Wydawca: Insignis Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 259 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Witajcie w Rosji - Dmitry Glukhovsky

Prowokacja. Skandal. Nowa literatura. Długo oczekiwana i zaskakująca książka Dmitrija Glukhovsky’ego, autora międzynarodowego bestsellera Metro 2033. Być może pierwsza od wielu lat próba uczciwego opowiedzenia o Rosji widzianej oczami nowego pokolenia.

W kilkunastu błyskotliwych opowiadaniach Glukhovsky wprawną ręką kreśli alegoryczny portret swojej ojczyzny: państwa, w którym korupcja sięga szczytów władz, kraju współrządzonego przez oligarchów i podporządkowanego ich interesom.

Witajcie w Rosji to iście wybuchowa mieszanka: fikcja miesza się tu z rzeczywistością, satyra i ironia sprawiają, że nie wiadomo, czy śmiać się, czy płakać, a wszystko to w ulubionej przez Glukhovsky’ego konwencji science fiction.

To wyjątkowa książka, dotykająca ważnych problemów współczesnej Rosji w sposób niezwykle oryginalny, dosadny i nad wyraz trafny.

Opinie o ebooku Witajcie w Rosji - Dmitry Glukhovsky

Fragment ebooka Witajcie w Rosji - Dmitry Glukhovsky

Tytuł oryginałuРассказы o Родине

Copyright © 2010 Dmitry Glukhovsky through Nibbe & Wiedling Literary Agency www.nibbe-wiedling.de All rights reserved.

Przekład Paweł Podmiotko

Redakcja i korekta Piotr Mocniak, Tomasz Brzozowski, Dominika Pycińska, Maria Brzozowska / textoria.pl

Projekt okładki i konwersja Tomasz Brzozowski

Ilustracje w książce Vasily Polovtsev

Zdjęcie autora na tle sterowca Vasily Kudriavtsev (zdjęcie) & Ilya Yatskevich (montaż)

Copyright © for this edition Insignis Media, Kraków 2014. Wszelkie prawa zastrzeżone.

ISBN-13: 978-83-63944-47-6

Insignis Media ul. Szlak 77/228–229, 31-153 Kraków telefon / fax +48 (12) 636 01 90

Wszystkie nazwiska bohaterów oraz nazwy organizacji, firm i państw, które występują w tej książce, zostały wymyślone. Jakakolwiek ich zbieżność z nazwiskami i nazwami rzeczywiście istniejących osób, organizacji i państw jest najzupełniej przypadkowa.

From Hell

– Michaile Siemionowiczu! Proszę się obudzić! Tam coś jest… – asystent potrząsnął ramieniem profesora Steina.

Profesor stęknął i obrócił się na drugi bok. Żadnego „czegoś” na tej niewydarzonej i bezsensownej ekspedycji być nie mogło. Niczego poza krwiożerczymi meszkami, zdolnymi pewnie w dziesięć minut zeżreć całą krowę. Niczego poza komarami rozmiarów dobrze odkarmionego psa podwórzowego, niczego poza potem i wódką. I jeszcze pył, błoto i kamienie.

Zachciało mu się za czymś gonić na starość.

– Spieprzaj – Stein złożył asystentowi niedwuznaczną propozycję.

– Michaile Siemionowiczu! – nie poddawał się tamten. – Michaile Siemionowiczu! Wiertło się zapadło! Coś znaleźliśmy!

Profesor otworzył oczy. Przez brezent namiotu przesączały się pierwsze promienie wschodzącego słońca. Przy wezgłowiu walało się opakowanie pyralginy i graniasta szklanka. Obok leżał jego gruby zeszyt z obliczeniami. Kiedy ekspedycja dobiegnie końca, będzie mógł pociąć kratkowane kartki na małe kawałeczki, okrasić je olejem słonecznikowym i zeżreć. Niepotrzebnie stracony czas. Bo jeśli Stein ośmieli się przedstawić swoją teorię w Akademii Nauk, jego uczeni oponenci umieszczą w nim ten zeszyt już swoimi sposobami. Rektalnie.

– Michaile Siemionowiczu! – ciągnął rozpaczliwie asystent. – Ludzie pracowali całą noc… Dopiero w ostatniej chwili postanowiliśmy pana obudzić… Kiedy zdaliśmy sobie sprawę, że znaleźliśmy…

– Co znaleźliście? – ocknął się w końcu profesor.

– Nie wiemy!

Stein się poderwał, objął się zziębniętymi owłosionymi ramionami i wypuścił powietrze.

– Dobra… Idź już… Zaraz tam będę… Ogarnę się tylko…

Czyżby znaleźli to, po co wybrali się na tę idiotyczną ekspedycję? Ekspedycję, przez którą pokłócił się z żoną. Przez którą zaostrzyło się jego chroniczne zapalenie prostaty i osteochondroza… A przecież niby nauczyli się pokojowo egzystować przez ostatnie dwadzieścia lat! Ekspedycję, przez którą Stein po latach spokojnej pracy za biurkiem postanowił znów wybrać się w teren.

I po co mu to było?

A po to, żeby ratować dobre imię profesora Michaiła Siemionowicza Steina, sowieckiego i rosyjskiego uczonego z pewnymi sukcesami na koncie, cieszącego się uznaniem doktora nauk geologiczno-mineralogicznych i całkowicie niezadowolonego ze swojej pozycji. Zajął się nauką, żeby być kimś wielkim. Żeby dokonać odkryć, które mogłyby zmienić świat. A zapracował w najlepszym wypadku na ledwie półtorej linijki w encyklopedii. I gdy w końcu wyciągnie kopyta, te nieśmiertelne osły z Akademii Nauk przyjdą zatańczyć na jego grobie, a potem zrobią wszystko, żeby nawet takiego półtoralinijkowego hasła nie włączyć do następnego wydania! Wszędzie wrogowie…

– Boże mój, co to jest?! – z zewnątrz dobiegł głos jakiejś dziewczyny.

