Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 347 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wiosna w Różanej Przystani - Debbie Macomber

Debbie Macomber powraca z nową powieścią.

Pamiętacie Jo Marie, bohaterkę "Pensjonatu wśród róż", która po stracie męża przeniosła się  na prowincję i znalazła na niej ukojenie ? W "Wiośnie w Różanej Przystani" poznacie jej dalsze losy, a także historie dwóch innych kobiet: Anne – młodej dziewczyny, która właśnie zerwała zaręczyny oraz Mary – kobieta w średnim wieku, która walczy z nowotworem piersi i chce odnaleźć ukochanego, którego porzuciła szesnaście lat temu.

Opinie o ebooku Wiosna w Różanej Przystani - Debbie Macomber

Fragment ebooka Wiosna w Różanej Przystani - Debbie Macomber

Tytuł oryginału: ROSE HARBOR IN BLOOM
Opieka redakcyjna: KATARZYNA KRZYŻAN-PEREK
Redakcja: PAULINA ORŁOWSKA
Korekta: EWA KOCHANOWICZ, WERONIKA KOSIŃSKA, LIDIA TIMOFIEJCZYK
Projekt okładki: BELINA HUEY
Fotografie na okładce: TOM HALLMAN, RICHARD FELBER PICTURE LIBRARY/GETTY IMAGES
Opracowanie okładki na podstawie oryginału i układ typograficzny: ROBERT KLEEMANN
Skład i łamanie: Infomarket
Redaktor techniczny: BOŻENA KORBUT
Copyright © 2013 by Debbie Macomber All rights reserved. This translation published by arrangement with Ballantine Books,an imprint of Random House Publishing Group, a division of Random House, LLC. © Copyright for the Polish translation by Wydawnictwo Literackie, 2014
ISBN 978-83-08-05643-1
Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków tel. (+48 12) 619 27 70 fax. (+48 12) 430 00 96 bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl
Konwersja: eLitera s.c.

• ROZDZIAŁ 4 •

Właśnie wychodziłam, kiedy zadzwonił telefon. Przez chwilę kusiło mnie, żeby go po prostu zignorować i zająć się tym, co zaplanowałam. Prowadziłam jednak pensjonat i to goście zapewniali mi źródło utrzymania.

– Pensjonat Różana Przystań – powiedziałam automatycznie.

– Jo Marie?

Natychmiast rozpoznałam ten głos i cała zesztywniałam.

– Mówi podpułkownik Milford.

Ścisnęłam mocniej słuchawkę. Ostatni raz widziałam podpułkownika Milforda na mszy żałobnej w intencji Paula w Fort Lewis. Odkąd dowiedziałam się, że mój mąż został zestrzelony w afgańskich górach, podpułkownik bardzo mnie wspierał. Cierpliwie odpowiadał na wszystkie pytania, pocieszał mnie. Obiecał też, że zrobi wszystko, co w jego mocy, żeby odnaleźć ciało Paula. Milford był dowódcą mojego męża i zawsze wyrażał się o nim bardzo pochlebnie. Paul również go szanował.

– Dzwonię z powodu obietnicy, którą złożyłem krewnym wszystkich poległych w kwietniu żołnierzy.

– Tak – ledwie zdołałam wydusić z siebie słowo, bo gardło miałam zupełnie ściśnięte.

– Na mszy żałobnej powiedziałem, że postaram się za wszelką cenę odnaleźć ciało Paula, tak żeby mogła mu pani urządzić należyty pochówek.

– Pamiętam – wyszeptałam. Byłam pewna, że zaraz się dowiem o odnalezieniu zwłok Paula. Część mnie chciała to usłyszeć, potrzebowała tego, ale równocześnie miałam ochotę zakryć sobie uszy rękami i krzyknąć, żeby przestał. Zlokalizowanie miejsca katastrofy stanowiłoby ostateczne potwierdzenie, że mój mąż nie żyje. Wbrew wszystkiemu, co usłyszałam, wbrew zapewnieniom, że nikt nie mógł przeżyć, kurczowo trzymałam się nadziei, że Paulowi jakoś się udało.

– Jo Marie? – Najwyraźniej podpułkownik powiedział coś, czego nie usłyszałam.

– Przepraszam, zamyśliłam się.

– Rejon, w którym helikopter został zestrzelony, jest górzysty i niedostępny, ale ze względu na rozwój sytuacji możemy tam teraz wysłać naszą ekipę.

Nie wyjaśnił, o jaki rozwój sytuacji chodzi, ale łatwo było się domyślić. Oddział Paula wysłano w głąb terytorium kontrolowanego przez Al-Kaidę. Tamtejsze góry sprawiły, że jeszcze trudniej było odzyskać ciała.

– Rozwój sytuacji? – powtórzyłam. Z trudem przełknęłam ślinę i zagryzłam dolną wargę. – Chce pan powiedzieć, że mogę pochować męża?

– Tak i nie. Jak wspomniałem, mamy teraz dostęp do miejsca, w którym rozbił się helikopter. Wyznaczono specjalną ekipę, która tam pojedzie i przeprowadzi poszukiwania. Kiedy odzyskają ciała, będziemy musieli przeprowadzić badania DNA.

– Oczywiście.

– Obiecałem informować rodziny na bieżąco.

– Tak, dziękuję.

– Czy mogę coś jeszcze dla pani zrobić, Jo Marie?

Miałam ochotę wrzasnąć, żeby przyprowadził mi z powrotem żywego Paula, żeby zwrócił mi to, co straciłam w górach na drugim końcu świata. Ale akurat to było niemożliwe. Musiałam się w końcu pogodzić z tym, że Paul nie żyje. Dopóki jego szczątki były gdzieś w górach, mogłam udawać. Desperacko karmiłam się resztkami nadziei.

– Skontaktuję się z panią, jak tylko będę wiedział coś więcej.

– Tak, bardzo dziękuję – wydusiłam, z trudem powstrzymując płacz. – Jeszcze raz dziękuję za telefon.

Dłoń mi drżała, kiedy odkładałam słuchawkę. Wszystko, co dotyczyło Paula, wywoływało u mnie silne emocje. Moje życie, moje marzenia – wszystko wiązałam z mężem, którego nagle mi odebrano. Nie wiedziałam, czy kiedykolwiek pogodzę się z tragedią, która mnie spotkała. Chwile spędzone z Paulem – pierwsze spotkanie, okres zakochania, a potem planowanie wspólnej przyszłości – należały do najszczęśliwszych momentów mojego życia. Przestałam już szukać idealnego mężczyzny, kiedy nagle, zupełnie niespodziewanie, pojawił się on.

Nie rozumiałam, dlaczego Bóg pozwolił nam się spotkać, skoro potem mi go zabrał. Odkąd usłyszałam o zestrzeleniu helikoptera, dość się napłakałam, wzywając na głos Pana.

Zrobiłam głęboki wdech i z całych sił próbowałam się uspokoić. Miałam już jednego gościa w pensjonacie, wkrótce spodziewałam się reszty. Uginały się pode mną kolana, więc opadłam na krzesło i oparłam łokcie na stole. Od razu podbiegł do mnie Włóczęga, jakby wyczuwając, że potrzebuję pociechy. Położył mi przednie łapy na udzie, a potem oparł o nie pysk.

Ledwie przestałam drżeć, kiedy z góry zeszła Hailey.

– Wychodzę na chwilę – powiedziałam. – Mary Smith jest na werandzie i chyba chce pobyć sama. Zajmiesz się nią, gdyby jednak czegoś potrzebowała?

Hailey zaświeciły się oczy. Nigdy wcześniej nie prosiłam jej, żeby zaopiekowała się pensjonatem albo gośćmi pod moją nieobecność. Widziałam, że cieszy ją to nowe odpowiedzialne zadanie.

– Chętnie – odpowiedziała entuzjastycznie.

– Powinnam niedługo wrócić.

Włóczęga niecierpliwie ciągnął za smycz.

– Będę mieć wszystko na oku – zapewniła Hailey, kiedy szłam do wyjścia ze smyczą w jednej i talerzem ciastek w drugiej ręce. Hailey zbiegła ze schodów i otworzyła mi drzwi. – Miłego spaceru – dodała.

– Dzięki. Weź sobie ciastko albo dwa, jeśli chcesz.

– Z przyjemnością. Te z masłem orzechowym są obłędne. A tak przy okazji, gdzie jest Mark? – zapytała. – Myślałam, że dziś tu będzie.

Zamiast wyjaśniać Hailey, że się pokłóciliśmy, wzruszyłam tylko ramionami.

– Pewnie ma jakieś inne zajęcia.

– Ale wie o dniu otwartym, prawda?

– Wie – odparłam, starając się ukryć gniew i frustrację.

Nigdy długo nie żywiłam urazy. Wiedziałam, że nie spocznę, dopóki się z nim nie pogodzę. Poza tym byłam roztrzęsiona po telefonie podpułkownika i potrzebowałam przyjaciela. Mark umiał słuchać. Był raczej małomówny, ale kiedy już się odezwał, zaskakiwał mnie swoją mądrością i przenikliwością. Może talerz ciastek okaże się fajką pokoju, której oboje potrzebowaliśmy?

Włóczęga zdawał się dokładnie wiedzieć, dokąd chcę pójść, bo od razu ruszył w odpowiednim kierunku. Dom i warsztat Marka znajdowały się niedaleko pensjonatu i w ciągu ostatnich miesięcy byliśmy tam kilkakrotnie, zawsze jednak z jakąś konkretną sprawą.

Nie miałam pewności, czy zastanę Marka, i zaczęłam się zastanawiać, co zrobię, jeśli go nie będzie. Warsztat znajdował się na tyłach domu. Gdyby okazało się, że Mark wyszedł, planowałam zostawić ciastka właśnie tam, w nadziei, że je znajdzie. Następny krok należałby wtedy do niego, co bardzo mi odpowiadało. Moje ego i tak cierpiało, że to ja pierwsza wyciągam rękę na zgodę.

Kiedy podeszłam pod warsztat, usłyszałam radio. Mark najwyraźniej pracował, słuchając jakiejś audycji. Włóczęga zaszczekał, ale od razu go uciszyłam, bo nie przemyślałam, co chcę Markowi powiedzieć. Mogłam się do tego lepiej przygotować.

Wyprostowałam się i otworzyłam drzwi. Mark tylko nieznacznie podniósł głowę. Szlifował kołyskę, nad którą pracował już od dawna. Nie robił jej na zamówienie, zajmował się nią w wolnym czasie. Była śliczna i bardzo kunsztowna. Na mój widok przerwał szlifowanie, ale po chwili wrócił do pracy.

– Cześć – powiedziałam. Miałam sucho w ustach i stałam zmieszana w progu warsztatu.

– Cześć.

Nie zamierzał ułatwiać mi zadania.

– Dziś rano upiekłam ciastka.

– Z masłem orzechowym? – zapytał, nie przestając wygładzać ostrych krawędzi.

– Twoje ulubione. Przyniosłam ci cały talerz.

Mark podniósł wzrok, jakby dopiero teraz zobaczył, że trzymam coś w ręce.

– To podarunek na zgodę – wyjaśniłam.

Przeszedł na drugą stronę kołyski, ale nadal stał twarzą do mnie.

– Robisz to, bo chcesz, żebym wrócił do sadzenia róż?

– Wcale nie – odparłam. – Robię to, bo uważam cię za przyjaciela i nie chcę, żeby wczorajsza kłótnia wszystko zepsuła.

– Byłaś naprawdę nieostrożna.

– A ty przesadziłeś – odparowałam. – Może po prostu puścimy to w niepamięć. Co ty na to?

Mark wzruszył ramionami, jakby to było mu zupełnie obojętne, ale zauważyłam na jego ustach cień uśmiechu. Najwyraźniej nasza kłótnia jemu też ciążyła na sumieniu.

– Chcesz te ciastka?

Podniósł głowę i roześmiał się na głos.

– Nie jestem głupi. No jasne, że chcę.

Odczekałam chwilę, bo miałam nadzieję, że coś jeszcze powie. On jednak milczał. Rozczarowana położyłam talerz i zbierałam się do wyjścia. Włóczęga zwinął się w kłębek na podłodze i nie miał zamiaru się ruszać. Szarpnęłam za smycz. Najczęściej to on mnie ciągnął, dlatego zdziwiłam się, że nagle stawia opór.

– No to idę – oznajmiłam z ciężkim sercem.

Dopiero kiedy przekraczałam próg, wlokąc upartego Włóczęgę, Mark się odezwał:

– Nie ma pośpiechu. Poza tym musimy porozmawiać o rozarium.

Odsunął się od kołyski i włożył ręce do tylnych kieszeni, tak że łokcie sterczały mu na boki.

– Co z nim?

Okrążył kołyskę i stanął przed nią.

– Chcesz, żebym się nim zajął, czy nie?

Wzruszyłam ramionami z takim samym lekceważeniem jak on wcześniej.

– Jak chcesz. To ty postanowiłeś odejść.

– Tak, w sumie racja.

Podszedł do kąta, w którym stał dzbanek z kawą, nalał sobie pełny kubek, a potem spojrzał na mnie, gestem proponując mi napój. Nie miałam ochoty na kawę, ale wyraźnie chciał mi pokazać, że już się nie gniewa, więc kiwnęłam głową.

– Rzucenie tej roboty to nie był najlepszy pomysł. Lubię pracować w ogrodzie.

Uśmiechnęłam się, a kiedy on odpowiedział mi tym samym, poczułam, jak z serca spada mi ogromny ciężar.

Podał mi kubek z kawą, która pachniała spalenizną, jakby za długo stała na palniku.

– Świeża? – zapytałam.

Mark przytaknął.

– Sam zaparzyłem, nie dalej jak wczoraj.

Roześmiałam się.

– Żartujesz sobie, tak?

– Da ci prawdziwego kopa – powiedział i upił łyk.

– Tego mi właśnie potrzeba. – Spróbowałam kawy, skrzywiłam się i odłożyłam kubek na bok.

Mark wyciągnął dla mnie taboret, po czym zdjął folię z talerza i poczęstował się ciastkiem.

– Chcesz jedno? – zapytał.

Nie miałam już ochoty na słodycze, bo większą część dnia poświęciłam na pieczenie. I tak trudno mi było schudnąć, zważywszy na to, ile czasu spędzałam w kuchni.

– Nie, dzięki.

Mark podsunął sobie drugi taboret i usiadł naprzeciwko mnie. Przyglądał mi się przez chwilę, a potem zmarszczył brwi.

– To co, zgoda?

– Mam nadzieję. – Po chwili wahania zapytałam: – Zamierzasz wrócić?

– Jeśli tego chcesz, ale nie spodziewaj się cudów. Nie skończę przed dniem otwartym.

– Domyślam się.

Mark schrupał ciasteczko.

– Skoro między nami już wszystko gra, to powiedz mi, dlaczego jesteś taka spięta – drążył, sięgając po drugie ciastko.

– Tuż przed wyjściem z domu odebrałam niepokojący telefon.

– Tak? – Zmarszczył brwi i upił kolejny łyk kawy. Nie rozumiałam, jak można brać do ust coś tak gorzkiego.

– Dzwonił dowódca Paula.

Mark odłożył kubek na bok.

– Czego chciał?

