Witajcie na cholernej Arktyce. Moja walka o niezależność na surowej Północy - Blair Braverman - ebook
Opis

A gdyby tak rzucić to wszystko i wyjechać na Arktykę?

Blair Braverman ma nieco ponad 18 lat, mieszka w słonecznej Kalifornii i marzy o życiu na kole podbiegunowym. Kiedy udaje się jej wyjechać na Arktykę, odbywa trudną podróż przez śnieżyce, klaustrofobiczne jamy w śniegu i pulsującą zorzę polarną. Poznaje tajniki prowadzenia psich zaprzęgów, walczy o życie podczas jednego z treningów i próbuje być tak dzielna i wytrzymała, jak to tylko możliwe.

W próbie oswojenia surowej Północy chodzi bowiem jednak o coś więcej niż pokonanie zimna.

W krainie bezkresnej bieli Blair mierzy się ze światem, którego zasady ustalają twardzi mężczyźni, traktujący z góry kobiety – tym bardziej te, które są „obce”. Kiedy próbuje funkcjonować w zamkniętych społecznościach małych arktycznych wiosek, bardziej niż innych poznaje siebie samą. Z młodej, niepewnej siebie dziewczyny staje się silną i nieustraszoną kobietą.

Oto porywająca opowieść o niebezpieczeństwach na drodze do samopoznania, oswojeniu swoich lęków oraz przeciwstawieniu się męskiej dominacji i agresji. To także piękna opowieść o krajobrazie, który jest równie piękny co bezlitosny.

__

O autorze:

Blair Braverman z wykształcenia jest literaturoznawcą, a z miłości do zimy i śniegu mieszkanką Alaski. Kiedy miała 18 lat wyjechała ze słonecznej Kalifornii, by spróbować życia w krainie wiecznej zimy, nauczyć się powozić psimi zaprzęgami i zostać przewodnikiem turystycznym na Alasce. O swoim życiu na Północy pisała dla „This American Life”, „Outside” oraz „The Guardian”. Na co dzień trenuje ze swoimi ukochanymi husky, by startować w zawodach psich zaprzęgów, i nadal odkrywa uroki koła podbiegunowego.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 369

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Dla Arilda

Żyjemy na planie, na planie każdy jest aktorem.

– Charles Bowden

Prolog

Ja chory jestem – odezwał się Martin.

Siedział przy ogniu skulony na krześle turystycznym. Trwała noc świętojańska – przesilenie letnie – i drobne, pomarańczowe słońce zawisło nad północnym horyzontem jak spochmurniałe dziecko, które nie chce wyjść z pokoju. Po przeciwległej stronie fiordu, między wodą a górami, migotał rząd małych ogników.

– Bardzo mi przykro – odpowiedziałam.

Poderwał się z miejsca i stanął przede mną.

– Mówili ci? – zapytał. – Założę się, że nie. Nie chcieli się straszyć, takiej ładnej pii jak ty. Nie wiesz, jak to jest. Już niedługo pożyję. Jeśli Bóg się zlituje, to niedługo pożyję.

Oderwałam niechętnie wzrok od płomieni i spojrzałam na niego. Miał może z sześćdziesiąt lat. Jego ciało wydawało się napakowane kośćmi.

– Już nawet kobity nie wyrucham – dodał. – Niedługo zejdę, a nawet kobity nie wyrucham. Pij, pij ten swój cydr. Pij, póki możesz. Nie wiesz, co znaczy życie z bólem. – Jak na zawołanie zesztywniał i jęknął, przygryzając mocno wargę. I złapał oddech. – Ale bym cię posunął – powiedział cicho. – Jeden jedyny raz bym cię posunął.

Chyba czekał na reakcję, więc zaczęłam się nad nią zastanawiać. Strach byłby na miejscu – świadczyłby o moim onieśmieleniu. Podarek w sam raz dla umierającego mężczyzny. Wyruchałby mnie? Nie miałam siły o tym myśleć.

Przypomniał mi się inny mężczyzna, który poprzedniego dnia zaszedł mnie od tyłu i oplótł ramionami. „Skarbeczku – szepnął. – Jesteś już na północ od kręgu moralnego”.

– Sama zobacz – powiedział Martin i zaczął majstrować pobielałymi palcami przy rozporku drelichowych spodni. W szafirowe niebo za jego plecami wystrzeliły iskry.

– Nie musisz mi pokazywać – odparłam. – Wierzę na słowo.

– Tak ci się zdaje. Patrz. – Obniżył spodnie i odsłonił dwie wygięte, białe kości miedniczne i wypełniony do połowy worek stomijny. Trącił go palcami, aż zachlupotało.

Po drugiej stronie ogniska siedzieli ze splątanymi nogami i całowali się namiętnie syn Martina i jego synowa. Erling, ze sterczącym wąsem, miał na sobie czarną ramoneskę, a Berit strój motocyklowy, cały z różowej skóry. Słyszałam pogłoski, że jest szlachetnie urodzoną Saamką, córką człowieka posiadającego najwięcej reniferów spośród wszystkich rdzennych mieszkańców Sápmi, krainy zwanej niegdyś Laponią. Po piasku tarzało się ich dwoje małych dzieci.

Następny mężczyzna, Rune, stał na brzegu zgięty wpół, z naręczem patyków pod pachą i wolną ręką wyciągniętą po kawałek drewna. To on zaprosił mnie do ogniska – na imprezę, jak obiecywał. Ubaw. A teraz zamarł na widok Martina. Zapomniał, zdaje się, po co sięgał.

Martin opuścił spodnie niżej i odsłonił blade, bezwłose genitalia.

– Widzisz, z czym muszę żyć?

– Dobra jest – odezwała się Berit, odrywając się od męża. – Już zobaczyła.

Martin zapiął spodnie.

– Tylko żeby zrozumiała.

– Dobry cydr? – Rune wrócił i stanął za moimi plecami. – Jest jeszcze pięć, jakby co. Kupiłem specjalnie dla ciebie, reszta pije piwo, ale pomyślałem, że może nie lubisz. Może łosoś już gotowy. Lubisz łososia, no nie? – Mówił więcej niż zwykle, ale już mu się plątał język. Co chwilę rzucał na mnie okiem, po czym odwracał wzrok.

– A kto to w ogóle jest? – spytała Berit. – Skąd żeś ją wytrzasnął?

To było niezłe pytanie, a trudna odpowiedź – ta prawdziwa – sięgała piętnastu lat i czterech tysięcy mil wstecz, poprzez śnieżyce i otwartą tundrę, klaustrofobiczne jamy w śniegu i pulsującą zorzę polarną, wiele nocy w pojedynkę, niektóre niestety nie. Byłam dwudziestoczterolatką z Kalifornii, koczującą w maleńkiej wiosce w lodowatej Norwegii. Już tu kiedyś mieszkałam i odzyskałam wtedy nieco utraconej odwagi. Teraz wróciłam po latach i potrzebowałam tej odwagi bardziej niż kiedykolwiek. Nie wiedziałam tylko, skąd ją wziąć. Prawda była taka, że Rune mnie odnalazł, bo liczyłam, że ktoś to zrobi. Byle kto.

Odpowiedź prostsza brzmiała: Rune natknął się na mnie w miejscowym sklepie, a ja trafiłam do sklepu w poszukiwaniu wełnianego swetra, sześć lat wcześniej. Miałam wtedy osiemnaście lat, uczęszczałam do miejscowej szkoły ludowej i uczyłam się powożenia psimi zaprzęgami. Na Arktykę przybyłam w poszukiwaniu przygód, ale kierowałam się też pewną pokrętną logiką: jeśli pozostanę bezpieczna na tej ziemi, może poczuję się bezpiecznie we własnej skórze. A jeśli uratuję własną skórę, to może będę mogła zamieszkać na tej ziemi. Jak dotąd jednak robiłam wszystko na opak. Co istotne, nie miałam ani jednego wełnianego swetra, a na Północy wełniany sweter traktuje się z niemal nabożną czcią. Skoro jest minus trzydzieści, a człowiek marznie, to tylko on ponosi za to winę, bo jego sweter nie jest z wełny. Albo podkoszulek. Albo stanik. Ja nie miałam niczego z wełny, udałam się więc do pobliskiego sklepu z nadzieją na udane łowy.

