Wydawca: Wydawnictwo Kobiece Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2019

Witajcie na cholernej Arktyce. Moja walka o niezależność na surowej Północy ebook

Blair Braverman  

3.92857142857143 (14)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 369 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Witajcie na cholernej Arktyce. Moja walka o niezależność na surowej Północy - Blair Braverman

A gdyby tak rzucić to wszystko i wyjechać na Arktykę?

Blair Braverman ma nieco ponad 18 lat, mieszka w słonecznej Kalifornii i marzy o życiu na kole podbiegunowym. Kiedy udaje się jej wyjechać na Arktykę, odbywa trudną podróż przez śnieżyce, klaustrofobiczne jamy w śniegu i pulsującą zorzę polarną. Poznaje tajniki prowadzenia psich zaprzęgów, walczy o życie podczas jednego z treningów i próbuje być tak dzielna i wytrzymała jak to tylko możliwe.

W próbie oswojenia surowej Północy chodzi bowiem jednak o coś więcej niż pokonanie zimna.

W krainie bezkresnej bieli Blair mierzy się ze światem, którego zasady ustalają twardzi mężczyźni, którzy traktują z góry kobiety – tym bardziej te, które są „obce”. Kiedy próbuje funkcjonować w zamkniętych społecznościach małych arktycznych wiosek, bardziej niż innych poznaje siebie samą. Z młodej, niepewnej siebie dziewczyny staje się silną i nieustraszoną kobietą.

Oto porywająca opowieść o niebezpieczeństwach na drodze do samopoznania, oswojeniu swoich lęków oraz przeciwstawieniu się męskiej dominacji i agresji. To także piękna opowieść o krajobrazie, który jest równie piękny co bezlitosny.

__

O autorze:

Blair Braverman z wykształcenia jest literaturoznawcą, a z miłości do zimy i śniegu mieszkanką Alaski. Kiedy miała 18 lat wyjechała ze słonecznej Kalifornii by spróbować życia w krainie wiecznej zimy, nauczyć się powozić psimi zaprzęgami i zostać przewodnikiem turystycznym na Alasce. O swoim życiu na Północy pisała dla „This American Life”, „Outside” oraz „The Guardian”. Na co dzień trenuje ze swoimi ukochanymi husky, by startować w zawodach psich zaprzęgów, i nadal odkrywa uroki koła podbiegunowego.

Opinie o ebooku Witajcie na cholernej Arktyce. Moja walka o niezależność na surowej Północy - Blair Braverman

Fragment ebooka Witajcie na cholernej Arktyce. Moja walka o niezależność na surowej Północy - Blair Braverman

Dla Arilda

Żyjemy na planie, na planie każdy jest aktorem.

– Charles Bowden

Prolog

Ja chory jestem – odezwał się Martin.

Siedział przy ogniu skulony na krześle turystycznym. Trwała noc świętojańska – przesilenie letnie – i drobne, pomarańczowe słońce zawisło nad północnym horyzontem jak spochmurniałe dziecko, które nie chce wyjść z pokoju. Po przeciwległej stronie fiordu, między wodą a górami, migotał rząd małych ogników.

– Bardzo mi przykro – odpowiedziałam.

Poderwał się z miejsca i stanął przede mną.

– Mówili ci? – zapytał. – Założę się, że nie. Nie chcieli się straszyć, takiej ładnej pii jak ty. Nie wiesz, jak to jest. Już niedługo pożyję. Jeśli Bóg się zlituje, to niedługo pożyję.

Oderwałam niechętnie wzrok od płomieni i spojrzałam na niego. Miał może z sześćdziesiąt lat. Jego ciało wydawało się napakowane kośćmi.

– Już nawet kobity nie wyrucham – dodał. – Niedługo zejdę, a nawet kobity nie wyrucham. Pij, pij ten swój cydr. Pij, póki możesz. Nie wiesz, co znaczy życie z bólem. – Jak na zawołanie zesztywniał i jęknął, przygryzając mocno wargę. I złapał oddech. – Ale bym cię posunął – powiedział cicho. – Jeden jedyny raz bym cię posunął.

Chyba czekał na reakcję, więc zaczęłam się nad nią zastanawiać. Strach byłby na miejscu – świadczyłby o moim onieśmieleniu. Podarek w sam raz dla umierającego mężczyzny. Wyruchałby mnie? Nie miałam siły o tym myśleć.

Przypomniał mi się inny mężczyzna, który poprzedniego dnia zaszedł mnie od tyłu i oplótł ramionami. „Skarbeczku – szepnął. – Jesteś już na północ od kręgu moralnego”.

