Wydawca: Sonia Draga Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 510

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 13 godz. 35 min Lektor: Małgorzata Lewińska

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Czas: 13 godz. 35 min Lektor: Małgorzata Lewińska

Opis ebooka Witaj w domu - Ninni Schulman

Magdalena otrzymała zaproszenie na zjazd absolwentów. Jest lato, w planach impreza i noc spędzona w chacie nauczyciela. Punktem kulminacyjnym ma być budzący grozę nocny spacer po lesie – zupełnie jak przed laty. Kobieta nie ma ochoty na udział w tych wydarzeniach. Zmusza się jednak, ponieważ chce napisać do gazety artykuł o swoim koledze z klasy, który jest muzykiem, ale bardziej znanym z występu w reality show. Suto zakrapiana impreza szybko wymyka się spod kontroli. Wydaje się, że wszyscy zaczynają odgrywać swoje stare role z czasów szkolnych, wracają dawne konflikty i emocje. W środku nocy okazuje się, że jeden z kolegów Magdaleny został zamordowany. Następnego dnia w miejscowym hotelu odkryte zostają kolejne zwłoki. Wszyscy podejrzewają tego samego sprawcę, mimo że ofiary zabito w różny sposób. Jaki motyw miał morderca? I czy zabójstwo oznacza, że pozostali również znaleźli się w niebezpieczeństwie?

Opinie o ebooku Witaj w domu - Ninni Schulman

Fragment ebooka Witaj w domu - Ninni Schulman

Tytuł oryginalu:

Välkommen hem

Copyright © Ninni Schulman 2016

Published by agreement with Hedlund Agency.

Copyright © 2018 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2018 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Bogusława Wójcikowska

Korekta: Aneta Iwan, Marta Chmarzyńska

ISBN: 978-83-8110-455-5

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o. o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2018

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Prolog

Rozmowa z numerem alarmowym, niedziela, dnia 23 sierpnia, godzina 1.33.

Operator numeru alarmowego: SOS, słucham.

Kobieta:Potrzebujemy karetki. To… (niewyraźnie) OBoże!

Operator:Gdzie pani jest?

Kobieta:Nie znam adresu. To tylko domek letni... Nie wiem, jak wytłumaczyć. Musicie przyjechać. Teraz!

Operator:Jaka jest najbliższa miejscowość?

Kobieta:Ekshärad lub Gustavsfors, nie jestem pewna. Północny brzeg Knon, to znaczy jeziora. Nie widzicie sygnałów z telefonu? To jest...

Operator:Co się stało?

Kobieta: Nie wiem. Jest impreza i... (niedosłyszalnie) przy ścieżce, cały we krwi. Wszędzie krew.

Operator:Wyczuwa pani puls?

Kobieta: (pauza) Nie.

Połączenie przerwano.

Sobota, 22 sierpnia

1

Magdalena Hansson skręciła na podjazd do garażu przed żółtą drewnianą willą przy Stjärnsnäsvägen i wyłączyła silnik. Oparła głowę o zagłówek. Zamknęła oczy. Nareszcie w domu.

Obrazy wirowały jej w głowie. Okopcona fasada i zszokowani ludzie, którym niemal cudem udało się wydostać z pożaru. Chłopczyk w o wiele za dużej bluzie ze spranym logo drużyny Valsarna na plecach w milczeniu przywarł do matki, obejmując ją za szyję. Rękawy miał parę razy podwinięte.

Tak bardzo przypominał jej Nilsa, kiedy był mały.

To był trzeci pożar w krótkim czasie i prawdopodobnie nie ostatni. Mieszkańcy ośrodka budzili w okolicy silne emocje.

Petter w roboczych spodniach i podkoszulku szedł w jej stronę zarośniętą mleczami ścieżką, trzymając na ramieniu Liv. Kręcone, niesforne włosy miał związane w węzeł na karku.

– I jak tam było? – zapytał, gdy otworzyła drzwi samochodu.

Magdalena wciągnęła zapach świeżo skoszonej trawy i poczuła się nagle, jakby znów miała siedem lat i niosła szklankę wody tacie koszącemu trawę przez całe popołudnie – ostrożnie, żeby nie rozlać. Mama, która zawsze była taka nadopiekuńcza...

Szybko otrząsnęła się ze wspomnień, nim zaczęły jej sprawiać ból.

– Na szczęście tym razem też nikt nie został poważnie ranny. Ale to tylko kwestia czasu.

Spojrzała na zaczerwienioną od płaczu buzię Liv.

– Upadła i uderzyła głową w huśtawkę – wyjaśnił Petter, pokazując mały guz na czole dziewczynki. – Ale już jest lepiej.

– Malutka – powiedziała Magdalena, wysiadając z samochodu.

Liv wyciągnęła do niej rączki, więc wzięła ją w ramiona.

– Nikt z okolicznych mieszkańców tym razem też niczego nie widział. Nie chcą się wypowiadać dla gazety. Pewnie się boją.

– Albo się cieszą z tego pożaru – odparł Petter.

Wziął aparat z siedzenia pasażera, zamknął drzwi i poszedł za nią do domu.

– Czy to nie chore? – zapytała Magdalena.

– To nie takie proste umieścić dwustu uchodźców w miejscowości, w której mieszka tysiąc osób.

Magdalena mocniej przytuliła Liv i spojrzała na niego ponad jej główką.

– Nie patrz tak na mnie – rzekł Petter. – Mam prawo mówić o tym, jak jest, i nie musisz mnie od razu uważać za kryptorasistę.

– Więc to dla ciebie w jakiś sposób logiczne, że ludzie podpalają czyjeś domy?

Magdalena posadziła Liv na brudnej podłodze w kuchni i podeszła do stołu, na którym stał laptop.

– Nie, tego nie powiedziałem. To jest straszne. Chcę tylko zauważyć, że całkiem sporo ludzi uznaje to za dobre rozwiązanie. To nie pojedynczy wariaci, którzy biegają z kanistrami benzyny, są problemem, ale pozostali, którzy milczą. I musimy mieć prawo zapytać dlaczego.

Magdalena wyjęła aparat z futerału i podłączyła do komputera, żeby zgrać zdjęcia.

– Idę dokończyć z trawą – oznajmił Petter.

– Dobrze. Weźmiesz ze sobą Liv? Przyjdę, gdy tylko napiszę artykuł na stronę. To mi nie zajmie dużo czasu.

– Jasne. I słuchaj, ja naprawdę nie jestem rasistą.

Magdalena westchnęła.

– Tak, wiem.

Usiadła przy stole i powolnym ruchem otworzyła laptop.

Umiała zachować dystans do większości spraw, o których pisała, ale krzywda dzieci zawsze głęboko ją dotykała i sprawiała ból.

Jak zwykle nie miała jednak czasu, żeby to roztrząsać. Zalogowała się na News Pilot, otworzyła nowy dokument i wklepała krótki tekst informacyjny najszybciej, jak się dało.

Zdjęcia wyszły przyzwoicie, choć oczywiście daleko im było do klasy zdjęć Jensa Sundvalla.

Dwadzieścia minut później mogła wreszcie wyjść na słońce i usiąść na skraju piaskownicy. Objęła kolana rękami i patrzyła na Liv kopiącą dołek plastikową łopatką. Ależ ona urosła tego lata. Jej kręcone włoski były już na tyle długie, że dało się z nich zrobić warkoczyki. Trochę krótsze niż u Pippi, ale Liv i tak była zadowolona.

Gdyby tak mogła przesiedzieć resztę dnia, patrząc na bawiącą się Liv i Pettera koszącego trawę. Niechętnie odszukała w piwnicy śpiwór i karimatę.

– Nie chcę jechać na tę imprezę – powiedziała, kiedy Petter mijał ją z kosiarką. – I na pewno nie chcę tam nocować.

– Oczywiście, że powinnaś – odparł Petter i wyłączył silnik. – Nie spotykacie się w końcu zbyt często.

– Nie, na szczęście.

Rozważała to od chwili, gdy parę tygodni temu przyszło zaproszenie.

„Spędzimy miło czas i powspominamy dawne dzieje”, napisały Lena Wahlström i Sandy Kristensson. „Weź ze sobą albumy ze zdjęciami”.

Z początku chciała to zignorować, ale potem w redakcji zjawiła się Sandy i powiedziała, że na spotkanie przyjedzie Jack Paulsson. Czy nie chciałaby napisać reportażu do gazety? Nie był na żadnym wcześniejszym spotkaniu, a teraz miał przyjechać i spać w namiocie, tak jak wtedy, i jego głos brzmiał zupełnie normalnie, gdy z nim rozmawiała, bez cienia zarozumiałości czy pychy.

Taki artykuł byłby gratką dla czytelników, Magdalena nie mogła tego zlekceważyć, choć Jack był teraz bardziej znany z reality show i swobodnego stylu życia niż z muzyki. Wysłała do niego esemes, pytając, czy zgodzi się na wywiad, a on nie miał żadnych zastrzeżeń, wręcz przeciwnie. I naprawdę brzmiał zupełnie zwyczajnie, kiedy do siebie pisali. Od razu zaczął ją nazywać Magdą.

Kiedy Liv dalej kopała łopatką, Magdalena wyjęła komórkę i weszła na grupę Szkoła Asplund 1989 na Facebooku.

Sandy przed jakąś godziną napisała nowy entuzjastyczny post o tym, jak się cieszą i tylko czekają, aż wreszcie przyjadą wszyscy. Naprawdę wszyscy. Kiedy Magdalena zaglądała tu ostatni raz, tylko jedna trzecia klasy potwierdziła udział, więc zamówiły jedzenie na czternaście osób.

Magdalena przewijała dalej, żeby sprawdzić, czy ktoś w ostatniej chwili zmienił zdanie, ale grupa była taka sama, jak wcześniej. Lena, Sandy, Ted Jonsson i Jussi Berg. Natykała się na nich raz po raz. I Sune, ich dawny wychowawca. Imprezę zaplanowano w jego domku letnim, miało to być coś w rodzaju powtórki z tamtego spotkania z noclegiem na początku dziewiątej klasy1.

Unni Olander nie widziała co najmniej od dziesięciu lat, podobnie jak Alice Nordin, choć przeprowadziła się z powrotem do Munkfors.