Inni unikali sklepu – białego klocka stojącego poniżej kościoła, na wcinającym się w fiord szpiczastym cyplu. Wnętrze było zdobne w stare plakaty reklamowe czekolad i loterii i zagracone artykułami pierwszej potrzeby: mlekiem, ziemniakami, przędzą, żyłkami wędkarskimi, skarpetami – wszystkim poza kondomami, których, jak wynikało z doświadczenia właściciela, nikt nie chciał kupować w miejscowym sklepie. Obok lady znajdował się stolik, przy którym miejscowi potrafili godzinami sączyć kwaskowatą kawę i wałkować swoje życiowe tragedie.

– Jeśli tam wejdziesz, to wszyscy na ciebie spojrzą i już cię nie spuszczą z oczu.

To nie była dla mnie żadna nowość. Podeszłam do lady i zapytałam starszawego właściciela – Arild mu było – gdzie znajdę wełniany sweter. Nie tu, odpowiedział. Najlepiej podjechać autostopem do Tromsø, a z powrotem popłynąć dwie godziny fiordem, jeśli uda się złapać prom. Podziękowałam i zniechęcona pomaszerowałam jak niepyszna z powrotem do szkoły, wstępując po drodze na plażę. Czyli nici ze sweterka. Sama bałabym się jechać stopem.

Wyostrzone białe góry po drugiej stronie fiordu łagodniały przy brzegu, rozpływając się niczym stopiony wosk w niskie wzgórki. Złożona z około dwudziestu domów wioska Mortenhals, jak większość osad w północnej Norwegii, rozciągała się na wąskim paśmie lądu między górami a fiordem, wzdłuż plaży upstrzonej pękatymi drewnianymi łodziami i szałasami do suszenia dorszy. Ryby podaje się ze słoniną (to miejscowy przysmak), a głowy miele się na mączkę i wysyła do Afryki. Z jednej z żerdzi zwisały dwie martwe wrony, przywiązane sznurkiem za łapy, ze skrzydłami skierowanymi prosto w piasek.

Po powrocie do domku zastałam na stopniu przed wejściem trzy złożone swetry i liścik od Arilda, który oznajmiał, że jego córka się wyprowadziła i nie będzie za nimi tęsknić. Podarek wzięłam (niesłusznie) za przejaw szczególnej sympatii i od tej pory zawsze wyczekiwałam załatwiania sprawunków w sklepie, okazji do odwiedzenia sojusznika w tym skostniałym, obcym świecie, choć witaliśmy się zaledwie skinieniem głowy. Z okazji Bożego Narodzenia podarowałam mu kalendarz ze zdjęciami parków narodowych USA, który do końca roku wisiał za ladą.

Gdy więc w śnieżnym czerwcu sześć lat później powróciłam do Mortenhals, w pewnym sensie spodziewałam się spotkania, a tę nadzieję podsycał bez wątpienia fakt, że poza Arildem nadal nikogo na półwyspie nie znałam. Zastałam go za sklepem, niosącego owcom worek granulowanej paszy. Zakręciło mi się w głowie: oto postać z mojego dawnego życia, tuż przede mną. Arild zmrużył oczy i wciągnął worek na biodro.

– Wróciłam – oznajmiłam i wyszczerzyłam zęby.

– No – odparł. – Wróciłaś.

Wymieniliśmy spojrzenia. Arild poprawił worek z paszą i strząsnął śnieg z butów.

– Chciałam o coś zapytać – odezwałam się, naraz onieśmielona. – Czy mogę się przespać w starym domu na wybrzeżu? Jestem tu przejazdem, zostanę tylko na parę dni. – Miejscowi nazywali go domem widmem, stał pusty od czasów wojny. Nie miałam wątpliwości, że Arild się zgodzi.

– Zburzony – odpowiedział. – Owce wpadły do piwnicy.

– O.

Nieopodal wylądowała mewa i ruszyła w podskokach w naszą stronę.

– Nie ma co stać na zimnie – odezwał się Arild. Przepędził mewę udawanym kopniakiem, stęknął cicho, poprawiając worek, i odwrócił się w stronę owczarni.

– Na pewno się jeszcze zobaczymy.

– Na pewno – przytaknęłam. – Na razie.

W zasadzie było całkiem ciepło.

Snułam się po plaży i zadawałam sobie pytanie, czego się spodziewałam. Najwyraźniej oczekiwałam zbyt wiele. Wróciłam i nie mam nikogo. Do domu mogłam polecieć dopiero za dwa miesiące i zaczęłam dochodzić do wniosku, że cały ten wielki powrót, który z wcześniejszej perspektywy wydawał mi się nieodzowny, to może jednak lekka przesada. Co ja właściwie chcę udowodnić? Że Północ mnie nie odstrasza, że mogę wrócić i poczuć się jak u siebie? Odkąd jako dziesięciolatka pierwszy raz zamieszkałam w Norwegii, szukałam tu domu – miejsca, w którym bym zapuściła korzenie, do którego mogłabym wracać. Ale teraz, po dwóch tygodniach spania w nieznajomych mieścinach i łapania na stopa tirowców na stacjach benzynowych, wcale nie paliłam się do dalszej drogi.

Weszłam w głąb lasu i znalazłam miejsce na biwak – połataną śniegiem polanę. Rozłożyłam namiot i śpiwór, wyjęłam też paralizator, którego trochę bałam się tykać. Nazajutrz rano nie miałam ochoty wracać do sklepu, ale zgłodniałam. Przy kawie siedziało trzech mężczyzn.

– A, jest dziewczyna – odezwał się do nich Arild, po czym zwrócił się do mnie: – Szukałem cię wczoraj samochodem po całej okolicy. Chciałem ci zaproponować nocleg i taco.

No to usiadłam. W końcu nie miałam dokąd jechać i tylko zmyślałam, że jestem tu przejazdem. Zresztą czułam się swojsko na tej szczególnej ziemi – nie tylko w Mortenhals, ale i na całym odludnym półwyspie Malangen. Przetrwałam rok pośród tych gór, patrzyłam, jak bieleją i jarzą się w świetle zorzy polarnej, a z pierwszymi wiosennymi roztopami zaczynają przypominać zmięty staniol. Mogłam trafić gorzej niż na kawę do Arilda.

Kącik kawowy, centrum życia towarzyskiego Mortenhals, składał się ze stołu, przy którym mogło zasiąść wygodnie sześć osób, termosu ze świeżo zaparzoną kawą oraz sterty plastikowych kubków. Kubki były cienkie i miękły w kontakcie z gorącą kawą, więc większość klientów trzymała na półce własny, nigdy niemyty. W tekturowym pudełku leżał cukier w kostkach i choć obok stała niewielka puszka ze szparą na monety i napisem „Kawa: 5 koron”, i tak nikt nigdy nie płacił. Większość kawoszy – jak i większość mieszkańców – stanowili mężczyźni i towarzystwo młodej kobiety najwyraźniej sprawiało im przyjemność.

W pierwszych dniach przyszło mi poznać wielu z nich, ale najczęściej spotykałam Runego. Rune miał siwą i gęstą grzywę, spod której było mu widać tylko oczy, i taką samą brodę. Gdy się uśmiechał, mocno zaciskały mu się powieki. Może był nierozgarnięty, a może tylko gnuśny, ale w młodości terminował u stolarza, a gdy rodzice, u których nadal mieszkał, zmarli, natychmiast porzucił stolarkę. Kręcił się wokół sklepu i na swój niechętny, senny sposób pomagał Arildowi w drobnych pracach. Arild karmił go za to w drugiej połowie miesiąca, gdy Runemu kończył się zasiłek. W następnych tygodniach Arild przywoływał mnie czasem do okna: „Patrz, jak Rune wyobraża sobie pracę”. A Rune stał oparty o słupek ogrodzenia, skręcał z wprawą papierosa i obserwował, jak kolejne owce czmychają pojedynczo z pastwiska.

– Skąd ją wziąłem? Chodziła do szkoły ludowej – odpowiedział Rune, obierając drogę na skróty. – Sześć lat temu. Pamiętam ją – dodał, ale niezbyt przekonująco.

– A więc powozisz psimi zaprzęgami – zagaiła Berit.

Przytaknęłam.

– Mój sąsiad ma psy, które nauczyły się nawet nie zjadać reniferów – powiedziała Berit. – Założę się, że twoje psy tak nie umieją. – Zaczęła rozrywać opakowania pojedynczych porcji marynowanego łososia, rozsiewając wokół silną woń kopru, i przełożyła je do folii aluminiowej. Jej córka podeszła do ogniska, zadarła głowę i wpatrywała się w płomienie. A potem weszła jedną nogą na płonący pniak i postąpiła naprzód, wprost w rozedrgane powietrze.

Berit warknęła coś w saami. Gdy dziewczynka nie zareagowała, podszedł Erling i ją podniósł, dosyć niefrasobliwie. Czubki jej różowych kaloszy już się nadtapiały. Spojrzała na swoje stopy, potem na ojca i skrzywiła się w płaczliwym grymasie. Nim jednak zdążyła zaszlochać, rozległ się jęk tak donośny i gardłowy, że zdumiona odwróciła się gwałtownie.

Martin spadł z krzesła i leżał na boku zwinięty w kłębek. Jęknął ponownie, po czym zacisnął dłoń na gruboziarnistym piasku i przesypał go przez palce.

– Morfiny – szepnął.

– Już idę – powiedziała Berit.

Erling odstawił dziewczynkę, a ta wróciła do ognia.

– To przejdzie, tato – odezwał się do Martina. – Zaraz przejdzie.

– Chuja tam przejdzie – odpowiedział Martin.

– Może jeszcze cydru? – zwrócił się do mnie Rune. Sięgnął po moją puszkę i nią wstrząsnął. – Dopij, to przyniosę ci jeszcze jedną.

Opróżniłam puszkę i z wdzięcznością otworzyłam następną. Berit wróciła ze strzykawką, żeby wbić Martinowi igłę w przedramię. Znów jęknął, a potem usiadł i wgramolił się z powrotem na krzesło.

– Co się gapisz? – spytał. – Mogłem cię wyruchać.

W dniach poprzedzających noc świętojańską gwałtownie zmieniały się pory roku. Jednego ranka jeziora były zamarznięte, a ziemia naga, by w ciągu – zdawać by się mogło – godziny tam, gdzie wszystko skuwał lód, krajobraz wykiełkował puszystą zielenią, a łąki zażółciły się od wysokich po kolana mniszków. Przebywałam w Mortenhals od dwóch tygodni, ale nie chciałam wyjeżdżać. Kiedyś poszłam w góry i sprawdziwszy wpierw, czy wyżej nie pasą się owce, nabrałam dłońmi wody ze strumyka i napiłam się. Była słodka i przeszywająco zimna. Zapiekły mnie kłykcie. Smakowała uzdrowieniem. Taka była moja pierwsza myśl, ale zaraz przywołałam się do porządku, zażenowana własnymi uczuciami. Woda to woda. Miejsce to miejsce. To mniej więcej takie uzdrowienie jak ucałowanie stłuczenia.

Mężczyźni zza stołu mówili na mnie pia – dziewczyna – albo „pia z miasta”, albo „dziennikarka”.

– Przyjechał tu raz taki dziennikarz – powiedział mi jeden z nich. – Wrócił do Tromsø i napisał artykuł, że jesteśmy napalonymi samcami, którzy polują na kobiety.

– A miał rację? – spytałam.

– Nie! – odpowiedział i wszyscy się zaśmiali.

Kiedyś do sklepu zajrzał przyjezdny. Poznałam, że to ktoś nietutejszy, bo był chudy i zapłacił za kawę.

– Nie porozmawiamy z panem za dużo, chyba pan rozumie – powiadomił go Arild. – Mamy tu dziewczynę z Ameryki i raczej z nią gadamy.

Dotarło do mnie, że szybko zaczęłam tu przesiadywać równie regularnie jak Rune.

Miałam poczucie, że wieś mnie przyjęła. Kiedyś o północy zbudzili mnie dwaj nastoletni chłopcy – pomocnicy ze szkoły ludowej – i zaprosili na ryby na fiord. Pokazali mi, jak zarzucać wędkę i zwijać żyłkę, a gdy zamilkł silnik łodzi, usiadłam w dziobie i patrzyłam, jak raz za razem zacinają kijami. Dryfowaliśmy powoli ku otwartemu morzu, a ja miałam jakieś macierzyńskie uczucia. Słońce świeciło jasno, ale na naszych ciałach i na łodzi zbierały się krople rosy. Dygotaliśmy wszyscy. Około czwartej rano zniosło nas na mierzeję i tam wyskoczyliśmy: wpierw ja, potem jeden z chłopców, po czym zaciągnęliśmy łódź na brzeg. W porcie stał trzeci chłopiec, otoczony przez starszych mężczyzn; to byli klienci sklepu z sąsiedniej wioski Sand, więc żadnego z nich nie znałam. Najwyraźniej chłopiec majstrował przy czyjejś łodzi i mężczyźni go przyłapali.

– Wy pedofile! – krzyczał, żeby wytrącić ich z równowagi.

– Zostawcie go – powiedział jeden z mężczyzn. – Sam taki byłem.

Poszłam do domu przemoczona do suchej nitki i już nie zmrużyłam oka.

Arild zbudził się wcześnie i zaczął rozdzielać zadania. Dalecy krewni zlecili mu posadzenie kwiatów na rodzinnych grobach stojących na przykościelnym cmentarzu i do tej pracy wyznaczył mnie, płacił zaś kanapkami i lodami na patyku. Praca – sam fakt, że mi ją powierzono – sprawiła mi radość. Wdrapałam się mozolnie na wzgórze z kilkoma donicami bratków i nazwiskami na świstkach papieru i przechadzałam się cmentarnymi alejkami, aż znalazłam jedno z nazwisk. W zależności od tego, ile zapłacił dany krewny, sadziłam do trzech bratków w jednym miejscu. Najświeższy grób nie miał jeszcze kamienia; Edel Kristoffersen, matka Arilda, zmarła ledwie miesiąc wcześniej w wieku dziewięćdziesięciu dziewięciu lat. Kwiaty na jej grobie Arild posadził sam.

Żałoba Arilda była zarazem nieprzenikniona i rażąca. Nawet w najlepszej formie był najposępniejszym ze znanych mi ludzi; miał zwieszoną głowę, ogromne oczy o białych, krowich rzęsach i delikatne pierzaste włosy, które sprawiały wrażenie, jakby ich przejście z blond do bieli odbyło się bez wielkiej pompy. Nosił przeważnie koszulkę z obrazkiem nacierającego słonia i szelki odcinające zwierzęciu uszy, a gdy łapał przeziębienie, owijał sobie szyję gałgankiem, żeby ludzie go pytali, jak się czuje. Uśmiechał się rzadko, chyba że do owiec, a jego sposób bycia w sklepie był zarówno dziarski, jak i smętny.

– Tylko o coś zapytaj, a na pewno ci powiem, że się wyprzedało – mawiał często.

Ale Arild był bardziej łebski, niż mogłoby się zdawać. Wiedział, że złodziei trzeba obsługiwać jak najuprzejmiej, a kłamcy uwierzą we wszystko, co usłyszą, bo mają bujną wyobraźnię. Umiał uspokoić małe dziecko kostką cukru zanurzoną w kawie i wiedział, że z kartonu z nowymi batonikami trzeba wyjąć kilka sztuk, bo klienci pomyślą wtedy, że ich znajomi już ich spróbowali. Do najstarszych klientów zwracał się per „młody człowieku”, do dzieci per „dziadygo”, a w odniesieniu do pozostałych używał na ogół oficjalnego De, formy, która wyszła z użycia w poprzednim wieku.

Miał opinię plotkarza, ale sam powiedziałby raczej, że wie, co w trawie piszczy. Od ponad dekady rozwoził po całej Północy granulowaną paszę i chlubił się tym, że po sześciu miesiącach poznał klientów lepiej niż inni dostawcy przez lata. To w połączeniu z siecią społeczną usnutą wokół jego kącika kawowego sprawiało, że znał prawie wszystkich i prawie wszystko o wszystkich wiedział. Kiedyś byłam świadkiem, jak do sklepu wstąpiło dwóch tirowców na szybki łyk napoju gazowanego. Arild namówił ich, żeby przysiedli na małą kawę – „Dorób kawy, Blair” – i zaczął się przerzucać z nimi imionami i nazwiskami szybciej, niż mogłam nadążyć. Obaj mieszkali wiele godzin drogi od wioski, ale nie minęło sześć minut, a Arild powiadomił pierwszego, że żona z katalogu, którą wybrał sobie jego sąsiad, jest w istocie Mongołką, a nie Tajką, a jego ojciec był, zdaje się, traperem, czyli musiał znać Ronny’ego Grape’a i Tora Arego Maggę, i czy słyszał, że już nie żyją? Gdy zdumieni mężczyźni wyszli, Arild poczekał, aż odjadą, po czym przyzwał mnie gestem.

– Dobrze, że nie powiedziałem za wiele o ojcu tego gościa – szepnął, choć byliśmy w sklepie sami. – Raz przywiozłem mu paszę i jak wyciągałem worek z bagażnika, to zaczął mi się zsuwać; nawet nie zdążył spaść, a facet mówi: „Chcę inny worek”. Ot tak. „Chcę inny worek”. Ile to mówi o człowieku! To było piętnaście lat temu, ale sama rozumiesz, takich rzeczy się nie zapomina.

Gdy kilka dni później wychodziłam po południu ze sklepu, usłyszałam jego głos.

– Blair! – zawołał. – Jak myślisz, kto częściej bierze prysznic: ja czy Rune?

– Że co? – zapytałam.

– Chyba ja częściej – powiedział i zawiesił na chwilę głos. – Aha, jakbyś chciała skosztować wieloryba, zajrzyj około szóstej, to dam ci spróbować. Ale jeśli jesteś zajęta, to się nie pali. Po prostu wpadnij, jak masz chęć, około szóstej.

Gdy wróciłam o szóstej, zamykał sklep: skończył nakrywanie mięsiwa srebrną folią i przekręcił klucz w zamku.

– A, jesteś – zauważył. – To chodź.

Z zaplecza sklepu weszliśmy wąskimi schodami do mieszkania na piętrze. Poza kuchnią i ustawionym naprzeciwko telewizora fotelem na biegunach wnętrze zdawało się nietknięte od lat, a może i dziesięcioleci; nakryte koronkowymi obrusami stoliczki i babcine kanapy wyraźnie wyglądały na nieużywane. Usadzona na gzymsie kominka lalka niemowlak w ręcznie haftowanej sukieneczce była puchata od kurzu. Arild omiótł spojrzeniem wnętrze, jakby je pierwszy raz zobaczył, i wyjaśnił, że jego żona, Anne Lill, mieszka w większym domu na sąsiedniej posesji.

Blat kuchenny pokrywały deski do krojenia i miski. W jednym rondlu na piecyku bulgotał sos, a w drugim, w kałuży stopionego masła, smażyły się krążki czarnego mięsa i karmelizowane cebulki. Z piekarnika zaś Arild wyjął blachę z plasterkami ziemniaków.

– Lubię gotować – napomknął, przenosząc do zlewu deskę do krojenia. – Ale muszę gotować dla siebie. Anne Lill się stale odchudza.

Wyjął z szafki talerz, ułożył na nim mięso i ziemniaki, polał wszystko sosem zręcznym, spiralnym ruchem i przeniósł spojrzenie na mnie.

– Bierz talerz – powiedział. – Co ty sobie myślisz, pio z miasta, że ci nałożę? Tam leżą.

Nałożyłam sobie i poszłam za nim korytarzem na taras na dachu. Zastałam tam dwa krzesła oraz stół z białym obrusem i dzbankiem z mlekiem. Arild usiadł i zaczął jeść. Choć lubiłam towarzystwo mężczyzn ze sklepowego stołu, a ich zainteresowanie mi schlebiało, czymś innym było przebywanie tu sam na sam z Arildem. Posiłek na tarasie, przy lekkim wietrzyku i z pokrzykującymi w oddali mewami, nad pustym teraz sklepem, zdawał się osobliwie znaczący – brzemienny w oczekiwania niczym pierwsza randka. Ale może to moje oczekiwania, powtarzałam sobie. Projekcja, paranoja. Jak dotąd wszystko było okej. Zresztą byłam głodna, bo od przyjazdu do Mortenhals żywiłam się głównie chlebem i lodami. Sięgnęłam więc po nóż i odkroiłam kawałek wielorybiego mięsa.

Było doskonałe, intensywne w smaku i chrupkie, ale w środku delikatne. Coraz trudniej dziś o wieloryba, oznajmił Arild, gdy skończył przeżuwać. Jeszcze niedawno wielorybnicy przypływali fiordem i wciągali płetwale karłowate na plażę w Sand. Wielkie tłuściochy, wprost olbrzymie. Ich cielska leżały przewieszone przez pokłady kutrów, a pyski i ogony wlekły się po wodzie. Podczas czyszczenia na każdym mieścił się z tuzin mężczyzn z widłami. Człowiek przyjeżdżał konno na wybrzeże, dobijał targu i odjeżdżał z pięćdziesięciokilogramowym płatem odfiletowanego mięsa, który wystarczał rodzinie na całą zimę. Wielorybie mięso zaliczało się zawsze do strawy dla biedoty, a teraz trzeba było wiedzieć, gdzie je zdobyć. Ten akurat kawał Arild kupił na Lofotach – dowiedział się o nim pocztą pantoflową i złożył zamówienie. Lubił żyć jak za dawnych czasów. Opowiedział mi, że ma coś na kształt wystawy, świadectwa dawnych czasów, w postaci sklepu rodzinnego mieszczącego się w pierwotnym miejscu, tuż za owczarnią. Sklep był zamknięty na cztery spusty, a jego okna zabito deskami, ale wewnątrz wszystko pozostało jak dawniej, włącznie z regałami wyładowanymi towarem – doskonała kapsuła czasu z lat pięćdziesiątych.

– Muzeum? – zapytałam, a on w odpowiedzi łyknął mleka.

– Planuje się to i owo – odparł wymijająco.

Dokończyliśmy swoje porcje, wzięliśmy dokładkę, a potem pokroiliśmy truskawki i zjedliśmy je z tłustą śmietaną. Owoce były drobne i czerwone, a w smaku aż nazbyt truskawkowe. To z powodu światła, wyjaśnił Arild. Letnie owoce jagodowe, przez okrągłą dobę wystawione na działanie światła, są nieco inne.

Wprowadził mnie do domu i włączył telewizor, ale gdy zobaczył, że w wiadomościach mówią o zbrodniarzu Andersie Breiviku, zaraz go wyłączył. Miał mi coś do powiedzenia. Wiedział, że Rune zaprosi mnie na ognisko z okazji nocy świętojańskiej, która przypadała za trzy dni. Będzie tam jeszcze jeden mężczyzna i powinnam się mieć na baczności. Ten mężczyzna ma swoje za uszami. Lepiej, żebym uważała.

Zrozumiawszy, że wieczór dobiega końca, doznałam zarazem ulgi i rozczarowania. Podziękowałam za posiłek i przestrogę.

– Przed wyjściem możesz jeszcze pozmywać – powiedział.

Kiedy łosoś był już gorący, Rune i ja podzieliliśmy go na mniejsze części i zjedliśmy palcami. Martin odmówił ryby, po czym pochylił się i zwymiotował na ziemię śluzem.

– Coś tu nie gra – powiedziała Berit i zamknęła oczy. – Mam fatalne przeczucia.

– Podpowiada ci to twój saamski szósty zmysł? – spytał Erling.

Berit skinęła głową.

– Coś mi tu naprawdę śmierdzi. Jakiś zły duch.

– Sexy ten twój saamski zmysł – odezwał się po chwili Erling. Sięgnął do okrytego różową skórą krocza Berit i zaczął je pocierać.

– Weź, Amerykanka się zszokuje – powiedziała Berit.

Wstałam i podeszłam bliżej ognia. Poczułam na twarzy ciepło, zdawało mi się, że od gorąca napięła mi się skóra na policzkach. Inne ogniska na plaży już dogasały, zresztą nie wyglądały zbyt widowiskowo; niebo jaśniało jak w samo południe. Podczas lata polarnego, gdy słońce krąży ospale po niebie, najdłuższym dniem w roku nie jest ten poprzedzający noc świętojańską. Jest nim cały lipiec.

– Zimno ci? – zatroszczył się Rune. – Zaraz cię rozgrzeję – dodał i otoczył mnie ramieniem. – Ze mną już więcej nie zmarzniesz.

A liczyłam, że sobie daruje.

– Nie obrażaj się, że do tej pory cię nie tknąłem – powiedział.

Za naszymi plecami obściskiwali się Berit i Erling. Dzieci stały w trawie i rzucały w siebie kamieniami. Martin znów zwalił się z krzesła i leżąc na wznak z rozrzuconymi nogami i rękami, wpatrywał się w niebieskie niebo. Niemal się uśmiechał.

Odsunęłam się od Runego.

– Taka poczciwa z ciebie dziewczyna – powiedział. – Jak wygram na loterii, będziesz mogła ze mną zamieszkać. Tu, na Malangen. Już ja się tobą zajmę. – Zwiesił głowę. – Będę ci rzeźbił w drewnie i dam ci wszystko, czego potrzebujesz.

Zza naszych pleców dobiegły stłumione jęki, ale nie umiałam stwierdzić czyje. Naraz zrobiło się późno. A ja chciałam tylko patrzeć w ogień.

Rune, z głową opuszczoną jeszcze niżej, wyciągnął rękę i poklepał mnie niemrawo po piersi.

– Na mnie już pora – powiedziałam.

Martin podniósł głowę z piasku i patrzył, jak odchodzę.

– Ale Blair – powiedział po angielsku. – Wieczór jeszcze młody.

Rozdział 1

W poszukiwaniu odpowiedzi na intymne pytania o przemoc, chłód i moje miejsce w świecie ponad pół życia kierowałam się na Północ. Nim ostatnio odwiedziłam Arilda, wielokrotnie tam wracałam – do Norwegii i na Alaskę. Raz też Północ porzuciłam, obiecując sobie, że więcej nie przyjadę. Arildowi by się to spodobało. „Sześć razy przyjeżdżała, raz wyjechała” – mógłby mówić klientom, jakby zadawał im zagadkę. Lubił zabijać ludziom ćwieka. Lubił wiedzieć więcej, niż zdradzał.

Moja siódma podróż na Północ odbyła się dlatego, że Arild zaprosił mnie do przekształcenia starego sklepu w muzeum. Skończyło się lato, zdążyłam wrócić do siebie, a Martin spoczął przy kościele na wzgórzu.

„Potrzebuję osoby, która latem otwierałaby stary sklep, bo ja przy swojej pracy nie mam na to siły. Jeśli ten pomysł ci się podoba, zapraszam cię z całego serca do pomocy (za DROBNE WYNAGRODZENIE). Jak wiesz, mogę ci zaproponować sensowne zakwaterowanie. Prawdopodobnie nie trzeba będzie otwierać codziennie, więc możesz wędrować po pięknym Malangen albo pożyczać ode mnie samochód, jeśli tak wolisz.

Jako że do mnie napisałaś, rozumiem, że nie padłaś ofiarą którejś strzelaniny w amerykańskiej szkole”.

Odpisałam, że przylecę w maju następnego roku. Tak oto każde z nas wróciło gładko do swojego życia, z wygody, z konieczności. Stary sklep wydawał się dobrym pretekstem do dalszego poszukiwania odpowiedzi na moje pytania, sposobem na powrót do Norwegii i bezpośrednie z nimi zderzenie. Nie wiedziałam, że to właśnie część odpowiedzi.

Pierwszej nocy po przyjeździe do Mortenhals prawie nie spałam. Za oknem, na tle jasnoszarego nieba, przez całą noc pikowały z krzykiem mewy, a ja wyrywałam się gwałtownie ze snu i mrugałam oślepiona. Arild przydzielił mi pokoik nad wejściem do sklepu, pomieszczenie o nieznanej mi zawartości: stół pokryty słoikami pełnymi pędzli i odłamków szkła oraz krótką pomarańczową leżankę z materacem z nierówno przyciętej pianki. Leżałam z ugiętymi nogami i czułam błogą obojętność. I znów tu jestem. W pewnym momencie poszłam do łazienki i wyjrzawszy przez okno, zobaczyłam, że owce uciekły z pastwiska i zbite w kupki wylegują się wokół pompy wtryskowej. Przetarłam oczy i wróciłam do łóżka.

Rankiem obudził mnie szmer rozmów za drzwiami. Zeszłam stromymi schodami wzdłuż turkusowych ścian, przytrzymując się niskiego stropu dla uniknięcia upadku, i przez zaplecze dotarłam do sklepu. Pachniało jakby bekonem, ale to tylko muchy skwierczały w lampach podsufitowych. Arild i Rune siedzieli przy stole z mężczyzną, którego nazywali Tym Przy Forsie. Arild podniósł wzrok znad gazety zatytułowanej „Zorza Polarna” i nalał mi kawy. Nagłówek na pierwszej stronie głosił: „Nigdy więcej zagranicznych tatuaży”.

– Pamiętasz z zeszłego roku młodą Amerykankę? – spytał Arild Tego Przy Forsie. – Wróciła.

– Nie widziałem takiego kogoś – odpowiedział Ten Przy Forsie.

– No – dodał Arild. – Niedługo mnie z domu wygryzie.

Ten Przy Forsie podparł się łokciem, nachylił w moją stronę i uważnie mnie zlustrował. Był potężny i opalony, gładko zaczesane, siwobrązowe włosy odsłaniały mu kwadratową twarz, a rozpięte cztery górne guziki koszuli – ciemną, włochatą pierś. Dorobił się fortuny na rzeźniach i zakładach mięsnych i zimą zawsze opalał się w Hiszpanii w otoczeniu – jak się chełpił – gorzałki i dziewczynek. Miał dom kilka kilometrów od Mortenhals, z bieżącą wodą i nawet z pralką, ale nazywał go chatką. Żadnemu z sąsiadów pralka nie przeszkadzała. Przeszkadzało im natomiast nazywanie domu chatką.

Ludzie na Malangen byli ubodzy, ale mieszkali w najbogatszym kraju świata, w dodatku ze szczodrymi zasiłkami, o czym często sobie nawzajem przypominali, choć nie do końca było to zgodne z prawdą. Ich ubóstwo przejawiało się raczej w sferze klasowej niż konsumpcyjnej, dotyczyło nie tyle pieniędzy, co faktu, że pochodzą nie tylko z Północy, ale i ze wsi. Północ kojarzyła się z nieokrzesaniem. Podczas gdy Norwegowie z południa byli dumni ze swej powściągliwości – rzadko nawiązywali kontakt wzrokowy na ulicy, nigdy się nie spóźniali i używali kosmopolitycznego dialektu przypominającego duński – ludzie z Północy byli rozwiąźli i ordynarni. Przeklinali, mamrotali, często żartowali na temat śmierci i seksu i mieli luźny stosunek do czasu. „Spotkajmy się w środę, po trzeciej kawie”. Ich Norwegia była krajem czarów, gawędziarstwa i kazirodztwa, a nie minimalistycznych mebli i Nagrody Nobla.

Wieś to dalekosiężna pamięć. Jak wiele się naprawdę zmieniło przez pięćdziesiąt czy nawet sto lat, kiedy te same gospodarstwa zamieszkiwały te same rodziny? Mężczyźni z Malangen trudnili się polowaniami na foki i wielorybnictwem: po miesiącach spędzonych na Oceanie Arktycznym wracali do domu ze stertami futer, niedźwiadkami polarnymi, które sprzedawali w Europie, oraz oślizgłym, czarnym foczym mięsem w ilości wystarczającej do wykarmienia rodziny. Foczymi skórami podbijali narty. Ze skór morsów skręcali liny. Piły oliwili tranem. Alkohol wytwarzali z soku z brzozy, a gdy zima była szczególnie sroga, dla wzmocnienia trunku wymrażali z niego wodę. Kobiety przybywały na półwysep pomagać przy sianokosach, zakochiwały się, wychodziły za mąż i doglądały gospodarstw, gdy ich mężczyźni ginęli na morzu.

Potem nastała epoka elektryczności. Następnie dróg. I wydobycia ropy naftowej. Gdzieś na południu Brigitte Bardot narobiła hałasu i polowania na foki na skalę przemysłową dobiegły końca, a przypominał o nich tylko jeden jedyny nastolatek o ciemnych od snusu dziąsłach, który w towarzystwie dziadka sprzedawał na nabrzeżu płetwy. Mężczyźni znaleźli inną pracę: na platformach wiertniczych, w wytwórni styropianowych pudełek do eksportu łososia, jako sternicy statków wycieczkowych pływających na tych samych wodach, na których kiedyś polowali. Zimy stały się cieplejsze, a lata dłuższe. Lasy zalały pola i góry jak przypływ.

Było powszechnie wiadomo, że Ten Przy Forsie czuje się ostatnio zraniony. Jeden z jego sklepów mięsnych działał w Storsteinnes, miasteczku odległym o godzinę jazdy samochodem i na tyle dużym, że znajdowały się w nim: spożywczak, państwowy sklep monopolowy i bank. Na kierownika powołał brata, ale inny pracownik miesiącami wykradał pieniądze z kasy, aż sklep splajtował. Arildowi nie mieściło się w głowie, że człowiek może tak długo nie wiedzieć, co się dzieje w jego własnym sklepie. Że niczego nie dostrzega. Nie żeby Arild się skarżył; zasadzał się na chłodziarkę, której miał się pozbyć Ten Przy Forsie.

– Wiadomo, że byś ją zgarnął – powiedział Ten Przy Forsie. – Jo, takiej ładnej chłodziarki to nigdy nie miałeś.

– Hm – mruknął Arild. Nie miał w zwyczaju spierać się z klientami.

– To był ładniejszy sklep niż ten – zwrócił się do mnie Ten Przy Forsie. – Siedemset metrów. – Zmarkotniał. – Ale nie miałem tam takiej ładnej dziewczyny.

– Chłodziarka – wtrącił Arild.

Ten Przy Forsie pokręcił głową.

– Za wysokie progi.

– Racja – przyznał Rune. – Za wysokie progi.

Arild sięgnął po gazetę. I zaraz zmienił zdanie.

– Sam się musisz obsłużyć – powiedział nagle. – Ja idę pokazać pii jej muzeum. Chcesz ją widywać, to musisz częściej wpadać do najbliższego sklepu.

Wstał i pokuśtykał w stronę drzwi. Nadwerężył sobie kolano, zeskakując z paki, ale teraz chyba przesadzał z utykaniem.

– Poza tym – zawołał Ten Przy Forsie – chłodziarka nie zmieściłaby ci się w drzwiach.

– Nieprawda.

– Prawda.

– To się jeszcze okaże – skwitował Arild i zamknął za sobą drzwi.

Chmury wisiały nisko, widać było tylko dolne partie gór. Powietrze przesycała wilgoć; szosa lśniła, choć nie padało. Ruszyłam za Arildem, minęłam opuszczoną już przez owce pompę wtryskową, obeszłam owczarnię i znalazłam się na niewielkim podwórzu z masztem pośrodku. Za nami przykłusowały dwa beczące jagnięta. Tydzień wcześniej Arild znalazł ich matkę martwą, z dziećmi zwiniętymi w kłębek na bezwładnym ciele. Ten widok poruszył go do głębi. Teraz pięć razy dziennie karmił je ciepłym mlekiem i powiedział, że niebawem przejmę ten obowiązek. Jeśli zechcę.

Bliżej wody stał stary dom, wysoki i biały, serce Mortenhals, w którym Arild się urodził i zamierzał umrzeć. Wznosił się na wysokość masztu, a ściany miał podniszczone, ale świeżo odmalowane. O ile jednak stary dom prezentował się okazale jak na swój wiek, to stary sklep wyglądał wręcz nędznie. Na ścianach łuszczyła się biała farba, a okna, niektóre wybite, zaklejono tekturą. W przerośniętej trawie przy cementowych schodkach leżały trzy kamienie młyńskie i pusta puszka po piwie, a same stopnie pokruszyły mi się pod stopami. Arild wsunął stary klucz i zaczął się mocować oburącz z gałką.

Wkroczyliśmy w chłód. Wnętrze było poszarzałe, wszystkie barwy zmętniały do wąskiej palety odcieni drewna, metalu i poblakłych etykiet. Zza sterty skrzynek i pudeł wyłaniał się dawny obraz sklepu: pomieszczenia z pomalowaną na zielono ladą w kształcie litery L oddzielającą sklepikarza od klientów. Za ladą ciągnęły się regały wyładowane towarami: butami, mydłem, mlekiem skondensowanym, alkoholem, plastikowymi guzikami, słoikami z napisem „Norwegia”, na które, jak wyjaśnił Arild, jest wielki popyt wśród hipsterów w Internecie. Z sufitu zwisały rękawiczki z jednym palcem, dopinane łyżwy z drewnianymi elementami, maszynki do mięsa, podkowy, latarnie, zębatki rowerowe, boje, krowie dzwonki i miedziany czajnik. Przypominało to gęstą od zwisających pnączy dżunglę i zanurkowałam w jej gąszcz, choć nie miałam jak się wyprostować. Na prawo od drzwi stała żeliwna koza ozdobiona złotą koroną i napisem: „Piecyk Elwira”. Nie należał do oryginalnego wyposażenia sklepu; Arild kupił go niedawno od artystki z Tromsø i to ona nadała mu imię oraz domalowała złotą koronę.

Arild łypnął na mnie i powiedział:

– Dla miastowej to kupa brudnej roboty.

– Biorę. – Dobrnęłam do okna, oderwałam kartonową osłonę i wpuściłam snop światła. Na parapecie leżał martwy ptak. Powietrze pulsowało od kurzu; machnęłam ręką i patrzyłam, jak pył niesie się wirującymi falami po całym pomieszczeniu.

Z drewnianej skrzynki Arild wyjął dawne zdjęcie sklepu: niewielkiego białego budynku obwieszonego metalowymi szyldami zachwalającymi tytoń i kardamon. Arild miał je jeszcze w piwnicy.

– Niebawem będzie można je z powrotem zawiesić – zapowiedział, ważąc w dłoni staroświecką nitownicę. – A gdy nadejdzie czas, zamiast młotka i gwoździ użyjemy tego. Pożyteczna rzecz, między innymi dlatego, że do wyjęcia nitów potrzeba specjalnego narzędzia, więc szyldów nikt nie wykradnie.

– Przecież ty wszystkich znasz – odparłam. – Kto by miał okraść stary sklep?

Arild wpatrywał się we mnie przez dłuższą chwilę.

– Nikt. Pewnie, że nikt. Hm! – mruknął znów, tym razem głośniej, i odłożył klucz na krawędź lady. – Nie zapomnij za sobą zamknąć.

Pierwszy raz przyjechałam do Norwegii jako dziesięciolatka – zamieszkałam z rodzicami w Oslo, gdzie mój ojciec, naukowiec związany z ruchem antynikotynowym, konsultował projekt zakazu palenia. Do szkoły chodziłam w bogatej dzielnicy, ale całe dnie spędzałam z innymi cudzoziemcami – kilkanaściorgiem dzieci z Pakistanu, Somalii i Rosji. Siedzieliśmy na poddaszu i gotowaliśmy na przykład zupę kalafiorową dla uczniów, którym w domu brakowało jedzenia. Moją najbliższą przyjaciółką została Rosjanka Natasza, mimo że nie mówiłyśmy żadnym wspólnym językiem. Razem penetrowałyśmy schludne, szerokie ulice miasta, podróżowałyśmy autobusami do końca trasy, a po zmroku jeździłyśmy na łyżwach w Parku Vigelanda. Dla małych dziewczynek Norwegia zdawała się najbezpieczniejszym miejscem na świecie i czerpałyśmy ze swej swobody całymi garściami. Wtedy jeszcze – a był schyłek lat dziewięćdziesiątych – matki zostawiały przed sklepami dziecięce wózki w przekonaniu, że jeśli niemowlak zakwili, ktoś z przechodniów odpowiednio zareaguje.

Byłam jedynaczką. Nasz dom w kalifornijskim Davis przylegał do zdziczałego rezerwatu ptactwa, gdzie wiosną skrzeczały gęsi, a nastoletni chłopcy ukrywali świerszczyki, do których mama zabroniła mi zaglądać. Dzieciństwo spędzałam na dworze: ucierałam liście eukaliptusa na wonną papkę albo rozłupywałam kamieniami owoce granatu i wyjadałam kwaskowate nasiona, co zajmowało mi nieraz całe popołudnie. Moja ulubiona zabawa polegała na zalewaniu mrowiska i staniu na nim możliwie najdłużej, w miarę jak mrówki pięły się na wyżyny po moich stopach, kostkach i nogach. Łaskotało jak nie wiem co. Stałam bez ruchu, a gdy już nie mogłam wytrzymać, spryskiwałam je wodą z węża i patrzyłam, jak pływają w kałuży, ciemne przecinki ledwie odkształcające twardą powierzchnię wody.

W Davis było gorąco. Większość miesięcy prażyła się na rumiano w nieustającym lecie, a gdy nadciągał kwiecień, płyty chodnikowe parzyły mi podeszwy bosych stóp. W czerwcu, z zakończeniem szkoły, mama i ja pakowałyśmy się do naszego kombi i spędzałyśmy sześć godzin w drodze na północ, na Whidbey Island, gdzie mieszkała rodzina matki. Letnie dni mijały mi na plaży i w lesie: malowałam patyki i zbierałam jagody, łapałam kraby i węgorze w wypełnionych wodą zagłębieniach skalnych i taszczyłam je w wiadrze po nabrzeżu, póki nie nadszedł przypływ. Na wyspie matka była najszczęśliwsza. Była miłośniczką przyrody, poetką; potrafiła chodzić boso całymi kilometrami i karmić z ręki orły bieliki. Gdy ogłosiła, że wychodzi za mojego ojca, rodzice poprosili ją, żeby usiadła, i wyrazili swoje obawy w związku z tą decyzją. Początkowo myślała, że chodzi o jego żydowskie pochodzenie, ale nie. „Naprawdę sądzisz, że będziesz szczęśliwa w małżeństwie z nowojorczykiem?” – pytali.

– W tym sęk, że mieli rację – orzekła później. Nie chodzi nawet o to, że związek był nieudany, nic podobnego. Ojciec miał specyficzne poczucie humoru, chichrał się z własnych myśli, a ja przyciskałam często ucho do ściany i słyszałam, jak matka zaśmiewa się do rozpuku, rozbawiona do łez jego prawie sekretnym żartobliwym językiem. Ale prawdą jest, że pod względem stylu życia nie mieli ze sobą wiele wspólnego. On wychowywał się na Bronksie i na Lower East Side; pracował przez okrągły tydzień i wracał do domu tylko po to, żeby poczytać mi na dobranoc coś Roberta Louisa Stevensona czy Robinsona Crusoe, a następnie wracał do biura i siedział tam do trzeciej lub czwartej rano. Choć jeździliśmy czasem na rodzinne biwaki, ojciec rzadko z własnej inicjatywy spędzał czas na łonie przyrody; rozstawiał na stoliku turystycznym szachy i popijając kawę z termosu, walczył z niewidzialnym przeciwnikiem. Lubiłam przesiadywać u niego na kolanach i patrzeć, jak jego zwinne dłonie poruszają się po planszy. Pozwalał mi wyłączać zegar szachowy, który wydawał przy tym przyjemny głuchy odgłos.

To ze względu na ojca zamieszkaliśmy w Kalifornii i mama nigdy o tym nie zapomniała. Kiedy podjął pracę w Davis, obiecał jej, że to tylko na dwa lata. A minęło ile? dziesięć, dwanaście? Co roku w sierpniu, gdy w drodze powrotnej przekraczałyśmy razem granicę Kalifornii, zaczynała płakać, przepraszała, po czym zamartwiała się głośno konsekwencjami posiadania matki, która płacze i przeprasza. Ja nie widziałam w tym niczego złego. Była szczera, a jej łzy zdawały mi się zrozumiałe: ziemię kochała tak samo jak ludzi. W każdym razie dzieciństwo przeżyłam w przekonaniu, że mój prawdziwy dom dopiero się objawi. Davis mogłam lubić, pewnie, ale wiedziałam, że kochać go nie należy.

A potem ojcu zaproponowano urlop naukowy. I wyjechał do Norwegii, kraju, z którego wywodzili się przodkowie matki. I tak ni stąd, ni zowąd znalazło się dla mnie miejsce do pokochania.

Rok minął, a moja miłość do Norwegii – i Północy w ogóle – pozostała. Przed laty na trawę w Davis spadł śnieg, woal, po którym późnym rankiem nie został ślad, ale gdy jeszcze leżał, cały świat zdawał się nieziemski, zachwycający; taka była Północ, tyle że po tysiąckroć. Mama zbierała książki o Alasce, a ja pod jej nieobecność wchodziłam do jej gabinetu, siadałam po turecku na zielonym dywanie i kartkowałam książki. Czarno-białe zdjęcia nadmorskich wiosek, welurowa połać migrujących karibu. Samojedy ciągnące wyładowane sanie poprzez zamarznięte morze. Wyobrażałam sobie, jak zmierzam na nartach w stronę bieguna, przeganiając niedźwiedzie ostrzegawczym strzałem. Do moich przytulanek zaliczały się wypchany husky o imieniu Anna oraz wypchany niedźwiadek polarny o imieniu Erasmus. Przeczytałam z kilkanaście książek dziecięcych o wyścigach psich zaprzęgów Iditarod, a gdy dorosłam, przerzuciłam się na Farleya Mowata i Gary’ego Paulsena. Czasem towarzyszył mi tata. Zaczęłam mu czytać na dobranoc swoje ulubione książki, role się odwróciły.

„Temperatura wynosiła idealne minus dziesięć. Świeciło słońce, wszystko szło dobrze, a psy złapały rytm, który mógł je ponieść sto albo i tysiąc kilometrów…”

– Zaraz – wtrącił tata siedzący na poduszce przy moim łóżku. – Masz pojęcie, jak tam jest zimno? Ile to jest minus dziesięć?

– Uhm – odpowiedziałam.

– Nie – stwierdził. – To ekstremalnie zimno. Niebywale zimno. Znacznie, znacznie zimniej, niż mogłoby ci się zdawać na podstawie dotychczasowych doświadczeń. To tak zimno, że… – zawiesił głos. Był w siódmym niebie. Oto dwa w jednym: pouczająca informacja dla córki i komiczne określenie, „idealne minus dziesięć”, które mógł dodać do swego arsenału i wykorzystywać w dogodnych momentach. „O jeny, westchnąłby na plaży, smarując się olejkiem do opalania. Przyjemna pogoda, ale gdyby tak było idealne minus dziesięć”. Gdyby ktoś zapytał go o temperaturę.

– Nie wydaje mi się, żeby to było tak zimno – odpowiedziałam. – Mnie by pasowało.

Straszliwie zazdrościłam Gary’emu Paulsenowi.

Z jakiegoś powodu więzy z Północą, poczucie przynależności do tych stron, były dla mnie równie rzeczywiste jak inne składowe mojej nieopierzonej tożsamości. Mam na imię Blair, nieźle rysuję, urodziłam się po to, by zostać eksploratorką koła podbiegunowego. Co więcej, w głębi serca czułam, że już nią jestem, nawet jeśli nikt inny o tym nie wie. To przekonanie umacniała myśl, że już Północy liznęłam – mieszkałam w Norwegii, nieważne, że na miejskim południu; nie osłabiały go za to realia, czyli fakt, że moje najbliższe przygodom polarnym przeżycia ograniczały się dotąd do nieruchomej, odblaskowej jaskini lodowiska, na którym ćwiczyłam wczesnym rankiem łyżwiarstwo figurowe – dyscyplinę wybraną między innymi dlatego, że uprawia się ją na mrozie. I póki nie dorosłam, nie wiedziałam, jak posunąć się dalej.

A potem na trzeciej lekcji ekonomii w liceum psycholożka szkolna ogłosiła przez radiowęzeł, że poszukiwani są uczniowie, którzy chcieliby wyjechać na rok za granicę. Na przerwie obiadowej poszłam do jej gabinetu wypełnić dokumenty. Nim skończył się rok szkolny, miałam już wszystko zaplanowane. Wrócę do Norwegii. Odnajdę swoje miejsce w świecie. Rodzice, choć początkowo sceptyczni, dali się przekonać. Norwegia – wspominali – to odpowiednie miejsce dla dziewczyny.

Byłam spokojną nastolatką, ale do nieśmiałych nie należałam. Miejscowe matki powiedziałyby, że jestem „porządnym dzieckiem z Davis”, a rówieśnicy, że jestem „chowana pod kloszem” – dorabiałam jako opiekunka, należałam do prymusów, prowadziłam zajęcia w szkółce żydowskiej, uczyłam jazdy figurowej, utrzymywałam prawidłowe stosunki z dorosłymi i przestrzegałam regulaminów. Krótko mówiąc: idealna kandydatka do wymiany międzynarodowej. Dla uniknięcia uchybień studiowałam broszury z pożytecznymi wskazówkami: „W razie wątpliwości zapytaj: czy mogę w czymś pomóc?”. Autorzy zalecali zwracanie się do gospodarzy per „matko” i „ojcze” w ich rodzimym języku, czyli po norwesku mor i far, oraz ograniczenie kontaktów z prawdziwą rodziną do jednej rozmowy telefonicznej miesięcznie. Mogłam na to przystać, żaden problem. Mogłam przystać w zasadzie na wszystko, skoro tylko miało mi to pomóc w zapuszczeniu korzeni w Norwegii. Teraz musiałam tylko czekać na wiadomość, gdzie dokładnie przyjdzie mi je zapuścić.

Późną wiosną zadzwonił telefon, wyświetlił się numer ze Wschodniego Wybrzeża. Odebrałam w kuchni. Jakiś mężczyzna wyjaśnił, że organizator programu wymiany młodzieży znalazł dla mnie rodzinę. Jego głos wydał mi się nieco znajomy. Usłyszałam, jak rodzice odbierają drugi telefon.

– W Kirkenes – oznajmił. – Pewnie nic ci to nie mówi. To mała mieścina na północnym krańcu Europy. Całkiem zapadła. Zimą w ogóle nie dociera tam słońce. Tam jest całkiem, hm, surowo.

Zabrakło mi tchu.

– Przykro mi – dodał rozmówca. – Nie udało nam się znaleźć niczego bardziej gościnnego.

– Nie, nie – odzyskałam mowę. – To… naprawdę dobrze. To świetnie.

– To świetnie? Na pewno świetnie?

Skinęłam głową i zaraz się zreflektowałam.

– Uhm. Tak. Zdecydowanie.

– Blair… – zaczął mężczyzna.

– Czekaj – odezwał się z drugiego aparatu tata. – Robert? – Gdzieś z oddali dosłyszałam stłumione chichoty. – Robert – powtórzył tata. – To nic nie da. Miało jej się nie spodobać. Czekaj – powtórzył. Zakrył słuchawkę i powiedział coś do matki, po czym przybiegł do kuchni. – Słonko! – nagle poweselał. – Prima aprilis! – Za późno, żeby udało mi się ukryć zawód: jednak nie zamieszkam na północnych rubieżach Europy. W ramach przeprosin rodzice zaprosili mnie do restauracji.

Gdy tuż po szesnastych urodzinach dowiedziałam się, że przyjmie mnie rodzina w południo-wschodnim Lillehammer, ledwie kilka godzin jazdy z Oslo, tak się ucieszyłam, że nie zdążyłam poczuć rozczarowania. Spakowałam najcieplejsze ciuchy, włącznie z zakupioną specjalnie na ten wyjazd bladoniebieską parką. Patrzyłam na zdjęcie moich gospodarzy i ich córek – mojej nowej norweskiej rodziny – i ćwiczyłam w myślach: mor, far. Jak się później okazało, na moje powitanie zareagowali pełnym skrępowania milczeniem, więc niemal natychmiast po przyjeździe do Norwegii zdałam sobie sprawę, że używanie poufałego języka to błąd. Byłam jednak zbyt zażenowana, żeby przyznać się do pomyłki, Hilda i Ragnar Selbowie pozostali więc mor i far przez dziesięć kolejnych miesięcy.

Lillehammer wyskakiwało z jeziora na jedno górskie zbocze, które wyznaczało wszystkie kierunki: szkoła na dole i na prawo od lodowiska, trasy narciarskie na górze i na lewo od brukowanych uliczek śródmieścia. Dom moich gospodarzy stał na górze, na prawo od kościoła, i przylegał do lasu, za którym w moich wyobrażeniach ciągnęło się bezkresne pustkowie. Rozpakowałam się w swoim nowym pokoju i próbowałam poskromić nerwy. Czyli zaczęło się trochę niezręcznie. No i co? Jestem tutaj. Może minie trochę czasu, zanim się poznamy, ale prędzej czy później stanę się częścią rodziny. Pójdę do szkoły. Już wcześniej postanowiłam, że zarzucę na rok angielszczyznę i będę mówiła wyłącznie po norwesku, przymuszając się do używania języka, którego w dzieciństwie nie zdążyłam się tak naprawdę nauczyć. Będę jeździć na łyżwach i biegówkach oraz żartować poufale z przybranymi siostrami. Może nawet poznam jakiegoś chłopaka.

Ale coś mi nie pasowało już od pierwszego wieczora, gdy far wziął mnie na rozmowę i wyłuszczył, jak to mnie ukarze, jeśli złamię ustalone przez niego reguły, a ja kiwałam głową, czując ucisk w piersiach. I to dławiące uczucie powracało, ilekroć przechodziłam przez salon, a on na mnie patrzył z nieznanym mi jeszcze wyrazem twarzy – nie przywykłam do sytuacji, w której mężczyźni oceniają moje ciało – i naszło mnie ponownie po kilku tygodniach czy miesiącach, gdy zaszedł mnie od tyłu i pogłaskał po pośladku. Czułam to tysiące razy w tysiącach sytuacji: w jego spojrzeniu, wyrazie twarzy, drgnięciu podbródka. Czułam to, gdy któregoś wieczora nie chciałam usiąść obok niego na sofie, a on zauważył:

– Chyba rodzice cię wykorzystują, skoro tak reagujesz.

Albo kiedy dzień w dzień przypominał mi, że krew nie woda, że nie jestem jego córką. Czułam to, gdy w jego ustach te słowa brzmiały jak groźba.

Raz po raz coś mi nie grało, a jednak nie umiałam przyznać z całym przekonaniem, co to takiego, choćby przed samą sobą. Nie miałam nawet pewności, czy w ogóle coś jest na rzeczy. Może w Norwegii są inne obyczaje. Może źle rozumiem jego norweski.

Ściany w moim pokoju pokrywał gruboziarnisty tynk i do dziś czuję jego dotyk; podczas bezsennych nocy często przesuwałam po nim palcami. Nie wiem dlaczego. Tego roku weszło mi w nawyk wiele niewytłumaczalnych reakcji. Śledziłam – wyczuwałam, wizualizowałam – gdzie w danej chwili przebywają domownicy. Mor gotuje ziemniaki w kuchni. Far ogląda w telewizji konkurs piękności. Do mojego pokoju przylegał przedsionek wychodzący na podwórko na tyłach domu i świadomość, że jestem bliżej tych drzwi niż far mnie, przynosiła mi ulgę. Od czasu do czasu ćwiczyłam też wychodzenie przez okno i nawet ze spadkiem nocnych temperatur zostawiałam je uchylone; zrezygnowałam z tego dopiero wtedy, gdy powierzchnię wody w szklance stojącej przy łóżku pokryła warstewka lodu. Ku mojemu rozczarowaniu drzwi do pokoju nie można było zamknąć na zamek. Może chciałam zabezpieczyć się chłodem.