– Sama zobacz – powiedział Martin i zaczął majstrować pobielałymi palcami przy rozporku drelichowych spodni. W szafirowe niebo za jego plecami wystrzeliły iskry.

– Nie musisz mi pokazywać – odparłam. – Wierzę na słowo.

– Tak ci się zdaje. Patrz. – Obniżył spodnie i odsłonił dwie wygięte, białe kości miedniczne i wypełniony do połowy worek stomijny. Trącił go palcami, aż zachlupotało.

Po drugiej stronie ogniska siedzieli ze splątanymi nogami i całowali się namiętnie syn Martina i jego synowa. Erling, ze sterczącym wąsem, miał na sobie czarną ramoneskę, a Berit strój motocyklowy, cały z różowej skóry. Słyszałam pogłoski, że jest szlachetnie urodzoną Saamką, córką człowieka posiadającego najwięcej reniferów spośród wszystkich rdzennych mieszkańców Sápmi, krainy zwanej niegdyś Laponią. Po piasku tarzało się ich dwoje małych dzieci.

Następny mężczyzna, Rune, stał na brzegu zgięty wpół, z naręczem patyków pod pachą i wolną ręką wyciągniętą po kawałek drewna. To on zaprosił mnie do ogniska – na imprezę, jak obiecywał. Ubaw. A teraz zamarł na widok Martina. Zapomniał, zdaje się, po co sięgał.

Martin opuścił spodnie niżej i odsłonił blade, bezwłose genitalia.

– Widzisz, z czym muszę żyć?

– Dobra jest – odezwała się Berit, odrywając się od męża. – Już zobaczyła.

Martin zapiął spodnie.

– Tylko żeby zrozumiała.

– Dobry cydr? – Rune wrócił i stanął za moimi plecami. – Jest jeszcze pięć, jakby co. Kupiłem specjalnie dla ciebie, reszta pije piwo, ale pomyślałem, że może nie lubisz. Może łosoś już gotowy. Lubisz łososia, no nie? – Mówił więcej niż zwykle, ale już mu się plątał język. Co chwilę rzucał na mnie okiem, po czym odwracał wzrok.

– A kto to w ogóle jest? – spytała Berit. – Skąd żeś ją wytrzasnął?

To było niezłe pytanie, a trudna odpowiedź – ta prawdziwa – sięgała piętnastu lat i czterech tysięcy mil wstecz, poprzez śnieżyce i otwartą tundrę, klaustrofobiczne jamy w śniegu i pulsującą zorzę polarną, wiele nocy w pojedynkę, niektóre niestety nie. Byłam dwudziestoczterolatką z Kalifornii, koczującą w maleńkiej wiosce w lodowatej Norwegii. Już tu kiedyś mieszkałam i odzyskałam wtedy nieco utraconej odwagi. Teraz wróciłam po latach i potrzebowałam tej odwagi bardziej niż kiedykolwiek. Nie wiedziałam tylko, skąd ją wziąć. Prawda była taka, że Rune mnie odnalazł, bo liczyłam, że ktoś to zrobi. Byle kto.

Odpowiedź prostsza brzmiała: Rune natknął się na mnie w miejscowym sklepie, a ja trafiłam do sklepu w poszukiwaniu wełnianego swetra, sześć lat wcześniej. Miałam wtedy osiemnaście lat, uczęszczałam do miejscowej szkoły ludowej i uczyłam się powożenia psimi zaprzęgami. Na Arktykę przybyłam w poszukiwaniu przygód, ale kierowałam się też pewną pokrętną logiką: jeśli pozostanę bezpieczna na tej ziemi, może poczuję się bezpiecznie we własnej skórze. A jeśli uratuję własną skórę, to może będę mogła zamieszkać na tej ziemi. Jak dotąd jednak robiłam wszystko na opak. Co istotne, nie miałam ani jednego wełnianego swetra, a na Północy wełniany sweter traktuje się z niemal nabożną czcią. Skoro jest minus trzydzieści, a człowiek marznie, to tylko on ponosi za to winę, bo jego sweter nie jest z wełny. Albo podkoszulek. Albo stanik. Ja nie miałam niczego z wełny, udałam się więc do pobliskiego sklepu z nadzieją na udane łowy.

Inni unikali sklepu – białego klocka stojącego poniżej kościoła, na wcinającym się w fiord szpiczastym cyplu. Wnętrze było zdobne w stare plakaty reklamowe czekolad i loterii i zagracone artykułami pierwszej potrzeby: mlekiem, ziemniakami, przędzą, żyłkami wędkarskimi, skarpetami – wszystkim poza kondomami, których, jak wynikało z doświadczenia właściciela, nikt nie chciał kupować w miejscowym sklepie. Obok lady znajdował się stolik, przy którym miejscowi potrafili godzinami sączyć kwaskowatą kawę i wałkować swoje życiowe tragedie.