– Mają już dostęp do miejsca, w którym rozbił się helikopter. – Zacisnęłam pięści i spojrzałam w dół, żeby uniknąć jego spojrzenia. Cieszyłam się, że mam z kim porozmawiać o tym, co się stało. – Podpułkownik Milford zawiadomił mnie, że wysłali ekipę, która ma odzyskać ciała.

Mark, słuchając, otrzepywał okruchy z kolan.

– Pewnie chciałabyś zorganizować mu pogrzeb.

– Tak – wyszeptałam drżącym głosem. – Oczywiście. Nie chciałabym, żeby ciało mojego męża poniewierało się gdzieś w górach na drugim końcu świata. Paul i jego towarzysze zasługują na porządny pogrzeb.

– W takim razie czemu powiedziałaś, że odebrałaś niepokojący telefon?

– Tak powiedziałam? – Musiałam to zrobić nieświadomie.

– Widzę, że wszystkie sprawy dotyczące Paula otwierają stare rany.

Ta uwaga nie była bez sensu. Chyba rzeczywiście po części miał rację.

– Możliwe.

– Ale jest coś jeszcze.

Kiwnęłam głową i z trudem przełknęłam ślinę. Mark spojrzał na zaciśnięte pięści, które trzymałam na kolanach i które właśnie zaczynały drżeć. Chciałam włożyć ręce pod pachy, żeby ukryć zdenerwowanie, ale wtedy Mark na pewno by je zauważył.

Przez pełną napięcia chwilę oboje milczeliśmy. Miałam wrażenie, że żadne z nas nie wie, co powiedzieć.

To ja odezwałam się pierwsza.

– Jeśli znajdą ciało Paula, będę się musiała pożegnać z nadzieją, że być może udało mu się ocaleć.

– To możliwe?

Pokręciłam głową. Gdyby istniał choć cień szansy, firma ubezpieczeniowa nigdy nie wypłaciłaby mi odszkodowania. Od dawna przypuszczałam, że dowódca Paula zainterweniował i przyspieszył całą procedurę.

– Już czas to zrobić, nie sądzisz?

– Nie – odparłam zdecydowanie. – Jeszcze nie, nie mogę.

Nigdy wcześniej nie rozmawialiśmy tak otwarcie o moim mężu i zdałam sobie sprawę, że choć uważałam Marka za przyjaciela, nie mógł zrozumieć, co czuje kobieta w mojej sytuacji. Nie powinnam była wspominać o tym telefonie. Chciałam jak najszybciej się pożegnać. Wstałam. Włóczęga niechętnie się podniósł.

– Muszę wracać – oznajmiłam sztywno. – Chodź, psiaku. – Pociągnęłam za smycz, a on natychmiast ruszył do wyjścia.

– Dziękuję za ciastka – powiedział Mark, odprowadzając mnie do drzwi. – Doceniam, że umiałaś przyznać się do błędu.

Chciałam zaprotestować, kiedy dotarło do mnie, że żartował.

– Bardzo śmieszne – wymamrotałam.

Mark zaśmiał się cicho. Widziałam, że chce mi pomóc, ale nie wie jak. Było jeszcze za wcześnie, żeby rozmawiać o tym, czego się dowiedziałam. Najpierw musiałam sama wszystko przemyśleć.

Włóczęga miał jeszcze ochotę na spacer, ale ja postanowiłam wracać do pensjonatu. Nie chciałam zbyt długo zostawiać Hailey samej.

– Wybierzemy się gdzieś dalej kiedy indziej – obiecałam psiakowi.

Jeszcze przez chwilę szarpał się na smyczy, ale kiedy zorientował się, że nic nie wskóra, ruszył pokornie w stronę domu.

Mark nadal stał w drzwiach. Czułam na sobie jego spojrzenie, a kiedy się odwróciłam, opierał się o framugę i uważnie mi się przyglądał. Nie wiedziałam, jak długo jeszcze tam tkwił.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki