Wydawca: Świat Książki Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 366 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wir - Frode Granhus

Wciągający, mroczny norweski thriller. Atmosferę tajemnicy potęgują przewijające się opisy surowej, północnej przyrody, która najbardziej urzeka w powieści.

Landegode, gmina Bodo

Przerażający krzyk przyciąga uwagę dwóch chłopców bawiących się na brzegu morza. W szczelinie między skałami znajdują mężczyznę z rękami w lodowatej wodzie, przykutymi do kamienia.

Bergland, 50 kilometrów na północ od Bodo

Starsze małżeństwo dostrzega w pobliżu brzegu porcelanową lalkę pływającą na tratwie z łyka i powiadamia miejscową policję. Do zbadania sprawy zostaje przydzielony śledczy Niklas Hultin, pracujący na miejscowym posterunku w zastępstwie chorego policjanta. W trakcie zbierania informacji na jaw wychodzi mroczna historia sprzed lat. Groza narasta, kiedy po kilku dniach to samo małżeństwo znajduje na plaży nieprzytomną, ranną kobietę, ucharakteryzowaną na znalezioną wcześniej lalkę.

„Fjällbacka była niepokojąca, Twin Peaks było złoworogie, Bergland budzi grozę”.

Monika Nordland Yndestad, „BA”

Opinie o ebooku Wir - Frode Granhus

Fragment ebooka Wir - Frode Granhus

Tytuł oryginału MALSTRØMMEN

WydawcyGrażyna Woźniak Agnieszka Koszałka

Redaktor prowadzącyKatarzyna Krawczyk

RedakcjaMagdalena Wagner

KorektaHalina Ruszkiewicz Ewa Grabowska

Copyright © Schibsted Forlag AS, Oslo 2010 Norwegian edition published by Schibsted Forlag AS, Oslo Published by agreement with Hagen Agency, Oslo Copyright © for the Polish translation by Katarzyna Tunkiel 2016

Świat Książki Warszawa 2016

Świat Książki Sp. z o.o. 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Łamanie MAGIK

Dystrybucja Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o., sp. j. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 e-mail: hurt@olesiejuk.pl tel. 22 733 50 10

Once in a lifetime you live and love once in a lifetime you die once in a lifetime the sun goes down protect and survive

Fragment piosenki Once In A Lifetime

Rozdział 1

Landegode

Chłopcy trzymali się razem na dobre i na złe, bo wśród czterdziestu trzech mieszkańców wyspy nie mieli innych rówieśników. A ponieważ cały ich teren zabaw ograniczał się do skrawka lądu wraz z otaczającymi go wysepkami, trzeba było wykorzystać każdy metr kwadratowy. Dlatego mieli w zwyczaju schodzić na nabrzeżne skały, by sprawdzić, co od ostatniego rekonesansu wyrzuciły fale – może coś, co warto zatrzymać. Wiatr, który od kilku dni wiał silnie z północnego zachodu, nagle zelżał i przeszedł w łagodny podmuch z południowego wschodu, bardziej orzeźwiający niż lodowaty, choć chłopcy szli mu naprzeciw. Trzymali się pasa między suchą skałą a śliskim, pokrytym wodorostami podłożem, ledwie metr nad wodą. Obaj mieli na sobie kamizelki ratunkowe, co było niezbędnym warunkiem, aby poruszać się po wyspie, bo chociaż umieli pływać, to żaden dwunastolatek nie dałby rady prądom morskim.

– Dziś płynie Vesterålen. – Jeden z chłopców wskazał na liniowiec kursujący na trasie Hurtigruten, który płynął tak daleko, że nie można było odczytać jego nazwy.

Kolega wytężył wzrok i zgodził się w milczeniu.

– Spóźniony o piętnaście minut – stwierdził, po czym wprawnie przeskoczył metrowej szerokości szczelinę.

Szli dalej, łapiąc równowagę na gładkich skałach, a jednocześnie szukając wzrokiem nowych znalezisk. Kiedy mijali podnóże pagórka, ich uwagę przykuł nagły dźwięk.

– Cicho!

– Co to?

– Słuchaj, do cholery!

Bryza niosła ze sobą nieznany dźwięk.

– Może to jakaś foka utknęła na lądzie?

Stali w ciszy, wsłuchując się w narastający dźwięk.

– To nie może być foka.

Pobiegli tak szybko, jak pozwalało im na to podłoże, tylko kilka razy zatrzymali się na krótko, aby upewnić się, że zmierzają w dobrym kierunku. Dotarli do wzniesienia i łapiąc z trudem oddech, rozglądali się wokół. Co pewien czas powtarzały się krótkie krzyki.

– To z tej szczeliny. Coś musiało się zaklinować.

– Coś?

– Nie wiem, jakieś zwierzę.

Zeszli w stronę morza, teraz już bardziej opanowani, jakby mieli obawy. W skale ziała szczelina niczym otwarta rana, a gdy zbliżyli się do krawędzi, opadli na czworaka i ostatnie metry pokonali w tej pozycji. Dźwięk ucichł, więc ostrożnie wyciągali szyje. Między skałami zobaczyli mężczyznę po pas zanurzonego w wodzie. Kiedy szarpnął ciałem i zaraz potem zajęczał, zobaczyli, że siedzi na małym kamieniu. Kolejne szarpnięcie zdradziło, że trzyma dłonie sztywno pod wodą. I znów ten dźwięk, jakby wycie śmiertelnie przerażonego zwierzęcia. Mężczyzna bezskutecznie próbował się oswobodzić, uniósł głowę ku poszarzałemu niebu i ponownie szarpnął.

– Halo?

Wezwanie wywołało dalsze spazmy, po czym powietrze przeszył ochrypły krzyk.

– Halo?

Tym razem obcy zesztywniał, jakby z całych sił pragnął, żeby głos nie był złudzeniem.

– Potrzebuje pan pomocy?

Mężczyzna rozejrzał się desperacko wokół, dostrzegł chłopców kątem oka i próbował się odwrócić, lecz tylko ześlizgnął się do wody. Kolejne jęki rozległy się, kiedy wciągnął się na kamień.

– Pomóżcie mi. – Głos miał chrapliwy, urywał słowa.

Ostrożnie zeszli w szczelinę. Każdy ich krok śledziły szeroko otwarte oczy, jakby w trakcie mrugnięcia mieli się rozpłynąć w powietrzu niczym wcześniejsze zwidy. Włosy nieznajomego były zmierzwione i wyglądały jak oślizgłe wodorosty, spomiędzy których prześwitywała blada skóra głowy.

– Co się stało? – Chłopcy zatrzymali się na długość ramienia.

– Pomóżcie mi. – Obcy próbował unieść ręce, ale znów wylądował w wodzie.

Tym razem rzucili mu się na ratunek, a gdy usiłowali go podnieść, zobaczyli łańcuch.

– Jak udało się panu... – Nawet we wzburzonej wodzie nietrudno było rozpoznać kajdanki. A także metalowy pierścień przymocowany do skały na głębokości około metra.

Znowu szarpnięcie łańcuchem, po czym zsiniała twarz wykrzywiła się w grymasie. Żadnych łez, żadnych jęków, tylko twarz pełna strachu.

– Co za świr to zrobił?

Mężczyzna zerknął na chłopców i potrząsnął głową.

Rozdział 2

Bergland, 300 kilometrów na północ od Bodø

Grzywacze nadciągały wolno, leniwie, a przymglone jesienne słońce odbijało się w zmarszczonej wodzie. Starsze małżeństwo schodziło wzdłuż nabrzeżnych skał – on parę kroków z przodu, prowadząc ją pewnie za sobą. Na plaży chwycił ją za rękę i podreptali dalej, w bezpiecznej odległości od fal. Chodzili tą drogą niezliczoną ilość razy, nie spieszyli się, cieszyli się swoją bliskością i otoczeniem. Ona raz po raz opierała głowę na jego ramieniu i wskazywała na coś palcem. Przystawali na chwilę, kiwali porozumiewawczo głowami i szli dalej.

Zbliżywszy się do zatoki po drugiej stronie, zatrzymali się. Ona znowu coś zauważyła. Choć nie można było określić, co przyniosło morze, przedmiot przykuł jej uwagę, więc się zatrzymali.

– A to co takiego? – zapytała.

– Gdybym wiedział.

Stali w milczeniu. Nadal trzymali się za ręce.

Przedmiot przypłynął bliżej, a on poczuł mocniejszy uścisk jej dłoni.

– Przypomina lalkę – powiedział.

– Zapomniana zabawka porwana przez morze.

Nie chciał się zgodzić.

– Raczej ktoś ją wyrzucił. Leży na czymś, co wygląda jak mała tratwa.

– A to dopiero... Czy nie coś podobnego znaleźli tu w zeszłym tygodniu: starą lalkę na tratwie?

– Chyba tak.

Wkrótce fale przeniosły tratwę o ostatnie kilka metrów, a on, brodząc w wodzie, wyszedł jej na spotkanie i ostrożnie ją chwycił. Została wykonana z łyka, miała poręcz, a w poprzek na całej długości przeciągnięto sznurki, żeby lalka nie wypadła.

Podał zabawkę żonie.

– Wędrowna lalka.

Kobieta wpatrywała się w nią wzrokiem, którego nie umiał odgadnąć.

– Lalka z porcelany.

– Stara?

Skinęła głową, nie spuszczając oczu z zabawki. Kolory wyblakły. Sukienka, kiedyś czarna, spłowiała do brudnej szarości, a niegdyś biała cera miejscami pożółkła. Ostrożnie wydostała lalkę z łykowej tratwy i uniosła.

– Nie podoba mi się to.

– Pewnie ktoś chce tylko znaleźć jej nowego właściciela.

Dalej przyglądała się lalce, ostrożnie obracając ją w palcach.

– Takich lalek nie można już kupić. Skąd nagle dwie takie w ciągu niecałego tygodnia? To wygląda jak... ostrzeżenie.

– Ależ Ado.

– Jakby... nie wiem.

Mężczyzna objął żonę.

– Jakby co?

Westchnęła i wykonała niepewny gest dłonią.

– Jakby ktoś przez tę lalkę chciał wyrazić swoją rozpacz.

Rozdział 3

Bodø

Evil walks behind you Evil sleeps beside you Evil talks arouse you Evil walks behind you[1]

– Pomyślałeś kiedykolwiek, o czym śpiewa ten zachrypnięty palant? – Chłopiec miał dwanaście lat i siedział rozparty w fotelu pasażera.

– W sumie to nie. Grunt, że czujesz wibracje w brzuchu.

– Chryste! – Chłopak przewrócił oczami. – Poza tym kasety to już przeżytek. Od ponad dwudziestu lat.

– W dwieścieczterdziestkachjedynkach nie montowali odtwarzaczy CD. – Sierżant Rino Carlsen pogłaskał czule deskę rozdzielczą i posłał synowi żartobliwe spojrzenie. – A wiesz dlaczego?

Chłopiec się skrzywił.

– To strefa bez hip-hopu, wkrótce jedyna w swoim rodzaju. W tym aucie nie zabrzmi żaden Puff Duffy ani Dust Daddy.

– Puff Daddy. Który zresztą teraz nazywa się P. Diddy.

– Wszystko jedno. Żaden zgarbiony koleś w czapce i opuszczonych spodniach nie będzie w tym wozie wykrzykiwał swoich żalów.

– Wiesz, że lata osiemdziesiąte to już historia?

– Pewnego dnia cię nawrócę, Joakim. Szykuj się.

Joakim Carlsen naciągnął czapkę na oczy i demonstracyjnie westchnął. Właściwie to był dumny ze swojego ojca, a większość jego spostrzeżeń uważał za zabawne. Na swój nieco dziwny sposób był na pewno wyluzowanym tatą, wyróżniającym się z tłumu, nie tylko ze względu na policyjną profesję, ale również dlatego, że zatrzymał się w czasie jakieś dwadzieścia pięć lat temu. Trudno było wyobrazić sobie, że ojciec opuści kiedyś złote lata osiemdziesiąte. Coś podobnego zasugerowała też matka, gdy syn zadał jej pytanie, dlaczego się wyprowadziła.

– Wyrośliśmy ze swojego towarzystwa – powiedziała. – To znaczy, ja dorosłam, a on wrósł w ziemię.

Joakim bez trudu kupił to wyjaśnienie. Nie tylko ich turkusowe volvo nie zmieniło się od 1985 roku. Rino Carlsen już dawno odnalazł swoje prawdziwe „ja” i nigdy nie rozważał konieczności zmian.

– Wysadzę cię przy stacji benzynowej. Nie gwarantuję, kiedy będę w domu. Mamy zdarzenie.

– Zabójstwo, gwałt czy szczanie w miejscu publicznym?

– Zdarzenie – odpowiedział i wjechał na stację.

– Okej. Przyprowadzę do domu paru kumpli. Chcemy pocisnąć sprzęt. – Joakim zsunął się z fotela. – P. Diddy – dodał, zatrzaskując drzwi.

Rino pogroził mu pięścią i uśmiechnął się szeroko. Syn odpowiedział gestem, którego ostatnio używał, a który pewnie pochodził ze świata hip-hopu. To z inicjatywy chłopca Rino i była żona podzielili się opieką nad nim. Dzieciak zniósł rozwód bez pretensji i smutku, może dlatego, że rozstanie należało do tych bezgłośnych. Obyło się bez obowiązkowych konfliktów, aż pewnego dnia parę tygodni temu eksżona poprosiła Rina przez esemesa o zgodę na leczenie Joakima ritalinem. Rino dostał białej gorączki. Prosiła go o akceptację dosyć wątpliwej diagnozy i przyzwolenie na to, by chłopca faszerowano lekiem stymulującym ośrodkowy układ nerwowy w okresie, gdy większość rodziców robi wszystko, aby ich dzieci uniknęły kontaktu z takim świństwem. Owszem, Joakim miał problemy z nadpobudliwością, a co za tym idzie także z przestrzeganiem szkolnych zasad, ale leczenie, które w praktyce oznaczało odurzanie dzieciaka od rana do wieczora, było w najlepszym razie przesadą. Mocniej ścisnął kierownicę. Jeżeli droga Joakima do wewnętrznego spokoju miała prowadzić przez zabawę we frisbee płytami Ronana Keetinga matki, to niech tak będzie. O jego zgodzie może zapomnieć.

Kilka minut później zaparkował przed szpitalem i odszukał wejście na oddział internistyczny. Zgłosił się do okienka i natychmiast został zaprowadzony do pokoju znajdującego się w połowie korytarza.

Lekarz o wyglądzie nastolatka i zachowaniu wieloletniego profesjonalisty patrzył na niego sceptycznie.

– A pan kim jest?

– Policjantem. – Rino wzruszył ramionami w przepraszającym geście i podał lekarzowi rękę. – Rino Carlsen. Połowa załogi jest zajęta wizytą ministra. Jestem na służbie w zastępstwie.

Lekarz skinął głową na znak, że z pewnymi wątpliwościami kupuje wyjaśnienie, że stojący przed nim mężczyzna w dżinsach jest policjantem, po czym zmartwiony spojrzał na komputer, jakby całe cierpienie przeniesiono z pacjenta na twardy dysk.

– Muszę prosić, aby ograniczył się pan do tego, co absolutnie niezbędne. Najwyżej dziesięć minut. Pacjent w chwili przyjęcia był w złym stanie zarówno psychicznym, jak i fizycznym. Miał liczne odmrożenia. Niektóre słabo widoczne. Na przykład na twarzy, gdzie skóra jest bardziej odporna. Dłonie natomiast są wrażliwsze, niż wielu sądzi, a odmrożenia od lodowatej wody to coś zupełnie innego niż od ostrego wiatru. Ten człowiek musiał myśleć, że doznał najgorszego bólu w swoim życiu.

– Aż tak?

– Dopóki krew znów nie zaczęła krążyć w przemarzniętym organizmie. Wtedy poczuł miliony nieznośnych ukłuć.

Rino wiedział, co oznaczają zmarznięte dłonie. Jego volvo zimą potrafiło być nieprzewidywalne.

– Jak długo według pana siedział z rękoma pod wodą?

– Zbyt długo. Trwały uraz jest nieuchronny. W ostateczności grozi mu amputacja, choć oczywiście za wcześnie, by to stwierdzić.

– Ale mówimy o godzinach?

– Zdecydowanie.

Sierżant poczuł, że cierpnie mu skóra.

– To jak, wskaże mi pan drogę?

– Jeszcze jedno. Stan pacjenta w chwili przyjęcia można określić jako psychotyczny.

– To znaczy?

– Jego reakcje są właściwe, lecz potrzebuje czasu, aby nabrać dystansu do tego, co się wydarzyło, nie może przeżywać wszystkiego wciąż na nowo. Jak powiedziałem, maksymalnie dziesięć minut.

Przeszli przez dwa korytarze i lekarz kazał mu się zatrzymać przed jakimiś drzwiami, po czym wetknął w nie głowę. Parę sekund później pielęgniarka przywitała się z Rinem bez słów, opuszczając pokój. Lekarz postukał palcem w zegarek i otworzył mu drzwi.

Oparcie łóżka było podniesione tak, że pacjent znajdował się w pozycji półleżącej. Dłonie miał zabandażowane i ułożone na podpórce na wysokości kolan. Mężczyzna, zidentyfikowany jako Kim Olaussen, spojrzał na niego nieobecnym wzrokiem.

Rino przysunął krzesło do łóżka i usiadł.

– Nazywam się Rino Carlsen. Pracuję w miejskiej komendzie policji. Niech pana nie zmyli mój ubiór, wezwano mnie z domu.

Wzrok mężczyzny się nie zmienił.

– Chciałbym zadać panu kilka pytań.

Nadal żadnej reakcji.

– Małolat w białym kitlu dał mi dziesięć minut. Jeżeli trzyma się zasad, to zostało mi jeszcze dziewięć. Możemy przejść do sedna? Pytanie podstawowe: czy wie pan, kto panu to zrobił?

Dolna warga Olaussena drgnęła, zanim wydobył z siebie ochrypłe „nie”.

Jakieś trzy lata temu wydarzyło się coś podobnego. Wtedy również pewien mężczyzna został przykuty z rękoma pod wodą – porwano go z domu, założono kaptur na głowę i skuto. Do dnia dzisiejszego nie znaleziono sprawcy, a z niewyjaśnionych spraw ta właśnie uwierała Rina najbardziej. Kiedy otrzymał wiadomość o zdarzeniu w Landegode, poczuł, jakby ktoś wysyłał mu pełne pogardy upomnienie.

– Może pan powiedzieć, co się stało?

Wzrok mężczyzny wciąż był nieobecny, więc Rino powtórzył pytanie.

– Zostałem pobity... – Mówił niewyraźnie. Pewnie nafaszerowano go środkami przeciwbólowymi. – Miałem już zamykać.

Dopiero teraz Rino zdał sobie sprawę, że mężczyzna ma trudności z mówieniem. Desperackie krzyki nadwerężyły struny głosowe.

– Gdzie pan pracuje?

– W Piwnicy.

Czyli w jednej z najbardziej podejrzanych knajp w Bodø.

– Był pan sam?

Wolno mrugnął ze smutkiem na twarzy, jakby chciał dać do zrozumienia, że jest na świecie zupełnie sam.

– Sprzątam największy bałagan przed poranną zmianą.

„Największy bałagan”. Na powierzchnię wypłynęły wyparte ze świadomości obrazy młodzieńczego pijaństwa.

– Innymi słowy, ktoś ukrył się w lokalu?

Odpowiedź padła po dłuższej chwili.

– Zapewne.

– Widział go pan?

– Od razu straciłem przytomność.

– A gdy się pan obudził?

Znów nieobecny wzrok.

– Mdliło mnie, chciało mi się rzygać. Poza tym miałem coś na głowie.

– Kaptur?

Od nagłego szarpnięcia zaskrzypiało metalowe łóżko. Po kilku sekundach dyszenia oddech mężczyzny wrócił do normy.

– Może worek jutowy, w każdym razie wpuszczał tyle powietrza, że mogłem oddychać.

– Ale nic pan nie widział?

Pokręcił głową.

– Ilu ich było?

Pociągła twarz tkwiła głęboko w poduszce, przez co policzki wydawały się bardziej spuchnięte, niż były w rzeczywistości.

– Tylko jeden.

– Na pewno?

Rino przyjął ciszę za potwierdzenie.

– Co się działo potem?

– Wszystko pamiętam jak przez mgłę. Ale po jakimś czasie zorientowałem się, że leżę w bagażniku. Oprzytomniałem dopiero, gdy mnie z niego wyrzucił.

– Jak pana przetransportował na miejsce zdarzenia?

– Kajakiem.

Nie takiej odpowiedzi spodziewał się sierżant.

– Kajakiem?

– Był ciasny i wąski. Łączenia wpijały mi się w ramiona i biodra. To musiał być kajak.

Rino miał wrażenie, że ludzie nieczęsto wyprawiają się do Landegode kajakiem, a więc powinno to przykuć uwagę czyichś czujnych oczu.

– O której to mogło być?

– Zamykamy o wpół do trzeciej w nocy, więc to musiało być tuż przed trzecią. Całą wieczność trwało, zanim się przejaśniło, przynajmniej tak mi się wydawało. Kiedy człowiek tak siedzi i myśli, jak wysoko woda podejdzie podczas przypływu... – Kolejne szarpnięcie świadczyło o pojawieniu się wspomnień. – Poluzował linę i kazał mi policzyć wolno do tysiąca, zanim pozbędę się kaptura. Tak zrobiłem, liczyłem w sekundowych odstępach, w dłoniach mnie łupało. To chyba dlatego nie uległem pokusie, by liczyć szybciej. Bałem się, co zobaczę po zsunięciu kaptura. Że on coś zrobił z moimi rękami. Bo czułem jedynie straszliwy ból.

Rino zacisnął pięści.

– Znaleziono rysunek przymocowany do skały tuż obok miejsca, gdzie pan siedział. Zakładamy, że zostawił go tam sprawca.

Żadnego potwierdzenia ani zaprzeczenia. Tylko pusty, szklisty wzrok.

– Pozornie to tylko ludziki z kresek narysowane przez dziecko. W innych okolicznościach nie warto byłoby zaprzątać sobie tym głowy, ale w połączeniu z tym sadystycznym czynem... – Rino pochylił się bardziej – należy uznać, że coś to znaczy. Również sposób przytwierdzenia rysunku. Najłatwiej byłoby położyć kartkę na kamieniu i przycisnąć rogi mniejszymi kamykami, aby nie zdmuchnął jej wiatr. Ale rysunek przyklejono do nagiej skały...

– Chciał, żebym go widział.

– Też tak myślimy. Pozostaje pytanie dlaczego.

– Ten rysunek może oznaczać wszystko. Ale tak naprawdę nie mam pojęcia, kto to zrobił ani dlaczego.

Odpowiedź nie zaskoczyła Rina. Przy pierwszej ofierze także znaleziono rysunek, na oko identyczny, lecz zarówno ofiara, jak i śledczy nie dopatrzyli się w nim sensu. Rino, który przez wiele miesięcy wpatrywał się w obrazek przyklejony taśmą do ściany przed sobą, w końcu musiał się poddać.

– Co z podpisem?

On też był taki sam jak na poprzednim rysunku: inicjały P.D. w lewym dolnym rogu.

Mężczyzna próbował pokręcić głową.

– Nic to panu nie mówi?

– Nic.

W tej samej chwili uchyliły się drzwi i usłyszeli głos pielęgniarki:

– Doktor Berg przypomina o uzgodnionym czasie.

Rino miał wielką ochotę odpowiedzieć kobiecie tak, żeby poszła poskarżyć się lekarzowi, lecz się opanował. Zamiast tego zwrócił się do ofiary:

– Czy możemy porozmawiać jeszcze pięć minut? Moim zdaniem to konieczne. Jak pan zapewne pamięta ze szkoły, nauczyciel na zastępstwie jest zawsze miły. A dzisiaj to ja przychodzę na zastępstwo.

Mężczyzna skinął głową.

– Proszę poprosić doktora o wyzerowanie stopera. – Posłał pielęgniarce szeroki uśmiech. Z jego doświadczenia wynikało, że rozbrajał nim nawet najtwardsze kobiety.

– Będę się streszczał. Często jest tak, że kiedy jeden ze zmysłów, w tym przypadku wzrok, zostaje wyłączony, wyostrzają się pozostałe zmysły i człowiek podświadomie zwraca uwagę na rzeczy, których kiedy indziej by nie zauważył. Zmierzam do tego, że prawdopodobnie ma pan informacje o sprawcy, czy jest pan tego świadomy, czy nie. Może pachniał szczególnie, może na podstawie sposobu, w jaki pana podnosił czy niósł, mógłby pan stwierdzić, czy był wysoki. Intonacja głosu i dialekt to inne charakterystyczne elementy.

– Był silny.

– To już coś.

– Bardzo silny.

– Ach tak. Dlaczego pan tak sądzi?

– Podczas... przykuwania trzymał mnie prawie wyłącznie jedną ręką.

Sierżant dostrzegł pierwszy tego dnia promyk nadziei.

– Dotknąłem czegoś podobnego do gumy i uznałem, że to wodoszczelny kombinezon. – Poszkodowany z trudem przełknął ślinę. – Bałem się, że chce mnie utopić.

W tej chwili Rino poczuł przerażenie, którego musiał doświadczyć mężczyzna. Jeżeli coś mąciło spokój sierżanta, to strach przed utonięciem. Nie bał się śmierci, założywszy, że czyhała na niego już pięćdziesiąt lat, ale sposobu, w jaki miałaby nastąpić. Byle nie przez utonięcie. Człowiek tak wtedy puchnie.

– Powiedział mi coś... szeptem na ucho.

– Co takiego?

– Coś z prawem.

– Prawem?

– Talonu czy talionu. Coś w tym stylu.

Rino zanotował w pamięci, żeby zadzwonić do przyjaciela adwokata. Jeżeli wyrażenie pochodzi z terminologii prawniczej, istniała szansa, że będzie wiedział, co oznacza.

– Okej, nie będę już pana więcej męczył, ale jeśli pan sobie coś przypomni, proszę się nie wahać i ze mną skontaktować. W porządku?

Mężczyźnie znów zadrżała dolna warga. Było tylko kwestią czasu, kiedy wspomnienia wywołają u niego cichą rozpacz.

– Groziłem i prosiłem, płakałem i przeklinałem, ale nic do niego nie docierało. Zakuł mnie, zostawił tam... siedziałem pod wiatr, ale wołałem, że porwał nie tego człowieka, wykrzykiwałem nazwiska i numery telefonów, ale już go nie było.

Rino wstał, zrozumiał, że biedak doświadczył wielu poniżeń. Jedno było pewne. Gdzieś zasiano nienawiść. A żadna nienawiść nie urasta do tak ogromnych rozmiarów bez powodu. Zamykając za sobą drzwi, usłyszał spóźnione echo wersów ze zgranej kasety.

Evil walks...

Rysunek przedstawiał różnej wielkości ludziki, z których największego usytuowano w lewym rogu. Linia na górze i na dole oznaczała zapewne, że ludziki znajdują się w pustym pomieszczeniu z prostokątnym oknem albo, jak ktoś zasugerował, szkolną tablicą. Postacie narysowano bardzo prostą kreską, dlatego trudno było stwierdzić, czy przedstawiają mężczyzn, kobiety, dziewczynki czy chłopców. Niektóre stały zwrócone do siebie, inne były odwrócone. A na dole w lewym rogu znajdowały się inicjały P.D.

Rino siedział na pokładzie promu Norfolda płynącego do Landegode. Na stoliku przed sobą miał kopię rysunku. Oryginał wysłano do analizy, jednak sierżant nie był optymistą i uważał, że nie znajdą na nim innych odcisków palców niż odciski osób biorących udział w akcji ratunkowej. Również pierwszy rysunek został swego czasu gruntownie zbadany i nie odnaleziono nic, co posunęłoby śledztwo do przodu.

Dopił colę z butelki, stłumił dłonią beknięcie i wyjął listek gumy Jucy Fruit, który ciasno zwinął przed włożeniem do ust. Kilku chłopców podczas całej przeprawy chodziło w tę i z powrotem koło jego stolika i utrudniało mu koncentrację. Pewnie zaciekawił ich policyjny mundur, a on, mądry po szkodzie, stwierdził, że chyba głupio postąpił, uśmiechając się do nich przyjaźnie, gdy wsiadał na pokład.

Prom zwolnił, po czym głos z trzeszczącego megafonu powiadomił pasażerów, że zbliżają się do Landegode. Rino złożył rysunek i wsadził go do kieszeni. Odczekał, aż najbardziej niecierpliwi chwiejnym krokiem przejdą na pokład zewnętrzny, i wstał.

Wiatr był bardziej rześki niż na stałym lądzie, a policjant pomyślał o biedaku, który godzinami siedział po łokcie w lodowatej wodzie. Opis bólu przedstawiony Rinowi przez młodego doktorka raczej nie był przesadzony.

Metaliczny pogłos, kiedy schodził po trapie, przypomniał mu, że wyjechał z biura w znoszonych chodakach. Nie pasowały do munduru, ale zdawały egzamin.

Na nabrzeżu stało osiem osób, wśród których był mężczyzna pod osiemdziesiątkę, pełniący niegdyś funkcję latarnika na wyspie. Mieszkał w domu latarnika od początku lat sześćdziesiątych aż do automatyzacji latarni w 1993 roku. Staruszek miał rumianą twarz o wyraźnych rysach, niewiele zmarszczek, choć głębokich, a włosy szare jak letni dzień w północnej Norwegii.

– Anathon Sedeniussen. – Jego dłoń przypominała średniej wielkości morskiego żółwia, a uścisk miał jak imadło. – To ja uwolniłem faceta.

Gołymi rękami, pomyślał Rino, skupiony na tym, by wyswobodzić dłoń.

– To się nazywa uraza.

– Przepraszam?

– Większość nas w napadzie szału chciałaby pewnie obedrzeć drania ze skóry, ale żeby to zrobić...

– Nie zawsze potrafimy zrozumieć naturę przestępcy.

Stary zarechotał.

– Też mi się tak wydaje. Czasami nie rozumiem sam siebie.

Rino rozejrzał się wokół. Droga zbudowana dopiero w 1994 roku i na pierwszy rzut oka wyglądająca, jakby została zaprojektowana przez pijanego inżyniera, zmotywowała do zakupu samochodu tych, którzy już wcześniej planowali tego dokonać.

– Proszę zająć miejsce. – Sedeniussen gestem zaprosił Rina do starego mercedesa. – Przez prawie dwadzieścia lat trzymałem go na stałym lądzie. Teraz nogi odmawiają mi posłuszeństwa, więc potrzebuję auta tutaj.

Rino usiadł praktycznie na podłodze. Mimo że mierzył metr osiemdziesiąt pięć, ledwie wyglądał znad deski rozdzielczej. Stary przesunął siedzenie do przodu, pochylił się nad kierownicą i odpalił auto z szarpnięciem.

– Mruczy jak chętna wdowa po marynarzu. Ta bryka nigdy nie widziała warsztatu.

Rino zerknął na licznik. Czternaście tysięcy kilometrów. Przez ponad trzydzieści lat. Tak więc pozostało tylko czekać, aż nogi starego całkiem się zbuntują. Dużo ich w życiu używał.

– Mamy powód, by twierdzić, że ofiarę przetransportowano tutaj kajakiem. W nocy.

– Kajakiem?

Samochód szarpnął.

– Droga w tę i z powrotem, przykuwanie; musiało to potrwać co najmniej kilka godzin. To daje nadzieję, że ktoś coś widział.

Stary skręcił w mały zjazd i się zatrzymał.

– Byłem wczoraj wieczorem w latarni. Zamek nie został zmieniony, a klucza nigdy mi nie zabrano. Czasami tam chodzę, posmucić się trochę. Po śmierci żony... wie pan, spędziłem na tej wysepce pół życia.

Rino skinął głową ze zrozumieniem, choć jego samego tęsknota nigdzie nie prowadziła.

– Niech mi pan powie, był pan kiedyś w latarni morskiej?

– Nie.

– Jasne. W takim razie pan nie zrozumie. Większość pokręci się dziesięć minut, skomentuje widok i schodzi. A tam trzeba siedzieć, patrzeć, jak dzień przechodzi w noc i znowu w świt.

– Innymi słowy, to miejsce dla cierpliwych.

Stary posłał mu krzywy uśmiech, który odsłonił zniszczone od tytoniu zęby.

– Spokojnie. Nie usłyszy pan żadnych na wpół religijnych opowieści. Jednak siedzenie tam coś z człowiekiem robi. Czujesz się marny i potężny zarazem. Odkrywasz, że wszystko, co wydawało ci się stałe, w rzeczywistości ciągle się zmienia, a ty bierzesz w tym udział, czy tego chcesz, czy nie. Wydaję się przygnębiony?

– Ujdzie.

– No cóż. Dlatego czasami tutaj przychodzę i byłem też wczoraj wieczorem. Ale żeby kajak... Te bulaje niejedno widziały, ale nie można od nich wymagać, by wypatrzyły czerpak pośrodku otwartego morza. – Latarnik rozłożył ręce. – A noc była ciemna jak żądze narowistej pastorowej, proszę pamiętać. – Znów krzywy uśmiech, jakby stary odwoływał się do doświadczenia. – Zerkniemy? To tutaj, przy tych skałach.

Pierwszy odcinek był bagnisty i po kilku nieuważnych krokach Rino zmoczył nogi. Przybrzeżne skały wystawały znad morza jak groźne olbrzymy. Latarnik podrapał się w głowę przez znoszoną wełnianą czapkę, po czym wszedł na najmniej stromą skałę.

– Niech pan unika tego zielonego, śliskiego paskudztwa... Do diaska, człowieku! Chodaki?

– To z roztargnienia.

– No myślę. Tak, to tutaj.

Przeszli po grzbietach skał, aż dotarli do wskazanej przez latarnika szczeliny.

– Tu siedział. – Stary ciężko oddychał. – Na tym kamieniu.

Rino zauważył jedynie niewielkie, okrągłe kamienie. Dopiero po chwili zorientował się, że latarnik wskazuje kamień leżący pod wodą.

– Mamy przypływ. Przy odpływie kamień jest odsłonięty. Klęczał tam, jakby Pan Bóg siedział przed nim w wodzie, potępiając go wzrokiem. Wiem, jak to jest odmrozić sobie palce do utraty czucia, ale coś takiego... kto dopuszcza się tak piekielnego okrucieństwa?

– Tego mam nadzieję się dowiedzieć.

– Niech pan się dowie. Taki czort nie zasługuje, by chodzić wolno.

Opierając się całym ciałem o skałę, zsunęli się na piasek.

– Pętak, który po mnie przybiegł, był cały przejęty. Powiedział, że jakiś facet siedzi przykuty pod wodą. Na szczęście potraktowałem go serio, chwyciłem największe kombinerki, jakie mam – można nimi przeciąć łańcuch grubości palca. Ten miał ledwie centymetr grubości, więc po paru ciachnięciach facet był wolny. Ale ziąb chyba coś z nim zrobił. W każdym razie sprawiał wrażenie, jakby brakowało mu piątej klepki.

Rino zdjął skarpetki, podciągnął spodnie i wszedł do wody. Szok termiczny sprawił, że z trudem łapał oddech; czuł, jakby sople lodu wkłuwały mu się w podeszwy stóp.

– Chłodno? – Sedeniussen zmarszczył nos, drażnił się z nim.

Rino stał bez ruchu, aż pulsujący ból zelżał, po czym obszedł kamień. Półmetrowy kawałek łańcucha wił się na dnie. Z pęknięcia w kamieniu wystawał klin, a z niego żelazny pierścień, do którego przymocowano łańcuch.

– Dobra robota. Klin siedzi jak odlany. – Stary charknął i po chwili plwocina z głuchym pluskiem trafiła w wodę.

– Więc klina nie było tu wcześniej?

– Gdyby znajdował się tu kilka tygodni, byłoby to widoczne. Słona woda przeżera prawie wszystko.

– Co oznacza, że wbił klin tej samej nocy?

Mężczyzna wzruszył ramionami.

– W każdym razie niewiele nocy wcześniej.

Dwie nocne wizyty podwajały ryzyko, że ktoś go nakryje. Rino był pewien, że sprawca wbił klin, gdy jego ofiara siedziała oślepiona i przerażona. Strach stanowił pewnie część kary.

– Mówił coś?

Stary zdawał się zdziwiony pytaniem.

– Podtopione koty nie miauczą za dużo. Co miał mówić? Jak wspomniałem, był wycieńczony. Poza tym trząsł się jak osika. Wydawał z siebie głównie nieskładne jęki.

– Nic sensownego?

– „Pomóżcie mi”. To miało sens. I to właśnie zrobiłem. Pomogłem mu, na ile potrafiłem.

– Żadnych wskazówek: kto, dlaczego?

– Nic, co mógłbym zrozumieć.

Rino wyszedł na brzeg i usiadł na kamieniu. Nie czuł stóp.

– A chłopcy? Może pan wskazać, gdzie mieszkają?

– Mogę pana podwieźć pod drzwi, jeśli pan chce.

Rino wetknął skarpetki do kieszeni, ostrożnie wsunął stopy w chodaki i rozejrzał się wokół. Skalne ściany całkiem zasłaniały zabudowania. Tylko goła skała i otwarte morze.

– W sumie to dziwny zbieg okoliczności... – Sedeniussen pociągnął poczerwieniałe ucho.

– Co?

– Pan jest z miasta?

– Urodziłem się i wychowałem w Bodø.

– Więc przypuszczam, że słyszał pan o zatonięciach na trasie Hurtigruten.

Rino skinął głową.

– Pierwsze było w tysiąc dziewięćset dwudziestym czwartym roku. Dwa statki zderzyły się ze sobą sześć mil morskich na północ od Landegode. Liczba ofiar wyniosła wówczas tylko siedemnaście osób. Dużo gorzej było w roku tysiąc dziewięćset czterdziestym. Liniowiec Prinsesse Ragnhild, płynący na północ, wybuchł i zatonął tu we fiordzie. Nigdy nie stwierdzono, co było przyczyną eksplozji, ale najwięcej wskazywało na to, że statek wpłynął na minę. Zginęło trzysta osób, a ocalałych wyłowiły nadpływające łodzie. Następnego ranka, podczas poszukiwań fragmentów wraku i ofiar, w miejscu, gdzie teraz stoimy, znaleziono jednego z pomocników kucharza okrętowego. Był październik. Nikt nie jest w stanie przeżyć w lodowatej wodzie dłużej niż pół godziny. A jednak ten chłopak przeżył. Przeżył wbrew wszystkiemu.

1 Fragment piosenki Evil Walks AC/DC, słowa zespół.

Rozdział 4

Bergland

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 5

Bodø

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 6

Bergland

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 7

Bodø

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 8

Bergland

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 9

Bodø

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 10

Bergland

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 11

Bodø

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 12

Bergland

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 13

Bodø

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 14

Bergland

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 15

Bodø

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 16

Historia Andrei

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 17

Bodø

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 18

Bodø

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 19

Bergland

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 20

Bodø

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 21

Bergland

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 22

Bodø / Bergland

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 23

Historia Andrei

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Historia Andrei

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

Rozdział 40

Rozdział 41

Rozdział 42

Rozdział 43

Rozdział 44

Rozdział 45

Rozdział 46

Rozdział 47

Rozdział 48

Rozdział 49

Rozdział 50

Epilog