Baby.

Stein wciągnął portki, wsadził na nos okulary – takie jak te Kissingera – wcisnął na głowę kapelusz z moskitierą i wepchnął nieposłuszne nogi w kalosze. Na sto lat mu wystarczy pracy w terenie i jej romantyki! Bo kiedy wraz z wiekiem kręcenie głową staje się trudniejsze, znika i ochota, żeby nią kręcić. A jaki ma wspaniały i przytulny gabinet! Jest w nim ciepło i nie ma kleszczy ani meszek, a ubikacja jest o dziesięć kroków korytarzem; żeby zagotować wodę na herbatę, nie trzeba nikogo wysyłać nad rzekę po wodę…

I to właśnie w tym gabinecie dokonał swojego najważniejszego odkrycia – postawił hipotezę o miejscu nowego pęknięcia skorupy ziemskiej. Jeśli ma rację, już za trzy–cztery miliony lat terytorium dzisiejszej Rosji zostanie rozdarte między dwa nowe kontynenty! A to już jest sprawa wagi państwowej.

Ale oczywiście za taką herezję arcykapłani z Akademii od razu go ukrzyżują. O ile nie zdoła przedstawić dowodów… Próbek skał… Świadectw procesów, które przebiegają już teraz – na razie na dużych głębokościach…

Nazajutrz po swoim jubileuszu – świętował siedemdziesiąte piąte urodziny – jednak się zdecydował. Skrupulatnie wyliczył, gdzie powinno się znajdować poszukiwane miejsce, umówił się ze starym przyjacielem, który z działu poszukiwań geologicznych przeszedł na stanowisko dyrektora kombinatu wydobywczego, zdobył grant, pokłócił się z żoną, zapełnił pół walizki lekarstwami, tłukł się trzy doby pociągiem, potem kolejne trzy wytrzęsło go na bezdrożach w terenowym uazie, a teraz będzie już pół roku, jak tkwi w syberyjskiej głuszy.

I wszystko na próżno.

– Profesorze! Rany boskie, niech pan na to popatrzy!

Co oni tam odkopali? Kość mamuta? Jakiegoś trylobita?

Stein odsunął zasłonę namiotu, poczłapał obok stróżówki za ogrodzenie z bali – mało to w tajdze drapieżników? – i zatrzymał się przy wejściu do szybu. Wokół tłoczyli się robotnicy, geolodzy, stał też strażnik z dwururką przewieszoną przez ramię. Ludzie szeptali między sobą z przestrachem, pokazując palcami…

Co tam jest?! Stein przecisnął się przez pierścień gapiów.

W środku, podrygując ogromnymi skórzastymi skrzydłami, leżał ohydny stwór. Z rozwalonego płaskiego łba bestii wyciekała kałuża czarnej krwi. Poziome, wąskie źrenice zielonych oczu były już nieruchome, choć powieki od czasu do czasu podnosiły się jeszcze i opadały, a żebra unosiły przy rzadkich ciężkich westchnieniach.

– Nikita ustrzelił – oznajmił Steinowi asystent, ruchem głowy wskazując stróża alkoholika.

– Wpierw żem myślał, że to delirka – czknął Nikita, nie wiedzieć czemu wycierając ręce o brudny podkoszulek. – Znaczy się… dalej myślę, że to delirka.

Profesor podszedł bliżej stwora i trącił go gumową końcówką swojej laski.

– Skąd się to wzięło? – zapytał.

– Z szybu – odezwał się któryś z robotników.

– A jak, ciekaw jestem, to tam trafiło? – odwrócił się w jego stronę Stein.

– To tam… było – odparł szeptem robotnik. – My to wypuściliśmy.

– Wykluczone – odparł profesor. – Na głębokości trzech kilometrów? To wbrew nauce!

Nagle bestia drgnęła i podniosła łeb. Poziome jak u kozy źrenice, zupełnie niepasujące do wstrętnej mordy, skierowały się na Steina. Paszcza, usiana ostrymi kłami niczym u rekina, otworzyła się… I stwór zarechotał.

Potworny, wręcz niemożliwy głos – połączenie śmiechu i basowego, zbyt niskiego dla ludzkiego gardła baraniego beczenia.

Stwór przestał się śmiać, spuścił łeb i zdechł. A po kolejnych kilku chwilach, kiedy zza pagórka ostatecznie wyszło słońce, w jego promieniach cielsko nagle zaczęło dymić i zniknęło.

– Wbrew nauce… – powtórzył Stein, patrząc na brunatną kałużę przez zaparowane okulary.

„Rosja pomoże Iranowi zbudować reaktor jądrowy” – sunął po ekranie pasek wiadomości. Spiker kłapał coś ustami, ale fonii w tym modelu telewizora najwyraźniej nie przewidziano.

Licho wie, co się dzieje, pokręcił głową profesor. Po co nam to? Żeby zyskać parę miliardów? Czyżby nie rozumieli, że coś takiego może rozpirzyć cały Bliski Wschód?

Mimo wszystko był wdzięczny. Choć na krótko się oderwał… Bo teraz, w chwili wymuszonej bezczynności przed otwarciem bramki, Michaiłowi Siemionowiczowi naprawdę niełatwo było w pojedynkę bronić się przed ogarniającymi go niepokojącymi myślami.

Stein odlatywał z przeklętego irkuckiego lotniska z pewnym lękiem. Po odkryciu dziwnego stwora nad ekspedycją jakby zawisło fatum. Strażnik rozpił się i utonął, zatrudnieni przy szybie robotnicy po zakończeniu kolejnej zmiany uciekli do tajgi i tam zaginęli bez wieści, jeden z geologów ni z tego, ni z owego zaczął lunatykować i we śnie próbował wtargnąć z siekierą do profesorskiego namiotu.

Że z tym miejscem coś było nie w porządku, można było się domyślić i wcześniej.

Na przykład kiedy okazało się, że dokładnie tam, gdzie Stein postanowił rozpocząć odwiert, znajduje się stary szyb. Nie sposób było ustalić, kto i kiedy tu kopał. Najwcześniej za Jermaka, w czasach rosyjskiego podboju Syberii. W szybie znaleźli kości – całkiem już zetlałe, ale bez wątpienia ludzkie.

Brygadzista, miejscowy, zasępił się, wprosił do profesora na poufną rozmowę i oznajmił, że nie radzi tu wiercić, a jeśli Stein bardzo tego chce, to jego ludzie zgodzą się na to wyłącznie za podwójną stawkę. Profesor zbił ją o trzydzieści procent. Widać brygadzista zdołał przezwyciężyć przesądy za kompromisową cenę. Ale może warto go było posłuchać…

Potem cała ta historia ze skrzydlatym stworem, która ostatecznie nie znalazła żadnego rozsądnego wyjaśnienia.

A potem…

A potem wiertło zawisło nad otchłanią.

Ogromna, niekończąca się pustka. Coś w rodzaju jaskini – jeśli zapomnieć, że na takiej głębokości nie może być żadnych jaskiń. Już samo to znalezisko zapewniłoby profesorowi naukową nieśmiertelność.

Tylko jak to teraz udowodnić? Po tym, jak brygadzista zjechał do szybu ze skrzynką dynamitu i wysadził się na głębokości kilometra? Nikomu już niczego nie udowodni.

Co dopiero mówić o prawdziwie oszałamiającym odkryciu, którego dokonano wkrótce po znalezieniu pustej przestrzeni… Profesor – ateista sowieckiego chowu i niepoprawny kosmopolita – ścisnął w dłoni święty obrazek. Nie, o tym nawet lepiej nie napomykać.

– Irkuck–Moskwa, prosimy wsiadać! – wrzasnął tleniony babsztyl w uniformie z minionej epoki.

Stein ukradkiem przycisnął obrazek do ust.

Byłby wstyd, gdyby koledzy przyłapali go na całowaniu ikony. Chociaż ponoć taki Einstein był wierzący i nikomu to nie wadziło. A choćby nawet go przyłapali! W obecnej sytuacji nie zaszkodzi ubezpieczyć się przed lotem…

Tylko co będzie w Moskwie? Gdzie on polezie ze swoją bazą dowodową? Ile są warte świadectwa geologów, z których połowa leci do domu w kaftanach bezpieczeństwa? Wszystko, co Stein ma w swoim arsenale, to pliki z zapisem dźwiękowym – w przepaść spuszczali echosondy i mikrofon. Jeśli tylko pliki nie znikną z dysku w drodze powrotnej, będzie miał do dyspozycji zapis strasznych krzyków, nadzwyczaj podobnych do ludzkich, oraz ryki nieznanych potworów.

Trochę mało, żeby wywrócić do góry nogami całą naukę.

Niewystarczająco, żeby dowieść dokonanego przez Steina odkrycia.

A przecież odkrył Piekło!

– Dziadku, telefon do ciebie! – powiedziała Alicja.

– Dziękuję, mój zajączku, już idę!

Michaił Siemionowicz niechętnie oderwał się od swojego starego komputera. Zastanowił się, wydrukował stronę, położył ją na stos i przycisnął bryłką selenitu. Uzbierał się już całkiem imponujący plik. Jego krucjata przeciw Akademii Nauk. Niech te stare pierdziele płoną na stosach inkwizycji! W końcu inkwizycja będzie teraz bardzo potrzebna… Żaden kłopot, po prostu nieco przeprofilują pewną wciąż działającą organizację, która zdążyła nabrać wprawy w polowaniach na czarownice.

Droga do słuchawki była krótka – z jednego pokoju zawalonego próbkami minerałów i obwieszonego mapami (mieści się tam też podwójne rumuńskie łóżko z udającej orzech płyty wiórowej) do drugiego, niby to salonu (bo stoi w nim telewizor i leży azerbejdżański dywan, poza tym tak samo minerały i mapy).

– Stein – powiedział Stein.

– Michaile Siemionowiczu – zaszeleścił w słuchawce jakby martwy głos. – Radzimy wam natychmiast przerwać pracę.

– Co u licha?! – oburzył się profesor. – Kto mówi?

– Dzwonię ze Szpitala Psychiatrycznego im. Aleksiejewa – odezwał się z groźbą w głosie rozmówca. – Przechodzi u nas rehabilitację jeden z pańskich kolegów…

– Nie zastraszycie mnie! – wrzasnął Stein. – Słyszycie?! Nie zastraszycie mnie!

W słuchawce rozległ się cichy śmiech.

Alicja, która przy akompaniamencie telewizora budowała z tomów Wielkiej Sowieckiej Encyklopedii (wydanie z 1935 roku) domek dla lalek, utkwiła w dziadku przestraszone spojrzenie wielkich niebieskich oczu.

„Moskwa zdecydowanie opowiada się przeciwko wprowadzeniu sankcji wobec KRLD – wypełnił ciszę telewizor. – Naród Korei Północnej ma pełne prawo rozwijać pokojową energetykę jądrową. Pjongjang niejednokrotnie dowiódł swojego wsparcia procesu pokojowego i jest solidnym, przewidywalnym partnerem – można przeczytać w oświadczeniu rosyjskiego MSZ”.