– Jeśli tam wejdziesz, to wszyscy na ciebie spojrzą i już cię nie spuszczą z oczu.

To nie była dla mnie żadna nowość. Podeszłam do lady i zapytałam starszawego właściciela – Arild mu było – gdzie znajdę wełniany sweter. Nie tu, odpowiedział. Najlepiej podjechać autostopem do Tromsø, a z powrotem popłynąć dwie godziny fiordem, jeśli uda się złapać prom. Podziękowałam i zniechęcona pomaszerowałam jak niepyszna z powrotem do szkoły, wstępując po drodze na plażę. Czyli nici ze sweterka. Sama bałabym się jechać stopem.

Wyostrzone białe góry po drugiej stronie fiordu łagodniały przy brzegu, rozpływając się niczym stopiony wosk w niskie wzgórki. Złożona z około dwudziestu domów wioska Mortenhals, jak większość osad w północnej Norwegii, rozciągała się na wąskim paśmie lądu między górami a fiordem, wzdłuż plaży upstrzonej pękatymi drewnianymi łodziami i szałasami do suszenia dorszy. Ryby podaje się ze słoniną (to miejscowy przysmak), a głowy miele się na mączkę i wysyła do Afryki. Z jednej z żerdzi zwisały dwie martwe wrony, przywiązane sznurkiem za łapy, ze skrzydłami skierowanymi prosto w piasek.

Po powrocie do domku zastałam na stopniu przed wejściem trzy złożone swetry i liścik od Arilda, który oznajmiał, że jego córka się wyprowadziła i nie będzie za nimi tęsknić. Podarek wzięłam (niesłusznie) za przejaw szczególnej sympatii i od tej pory zawsze wyczekiwałam załatwiania sprawunków w sklepie, okazji do odwiedzenia sojusznika w tym skostniałym, obcym świecie, choć witaliśmy się zaledwie skinieniem głowy. Z okazji Bożego Narodzenia podarowałam mu kalendarz ze zdjęciami parków narodowych USA, który do końca roku wisiał za ladą.

Gdy więc w śnieżnym czerwcu sześć lat później powróciłam do Mortenhals, w pewnym sensie spodziewałam się spotkania, a tę nadzieję podsycał bez wątpienia fakt, że poza Arildem nadal nikogo na półwyspie nie znałam. Zastałam go za sklepem, niosącego owcom worek granulowanej paszy. Zakręciło mi się w głowie: oto postać z mojego dawnego życia, tuż przede mną. Arild zmrużył oczy i wciągnął worek na biodro.

– Wróciłam – oznajmiłam i wyszczerzyłam zęby.

– No – odparł. – Wróciłaś.

Wymieniliśmy spojrzenia. Arild poprawił worek z paszą i strząsnął śnieg z butów.

– Chciałam o coś zapytać – odezwałam się, naraz onieśmielona. – Czy mogę się przespać w starym domu na wybrzeżu? Jestem tu przejazdem, zostanę tylko na parę dni. – Miejscowi nazywali go domem widmem, stał pusty od czasów wojny. Nie miałam wątpliwości, że Arild się zgodzi.

– Zburzony – odpowiedział. – Owce wpadły do piwnicy.

– O.

Nieopodal wylądowała mewa i ruszyła w podskokach w naszą stronę.

– Nie ma co stać na zimnie – odezwał się Arild. Przepędził mewę udawanym kopniakiem, stęknął cicho, poprawiając worek, i odwrócił się w stronę owczarni.

– Na pewno się jeszcze zobaczymy.

– Na pewno – przytaknęłam. – Na razie.

W zasadzie było całkiem ciepło.

Snułam się po plaży i zadawałam sobie pytanie, czego się spodziewałam. Najwyraźniej oczekiwałam zbyt wiele. Wróciłam i nie mam nikogo. Do domu mogłam polecieć dopiero za dwa miesiące i zaczęłam dochodzić do wniosku, że cały ten wielki powrót, który z wcześniejszej perspektywy wydawał mi się nieodzowny, to może jednak lekka przesada. Co ja właściwie chcę udowodnić? Że Północ mnie nie odstrasza, że mogę wrócić i poczuć się jak u siebie? Odkąd jako dziesięciolatka pierwszy raz zamieszkałam w Norwegii, szukałam tu domu – miejsca, w którym bym zapuściła korzenie, do którego mogłabym wracać. Ale teraz, po dwóch tygodniach spania w nieznajomych mieścinach i łapania na stopa tirowców na stacjach benzynowych, wcale nie paliłam się do dalszej drogi.