Jack, Mårten Johansson i Freddie Kullberg nadal zamierzali przyjechać.

– Czy mimo wszystko nie będzie fajnie? – ciągnął Petter. – Z Tiną też przecież nie widujesz się codziennie.

– Z tobą też nie – odparowała, chowając telefon do kieszeni.

Petter chyba tego nie słyszał. Włączył znów kosiarkę, żeby dokończyć pracę.

Magdalena patrzyła na niego, jak wkłada na uszy słuchawki i idzie w stronę kompostu.

Od czasu gdy zaczął pracę w Norwegii, ich weekendy stały się niemal święte. Trzeba było wtedy zdążyć ze wszystkim. I w ten weekend, kiedy Nils był u ojca w Sztokholmie, a Vanessa i Vendela na turnieju piłki ręcznej w Örebro, mogli wreszcie mieć naprawdę czas dla siebie.

Magdalena usłyszała, jak komórka w kieszeni spodni sygnalizuje przyjście nowego maila. Wyjęła ją, patrząc jednym okiem na Liv, która nadal w wielkim skupieniu kopała w piasku. Skurcz żołądka, który czuła ostatnim razem, powrócił, gdy zobaczyła nadawcę, jedennarod@hotmail.com, ale mimo wszystko otworzyła wiadomość.

Trzeba ci wsadzić kij bejsbolowy tak głęboko w cipę, że wypadną ci flaki, żebyś poczuła, jak to jest, i zrozumiała w końcu, że tutaj nie ma miejsca dla Arabów. Albo powiesić cię nagą na latarni i wychłostać. Przestań się w końcu cackać z tą muzułmańską bandą, dziwko.

Magdalena szybko zamknęła wiadomość i włożyła telefon z powrotem do kieszeni. Jakby to mogło pomóc.

Odkąd jakiś miesiąc temu zaczęła pisać o problemach związanych z ośrodkiem, jej skrzynka odbiorcza zapełniła się pogróżkami o różnym stopniu nasilenia. Najbardziej plugawe maile przychodziły z trzech adresów, które mogła wyrecytować z pamięci o każdej porze dnia i nocy.

Powinni cię zgwałcić zbiorowo we wszystkie dziury, aż zadławisz się na śmierć, a potem wrzucić do rowu jak ścierwo jakiejś cholernej suki.

Ale nie powiedziała o niczym Petterowi.

Pracując w Norwegii, i tak by jej nie pomógł, a w weekendy chciała z nim rozmawiać na inne, przyjemniejsze tematy. Radzenie sobie z nienawiścią w sieci było teraz częścią jej pracy.

Chmura przysłoniła słońce, a Magdalena skuliła się, znów obejmując rękami kolana, tak mocno, żeby nikt nie widział, że drżą.

– Nie będzie chyba tak źle – rzucił Petter, znowu ją mijając. – Kiedy gdzieś się już wybierzesz, zwykle dobrze się bawisz.

W komisariacie panowała weekendowa cisza, kiedy Christer Berglund i Betty Lisspers wrócili z Ekshärad.

Tym razem też nikt nie wiedział, kto podłożył ogień, nikt nie zauważył osoby, która namalowała sprejem znak swastyki na fasadzie.

Nieczynny kompleks hotelowy leżał wprawdzie trochę na uboczu, a budynki stały pod kątem, który pozwalał się ukryć, ale mimo wszystko ktoś powinien był widzieć sprawców, nie mogli tak po prostu pojawić się znikąd.

Christer i Betty poświęcili połowę popołudnia na wypytywanie sąsiadów, ale nikt nie napomknął o żadnym przejeżdżającym samochodzie czy zauważonym rowerze lub motocyklu.

Co tu się właściwie działo? Skąd się brała ta nienawiść?

Pozostawała nadzieja, że Soda i jego technicy znajdą coś, co pozwoli im pójść dalej.

Christer odwrócił się do Betty.

– Chcesz kawy? Bo to jeszcze dziś trochę potrwa.

– Nie, wystarczy – odpowiedziała. – Będę się już zbierać.

– Tak? – zapytał Christer z lekkim zdziwieniem.

Przez chwilę zastanawiał się, czy spytać, czy coś się stało, gdyż Betty prawie nigdy nie spieszyła się do domu, zwłaszcza w weekendy. Dał sobie jednak spokój. Mimo wszystko był teraz jej szefem i może powinien zachować pewien dystans. Jeśli nie powiedziała sama, widocznie nie chciała

– Do zobaczenia w poniedziałek – rzekł. – Miłego weekendu.

– Wzajemnie.

Christer postanowił mimo wszystko wypić jeszcze jedną kawę.

Właściwie powinien jechać prosto do domu, ale było tam teraz pełno ludzi. Jego siostra, Tina, przyjechała na weekend z Göteborga z mężem, Matsem, i synem, Xerxesem. Powodem było spotkanie klasowe.

Musiał się trochę odprężyć, zanim będzie gotowy na spotkanie z rodziną.

Kiedy ekspres do kawy zaczął pracować, jego myśli znów uciekły do ośrodka dla uchodźców. Widział przed sobą sfatygowanego misia, którego jeden z młodszych nastolatków miał w kieszeni kurtki. Chłopiec przyjechał sam do Szwecji zaledwie tydzień temu. Mówił, że miś należał do jego młodszego brata. Kiedy Christer zapytał, co się z nim stało, przełykał z trudem ślinę, walcząc, żeby się nie rozpłakać przy kolegach. Potem położył się na łóżku i odwrócił twarz do ściany. Mówił, że ma czternaście lat, ale sądząc ze wzrostu, miał ze dwanaście.

Christer napełnił duży kubek i wyłączył ekspres. Nie może teraz o tym myśleć.

Przeszedł powoli cichym korytarzem, pijąc ostrożnie kilka łyków gorącej kawy.

Stary pokój Folkego był nadal pusty, nie znaleźli jeszcze nikogo na jego miejsce, choć Folke już dawno zaczął pracę jako specjalista do spraw IT w Karlstad. Nie zapowiadało się też na to, żeby kiedykolwiek miało to nastąpić, choć bardzo kogoś takiego potrzebowali. Przez ostatni rok Christer prawie codziennie zostawał dłużej w pracy. Miał tyle nadgodzin, że nie wiedział, kiedy w ogóle mógłby je odebrać.

Na tablicy Folkego zostało parę widokówek, a na półce stał pusty pojemnik na śniadanie i metalowy kubek w paski z długopisami i sporą warstwą kurzu.

Biurko Petry w dużym pokoju szefa było prawie puste. Kontrola prędkości i badanie kierowców alkomatem nie wymagały wielkiego nakładu papierkowej roboty, ale na razie zatrzymała i pokój, i stanowisko szefa zespołu, przynajmniej na papierze. Czas i postępy w rehabilitacji miały pokazać, jak będzie w przyszłości.

Na razie pracą kierował Christer.

Zaledwie parę lat temu był w komisariacie żółtodziobem, mając za szefa weterana, Svena Munthera. Teraz niespodziewanie on stał się tym kompetentnym i doświadczonym. Życie biegło tak szybko.

Przynajmniej Urban Bratt nadal tu pracował.

To właściwie dobrze, ocenił Christer i uśmiechnął się sam do siebie. Nie wierzył, że kiedykolwiek tak pomyśli. Mimo opryskliwości Urban był dobrym policjantem.

Kiedy Christer wszedł do swojego pokoju, zadzwoniła komórka.

– Cześć, kochanie – powiedział, siadając na krześle przy biurku.

– Jak ci idzie? – zapytała Torun.

Christer słyszał głosy w tle, jego mama, Gunvor, rozmawiała z Xerxesem, jak dotąd jej jedynym wnukiem.

– Właśnie kończę – odparł. – Dopiero co wróciliśmy z Wermlandii.

– Tak, słyszałam o tym w radiu. Okropne. Ale to dobrze, że zaraz będziesz. Mats niedługo odwiezie Tinę na imprezę i przyjechali do nas Gunvor i Bengt.

Miała wesoły głos, wyglądało na to, że dobrze sobie radzi z gośćmi, choć prawie nie znała jego siostry i szwagra. Wyczuł w jej tonie cień napięcia, ale ani śladu irytacji.

– Czy możesz kupić po drodze ser z przyprawami? – dodała. – Zapomniałam.

– Oczywiście. Coś jeszcze?

– Nie, to chyba wszystko. Do zobaczenia.

Christer zakończył rozmowę jak zawsze z ulgą, że czas ciągłego wypytywania, co robił – i z kim – zdawał się wreszcie należeć do przeszłości. Teraz tylko od czasu do czasu zdarzało jej się zabrnąć w dramat wyimaginowanej zazdrości, ale zwykle się z tego potem śmiali.

Miał nadzieję, że tak pozostanie.

Christer oparł się wygodnie na krześle. Kawa stygła, więc wypił jeszcze parę dużych łyków.

Nie pojmował, skąd Tinie przyszło do głowy, żeby przyjechać na spotkanie klasowe w środku lasu. Nigdy nie ukrywała, jak bardzo nienawidzi Hagfors w ogóle, a w szczególności ostatnich lat szkoły.

Nawet w czasie wyprowadzki Gunvor i Bengta z domu wzbraniała się przed przyjazdem. Wybór agenta nieruchomości, wycenę domu, decyzję o mieszkaniu dla seniorów, sprawę pomocy z gminy i testamentu udało jej się jakoś załatwić przez telefon.

W najgorszym okresie Christer dostawał palpitacji na widok jej numeru na wyświetlaczu.

Kiedy zadzwoniła parę tygodni temu i zwyczajnie zapytała, czy może przyjechać z rodziną na weekend pod koniec sierpnia, był, delikatnie mówiąc, zaskoczony.

Miała nawet dość wyczucia, żeby przeprosić, że zwaliła mu na głowę praktycznie wszystkie problemy związane z przeprowadzką, i pochwaliła go, jak świetnie sobie z tym wszystkim razem z Torun poradził.

Kiedy zapytał, co się stało, że chce przyjechać na spotkanie klasowe, roześmiała się tylko i powiedziała, że „może być całkiem przyjemnie”. Miała taki dziwny głos, że przez moment pomyślał, iż jest wstawiona i zadzwoni następnego dnia, żeby wszystko odwołać.

Ale nie zadzwoniła.

Torun od razu zaczęła planować małe przyjęcie z rakami i wstawiła dodatkowe łóżko dla Xerxesa w przylegającym do ich sypialni pokoju, który nazywali gościnnym, choć tapety w zielone kropki leżały wciąż w pudełku w garderobie, gotowe do położenia.

Nie, to wszystko było bardzo dziwne.

Wypił resztę kawy i zostawił kubek na biurku.

Pamiętać o serze z przyprawami.

2

Jeszcze jest czas, żeby machnąć na to wszystko ręką, pomyślała Magdalena, parkując przed domem Jeanette. Mogłaby ją zawieźć na imprezę, zrobić wywiad z Jackiem i od razu wrócić do domu, do Pettera. Wiedziała jednak, jakie to zrobi wrażenie, jak będą szeptać, że zrobiła się dziwna.

Jakby to było ważne.

Wbiegła dwoma susami po schodkach, nacisnęła dzwonek w umówiony sposób i otworzyła drzwi, które nie były zamknięte na klucz.

Mały przedpokój wydawał się większy, kiedy nie musiała przechodzić nad wielkimi butami Sebastiana, żeby się dostać do środka.

Jeanette wybiegła z sypialni tanecznym krokiem w rytm „Tainted Love” Soft Cell, w krótkiej spódniczce i bluzce z cekinami, z ufarbowanymi na czarno włosami upiętymi w duży kok.

– Mogę tak iść? – zapytała i zatrzepotała sztucznymi rzęsami.

– Wyglądasz wystrzałowo – stwierdziła Magdalena.

Jeanette, która najwyraźniej poświęciła pół dnia na brokatowy makijaż i lakierowanie paznokci, przeszła do kuchni na starannie wypedikiurowanych bosych stopach i wzięła ze sobą do pokoju jedno z kuchennych krzeseł. Magdalena poszła za nią.

Pokój, zawsze idealnie wysprzątany, był zarzucony przymierzanymi ubraniami i produktami do pielęgnacji włosów. W samym środku tego bałaganu stał na stoliku przy sofie otwarty laptop. To z niego płynęła muzyka.

– Czy jednak nie przesadziłam? – zapytała znowu Jeanette i przejrzała się w lustrze wiszącym na ścianie, stawiając przed nim krzesło.

– Nie, na pewno nie – zapewniła ją Magdalena. – Uwierz mi.

Jeanette podłączyła lokówkę do kontaktu i podeszła do komputera.

– Zrobiłam listę na Spotify z mnóstwem starych kawałków – powiedziała. – Boże, ale będzie fajnie!

Przy pierwszych dźwiękach „Forever Young” Alphaville Magdalena zamknęła oczy. Niemal czuła zapach koperkowych chipsów i zwichrzoną grzywkę Jacka na swojej skroni.

– Przyznaj się, że też liczysz na dobrą zabawę. Mårten. Jack. Freddie.

Magdalena nie odpowiedziała. Podniosła opróżnioną do połowy butelkę wina, która stała pośród kosmetyków.

– Marinella? – zapytała i powąchała zawartość. – Ty naprawdę idziesz na całość.

Jeanette się roześmiała.

– Staram się, jak mogę, ale wciąż jest tak samo okropnie. Popatrz, czy Freddie nie wyrósł na przystojniaka?

Jeanette podsunęła Magdalenie komórkę i pokazała na Facebooku zdjęcie Freddiego trzymającego wielkiego szczupaka.

– To ten po prawej czy po lewej?

– Bardzo śmieszne – mruknęła Jeanette i poszła sprawdzić, czy lokówka już wystarczająco się nagrzała.

Szybko cofnęła rękę, więc pewnie tak.

– Siadaj, marudo.

Magdalena usiadła na kuchennym krześle i przyjrzała się własnemu odbiciu. Przynajmniej szarpnęła się na nową sukienkę w drobne kwiatki, która właściwie nie była w jej stylu, ale dosyć wdzięcznie w niej wyglądała. I po raz pierwszy od dobrych kilku lat pozwoliła Jeanette ciąć, farbować i robić pasemka. Wyjazdy Pettera do pracy miały swoje dobre strony.

Magdalena przyglądała się uważnie technice Jeanette – wydawało się takie proste, kiedy to robiła, lecz jej samodzielne próby wyglądały zupełnie inaczej. Nie starczało jej rąk i w lustrze wszystko było odwrócone.

Zanim Jeanette stanęła z drugiej strony krzesła, żeby kontynuować pracę, wetknęła w rękę Magdaleny szkolny album, już otwarty na właściwej stronie. Dawno nie widziała tego zdjęcia, nie zaglądała do albumu od pewnego czasu.

Magdalena wodziła wzrokiem po rzędach uczniów. Sandy stała z tyłu, miała śmiało wysunięty podbródek i tapirowane włosy. Lena, pełna i kształtna, stała obok, była w szkolnej bluzie i miała plastikowe klipsy w uszach.

Magdalena, ze świeżo zrobioną trwałą ondulacją, siedziała w dżinsach z łatami między Jeanette w sweterku i kamizelce a Tedem w dresie. W dziewiątej klasie przestał przynajmniej nosić niemodne koszule, do czego mama zmuszała go w środkowych klasach.

Z przodu, w samym środku, przykucnął Danjel. Prawie wszyscy chłopcy w klasie układali włosy na żel, ale grzywka Danjela leżała płasko. Nawet już nie próbował się dopasować. Właściwie wyglądał, jakby przebywał zupełnie gdzie indziej.

Magdalena wzdrygnęła się i odwróciła wzrok od jego pustego spojrzenia.

Freddie, który siedział obok Danjela, wyglądał na bardzo zadowolonego z siebie, prężył się w bluzie IK Viking i szeroko uśmiechał. Pryszcze na twarzy i przerwa między zębami zdawały się zupełnie mu nie przeszkadzać. To był rok, w którym brał udział w turnieju hokeja TV-pucken i doprowadził Värmland do półfinału.

– Sporo esemesowałam z Freddiem w ostatnich tygodniach – rzuciła Jeanette.

– Ach tak – odparła Magdalena. – Teraz mnie zaciekawiłaś. Czemu mi o tym nie powiedziałaś?

– Nie wiem – Jeanette wzruszyła ramionami.

To jest u nas najdziwniejsze, pomyślała Magdalena. Dorastałyśmy razem, rozmawiamy ze sobą kilka razy w tygodniu, a jednak jest mnóstwo rzeczy, które zachowujemy dla siebie.

I tak było zawsze.

– Wyprostuj się – poleciła jej Jeanette. – Inaczej trudno będzie zrobić cię na bóstwo.

Magdalena uśmiechnęła się do niej w lustrze. Nigdy nie znalazła odpowiedniej chwili, żeby powiedzieć Jeanette, że zaczęła chodzić do psychologa. O takich sprawach łatwiej jej było rozmawiać z Ann-Sofie, jej starą przyjaciółką z popołudniówki. W Sztokholmie prawie wszyscy, których znała, chodzili czasem na terapię lub poradnictwo rodzinne. Tu wydawało się to dziwne i świadczyło o słabości. Petter wiedział, oczywiście, ale nikt poza nim. Ani ojciec, a już na pewno nie Kerstin.

Nie uważała, że ataki paniki są powodem do wstydu, ale i tak trzymała to w tajemnicy.

– Więc nie dla Mårtena tak się odstawiłaś – stwierdziła – tylko dla Freddiego.

Mårtena ubóstwiały prawie wszystkie dziewczyny, także Jeanette. Magdalena wysłuchiwała godzinami, jaki jest przystojny, ale sama zawsze się go bała.

Czarne rzęsy, takie długie i gęste, że mogła mu ich pozazdrościć każda dziewczyna. I lodowato niebieskie oczy.

Uszy Jeanette były teraz intensywnie czerwone.

– Freddie dodał mnie na Facebooku po tym, jak Lena utworzyła tę grupę spotkaniową. Zrobił się z niego prawdziwy przystojniak. I jest bardzo miły. Zupełnie inny niż wtedy, gdy chodziliśmy do szkoły. Powiedziałam mu nawet o Sebastianie i nie jest z tych, co osądzają.

– No tak, nie tylko my się zmieniłyśmy przez te dwadzieścia pięć lat. Ale on chyba jest żonaty?

– Wygląda na to, że już nie. Zaczęło się od rozmowy o książce, którą pisze Jack. Widziałaś jego wpis na Instagramie?

– No pewnie – odpowiedziała Magdalena.

Kilka tygodni temu Jack wstawił zdjęcie swojego laptopa stojącego na ocienionym stole na balkonie. Palmy i błękitne niebo w tle, drink z parasolką na pierwszym planie. Teraz wszystko wyjdzie na jaw. Nie będzie już tajemnic. Okropne! Powiem więcej, jak tylko będę mógł.

Magdalena tylko westchnęła, kiedy to zobaczyła. Czy jest coś bardziej żałosnego niż ludzie, którzy piszą o sekretach w mediach społecznościowych? Wiem coś ciekawego, ale teraz nie powiem.

– Ciekawe, o czym napisze – zastanawiała się Jeanette w chwili, gdy komórka Magdaleny zasygnalizowała nową wiadomość. – Co chce ujawnić?

Magdalena wyjęła komórkę.

– To od Leny – powiedziała.

„Jak idzie? Gdzie jesteście?”

Magdalena przeczytała głośno esemes Jeanette i wystukała odpowiedź:

„W drodze do Coop. Spieszymy się”.

„Ok. Impreza zaraz się zaczyna. Obiecałyście pomóc przy nakrywaniu do stołu”.

Obiecałyście. To było raczej domyślne założenie, że pomogą ci, którzy mieszkają na miejscu. Ale to nie Magdalena zorganizowała spotkanie.

Jeanette kiwnęła głową – tak, tak, zdążymy – i bez pośpiechu skręciła jeszcze parę loków.

Potem zamaszystymi ruchami rozpyliła na imprezową fryzurę mgiełkę lakieru.

– Gotowe – oznajmiła, wyciągając sznur z kontaktu. – Jeszcze tylko skoczę po śpiwór i lecimy.

Magdalena podziwiała miękkie loki, które Jeanette z taką łatwością wyczarowała z jej prostych jak druty włosów.

– Nie rozumiem tylko, dlaczego musimy tam nocować – powiedziała.

– Musisz być ciągle taka na nie? Będzie świetnie.

Magdalena wyszła do przedpokoju i zaczęła sznurować buty. Kiedy skończyła, a Jeanette jeszcze nie wróciła, wyjęła komórkę z torebki.

Szyja swędziała ją od potu.

Będzie dobrze, przekonywała samą siebie. To tylko złe przeczucie, a jeśli ja tak czuję, to wcale nie znaczy, że to prawda.

Jeanette weszła do przedpokoju, chwiejąc się lekko w sandałkach na wysokich obcasach.

– Za pół ceny u Cecylii – pochwaliła się, unosząc stopę.

– I to dla ciebie są wygodne buty? – zdziwiła się Magdalena. – Pójdziemy na wędrówkę z duchami w lesie. I jeszcze straszyły, że będziemy grać w krykieta.

– E tam! – skwitowała Jeanette. – Raz się żyje.

Przewiesiła torebkę przez ramię, wzięła śpiwór w jedną rękę, a karimatę w drugą.

– Chodźmy. Freddie może mnie przecież nieść, jeśli będzie trzeba.

Ted Jonsson opuścił osłonę przeciwsłoneczną i mimo krętej drogi dodał trochę gazu. Właściwie nie powinien jechać tak szybko, jazda po tłuczniu nie należała do najprzyjemniejszych, ale nie mógł się powstrzymać.

Trafiła mu się prawdziwa okazja, bez dwóch zdań. Cztery lata i bardzo mały przebieg. Wciąż miał wrażenie, jakby był fabrycznie nowy.

Potrzebował sprawnego samochodu, żeby jeździć do Ekshärad. Raz mógł sobie pozwolić na taki luksus. Zasługiwał na to po tym wszystkim, co się stało.

Myślał o tym spotkaniu od chwili, gdy dostał zaproszenie. Powrót do letniego domku Sunego nie był czymś, za czym tęsknił, ale naprawdę miał ochotę zobaczyć się ze wszystkimi. Przynajmniej z większością.

Na ostatnim spotkaniu klasowym nie był z przyczyn osobistych, ale potem, gdy spotkał Johannę, miał wrażenie, że życie znów toczy się we właściwym kierunku.

– Podziękuj mi za to – mawiała Wilma. – To tak naprawdę moja zasługa.

I chyba właśnie tak było.

– Nie możesz ciągle siedzieć w domu – powtarzała. – Minęło już pięć lat i mama nie wróci.

Nie, on też to wiedział.

Johanna była zupełnie inna niż Pia – krzepka i prawie zawsze wesoła, z szopą kędzierzawych włosów, które żyły własnym życiem. Najlepsze ze wszystkiego było to, że zdawała się go lubić takim, jaki był. Naprawdę niewiele rzeczy było w stanie ją zdenerwować lub rozgniewać.

Czasami myślał, że przypomina duże drzewo z korzeniami wrośniętymi tak głęboko, że może przetrwać wszelkie burze. Powinien namalować takie drzewo i dać jej w prezencie. Nawet jeśli nie potrafił skłonić farb do współpracy tak, jak by chciał, jak umiała ona, bo to wymagałoby wielu lat ćwiczeń, na samą myśl o tym cieszył się jak dziecko.

Życie naprawdę się zmieniło, odkąd ją spotkał.

– Teraz jest nas dwoje – mówiła.

Kiedy powiedziała to po raz pierwszy, serce prawie stanęło mu w piersi.

Jest nas dwoje.

Ted zmniejszył temperaturę w samochodzie. Nie chciał mieć na koszuli plam od potu jeszcze przed rozpoczęciem imprezy.

Kiedy zbliżał się do bocznej drogi, wziął kartkę z zaproszeniem leżącą na siedzeniu obok, żeby spojrzeć na mapę na odwrocie. Nie pamiętał, jak dojechać do domku. Minęło w końcu dwadzieścia pięć lat, odkąd był tam ostatni raz.

Wtedy jechał samochodem Sunego razem z Mårtenem i Jackiem. Trzymał plecak mocno w objęciach, a silnik skutecznie zagłuszał brzęczenie szkła. Jakim cudem odważył się zgodzić na to, żeby podwiózł ich nauczyciel, kiedy miał torbę pełną alkoholu? I jak się odważył podwędzić butelki z półki w piwnicy?

Pewnie dlatego, że robiłem wszystko, o co mnie prosili. Wszystko.

Mårten, który oczywiście zajął miejsce z przodu, spojrzał na niego pytająco we wstecznym lusterku i uśmiechnął się z zadowoleniem, kiedy Ted, cały czas roztrzęsiony, kiwnął głową na znak, że wszystko jest w porządku, że ma to, co trzeba.

Na samą myśl o tym, co by było, gdyby ojciec odkrył, co zrobił, miał w głowie czarną pustkę. Boże, ale dostałby lanie.

Ale to było dawno temu. I ojciec już nie żył. Przez lata z dawnych historii wszystko, co ostre i niebezpieczne, zostało zeszlifowane. Pozostały tylko bajki, ze szczęśliwym zakończeniem.

A dziś wieczorem nie będzie pił.

Pobawił się przez chwilę dyndającym przy stacyjce kółkiem na klucze z motywem zachodu słońca. Recovery is a journey, not a destination.

Każdy dzień po kolei.

Od ponad dwóch lat był trzeźwy, nie wypił ani kropli alkoholu.

A gdyby tak znów się odnaleźli. Jack i Mårten mogliby nawet któregoś dnia go odwiedzić. Johanna by się ucieszyła. Czasem pytała, dlaczego nie spotyka się z żadnymi przyjaciółmi.

Tłumaczył się rozwodem, tym, że wszyscy wspólni przyjaciele się odsunęli, jak to zwykle się dzieje, a Johanna kiwała głową i wydawała się rozumieć.

Ale to nie znaczyło, że nie ma żadnych przyjaciół. Albo że nigdy nie miał.

Kiedy zobaczył przy słupie elektrycznym dróżkę prowadzącą w las, poczuł lekkie podniecenie.

Wieczór nareszcie się zaczynał.

3

Magdalenie pulsowało w uszach, gdy skręcała w wąską ścieżkę do domku Sunego, biegnącą z każdym metrem coraz wyżej.

Samochód podskakiwał, a małe krzaczki na środku drogi szorowały o podwozie.

Kiedy byli tu w dziewiątej klasie, droga była równa, a wszystkie dziury wypełnione drobno tłuczoną cegłą. Tina i ona ciągnęły po niej swoje bagaże, gdy tato, Peo, wysadził je, jak chciała, przy zjeździe w las. Jego stary czteroosobowy namiot ważył prawie tonę i potem żałowały, że nie pozwoliły mu, by je podwiózł pod sam dom.

– Ale będzie świetnie – rzuciła Jeanette z tyłu i wychyliła się między siedzeniami, żeby lepiej widzieć.

Magdalena coś odmruknęła, biorąc ostatni zakręt na podwórze i parkując obok innych samochodów przy ścianie szopy.

Czerwony parterowy domek stał na skraju lasu, sprawiając wrażenie, jakby przykucnął pod wysokimi świerkami.

Kiedy Magdalena wyłączyła silnik, usłyszały muzykę.

– Wszystko wydaje mi się mniejsze, niż zapamiętałam – powiedziała Jeanette, wyglądając przez okno.

Magdalena skinęła głową.

Wszystko oprócz lasu. Znacznie się rozrósł od czasu, gdy byli tu ostatni raz, i zaczął wchodzić na trawnik i łąkę.

Szerokie kwiatowe grządki zarastały chwastami, a zegar słoneczny, który królował na wzniesieniu, teraz niepokojąco się przechylał.

Nie dało się nie zauważyć, że zapowiada się huczna impreza. Nad zastawionym długim stołem na werandzie wisiał sznur z lampionami.

Magdalena odpięła pas i w tej samej chwili zobaczyła Lenę idącą przez trawnik. Skrzydełka u ramiączek jej sukienki powiewały, a opalony dekolt błyszczał od potu.

Lena nawet się z nimi nie przywitała, od razu otworzyła bagażnik i zaczęła przeglądać znajdujące się tam aluminiowe tacki i miski.

– Czy nie miały być też owoce? – zapytała.

Najwyraźniej nie wyszła z roli przewodniczącej samorządu uczniowskiego.

– Są na tylnym siedzeniu – odparła Jeanette, rzucając Magdalenie spojrzenie we wstecznym lusterku.

Magdalena kilka razy głęboko odetchnęła, nim otworzyła drzwi samochodu. Sandy, jak zwykle ubrana na rockowo, w odcieniach czerni i szarości, z fantazyjnym irokezem na głowie, też wyszła z domu, żeby pomóc im w przeniesieniu rzeczy.

Nie było zaskoczeniem, że w krótkich włosach też prezentowała się lepiej niż większość osób. Sandy zawsze wyglądała dobrze we wszystkim. Czy istniał jakiś chłopak, który by nie był w niej zakochany? Magdalena nie bardzo w to wierzyła.

– Sune już sporo wypił – oznajmiła Sandy, biorąc dużą miskę z sałatką ziemniaczaną. – Ledwo zdążył skosić trawę.

– To akurat nie jest takie dziwne – odparła Jeanette.

W czasach szkolnych było tajemnicą poliszynela, że Sune po cichu popija, ale udało mu się jakoś utrzymać pracę.

– Nie stójcie tak i nie gadajcie – rzuciła przez ramię Lena, idąc w stronę domu. – Reszta zaraz przyjedzie.

Magdalena i Jeanette wzięły aluminiowe półmiski i poszły za nią dróżką wyłożoną brukową kostką, spomiędzy której wyrastał mech i trawa. Babcia Sunego nie byłaby zachwycona, widząc, jak on to wszystko zaniedbał.

Lena i Sandy włożyły jednak sporo wysiłku, żeby stworzyć nastrój. Koksownik z brzozowym drewnem stał przy na wpół spróchniałych schodach, a na jabłoni wisiały na stalowych drutach słoiki.

Magdalena spojrzała na łąkę, która w ten weekend miała się stać polem namiotowym. Jeśli dobrze pamiętała, przyjechali tu w sobotę, w pierwszym tygodniu szkoły w dziewiątej klasie, i zostali do niedzielnego popołudnia. Najbardziej w pamięci utkwiła jej wędrówka z duchami późnym wieczorem, ale oprócz tego kąpali się w jeziorze i pływali na kajakach.

Czy tylko ona i Tina spały w namiocie taty? A może Jeanette i Lisa też z nimi były? Całkiem prawdopodobne.

Rozpoznała miejsce, gdzie stał namiot, pamiętała, jak musiały zebrać mnóstwo szyszek, zanim go rozłożyły. Obok stał mały, dwuosobowy namiot Alice i Unni. Teraz nie było tam już świerka, tylko pniak prawie w całości przesłonięty wysoką trawą.

Danjel spał w namiocie sam. Magdalena pamiętała, jak się czołgał pod leżącym na ziemi płótnem, kiedy Freddie i Mårten wyjęli wszystkie śledzie. Śmiech Mårtena, gdy Danjel próbował znaleźć wyjście w półmroku. Co ona zrobiła? Nic. Stała i gapiła się jak wszyscy.

To przecież był tylko żart.

Dam radę, pomyślała i znów wzięła parę głębokich wdechów. To tylko moi koledzy z klasy, a teraz jesteśmy przecież dorośli.

– Jak pięknie to urządziłyście – powiedziała, wchodząc na werandę.

Składane stoły, wypożyczone ze związku gminy, stały w długim rzędzie, przykryte białymi jednorazowymi obrusami. Były na nich złote papierowe talerzyki i winietki z imionami, kwiatami i brokatem. Mårten, Jack, Tina, Jussi. Nie było Danjela.

Nikogo, komu można by podstawić nogę, żeby się przewrócił z talerzem pełnym jedzenia.

Magdalena kilka razy powoli wciągnęła i wypuściła powietrze.

– Tak, to musi wystarczyć – odparła Lena, patrząc demonstracyjnie na zegarek. – Zważywszy na okoliczności.

– Wyluzuj – rzuciła Jeanette.

– Gdybyście powiedziały, że nie zdążycie przywieźć jedzenia, załatwiłabym to sama.

– Przecież zdążyłyśmy – odpowiedziała beztrosko Jeanette, najwyraźniej odpowiednio rozgrzana Marinellą.

– Impreza zaczyna się za pół godziny – przypomniała Lena, taszcząc torby z jedzeniem do kuchni.

Magdalena postawiła swój rostbef na blacie. Sandy od razu wzięła półmisek i przeniosła na kuchenny stół.

W otwartych drzwiach zamajaczył jakiś cień i zobaczyły Sunego z puszką piwa w ręce, zarumienionego i wesołego. Koszulę z krótkim rękawem miał starannie włożoną w jasne dżinsy.

– Witajcie – powiedział. – Tak powinno być zawsze. Kuchnia pełna pięknych kobiet.

– Też tak myślę – rzuciła Lena, ustawiając półmiski i miseczki i wyjmując sztućce do nakładania jedzenia. – Fajnie byś się wtedy czuł, co?

– Jak książę.

Sune wypił kilka łyków z puszki, która z całą pewnością nie była pierwszą tego dnia. Ani drugą.

Mimo zaróżowionej twarzy i lekko zarysowanego brzucha wydawał się wciąż w niezłej formie.

– Możesz pokroić bagietki? – zapytała Sandy, podając Magdalenie nóż.

Jeanette przypadło w udziale wyłożenie sera.

Będzie dobrze, będzie świetnie, wyluzuj...

Magdalena kroiła pieczywo, cicho powtarzając swoją mantrę.

– Wędrówka z duchami będzie naprawdę mocna – odezwała się Sandy z drugiego końca stołu.

– Tak, postaraliśmy się – potwierdził Sune.

Przyglądał się natarczywie Lenie, która chochlą do kompotu nalewała z wiaderka powitalne drinki do plastikowych szklanek, zatrzymując w końcu wzrok na jej pośladkach.

– Nigdy bym się nie odważyła pójść tam sama – powiedziała Sandy i się roześmiała.

Tamtego sierpniowego wieczoru ciemność była nieprzenikniona i snopy światła latarek omiatały drzewa i kamienie. Magdalena mocno ściskała Jeanette za rękę, wyobrażając sobie, że to ręka Jacka, a gdy odkryły głowę lalki w strumieniu tuż pod kładką, którą szły, krzyknęły jednocześnie z przerażenia.

Sandy zdjęła laptop stojący na lodówce.

– Czego chcecie posłuchać? – zapytała. – Powiedzcie jakieś życzenie!

Lena posłała jej zirytowane spojrzenie, potem omiotła wzrokiem zabałaganioną kuchnię, ale nic nie powiedziała, tylko dalej nalewała drinki.

Zanim ktokolwiek zdążył odpowiedzieć, Sandy włączyła „Moonlight Shadow” Mike’a Oldfielda i zwiększyła głośność. Potem zamknęła oczy i wykonała kilka tanecznych kroków, jak zwykle przekonana, że wszyscy na nią patrzą. Jeanette zrobiła to samo z łopatką do sera w ręce.

Magdalenie zdawało się, że słyszy odgłos silnika, i podeszła do okna, żeby to sprawdzić. Kobieta, której nie mogła rozpoznać z takiej odległości, wysiadła, przeszła na drugą stronę samochodu i ucałowała osobę siedzącą za kierownicą, po czym ruszyła w kierunku domku.

– Halo, halo! – usłyszeli po chwili z przedpokoju.

Sandy podniosła wzrok i ściszyła laptop. Sune przesunął się o parę kroków na bok, robiąc miejsce dla kobiety, która weszła do kuchni. Miała na sobie białe spodnie i top z małymi bufkami, a w rozpuszczone włosy wpięła sztuczny kwiat.

– Cześć, Alice! – zawołała Sandy i serdecznie ją objęła. Teraz Magdalena ją rozpoznała. – Witaj! Jak pięknie wyglądasz!

Alice obeszła kuchnię dookoła. Magdalena odłożyła nóż i też ją objęła.

– Jak dobrze cię zobaczyć!

Zabrzmiało to prawie naturalnie.

– Jak widzisz, jeszcze nie jesteśmy gotowe – rzekła Lena.

– To chyba ja jestem trochę za wcześnie – odpowiedziała Alice. – Czy mogę w czymś pomóc?

Sandy pokręciła głową.

– Nie, nie trzeba. Zaraz skończymy. Ale możesz sobie wybrać piosenkę. Czego chcesz posłuchać?

Nie czekając na odpowiedź, Sandy wybrała „Girls Just Want to Have Fun” i znów zwiększyła głośność.

– Tak, teraz będzie świetnie – stwierdziła Jeanette.

Chciała jeszcze coś dodać, lecz przerwały jej dziko wyjące klaksony. Brzmiało to jak cała kolumna raggare.

Teraz byli już w komplecie. Magdalena zamknęła oczy i ścisnęła telefon w kieszeni.

4

Przez kuchenne okno dobiegał gwar wesołych głosów, głównie Jeanette. Szła dość niepewnym krokiem przez trawnik, trzymając w ręce kieliszek.

Magdalena znów zrobiła parę głębokich wdechów, kiedy grupa zbliżała się do domu.

Mężczyzna o szpakowatej brodzie, idący najbliżej Jeanette, był prawdopodobnie Freddiem. Uderzająco podobny do swojego ojca. Wyglądało na to, że udało mu się zachować ciało hokeisty, choć wydał się jej znacznie niższy, niż go zapamiętała.

A dalej stał Ted, przestępując z nogi na nogę.

Mężczyzna w skórzanej kamizelce to na pewno Jussi. Tak, oczywiście. Tylko on mógł zupełnie się nie przejmować kulami, na których się wspierał. Nie było chyba sytuacji, która by go mogła wytrącić z równowagi.

A także Jack w rozciągniętym podkoszulku, w okularach przeciwsłonecznych, które przesunął na głowę. I z tym uśmiechem świadczącym o pewności siebie.

Powinna się pospieszyć z wywiadem, przeprowadzić go, zanim ludzie zaczną tracić kontrolę nad sobą.

Lena krążyła z tacą pełną plastikowych szklanek, pilnując, żeby każdy wziął jedną.

Magdalenę zaczęło kłuć w palcach i poruszyła nimi, żeby się pozbyć nieprzyjemnego uczucia.

Kiedy na podwórze wjechał następny samochód, rozmowy nagle się urwały.

Z granatowego BMW wysiadła nieznajoma – wydawało się – kobieta. Nachyliła się i powiedziała coś kierowcy, po czym zamknęła drzwi i przeszła przez trawnik. BMW wycofało się i zniknęło w lesie. Upłynęło kilka sekund, nim Magdalena zdała sobie sprawę z tego, że to jest Tina. Jej Tina.

Włosy w odcieniu średniego blondu – albo mysim, jak narzekała w okresie dorastania – teraz były prawie platynowe, nonszalancko odgarnięte do tyłu i przytrzymywane przez drogie okulary przeciwsłoneczne, a sukienka bez rękawów odsłaniała ciało, jakiego mogłaby jej pozazdrościć każda sportsmenka. Pod pachą trzymała torebkę znanej marki. Sportowe buty też nie były czymś, czym Tina chciała zapisać się w pamięci koleżeństwa.

Jeanette znów zapiszczała z radości i wybiegła z otwartymi ramionami.

– Wielkie nieba, Tina! – zawołała. – Ledwo cię poznałam.

Magdalena patrzyła, jak mocno się obejmują, kołysząc się w przód i w tył.

Dołączyła do nich kobieta ubrana w stylu vintage. To musiała być Unni. Stały tak przez dłuższą chwilę, jak gracze jednej drużyny przed meczem, po czym rozdzieliły się i skierowały w stronę domu.

Magdalena dotknęła komórki. Może zadzwonić do Pettera?

– Ale to przecież ty! – usłyszeli ożywiony głos i w następnej sekundzie do środka wpadła Tina, a za nią Unni.

Kuchnię wypełniło nagle stukanie obcasów, grzechotanie bransoletek i zapach ciężkich perfum.

– Jak dobrze cię widzieć – powiedziała Tina prosto do jej ucha, przytulając się do niej.

Magdalena odwzajemniła uścisk i trochę się odprężyła.

– Ciebie też.

Teraz z kolei Magdalenę obejmowała Unni.

– Musimy potem pogadać – powiedziała Tina, kiedy Unni rozluźniła uścisk. – Mamy sobie tyle do powiedzenia.

Magdalena, znów sięgając po komórkę, wyartykułowała coś w rodzaju „świetny pomysł”. Musi usłyszeć głos Pettera, jego zapewnienie, że to tylko jeden wieczór i że on jest w domu i na nią czeka. Że wciąż się toczy jej zwyczajne życie.

Szukając numeru, wyszła na werandę.

– Cześć, Magda – usłyszała czyjś głos.

Podniosła wzrok. Ted stał u dołu schodów i uśmiechał się do niej. W ręce trzymał opróżnioną do połowy szklankę.

– Przepraszam – powiedziała, pokazując telefon. – Tylko zadzwonię.

Oddychaj. Nic złego się nie dzieje. Będzie dobrze.

Ted odprowadził wzrokiem Magdalenę, która z telefonem w ręce cofnęła się do wnętrza domu. Naprawdę myśli, że jest taka ważna? Wielkie nieba, przecież nie pracuje dla CNN.

Wypił parę łyków bezalkoholowego drinka, które Lena rozdawała wszystkim, choć wcale o to nie prosił, i spojrzał znad szklanki, czy jest jeszcze ktoś, z kim mógłby porozmawiać. Tina, Alice i Sandy stały razem, trochę sztywne w swoich eleganckich strojach, ale szczebiotały głośno i z ożywieniem. W szkole Tina nie była chyba taka ładna?

Kiedyś mógłby dołączyć do ich grona, objąć którąś z nich ramieniem i powiedzieć coś w miarę zabawnego, ale teraz nie wiedział, jak to zrobić.

Przy ścieżce stali Freddie i Jeanette. On uśmiechał się i gadał, a ona zerkała na niego, odgarniając co jakiś czas z twarzy niewidoczne pasemko włosów.

Tam też nie było dla niego miejsca.

Koszula wydała mu się nagle o wiele za duża, powiewała wokół ciała jak worek. Kiedy zobaczył Freddiego w znoszonych dżinsach i sneakersach, pożałował, że tak się ubrał. Podkoszulek, który perfekcyjnie opinał wytrenowaną klatkę piersiową, na pewno był dwa razy droższy od jego koszuli.

Sune i Jussi usiedli na plastikowych krzesłach pod jabłonią. Kule Jussiego stały oparte o drzewo.

Ted odwrócił się, słysząc kroki na werandzie. Poczuł ulgę, gdy zobaczył, że Lena schodzi po schodach z tacą pełną nowych szklanek zaparowanych od lodu.

Tylko jeden drink, pomyślał, kiedy do niego podeszła. Jeden i koniec.

Wiedziałeś, że to będzie test, ale wytrzymasz. Dałeś radę nie pić przez dwa lata, dasz radę i dziś.

Lena specjalnie na tę okazję ułożyła lekko przyprószone siwizną włosy w loki, które opadały jej na ramiona. Powinna robić to częściej, pomyślał. Łagodziły wyraz jej twarzy. Szminkę też miała starannie dobraną. Wyglądała na zupełnie inną osobę – nie na operatorkę wózka widłowego, którą czasem spotykał w pracy.

– Weź jeszcze jeden – powiedziała i popatrzyła na innych gości za jego plecami. – Te po prawej stronie są bezalkoholowe. Mogę zrobić więcej, jeśli chcesz.

Zobaczył kątem oka, jak Jussi wyjmuje piwo Mariestad kupione w sklepie monopolowym. Na pewno było już letnie, ale dźwięk otwieranej puszki sprawił, że ślina napłynęła mu do ust.

Tylko jeden.

– Uważam, że to jest w złym stylu, kiedy ludzie rezygnują w ostatniej chwili, gdy ktoś próbuje coś zorganizować – mówiła Lena. – Albo w ogóle się nie odzywają.

Spojrzała na zegarek.

– Kto zrezygnował? – zapytał Ted.

– Sara, Lisa i Robban powiedzieli dzisiaj, że nie przyjdą. A co najmniej dziesięć osób w ogóle nie zareagowało. Czy to takie trudne?

Czemu stale rwała się do zorganizowania czegoś, kiedy potem i tak była tylko niezadowolona? Podobnie było w pracy. Lena ciągle wszystko organizowała, zbierała pieniądze na prezenty urodzinowe i pożegnalne przyjęcia i prawie zawsze kończyło się tym, że patrzyła z zaciśniętymi ustami na wszystkich, którzy się nie włączyli. Wydawało się jednak, że lubi tak się poświęcać, że jest wtedy w swoim żywiole.

– Szukasz Jacka? – zapytał, kiedy jej wzrok znów powędrował w stronę grupki stojącej pod jabłonią.

Wzdrygnęła się, słysząc jego imię, i przez chwilę wydawało się, że jedna ze szklanek spadnie z tacy.

– Nie, a czemu?

– Jak to czemu? Byliście razem przez pewien czas.

– Tak, ale pół życia temu.

– To jednak musi być szczególne uczucie. Jak dawno się nie widzieliście?

Zamiast odpowiedzieć, podniosła tacę.

– Jak mówiłam, mogę dorobić, ile zechcesz.

Był zupełnie trzeźwy już trochę ponad dwa lata. Wielkanoc, Boże Narodzenie, noc świętojańska były co roku, lecz jak często zdarzało się spotkanie klasowe?

Jeśli miał jeszcze kiedyś posmakować alkoholu, to był właśnie ten wieczór.

Nie dlatego, że nie potrafił się oprzeć, bo potrafił, ale musiał też udowodnić samemu sobie, że może poprzestać na jednym drinku, nie tracąc kontroli.

Po jabłonią Sune klepał Jussiego ciężko i przyjaźnie po ramieniu – klap, klap, klap – i powiedział coś, co sprawiło, że Jussi rozejrzał się po ich niewielkiej grupce i głośno roześmiał.

To mogło być tak wyzwalająco proste. Czemu miałby przez cały czas ze wszystkiego rezygnować?

Popatrzył na szklanki, wyglądały tak orzeźwiająco. Czy nie udowodnił już sobie, że ma charakter i potrafi kontrolować impulsy? Ponadto wiedział, dobrze znając Lenę, że w tej mieszance była głównie lemoniada i owoce.

Opróżnił szklankę, którą trzymał w ręce, zrobił parę kroków w stronę werandy i wrzucił ją do worka na śmieci.

Potem sięgnął do tacy.

Jeden. Tylko jeden. Zasłużyłem na nagrodę po całej tej walce. Teraz ja mam kontrolę, nie alkohol.

– Chyba przyjechał Mårten – zauważyła Lena, spoglądając w stronę podwórza, gdzie parkowała mazda.

Kiedy Ted zobaczył Mårtena wysiadającego z samochodu, wziął szklankę. Z lewej strony.

Wypił szybko kilka łyków i rozpiął guzik koszuli przy szyi. Co za szczęście, że nie włożył krawata.

Zasłużyłem na to, pomyślał, zaglądając do wnętrza szklanki. Każdy ma prawo czasem się odprężyć bez poczucia wstydu. Teraz sam mógł podejmować decyzje, kiedy będzie pił, a kiedy nie.

– Cześć, Ted!

Jakaś mała osóbka podeszła do niego tak, że jej nie zauważył.

Widział wcześniej Unni z dziewczynami, ale nie chciał przeszkadzać.

– O, cześć! – zawołał. – Jak dobrze cię widzieć.

Schylił się i objął ją, ostrożniej, niż zamierzał, i znów na nią spojrzał.

Kilka kurzych łapek w kącikach oczu było jedyną oznaką, że się starzeje, reszta nieumalowanej twarzy pozostawała zupełnie gładka. Długie, pofarbowane na rudo włosy owinęła chustą, która wyglądała niemal jak turban. Uśmiechała się do niego promiennie.

– Co u ciebie? – zapytała.

Co teraz robisz, czemu nie dzwonisz...

Ted zaczął coś nucić, ale szybko przerwał i zakaszlał.

– Dobrze – odparł krótko. – Naprawdę.

Nie wiedział, co jeszcze mógłby powiedzieć, więc tylko na nią patrzył. Widział jej gołe kolana między falbanką sukienki i kaloszami. Wzór na sukience przywodził mu na myśl tapetę, którą mieli w mieszkaniu przy Abborrtorpsvägen, kiedy był dzieckiem, zanim przeprowadzili się do Sundfall.

– A u ciebie jak? – wydobył w końcu z siebie, wskazując na Unni szklanką.

Wypił jeszcze parę łyków, nie odrywając od niej wzroku. Wyprostował się.

– U mnie też wszystko dobrze – odpowiedziała.

– Ale gdzie mieszkasz? Co robisz?

Ted chciał powiedzieć, że szukał jej czasami bezskutecznie na Facebooku, ale uznał, że da sobie spokój. Mogła to odebrać jako natarczywość.

– Na A odpowiadam: w Sztokholmie albo w Bagarmossen, trochę na południe od miasta, jeśli mamy być drobiazgowi. Na B odpowiadam: wszystko po trochu. Przeważnie utrzymuję się z nauczania plastyki, ale kształcę się na terapeutkę. Na C odpowiadam: nie mam rodziny, nie mam dzieci. W zasadzie z wyboru, więc nie musisz mi współczuć.

Wzniosła toast szklanką na zakończenie swojego małego przemówienia.

– A ty?

– Zostałem tutaj – odparł, starając się, żeby zabrzmiało to pogodnie. – Obróbka narzędzi. Huta. A na C odpowiadam: rozwiedziony. Moja córka, Wilma, kończy niedługo osiemnaście lat i spędza u mnie co drugi weekend.

Ted wypił jeszcze parę łyków i wreszcie poczuł odprężenie. Chciał właśnie powiedzieć, że znów zaczął trochę malować, i o Johannie, którą poznał na kursie, ale przeszkodziła mu w tym ręka obejmująca go za szyję i mocny zapach piwa.

– Aha, stara miłość nie rdzewieje? – zażartował Mårten.

Unni parsknęła śmiechem, który Ted tak często słyszał. Nerwowy chichot.

– Daj spokój – powiedziała. – Tylko rozmawialiśmy.

Ted poruszył się, lecz ręka Mårtena ściskała mu szyję jak imadło.

– Ale przecież kochałaś się w Tedzie – ciągnął Mårten, wgniatając mu pięść w potylicę.

– Nie – odparła Unni i znów zachichotała. – Skąd ci to przyszło do głowy?

– Puść, do cholery – warknął Ted.

Wystrzelił łokciem i Mårten zatoczył się do tyłu.

Kiedy odzyskał równowagę, opierając się o poręcz schodów, wbił wzrok w Teda.

– Nie znasz się na żartach czy co?

– Nigdy nie masz dość? – odpowiedział pytaniem Ted.

Widząc pogardliwy uśmiech Mårtena, poczuł, że ma ochotę się na niego rzucić i powybijać mu zęby, ale zamiast tego cisnął w grządki pełną do połowy szklankę i odwrócił się do nich plecami.

Pole widzenia się skurczyło, wydawało mu się, że ma przed sobą tylko wąski pas trawnika. Inni poruszali się dookoła jak cienie. Trzęsły mu się ręce.

– No, nareszcie. Był już najwyższy czas.

Kiedy Ted odwrócił głowę, zobaczył stojącą tuż obok Jeanette.

– Naprawdę – podjął Freddie i poklepał go po ramieniu. – Dobra robota.

Ted uśmiechnął się, ale mięśnie miał wciąż napięte ze złości. Poklepywanie Freddiego odczuł bardziej jako wrogie i natrętne niż przyjazne i musiał się wysilić, żeby pozostać na miejscu i udawać odprężonego.

– Niektórzy nigdy nie dorastają – powiedziała Jeanette. – Po prostu tak już jest.

– Nie rozumiem, dlaczego Tina chciała iść na to spotkanie – rzekł Mats, siadając na ławce.

Christer usiadł obok niego, podniósł hantel i zważył w dłoni.

– Co masz na myśli?

Mats spojrzał w stronę drzwi, żeby sprawdzić, czy nikt ich nie słyszy, choć tu, za drzwiami pralni, ryzyko było znikome. Bengt siedział zakotwiczony w salonie, a wydawało się też mało prawdopodobne, że Xerxes oderwie się od kanapy i swojego iPada.

– To po prostu dziwne. Zawsze mówiła, że nienawidzi swojej starej klasy, a kiedy przyszło to zaproszenie, od razu postanowiła jechać.

Wyjął komórkę z kieszonki koszuli i spojrzał na wyświetlacz.

– Nic ci nie mówiła? Ani Torun?

– Nie, a o co chodzi?

Mats obracał telefon w dłoni, wstukał hasło, żeby go uruchomić, ale nic więcej nie zrobił.

– Nie wiem. Zacząłem podejrzewać, że może ma kogoś innego.

– Nie, naprawdę tak myślisz?

Tina wprawdzie niesamowicie się wystroiła, zanim Mats odwiózł ją na spotkanie, przynajmniej Torun tak mówiła, ale nie wyobrażał sobie, że umówiła się tam w lesie na potajemną schadzkę. Była zbyt perfekcyjna i szczęśliwa, żeby zdradzać. Miała już swojego idealnego mężczyznę (oczywiście), idealną pracę (a jakże) i mieszkała w idealnym domu (wszystko inne było wykluczone). Nie ryzykowałaby w ten sposób swojego wizerunku kobiety sukcesu, także w życiu prywatnym.

Christer chciał to wytłumaczyć Matsowi, pilnując się przy tym, żeby z jego słów nie przebijała zazdrość.

– Więc spróbuję jej zaufać – odparł Mats bezbarwnym głosem. – Nie chcę nikomu więcej o tym mówić, lecz w ostatnich dniach wydawała mi się trochę dziwna.

– Na pewno się denerwuje. Czy ty byłeś kiedyś na spotkaniu klasowym?

Mats parsknął śmiechem.

– Nie przyszłoby mi to nawet do głowy.

– Mnie też nie – zgodził się Christer.

Nie wyobrażał sobie gorszej rzeczy niż zmuszanie się do spędzenia w taki sposób czasu z dawnymi kolegami z klasy. Spotykanie ich pojedynczo jeszcze jakoś znosił, nie unikał w zasadzie ludzi, których dawno nie widział, ale naprawdę nie miał ochoty na wspominki, jacy to oni kiedyś byli.

– Kochanie! – zawołała Torun.

Odgłos szybkich, drobnych kroków stawał się coraz bliższy.

Mats wstał z ławki i poprawił koszulę.

– A, tu jesteście. A ja się właśnie zastanawiałam, dokąd poszliście.

Trzymała duży półmisek z pięknego serwisu rodziców Christera, na którym Gunvor zawsze podawała steki z łosia. Teraz leżała na nim góra czerwonych raków, starannie ułożonych i udekorowanych główkami świeżego czosnku.

Używali go chyba pierwszy raz.

– Jak pięknie tu wszystko urządziliście – rzekł Mats. – Dobrze jest mieć tyle miejsca.

– Na pewno – odpowiedziała Torun i uśmiechnęła się trochę za szeroko.

Christer widział, że mocniej ścisnęła palcami półmisek.

– Tina też by chciała mieć siłownię w domu.

– Tak, to nie jest zły pomysł – zgodziła się Torun.

Nie trzymała już półmiska tak kurczowo.

– Może w czymś wam pomogę w domu – zaproponował Mats, przechodząc obok niej i kierując się do wyjścia.

Christer wypuścił powietrze.

– Jaki słodki jest Xerxes – rzekła Torun. – Całkiem zatopiony w swoim iPadzie.

Uśmiechnęła się do niego i podeszła trochę bliżej.

– Dziś wieczorem mamy ostatnią szansę w tym miesiącu.

Christer skinął głową.

Od dawna był na bieżąco z aplikacją kalendarza dni płodnych, wiedział dokładnie, kiedy jest dobry czas.

– Więc uważaj z alkoholem – dodała. – Wiem, że zawsze to robisz, nie o to chodzi, tak tylko mówię.

– Oczywiście.

Christer chciał ją objąć, lecz przeszkodził mu w tym półmisek z rakami. Musiał się zadowolić pogłaskaniem jej po ramieniu.

Prawie rok starań nie był właściwie niczym niezwykłym w ich wieku, przynajmniej próbowali tak o tym mówić, nawet jeśli brzmiało to coraz mniej przekonująco z każdym upływającym miesiącem.

Torun zapisała ich na następny tydzień na badanie płodności w Karlstad. Christer wiedział, że denerwuje się tak samo, jak on, choć bardzo stara się to ukryć.

– Im szybciej się dowiemy, czy coś jest nie tak, tym większe będziemy mieć szanse – przekonywała.

Gdyby dziś wieczorem zaszła w ciążę, to udałoby się tej wizyty uniknąć. Mogliby wtedy zostać rodzicami na początku lata. Porzucili już nadzieję, że będą we troje w Boże Narodzenie albo w Wielkanoc, ale istniała jeszcze szansa, że będą latem. Oczami wyobraźni widział siebie z wózkiem z siatką na muchy w cieniu wielkiego klonu i Torun karmiącą w hamaku.

Dziś wieczorem musi się udać.

5

Magdalena poszła, a raczej uciekła, do małego, ciemnego i zagraconego meblami pokoju telewizyjnego. Nadal stały tam ciemna tapicerowana kanapa, dwa pluszowe fotele i stolik z drewna tekowego, z pewnością pamiętające złote czasy domku w latach pięćdziesiątych.

Pachniało kurzem i zastałym dymem.

Magdalena chciała usiąść w fotelu, ale zrezygnowała, widząc na nim plamy.

Jeszcze raz wybrała numer Pettera. Słuchając wolnych sygnałów, patrzyła przez koronkowe firanki.

Usłyszała pocztę, więc rozłączyła się, nic nie mówiąc. Spojrzała na godzinę na wyświetlaczu.

Właśnie. Pewnie usypia teraz Liv.

Odstawiła powitalnego drinka na parapet i chciała napisać esemes, ale usłyszała za sobą chrząknięcie.

– Tu się schowałaś?

Jack uśmiechał się, stojąc w progu ze szklanką w ręce. Rolex lśnił w wieczornym słońcu.

– Chciałam tylko zadzwonić.

– Na zdrowie – powiedział i wszedł do środka. – Miło się spotkać po tylu latach.

– Pewnie. Na zdrowie – odparła Magdalena, podnosząc kubek.

Cukier, alkohol i dziecięcy zapach truskawek sprawiły przynajmniej, że łatwiej było jej oddychać.

Jack uśmiechnął się tym uśmiechem, który tak dobrze znała z czasów szkolnych. Nie wiedziała właściwie, co powiedzieć. Zwykła rozmowa o niczym była nie na miejscu.

Pytanie, czym się teraz zajmuje, byłoby dość dziwne, bo wiedziała już sporo o jego życiu z mediów społecznościowych. Gdyby mimo wszystko zapytała go o to z uprzejmości, mógłby się poczuć dotknięty, że tego nie sprawdziła. Czy ma zapytać o książkę? Nie, to przecież zrobi podczas wywiadu.

Jakie to uczucie mieć świadomość, że wszyscy wiedzą o tobie wszystko? Albo przynajmniej tak im się wydaje.

Sama nigdy nie wpadła na pomysł, żeby wstawiać swoje zdjęcia na Instagram. Miała konto, żeby obserwować innych, lecz im mniej o niej wiedzieli, tym lepiej.

– Zrobimy teraz ten wywiad, żeby było z głowy? – zapytała.

– Jasne – odparł Jack. – Ja bardzo chętnie.

– Żebyśmy potem mogli wyluzować.

Magdalena odstawiła kubek i poszła do kuchni po aparat, który tam zostawiła. Teraz kuchnia była pusta, większość osób zebrała się na werandzie. Przez otwarte drzwi dobiegał coraz większy gwar.

Kiedy wróciła, Jack siedział na kanapie. Słońce mocno prażyło, ale jego okulary wciąż podtrzymywały włosy jak diadem.

Niewiele się zmienił. Może linia włosów przesunęła mu się nieco w górę, lecz poza tym wyglądał tak samo. Te same oczy i uśmiech, to samo znamię na szyi.

Kiedy tańczyli przytulańce na szkolnych dyskotekach, to znamię znajdowało się w środku jej pola widzenia. Ta drobna skaza na urodzie była dziwnie wzruszająca i miała wtedy ochotę dotknąć jej ustami. Oczywiście nigdy się na to nie zdobyła.

– Pomyśleć, że znów tu jestem – powiedział. – Nigdy bym nie sądził. To jak déjà vu.

Poklepał dłonią poduszkę i zakaszlał, kiedy uniosły się z niej pyłki kurzu.

– Spałem na tej kanapie. Właściwie miałem spać w namiocie, ale kiedy obudziłem się rano, leżałem tutaj.

Magdalena usiadła niechętnie na skraju fotela i postawiła aparat między nogami.

Jack dalej rozglądał się po pokoju, kiedy się schyliła, żeby wyjąć notatnik.

Długopis też tam był. To dobrze.

Właśnie tak.

To zawsze działało. Jej własna tarcza chroniąca ją przed światem.

– Kiedy właściwie ostatni raz się widzieliśmy? – zapytał. – Pewnie ze dwadzieścia lat temu. Co najmniej.

– Widzieliśmy się raz w przelocie na gali nagród Grammi2, ale nie wiem, czy to pamiętasz. Byłeś chyba nominowany za najlepszy debiut.

Jack uniósł brwi i okulary zsunęły mu się nieco na czoło.

– Byłaś tam? – zapytał, podnosząc okulary. – Nie pamiętam.

Siedział tak blisko, że czuła zapach jego wody po goleniu. Nie używał już Lagerfelda.

– Rozumiem. Miałam jedenastomiesięczne zastępstwo w jednej z popołudniówek i robiłam z tej gali reportaż. Ale Mårtena nie było, z tego, co pamiętam.

– Nie. Wtedy już nie grał.

Wiele pisano o tym, jak Mårten, który w czasach szkolnych był wielką gwiazdą, został wygryziony, kiedy zespół zmienił wytwórnię płytową.

– Ale spotykałeś się z nim potem? – zapytała.

Jack zajrzał do wnętrza szklanki, po czym znów podniósł wzrok.

– Właściwie nie. Ale ty wróciłaś do Hagfors. Podoba ci się?

Nie było to tylko pytanie grzecznościowe, patrzył na nią, jakby to naprawdę go interesowało, i z jakiegoś powodu poczuła się niezręcznie.

– Na ogół tak.

Mina Jacka wskazywała, że jej nie wierzy.

– Petter i ja mamy dziecko, córeczkę, ma teraz dwa i pół roku.

– Ach tak. To bardzo romantyczne. Czy wróciłaś dla niego?

– Nie, niezupełnie.

Nie miała ochoty opowiadać mu o okolicznościach przeprowadzki, o Ludvigu i rozwodzie. Ani o Nilsie i jego trudnych początkach w Hagfors.

– Ale nie o mnie mieliśmy mówić – ucięła i otworzyła notes na stronie z wypisanymi wcześniej pytaniami.

Jack rozsiadł się wygodnie na sofie i rozłożył ramiona.

– Myślę, że ciekawie jest posłuchać o życiowych zakrętach ludzi – odpowiedział. – Może tak się dzieje, gdy wchodzi się w ten wiek. Popełniane błędy mogą się stać ciekawymi doświadczeniami, a przypadek może nie zawsze jest przypadkiem.

– Czytałam, że rozważasz zostanie pastorem – zaczęła Magdalena, nie komentując tego, co powiedział.

Jack wypił parę łyków z plastikowej szklanki i spojrzał na nią z uśmiechem.

– No tak, odrobiłaś pracę domową. Jak zwykle.

– Pastor to nie jest wybór, jakiego bym się po tobie spodziewała, delikatnie rzecz ujmując.

– Przez całe życie czegoś szukałem, ale w złych miejscach. Za dużo imprezowałem i zadawałem się z niewłaściwymi ludźmi. Zresztą na pewno już o tym wiesz. Ale teraz znalazłem to, czego szukałem. Boga i Jezusa. Pojednałem się ze swoim życiem.

Magdalena szybko notowała.

– Czy przyjazd tutaj to też część tego pojednania?

– Nie wiem. Tak, może w jakimś sensie.

Głos nagle mu się zmienił. Chrząknął.

– Czy mógłbyś to rozwinąć?

Jack bez pośpiechu pociągnął kolejny łyk.

– Myślę, że wszyscy, którzy tu dziś przyjechali, mieli jakiś powód. Albo chcieli się pokazać, albo coś uporządkować. Albo tęsknią za przeszłością.

– Może – zgodziła się Magdalena.

– Więc dlaczego ty tu jesteś, Magda? – zapytał, patrząc na nią w sposób, który wcale jej się nie podobał.

– Bo obiecałam, że przeprowadzę ten wywiad.

– Serio?

– Zupełnie serio. Nie siedziałabym tutaj, gdyby gazeta nie chciała artykułu o tobie. Nie mam niczego do pokazania ani nie chcę wracać do przeszłości. Możliwe, że mam jakieś sprawy do uporządkowania, ale wolę iść dalej i o nich zapomnieć. To bardziej mój sposób.

Jack powoli pokiwał głową.

– Tja, wszyscy w życiu mamy jakieś strategie.

To prawda, pomyślała Magdalena. Wypiła jeszcze trochę drinka i odstawiła szklankę na stół. W słońcu zrobił się już letni.

– Czy planujesz kiedyś tu wrócić?

Obowiązkowe pytanie, jakie musi zadać redaktor lokalnej gazety.

Jack parsknął śmiechem, o którym nie zamierzała wspomnieć w tekście.

– Nie – powiedział, po czym się opanował. – W każdym razie nie teraz.

– A jak ci idzie książka?

Jack uniósł brwi.

– Czemu się tak zdziwiłeś? – zapytała Magdalena. – Wspomniałeś o niej na Instagramie.

– W sumie tak – przyznał Jack. – Ale jeszcze za wcześnie, żeby o tym mówić. To nadal jest tajemnica.

– Trochę możesz chyba zdradzić?

Jack patrzył na swoje dłonie, jakby się zastanawiał, ale w oczach Magdaleny wyglądało to na działanie przećwiczone. Udawany namysł.

– Mogę powiedzieć, że rozliczam się z przeszłością – rzekł. – To będzie autobiografia, a moim celem jest opisać naprawdę wszystko.

– Wszystko? Czyli co?

– Narkotyki, zdrady, skandale po Gården, między innymi. Ale również dorastanie i czasy szkolne. Wtedy też nie byłem grzeczny.

Nie. To prawda, że nie byłeś.

Magdalena pamiętała, że Jack i Mårten zamknęli Danjela w szafie w pracowni i odeszli. Mówiono, że spędził tam ponad trzy godziny, zanim go znalazł któryś z nauczycieli. Posikał się wtedy w spodnie.

Jack znów rozłożył ręce i podniósł wzrok. Jeszcze jeden dobrze znany gest, który tak często widziała u niego w telewizji.

– Czasami trzeba mieć odwagę powiedzieć prawdę – dodał.

Magdalena przez cały czas notowała. Może tym razem, mimo wszystko, naprawdę mówił to, co myślał.

– Jakie bazgroły.

Przysunął się bliżej, żeby zobaczyć jej notatki.

– Umiesz to odczytać?

Położył lewą dłoń na jej prawej i odsunął ją na bok, żeby zobaczyć, co napisała.

Kiedy Magdalena próbowała cofnąć rękę, przytrzymał ją mocniej.

Puścił dopiero w chwili, gdy na stolik padł długi cień.

– Przeszkadzam? – zapytała Lena, która wciąż chodziła z tacą.

Teraz drżała lekko w jej rękach.

Wszyscy mamy swoje sposoby, żeby się ukryć, pomyślała Magdalena i wypiła łyk drinka. Przynajmniej ucisk w piersi prawie całkowicie ustąpił.

– Nie szkodzi – odparł Jack.

Lena zaczerwieniła się aż po dekolt.

– Jeśli chcemy mieć grupowe zdjęcie, musimy zrobić je teraz. Już czas siadać do stołu.

– Oczywiście – zgodził się Jack. –Już idziemy.

Podniósł szklankę do ust i odchylając głowę, szybko ją opróżnił. Kiedy przełknął kawałki owoców, odwrócił się do Magdaleny.

– Może dokończymy ten wywiad później? Albo zadzwoń do mnie jutro.

6

Parking przed centrum handlowym w Bergvik był pełen samochodów mimo sobotniego wieczoru, ale Lasse znalazł w końcu jakieś miejsce.

– Myślisz, że będzie zadowolony? – zapytała Petra znad dachu samochodu, kiedy z niego wysiadła.

Karton z nowym wzmacniaczem zajmował pół bagażnika. Zawiną go w papier prezentowy, kiedy wrócą do domu. Żeby tylko Hannes nie znalazł go przypadkiem wcześniej.

– Powinien – odparł Lasse i zamknął samochód jednym kliknięciem zamka. – Taki właśnie chciał. Ta sama marka i… wszystko.

Poszli w stronę głównego wejścia do Coop, gdzie z obrotowych drzwi wysypywali się ludzie objuczeni siatkami. Właściwie niczego nie potrzebowali, ale skoro już byli w Karlstad, mogli skorzystać z okazji i zrobić małą rundkę.

– Czy myślisz, że zamienili nam syna w szpitalu? – zastanawiała się Petra.

Wyjęła z torebki portfel, żeby poszukać monety do wózka.