„A to co znowu? – pomyślał z niezadowoleniem Stein. – Ci też kontynuują prace… Ale przede wszystkim nasi! Gdzie ci nasi się pchają… Po co im to?”

– Michaile Siemionowiczu – przywołał go głos. – Jeśli strzeli wam do głowy, żeby gdzieś zanieść te wasze papiery, od razu wyślemy po was karetkę.

– Nie zastraszycie mnie! – powiedział Stein.

– Zastraszymy – zapewnił głos.

I w słuchawce rozległ się przerywany sygnał.

– Dziadku – Alicja dotknęła jego kolana – wszystko dobrze?

– Nie wiem… Nie bardzo.

Stein nie miał nawet siły podnieść się z fotela przed telewizorem.

„Emerytka Nina Nikołajewna – kamera przejechała przez przestronne trzypokojowe mieszkanie – całkiem dobrze się urządziła. W tym miesiącu jej emerytura wzrośnie o siedem i trzy dziesiąte procenta i jej sytuacja ulegnie dalszej poprawie” – przed obiektywem pojawiła się rumiana i dziarska staruszka, popijająca herbatkę w przytulnej kuchni.

– Dziadku – odezwała się poważnie Alicja – mogę cię o coś zapytać? Dlaczego w telewizorze wszystko jest takie kolorowe? I dlaczego u wszystkich zawsze wszystko jest dobrze? Czy to możliwe?

„W tym roku wydatki na naukę wzrosną o siedemnaście procent – obiecało natychmiast pudło. – Nasz reporter, Iwan Pietrow, odwiedził centrum naukowe w Korolowie i zaznajomił się z najnowocześniejszymi technologiami! Wirówka, na której szkolił się Gagarin, jest tu obecnie wykorzystywana do leczenia chorób kręgosłupa…”

– Dlatego, Alisiu – odpowiedział w roztargnieniu Stein – że telewizor to okno na inny świat. Na czarodziejską krainę po drugiej stronie lustra. Wszystko jest tam bardzo, ale to bardzo podobne do tego, co u nas, tylko inne. Tam wszyscy ludzie są szczęśliwi i wszystko się wszystkim udaje. I pieniędzy wszystkim starcza.

– To wbrew nauce – zmarszczyła nosek Alicja.

– Nie potrafię tego wyjaśnić – westchnął profesor.

– Dziadku – odezwała się dziewczynka po chwili zastanowienia – a do tej twojej krainy po drugiej stronie lustra można się jakoś dostać? Chociaż na chwilkę?

– Trzeba się bardzo dobrze uczyć – skłamał Stein. – Dobrze, zajączku, pójdę jeszcze popracować…

„Tymczasem w Rosji odkryto największe na świecie złoże gazu – powiedział spiker. – Według wstępnych szacunków, zasoby gazu ziemnego w złożu Sachalin-4 wynoszą ponad półtora biliona metrów sześciennych. Spółka Gazprom oświadczyła, że…”

No proszę – pomyślał ponuro Stein. – Nie ma co się zajmować tektoniką. Trzeba było się przenieść z poszukiwań geologicznych właśnie tam, do gazownictwa. Nie gniótłby się teraz w lichych dwóch pokojach na blokowisku w Czertanowie, tylko zamieszkiwał wielkopańską willę na Rublowce, i dzwoniliby nie z psychuszki Kaszczenki, jak się kiedyś zwała, ale z administracji Prezydenta, żeby wręczać ordery za zasługi dla ojczyzny.

W końcu i wśród geologów zdarzają się szczęśliwi ludzie.

Tyle że dla Michaiła Siemionowicza było już za późno, żeby kołatać do tych drzwi. Życie minęło, wszystkich wyborów dokonał dekady temu. Pozostaje mu walczyć, bronić swojej prawdy. Dowodzić. Choćby dowodów nie było.

Alicja posiedziała trochę ze swoimi lalkami i podeszła do telewizora, chcąc popatrzeć, co też ten odbiornik ma z drugiej strony.

A nuż znajdzie drzwiczki?

„W wyniku unikalnego i bezprecedensowego eksperymentu z dziedziny wierceń głębinowych przeprowadzonego przez nasz zespół naukowców ustalono, że po wniknięciu w skorupę ziemską na głębokość ponad trzech tysięcy metrów, wbrew wszystkim istniejącym prognozom i ogólnie przyjętemu przekonaniu, nie wykryto ani górnej, ani środkowej, ani dolnej warstwy skorupy ziemskiej złożonej ze skał metamorficznych i magmowych. Na wskazanej głębokości ujawniono istnienie ogromnych komór zamieszkałych przez bardzo osobliwą faunę. Mamy wszelkie podstawy przypuszczać, że naszemu zespołowi udało się odkryć miejsce znane w mitologiach rozmaitych narodów jako Piekło”.

Niczego sobie wprowadzonko, co?

A dalej – sto trzydzieści stron sprawozdania z przebiegu ekspedycji, kilka kiepskiej jakości fotografii, nagrania dźwiękowe i próbki minerałów.

Stein jeszcze raz obejrzał swoją pracę, starannie włożył wszystko do wytartej teczki i wyjrzał przez okienko. Wprost przed klatką stała nowoczesna karetka – zagraniczna marka, czyściutka, polakierowana na beżowo, z pomarańczowymi paskami po bokach. Takich nie wysyłają do zwykłych śmiertelników. Takimi wysyła się sprawiedliwych do Raju…

Albo wręcz przeciwnie.

To po niego?!

