśmieszek przylepiony wcześniej do jego ust teraz zniknął. – Ale ta... nie pisnęła ani słówka, zgodzisz się?

– Tak, panie. Znaczy musiała być na wskroś przesiąknięta diabelstwem. Zły trzymał się jej do samego końca. – Pastor uczynił znak krzyża.

Hopkins zacisnął zęby. Miał nadzieję, że paląc czarownicę, wywabi jej córkę z ukrycia. Albo że matka – kiedy już przywiążą ją do stosu – sama wyjawi, gdzie jest dziewczyna. Jednak ani jedno, ani drugie się nie stało, a Ellen Greenliefe już nie żyła.

Odwrócił się tak gwałtownie, że przestraszony pastor aż skulił się z jękiem.

– Czy dziewczyna miała w wiosce jakichś przyjaciół?

– Nie, panie. Obie były skryte i trzymały się jedna drugiej. Nigdy ich w Domu Bożym nie widziałem. Nawet po nałożeniu grzywny. Nosa z tej przeklętej chaty nie wyściubiały.

Hopkins przez chwilę mierzył starego wzrokiem, a potem przeniósł spojrzenie nad jego łysą głową na przycupnięty na pagórku powyżej wioski dom Ellen Greenliefe.

– Nosa nie wyściubiały, powiadasz... – mruknął.

Bez słowa włożył kapelusz na głowę i zostawiając pastora, ruszył zdecydowanym krokiem w górę wzniesienia. Deszcz przybrał na sile i żłobiona koleinami ścieżka szybko zmieniła się w błotnisty potok. Niebo wisiało nad głowami jak wielki poczerniały siniak.

Kiedy Hopkins dotarł do chaty, drzwi były wciąż otwarte na oścież tak, jak je zostawili, a ze środka ziały ciemność i pustka. Choć chata była malutka, to panujący w izbie mrok sprawił, że tropicielowi czarownic ścierpła skóra. Jeśli nie chce, żeby powtórzyły się wypadki z Norfolku, będzie musiał zachować ostrożność. Nad głową przetoczył się grzmot, a buki zaszumiały pod naporem zbierającej się burzy.

Hopkins wszedł do chaty i strzepnął wodę z płaszcza. W dogasającym świetle dnia dostrzegł dwa łóżka w jednym kącie izby, a w drugim – słaby poblask żaru na palenisku. Kocioł z zimną potrawką stał na klepisku tam, gdzie zostawiła go Ellen.

Poczekał, aż oczy przyzwyczają się do ciemności, i podszedł do łóżek. Coś zachrzęściło mu pod butem. Podłoga usłana była figurkami zwierząt i ludzi uplecionymi ze słomy i patyków. Podniósł jedną z nich, położył na dłoni i obejrzał dokładnie w słabym poblasku paleniska, po czym schował starannie do kieszeni dubletu i z chmurną miną rozpoczął obchód pomieszczenia. Chata była zbyt mała, żeby zmieścić fałszywą ścianę z kryjówką dla katolickiego księdza, albo innego dorosłego. Nawet dziecko nie miałoby się, gdzie schować. Ale z pewnością coś przeoczył.

Na zewnątrz znów przetoczył się grzmot. Tym razem piorun uderzył bliżej, co w chacie i głowie Hopkinsa zabrzmiało jak głuchy warkot psa zagonionego w ślepy zaułek. Pociemniało wokoło. Głęboki duszący mrok zdawał się wpełzać przez nozdrza z każdym oddechem.

Posuwając się po omacku, Hopkins uderzył palcem u stopy w coś twardego i nieruchomego. Bluznął przekleństwami, po czym ukląkł i oczyścił przedmiot z ziemi. Było to zimne w dotyku, przeżarte rdzą żelazne kółko. Dziwne, że nie dostrzegł go wcześniej.

Przykucnął, chwycił uchwyt i szarpnął do góry. Spróbował ponownie. Za trzecim razem udało mu się wyprostować nogi. Klapa odskoczyła i opadła ciężko na podłogę chatki. Izbę zalało pochodzące spod włazu pomarańczowe światło piecyka. Hopkins oparł ręce na biodrach i wyprężony w tryumfalnej pozie nad wejściem do wiedźmowej piwnicy, napawał oczy odkryciem.

Wtedy postanowiła zadać mu cios.

Nóż było tak ostry, że Hopkins zrozumiał, co się stało, dopiero gdy spojrzał w dół i zobaczył rękojeść wystającą mu spod żeber. Zatoczył się do przodu i runął do piwnicy, zdołał jednak zatrzymać się w połowie schodów. Obrócił się niezgrabnie, pragnąc przyjrzeć się swojej zabójczyni, która przeszła nad jego ciałem. Zobaczył twarz otoczoną lokami, które zdawały się płonąć własnym ogniem. Dopiero ten widok starł mu uśmieszek z ust.

A więc to prawda. To wszystko prawda.

Nie uciekła, tylko czekała w pobliżu, oddychając równo i spokojnie, gdy jego oddech spłycał się coraz bardziej i rwał. Poczuł dziwną drętwotę napływającą od palców u dłoni i nóg.

Dziewczyna przyglądała mu się bez przerwy, aż wreszcie jego świat zapadł w ciemność.

LONDYN

Miesiąc później

Alyce leżała zwinięta w kłębek na kamiennej posadzce. Rozprostowała się powoli i usiadła. Instynktownie sięgnęła ręką do głowy. Robiła to przy każdym przebudzeniu, za każdym razem wiedząc dokładnie, co tam znajdzie, a jej serce zamierało na dłużej zawsze, gdy czuła szorstką nierówną szczecinę w miejscu, gdzie kiedyś miała piękne loki.

Brakowało jej włosów, zwłaszcza w noce tak zimne jak ta. W całym swoim czternastoletnim życiu ani razu ich nie obcinała, więc były tak długie i gęste, że mogła owinąć się nimi jak kocem. Jej matka je uwielbiała. A dozorcy ścięli je bez zmrużenia okiem.

Włożyła palec do ucha i wydłubała z niego wosk, który umieściła tam wcześniej tego samego wieczora. Od wielu dni zbierała białe kropelki skapujące na podłogę ze świec dozorców, formowała je w kulki i zatykała nimi uszy, żeby zagłuszyć śmiechy, płacze i krzyki odbijające się co jakiś czas od ścian korytarzy. Nocą odgłosy te zawsze się nasilały.

W świetle księżyca – co w tych okolicznościach wydawało się osobliwe – cela wyglądała nawet ładnie. Wszystko zastygło w jasnym, delikatnym bezruchu. Podłogę zamieciono, wiadro stojące wcześniej w kącie zabrano, a Alyce dostała wiązkę świeżego siana na legowisko. Zupełnie jakby była ulubioną krową gospodarza. Na murze nad legowiskiem wisiały kajdany, w które dozorcy jednak jej nie zakuli. Owszem, zrobili przymiarkę, ale jej dłonie i nadgarstki okazały się zbyt cienkie, więc okowy z nich spadały. Tym niemniej przypominały, że Alyce jest więźniem, choć tu, gdzie się znalazła, formalnie nie było więzienia, a jedynie szpital. Napis nad bramą informował: Szpital królewski Bethlem, ale Alyce bardzo szybko się zorientowała, jak wygląda prawda. Bedlam – bo tak powszechnie zwano to miejsce – nie był lecznicą, a jego „pacjenci” nie przebywali tu po to, żeby odzyskać zdrowie.

Alyce pokuśtykała do okienka. Jej skostniałe z zimna stopy zrobiły się twarde jak kamienie w posadzce. Wyjrzała przez kratę. Wielki obszarpany kruk przycupnął na kalenicy budynku mieszczącego kwatery dozorców. Załopotał skrzydłami, przelatując nad dziedzińcem, poszybował nad bramą i zniknął w oddali.

Sen z powiek spędzały jej nie tyle wrzaski współwięźniów, co własne wspomnienia. Zalewały głowę przerażającym łomotem, od którego nie umiała się odciąć. Tych kilka ostatnich wypełnionych paniką chwil: strach w oczach mamy i jej palce zaciśnięte na ramionach Alyce tak mocno, że zostały po nich siniaki. Potem do wioski wjechał powóz i zatrzymał się przy wzgórzu. Mama w pośpiechu kończy pisać list, pieczętuje go i wpycha Alyce do piwniczki pod chatą.

– Pójdziesz do Bankside – zdążyła jeszcze powiedzieć. – Znajdź szubienicznika, Johna Dee, i oddaj mu ten list.

I zamknęła klapę, a potem...

Zmarznięta twarz Alyce nagle rozgorzała, zalewając się czerwienią. „Nie myśl o tym” – skarciła się. Poczuła, że pieką ją oczy. Miała wrażenie, że drażni je swąd spalenizny. „Porzuć te myśli. Nic się nie da zrobić”.

Całą drogę do Londynu pokonała, mamrocząc słowa mamy. Powtarzała je wciąż i na okrągło, aż wreszcie przestały cokolwiek znaczyć: „Bankside. Szubienicznik. John Dee. Bankside. Szubienicznik. John Dee”. Nie przestała odmawiać tej mantry nawet wtedy, gdy wpadła do przydrożnego rowu, w którym znalazł ją pan Makepiece. Leżała na wpół martwa z zimna, owinięta we własne brudne, mokre włosy. Nic dziwnego, że postanowił zabrać ją właśnie do Bedlam. Wydawała się być niespełna rozumu. A może naprawdę go postradała?

Z początku pan Makepiece planował zatrzymać ją tylko kilka dni. Siedząc w celi, słyszała echa niekończących się kłótni o to, kto ma zapłacić za jej pobyt – a nikogo takiego nie było. Dochodziły ją też urywki słów, że powinni wyrzucić ją na bruk i zwolnić miejsce dla pacjenta, który zasili ich placówkę w upragnione fundusze. W końcu jednak, mimo sprzeciwu pozostałych dozorców, pan Makepiece nie pozwolił jej wyrzucić, skutkiem czego śmierdząca cela w Bedlam od kilku tygodni stanowiła jej dom.

Nagle zza pleców dobiegł ją zgrzyt klucza w zamku. Pośpiesznie otarła łzy z oczu.

„Błagam, niech to będzie ten łagodny, a nie ten drugi”.

Jednak, niestety, był to właśnie „ten drugi”. Grubas. Ten, który krzyczał na nią, łajał, mówił, że Bóg ją opuścił i wstąpił w nią diabeł, i – dla uleczenia ze złych humorów – polewał lodowatą wodą z cebra. Pomimo zimna z jego czerwonej twarzy zawsze spływał pot, przyklejając kosmyki słomkowych włosów do czoła. Dyszał po wspinaczce po schodach, choć cela Alyce znajdowała się zaledwie na pierwszym piętrze.

– Witaj, gołąbeczko – wysapał bełkotliwie. Znów był pijany. Alyce przeszedł dreszcz. – Mamy zimną nockę. Pan Makepiece polecił, żeby wszyscy dostali coś na rozgrzanie. – Wypowiadając nazwisko przełożonego z ledwie ukrywanym jadem, wyciągnął w stronę Alyce miskę z owsianką.

Podpełzła do niego i wzięła miskę, nie spuszczając wzroku z błyszczącej twarzy dozorcy. Owsianka była lodowata.

Patrzył, jak dziewczyna odpełza w kąt celi i podnosi łyżkę szarej brei do ust.

– Alyce! – prychnął, zmarszczywszy brwi w udawanym oburzeniu, i pogroził jej palcem. – Dobry chrześcijanin zmawia przed jedzeniem modlitwę dziękczynną.

Nie pierwszy raz grał z nią w tę grę i Alyce zawsze przegrywała. Nie wiedziała, co to takiego ta modlitwa, a nawet gdyby ją znała, to i tak słowa nie przychodziły jej już z łatwością. Czasami panu Makepiece’owi udawało się wyciągnąć z niej zdanie lub dwa, ale do tego drugiego, którego nazywali Kempem, nigdy nie odezwała się ani słowem. Za to do jej milczącego świata docierały strzępki ich rozmów na jej temat. Raz pan Makepiece nazwał ją melancholiczką. Natomiast Kemp... cóż, on opisywał ją w bardziej dosadny sposób.

– Jeśli nie umiesz podziękować Bogu za to jadło, to nie mogę pozwolić, żebyś je spożyła. To by było wiarołomstwo. – Gdy Kemp wyciągnął rękę, żeby odebrać miskę, Alyce się skuliła. – Powtarzaj za mną: Benedic nobis, Domine Deus...

Alyce milczała, wpatrując się w niego.

– Powtarzaj! – Kemp napawał się swoją władzą, a jego twarz znów poczerwieniała. Szczęka zaczęła mu chodzić. – Benedic nobis...

I znów odpowiedziała mu cisza. Jednym ruchem zbliżył się o krok, chwycił podbródek Alyce tłustymi paluchami i zaczął poruszać nim do góry i na dół, jakby była lalką, którą można zmusić do mówienia.

Alyce poczuła falę gorącego wstydu, który szybko przerodził się w złość. Złapała miskę i chlusnęła jej zawartością w twarz dozorcy. Breja wylądowała na obliczu grubasa z satysfakcjonującym plaśnięciem.

Zapadła niezręczna cisza. Pan Kemp gapił się na Alyce zza usianej grudkami galaretowatej maski. Płatki owsiane oblepiły mu brwi i wraz z breją kapały z podbródka. Po raz pierwszy od długiego czasu, a Alice miała wrażenie, że minęły lata, miała ochotę się roześmiać. Jednak ta chwila szybko minęła. Kemp otarł oczy rękawem i wrócił do życia. Ryknął, chwycił ją za gardło i bluznął przekleństwami.

– Edmundzie!

Ten drugi głos ją zaskoczył. Brzmiał cicho i ciepło, ale było w nim słychać znużenie. Spoglądając nad ramieniem Kempa, dostrzegła w drzwiach innego mężczyznę. Był to pan Makepiece, ten dozorca, który ją znalazł, i jedyny, który okazywał Alyce odrobinę serca. Kemp puścił jej szyję i odwrócił się, dysząc.

– Co?

– Raczej nic nie powie, kiedy ziejesz jej w twarz swoim śmierdzącym oddechem. Zostaw ją.

Kemp prychnął.

– Ona nie chce przyjąć Pana, Thomasie! Jak ma dostąpić zbawienia, skoro nie umie się modlić?

– Nie wszystkie modlitwy trzeba zmawiać na głos, Edmundzie. Bóg zna myśli tego dziecka lepiej niż my.

Kemp spojrzał na Alyce. Na jej twarzy nie drgnął nawet jeden mięsień.

– Tak być nie może. Powinna głosić swoją wiarę wszem wobec, wołać Pana na cały głos, choćby i z dachu, błagając go o przebaczenie!

– Na dach jej nie puszczę, mogłaby spaść – odparł pan Makepiece łagodnie.

Kemp obrzucił go chłodnym spojrzeniem, a potem czknął, jakby jego własne ciało drwiło z tego zacietrzewienia.

– Wszyscy inni bełkocą, wyją i bredzą, ale jednak kilka słów modlitwy zmówić potrafią. Znają moc krzyża, gdy się go im pokaże. Ale ta tutaj... – Dziabnął ją swoim grubym paluchem w policzek.

Pan Makepiece pozwolił Kempowi ochłonąć i czekał na ciszę.

– Tak czy inaczej, teraz to już nie ma znaczenia. Opuszcza nas. Jeszcze dziś.

– Jak to „opuszcza”? – powtórzył Kemp.

„Jestem wolna?”, pomyślała Alyce.

– A tak. Czekają na nią na dole.

– Niby kto? – Kemp dopiero po chwili zrozumiał, kogo pan Makepiece ma na myśli, a potem jego tłusta, ociekająca owsianką twarz wyszczerzyła się w groteskowym uśmiechu. – A, widzisz! Nie myliłem się! – Odwrócił się do Alyce. – Będzie lepiej, jeśli czym prędzej nauczysz się modlić, dziewko. Wiedziałem!

Pan Makepiece zignorował go.

– Chodź, dziecko. Ktoś chce cię widzieć.

Alyce ruszyła, wdeptując przemarzniętą stopą w kałużę owsianki. Kemp stał wyszczerzony w przesadnie szerokim uśmiechu, który w świetle księżyca przypominał wyrzeźbioną z drewna maskę. Dziewczyna obeszła go szerokim łukiem. Gdy wyszli na korytarz, powietrze wypełniło się zawodzeniem, chichotem i obłąkańczym mamrotaniem innych więźniów. Ach, gdyby tylko znów mogła zatkać sobie uszy!

Pan Makepiece delikatnie położył dłoń na jej ramieniu. Podniosła na niego wzrok. Rysy jego twarzy były zarazem miękkie i ostre, jakby bieg lat wyrył mu na obliczu wyraz stanowczej, niedającej się zagłuszyć... dobroci. Ale dziś dozorca wyglądał smutniej niż zazwyczaj. Popatrzył na nią spod krzaczastych brwi.

– Niezmiernie mi przykro, Alyce. – I poprowadził ją schodami na dół.

Pan Makepiece nie musiał nic tłumaczyć. Alyce domyśliła się, kto czeka na nią w wartowni szpitala Bedlam. Było dla niej oczywiste, że tropiciele czarownic ją znaleźli. Bo któż inny mógł jej szukać? Mijając inne cele, widziała przez zakratowane okienka w drzwiach wpatrzone w nią blade twarze mężczyzn i kobiet. Nie mrugali powiekami, w ich oczach czaił się obłęd.

Miała zbyt pusty żołądek, żeby zwymiotować. Czuła się wydrążona w środku i cienka jak schnąca na sznurze chusta. Poczuła, że się poci. Pod lodowatą skórą jej ciało było rozpalone.

– Wprawdzie nie popieram metod pana Kempa – pan Makepiece odezwał się cicho, kiedy przemierzali rozbrzmiewającą tysiącem ech ciemność – ale zgadzam się, że modlitwa może ci się przydać. Kiedy cię stąd zabiorą... – zawiesił głos. Alyce utkwiła wzrok we własnych stopach. – Kiedy cię zabiorą, może się okazać, że masz niewielu przyjaciół poza samym Bogiem. Pamiętaj, że on zawsze cię wysłucha.

„Nie dałabym za to głowy”, pomyślała Alyce. Mama prawie nigdy nie wspominała o Bogu. Za to wieśniacy często o nim mówili, a z ich paplaniny wynikało, że Bóg nie myśli zbyt pochlebnie ani o niej, ani o jej matce.

Gdy dotarli na miejsce, wartownia była skąpana w przytłumionym rdzawym świetle dogasającego ognia, które powodowało, że komnata jawiła się jak jeden z kręgów piekieł. Z mrocznego kąta za kominkiem wychynęły dwa cienie tylko odrobinę bardziej materialne od innych, jakby sama ciemność zbiła się gęściej, by nadać im kształt i wprawić je w ruch.

„Ciekawe”, pomyślała Alyce. Przybysze wyglądali zupełnie inaczej niż ludzie, którzy przyszli po jej matkę. Ten w kapeluszu śnił jej się prawie co noc. Pewny siebie, butny pyszałek obwieszony perłami. Ale ci dwaj wyglądali na bardziej skrytych, może nawet zdenerwowanych. Byli odziani na czarno, mieli grube podróżne płaszcze, a ich twarze kryły się w cieniu rzucanym przez kaptury, tak że dało się dostrzec jedynie oczy, a i one w świetle paleniska odbijały tylko mizerny poblask.

– Alyce – przemówił jeden z przybyszów. Dziwne! Choć sylwetka wcale nie zdradzała niewieścich kształtów, głos był kobiecy. Drugi mężczyzna (a może też kobieta?) odwrócił się i popatrzył na swoją towarzyszkę, jak gdyby był tak samo zaskoczony jak Alyce. – Pójdziesz z nami.

Alyce przełknęła ślinę. Musieli śledzić ją od domu. Jak to możliwe, że nie zdołała ich zgubić?

– Tak się nie godzi – powiedział pan Makepiece, trzymając dłonie na ramionach Alyce. Jego ton wskazywał, że dozorca wygłaszał już wcześniej tę mowę, ale nigdy go nie słuchano. – To nie po chrześcijańsku. Ile lat może mieć ta dziewczyna? Trzynaście? Może czternaście? Znalazłem ją w rowie. Nie ma nikogo, kto by zapłacił za jej utrzymanie. Czy nie macie w sercu przebaczenia dla tego dziecka?

Mężczyzna wbił w niego wzrok, ale nie rzekł ani słowa. Potem się odwrócił i szepnął coś na ucho swojej towarzyszce.

Kobieta też się nie poruszyła, przekrzywiła tylko głowę, przyglądając się Alyce.

– Gdzie jej dobytek? – spytała. – Miała coś przy sobie, kiedyście ją brali pod dach?

– Nic prócz odzienia – odparł pan Makepiece.

– Przynieście je.

Dozorca westchnął.

– Mamy w zwyczaju oddawać szaty pacjentów do przytułków, by odziać biednych.

– I zdążyliście już je przekazać? – spytał mężczyzna, popatrując jednym okiem na swoją towarzyszkę.

Pan Makepiece wolno pokręcił głową.

– Jeszcze nie.

– Więc je przynieście.

W zawieszeniu pomiędzy panem Makepiece’em a dwojgiem stojących przed nią nieznajomych Alyce poczuła nagle, jak budzi się w niej niezwykła czujność. Słowa dozorcy roznieciły w jej brzuchu malutki ognik nadziei. Osłaniając pępek dłońmi, podsycała go i chroniła, jakby to był prawdziwy płomień, który można uchronić przez zgaśnięciem.

Jeśli nadal mieli jej sukienkę, to było prawdopodobne, że w kieszeni wciąż tkwi napisany przez mamę list. Jeśli Alyce zdoła odzyskać ten kawałek pergaminu, uciec z Bedlam i dotrzeć do Bankside – gdziekolwiek to miejsce się znajdowało...

Poczuła nadzieję, która ruszyła w niej bulgocącym potokiem, pryskając na boki jak woda. Ale Alyce była potwornie słaba i głodna, a nerwy miała zszargane i napięte jak postronki. Może nie było jej pisane uciec? Może los niósł jej właśnie takie zakończenie, w którym – tak jak jej matka – miała zostać pośpiesznie zerwana z łąki życia jak chwast, zmieciona jak ziarnko piasku w idealnie działającym mechanizmie świata, usunięta jak cierń z boku kosmosu? Może nawet sobie na to zasłużyła? Przecież zrobiła to, co zrobiła...

Pan Makepiece zostawił Alyce w wartowni pod okiem jej nowych strażników i powłócząc nogami, oddalił się do tajemniczych ciemnych zakamarków Bedlam, gdzie przechowywano ubrania pacjentów. Alyce stała, niepewnie przestępując z nogi na nogę.

– Zabijecie mnie, prawda? – wymamrotała.

Żadne z nich się nie odezwało.

– Przecież wiecie, co zrobiłam. Wiecie, kim jestem.

– Wiemy, kim jesteś – odpowiedziała kobieta. Woal skrywający jej twarz poruszył się pod naporem oddechu. – Ale czy ty to wiesz?

To osobliwe pytanie zaskoczyło Alyce. Czyżby nieznajoma się z niej naigrywała? Alyce poczuła posmak żółci głęboko w ustach, jakby zbierało jej się na wymioty. Nienawidzi tej kobiety! Nienawidzi ich obojga! Bardziej niż czegokolwiek na świecie!

– Matka nigdy ci o tym nie mówiła, prawda? Nie wyjawiła nic przez śmiercią?

Alyce przełknęła ślinę i zacisnęła dłonie w pięści twarde jak zmrożone kamienie.

– Powtórzę wam, co mi powiedziała, zanim spaliliście ją na stosie.

– Posłuchaj, dziecko...

– „Jeśli cię złapią, musisz ich zabić”.

Przybysze wymienili spojrzenia.

– Na waszym miejscu odpuściłabym sobie – wydyszała Alyce, celując w nich chudym, brudnym palcem. – Bo to nie będzie mój pierwszy raz, a okazuje się, że jestem w tym całkiem dobra.

Rzuciła się w stronę drzwi na spowity ciemnością dziedziniec. Mrok i kłębiąca się mgła tylko czekały, żeby wziąć ją w objęcia. Kobieta krzyknęła i rzuciła się za Alyce, która dopadła już progu, ale wtedy poczuła, jak silne dłonie mężczyzny chwytają ją w pasie i ciągną z powrotem. Alyce szarpała się, ale jego palce przylgnęły do jej ciała niczym korzenie drzewa. Zaczęła młócić ramionami jak cepem, aż wreszcie trafiła go łokciem w krocze. Spod zasłony skrywającej twarz mężczyzny wydobył się stłumiony jęk.

Już prawie wywinęła się z uścisku, gdy kobieta złapała ją za nadgarstek. To dało Alyce punkt oparcia. Obróciła się i wbiła brudne paznokcie w twarz nieznajomej, a potem przeciągnęła nimi w dół jej policzka. Kobieta cofnęła się gwałtownie, a wtedy kaptur zsunął się jej z głowy, ukazując bladą kanciastą twarz, niewiele różniącą się od czaszki. W brudnoczerwonej poświacie z paleniska wyglądała upiornie.

Dobiegł ich odgłos kroków z korytarza. To wracał pan Makepiece. Kobieta pośpiesznie naciągnęła kaptur na głowę i zasłoniła twarz woalem. Jej towarzysz jęczał, trzymając się za krocze. Alyce przyszło na myśl, by zaczekać na Makepiece’a. Miał jej ubranie i list. Ale nie było czasu do stracenia. Chwyciła ze stołu kufel, dla pewności grzmotnęła mężczyznę w skroń i wybiegła na podwórze.

Główne wrota już zamknięto. Musiała znaleźć inne wyjście na tyłach budynków szpitalnych, za ruinami kaplicy i cmentarzem. Puściła się biegiem. Jej bose stopy człapały głośno na bruku, ściągając smutne spojrzenia obłąkanych kobiet i mężczyzn z zakratowanych okienek cel.

Dopadłszy muru kaplicy, Alyce zatrzymała się zdyszana. Światło księżyca spłynęło na nią przez korony cisów. Rzucane przezeń blade cienie wiły się na nocnym wietrze, przybierając nieznane, czasem ludzkie kształty. To miejsce było pełne duchów. Znowu pomyślała o matce, lecz potrząsnęła głową, żeby odgonić to wspomnienie. „Potem sobie powspominasz. Teraz biegnij”.

Głos zakapturzonej kobiety odbił się echem za plecami Alyce. Czym prędzej przelazła przez murek i znalazła się na cmentarzu. Przemykając zygzakiem skulona przy ziemi, przypadała do coraz dalszych mogił obłąkanych nieszczęśników z Bedlam. Bose stopy chrzęściły na ziemi pokrytej lukrem szronu. Minęła ruiny kaplicy, pokonała następny niski murek i stanęła nad rowem. Chwiejnie zjechała po stromym brzegu i stanęła na dnie, zanurzona do pół łydki w brudnej lodowatej wodzie.

Rów znajdował się już poza murami Bedlam. Była wolna. Puściła się biegiem przez Pola Moor. Trawa siekła ją po łydkach, księżyc oświetlał drogę, a oddech buchał w noc gorącymi, skrzącymi się chmurami.

Uczucie tryumfu nie trwało jednak zbyt długo. Alyce nie miała pojęcia, dokąd uciekać, ale nie zatrzymała się ani na chwilę. Nie mogła. Dwukrotnie miała wrażenie, że wiatr niesie od strony Bedlam chrapliwy głos mężczyzny i wtedy udawało jej się wykrzesać jeszcze odrobinę sił, zmusić nogi, by pokonały następne kilkaset kroków. Towarzyszył jej jeszcze inny odgłos: przypominał luźny łopot jej własnej sukni, ale wydawało się, że jego źródło znajduje się o kilka kroków za nią, gdzieś nad głową. Mogła przysiąc, że to trzepotanie skrzydeł. Tylko raz odważyła się obejrzeć przez ramię, ale zobaczyła tylko ogrom nocnego nieba, który pochłonął wszystko, co zostało w tyle.

Biegła bez wytchnienia aż do murów miejskich Londynu. Idąc wzdłuż nich, stanęła wreszcie pod jedną z bram chronionych przez zwieńczoną blankami strażnicę. Bronę opuszczono już na noc. Miasto było niedostępne.

Nogi ugięły się pod nią z wycieńczenia, ale zdołała jeszcze wpełznąć na czworakach do osłoniętego narożnika, gdzie mur obronny łączył się ze strażnicą. Prawo do tego terytorium zarezerwowało sobie już wiele zwierząt, znacząc je odchodami. Tutaj jednak był przewiew. Mając w pamięci fetor panujący w dusznych murach Bedlam, Alyce stwierdziła, że to miejsce jest całkiem niezłe.

Jakiś czas siedziała bez ruchu w kącie między murami, ale wkrótce zmarzła. Uciekając, zdołała zostawić za sobą wspomnienia, które teraz jednak ją dogoniły. Potoczyła wzrokiem nad polami. Świat z tej perspektywy był pusty i wiał samotnością.

„Co ja tutaj robię?”.

Myśl o domu – choć była to myśl nieproszona – podsunęła Alyce pewien pomysł. Dziewczyna przykucnęła na piętach i rozejrzała się wokół za materiałem na coś, co pozwoli jej bezpiecznie przetrwać do rana.

Słoma, patyki, pióra i kości.

Zgrabiałymi palcami zaczęła pleść gałązki i słomę. Pod posłusznymi palcami wkrótce pojawiła się figurka bardzo przypominająca człowieka. Alyce mogła przysiąc, że słyszy mamę, która zagląda jej przez ramię, zachęcając i dając wskazówki. Dopiero potem zdała sobie sprawę, że bez kosmyka jej włosów lalka będzie zupełnie bezużyteczna. Niestety po przymusowych postrzyżynach w Bedlam głowę Alyce pokrywały teraz tylko marne kępki szczeciny. Póki co, nie nadawały się do niczego.

Alyce westchnęła i zwinęła się w kłębek jak pies. Objąwszy ramionami kolana, przyciągnęła nogi do ciała i mocno ścisnęła słomianą lalkę w dłoni. Marzyła o śnie, ale febryczny dygot trzymał ją na jawie.

A jednak musiała zasnąć, bo kiedy się ocknęła, otaczał ją gwar głosów i tupot nóg. Słyszała też ptaki dziobiące ziemię wokół jej głowy.

– Sio! Wynocha stąd! – warknął nieprzyjemny piskliwy głos, po czym coś się zakotłowało i w powietrze wzleciał obłok piór, kurzu i słomy.

Alyce otworzyła oczy. Miała wrażenie, że rozrywa świeżo zagojone rany. Na szczycie miejskiego muru dostrzegła czarny kształt cofający się za blanki. Kiedy biel dnia boleśnie ukłuła ją w oczy, dziewczyna się skrzywiła i położyła dłoń na głowie. Nie. Włosy nie odrosły.

Miejska brama wypełniła się już ludźmi. Mężczyźni i kobiety z towarami na handel ciągnęli do Londynu gęstym tłumem. Nieco dalej na drodze prowadzącej do bramy przewrócił się wóz. Marchew, pietruszka i inne płody ziemi wysypały się w błoto. Scena ta sprawiła niezłą uciechę tłumkowi gapiów. Przypatrywali się, jak właściciel kramu wywrzaskuje kalumnie pod adresem steranej życiem kościstej szkapy wciąż jeszcze napierającej na chomąto. Morze ordynarnych, różowych od zimna gęb przelewało się wokół Alyce, pokrzykując, parskając śmiechem i plując jej pod nogi kleistą flegmą.

Co za tłum! Alyce przez całe życie nie widziała tylu ludzi. Tylko po tej stronie bramy było ich ze dwa albo i trzy razy więcej niż wszystkich mieszkańców Fordham.

„Wiem, co to za jedni”, pomyślała dziewczyna, drżąc. „Widziałam ich wszystkich”.

Znała te twarze wywrzaskujące obelgi pod jej adresem, ilekroć wyszła z chaty, żeby nabrać wody ze studni. Przeklinające ją, kiedy tylko próbowała zamienić słowo z ich synami albo córkami. To właśnie takie facjaty szczerzyły się w uśmiechu, kiedy jej matka płonęła na stosie. O, tak. Dobrze znała te nieprzyjazne kołtuńskie gęby i fakt, że była tu obca, nie sprawiał, że czuła się bardziej bezpieczna.

Gdy wreszcie dźwignęła się na nogi, przemarznięte mięśnie wróciły do życia, wyjąc z bólu. Zachwiała się, zatoczyła i wtedy jej wzrok padł na młodego wychudzonego mężczyznę z zarostem. Stał w pobliżu przy ręcznym wózku wyładowanym ostrygami i świdrował ją wzrokiem.

– Wybaczcie – zaczęła, czując, że język puchnie jej w ustach i lepi się do podniebienia. – Gdzie mogłabym...

– Mówiłem też do ciebie. Wynoś się stąd. – To był ten sam głos, który słyszała wcześniej. Oddech nieznajomego cuchnął porem zmieszanym z cebulą. Jego słowa dotarły do Alyce w mżawce śliny. – To, że Cripplegate zowią „bramą chromych”, nie znaczy, że mają się tu zbierać kaleki. – Brutalnie pchnął ją na ziemię i wrócił do zachwalania swojego towaru.

Napływająca do miasta rzeka ludzi wzbierała z każdą chwilą. Gdy Alyce wreszcie znów dźwignęła się na nogi, minęło ją stadko prosiąt salwujące się ucieczką przed młodszym od niej chłopcem, który, bliski płaczu, usiłował zagonić je przez bramę do miasta. Wszechobecny smród i zgiełk były nie do zniesienia.

Nabrzeże Bankside. Tam kazała jej iść matka. A zatem – z listem czy bez niego – musi odnaleźć rzekę.

Zacisnęła dłoń na figurce ukrytej w przedniej kieszeni sukni i ruszyła w stronę bramy. Otaczający ją tłum rozstąpił się nieznacznie, obrzucając ją spojrzeniami wprawdzie przelotnymi, ale jednak dość przenikliwymi, by stwierdzić, że zdecydowanie nie chce mieć z nią do czynienia. Poczuła się jak zadżumiona.

Gdy znalazła się wewnątrz miejskich murów, pomyślała, że Londyn został zaprojektowany i zbudowany przez pijaka, który obrzucił cały północny brzeg Tamizy niechlujnymi rzędami rozchwianych domów tworzących oszałamiający labirynt ulic i zaułków, po czym – rozdęty dumą z ukończonego dzieła – postanowił ogłosić swoje wyłączne prawo do tej chaotycznej metropolii, spryskując każdy jej zakątek moczem. Całe miasto śmierdziało uryną.

Po przejściu ledwie kilkuset kroków Alyce zrozumiała, że jeśli czegoś nie zje, wcale nie zdoła dotrzeć do rzeki. Umierała z głodu. Wspomnienie cuchnącego porem i cebulą oddechu mężczyzny za miejską bramą sprawiło, że ślina napłynęła jej do ust.

Problem polegał na tym, że nawet gdyby Alyce miała przy sobie kilka pensów, to i tak nikt nie pozwoliłby jej zbliżyć się do straganu, żeby mogła je wydać. Handlarki rybami fukały na nią, okładając koszami jak bezpańskiego kundla, sprzedawcy produktów spożywczych i chleba drwili z niej i obrzucali przekleństwami, przeganiając z jednego zaułka do następnego, aż wreszcie znalazła się na dziedzińcu gospody. Wycieńczona padła na mokrą słomę w boksie dla koni. Zdołała wypić dwa łyki mętnej wody z koryta, kiedy nogi obute w jeździeckie sztyblety wykopały ją w uliczne błoto.

Nie zemdlała tylko dlatego, że dotarł do niej nowy zapach. Był słodki i korzenny. Znajdowała się na nieznanej ulicy. Przy straganie, na którym piętrzyła się sterta gorących pieczonych jabłek, plecami do Alyce stał mężczyzna o posturze niedźwiedzia. Handlował w najlepsze.

„Nie wolno kraść”, cichy głosik sumienia odezwał się w jej głowie, ale brzmiał tak, jakby ktoś uwięził je na dnie głębokiej studni.

„Robiłaś już gorsze rzeczy”, powiedział inny głos. Ten był donośny, naglący i drapieżny.

Zawahała się.

„No, już! Zrób to!”.

Handlarz przemawiał do jednego z klientów ostrym, chropawym głosem – trudno było stwierdzić, czy opowiadał mu żart, czy może go strofował. Alyce powlekła się do straganu, brodząc w ulicznym błocie. Przeciskała swoje chude jak szczapa ciało między przechodniami. Wreszcie położyła dłoń na jednym z jabłek.

Spodziewała się, że owoc może być jeszcze ciepły, ale miąższ okazał się gorący jak płynny ołów. Sparzył wnętrze jej dłoni. Zawyła z bólu. Jak na kogoś obrośniętego górą sadła zwalisty właściciel straganu obrócił się zaskakująco szybko i chwycił Alyce za nadgarstek.

– Aha! – ryknął. – Więc sądzisz, że rozdaję jabłka za darmo, tak?!

Wyrwał zgniecione jabłko z dłoni dziewczyny i zdzielił ją na odlew w twarz. Alyce miała wrażenie, że jej szczęka znalazła się o kilka kroków od głowy.

– Nie jesteś lepsza od szczura. Słyszysz? Szczurzyca!

Jak przez mgłę dostrzegła, że olbrzym znowu podnosi rękę. Skuliła się, ale nagle poprzez pomruk tłumu dał się słyszeć inny głos. Zabrzmiał głośno i wyraźnie.

– Wolne żarty! Porządny szczur nie tknie tych zgniłków z waszego straganu. Lepsze frykasy znajdzie w rynsztoku.

Przez tłum przeszedł nerwowy chichot, który wzmógł się, kiedy handlarz zaczął wrzeszczeć.

– A tyś co za jeden?! Mąż szczurzycy? Śliczna parka się dobrała: łysa szczurzyca z łasicowatym obdartusem!

To, że gawiedź nie nagrodziła ciętego dowcipu spodziewaną salwą śmiechu, jeszcze bardziej rozsierdziło straganiarza. Obrońca Alyce podszedł bliżej i położył jej dłoń na ramieniu. Nie był jeszcze mężczyzną. Na brodzie i nad górną wargą chuderlawego młokosa dopiero sypał się pierwszy wąs. Spod czarnej szopy z lekka tłustych włosów spoglądały oczy podkrążone ciemnymi sińcami. Chłopak wyglądał tak, jakby od roku nie spał.

– Za dwa dni jest Boże Narodzenie – odparł młodzieniec, dźwigając Alyce z ziemi jak worek cebuli. – Możecie mnie nazwać purytaninem, ale bicie głodnych nieszczęśników i odmawianie strawy potrzebującym to kiepski sposób na uczczenie Narodzin Pańskich.

– Potrzebującym?! Kto tu jest potrzebujący?! Mam żonę i dzieci do wykarmienia! – Kramarz wskazał kciukiem na znajdujące się za jego plecami okno, w którym równie obfita jak on sam, odziana w fartuch niewiasta uwijała się wokół kuchni przy kolejnej partii pieczonych jabłek na sprzedaż. – Jak niby mam ich wykarmić, rozdając towar bezpańskim psom?