Winter. Saga Księżycowa tom 4 - Marissa Meyer - ebook

Winter. Saga Księżycowa tom 4 ebook

Marissa Meyer

4,5

13 osób interesuje się tą książką

Opis

Saga Księżycowa to hit, który zachwycił czytelników na całym świecie!

 

Baśniowo-futurystyczna opowieść, w której Kopciuszek spotyka Czerwonego Kapturka, a Roszpunka Kapitana Hana Solo!

 

Ten cykl zachwyca, porusza i oczarowuje, a imponująca wizja świata odmalowana piórem Marissy Meyer na zawsze zapisze się w historii literatury.

 

Po raz pierwszy w Polsce – pełne wydanie w oryginalnej szacie graficznej.

 

Księżycowi poddani podziwiają księżniczkę Winter za jej dobroć i niezwykłe piękno, którego nie są w stanie zniszczyć nawet blizny na policzku. Mówi się, że jest najpiękniejsza w świecie… piękniejsza nawet niż jej macocha, królowa Levana.


Kiedy Winter zakochuje się w Jacinie, przystojnym strażniku pałacowym, zaczyna obawiać się, że zła królowa zniszczy ich miłość, zanim ta w pełni rozkwitnie.


Pojawia się też inny problem. W różnych częściach kraju Cinder ze swoimi towarzyszami podburza lud do powstania przeciwko Levanie, a Winter musi zdecydować, czy ma w sobie dość siły, by dołączyć do rewolucji i zakończyć wojnę, która trwała już zbyt długo.


Czy Cinder, Scarlet, Cress i Winter raz na zawsze pokonają złą królową i będą żyć długo i szczęśliwie?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 962

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




KSIĘGA PIERWSZA

Młoda księżniczka była urodziwa niczym słoneczny poranek.Była piękniejsza nawet od samej królowej.

1

Winter czuła, że jej palce u nóg zmieniły się w kostki lodu. Były zimne jak przestrzeń kosmiczna. Zimne jak ciemna strona Księżyca. Zimne jak…

– Kamery monitoringu nagrały go, gdy wchodził do podziemi kliniki w Centralnej Artemisji o godzinie 23:00 U.T.C…

Taumaturg Aimery Park przemawiał rytmicznie spokojnym, miarowym głosem, jakby śpiewał balladę. Łatwo było zgubić się w tym, co mówił, i pozwolić, by wszystkie słowa plątały się i zlewały w jedno. Winter podkurczyła palce w butach na cienkiej podeszwie. Obawiała się, że jeśli zrobi się jeszcze zimniej, to w końcu jej odpadną.

– …próbował wydostać jedną ze skorupek, przetrzymywanych obecnie w…

Odpadną. Jeden po drugim.

– …zapisy wskazują, że skorupka jest synem oskarżonego, złapanym dwudziestego dziewiątego lipca ubiegłego roku. Obecnie ma piętnaście miesięcy.

Winter schowała dłonie w fałdy sukni. Znowu drżały jej palce. W ostatnich dniach Winter drżała bez przerwy. Zacisnęła pięści, by powstrzymać dreszcze, i mocniej oparła stopy o twardą podłogę. Starała się skupić na sali tronowej, zanim ta się rozwieje.

Sala tronowa znajdowała się w centralnej wieży pałacu i rozciągał się z niej najbardziej uderzający widok w całym mieście. Ze swojego miejsca Winter mogła dostrzec jezioro Artemisia. W jego tafli odbijał się biały pałac i miasto, które sięgało aż do krawędzi ogromnej, przezroczystej kopuły chroniącej ich wszystkich przed obiektami na zewnątrz – albo przed ich brakiem. Sama sala tronowa sięgała poza ściany wieży; gdy ktoś przekroczył krawędź pokrytej mozaiką podłogi, stawał na przejrzystej, szklanej platformie. Zupełnie jakby stał w powietrzu i miał zaraz spaść w otchłań jeziora kraterowego poniżej.

Po lewej stronie Winter dostrzegła paznokcie macochy, wbijające się w poręcze tronu – imponującego siedziska wyrzeźbionego z białego kamienia. Na ogół macocha była spokojna podczas podobnych obrad i słuchała rozpraw, nie okazując nawet cienia emocji. Winter przywykła do tego, że Levana gładzi wypolerowany kamień opuszkami palców, a nie próbuje go zmiażdżyć. Ale odkąd Levana i jej świta wrócili z Ziemi, napięcie było bardzo wysokie. Od paru miesięcy macocha Winter wpadała we wściekłość nawet częściej niż zwykle.

Było tak odkąd ten księżycowy zbieg – ten cyborg – uciekł ze swojego ziemskiego więzienia.

Odkąd wybuchła wojna między Ziemią i Księżycem.

Odkąd narzeczony królowej został porwany, a wraz z nim Levanie skradziono szansę na zostanie cesarzową.

Błękitna planeta wisiała nad horyzontem, przecięta równo na pół. Na Księżycu minęła nieco ponad połowa długiej nocy, a miasto Artemisja lśniło bladoniebieskimi latarniami i kryształowymi oknami, których odbicia tańczyły po powierzchni jeziora.

Winter tęskniła za Słońcem i jego ciepłem. Tutejsze sztuczne dni nie mogły się z nim równać.

– Skąd dowiedział się o skorupkach? – zapytała królowa Levana. – Dlaczego nie uwierzył, że jego syn został zabity po urodzeniu?

Wokół sali, w czterech rzędach, siedziały rodziny. Dwór królowej. Księżycowa szlachta, której Jej Wysokość przyznała ten zaszczyt za to, że kolejne ich pokolenia dochowywały jej wierności, a także za niezwykły talent do wykorzystywania księżycowego daru lub za to, że mieli szczęście urodzić się jako obywatele Artemisji.

Nagle zobaczyła tego mężczyznę, klęczącego u boku taumaturga Parka. Nie urodził się pod szczęśliwą gwiazdą.

Trzymał ręce złożone w błagalnym geście. Winter żałowała, że nie może mu powiedzieć, że to nic nie da. Całe jego błagania nie zdadzą się na nic. Pomyślała, że świadomość, że nie możesz zrobić nic, by uniknąć śmierci, niosłaby ze sobą pociechę. Ci, którzy trafiali przed oblicze królowej, zaakceptowawszy już swój los, wyraźnie lepiej go znosili.

Spojrzała na własne dłonie, nadal zaciśnięte na fałdach zwiewnej, białej spódnicy. Miała oszronione palce. W pewnym sensie sprawiało to, że były piękne. Mieniły się, były lśniące izimne, takie zimne…

– Twoja królowa zadała ci pytanie – powiedział Aimery.

Winter wzdrygnęła się, jakby to na nią krzyczał.

Skupić się. Musi postarać się skupić.

Podniosła głowę i wzięła głęboki wdech.

Odkąd Aimery zastąpił Sybil Mirę na stanowisku głównego taumaturga królowej, ubierał się na biało. Złote hafty na jego płaszczu migotały, gdy okrążał jeńca.

– Przykro mi, Wasza Wysokość – powiedział mężczyzna. – Moja rodzina i ja służyliśmy ci od pokoleń. Jestem dozorcą w tamtej klinice medycznej i słyszałem plotki… To nie była moja sprawa, więc nigdy się nimi nie przejmowałem, nie słuchałem ich. Ale… kiedy urodził się mój syn i okazało się, że jest skorupką… – Jęknął. – To mój syn.

– Czy nie przeszło ci przez myśl – powiedziała Levana głośnym, ostrym tonem – że mogą być powody, dla których twoja królowa postanowiła trzymać twojego syna i wszystkie inne pozbawione daru księżycowe dzieci z dala od naszych obywateli? Że trzymaniu ich tam, gdzie je trzymamy, może przyświecać cel, który służy dobru wszystkich naszych ludzi?

Mężczyzna przełknął ślinę tak mocno, że Winter zobaczyła, jak porusza się jego jabłko Adama.

– Wiem, moja królowo. Wiem, że używasz ich krwi do… eksperymentów. Ale… ale masz ich tak wiele, a on jest tylko dzieckiem, i…

– Nie chodzi tylko o to, że jego krew jest cenna z perspektywy naszych politycznych sojuszy, choć nie mogę oczekiwać, że zrozumie to dozorca z zewnętrznych sektorów. Twój syn jest skorupką, a jego rodzaj dowiódł już, że jest niebezpieczny i niegodny zaufania. Przypomnij sobie zabójstwo króla Marroka i królowej Jannali osiemnaście lat temu. Chciałeś wystawić nasze społeczeństwo na takie zagrożenie?

Oczy mężczyzny rozszerzyły się z przerażenia.

– Zagrożenie, moja królowo? To niemowlę. – Przerwał. Nie wyglądał na buntownika, ale widać było, że jego brak wyrzutów sumienia wkrótce doprowadzi Levanę do furii. – A reszta z nich, w tych zbiornikach… tak wiele dzieci… Niewinnych dzieci.

W pokoju powiało chłodem.

Mężczyzna wiedział za dużo. Skorupki były zabijane od czasów rządów siostry Levany, królowej Channary, odkąd skorupka wkradła się do pałacu i zabiła ich rodziców. Nikt nie byłby zadowolony, wiedząc, że jego dzieci wcale nie zabijano, tylko trzymano je w zamknięciu jako małe fabryki produkujące płytki krwi.

Winter zamrugała, wyobrażając sobie własne ciało jako zakład produkcji płytek krwi.

Opuściła wzrok. Lód sięgał teraz aż do jej nadgarstków.

To na pewno nie byłoby korzystne dla systemów maszyn, które transportowały krew.

– Czy oskarżony ma rodzinę? – zapytała królowa.

Aimery skinął głową.

– Dokumenty wskazują, że ma córkę w wieku dziewięciu lat. Ma też dwie siostry i siostrzeńca. Wszyscy mieszkają w sektorze GM-12.

– Nie ma żony?

– Umarła pięć miesięcy temu po zatruciu regolitem.

Więzień obserwował królową. Widać było, że ogarnia go coraz większa desperacja.

Wśród dworzan zapanowało poruszenie, ich barwne ubrania zaszeleściły. Ta rozprawa trwała już zbyt długo. Zaczynali się nudzić.

Levana opadła na oparcie tronu.

– Niniejszym zostajesz uznany winnym zarzucanego ci naruszenia dóbr i próby kradzieży własności Korony. Ta zbrodnia karana jest natychmiastową śmiercią.