Weszłam w głąb lasu i znalazłam miejsce na biwak – połataną śniegiem polanę. Rozłożyłam namiot i śpiwór, wyjęłam też paralizator, którego trochę bałam się tykać. Nazajutrz rano nie miałam ochoty wracać do sklepu, ale zgłodniałam. Przy kawie siedziało trzech mężczyzn.

– A, jest dziewczyna – odezwał się do nich Arild, po czym zwrócił się do mnie: – Szukałem cię wczoraj samochodem po całej okolicy. Chciałem ci zaproponować nocleg i taco.

No to usiadłam. W końcu nie miałam dokąd jechać i tylko zmyślałam, że jestem tu przejazdem. Zresztą czułam się swojsko na tej szczególnej ziemi – nie tylko w Mortenhals, ale i na całym odludnym półwyspie Malangen. Przetrwałam rok pośród tych gór, patrzyłam, jak bieleją i jarzą się w świetle zorzy polarnej, a z pierwszymi wiosennymi roztopami zaczynają przypominać zmięty staniol. Mogłam trafić gorzej niż na kawę do Arilda.

Kącik kawowy, centrum życia towarzyskiego Mortenhals, składał się ze stołu, przy którym mogło zasiąść wygodnie sześć osób, termosu ze świeżo zaparzoną kawą oraz sterty plastikowych kubków. Kubki były cienkie i miękły w kontakcie z gorącą kawą, więc większość klientów trzymała na półce własny, nigdy niemyty. W tekturowym pudełku leżał cukier w kostkach i choć obok stała niewielka puszka ze szparą na monety i napisem „Kawa: 5 koron”, i tak nikt nigdy nie płacił. Większość kawoszy – jak i większość mieszkańców – stanowili mężczyźni i towarzystwo młodej kobiety najwyraźniej sprawiało im przyjemność.

W pierwszych dniach przyszło mi poznać wielu z nich, ale najczęściej spotykałam Runego. Rune miał siwą i gęstą grzywę, spod której było mu widać tylko oczy, i taką samą brodę. Gdy się uśmiechał, mocno zaciskały mu się powieki. Może był nierozgarnięty, a może tylko gnuśny, ale w młodości terminował u stolarza, a gdy rodzice, u których nadal mieszkał, zmarli, natychmiast porzucił stolarkę. Kręcił się wokół sklepu i na swój niechętny, senny sposób pomagał Arildowi w drobnych pracach. Arild karmił go za to w drugiej połowie miesiąca, gdy Runemu kończył się zasiłek. W następnych tygodniach Arild przywoływał mnie czasem do okna: „Patrz, jak Rune wyobraża sobie pracę”. A Rune stał oparty o słupek ogrodzenia, skręcał z wprawą papierosa i obserwował, jak kolejne owce czmychają pojedynczo z pastwiska.

– Skąd ją wziąłem? Chodziła do szkoły ludowej – odpowiedział Rune, obierając drogę na skróty. – Sześć lat temu. Pamiętam ją – dodał, ale niezbyt przekonująco.

– A więc powozisz psimi zaprzęgami – zagaiła Berit.

Przytaknęłam.

– Mój sąsiad ma psy, które nauczyły się nawet nie zjadać reniferów – powiedziała Berit. – Założę się, że twoje psy tak nie umieją. – Zaczęła rozrywać opakowania pojedynczych porcji marynowanego łososia, rozsiewając wokół silną woń kopru, i przełożyła je do folii aluminiowej. Jej córka podeszła do ogniska, zadarła głowę i wpatrywała się w płomienie. A potem weszła jedną nogą na płonący pniak i postąpiła naprzód, wprost w rozedrgane powietrze.

Berit warknęła coś w saami. Gdy dziewczynka nie zareagowała, podszedł Erling i ją podniósł, dosyć niefrasobliwie. Czubki jej różowych kaloszy już się nadtapiały. Spojrzała na swoje stopy, potem na ojca i skrzywiła się w płaczliwym grymasie. Nim jednak zdążyła zaszlochać, rozległ się jęk tak donośny i gardłowy, że zdumiona odwróciła się gwałtownie.

Martin spadł z krzesła i leżał na boku zwinięty w kłębek. Jęknął ponownie, po czym zacisnął dłoń na gruboziarnistym piasku i przesypał go przez palce.

– Morfiny – szepnął.

– Już idę – powiedziała Berit.

Erling odstawił dziewczynkę, a ta wróciła do ognia.

– To przejdzie, tato – odezwał się do Martina. – Zaraz przejdzie.

– Chuja tam przejdzie – odpowiedział Martin.

– Może jeszcze cydru? – zwrócił się do mnie Rune. Sięgnął po moją puszkę i nią wstrząsnął. – Dopij, to przyniosę ci jeszcze jedną.

Opróżniłam puszkę i z wdzięcznością otworzyłam następną. Berit wróciła ze strzykawką, żeby wbić Martinowi igłę w przedramię. Znów jęknął, a potem usiadł i wgramolił się z powrotem na krzesło.

– Co się gapisz? – spytał. – Mogłem cię wyruchać.

W dniach poprzedzających noc świętojańską gwałtownie zmieniały się pory roku. Jednego ranka jeziora były zamarznięte, a ziemia naga, by w ciągu – zdawać by się mogło – godziny tam, gdzie wszystko skuwał lód, krajobraz wykiełkował puszystą zielenią, a łąki zażółciły się od wysokich po kolana mniszków. Przebywałam w Mortenhals od dwóch tygodni, ale nie chciałam wyjeżdżać. Kiedyś poszłam w góry i sprawdziwszy wpierw, czy wyżej nie pasą się owce, nabrałam dłońmi wody ze strumyka i napiłam się. Była słodka i przeszywająco zimna. Zapiekły mnie kłykcie. Smakowała uzdrowieniem. Taka była moja pierwsza myśl, ale zaraz przywołałam się do porządku, zażenowana własnymi uczuciami. Woda to woda. Miejsce to miejsce. To mniej więcej takie uzdrowienie jak ucałowanie stłuczenia.

Mężczyźni zza stołu mówili na mnie pia – dziewczyna – albo „pia z miasta”, albo „dziennikarka”.

– Przyjechał tu raz taki dziennikarz – powiedział mi jeden z nich. – Wrócił do Tromsø i napisał artykuł, że jesteśmy napalonymi samcami, którzy polują na kobiety.

– A miał rację? – spytałam.

– Nie! – odpowiedział i wszyscy się zaśmiali.

Kiedyś do sklepu zajrzał przyjezdny. Poznałam, że to ktoś nietutejszy, bo był chudy i zapłacił za kawę.

– Nie porozmawiamy z panem za dużo, chyba pan rozumie – powiadomił go Arild. – Mamy tu dziewczynę z Ameryki i raczej z nią gadamy.

Dotarło do mnie, że szybko zaczęłam tu przesiadywać równie regularnie jak Rune.

Miałam poczucie, że wieś mnie przyjęła. Kiedyś o północy zbudzili mnie dwaj nastoletni chłopcy – pomocnicy ze szkoły ludowej – i zaprosili na ryby na fiord. Pokazali mi, jak zarzucać wędkę i zwijać żyłkę, a gdy zamilkł silnik łodzi, usiadłam w dziobie i patrzyłam, jak raz za razem zacinają kijami. Dryfowaliśmy powoli ku otwartemu morzu, a ja miałam jakieś macierzyńskie uczucia. Słońce świeciło jasno, ale na naszych ciałach i na łodzi zbierały się krople rosy. Dygotaliśmy wszyscy. Około czwartej rano zniosło nas na mierzeję i tam wyskoczyliśmy: wpierw ja, potem jeden z chłopców, po czym zaciągnęliśmy łódź na brzeg. W porcie stał trzeci chłopiec, otoczony przez starszych mężczyzn; to byli klienci sklepu z sąsiedniej wioski Sand, więc żadnego z nich nie znałam. Najwyraźniej chłopiec majstrował przy czyjejś łodzi i mężczyźni go przyłapali.

– Wy pedofile! – krzyczał, żeby wytrącić ich z równowagi.

– Zostawcie go – powiedział jeden z mężczyzn. – Sam taki byłem.

Poszłam do domu przemoczona do suchej nitki i już nie zmrużyłam oka.

Arild zbudził się wcześnie i zaczął rozdzielać zadania. Dalecy krewni zlecili mu posadzenie kwiatów na rodzinnych grobach stojących na przykościelnym cmentarzu i do tej pracy wyznaczył mnie, płacił zaś kanapkami i lodami na patyku. Praca – sam fakt, że mi ją powierzono – sprawiła mi radość. Wdrapałam się mozolnie na wzgórze z kilkoma donicami bratków i nazwiskami na świstkach papieru i przechadzałam się cmentarnymi alejkami, aż znalazłam jedno z nazwisk. W zależności od tego, ile zapłacił dany krewny, sadziłam do trzech bratków w jednym miejscu. Najświeższy grób nie miał jeszcze kamienia; Edel Kristoffersen, matka Arilda, zmarła ledwie miesiąc wcześniej w wieku dziewięćdziesięciu dziewięciu lat. Kwiaty na jej grobie Arild posadził sam.

Żałoba Arilda była zarazem nieprzenikniona i rażąca. Nawet w najlepszej formie był najposępniejszym ze znanych mi ludzi; miał zwieszoną głowę, ogromne oczy o białych, krowich rzęsach i delikatne pierzaste włosy, które sprawiały wrażenie, jakby ich przejście z blond do bieli odbyło się bez wielkiej pompy. Nosił przeważnie koszulkę z obrazkiem nacierającego słonia i szelki odcinające zwierzęciu uszy, a gdy łapał przeziębienie, owijał sobie szyję gałgankiem, żeby ludzie go pytali, jak się czuje. Uśmiechał się rzadko, chyba że do owiec, a jego sposób bycia w sklepie był zarówno dziarski, jak i smętny.

– Tylko o coś zapytaj, a na pewno ci powiem, że się wyprzedało – mawiał często.

Ale Arild był bardziej łebski, niż mogłoby się zdawać. Wiedział, że złodziei trzeba obsługiwać jak najuprzejmiej, a kłamcy uwierzą we wszystko, co usłyszą, bo mają bujną wyobraźnię. Umiał uspokoić małe dziecko kostką cukru zanurzoną w kawie i wiedział, że z kartonu z nowymi batonikami trzeba wyjąć kilka sztuk, bo klienci pomyślą wtedy, że ich znajomi już ich spróbowali. Do najstarszych klientów zwracał się per „młody człowieku”, do dzieci per „dziadygo”, a w odniesieniu do pozostałych używał na ogół oficjalnego De, formy, która wyszła z użycia w poprzednim wieku.

Miał opinię plotkarza, ale sam powiedziałby raczej, że wie, co w trawie piszczy. Od ponad dekady rozwoził po całej Północy granulowaną paszę i chlubił się tym, że po sześciu miesiącach poznał klientów lepiej niż inni dostawcy przez lata. To w połączeniu z siecią społeczną usnutą wokół jego kącika kawowego sprawiało, że znał prawie wszystkich i prawie wszystko o wszystkich wiedział. Kiedyś byłam świadkiem, jak do sklepu wstąpiło dwóch tirowców na szybki łyk napoju gazowanego. Arild namówił ich, żeby przysiedli na małą kawę – „Dorób kawy, Blair” – i zaczął się przerzucać z nimi imionami i nazwiskami szybciej, niż mogłam nadążyć. Obaj mieszkali wiele godzin drogi od wioski, ale nie minęło sześć minut, a Arild powiadomił pierwszego, że żona z katalogu, którą wybrał sobie jego sąsiad, jest w istocie Mongołką, a nie Tajką, a jego ojciec był, zdaje się, traperem, czyli musiał znać Ronny’ego Grape’a i Tora Arego Maggę, i czy słyszał, że już nie żyją? Gdy zdumieni mężczyźni wyszli, Arild poczekał, aż odjadą, po czym przyzwał mnie gestem.

– Dobrze, że nie powiedziałem za wiele o ojcu tego gościa – szepnął, choć byliśmy w sklepie sami. – Raz przywiozłem mu paszę i jak wyciągałem worek z bagażnika, to zaczął mi się zsuwać; nawet nie zdążył spaść, a facet mówi: „Chcę inny worek”. Ot tak. „Chcę inny worek”. Ile to mówi o człowieku! To było piętnaście lat temu, ale sama rozumiesz, takich rzeczy się nie zapomina.

Gdy kilka dni później wychodziłam po południu ze sklepu, usłyszałam jego głos.

– Blair! – zawołał. – Jak myślisz, kto częściej bierze prysznic: ja czy Rune?

– Że co? – zapytałam.

– Chyba ja częściej – powiedział i zawiesił na chwilę głos. – Aha, jakbyś chciała skosztować wieloryba, zajrzyj około szóstej, to dam ci spróbować. Ale jeśli jesteś zajęta, to się nie pali. Po prostu wpadnij, jak masz chęć, około szóstej.

Gdy wróciłam o szóstej, zamykał sklep: skończył nakrywanie mięsiwa srebrną folią i przekręcił klucz w zamku.

– A, jesteś – zauważył. – To chodź.

Z zaplecza sklepu weszliśmy wąskimi schodami do mieszkania na piętrze. Poza kuchnią i ustawionym naprzeciwko telewizora fotelem na biegunach wnętrze zdawało się nietknięte od lat, a może i dziesięcioleci; nakryte koronkowymi obrusami stoliczki i babcine kanapy wyraźnie wyglądały na nieużywane. Usadzona na gzymsie kominka lalka niemowlak w ręcznie haftowanej sukieneczce była puchata od kurzu. Arild omiótł spojrzeniem wnętrze, jakby je pierwszy raz zobaczył, i wyjaśnił, że jego żona, Anne Lill, mieszka w większym domu na sąsiedniej posesji.

Blat kuchenny pokrywały deski do krojenia i miski. W jednym rondlu na piecyku bulgotał sos, a w drugim, w kałuży stopionego masła, smażyły się krążki czarnego mięsa i karmelizowane cebulki. Z piekarnika zaś Arild wyjął blachę z plasterkami ziemniaków.

– Lubię gotować – napomknął, przenosząc do zlewu deskę do krojenia. – Ale muszę gotować dla siebie. Anne Lill się stale odchudza.

Wyjął z szafki talerz, ułożył na nim mięso i ziemniaki, polał wszystko sosem zręcznym, spiralnym ruchem i przeniósł spojrzenie na mnie.

– Bierz talerz – powiedział. – Co ty sobie myślisz, pio z miasta, że ci nałożę? Tam leżą.

Nałożyłam sobie i poszłam za nim korytarzem na taras na dachu. Zastałam tam dwa krzesła oraz stół z białym obrusem i dzbankiem z mlekiem. Arild usiadł i zaczął jeść. Choć lubiłam towarzystwo mężczyzn ze sklepowego stołu, a ich zainteresowanie mi schlebiało, czymś innym było przebywanie tu sam na sam z Arildem. Posiłek na tarasie, przy lekkim wietrzyku i z pokrzykującymi w oddali mewami, nad pustym teraz sklepem, zdawał się osobliwie znaczący – brzemienny w oczekiwania niczym pierwsza randka. Ale może to moje oczekiwania, powtarzałam sobie. Projekcja, paranoja. Jak dotąd wszystko było okej. Zresztą byłam głodna, bo od przyjazdu do Mortenhals żywiłam się głównie chlebem i lodami. Sięgnęłam więc po nóż i odkroiłam kawałek wielorybiego mięsa.

Było doskonałe, intensywne w smaku i chrupkie, ale w środku delikatne. Coraz trudniej dziś o wieloryba, oznajmił Arild, gdy skończył przeżuwać. Jeszcze niedawno wielorybnicy przypływali fiordem i wciągali płetwale karłowate na plażę w Sand. Wielkie tłuściochy, wprost olbrzymie. Ich cielska leżały przewieszone przez pokłady kutrów, a pyski i ogony wlekły się po wodzie. Podczas czyszczenia na każdym mieścił się z tuzin mężczyzn z widłami. Człowiek przyjeżdżał konno na wybrzeże, dobijał targu i odjeżdżał z pięćdziesięciokilogramowym płatem odfiletowanego mięsa, który wystarczał rodzinie na całą zimę. Wielorybie mięso zaliczało się zawsze do strawy dla biedoty, a teraz trzeba było wiedzieć, gdzie je zdobyć. Ten akurat kawał Arild kupił na Lofotach – dowiedział się o nim pocztą pantoflową i złożył zamówienie. Lubił żyć jak za dawnych czasów. Opowiedział mi, że ma coś na kształt wystawy, świadectwa dawnych czasów, w postaci sklepu rodzinnego mieszczącego się w pierwotnym miejscu, tuż za owczarnią. Sklep był zamknięty na cztery spusty, a jego okna zabito deskami, ale wewnątrz wszystko pozostało jak dawniej, włącznie z regałami wyładowanymi towarem – doskonała kapsuła czasu z lat pięćdziesiątych.

– Muzeum? – zapytałam, a on w odpowiedzi łyknął mleka.

– Planuje się to i owo – odparł wymijająco.

Dokończyliśmy swoje porcje, wzięliśmy dokładkę, a potem pokroiliśmy truskawki i zjedliśmy je z tłustą śmietaną. Owoce były drobne i czerwone, a w smaku aż nazbyt truskawkowe. To z powodu światła, wyjaśnił Arild. Letnie owoce jagodowe, przez okrągłą dobę wystawione na działanie światła, są nieco inne.

Wprowadził mnie do domu i włączył telewizor, ale gdy zobaczył, że w wiadomościach mówią o zbrodniarzu Andersie Breiviku, zaraz go wyłączył. Miał mi coś do powiedzenia. Wiedział, że Rune zaprosi mnie na ognisko z okazji nocy świętojańskiej, która przypadała za trzy dni. Będzie tam jeszcze jeden mężczyzna i powinnam się mieć na baczności. Ten mężczyzna ma swoje za uszami. Lepiej, żebym uważała.

Zrozumiawszy, że wieczór dobiega końca, doznałam zarazem ulgi i rozczarowania. Podziękowałam za posiłek i przestrogę.

– Przed wyjściem możesz jeszcze pozmywać – powiedział.

Kiedy łosoś był już gorący, Rune i ja podzieliliśmy go na mniejsze części i zjedliśmy palcami. Martin odmówił ryby, po czym pochylił się i zwymiotował na ziemię śluzem.

– Coś tu nie gra – powiedziała Berit i zamknęła oczy. – Mam fatalne przeczucia.

– Podpowiada ci to twój saamski szósty zmysł? – spytał Erling.

Berit skinęła głową.

– Coś mi tu naprawdę śmierdzi. Jakiś zły duch.

– Sexy ten twój saamski zmysł – odezwał się po chwili Erling. Sięgnął do okrytego różową skórą krocza Berit i zaczął je pocierać.

– Weź, Amerykanka się zszokuje – powiedziała Berit.

Wstałam i podeszłam bliżej ognia. Poczułam na twarzy ciepło, zdawało mi się, że od gorąca napięła mi się skóra na policzkach. Inne ogniska na plaży już dogasały, zresztą nie wyglądały zbyt widowiskowo; niebo jaśniało jak w samo południe. Podczas lata polarnego, gdy słońce krąży ospale po niebie, najdłuższym dniem w roku nie jest ten poprzedzający noc świętojańską. Jest nim cały lipiec.

– Zimno ci? – zatroszczył się Rune. – Zaraz cię rozgrzeję – dodał i otoczył mnie ramieniem. – Ze mną już więcej nie zmarzniesz.

A liczyłam, że sobie daruje.

– Nie obrażaj się, że do tej pory cię nie tknąłem – powiedział.

Za naszymi plecami obściskiwali się Berit i Erling. Dzieci stały w trawie i rzucały w siebie kamieniami. Martin znów zwalił się z krzesła i leżąc na wznak z rozrzuconymi nogami i rękami, wpatrywał się w niebieskie niebo. Niemal się uśmiechał.

Odsunęłam się od Runego.

– Taka poczciwa z ciebie dziewczyna – powiedział. – Jak wygram na loterii, będziesz mogła ze mną zamieszkać. Tu, na Malangen. Już ja się tobą zajmę. – Zwiesił głowę. – Będę ci rzeźbił w drewnie i dam ci wszystko, czego potrzebujesz.

Zza naszych pleców dobiegły stłumione jęki, ale nie umiałam stwierdzić czyje. Naraz zrobiło się późno. A ja chciałam tylko patrzeć w ogień.

Rune, z głową opuszczoną jeszcze niżej, wyciągnął rękę i poklepał mnie niemrawo po piersi.

– Na mnie już pora – powiedziałam.

Martin podniósł głowę z piasku i patrzył, jak odchodzę.

– Ale Blair – powiedział po angielsku. – Wieczór jeszcze młody.

Rozdział 1

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści:
Okładka
Karta tytułowa
Prolog
Rozdział 1
Karta redakcyjna

Tytuł oryginału:

Welcome to the Goddamn Ice Cube

Redaktor prowadząca: Ewelina Sokalska

Redakcja: Adrian Kyć

Korekta: Justyna Yiğitler

Projekt okładki: Łukasz Werpachowski

Zdjęcie na okładce: © Konstantin Tronin, © Tyler Olson (Shutterstock.com)

WELCOME TO THE GODDAMN ICE CUBE.

Copyright © 2016 by Blair Braverman. All rights reserved.

Copyright © 2019 for the Polish edition by Wydawnictwo Kobiece Łukasz Kierus

Copyright © for the Polish translation by Ewa Borówka, 2019

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Białystok 2019

ISBN 978-83-66234-52-9

Bądź na bieżąco i śledź nasze wydawnictwo na Facebooku:

www.facebook.com/kobiece

Wydawnictwo Kobiece

E-mail: redakcja@wydawnictwokobiece.pl

Pełna oferta wydawnictwa jest dostępna na stronie

www.wydawnictwokobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek