Wydawca: Marginesy Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2015

Wiolonczelista z Sarajewa ebook

Steven Galloway  

4.30769230769231 (13)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 226 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wiolonczelista z Sarajewa - Steven Galloway

„Nie potrafię sobie wyobrazić cudowniejszej, bardziej kunsztownie napisanej książki o tym, jak wojna deprawuje ludzi” – Z.Z. Packer.

Sarajewo podczas oblężenia (1992). Snajperzy sieją śmierć. Wybuchy moździerzy zabijają mieszkańców. A pewien wiolonczelista siedzi przy oknie i gra Adagio Albinoniego.

W pewnej chwili wybuch pocisku zabija dwadzieścia dwie osoby stojące w kolejce po chleb.

Przez następne dwadzieścia dwa dni każdego popołudnia wiolonczelista schodzi na dół i grając Adagio, oddaje hołd zmarłym.

Steven Galloway opisuje historię oblężonego miasta z perspektywy trzech mieszkańców Sarajewa: Kenana, który stara się zdobyć wodę dla swoich bliskich, Dragana, który boleśnie przeżywa rozłąkę z synem i żoną, i kontrsnajperki o pseudonimie Strzała. To opowieść o przetrwaniu, o walce z pokusą nienawiści, o niezłomności ludzkiego ducha mimo strachu i cierpienia.

„Imponuje sprawność, z jaką Galloway za pomocą zwykłych, zupełnie niepozornych postaci zgłębia wybrane tematy: szaleństwo wojny domowej, jej nieodłączne barbarzyństwo, cynizm tych, którzy czerpią wymierne korzyści z cudzej niedoli” – Andrew Riemer, „Sydney Morning Herald”

„To historia uniwersalna, świadectwo poszukiwania sensu, odkupienia i człowieczeństwa nawet w obliczu niewyobrażalnej grozy” – Khaled Hosseini, autor Chłopca z latawcem.

„Wspaniała, potężna powieść o ludziach, którzy zachowują – lub odzyskują – swoje człowieczeństwo w skrajnie trudnej sytuacji” – Yann Martel, autor Życia Pi.

Steven Galloway urodził się w Vancouver w 1975 roku. Debiutował powieścią Finnie Walsh (2000), nominowaną do kanadyjskiej nagrody First Novel Award. Jego druga powieść, Podniebny spacer (2003, wyd. polskie 2006), była nominowana do nagrody im. Ethel Wilson i została przetłumaczona na kilka języków.

Wiolonczelista z Sarajewa (2008) to największy literacki sukces Gallowaya; prawa do książki autorskie zakupiły dwadzieścia dwa kraje, ma być też zekranizowana.

Opinie o ebooku Wiolonczelista z Sarajewa - Steven Galloway

Fragment ebooka Wiolonczelista z Sarajewa - Steven Galloway

Tytuł oryginału: THE CELLIST OF SARAJEVO
Przekład: ŁUKASZ WITCZAK
Redaktor prowadzący: DOROTA KOMAN
Redakcja: ROMAN HONET
Korekta: IRMA IWASZKO, DOROTA KOMAN
Projekt okładki, opracowanie typograficzne: ANNA POL
Łamanie, montaż: Agencja Poligraficzna Sławomir Zych
Zdjęcie na okładce © Christine Mulliez / Millennium Images, UK
The Cellist of Sarajevo Copyright © Steven Galloway 2008 First published in 2008, Reprinted 2008 Copyright © for the translation by Łukasz Witczak Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2015
Warszawa 2015 Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-64700-90-3
Wydawnictwo Marginesy ul. Forteczna 1a, 01-540 Warszawa tel./faks: 48 22 839 91 27, 48 696 451 127 e-mail:redakcja@marginesy.com.pl
Konwersja:eLitera s.c.

dla lary

WIOLONCZELISTA

Pocisk spadał z ostrym gwizdem, bez trudu rozdzierając niebo i powietrze. Odległość szybko malała, cel powiększał się z każdą sekundą. Jeszcze przez krótką chwilę wszystko było po staremu. Potem cały widzialny świat eksplodował.

W 1945 roku w gruzach zbombardowanej biblioteki w Dreźnie pewien włoski muzykolog natknął się na cztery takty partii basowej z pewnej sonaty. Uznawszy, że są one dziełem siedemnastowiecznego weneckiego kompozytora Tomasa Albinoniego, przez dwanaście lat starał się na podstawie osmalonego fragmentu zrekonstruować cały utwór. Tak powstała kompozycja zwana Adagiem Albinoniego, niepodobna do twórczości tego artysty i uznana przez większość badaczy za mistyfikację. Jednak nawet ci, którzy kwestionują autentyczność dzieła, nie potrafią odmówić mu piękna.

Pół wieku później właśnie ten paradoks wzrusza wiolonczelistę. To, że coś zostało nieomal unicestwione w gruzach zniszczonego miasta, by następnie odrodzić się w nowym, wartościowym kształcie, daje mu nadzieję. Nadzieja to jedno co pozostało mieszkańcom oblężonego Sarajewa, lecz ubywa jej z każdym dniem.

Dlatego codziennie, a więc również dzisiaj, wiolonczelista siada przy oknie swojego mieszkania na pierwszym piętrze i gra, dopóki nie odzyska nadziei. Rzadko wykonuje Adagio. Zazwyczaj kiedy gra, wstępują w niego nowe siły, jak w tankowany samochód. Ale nie zawsze. Jeśli przez kilka godzin nie udaje mu się obudzić w sobie nadziei, robi przerwę, zbiera się w sobie, po czym sięga po smyczek i przywołuje Adagio Albinoniego – z wypalonej skorupy Drezna do podziobanych przez moździerze, pełnych snajperów ulic Sarajewa. Gdy wybrzmiewają ostatnie dźwięki, jego serce znowu bije nadzieją; jednak za każdym kolejnym razem jest mu trudniej i wie, że moc Adagia kiedyś się wyczerpie. Może je zagrać skończoną liczbę razy. To skarb, którego nie wolno mu roztrwonić.

Kiedyś było inaczej. Jeszcze nie tak dawno wszystko zapowiadało szczęśliwą przyszłość. Pięć lat temu na weselu siostry pozowali całą rodziną do zdjęcia; ojciec obejmował go ramieniem, ściskał mocno za bark. Był to silny uścisk, niejeden człowiek na jego miejscu poczułby ból, ale wiolonczelista czuł wtedy coś odwrotnego. Te mocno zaciśnięte palce przypominały mu, że jest kochany, zawsze był kochany, a świat jest miejscem, gdzie dobro znajduje drogę do ludzkiego serca. Choć zrozumiał to już wtedy, oddałby prawie wszystko, by cofnąć się w czasie i przeżyć to jeszcze raz w zwolnionym tempie, choćby po to, by lepiej zapamiętać tamtą chwilę. Chciałby znów poczuć na ramieniu dłoń ojca.

Już wie, że dzisiaj nie będzie Adagia. Gra dopiero pół godziny, ale od razu poczuł się nieco lepiej. Na zewnątrz ludzie czekają w kolejce po chleb. To pierwsza dostawa od ponad tygodnia. Przez chwilę rozważa, czy do nich nie dołączyć. Stoi tam wielu jego znajomych i sąsiadów. Postanawia jednak, że na razie zostanie w domu. Jeszcze nie skończył.

Pocisk spadał z ostrym gwizdem, bez trudu rozdzierając niebo i powietrze. Odległość szybko malała, cel powiększał się z każdą sekundą. Jeszcze przez krótką chwilę wszystko było po staremu. Potem cały widzialny świat eksplodował.

Kiedy moździerze zniszczyły gmach opery, wiolonczeliście zdawało się, jakby znajdował się w środku, a cegły i szklane odłamki, dawniej spajające konstrukcję, stały się pociskami, raniły go i kaleczyły nie do poznania. Był pierwszym wiolonczelistą Sarajewskiej Orkiestry Symfonicznej. Wówczas wiedział, kim jest. Przemieniał ideę muzyki w rzeczywistość. Na scenie, w eleganckim smokingu, stawał się jej narzędziem. Dawał słuchaczom to, co sam kochał najbardziej na świecie. Był solidny jak uścisk dłoni ojca.

Teraz nie dba o to, czy ktoś słucha jego gry. Smoking od dłuższego czasu wisi nietknięty w szafie. Działa na wzgórzach otaczających Sarajewo rozbiły wiolonczelistę, tak jak rozbiły gmach opery, tak jak rozbiły pewnej nocy jego rodzinny dom, w którym spali ojciec i matka, tak jak prędzej czy później rozbiją wszystko.

Geografia oblężenia Sarajewa jest prosta. Miasto zajmuje długi, równinny pas otoczony zewsząd wzgórzami. Żołnierze wojsk oblężniczych kontrolują wszystkie wzgórza oraz kawałek płaskiego terenu pośrodku miasta, w dzielnicy Grbavica. Z moździerzy, czołgów i granatników ostrzeliwują resztę miasta, która broni się przy użyciu karabinów i jednego czołgu. Sarajewo jest niszczone.

Wiolonczelista nie wie, co stanie się za chwilę. W pierwszym momencie jego umysł nawet nie zarejestruje wstrząsu spowodowanego upadkiem pocisku. Będzie długo stał w oknie i patrzył. Wśród paniki i pożogi ujrzy kobiecą torebkę, umazaną krwią i obsypaną odłamkami szkła. Nie będzie wiedział, do kogo ona należy. Potem spojrzy pod nogi, na smyczek, który upuścił, i wyczuje głęboki związek między tymi dwoma przedmiotami. Nie zrozumie jego istoty, lecz mimo to rozbierze się, podejdzie do szafy i zdejmie ze smokingu plastikową folię.

Przez całą noc i cały następny dzień będzie stał przy oknie. O czwartej po południu, równo dobę po tym, gdy pocisk z moździerza runął na jego sąsiadów i znajomych stojących w kolejce po chleb, schyli się po smyczek. Wąskimi schodami zniesie wiolonczelę i taboret na dół, na opustoszałą ulicę. Usiądzie w niewielkim kraterze powstałym wskutek wybuchu. Wśród trwającej dookoła wojny zagra Adagio Albinoniego. Będzie je grał codziennie przez dwadzieścia dwa dni, bo tyle osób zginęło w eksplozji. W każdym razie spróbuje. Nie będzie wiedział, czy przeżyje. Nie będzie wiedział, czy wystarczy mu Adagiów.

Na razie wiolonczelista niczego nie podejrzewa. Siedzi w słońcu i gra, nieświadomy. Ale pocisk został już wystrzelony. Spada z ostrym gwizdem, bez trudu rozdzierając niebo i powietrze. Odległość szybko maleje, cel powiększa się z każdą sekundą. Jeszcze przez krótką chwilę wszystko będzie po staremu. Potem cały widzialny świat eksploduje.

I

STRZAŁA

Strzała mruży oczy. Długo czekała. Przez celownik karabinu widzi trzech żołnierzy stojących przy murku na wzgórzu nad Sarajewem. Jeden spogląda na miasto, jakby coś sobie przypominał. Drugi wyciąga zapalniczkę i podpala trzeciemu papierosa. Nie mają pojęcia, że ktoś do nich celuje. Pewnie im się wydaje, że znajdują się w bezpiecznej odległości od frontu. Mylą się. Być może sądzą, że budynki stanowią wystarczającą osłonę. Są w błędzie. Mogłaby w każdej chwili zabić jednego z nich, a może nawet dwóch. I niebawem to zrobi.

Ci trzej mają powody, by czuć się bezpiecznie. Gdyby mierzył do nich ktoś inny, raczej nie mieliby się czego bać. Kilometr to duża odległość; karabin Strzały, taki sam, jakiego używają prawie wszyscy obrońcy Sarajewa, ma zasięg ośmiuset metrów. Powyżej tej odległości szanse trafienia do celu są znikome. Ale nie dla Strzały. Ona potrafi posłać kulę tam, gdzie inni strzelcy nie umieją.

Dla większości snajperów strzelanie z dużej odległości to połączenie sztuki obserwacji z matematyką. Trzeba oszacować siłę i kierunek wiatru oraz dystans. Obliczenia muszą uwzględniać prędkość pocisku, grawitację, moc powiększającą celownika. Zupełnie jak przy rzucie piłką. Piłki nie rzuca się prosto w cel, ale nadaje się jej trajektorię, która się z nim przetnie. Strzała nie dokonuje pomiarów, nie bawi się w obliczenia. Po prostu posyła kulę tam, gdzie trzeba. Nie bardzo rozumie, dlaczego innym snajperom sprawia to kłopot.

Jej stanowisko znajduje się w szkielecie wypalonego wieżowca biurowego, kilka metrów od okna z widokiem na południowe wzgórza. Nawet gdyby ktoś uważnie się przyglądał, trudno byłoby mu dojrzeć drobną młodą kobietę z czarnymi włosami do ramion, przyczajoną w dymiących gruzach kiedyś normalnego życia. Leży na brzuchu, nogi ma częściowo zakryte starą gazetą. Jedyne, co mogłoby ją zdradzić, to jej duże, jasne niebieskie oczy.

Strzała uważa, że nie ma nic wspólnego ze snajperami na wzgórzach. Bierze na cel wyłącznie żołnierzy. Oni strzelają do bezbronnych mężczyzn, kobiet i dzieci. Za każdym razem, gdy pociągają za spust, chodzi im o coś więcej niż o zabicie człowieka. Usiłują zabić Sarajewo. Każda śmierć pustoszy miasto jej młodości równie dotkliwie jak granaty spadające na budynki. Żywi oprócz towarzysza tracą również wspomnienie miasta, w którym człowiek mógł przejść na drugą stronę ulicy bez obawy, że ktoś go zastrzeli.

Dziesięć lat temu, kiedy miała osiemnaście lat i nie mówiono na nią Strzała, pożyczyła od ojca samochód i pojechała na wieś odwiedzić znajomych. Dzień był słoneczny, bezchmurny, auto zdawało się jechać samo, jakby kierowane siłą przeznaczenia według jakiegoś tajemnego planu. Za którymś zakrętem w radiu puszczono jedną z jej ulubionych piosenek, słońce przeświecało przez drzewa niczym przez koronkowe firanki, przypominając jej o babci, i wtedy nagle po twarzy pociekły jej łzy. Nie z powodu babci, która wówczas cieszyła się jeszcze świetnym zdrowiem, lecz pod wpływem szczęścia, radości z życia, tym silniejszej, że ono kiedyś niechybnie się skończy. To doznanie było tak potężne, że musiała zjechać na pobocze. Później czuła się trochę głupio i nigdy nikomu o tym nie powiedziała.

Dziś jednak wie, że to wcale nie było głupie. Dziś rozumie, że całkiem niechcący dotknęła najgłębszej istoty ludzkiego życia. To rzadki dar – zdać sobie sprawę, że twoje życie jest cudem i że nie będzie trwało wiecznie.

Kiedy więc Strzała pociągnie za spust i zakończy życie jednego z tych żołnierzy na wzgórzu, uczyni to nie dlatego, że chce go zabić – choć nie może temu zaprzeczyć – lecz dlatego, że ci ludzie odebrali ten dar jej i większości mieszkańców Sarajewa. Ulotność życia stała się czymś tak oczywistym, że przestała cokolwiek znaczyć. A najgorsza w tym wszystkim jest przepaść między tym, co wie, a tym, w co wierzy. Bo choć wie, że jej łzy tamtego dnia nie były głupią ckliwością nastolatki, niezwykle trudno jej w to uwierzyć.

Z górującej wysoko nad okupowaną Grbavicą twierdzy Vraca ci żołnierze bombardują miasto w poczuciu bezkarności. Podczas drugiej wojny światowej Vraca była miejscem, gdzie hitlerowcy torturowali i mordowali swoich przeciwników. Nazwiska ofiar wyryto w kamiennych schodach, lecz wtedy mało kto walczył pod prawdziwym nazwiskiem. Większość bojowników przybierała nowe imiona, które mówiły o nich więcej niż chełpliwe opowieści pijaków w knajpach; imiona, o których późniejsze władze, próbujące przekuć ich czyny w propagandę, wolałyby zapomnieć. Mówi się, że działali pod pseudonimami, by nie narażać bliskich – by móc prowadzić dwa równoległe życia. Ale Strzała przypuszcza, że chcieli przede wszystkim odseparować się od tego, co robili, by potem łatwiej było im wrócić do normalnego życia. Nienawiść do ludzi na wzgórzach – za ich własną nienawiść, która była pierwsza, i za wyrządzoną jej krzywdę – zrodziła w niej potrzebę oddzielenia tej części siebie, która zamierzała, wręcz pragnęła walczyć, od tej, która nigdy walczyć nie chciała. Gdyby pozostała przy swoim nazwisku, nie różniłaby się niczym od żołnierzy, do których strzela. W pewnym sensie czułaby się wtedy bardziej martwa, niż gdyby zginęła naprawdę.

Mówiła o sobie Strzała od początku, odkąd pierwszy raz sięgnęła po karabin, by zabić człowieka. Niektórzy nadal zwracają się do niej po imieniu. Ignoruje ich. Jeżeli są uparci, przypomina, że teraz nazywa się Strzała. Nikt z nią nie dyskutuje. Nikt nie podważa jej wyborów. Każdy stara się przetrwać po swojemu. Ale gdyby ktoś ją przycisnął, odpowiedziałaby: „Jestem Strzała, bo nienawidzę tamtych. Ta dziewczyna, którą znaliście, nie miała w sobie nienawiści”.

Strzała wzięła dziś na cel żołnierzy koło Vracy, bo nie chce, żeby wróg czuł się tam bezpiecznie. To będzie bardzo trudny strzał. Co prawda z kryjówki na ósmym piętrze zniszczonego wieżowca, lecz to nie zmienia faktu, że twierdza jest położona wysoko i zasłonięta kilkoma budynkami. Trzeba będzie zmieścić kulę między nimi. Żołnierze muszą pozostać na obszarze około trzech metrów. Dym z płonących zabudowań co jakiś czas przesłania jej widok. Gdy tylko odda strzał, każdy snajper na południowym wzgórzu natychmiast zacznie jej szukać. Nie zajmie im to długo. Zaczną ostrzeliwać wieżowiec, jeśli będzie trzeba, zrównają go z ziemią. Nieprzypadkowo jest spalony – stanowi łatwy cel. Szanse ucieczki są małe. Ale dla Strzały takie wyzwanie to nic nowego. Zdarzało się jej strzelać w trudniejszych warunkach i nieraz musiała się liczyć z szybszym odwetem.

Wie dokładnie, ile czasu potrzebują, żeby ją zlokalizować. Gdzie będą szukać i gdzie spadną pociski. Kiedy kanonada ucichnie, ona będzie już daleko stąd i wszyscy, włącznie z innymi obrońcami miasta, będą się zastanawiać, jak to zrobiła. Nie zrozumieliby, nawet gdyby im powiedziała. Nie przekonałoby ich, że Strzała wie, jak zachowa się broń, ponieważ sama jest bronią. To szczególny rodzaj geniuszu, nie do pozazdroszczenia. Ona sama, gdyby to zależało od niej, wolałaby w niego nie wierzyć. Wie jednak, że nie ma wyboru. Człowiek nie wybiera sobie wiary. To wiara wybiera nas.

Jeden z trzech żołnierzy oddala się od towarzyszy. Strzała patrzy w napięciu, czy pożegnają go salutem.

Jeżeli tak – strzeli. Przez chwilę ma wątpliwości, nie potrafi odczytać ich gestów. Żołnierz wychodzi poza wąski korytarz strzału. Tą z pozoru nieistotną decyzją uchronił się od śmierci. Strzała wie, że życie niemal w całości składa się z takich momentów.

Obserwuje ich jeszcze chwilę, wypatrując jakiegoś detalu, który podpowie jej, który powinien zginąć jako pierwszy. Zamierza oddać dwa strzały i zabić obu. Nie jest jednak pewna, czy nadarzy się ku temu okazja, a jeśli ma zabić tylko jednego, wolałaby dokonać właściwego wyboru, o ile taki istnieje. Koniec końców to pewnie bez różnicy. Możliwe, że jeden z nich przeżyje, nie zdając sobie nawet sprawy z tego, jak niewiele brakowało. Będzie to sobie tłumaczył szczęściem, zrządzeniem losu, opatrznością. Nigdy się nie dowie, że ledwie ułamek milimetra w ustawieniu lufy dzieli promień słońca na twarzy od ziejącej dziury w klatce piersiowej, przez którą – z bólem wydającym mu się większym niż cały świat – wyciekłoby wszystko, czym był i mógł się stać w życiu.

Jeden z żołnierzy mówi coś ze śmiechem. Drugi mu wtóruje, ale w jego uśmiechu jest coś wysilonego, jakby śmiał się jedynie przez wzgląd na towarzysza. Strzała myśli. Którego zastrzelić, kawalarza czy klakiera? Nie może się zdecydować. Przez parę kolejnych minut patrzy, jak palą papierosy i rozmawiają. Ich dłonie kreślą w powietrzu ostre kształty, akcentują słowa, czasem zastygają nieruchomo jak noże przygotowane do ciosu. Obaj są młodzi, młodsi od niej; gdyby popuściła nieco wodze fantazji, mogłaby sobie wyobrazić, że dyskutują o meczu piłkarskim. Może zresztą właśnie o tym rozmawiają. Wcale by się nie zdziwiła, gdyby dla nich to wszystko było swego rodzaju grą. Chłopcy z granatami zamiast piłek.

Obaj odwracają głowę, jakby ktoś ich zawołał. Strzała wie, że nie może dłużej zwlekać. Wybiera jednego z nich. Nie wie, dlaczego akurat tego – może stanowi łatwiejszy cel, może wydał się jej groźniejszy, a może któryś z nich jest podobny do kogoś, kogo znała i lubiła albo nie znosiła? Nieważne. Wydycha powietrze, a jej palec naciska spust, na którym jeszcze przed chwilą tylko się opierał. Kula przekracza barierę dźwięku, rozrywa materiał, skórę, kości, mięśnie i narządy, rozpoczynając krótki proces przemiany żywego w martwe.

Kiedy składa się do drugiego strzału, w ułamku sekundy dociera do niej, że coś nie gra. Żołnierze na wzgórzach wiedzą, gdzie się ukryła. Rezygnuje ze strzału i czując na sobie wzrok snajpera, przewraca się na bok. Zasadzał się na nią przez cały ten czas, aż ujawniła swoją kryjówkę. Dała się zwabić w pułapkę. W miejsce, gdzie przed chwilą leżała, uderza kula. Biegnąc ku wypalonej klatce schodowej, słyszy wystrzał z karabinu, ale nie słyszy uderzenia. To znaczy, że snajper albo całkiem chybił, albo ją trafił. Nie czuje żadnego bólu, ale mówiono jej, że w pierwszej chwili to normalne. Nie ma sensu teraz sprawdzać. Jeżeli kula ją dosięgła, niebawem da o sobie znać.

Gdy Strzała wbiega na schody, przez dach wpada pocisk z moździerza i wybucha. Kiedy jest na wysokości szóstego piętra, ósme zawala się wskutek kolejnej eksplozji. Na piątym Strzała instynktownie rewiduje swój plan i skręca w ciemny, wąski korytarz, uciekając ile sił przed następnym granatem, który lada moment uderzy w klatkę schodową. W chwili wybuchu jest już w bezpiecznej odległości, nie dosięgają jej kawałki stali, drewna i betonu, ten rój pocisków, spóźniona zapłata za jedną wystrzeloną kulę. Dopiero gdy ostatnie odłamki pocisku lądują na podłodze, zawraca w stronę schodów. Nie ma wyboru. To jedyna droga wyjścia z budynku. Jeżeli pozostanie w środku, tamci wyrównają z nią swoje rachunki. Wraca więc na klatkę schodową, nie wiedząc, co z niej zostało. Piąte piętro zawaliło się na czwarte; zeskakując na dół, zastanawia się, czy podłoga wytrzyma jej ciężar. Wytrzymała. Teraz trzeba trzymać się wewnętrznej ściany między klatką a resztą budynku, bo tam runęło najmniej gruzu.

Na parterze słyszy kolejny wybuch i choć od głównego wyjścia z budynku dzieli ją tylko kilka kroków, zbiega jeszcze niżej, do piwnicy. Przemyka po omacku ciemnym korytarzem, aż napotyka drzwi. Otwiera je ramieniem. Przejście z mroku w światło na moment ją oślepia, lecz nie zatrzymuje się ani na chwilę. Znajduje się teraz w niskiej klatce schodowej w północnej części wieżowca, częściowo osłoniętej przed żołnierzami na wzgórzach. Przyzwyczajając oczy do nowego otoczenia, uświadamia sobie, że grzmoty pocisków przytępiły jej słuch – jak wtedy, kiedy nurkowała z koleżanką w basenie i śmiały się z tego, jak dziwnie, obco i niezrozumiale brzmią ich imiona wykrzykiwane pod wodą. Opuszcza budynek i kieruje się na wschód. Czuje ból w boku. Spogląda w dół, obawiając się, że ujrzy własny żołądek przyciśnięty do strzaskanych żeber. Okazuje się jednak, że to tylko draśnięcie; musiała się skaleczyć podczas ucieczki z wieżowca.

Idąc w stronę śródmieścia, do kwatery dowodzenia swojej jednostki, zwraca uwagę na ciemniejące niebo. Spadają pierwsze krople deszczu, wyparowują z jej rozgrzanego czoła. Obmacuje sobie bok – ani śladu świeżej krwi. Widocznie to nic poważnego. Dlaczego ta myśl nie przynosi jej ulgi?

KENAN

Zaczyna się kolejny dzień. Światło wdziera się do mieszkania i zastaje Kenana w kuchni, sięgającego po plastikowy pojemnik z ostatnią ćwiercią litra wody, jaka została jego rodzinie. Jego ruchy są powolne, sztywne. Choć zbliżają się dopiero jego czterdzieste urodziny, myśli o sobie jak o starcu. To samo dotyczy jego żony Amili, śpiącej w salonie. Tam jest bezpieczniej niż w sypialni, której okna wychodzą na ulicę. Ją również wiek średni ominął niepostrzeżenie. Ma dopiero trzydzieści siedem lat, a wygląda na grubo ponad pięćdziesiąt. Włosy jej zrzedły, obwisła skóra podsuwa wyobraźni obraz młodszej kobiety, która – Kenan wie o tym – nigdy nie istniała.

Przynajmniej ich dzieci na razie wciąż są dziećmi. Jak wszystkie dzieci buntują się przeciwko zakazom i ograniczeniom, chcą być dorosłe, chcą, żeby wszystko było inaczej, niż jest. Wiedzą, co się dzieje, ale nie do końca to rozumieją. Nauczyły się z tym żyć. Może dlatego się nie starzeją, myśli Kenan.

Dłużej niż parę godzin ostatni raz mieli prąd ponad miesiąc temu. Bieżącej wody już wtedy nie było. Bez prądu żyje się trudno, bez wody żyć się nie da. Dlatego raz na cztery dni Kenan zbiera wszystkie swoje plastikowe pojemniki i wędruje z nimi najpierw na dół, przez starówkę i rzekę Miljackę, a potem pod górę, do browaru w Starim Gradzie, jednego z niewielu miejsc, gdzie mieszkańcy Sarajewa mogą zaopatrzyć się w czystą wodę pitną. Od czasu do czasu pojawia się możliwość zdobycia wody bliżej domu – Kenan zawsze ma oczy i uszy otwarte – lecz taka woda nie zawsze pochodzi z pewnego źródła. Nie po to unika kul snajperów, by umrzeć od zakażenia pasożytem, a w mieście, w którym przestała funkcjonować sieć kanalizacyjna, taka możliwość jest zupełnie realna. W browarze czerpie się wodę ze źródeł głębinowych i dlatego – mimo związanego z tym ryzyka – warto się po nią wyprawić nieco dalej.

Starając się robić jak najmniej hałasu, Kenan podnosi pojemnik z resztką wody i zabiera go do łazienki. W bezwiednym odruchu z dawnych czasów naciska włącznik świata. Żarówka pod sufitem rozbłyska. Kenan zapala zapałkę i odpala od niej knot świecy stojącej na umywalce pod lustrem. Zatyka odpływ korkiem i wlewa ostatnią ćwiartkę wody. Moczy sobie twarz i mruga powiekami, zimna woda przyprawia go o szok. Spienia kostkę mydła w dłoniach i namydla policzki, szyję, brodę i skórę nad górną wargą. Brzytwa pracuje rytmicznie: szur, szur, plusk; Kenan śledzi jej ruchy źrenicami zwężonymi od światła. Potem znów chlapie sobie w twarz i wyciera się szorstkim ręcznikiem wiszącym nad ubikacją. Zdmuchuje świeczkę i ze zdumieniem stwierdza, że mimo to w łazience nie zrobiło się ciemno. Mija chwila, zanim dociera do niego, że włączono prąd, a nad jego głową świeci żarówka. W pierwszej chwili aż się uśmiecha, zaraz jednak uświadamia sobie przyczynę swojej pomyłki. Przywykł do rzeczywistości, w której człowiek goli się przy blasku świecy, używając mydła i zimnej wody. Stało się to normą.

To, że mają w domu prąd, nie jest normą, dlatego wybiega z łazienki obudzić żonę, niech ona i dzieci korzystają, póki mogą. Wyobraża sobie, że jedzą śniadanie przyrządzone na kuchence i oglądają telewizję przy włączonym grzejniku. Dzieci będą śmiać się zaraźliwie z ulubionej kreskówki. Światło wypełni wszystkie pokoje, przegoni wieczny mrok wyzierający z kątów. Szczęście zapewne nie potrwa długo, ale przynajmniej przez resztę dnia będą czuli w policzkach zmęczenie od uśmiechania się. W przedpokoju dobiega go jednak charakterystyczny trzask. Zerka przez ramię: światło zgasło. Sprawdza jeszcze światło w przedpokoju, choć wie, że nie ma po co. Wraca do kuchni. Nie ma sensu ich teraz budzić.

Siada przy stole i ogląda po kolei wszystkie sześć pojemników na wodę. Szuka pęknięć, które mogły się pojawić od ostatniego razu, upewnia się, że każdy ma właściwą zakrętkę. W razie czego są jeszcze dwa zapasowe. Wybór optymalnej ilości wody do przeniesienia za jednym razem to nie lada sztuka. Kto nosi za mało, ten musi chodzić częściej. A wychodząc na ulicę, człowiek naraża się na utratę zdrowia lub życia. Ale kto nosi za dużo, ten jest mało zwrotny, nie może biec ani uskoczyć przed niebezpieczeństwem. Kenan zdecydował się na osiem butli. Sześć własnych, mieszczących około dwudziestu czterech litrów wody. Dwie od pani Ristovskiej, starszej sąsiadki z dołu.

Oglądając uważnie pojemniki, słyszy, że jego żona wstała z łóżka. Zagląda do niego przez próg, przecierając zaspane oczy.

– Noc była spokojna – zauważa Kenan. – Dzisiaj nie powinno być źle.

Amila potakująco kiwa głową. Oboje wiedzą, że spokój w nocy wcale nie oznacza spokoju w ciągu dnia, lecz żadne z nich nie powie tego na głos.

Żona wchodzi do kuchni i staje przed nim. Kładzie mu dłoń na głowie, trzyma ją tam przez chwilę, po czym zsuwa na bark, po drodze pociągając go leciutko za ucho.

– Bądź ostrożny.

Kenan