Mężczyzna zadrżał, ale z jego twarzy nie zniknął wyraz błagania. Zawsze mijało parę sekund, nim skazańcy zrozumieli taki wyrok.

– Członkowie twojej rodziny otrzymają publicznie po dwanaście batów, co przypomni twojemu sektorowi, że nie toleruję kwestionowania moich decyzji.

Mężczyźnie opadła szczęka.

– Twoja córka zostanie przekazana w prezencie jednej z rodzin na dworze. Tam nauczą ją posłuszeństwa i pokory, których, jak można przypuszczać, nie nauczyła się pod twoją opieką.

– Nie, błagam! Pozwólcie jej zostać z ciotkami. Nie zrobiła nic złego!

– Aimery, możesz kontynuować.

– Błagam!

– Twoja królowa przemówiła – powiedział taumaturg Aimery. – Jej decyzja jest ostateczna.

Aimery wyciągnął obsydianowy nóż z szerokiego rękawa swojej szaty i podał go skazańcowi rękojeścią do przodu. Oczy więźnia rozszerzyły się w panice.

W sali zrobiło się jeszcze zimniej. Oddech Winter krystalizował się w powietrzu. Przycisnęła mocno ramiona do ciała.

Więzień chwycił za rękojeść noża. Ręka nawet mu nie zadrżała, ale resztą jego ciała wstrząsały dreszcze.

– Proszę. Moja mała dziewczynka… ona ma tylko mnie. Błagam. Moja królowo. Wasza Wysokość!

Wzniósł ostrze do własnego gardła.

I wtedy Winter odwróciła wzrok. Zawsze w takich chwilach odwracała wzrok. Obserwowała własne palce, jak wbijały się w suknię i drapały materiał, aż zaczynała czuć ukłucia na udach. Patrzyła, jak lód wspina się wyżej po jej nadgarstkach, w kierunku łokci. Tam, gdzie pokrywał ją lód, jej ciało drętwiało.

Wyobraziła sobie, jak rzuca się na królową ze skutymi lodem pięściami. Wyobraziła sobie, jak jej ręce rozpadają się na tysiąc lodowych odłamków.

Lód sięgał już jej ramion. I szyi.

Nawet przez skrzypienie i trzeszczenie lodu usłyszała dźwięk noża wbijającego się w ciało. Szmer krwi i stłumiony odgłos krztuszenia. Zimno skradło jej klatkę piersiową. Zacisnęła powieki, przypominając sobie, że powinna zachować spokój i oddychać. Usłyszała w głowie spokojny głos Jacina, który ściskał ją dłońmi za ramiona. To nie dzieje się naprawdę, księżniczko. To tylko iluzja.

Na ogół to pomagało – te wspomnienia o tym, jak pomagał jej otrząsnąć się z paniki. Ale tym razem wydawało jej się, że tylko przyspieszają działanie lodu. Obejmował jej żebra. Wgryzał się w żołądek. Zamrażał jej serce.

Zamarzała na wylot.

Słuchaj mojego głosu.

Jacina tu nie było.

Zostań ze mną.

To wszystko jest tylko wtwojej głowie.

Usłyszała ciężkie kroki strażników, którzy zbliżyli się do ciała. Odgłos zwłok przesuwanych w stronę szklanej półki. Pchnięcie i odległy plusk poniżej.

Dwór królowej zaklaskał cicho i uprzejmie.

Winter słyszała, jak odpadają jej palce u stóp. Jeden. Po. Drugim.

– Bardzo dobrze – powiedziała królowa Levana. – Taumaturgu Tavalerze, dopilnuj, aby reszta wyroku została wykonana.

Lód sięgał jej teraz do gardła i wspinał się po szczęce. Łzy zamarzały jej w kanalikach. Ślina zbijała się w kryształki na języku.

Podniosła głowę, gdy służący zaczął zmywać z kafelków krew. Aimery napotkał jej spojrzenie, wycierając nóż ściereczką. Uśmiechnął się zjadliwie.

– Obawiam się, że księżniczka jest zbyt wrażliwa na takie rozprawy.

Zgromadzona na widowni szlachta zachichotała – obrzydzenie, jakie procesy sądowe wywoływały w Winter, stanowiły źródło radości dla większości dworzan Levany.

Królowa odwróciła się, ale Winter nie potrafiła podnieść głowy. Była dziewczyną całą z lodu i szkła. Jej zęby były kruche, a płuca kruszyły się z łatwością.

– Tak – potwierdziła Levana. – Często zapominam, że w ogóle tu jest. Jesteś prawie tak bezużyteczna jak szmaciana lalka, nieprawdaż, Winter?

Świadkowie zaśmiali się ponownie, tym razem głośniej, jakby królowa właśnie dała im przyzwolenie na naśmiewanie się z młodej księżniczki. Ale Winter nie mogła odpowiedzieć, nie na słowa królowej, nie na ten śmiech. Skupiła się na taumaturgu, próbując ukryć panikę.

– Och, nie, wcale nie jest bezużyteczna – powiedział Aimery. Winter wpatrywała się w niego i zobaczyła, jak na jego szyi pojawia się cienka, czerwona linia, która otwiera się jak rana i spływa bulgocącą krwią. – Najpiękniejsza dziewczyna na całym Księżycu? Pewnego dnia uszczęśliwi któregoś z dworzan jako szczęśliwa małżonka, jak sądzę.

– Najpiękniejsza dziewczyna, Aimery? – Lekki ton głosu Levany prawie zamaskował warknięcie.

Aimery ukłonił się zamaszyście.

– Zaledwie najpiękniejsza, moja królowo. Ale żaden śmiertelnik nie może się równać z twoją doskonałością.

Dworzanie szybko przytaknęli, podsuwając setki komplementów naraz, choć Winter wciąż czuła, że niejeden szlachcic nie spuszczał z niej pożądliwego spojrzenia.

Aimery postąpił o krok w stronę tronu, a jego odcięta głowa przechyliła się i spadła, uderzyła o marmur i toczyła się, toczyła, toczyła, aż zatrzymała się przy zamarzniętych stopach Winter.

Wciąż malował się na niej uśmiech.

Winter jęknęła, ale ten dźwięk utonął wśród lodu skuwającego jej gardło.

To wszystko jest tylko wtwojej głowie.

– Cisza – zarządziła Levana, kiedy już nacieszyła się ich zachwytami. – Czy skończyliśmy?

W końcu lód sięgnął jej oczu i Winter nie miała wyboru – musiała zacisnąć powieki, by oddzielić się od bezgłowego wizerunku Aimery’ego i pogrążyć się w chłodzie i ciemności.

Umrze tutaj bez słowa skargi. Zostanie pochowana pod tą lawiną braku życia. Nigdy więcej nie będzie musiała być świadkiem kolejnego morderstwa.

– Jeszcze jeden więzień czeka na proces, moja królowo. – Głos Aimery’ego odbił się echem wśród pustki w głowie Winter. – Sir Jacin Clay, królewski strażnik i pilot, wyznaczony jako obrońca taumaturgiczki Sybil Miry.

Winter zachłysnęła się, czując, jak lód pęka, a milion ostrych, połyskliwych odłamków eksploduje w sali tronowej i rozsypuje się po podłodze. Nikt ich nie usłyszał. Nikt ich nie zauważył.

Aimery, z głową na swoim miejscu, znowu ją obserwował, jakby czekał na jej reakcję. Po chwili z lekkim uśmieszkiem odwrócił się z powrotem do królowej.

– Och, tak – powiedziała Levana. – Wprowadźcie go.

2

Drzwi do sali tronowej otworzyły się i oto stał w nich on, uwięziony między dwoma strażnikami, z rękami związanymi za plecami. Jego blond włosy były pozlepiane i splątane, niektóre kosmyki przykleiły mu się do twarzy. Wyglądało na to, że minęło sporo czasu, odkąd ostatnio wziął prysznic, ale Winter nie zauważyła żadnych śladów przemocy.

Jej żołądek się wywrócił. Całe ciepło, które wyssał z niej lód, wracało szybko pod powierzchnię jej skóry.

Zostań ze mną, księżniczko. Słuchaj mojego głosu, księżniczko.

Zaprowadzono go na środek sali. Jego twarz niczego nie wyrażała. Winter wbiła paznokcie w dłonie.

Jacin nie spojrzał na nią. Ani razu.

– Jacinie Clayu – zaczął Aimery. – Zostałeś oskarżony o zdradę Korony z powodu niezapewnienia ochrony taumaturgiczce Mirze i niepojmanie znanej księżycowej uciekinierki, mimo że spędziłeś w towarzystwie rzeczonej uciekinierki prawie dwa tygodnie. Jesteś zdrajcą Księżyca i naszej królowej. Jest to przestępstwo karane śmiercią. Co masz do powiedzenia na swoją obronę?

Serce Winter waliło o żebra niczym bęben. Zwróciła błagalne spojrzenie na macochę, ale Levana w ogóle nie zwracała na nią uwagi.

– Przyznaję się do wszystkich zarzucanych mi przestępstw – powiedział Jacin, na powrót zwracając uwagę Winter – za wyjątkiem oskarżenia o zdradę.

Paznokcie Levany zabębniły o oparcie tronu.

– Wyjaśnij to.

Jacin stał prosto i dumnie, jakby miał na sobie mundur, jakby był na służbie, a nie stał przed sądem.

– Jak już powiedziałem wcześniej, nie pojmałem uciekinierki, gdy przebywałem w jej towarzystwie, ponieważ próbowałem ją przekonać, że jestem godny zaufania, aby zebrać informacje dla mojej królowej.

– Ach tak, szpiegowałeś ją i jej towarzyszy – odparła Levana. – Pamiętam tę wymówkę, którą posłużyłeś się, gdy cię schwytano. Pamiętam też, że nie miałeś dla mnie żadnych istotnych informacji, tylko same kłamstwa.

– Nie kłamstwa, moja królowo, choć przyznam, że nie doceniłem cyborga i jej umiejętności. Ukrywała je przede mną.

– To by było na tyle w kwestii zdobycia jej zaufania. – W głosie królowej zabrzmiała drwina.

– Wiedza o umiejętnościach cyborga nie była jedyną informacją, której poszukiwałem, moja królowo.

– Proponuję, byś przestał bawić się słowami. Moja cierpliwość dla ciebie już się kończy.

Serce Winter zamarło. Tylko nie Jacin. Nie mogła tu siedzieć i patrzeć, jak zabijają Jacina.

Postanowiła, że będzie negocjować jego ocalenie, choć ten plan miał niewątpliwą wadę. Co mogłaby położyć na szali? Nic poza własnym życiem, a tego Levana nie zaakceptuje.

Mogłaby wpaść w szał. W histerię. W tym momencie nie byłoby to wcale dalekie od prawdy, a mogłoby na jakiś czas odwrócić ich uwagę. Ale w ten sposób tylko opóźniłaby to, co nieuniknione.

Wielokrotnie w swoim życiu czuła się bezradna, ale nigdy aż tak.

W takim razie mogła zrobić tylko jedną rzecz. Rzuci się własnym ciałem przed ostrze.

Och, jakże Jacinowi się to nie spodoba.

Nieświadomy nowo podjętej decyzji Winter, Jacin pochylił głowę z szacunkiem.

– Podczas mojego pobytu u Linh Cinder zdobyłem informacje o urządzeniu, które może znieść działanie księżycowego daru, gdy podłączy się je do układu nerwowego danej osoby.

To wywołało szmer zainteresowania wśród dworzan. Wyprostowali się i pochylili do przodu.

– Niemożliwe – stwierdziła Levana.

– Linh Cinder miała dowody na jego skuteczność. Jak się dowiedziałem, to urządzenie chroniło bioelektryczność Ziemian przed zewnętrznym wpływem. Z kolei zamontowane u Księżycowego pozbawiłoby go możliwości korzystania z daru. Linh Cinder miała zainstalowane to urządzenie, gdy przybyła na bal Wspólnoty. Dopiero po tym, jak je zniszczono, mogła używać swojego daru… co widziałaś na własne oczy, moja królowo.

W jego słowach rozbrzmiała bezczelność. Levana zacisnęła pięści, aż zbielały jej knykcie.

– Ile tych hipotetycznych urządzeń istnieje?

– O ile mi wiadomo, jedynie to zniszczone urządzenie, które zamontowano wcześniej u cyborga. Ale sądzę, że nadal istnieją patenty lub projekty. Twórcą tego urządzenia był przybrany ojciec Linh Cinder.

Królowa poluźniła uścisk.

– To intrygująca informacja, Sir Clayu. Ale świadczy raczej o twojej desperackiej próbie ocalenia się, a nie o prawdziwej niewinności.

Jacin wzruszył nonszalancko ramionami.

– Jeśli o mojej lojalności nie świadczy sposób, w jaki radziłem sobie z wrogiem, zdobywając te informacje i ostrzegając taumaturgiczkę Mirę o spisku mającym na celu porwanie cesarza Kaito, to nie wiem, jakie inne dowody mógłbym ci przedstawić, moja królowo.

– Tak, tak, ta anonimowa wskazówka na temat planów Linh Cinder, którą otrzymała Sybil. – Levana westchnęła. – Uważam, że to niezwykle wygodne, że nikt inny nie widział tego koma, który, jaktwierdzisz, wysłałeś Sybil… prócz niej samej, a ona, jak wiemy, nie żyje.

Po raz pierwszy wydawało się, że Jacin stracił zimną krew pod gniewnym spojrzeniem królowej. Nadal nie patrzył na Winter.

Królowa odwróciła się do Jerrika Solisa, kapitana jej straży. Podobnie jak wielu strażników królowej, Jerrico sprawiał, że Winter czuła się nieswojo; często nawiedzały ją wizje, w których jego pomarańczoworude włosy stawały w płomieniach, a jego ciało płonęło, aż nie zostawało z niego nic prócz tlącego się węgla.

– Towarzyszyłeś Sybil, gdy tego dnia zaatakowała statek wroga, ale mówiłeś, że Sybil nie wspominała o otrzymaniu takiego koma. Czy masz coś do dodania?

Jerrico zrobił krok do przodu. Wrócił z ich wyprawy na Ziemię ze sporą ilością siniaków, które powoli zaczęły już znikać.

– Moja królowo, taumaturgiczka Mira wydawała się pewna, że znajdziemy Linh Cinder na tym dachu, ale nie wspominała o tym, że otrzymała jakieś informacje z zewnątrz, anonimowe czy też nie. Kiedy statek wylądował, taumaturgiczka Mira sama nakazała aresztowanie Jacina Claya.

Brwi Jacina drgnęły.

– Pewnie nadal miała mi za złe, że ją postrzeliłem. – Przerwał, po czym kontynuował: – Na swoją obronę dodam, że zrobiłem to, będąc pod kontrolą Linh Cinder.

– Wygląda na to, że masz sporo do powiedzenia w swojej obronie – stwierdziła Levana.

Jacin nie odpowiedział. Był najspokojniejszym więźniem, jakiego Winter kiedykolwiek widziała – on, który lepiej niż ktokolwiek inny wiedział, jakie straszne rzeczy działy się na tej podłodze, dokładnie w miejscu, w którym stał. Levana powinna być rozwścieczona jego zuchwałością, ale wydawała się jedynie zamyślona.

– Czy mogę zabrać głos, moja królowo?

Tłum zaszemrał i Winter potrzebowała chwili, by zrozumieć, kto się odezwał. To był strażnik. Jedna z niemych ozdób pałacu. Rozpoznała go, ale nie znała jego imienia.

Levana spojrzała na niego gniewnie, a Winter wyobrażała sobie, jak królowa kalkuluje, czy powinna udzielić pozwolenia, czy raczej ukarać mężczyznę za odezwanie się. W końcu powiedziała:

– Jak się nazywasz i dlaczego odważasz się przerwać tę rozprawę?

Strażnik wystąpił naprzód, wpatrując się w ścianę, jak zawsze.

– Nazywam się Liam Kinney, moja królowo. Brałem udział w akcji odzyskania ciała taumaturgiczki Miry.

Rzucił pytające spojrzenie w stronę Jerrika, który potwierdził skinieniem głowy.

– Kontynuuj – powiedziała Levana.

– Gdy ją znaleźliśmy, pani Mira była w posiadaniu ekraportu. Choć został zniszczony w czasie upadku, został dodany do materiałów dowodowych w sprawie jej zabójstwa. Zastanawiam się, czy ktokolwiek spróbował odzyskać wspomniany kom.

Levana przeniosła uwagę na Aimery’ego, którego twarz zmieniła się w maskę, którą Winter potrafiła rozpoznać. Im przyjaźniej wyglądał, tym bardziej był zirytowany.

– W istocie, udało nam się uzyskać dostęp do ostatnich wiadomości. Właśnie miałem przedstawić to jako dowód.

Było to kłamstwo, które dało Winter nadzieję. Aimery był doświadczonym kłamcą, zwłaszcza gdy służyło to jego interesom. I nienawidził Jacina. Nie ujawniłby niczego, co mogłoby pomóc Jacinowi.

Nadzieja. Słaba, wątła, żałosna nadzieja.

Aimery skinął w stronę drzwi, przez które wsunął się sługa. Niósł na tacy roztrzaskany ekraport i węzeł holograficzny.

– To jest ekraport, o którym wspomniał Sir Kinney. Nasze dochodzenie potwierdziło, że tego dnia wysłano do Sybil Miry anonimowy komunikat.

Służący włączył hologram i na środku pokoju zamigotał hologram. Jacin zbladł za nim niczym widmo. Hologram wyświetlał prosty komunikat tekstowy.

Linh Cinder planuje porwać cesarza.

Ucieczka planowana jest z dachu północnej wieży o zachodzie słońca.

Tak dużo istotnych szczegółów w tak nielicznych słowach. To było dokładnie w stylu Jacina.

Levana odczytała tekst, mrużąc oczy.

– Dziękuję ci, Sir Kinneyu, za zwrócenie naszej uwagi na tę sprawę. – Co znaczyło, że nie dziękuje Aimery’emu.

Strażnik Kinney skłonił się i wrócił na swoje miejsce. Jego nieodgadnione spojrzenie spoczęło na chwilę na Winter, po czym na powrót wpatrzył się w ścianę.

Levana kontynuowała:

– Przypuszczam, Sir Clayu, że powiesz mi teraz, że to był kom, który wysłałeś.

– Owszem.

– Czy masz jeszcze coś do dodania, zanim ogłoszę mój werdykt?

– Nic, moja królowo.

Levana oparła się wygodniej. W sali zapadła cisza; wszyscy oczekiwali na decyzję królowej.

– Jak sądzę, moja pasierbica życzyłaby sobie, żebym cię oszczędziła.

Jacin nie zareagował, ale Winter skrzywiła się, słysząc wyniosłość w głosie macochy.

– Proszę, macocho – wyszeptała, a słowa z trudem spadały z jej spierzchniętego języka. – To przecież Jacin. On nie jest naszym wrogiem.

– Twoim pewnie nie – powiedziała Levana. – Ale ty jesteś tylko głupią, naiwną dziewczyną.

– Wcale nie. Jestem fabryką produkującą krew i krwinki, a moja maszyneria powoli zamarza…

Dworzanie wybuchnęli śmiechem i Winter wycofała się. Nawet wargi Levany drgnęły, choć pod jej rozbawieniem kryła się irytacja.

– Podjęłam decyzję – oznajmiła, a jej donośny głos sprawił, że zapadła cisza. – Postanowiłam pozwolić więźniowi żyć.

Winter wyrwał się okrzyk ulgi. Przycisnęła dłoń do ust, ale było już za późno, by stłumić dźwięk.

Wśród zgromadzonych rozległy się kolejne chichoty.

– Masz jeszcze jakieś uwagi, księżniczko? – wycedziła Levana przez zęby.

Winter opanowała emocje na tyle, na ile potrafiła.

– Nie, moja królowo. Twoje decyzje są zawsze mądre i ostateczne, moja królowo.

– Jeszcze nie skończyłam. – Głos królowej stwardniał, gdy zwróciła się z powrotem do Jacina. – Twoja nieudolność zabicia lub pojmania Linh Cinder nie ujdzie ci płazem, ponieważ twoja niekompetencja doprowadziła do porwania mojego narzeczonego. Za tę zbrodnię skazuję cię na trzydzieści batów, które wymierzysz sobie własnoręcznie na głównym podwyższeniu, po czym odbędziesz czterdzieści godzin pokuty. Twój wyrok zostanie wykonany jutro o świcie.

Winter wzdrygnęła się, ale ta kara nie mogła pozbawić jej uczucia trzepoczącej ulgi w żołądku. On nie umrze. Nie była wcale dziewczyną z lodu i szkła, tylko dziewczyną ze słonecznego blasku i gwiezdnego pyłu, bo Jacin nie umrze.

– I, Winter…

Dziewczyna z powrotem skupiła uwagę na macosze, która przyglądała się jej z pogardą.

– Jeśli spróbujesz przynieść mu jedzenie, to każę uciąć mu język jako zapłatę za twoją dobroć.

Winter skuliła się na swoim krześle. Drobny promyk słońca zgasł w jej wnętrzu.

– Tak jest, moja królowo.

3

Winter obudziła się na wiele godzin przed tym, jak światło rozświetliło sztuczne niebo kopuły. Prawie nie spała. Nie poszła oglądać, jak Jacin wymierza sobie karę, bo wiedziała, że gdyby ją zobaczył, powstrzymywałby się od okrzyków bólu. Nie chciałaby mu tego zrobić. Niech krzyczy. I tak był silniejszy niż ktokolwiek z nich.

Posłusznie skubała marynowane mięso i sery, które przyniesiono jej na śniadanie. Pozwoliła, by służące wykąpały ją i ubrały w jasnoróżowy jedwab. Wytrzymała całą sesję z Mistrzem Germanem, taumaturgiem trzeciego stopnia i jej wieloletnim nauczycielem. Udawała, że próbuje używać swojego daru i przepraszała, kiedy robiła to zbyt mocno albo kiedy była za słaba. Nie wyglądał, jakby mu to przeszkadzało. W każdym razie spędzał większość spotkań, wpatrując się w nią z opadniętą szczęką, choć Winter nie wiedziała, czy choć raz zdołała naprawdę go zauroczyć.

Sztuczny dzień nadszedł i minął; jedna ze służących przyniosła jej kubek ciepłego mleka z cynamonem, poprawiła jej łóżko i wreszcie Winter została sama.

Jej serce waliło w oczekiwaniu.

Wślizgnęła się w lekkie, lniane spodnie i luźną bluzkę, naciągnęła na nie nocną szatę, by wyglądać, jakby miała pod spodem piżamę. Myślała o tym przez cały dzień; plan kształtował się w jej umyśle niczym maleńkie, łączące się ze sobą kawałki układanki. Jej świadoma determinacja dławiła wszelkie halucynacje.

Zmierzwiła włosy, by wyglądała, jakby obudziła się z głębokiego snu, zgasiła światła i wspięła się na łóżko. Uderzyła czołem w zwisający żyrandol, wzdrygnęła się i zrobiła krok w tył, łapiąc równowagę na grubym materacu.

Winter przygotowała się, nabierając powietrza pełnego planów.

Policzyła do trzech.

I wrzasnęła.

Wrzeszczała, jakby skrytobójca wbijał jej nóż w brzuch.

Wrzeszczała, jakby tysiąc ptaków rozdziobywało jej ciało.

Wrzeszczała, jakby pałac stanął w ogniu wokół niej.

Strażnik, który pełnił wartę przy jej drzwiach, wpadł do środka z bronią w ręku. Winter nadal krzyczała. Potykając się o poduszki, oparła się plecami o zagłówek i wbiła palce we włosy.

– Księżniczko! O co chodzi? Co się stało? – Omiótł spojrzeniem pogrążony w mroku pokój w poszukiwaniu intruza lub zagrożenia.

Sięgnęła ręką za siebie i wbiła paznokcie w tapetę, drąc ją na strzępy. Teraz było jej łatwiej uwierzyć we własne przerażenie. Wokół niej pojawiały się widma i mordercy.

– Księżniczko! – Do pokoju wpadł kolejny strażnik. Zapalił światło i Winter skuliła się przed blaskiem. – Co się dzieje?

– Nie wiem. – Pierwszy strażnik przeszedł przez pokój i wyjrzał przez okno, odchylając zasłony.

– Potwór! – wrzasnęła Winter, podkreślając to słowo szlochem. – Obudziłam się, a on stał nad moim łóżkiem. To był jeden z… jeden z żołnierzy królowej!

Strażnicy wymienili spojrzenia i wiadomość, którą sobie przekazali, była jasna nawet dla Winter.

Nic się nie dzieje. Po prostu jest wariatką.

– Wasza Wysokość… – zaczął drugi strażnik, podczas gdy trzeci pojawił się w progu.

Dobrze. Z zasady tylko trzech strażników pilnowało tego korytarza, który prowadził od jej sypialni do głównych schodów.

– Poszedł tamtędy! – Winter wskazała na swoją garderobę, osłaniając się drugą ręką. – Proszę! Proszę, nie pozwólcie mu uciec. Proszę, znajdźcie go!

– Co się stało? – zapytał nowo przybyły strażnik.

– Ona myśli, że widziała jednego ze zmutowanych żołnierzy – mruknął drugi strażnik.

– Był tu! – wrzasnęła, czując, jak słowa rozrywają jej gardło. – Dlaczego mnie nie chronicie? Dlaczego tak stoicie? Idźcie go znaleźć!

Pierwszy ze strażników wyglądał na zirytowanego, jakby ta farsa przerwała mu coś ciekawszego niż stanie na korytarzu i patrzenie w ścianę. Schował broń, ale oświadczył z mocą:

– Oczywiście, księżniczko. Znajdziemy tego intruza i zadbamy o twoje bezpieczeństwo.

Skinął na drugiego strażnika i obaj ruszyli w stronę garderoby.

Winter przyczaiła się na łóżku i zwróciła się do trzeciego strażnika.

– Musisz iść z nimi – nalegała słabym, drżącym głosem. – To był potwór… ogromny… z przerażającymi kłami i pazurami, które rozerwą ich na strzępy. Nie pokonają go sami, a jeśli polegną… – Jej słowa zmieniły się w pełne przerażenia zawodzenie. – Przyjdzie tu po mnie i nie będzie nikogo, kto zdołałby go powstrzymać. Nikt mnie nie uratuje! – Szarpała się za włosy, a jej ciałem wstrząsały drgawki.

– Dobrze już, dobrze. Oczywiście, Wasza Wysokość. Poczekaj tu i… postaraj się uspokoić.

Ruszył za towarzyszami. Wydawał się zadowolony z faktu, że może zostawić szaloną księżniczkę samą.

Gdy tylko zniknął, Winter wyskoczyła z łóżka i ściągnęła koszulę nocną, którą cisnęła na krzesło.

– W garderobie nikogo nie ma! – zawołał jeden ze strażników.

– Szukajcie dalej! – odkrzyknęła. – Wiem, że tam jest!

Chwyciła prosty kapelusz i buty, które przygotowała wcześniej przy drzwiach, po czym wybiegła.

W przeciwieństwie do jej osobistych strażników, którzy wypytywaliby ją bez końca, a potem uparli się, by eskortować ją w drodze do miasta, ludzie, którzy pilnowali wież na zewnątrz, prawie się nie przejęli, gdy poprosiła o otwarcie bramy. Bez strażników i pięknych sukni, z potarganymi włosami i ukrytą twarzą, mogła uchodzić za jedną ze służek.

Gdy tylko znalazła się za bramą, ruszyła biegiem.

Po wykafelkowanych ulicach miasta kręcili się arystokraci w pięknych szatach, śmiejąc się i flirtując. Światło wylewało się z otwartych drzwi, muzyka płynęła nad parapetami, wszędzie unosił się zapach jedzenia. Rozlegał się brzęk kieliszków, a w spowitych mrokiem uliczkach całowały się i wzdychały cieniste postacie.

Miasto zawsze tak wyglądało. Frywolność i rozkosze. Białe miasto Artemisja – ich prywatny, mały raj pod ochronną kopułą szkła.

W centrum tego wszystkiego znajdowało się podwyższenie – okrągła platforma, na której wystawiano przedstawienia i prowadzono licytacje. Często przyciągała rodziny z okolicznych rezydencji, oferując noc hulanek przy widowiskach pełnych iluzji i sprośnego humoru.

Publiczne upokorzenia i kary często znajdowały się na afiszu.

Winter dyszała ciężko, jednocześnie oszołomiona i zawstydzona własnym sukcesem, gdy podest pojawił się przed jej oczami. Dostrzegła go; tęsknota przepełniająca jej wnętrze sprawiła, że zmiękły jej kolana. Musiała zwolnić, by złapać oddech.

Siedział zwrócony tyłem do ogromnego zegara słonecznego, który znajdował się na środku podwyższenia – instrumentu równie bezużytecznego, co fascynującego w te długie noce. Nagie ramiona miał związane sznurami, brodę opierał na piersi, a blade włosy zasłaniały mu twarz. Winter zbliżyła się i ujrzała ślady biczowania, przecinające jego klatkę piersiową i brzuch, pokryte zaschniętą krwią. Na plecach miał ich jeszcze więcej. Dłonie pokrywały mu pęcherze od ściskania bicza. Levana nazwała to własnoręcznie wymierzoną karą, ale wszyscy wiedzieli, że Jacina będzie wtedy kontrolował taumaturg. Nie było w tym nic własnoręcznego.

Winter słyszała, że Aimery zgłosił się na ochotnika do tego zadania. Musiał napawać się każdą raną.

Jacin podniósł głowę, gdy dotarła do krawędzi podestu. Ich spojrzenia spotkały się; Winter patrzyła na mężczyznę, który został pobity i związany, którego wyśmiewano i dręczono przez cały dzień, i przez chwilę była pewna, że zdołali go złamać. Kolejna z zepsutych zabawek królowej.

Ale wtedy jeden kącik jego ust uniósł się, a uśmiech ogarnął jego uderzająco niebieskie oczy – tak jasny i przyjazny jak wschodzące słońce.

– Cześć, Kłopociku – powiedział, opierając się o zegar słoneczny.

Po tych słowach całe przerażenie z ostatnich tygodni zniknęło. Był żywy. Był w domu. I nadal był Jacinem. Wdrapała się na podest.

– Masz pojęcie, jak się martwiłam? – zapytała, podchodząc bliżej. – Nie wiedziałam, czy żyjesz, czy jesteś zakładnikiem, czy może zostałeś pożarty przez któregoś z żołnierzy królowej. To, że nie wiedziałam, doprowadzało mnie do szaleństwa.

Spojrzał na nią, unosząc brew.

Odpowiedziała mu spojrzeniem spode łba.

– Nie komentuj tego.

– Gdzieżbym śmiał.

Rozprostował ramiona na tyle, na ile pozwalały mu więzy. Jego rany otworzyły się od wysiłku, a twarz wykrzywił mu grymas bólu, ale tylko na chwilę.

Winter udała, że tego nie widzi, i usiadła przed nim ze skrzyżowanymi nogami, przyglądając się jego obrażeniom. Chciała go dotknąć. Przerażało ją to. Przynajmniej to się nie zmieniło.

– Czy to bardzo boli?

– Lepsze to niż tkwić na dnie jeziora. – Uśmiechnął się krzywo spękanymi ustami. – Jutro wieczorem przeniosą mnie do zbiornika hibernacyjnego. Pół dnia i będę jak nowy. – Zmrużył oczy. – Zakładam, że nie przyszłaś tu, by przynieść mi jedzenie. Wolałbym zachować język tam, gdzie mam go teraz, dziękuję bardzo.

– Nie przyniosłam jedzenia. Tylko przyjazną twarz.

– Przyjazną. – Zmierzył ją wzrokiem, nadal uśmiechając się spokojnie. – To mało powiedziane.

Pochyliła głowę i odwróciła się, by ukryć trzy blizny przecinające jej prawy policzek. Przez całe lata wierzyła, że ludzie wpatrują się w nią dlatego, że te blizny budzą w nich obrzydzenie. Niespodziewany błąd w ich doskonałym świecie. Ale wtedy pokojówka uświadomiła jej, że nie są zniesmaczeni, tylko zachwyceni. Powiedziała, że te blizny sprawiły, że Winter wydawała się interesująca i, co dziwne, jeszcze piękniejsza. Piękna. Było to słowo, które Winter słyszała przez całe życie. Piękne dziecko, piękna dziewczynka, piękna młoda dama, taka piękna, zbyt piękna… A spojrzenia, które towarzyszyły temu słowu, zawsze sprawiały, że chciała przywdziać woal tak jak macocha i ukryć się przed szeptami patrzących.

Jacin był jedynym człowiekiem, który potrafił sprawić, że czuła się piękna bez wrażenia, że to coś złego. Nie przypominała sobie, by kiedykolwiek użył tego słowa albo prawił jej jakieś komplementy, jeśli o to chodzi. Krył to za beztroskimi żartami, które sprawiały, że jej serce biło mocniej.

– Nie drażnij się ze mną – powiedziała, zirytowana tym, jak na nią patrzył… jak zawsze na nią patrzył.

– Nie drażniłem się – odparł z całkowitą nonszalancją.

W odpowiedzi Winter nachyliła się i uderzyła go w ramię.

Wzdrygnął się, a ona wciągnęła powietrze, nagle przypominając sobie o jego ranach. Ale Jacin zachichotał tylko ciepło.

– To nie jest uczciwa walka, księżniczko.

Powstrzymała przeprosiny, które rosły jej w gardle.

– Najwyższy czas, żebym zdobyła jakąś przewagę.

Jacin rozejrzał się po ulicy.

– Gdzie jest twój strażnik?

– Został w tyle. Szuka potwora w mojej szafie.

Jego słoneczny uśmiech ustąpił miejsca rozdrażnieniu.

– Księżniczko, nie możesz wychodzić sama. Gdyby coś ci się stało…

– Kto miałby mnie skrzywdzić, tu, w mieście? Każdy wie, kim jestem.

– Wystarczy jeden idiota, zbyt przyzwyczajony do tego, że zawsze dostaje, czego chce, i zbyt pijany, by się kontrolować.

Zaczerwieniła się i zacisnęła zęby.

Jacin zmarszczył brwi, natychmiast żałując swoich słów.

– Księżniczko…

– Będę biegła całą drogę do pałacu. Nic mi nie będzie.

Westchnął, a ona zaczęła sobie wyrzucać, że nie przyniosła jakiejś maści leczniczej na jego rany. Levana nie mówiła nic o lekach. Patrzyła na niego, jak siedział związany i bezbronny – i półnagi, nawet jeśli była to poraniona półnagość – i widok ten sprawiał, że jej palce drgały w dziwny sposób.

– Chciałam być z tobą sam na sam – wyznała, wpatrując się w jego twarz. – Nigdy nie mamy okazji, żeby być sami.

– Bycie sam na sam z młodym mężczyzną o podejrzanych intencjach nie przystoi siedemnastoletniej księżniczce.

Zaśmiała się.

– A co z młodym mężczyzną, który był jej najlepszym przyjacielem, jeszcze zanim nauczyła się chodzić?

Potrząsnął głową.

– Tacy są najgorsi.

Parsknęła śmiechem – prawdziwym śmiechem, który znów rozświetlił twarz Jacina.

Ale nastrój był słodko-gorzki. Prawda była taka, że Jacin dotykał jej tylko wtedy, gdy pomagał jej pokonać halucynacje. W innych sytuacjach nie dotykał jej od lat – odkąd skończyła czternaście lat, a on szesnaście, kiedy to z dość żenującym skutkiem próbowała nauczyć go Walca Zaćmienia.

Teraz sprzedałaby choćby Drogę Mleczną, żeby tylko jego intencje były mniej honorowe.

Jej uśmiech nieco przygasł.

– Tęskniłam za tobą – powiedziała.

Opuścił wzrok i poruszył się, próbując znaleźć nieco wygodniejszą pozycję na zegarze słonecznym. Zaciskał zęby, żeby nie zobaczyła, jak bardzo boli go każdy, nawet najmniejszy ruch.

– Jak twoja głowa? – zapytał.

– Wizje przychodzą i odchodzą – odparła. – Ale nie wydaje mi się, żeby się pogorszyło.

– Miałaś dziś jakąś?

Zaczęła skubać małą, źle utkaną nitkę, wystającą z jej lnianych spodni.

– Nie, nie od wczorajszej rozprawy. Zamieniłam się w dziewczynę z lodu, a Aimery stracił głowę. Dosłownie.

– Nie miałbym nic przeciwko, gdyby ta ostatnia wizja się sprawdziła.

Spróbowała go uciszyć.

– Naprawdę. Nie podoba mi się, jak on na ciebie patrzy.

Winter obejrzała się przez ramię, ale dziedziniec wokół podestu był pusty. Tylko odległy szum muzyki i śmiechów przypominał jej, że znajdowali się w środku metropolii.

– Wróciłeś na Księżyc – przypomniała mu. – Musisz uważać na to, co mówisz.

– Pouczasz mnie w sprawie tego, jak zachowywać pozory?

– Jacinie…

– Na tym placu są trzy kamery. Dwie na latarniach za tobą, jedna na dębie za zegarem słonecznym. Żadna z nich nie rejestruje dźwięku. Chyba że zaczęła zatrudniać teraz ludzi, którzy czytają z ruchu warg?

Winter spojrzała na niego nerwowo.

– Jak możesz być tego taki pewny?

– Nadzór był jedną ze specjalności Sybil.

– Niemniej królowa mogła cię wczoraj zabić. Musisz być ostrożny.

– Wiem, księżniczko. Nie zamierzam wrócić do sali tronowej inaczej niż jako lojalny strażnik.

Hałas nad ich głowami zwrócił uwagę Winter. Za kopułą niknęły światła tuzina statków kosmicznych, które przemierzały upstrzone gwiazdami niebo. Kierowały się w stronę Ziemi.

– Żołnierze – mruknął Jacin. Winter nie potrafiła ocenić, czy było to pytanie, czy stwierdzenie faktu. – Jak przebiegają działania wojenne?

– Nikt mi nic nie mówi. Ale Jej Wysokość wydaje się zadowolona z naszych zwycięstw… Choć wciąż się wścieka o zaginionego cesarza i odwołany ślub.

– Nie odwołany. Tylko opóźniony.

– Spróbuj jej to powiedzieć.

Jęknął.

Winter pochyliła się ku niemu, opierając się na łokciach i podpierając podbródek na dłoniach.

– Czy ten cyborg naprawdę ma urządzenie, o którym mówiłeś? Które może sprawić, że nie da się manipulować ludźmi?

W oczach Jacina rozbłysło światełko, jakby przypomniała mu o czymś ważnym, ale kiedy próbował pochylić się ku niej, powstrzymały go więzy. Skrzywił się i zaklął pod nosem.

Winter przysunęła się bliżej, by zmniejszyć dzielący ich dystans.

– To nie wszystko – powiedział. – Podobno to urządzenie może uniemożliwić Księżycowym korzystanie z ich daru.

– Tak, wspominałeś o tym w sali tronowej.

Wbił w nią spojrzenie.

– I może chronić ich umysły. Powiedziała, że to sprawia, że nie…

Że nie wariują.

Nie musiał mówić tego na głos, nie teraz, gdy jego twarz wyrażała tak wielką nadzieję, jakby nagle rozwiązał największy problem świata. Jego myśl zawisła między nimi.

Takie urządzenie mogłoby ją uleczyć.

Winter zwinęła palce w pięści i ułożyła je wygodniej pod brodą.

– Mówiłeś, że nie ma więcej takich urządzeń.

– Nie. Ale jeśli zdołalibyśmy znaleźć gdzieś plany tego wynalazku… Sam fakt, że to możliwe…

– Królowa zrobi wszystko, by nie powstały kolejne.

Jego twarz pociemniała.

– Wiem, ale musiałem jej coś zaoferować. Gdyby tylko Sybil mnie nie aresztowała, niewdzięczna wiedźma… – Winter uśmiechnęła się na te słowa, a gdy Jacin to zauważył, jego irytacja opadła. – Nieważne. Teraz, gdy wiem, że to możliwe, znajdę sposób, by to zrobić.

– Wizje nie są takie złe, gdy jesteś obok. Teraz będzie lepiej, skoro już wróciłeś.

Zacisnął szczękę.

– Przykro mi, że musiałem wyjechać. Pożałowałem tego, jak tylko zdałem sobie sprawę z tego, co zrobiłem. To stało się tak szybko, a potem nie mogłem do ciebie wrócić. Ja po prostu… porzuciłem cię tutaj. Z nią. Z nimi.

– Nie porzuciłeś mnie. Wzięli cię do niewoli. Nie miałeś wyboru.

Jacin odwrócił wzrok.

Winter wyprostowała się.

– Nie manipulowali tobą?

– Nie przez cały czas – wyszeptał, jakby wyznawał jej sekret. – Postanowiłem stanąć po ich stronie, gdy wraz z Sybil weszliśmy na jej statek.

Na jego obliczu malowało się poczucie winy. To był tak niezwykły u niego wyraz twarzy, że Winter nie była pewna, czy dobrze go interpretowała.

– A potem ich zdradziłem. – Uderzył głową o zegar słoneczny, mocniej niż to było konieczne. – Jestem takim idiotą. Powinnaś mnie nienawidzić.

– Może i jesteś idiotą, ale zapewniam cię, że takim całkiem uroczym.

Potrząsnął głową.

– Jesteś jedyną osobą w całej galaktyce, która kiedykolwiek mogłaby mnie nazwać uroczym.

– Jestem jedyną osobą w całej galaktyce, która jest wystarczająco szalona, by w to uwierzyć. A teraz powiedz mi, co takiego zrobiłeś, że powinnam zacząć cię nienawidzić.

Z trudem przełknął ślinę.

– Ten cyborg, którego szuka Jej Wysokość…

– Linh Cinder.

– Tak. Cóż, myślałem, że jest po prostu jakąś szaloną dziewczyną, która wybrała się w misję samobójczą, rozumiesz? Doszedłem do wniosku, że zabije nas wszystkich tymi swoimi urojeniami dotyczącymi porwania cesarza i obalenia królowej… Gdy się jej słuchało, każdy by tak pomyślał. Więc uznałem, że raczej zaryzykuję i wrócę do ciebie, jeśli będę mógł. Niech sama się zabije.

– Ale Linh Cinder naprawdę porwała cesarza. I uciekła.

– Wiem. – Podniósł wzrok na Winter. – Sybil wzięła w niewolę jedną z jej przyjaciółek, dziewczynę imieniem Scarlet. Nie sądzę, żebyś…

Winter rozpromieniła się.

– Ależ tak. Królowa dała mi ją jako zwierzątko. Trzyma ją w menażerii. Bardzo ją lubię. – Zmarszczyła czoło. – Chociaż nie wiem, czy ona zdecydowała się mnie polubić, czy też nie.

Wzdrygnął się przez jakiś niespodziewany ból i spędził chwilę, próbując wygodniej się ułożyć.

– Czy możesz przekazać jej wiadomość ode mnie?

– Oczywiście.

– Musisz być ostrożna. Nie powiem ci, jeśli nie dasz rady zachować dyskrecji… dla własnego dobra.

– Zachowam dyskrecję.

Jacin spojrzał na nią sceptycznie.

– Zachowam. Będę skryta niczym szpieg. Tak skryta jak ty. – Winter przysunęła się jeszcze bliżej.

Ściszył głos, jakby nagle nie był już pewien, czy te kamery nie rejestrują dźwięku.

– Powiedz jej, że po nią przyjdą.

Winter zagapiła się na niego.

– Przyjdą… przyjdą tutaj?

Przytaknął ledwie dostrzegalnym skinieniem głowy.

– Myślę, że mogą mieć szansę.

Winter zmarszczyła brwi. Wyciągnęła rękę i wsunęła Jacinowi za uszy kosmyki jego poklejonych potem i brudem włosów. Napiął się, czując jej dotyk, ale się nie odsunął.

– Jacinie Clayu, mówisz zagadkami.

– Linh Cinder. – Jego głos był teraz cichy jak westchnienie, więc Winter pochyliła się jeszcze bardziej, by go usłyszeć. Pasmo jej włosów spadło na jego ramię. Oblizał wargi. – Ona… to Selene.

Czuła, jak każdy mięsień w jej ciele się napina. Cofnęła się.

– Gdyby Jej Wysokość usłyszała, co powiedziałeś…

– Nie powiem nikomu. Ale tobie musiałem powiedzieć. – Zmrużył oczy ze współczuciem. – Wiem, że ją kochałaś.

Serce Winter waliło.

– Moja Selene?

– Tak. Ale… Przykro mi, księżniczko. Nie sądzę, by cię pamiętała.

Winter zamrugała, pozwalając, by marzenia wypełniły ją na jedną mglistą chwilę. Selene, żywa. Jej kuzynka, jej przyjaciółka. Żywa.

Schowała głowę w ramiona, odrzucając nadzieję.

– Nie. Ona nie żyje. Byłam tam, Jacinie. Widziałam, co zostało po pożarze.

– Nie widziałaś jej.

– Znaleźli…

– Zwęglone ciało. Wiem.

– Stos popiołów w kształcie dziewczynki.

– To były tylko popioły. Posłuchaj, ja też w to nie wierzyłem, ale teraz już tak. – Kącik jego ust powędrował w górę, jakby poczuł dumę. – To nasza zaginiona księżniczka. I właśnie wraca do domu.

Ktoś odchrząknął za plecami Winter. Jej własny szkielet niemal wyskoczył z jej ciała. Obróciła się szybko, przewracając się na łokieć.

Jej osobisty strażnik stał obok podniesienia, patrząc na nią groźnie.

– O! – Serce trzepotało jej jak tysiąc zaskoczonych ptaszków, ale Winter przywołała na twarz pełen ulgi uśmiech. – Złapaliście potwora?

Strażnik nie odpowiedział jej uśmiechem, nawet się nie zaczerwienił, co było typową reakcją, gdy Winter rzucała komuś to konkretne spojrzenie. Zamiast tego jego prawa brew zaczęła drgać.

– Wasza Wysokość. Przyszedłem, by odprowadzić cię z powrotem do pałacu.

Winter wyprostowała się i założyła ręce na piersi.

– Oczywiście. To takie miłe, że się o mnie martwiłeś. – Zerknęła na Jacina, który obserwował strażnika nieufnie. Nic zaskakującego. Na każdego patrzył nieufnie. – Obawiam się, że jutrzejszy dzień będzie dla ciebie jeszcze trudniejszy, Sir Clayu. Spróbuj o mnie pomyśleć, gdy będziesz mógł.

– Spróbować, księżniczko? – Uśmiechnął się do niej. – Nie wydaje mi się, żebym zdołał myśleć o czymkolwiek innym.

4

Cinder leżała na ziemi, wpatrując się w potężny silnik Rampiona z jego przewodami i obracając moduł podtrzymywania życia. Plany układów, które pobrała kilka tygodni temu, nałożyły się na jej wizję – ta cyborgiczna sztuczka przydawała się niezliczoną ilość razy, kiedy pracowała jako mechanik w Nowym Pekinie. Rozszerzyła plan, przybliżając widok cylindra długości jej ramienia. Był schowany pod ścianą maszynowni. Z obu jego stron wystawały kłęby przewodów.

– To w tym musi być problem – mruknęła, wyłączając plan.

Przesunęła się pod obracającym się modułem, zbierając ramionami koty kurzu, i usiadła. Było wystarczająco dużo miejsca, by mogła wcisnąć się pomiędzy labirynt przewodów, cewek, rurek i kabli.

Wstrzymując oddech, zbliżyła ucho do cylindra. Poczuła lodowaty chłód metalu na skórze.

Czekała. Słuchała. Podkręciła głośność swoich czujników dźwięku.

Usłyszała jedynie, jak otwierają się drzwi do maszynowni.

Obejrzawszy się, dostrzegła w żółtawym świetle wpadającym z korytarza szare spodnie wojskowego munduru. To mógł być ktokolwiek z załogi statku, ale te lśniące, czarne, eleganckie buty…

– Halo? – powiedział Kai.

Jej serce waliło – waliło za każdym razem.

– Tu, z tyłu.

Kai zamknął drzwi i przykucnął na drugim końcu pokoju, otoczony tłokami i wirującymi wentylatorami.

– Co robisz?

– Sprawdzam filtry tlenu. Jeszcze minutkę.

Z powrotem przycisnęła ucho do cylindra. Jest – słaby stukot, jakby w środku obijał się mały kamyk.

– Aha.

Wyjęła z kieszeni klucz i zaczęła poluzowywać nakrętki po obu stronach cylindra. Gdy go odkręciła, na statku zapanowała niesamowita cisza, jakby nagle ustało buczenie, którego wcześniej się nie zauważało.

Kai uniósł brwi.

Cinder zajrzała w głąb cylindra, po czym wsunęła do środka palce i wyciągnęła z niego skomplikowany filtr. Został wykonany z drobnych kanalików i szczelin, pokrytych cienką, szarą błoną.

– Nic dziwnego, że przy starcie tak trzęsło.

– Nie wydaje mi się, żebyś potrzebowała pomocy?

– Nie. Chyba że chcesz mi znaleźć miotłę.

– Miotłę?

Cinder uniosła filtr i uderzyła jednym jego końcem o rury nad głową. Chmura pyłu eksplodowała wokół niej, pokrywając jej włosy i ramiona. Cinder schowała nos w zgięcie łokcia i, krztusząc się, dalej waliła filtrem, aż wyrzuciła z niego największe kawałki osadu.

– Ach. Miotła. Może znajdę jakąś w kuchni? To znaczy, w kambuzie.

Cinder zamrugała, by strząsnąć z rzęs kurz, i uśmiechnęła się do niego. Zwykle był taki pewny siebie, że chwile, w których akurat ogarniało go zdenerwowanie, sprawiały, że wszystkie jej wnętrzności się wywracały. A ostatnio często się denerwował. Gdy tylko Kai obudził się na pokładzie Rampiona, stało się jasne, że znalazł się o dwanaście tysięcy kilometrów od swojego żywiołu, ale w ostatnich tygodniach dobrze się przystosowywał. Nauczył się terminologii, bez skargi jadł konserwowane i liofilizowane posiłki, wymienił swoje wyszukane, ślubne ubrania na standardowy wojskowy mundur, który nosili tu wszyscy. Upierał się, by pomagać, gdy tylko było to możliwe; nawet przygotował kilka pozbawionych smaku posiłków, choć jak zauważyła Iko, był ich cesarskim gościem, więc to oni powinni czekać na jego życzenia. Thorne zaśmiał się jednak, więc cała ta sugestia sprawiła, że Kai poczuł się jeszcze bardziej niezręcznie.

Choć Cinder nie potrafiła sobie wyobrazić, że mógłby abdykować i spędzić resztę życia na licznych podróżach kosmicznych i przygodach, był uroczy w swoich staraniach, by dopasować się do reszty.

– Żartowałam – powiedziała. – Maszynownie mają prawo być brudne.

Przyjrzała się filtrowi raz jeszcze i uznawszy, że jego stan jest zadowalający, wkręciła go z powrotem do cylindra i zamontowała na właściwym miejscu. Brzęczenie rozległo się znowu, ale stukot przypominający obijający się kamyk już się nie pojawił.

Cinder wypełzła spod modułu i plątaniny przewodów – najpierw pojawiły się jej stopy, potem reszta ciała. Wciąż przykucnięty Kai spojrzał na nią z góry i uśmiechnął się.

– Iko ma rację. Naprawdę nie potrafisz się nie ubrudzić przez dłużej niż pięć minut.

– To jest wpisane w ten zawód. – Usiadła, strzepując kłaczki kurzu z ramion.

Kai strzepnął kilka większych kawałków z jej włosów.

– Gdzie się tego nauczyłaś, tak w ogóle?

– Czego? Tego? Każdy by potrafił wyczyścić filtr tlenu.

– Uwierz mi, że nie każdy. – Oparł łokcie o kolana i zaczął wędrować spojrzeniem po maszynowni. – Wiesz, co to wszystko robi?

Podążyła za jego spojrzeniem – wszystkie kable, wszystkie kolektory, wszystkie cewki zapłonowe – i wzruszyła ramionami.

– Prawie. Nie wiem nic tylko o tej dużej, obracającej się rzeczy w rogu. Nie potrafię jej rozgryźć. Ale to nie może być nic ważnego, prawda?

Kai przewrócił oczami.

Cinder chwyciła się rury i podniosła się na nogi, po czym wepchnęła klucz z powrotem do kieszeni.

– Nigdzie się tego nie nauczyłam. Po prostu patrzę na różne rzeczy i rozpracowuję ich działanie. Kiedy już wiesz, jak coś działa, wiesz też, jak to naprawić.

Próbowała wytrząsnąć z włosów resztę kurzu, ale wydawało się, że jego zasoby są nieograniczone.

– Och, więc po prostu patrzysz na coś i rozpracowujesz, jak to działa – powtórzył Kai z kamienną twarzą, stając tuż obok. – I to wszystko?

Cinder poprawiła kucyk i wzruszyła ramionami, nagle zakłopotana.

– To tylko mechanika.

Kai objął ją w pasie i przyciągnął do siebie.

– Nie, to imponujące – powiedział i potarł policzek Cinder kciukiem, by coś z niego zetrzeć. – Nie mówiąc już o tym, że niepokojąco atrakcyjne – powiedział, po czym nakrył jej usta swoimi.

Cinder zesztywniała na moment, zanim poddała się pocałunkowi. Natłok uczuć był za każdym razem taki sam: łączył się ze zdziwieniem i falą zawrotów głowy. To był ich siedemnasty pocałunek (interfejs w jej mózgu prowadził listę, wbrew jej woli) i zastanawiała się, czy kiedykolwiek przywyknie do tego uczucia. Uczucia bycia pożądaną – po tym, jak spędziła całe życie, wierząc, że nikt nigdy nie zobaczy w niej nic poza dziwacznym eksperymentem naukowym.

A już na pewno, że nie ujrzy tego żaden chłopak.

A już na pewno nie Kai, który był mądry, honorowy i dobry, i mógłby mieć każdą dziewczynę, jakiej zapragnął. Każdą dziewczynę.

Westchnęła, zapadając się w jego objęcia. Kai chwycił rurę nad głową i przycisnął Cinder do głównej konsoli komputera. Nie stawiała oporu. Chociaż jej organizm nie pozwalał jej się rumienić, czuła nieznane ciepło, które zalewało każdy cal jej ciała, kiedy on znajdował się tak blisko. Każde zakończenie nerwowe strzelało iskrami i wibrowało, a ona wiedziała, że mógłby pocałować ją jeszcze siedemnaście tysięcy razy, a ona nigdy nie będzie miała tego dosyć.

Objęła go za szyję, przyciskając jego ciało do siebie. Ciepło jego piersi przeniknęło przez jej ubrania. Czuła, że tak właśnie powinno być. Że jest idealnie.

Ale potem pojawiało się uczucie, które zawsze czaiło się w jej świadomości, gotowe, by przysłonić jej szczęście. Wiedza, że to nie może trwać wiecznie.

Nie dopóki Kai był zaręczony z Levaną.

Wściekła na to, że ta myśl pojawiła się niczym intruz, pocałowała Kaia jeszcze mocniej, choć jej umysł nadal się buntował. Nawet jeśli im się uda i Cinder zdoła odzyskać swój tron, wszyscy będą oczekiwać, że zostanie na Księżycu jako ich nowa królowa. Nie była w tej kwestii ekspertem, ale domyślała się, że utrzymywanie relacji na dwóch różnych planetach może być problematyczne…

Ekhm, na planecie i księżycu.

A zresztą, nieważne.

Chodziło o to, że między nią a Kaiem będzie 384 000 kilometrów przestrzeni kosmicznej, a to jest bardzo dużo przestrzeni, i…

Kai uśmiechnął się, przerywając pocałunek.

– Coś nie tak? – wymruczał tuż przy jej ustach.

Cinder z powrotem oparła się o niego. Miał teraz nieco dłuższe włosy, wręcz rozczochrane. Jako książę zawsze miał niemal perfekcyjną fryzurę. Ale potem został cesarzem. Tygodnie, które minęły od jego koronacji, spędził na próbach powstrzymania wojny, ścigania poszukiwanego zbiega i unikania zawarcia małżeństwa, a także przetrwania własnego porwania. W tej sytuacji strzyżenie stało się luksusem, bez którego musiał sobie poradzić.

Zawahała się, po czym zapytała:

– Myślałeś kiedyś o przyszłości?

Na jego oblicze powróciła rozwaga.

– Oczywiście, że tak.

– A… czy ja byłam w tej przyszłości?

Spojrzał na nią ciepło. Puścił rurę, której się trzymał, i wsunął jej za ucho kosmyk włosów.

– To zależy od tego, czy akurat myślę o tej dobrej przyszłości, czy o tej złej.

Cinder wtuliła głowę w jego szyję.

– Przynajmniej w jednej z nich jestem.

– To się uda – powiedział Kai do jej włosów. – Zwyciężymy.

Kiwnęła głową, zadowolona, że nie może widzieć jej twarzy.

Pokonanie Levany i objęcie tronu na Księżycu było tylko początkiem galaktyki zmartwień. Tak bardzo chciałaby zostać tu, gdzie jest, w kokonie swojego statku kosmicznego, razem z nim – byliby bezpieczni i sami… Ale to było przeciwieństwo tego, co faktycznie miało się stać. Gdy obalą Levanę, Kai wróci do roli cesarza Wschodniej Wspólnoty i pewnego dnia będzie potrzebował cesarzowej.

Jej krew dawała jej prawo do władania Księżycem i mogła żywić nadzieję, że Księżycowi poprą kogokolwiek, kto nie jest Levaną, nawet nieudolną politycznie nastolatkę, która w 36,28% składa się z cybernetycznych materiałów produkcyjnych. Ale widziała uprzedzenia ludzi we Wspólnocie. Coś jej mówiło, że nie zaakceptowaliby takiej władczyni.

Nie miała nawet pewności, czy chciałaby być cesarzową. Dopiero przyzwyczajała się do myśli o byciu księżniczką.

– Nie wszystko naraz – wyszeptała, próbując uspokoić kłębiące się myśli.

Kai pocałował ją w skroń (jej mózg nie uznał tego za numer osiemnaście na liście), po czym się cofnął.

– Jak idą twoje treningi?

– Dobrze. – Wyplątała się z jego ramion i rozejrzała po maszynowni. – Och, hej, skoro już tu jesteś, może mógłbyś mi z tym pomóc? – Ominęła go i otworzyła panel w ścianie, odsłaniając wiązkę poplątanych kabli.

– To się nazywa subtelna zmiana tematu.

– Nie zmieniam tematu – odparła, choć nie mogła powstrzymać chrząknięcia, które temu przeczyło. – Zmieniam przewody elektryczne domyślnych ustawień orbitalnych, żeby systemy statku działały sprawniej, kiedy będziemy dryfować. Te statki towarowe są przeznaczone do częstych lądowań i startów, a nie do ciągłego…

– Cinder.

Wydęła usta i odłączyła kilka kabli.

– Treningi idą dobrze – powtórzyła. – Możesz mi podać te cążki do cięcia drutu z podłogi?

Kai rozejrzał się po podłodze, wybrał dwa narzędzia i podniósł je.

– To te w lewej ręce – powiedziała. Podał jej. – Potyczki z Wilkiem stały się dużo łatwiejsze. Ale trudno powiedzieć, czy to dlatego, że jestem coraz silniejsza, czy dlatego, że on… No, wiesz.

Nie znalazła na to słów. Wilk stał się cieniem dawnego siebie, odkąd porwano Scarlet. Jedyną rzeczą, dzięki której jeszcze się trzymał, była determinacja, by dotrzeć na Księżyc i uratować ją tak szybko, jak to możliwe.

– Tak czy inaczej – kontynuowała – sądzę, że nauczył mnie tyle na temat mojego księżycowego daru, ile było w jego mocy. Od teraz muszę improwizować. – Przyjrzała się plątaninie kabli, porównując je z diagramem, który wyświetlił się na jej wyświetlaczu siatkówkowym. – Jakby to nie była dotąd moja główna metoda. – Zmarszczyła brwi i wykonała kilka cięć. – Masz, potrzymaj te kable i pilnuj, żeby się nie stykały.

Kai oparł się o nią lekko i chwycił wskazane przewody.

– A co się stanie, jeśli się zetkną?

– Och, pewnie nic, ale jest niewielkie ryzyko, że doprowadzi to do samozniszczenia statku.

Wyciągnęła dwa świeżo odcięte kable i zaczęła splatać je w nową sekwencję.

Kai prawie nie oddychał, dopóki nie zabrała mu z dłoni jednego z niebezpiecznych przewodów.

– Dlaczego nie ćwiczysz na mnie? – zapytał.

– Czego nie ćwiczę?

– Wiesz. Tej twojej manipulacji umysłem.

Zamarła z obcążkami zawieszonymi nad niebieskim kablem.

– Bo nie.

– Dlaczego?

– Powiedziałam, że nigdy nie będę tobą manipulować, i trzymam się tego.

– To nie manipulacja, skoro wiem, że to robisz… – Zawahał się. – W każdym razie, nie sądzę. Może moglibyśmy używać jakiegoś hasła, żebym wiedział, kiedy mnie kontrolujesz. Na przykład… jak to się nazywa?

– Obcążki do kabli?

– Na przykład obcążki do kabli.

– Nie.

– To coś innego.

– Nie ćwiczę na tobie. – Wsunęła obcęgi do kieszeni, skończyła łączyć pozostałe kable i uwolniła Kaia od jego brzemienia. – Dobra, zobaczmy, jak to zadziała.

– Cinder, nie mam nic lepszego do roboty. Dosłownie, nic lepszego. Czas, który spędziłem na tym statku, udowodnił mi, że nie mam żadnych użytecznych zdolności. Nie potrafię gotować. Nie umiem niczego naprawić. Nie potrafię pomóc Cress z monitoringiem. Nie wiem nic o broni, o walkach, o… Zasadniczo jestem tylko dobrym mówcą, a to przydaje się tylko w polityce.

– Nie zapominajmy o twojej zdolności do sprawiania, że każda dziewczyna rozpływa się, gdy tylko się uśmiechniesz.

Kai potrzebował chwili, żeby jej komentarz przebił się przez jego frustrację, ale w końcu rozpromienił się i uśmiechnął.

– A, tak – powiedziała, zatrzaskując pokrywę panelu. – O tym właśnie mówiłam.

– Mówiłem poważnie, Cinder. Chcę być użyteczny. Chcę pomóc.

Odwróciła się do niego. Zmarszczyła brwi. Zastanowiła się.

– Obcążki do kabli – powiedziała.

Zesztywniał, po jego twarzy przesunął się cień zwątpienia. Ale potem podniósł głowę. Ufał jej.

Jak najdelikatniej trąciła wolę Kaia, zmuszając go, by wyciągnął rękę i wyjął z jej tylnej kieszeni klucz. Nie było to trudniejsze niż kontrolowanie własnych, cyborgicznych kończyn. Wystarczyłaby jedna myśl i mogłaby mu kazać zrobić cokolwiek.

Kai zamrugał, patrząc na narzędzie.

– Nie było tak źle.

– Och, Kai…

Zerknął na nią, a potem znowu na klucz; jego ręka, znowu poza jego kontrolą, uniosła narzędzie do poziomu oczu, a palce obracały klucz – nad jednym palcem, pod drugim. Najpierw wolno, potem szybciej, aż lśniący metal rozmył się niczym gadżet w magicznej sztuczce.

Kai wpatrywał się w to z fascynacją, ale Cinder dostrzegała też jego dyskomfort.

– Zawsze się zastanawiałem, jak to robisz.

– Kai.

Spojrzał na nią. Klucz nadal tańczył między jego palcami.

Wzruszyła ramionami.

– To zbyt proste. Mogłabym to robić, wspinając się na górę, albo… rozwiązując skomplikowane równanie matematyczne.

Zmrużył oczy.

– Przecież ty masz kalkulator w głowie.

Roześmiała się i uwolniła dłoń Kaia. Odskoczył, gdy klucz spadł z hukiem na podłogę. Uświadomił sobie, że znów ma kontrolę nad własnym ciałem, i pochylił się, by go podnieść.

– Nie ma o czym mówić – stwierdziła Cinder. – Z Wilkiem mam jakieś wyzwanie, wymaga ode mnie trochę skupienia, ale z Ziemianami…

– W porządku, rozumiem. Ale co mogę robić? Czuję się taki bezużyteczny, snując się po tym statku. Dokoła toczy się wojna, ty przygotowujesz plany, a ja tylko czekam.

Skrzywiła się, słysząc frustrację w jego głowie. Kai był odpowiedzialny za miliony ludzi i Cinder wiedziała, że czuł się, jakby ich porzucił, nawet jeśli nie miał wyboru. Bo ona nie dała mu wyboru.

Był dla niej miły. Od pierwszej kłótni, która wybuchła po tym, gdy obudził się na pokładzie Rampiona, starał się nie obwiniać jej za własne frustracje. Ale to była jej wina. On o tym wiedział, ona o tym wiedziała, i czasami mogło się wydawać, że tańczą jakiś skomplikowany taniec, do którego Cinder nie znała kroków. Oboje unikali mówienia o tej oczywistej prawdzie, żeby nie zakłócić wspólnego gruntu, który odkryli. Tego aż-nazbyt-niepewnego szczęścia, które znaleźli.

– Jedyna szansa, żebyśmy odnieśli sukces – zaczęła – to to, że uda ci się przekonać Levanę, by zorganizowała ślub na Księżycu. Na razie możesz się zastanawiać nad tym, jak to osiągnąć. – Pochyliła się ku niemu i pocałowała go delikatnie. (Osiemnaście.) – Na szczęście jesteś świetnym mówcą.

5

Scarlet przycisnęła się całym ciałem do stalowych prętów, próbując uchwycić gałąź, która zwisała tuż za klatką. Blisko… tak blisko. Pręt wbijał się jej w policzek. Pomachała palcami, muskając liść, i poczuła pod palcami korę… tak!

Zacisnęła dłoń na gałęzi. Cofnęła się w głąb klatki, przyciągając gałąź bliżej. Wysunęła drugą rękę za kraty i urwała trzy pokryte listkami gałązki, a potem ułamała kawałek głównej gałęzi i puściła resztę. Gałąź odskoczyła w górę i obsypała ją garściami małych, nieznanych jej orzechów.

Scarlet wzdrygnęła się i odczekała, aż drzewo przestanie się trząść, po czym wywróciła kaptur swojej czerwonej bluzy na lewą stronę i wytrząsnęła z niego orzechy, które ją zaatakowały. Trochę przypominały orzechy laskowe. Gdyby znalazła sposób na rozłupanie ich, mogłyby być niezłą przekąską na później.

Nagle jej uwagę przykuło delikatne skrobanie. Rozejrzała się po ścieżce biegnącej przez menażerię, spojrzała na białego wilka, który stał na tylnych łapach i wpatrywał się w kraty swojego więzienia.

Scarlet spędziła sporo czasu na marzeniu o tym, żeby Ryu przeskoczył nad tymi prętami. Jego zagroda sięgała mu mniej więcej do pasa, więc powinien pokonać ją bez problemu. Wtedy Scarlet mogłaby pogładzić jego futro i podrapać go za uszami. Cóż to by był za luksus, nawiązać z nim bliższy kontakt. Zawsze lubiła zwierzęta na farmie – przynajmniej dopóki nie nadchodził czas, żeby je zarżnąć i ugotować z nich jakąś smakowitą potrawkę – ale nigdy nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo ceniła sobie ich bezpośrednią sympatię, dopóki jej samej nie sprowadzono do roli zwierzęcia.

Niestety Ryu nie uciekłby ze swojego więzienia szybciej niż Scarlet. Księżniczka Winter twierdziła, że wszczepiono mu między łopatki czip, który boleśnie raził go prądem za każdym razem, gdy próbował przeskoczyć barierkę. Biedne stworzenie już dawno nauczyło się akceptować swoją siedzibę.

Scarlet wątpiła jednak, czy ona kiedykolwiek zaakceptuje swoją.

– To tyle – powiedziała, chwytając swój z trudem zdobyty skarb: trzy małe gałązki i jedną grubszą, pękniętą. Uniosła je, by wilk mógł je zobaczyć. Szczeknął i zatańczył radośnie wzdłuż ściany ogrodzenia. – Nie sięgnę po kolejne. Muszą ci na trochę wystarczyć.

Ryu zastrzygł uszami.

Scarlet podniosła się na kolana – to była najbliższa stojącej pozycja, jaką mogła osiągnąć w swojej klatce – przytrzymała się pręta nad głową, wycelowała i rzuciła jedną z mniejszych gałązek.

Ryu ruszył i złapał patyk w powietrzu. W parę sekund wrócił z nim do swojego stosu patyków i upuścił go na wierzch. Zadowolony przysiadł i wywiesił język.

– Dobra robota, Ryu. Cóż za pokaz powściągliwości. – Scarlet westchnęła i podniosła kolejny kij.

Ryu poderwał się akurat wtedy, gdy dziewczyna usłyszała kroki. Przysiadła na piętach, nagle spięta, ale poczuła ulgę, dostrzegając między łodygami egzotycznych kwiatów i opadającymi pnączami lejącą, kremową suknię. Chwilę później zza załomu ścieżki wyszła księżniczka z koszem w ręku.

– Witajcie, przyjaciele – powiedziała księżniczka Winter.

Ryu upuścił najnowszy patyk na stos i usiadł, wypinając pierś, jakby okazywał jej należny szacunek.

– Lizus. – Scarlet się skrzywiła.

Winter pochyliła głowę w stronę Scarlet. Kręcone, czarne włosy opadły jej na policzek, przysłaniając blizny.

– Co tam dziś dla mnie masz? – zapytała Scarlet. – Urojenia z mamrotaniem i obłęd na przystawkę? Czy może to jeden z twoich dobrych dni?

Księżniczka wyszczerzyła zęby w uśmiechu i usiadła przed klatką Scarlet, nie zwracając uwagi na to, że pokryta ziemią i odłamkami kamieni ścieżka z pewnością pobrudzi jej suknię.

– To jeden z moich najlepszych dni – powiedziała, kładąc koszyk na kolanach – i dlatego przyniosłam ci smakołyki, a na przystawkę… wiadomość.

– Och, nie mów! Przenoszą mnie do większej klatki? Och, proszę, powiedz, że tym razem będzie taka z prawdziwą toaletą. I może jeszcze z takim fantazyjnym, automatycznym karmnikiem, jak dla ptaków?

Chociaż słowa Scarlet były podszyte sarkazmem, tak naprawdę większa klatka z porządną instalacją kanalizacyjną ogromnie poprawiłaby jej sytuację. W obecnej nie mogła wstać, więc jej mięśnie z dnia na dzień stawały się coraz słabsze, no i byłoby bosko, gdyby nie musiała polegać na strażnikach, którzy dwa razy dziennie eskortowali ją uprzejmie do sąsiedniego pomieszczenia, w którym mogła załatwić swoje potrzeby przy korycie.

Korycie.

Winter, jak zwykle odporna na zjadliwy ton Scarlet, pochyliła się ku niej z tajemniczym uśmiechem.

– Jacin wrócił.

Scarlet zmarszczyła czoło; to stwierdzenie obudziło w niej mnóstwo sprzecznych emocji. Wiedziała, że Winter darzyła tego całego Jacina szczenięcą miłością, ale jedyny kontakt, jaki miała z nim Scarlet, miał miejsce wtedy, gdy akurat służył taumaturgiczce i atakował jej przyjaciół.