Profesor zaczął gorączkowo myśleć. Potrząsnął zaspaną Alicją – na szczęście żona wyszła po chleb, nie zdoła mu przeszkodzić – ubrał wnuczkę, na plecy założył jej szkolny tornister (wkrótce pójdzie do zerówki), a do tornistra wsadził swój referat i zdjęcia. Minerały rozmieścił w kieszeniach palta, omotał twarz szalikiem i razem z senną dziewczynką pokuśtykał schodami na dół. Może uznają, że prowadzi dziewczynkę do przedszkola? Wybacz, Alisiu.

Wyszedł na zewnątrz i natychmiast pognał na przystanek.

Karetka uruchomiła silnik, mrugnęła reflektorami i powoli pojechała za nim.

W ostatniej chwili wskoczyli do odjeżdżającej marszrutki. Karetka powlokła się za nimi przez korki. Jej przednia szyba była przyciemniona, nie przepuszczała światła.

Dotarli do metra, dali nurka w tłum, zmieszali się z ludzkim farszem w maszynce do mięsa przy ruchomych schodach, jakoś przedarli się na stację i wsiedli do pierwszego nadjeżdżającego pociągu. Stein rozejrzał się zaszczutym wzrokiem. Twarze pasażerów były zwyczajne, jakby zapięte suwakiem; wszyscy zamknęli się w sobie.

Tak, na razie wszystko w normie. Zdaje się, że uciekli. Teraz tylko dojechać do Akademii, wygłosić referat o podanej godzinie, odszczekać się przeciwnikom, a wtedy może go nawet ogień pochłonąć. Żeby tylko dali wystąpić… A potem niech go wiozą tam, gdzie diabeł mówi dobranoc. Może być psychiatryk Kaszczenki, może być i Serbskiego.

Nagle w kieszeni zaćwierkała komórka. Żona!

Wróciła ze sklepu, w domu nikogo nie ma, kartki nie zostawił… Dobrze by jednak było trafić właśnie do Serbskiego, gdzie zamykali dysydentów – tam żona się do niego nie dobierze. Bo za Alicję wyssie z niego ostatnią kroplę krwi. Zresztą słusznie.

Tylko skąd w jego komórce zasięg w wagonie metra, do tego na ich zapomnianej przez Boga linii? Widocznie żona koniecznie musi się dodzwonić.

To żona, dlatego że nikt inny tego numeru nie zna.

Stein wyciągnął komórkę z wewnętrznej kieszeni palta.

Numer zastrzeżony.

– Natasza?! – odgrodziwszy się dłonią od stukotu kół, krzyknął do telefonu profesor.

– Michaile Siemionowiczu – odparł nieznajomy człowiek soczystym barytonem, zagłuszając panującą w wagonie kakofonię. – Dzwonimy do pana z firmy Gazprom.

– Co? – Brwi profesora uniosły się prawie na czubek głowy.

– Z Gazpromu – potwierdził nieznajomy. – Chcieliśmy zaproponować panu pracę.

– Mnie?! Dlaczego mnie?

– Słyszeliśmy o pańskim unikalnym doświadczeniu w dziedzinie wierceń głębinowych i sądzimy, że mógłby pan stać się dla nas niezastąpionym konsultantem – wyjaśnił chętnie dzwoniący. – Czy jest pan zainteresowany naszą propozycją?

– Ja… – Stein przełożył komórkę od jednego rozpalonego oddechem ze słuchawki ucha do drugiego. – Jestem zainteresowany, tak. Oczywiście, że tak!

– Michaile Siemionowiczu – poprosił przymilnie głos – a nie mógłby pan teraz podjechać do naszego biura? Mamy naradę i akurat rozważamy pańską kandydaturę. Oraz kilka pozostałych. Ale gdyby udało się panu być u nas, powiedzmy, za pół godziny–godzinę, nawet nie rozpatrywalibyśmy innych pretendentów na to stanowisko…

– Przepraszam, ale teraz absolutnie nie mogę! – zawołał Stein. – Mam zaraz bardzo ważny odczyt.

– Michaile Siemionowiczu – głos zrobił się surowszy. – Bardzo byśmy chcieli porozmawiać z panem przed pańskim odczytem. Nie pamiętam już, czy mówiłem o wynagrodzeniu konsultanta? Wynosi ono około piętnastu tysięcy umownych jednostek miesięcznie, ale dla specjalisty pańskiej klasy…

– Nie dam rady! – twardo powiedział Stein. – Najpierw referat, potem do was! Nie odwrotnie.

– To pan tak myśli – odparł nieznajomy.

– A skąd pan w ogóle ma mój numer? – ocknął się nagle z otępienia profesor.

– Od pańskiej małżonki, Michaile Siemionowiczu – uśmiechnął się mężczyzna. – Àpropos, ma pan od niej pozdrowienia.

Stein poczuł, jak jego wnętrzności skuwa mróz.

– Ki diabeł? Dlaczego właściwie mam takie dobre połączenie pod ziemią? – zapytał nagle sam siebie o coś zupełnie innego.

– To przecież nasza odwieczna strefa interesów i wpływów – jak gdyby odpowiadając na niezadane pytanie, ni w pięć, ni w dziewięć ciągnął głos. – Tak więc proszę się niczemu nie dziwić, Michaile Siemionowiczu. Do zobaczenia.

Czyżby to były naciski? Bo w czasach sowieckich jak naciskali, to naciskali!

Nie – postanowił Stein. – Najpierw zaplanowany referat, potem cała reszta. Ratowanie żony, odpieranie pokus, bitwa z psychiatrami – to wszystko potem. Jak by powiedział Puszkin, służba muzom nie znosi pośpiechu.

Obmył twarz zimną wodą w zadymionej przez akademików toalecie, wziął wnuczkę za rękę i ruszył do walki.

Sala okazała się w połowie pusta.

– Na dole, w holu, powiesili zawiadomienie, że wszystko odwołane! – rozłożył ręce profesor Sinicyn, jeden z niewielu sojuszników Steina w tym kłębowisku żmij.

– Niedoczekanie – spochmurniał Stein. – Popilnuj dziewczynki, Piotrze Iwanowiczu.

Michaił Siemionowicz wszedł na katedrę, śmiało spojrzał na wielogłową akademicką hydrę, zuchwale uniósł podbródek i zaczął:

– Drodzy koledzy! Temat referatu, który zgłosiłem na dzisiaj, uległ pewnym zmianom. Moje wystąpienie okaże się nieco bardziej rewolucyjne, niż planowałem. Jak być może niektórzy z was wiedzą, niedawno przedsięwziąłem ekspedycję do obwodu irkuckiego, na miejsce przewidywanego przeze mnie pęknięcia, które może się okazać linią przyszłego podziału płyt tektonicznych.

W audytorium rozległy się szepty.

– Jednak moi współpracownicy, z których wielu przypłaciło to utratą zmysłów, a niektórzy życiem, dokonali zadziwiającego odkrycia. W wyniku unikalnego i bezprecedensowego eksperymentu z dziedziny wierceń głębinowych przeprowadzonego przez nasz zespół ustalono, że po wniknięciu w skorupę ziemską na głębokość ponad trzech tysięcy metrów…

Zaschło mu w gardle. Urzeczona sala milczała.

– Szanowni koledzy… Towarzysze… Znaleźliśmy Piekło!

Skrywszy się za grubymi szkłami kissingerowskich okularów, Stein zmrużył oczy. Raz, dwa, trzy…

– Hańba! – krzyknął ktoś donośnie.

To chyba Akopian.

– Odmawiamy uczestniczenia w czymś takim!

Tak, to Szmieszkiewicz.

– Prowokacja!

Łazutkin.

– Proszę o wysłuchanie referatu do końca! – nabrał powietrza Stein.

– Pozbawić go stopnia naukowego!

– Pseudonauka!

– Usunąć go!

– Ciemnogród!

Okrzyki akademików były jak grudki błota lecące na szybę ekspedycyjnego uaza spod kół jadącej przodem ciężarówki. Stein zdjął okulary (zaczął gorzej widzieć, jakby naprawdę zapluli mu szkła), przetarł je chusteczką do nosa, założył i wetknął nos w swój referat.

– Jakie ma pan dowody? – rzucił z pierwszego rzędu Sinicyn.

Dzięki, staruszku.

– Zespół zebrał obszerną bazę dowodową, jednak podczas pośpiesznej ewakuacji z miejsca robót niemal wszystko straciliśmy.

– A co z pańskim szybem do Piekła? – pociągnął ktoś z galerii.

– Niestety, szyb został wysadzony i prawie całkowicie zasypany… Ale jestem gotów wskazać miejsce, gdzie dokonaliśmy odwiertu i, jeśli będzie trzeba, stanąć na czele nowej ekspedycji, ekspedycji Akademii Nauk…

– Klaun!

To na pewno Tomaszewski.

Stein umilkł i podniósł wzrok. W auli pozostały trzy osoby.

– Słyszał pan, że Hugo Chavez zamierza wypowiedzieć wojnę Kolumbii – szepnął jego przyjaciel Sinicyn pogrążonemu w śpiączce akademikowi Sidorowowi, którego w pośpiechu zapomnieli ewakuować z sali razem z jego wózkiem. – A potem rzekomo całej Ameryce Łacińskiej. Wprowadzi boliwariańskie porządki. A my mu sprzedajemy dziesięć drobnicowców karabinów maszynowych, helikoptery i może nawet okręty podwodne. W głowie mi się nie mieści, po co nasi to robią? Chyba nie dla pieniędzy?

Nieszczęsny Sidorow tylko przewrócił oczami. Niczym innym nie mógł poruszać.

Fiasko…

Chwila. A gdzie Alicja?

Stein zostawił swoją teczkę na katedrze, zszedł na dół i ostro potrząsnął Sinicynem.

– Gdzie moja wnuczka? Gdzie moja Alicja?!

– Przecież ojciec po nią przyszedł – oznajmił Sinicyn, uśmiechając się błogo jak pacjent po lobotomii. – Powiedział, że pójdzie kupić jej lody, póki dziadek z uporem godnym lepszej sprawy broni swoich racji.

– Jej ojciec jest w Australii! Ty stary durniu!

Tracąc oddech, wybiegł na korytarz. Dwie sylwetki – lekka, maleńka Alicji i druga – mroczna, masywna, jakby wycięta z bazaltu, oddalały się od niego korytarzem.

Dogonił ich dopiero na zewnątrz.

Dziewczynkę wsadzali do czarnej limuzyny, długiej i surowej jak życie funkcjonariusza partyjnego.

– Stać! Niech pan zaczeka! – zawołał Stein.

Bazaltowa postać posłusznie znieruchomiała, pozwalając profesorowi skrócić dystans.

– Ależ nie zamierzaliśmy nigdzie bez pana jechać, Michaile Siemionowiczu – powiedział nieznajomy mężczyzna znajomym głosem. – Przejedzie się pan?

Cały był jakiś taki europejski – garnitur jak spod igły, bardzo dobrze dobrany krawat, dobrotliwa twarz. Nie, była to raczej twarz pozbawiona jakichkolwiek emocji. I gładka, bez zmarszczek.

– Ja nigdzie… – zaczął Stein.

– Koledzy nie uwierzyli? – zapytał mężczyzna ze współczuciem. – Wyśmiali?

– Wszystko mi jedno, czy mi uwierzą, czy nie! – skłamał z wysiłkiem profesor. – Dla mnie ważna jest prawda, nie uznanie!

– Za to ja panu wierzę – powiedział spokojnie mężczyzna. – Bo wiem, że ma pan rację. Piekło istnieje i jestem gotów co nieco panu o tym opowiedzieć.

– Ale pan chyba nie… – Stein ścisnął w kieszeni święty obrazek.

– Nie, oczywiście, że nie – uśmiechnął się mężczyzna. – Pracuję w Gazpromie. To ja dziś do pana dzwoniłem.

Z wnętrza samochodu dało się słyszeć wesołe – i zupełnie niepasujące do okoliczności – szczekanie psa. Z tylnego siedzenia wyjrzał nadzwyczaj sympatyczny czarny pudel i polizał rękę Alicji czerwonym języczkiem.

– A tobie podarujemy takiego samego szczeniaczka – uśmiechnął się człowiek z bazaltu.

– Dziadku! Wybierzemy się z nimi na przejażdżkę! – pisnęła z zachwytu dziewczynka.

Miękko mlasnęły ciężkie drzwi i limuzyna płynnie ruszyła z miejsca, jakby unosząc się nad ziemią.

– Ma pan we wszystkim rację, Michaile Siemionowiczu – mówił mężczyzna. – I bezwzględnie byłby pan autorem wielkiego odkrycia, ale jest pewien haczyk. Tego odkrycia dokonano już dawno i nie zrobił tego pan.

– O czym pan mówi? – oburzył się Stein. – Pan plecie jakieś bzdury! Przecież w takim wypadku z pewnością zaczęłaby się już jakaś krucjata, armagedon ze współczesną bronią, ładunkami jądrowymi, żeby ich do szczętu… Przecież tu, w naszym kraju, to już chyba nie wiedzą, gdzie ten cały pokojowy atom trzymać!

– Doprawdy, Michaile Siemionowiczu, jakiś ekstremista z pana – mężczyzna zrobił profesorowi wymówkę. – Żyjemy przecież w dwudziestym pierwszym wieku. W wieku globalizacji, wolnego handlu! A pan mi tu o krucjatach. To takie barbarzyńskie…

– Co?!

– No jak to? Nie słyszał pan w wiadomościach o Sachalinie-4? Półtora biliona metrów sześciennych nowych zasobów… Proszę, jak się nasi partnerzy starają. Wypełniają kontrakt.

– Jaki kontrakt? – Stein zdjął okulary.

– Kontrakt na bezpośrednią dostawę gazu ziemnego spółce akcyjnej Gazprom z Piekła. Rzecz jasna w papierach ich osobowość prawna ujęta jest inaczej, ale partner – człowiek z bazaltu pogłaskał pudla – partner jest właśnie ten.

– Dlaczego gazu? Myślałem, że ludzie zabijają się raczej o kruszce – próbował zażartować profesor.

– Cóż, oni tam też idą z duchem czasu. Trzeba było złota – dostarczali złota. Potrzebna była ropa – może być ropa. A teraz jest moda na czyste ekologicznie paliwo – dadzą gaz. Wnętrze Ziemi… Przecież jeśli pokopać głębiej, jest bezgraniczne. Najważniejsze to się dogadać.

Siarką w samochodzie nie pachniało. Pachniało drogimi francuskimi perfumami i – leciutko – hawańskim cygarem. Ale to pewnie kierowca sobie dogadzał.

– I jak się dogadaliście? Zaprzedaliście duszę? – zebrał się na odwagę Stein po długiej pauzie.

– Michaile Siemionowiczu! – pokręcił głową mężczyzna. – Jaką znowu duszę? Gazprom to przecież firma państwowa. Rząd po prostu wziął na siebie określone zobowiązania. Głównie o międzynarodowym charakterze. No i kilka dotyczących polityki wewnętrznej.

– Boże, że też sam się nie domyśliłem… Przecież jeśli się zastanowić, innego wyjaśnienia naszej historii nie ma… A jakie właściwie macie warunki? – zainteresował się Stein. – Nie szkodzi, że powiedziałem „Boże”?

– Ależ proszę pana… Mamy kraj wielowyznaniowy – uspokoił go mężczyzna. – A co do pańskiego pytania… Jest pewna liczba międzynarodowych projektów, które realizujemy, że tak powiem, w imieniu naszych partnerów. – Znów pogłaskał pudla. – Współpraca z Iranem, z Koreą Północną, z niektórymi państwami arabskimi… Sfera energetyki, czasem kwestie bezpieczeństwa…

– Ale przecież to… Oni przecież… – wyrwało się Steinowi. – Oni przecież przygotowują…

– Niech pan pomyśli o dobrych stronach – uśmiechnął się mężczyzna.

Samochód zatrzymał się przed pięknym podmiejskim domem tonącym wśród morza owocowych drzew. Wzdłuż dróżki prowadzącej do ganku tłoczyli się operatorzy z kamerami w pełnej gotowości. Tam też męczyła się uszminkowana przez stylistów żona profesora.

– Gdzie my jesteśmy? Kim są ci ludzie? – podniósł się niespokojnie profesor.

– Wieś Barwicha nieopodal Rublowki. To pański przyszły dom. A reporterzy czekają na pana dlatego, że dopiero co otrzymał pan Nagrodę Państwową Federacji Rosyjskiej.

– A to za jakie zasługi? – zdziwił się Stein. – Przecież jeśli wszystko dobrze zrozumiałem, nie wolno mi teraz mówić o moim odkryciu.

– Nie wolno. W naszym kraju codziennie ktoś dokonuje odkryć, o których nie wolno mówić, więc to nic strasznego. A tu ma pan do wyboru – otworzył teczkę – trzy osiągnięcia naukowe, które właśnie odtajniono. Proszę wybierać, zostanie pan autorem jednego z nich. Àpropos, widział pan wczoraj w wiadomościach materiał o tej wirówce Gagarina? Ledwie zdjęli klauzulę tajności – i proszę! A jutro pana też pokażą w telewizji.

– Hurra! – ucieszyła się Alicja. – Będziemy po drugiej stronie lustra!

– No i, rzecz jasna, Gazprom przydzieli grant na finansowanie pańskich nowych badań geologicznych. – Mężczyzna chwycił za klamkę drzwi.

Dziennikarze rzucili się na samochód jak niedawno komary w tajdze na wychodzącego za potrzebą geologa.

– Proszę mi powiedzieć – odezwał się Stein – czy Gazprom nie finansuje badań w dziedzinie astronomii?

– Nie, tym się nie zajmujemy – uprzejmie zaśmiał się mężczyzna. – W niebie nie ma czego szukać.

– I bardzo dobrze – Michaił Siemionowicz skinął z zadowoleniem głową i otworzył drzwi.

Chwycił wnuczkę i zdecydowanym ruchem pociągnął ją za sobą przez krąg reporterów – jak najdalej od willi. Po drodze zgarnął też żonę.

– A kraina po drugiej stronie lustra? – załkała Alicja. – A szczeniaczek?

– Kupimy kota – burknął profesor.

– Profesorze Stein! – przedarł się do niego reporter Głównego Kanału. – Proszę nam opowiedzieć o pańskich planach na przyszłość! Zdajemy sobie oczywiście sprawę, że ma pan już siedemdziesiąt sześć lat, ale może jednak?

– Rzucam geologię. Planuję zająć się astronomią – oznajmił Stein. – Zdaje mi się, że w niebie też jest coś do odkrycia. Podpowie mi pan, gdzie tu jest najbliższa stacja metra?

Co i po ile

Płow wyszedł trochę chudy, ale po trzech miesiącach Abdurahim zdążył do tego przywyknąć. Gdyby opowiedział w rodzinnym Pangazie, że płow można zrobić z nieopalonych kurzych udek, w których tłuszczu było nie więcej niż na wyrzeźbionym w kwadraty Abdurahimowym brzuchu, na pewno by go wyśmiali.

Nie, prawdziwy płow powinien być gęsty i lepki od żółtego baraniego tłuszczu; powinno się go oczywiście jeść nie łamliwym plastikowym widelcem, a palcami, ugniatając ryż i wsadzając sobie do ust grudki rozmiaru dziecięcej piąstki.

Ale skąd miał wziąć dobrą baraninkę w deszczowej, zadymionej Moskwie? Dla Abdurahima stolica Rosji okazała się całkiem nieduża – jakiś kilometr kwadratowy, a może i mniej. Jasne, za trzymetrowym betonowym murem Moskwa ciągnęła się i ciągnęła aż po horyzont, ale dla Abdurahima i jego rodaków wjazd do tej części był zamknięty.

Przedostać się przez posterunek do najbliższego kiosku z papierosami jeszcze było można. W dalekiej, słonecznej ojczyźnie jego młodzieńczy temperament i różne nieporozumienia skutkowały od czasu do czasu odsiadkami, miał więc doświadczenie w dogadywaniu się z klawiszami – ty mnie, ja tobie.

Ale za ogrodzeniem mały Tadżykistan niestety się kończył, a skąpy zasób słów Abdurahima nie wystarczał, by skutecznie blagować drapieżnych i wiecznie głodnych milicjantów, patrolujących okolice placów budowy nowej Rosji w poszukiwaniu łatwej zdobyczy.

Spawacz Faruh z trzeciej brygady próbował kiedyś przemycić przez posterunek kawałek baraniny, ale ochrona zdołała mu ją odebrać. Cała brygada oberwała za to mocniej niż za przechwycony tydzień wcześniej haszysz. Reguł tu było sporo i nie o wszystkich budowlańcom mówili.

Trudno, jak kurczak to kurczak. Na obiad często trzeba było jeść i zwiędły makaron w plastikowym kubeczku, i wyślizgujące się spod noża parówki, więc Abdurahim nie grymasił. Płow gotowali nie bez okazji – całą brygadę przenoszono do nowego obiektu.

Wznoszący się w samym środku kompleksu Moskwa City wieżowiec Pamir, wysoki jak góry, których nazwę nosił, podpierał osuwające się, dziurawe moskiewskie niebo. Jego górnych pięter nie było widać prawie nigdy, chmury szczelnie zasnuwały niekończący się z pozoru budynek już w połowie wysokości. Pomimo bliskiej sercu nazwy, tęskniący za domem Abdurahim myślał o nowym miejscu pracy z niepokojem.

„Najkrótsza droga do nieba” – żartowali ponuro robotnicy. Chodziły słuchy, że na otoczonym przedgórzem trzykondygnacyjnych cieplaków Pamirze nieszczęśliwe wypadki zdarzały się niemal codziennie. Nie było nikogo, kto mógłby to potwierdzić – budowlańców, którzy przepracowali na Pamirze swój czas, wysyłano z powrotem do Azji Środkowej, żeby zachować pozory przestrzegania przepisów wizowych; stamtąd trafiali na inne obiekty. Dziwna zasada, ale były jeszcze dziwniejsze; tak czy owak, w Pamirze płacili przynajmniej dwa razy więcej niż normalnie.