Wydawca: Sol Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 451 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wino z Malwiną - Magdalena Kordel

W życiu Majki nareszcie wszystko się ustabilizowało. Wygląda na to, że po wielu perypetiach znalazła nie tylko swoje miejsce na ziemi, ale też miłość i przyjaźń. Ale nie jest dobrze jak jest za dobrze.
Nad Uroczysko nadciągają burzowe chmury, ich pierwszym zwiastunem jest przyjazd Niemki, która (jak szepczą mieszkańcy Malowniczego) przyjechała odebrać ludziom ziemię.
Jaki wpływ będzie miała ta wizyta na mieszkańców Uroczyska i całego miasteczka? Czy miejscowi dadzą sobie radę z kłopotliwym gościem? Kim jest ciotka Rozalia, która niespodziewanie zjawia się w Uroczysku?

Po raz kolejny zapraszamy czytelników do odwiedzenia Malowniczego i zajrzenia z wizytą do jego mieszkańców. Tych, którzy już pojawili się w poprzednich książkach z sudeckiego cyklu i tych, którzy dopiero zjawią się w miasteczku.

Serdecznie zapraszam
Magdalena Kordel

Opinie o ebooku Wino z Malwiną - Magdalena Kordel

Fragment ebooka Wino z Malwiną - Magdalena Kordel

www.wydawnictwosol.pl

Copyright © by Magdalena Kordel 2012

Redakcja i korekta:

Mariola Będkowska

Projekt okładki:

Andrzej Brzezicki i Alicja Brzezicka ARIDI

Warszawa 2012

ISBN 978-83-62405-79-4

Wydawca:

Wydawnictwo SOLMonika Szwaja • Mariusz Krzyżanowski 05-600 Grójec, Duży Dół 2awydawnictwo@wydawnictwosol.pl

ePub i Redakcja techniczna:

Ilona i Dominik Trzebińscy Du Châteauxatelier@duchateaux.pl

Nieustająco mężowi i dzieciom

Wino zMalwiną

Zanim zamieszkałam w Malowniczym, bardzo mało wiedziałam o życiu niewielkich miasteczek. Znałam je jedynie z wakacyjnych wyjazdów, a i ta wiedza była raczej pobieżna, bo Igor, mój eksmąż, preferował wypoczynek objazdowy, a precyzyjniej mówiąc, dobiegowy. Wyglądało to tak, że dojeżdżaliśmy do jakiegoś miejsca, w szaleńczym tempie biegaliśmy od jednego zabytku do drugiego, wracaliśmy do samochodu i jechaliśmy do następnego punktu, gdzie historia się powtarzała. W rezultacie większości obejrzanych rzeczy najzwyczajniej w świecie nie pamiętałam, a już z całą pewnością nie wiedziałam, co gdzie było. Jedynymi przystankami, na które udawało mi się namówić Igora, była przerwa na szybką kawę, czasami obiad, ale to z rzadka, bo eksio wolał, biegając, spożywać kanapki, które ofiarnie przygotowywałam z samego rana przed całodziennym maratonem. Patrząc na to z perspektywy czasu, dochodzę do wniosku, że mój były mąż po prostu minął się z powołaniem, bo zgodnie ze swoimi zamiłowaniami powinien zostać zawodowym sportowcem albo podjąć wyzwanie Actimela i na przykład obiec cały świat. Gdyby jeszcze zmienił swoją wredną i pokrętną naturę, można by było mówić do niego „Foreście”.

Gdy czasami zdarza mi się wspominać tamte wyjazdy, zastanawia mnie jedno: dlaczego, do cholery, ja się na to godziłam? I jedyna odpowiedź, jaka mi się nasuwa, jest wysoce niezadowalająca, bo wychodzi mi niezmiennie, że najzwyczajniej w świecie byłam głupia. Ale jedno jest pewne: po takim urlopie nic nie cieszyło mnie bardziej jak perspektywa pójścia do pracy. Po kilkunastu dniach morderczego pędu moje codzienne obowiązki wydawały się czystym relaksem i ze zdziwieniem słuchałam narzekań kolegów, którzy zgodnie twierdzili, że urlop jak zwykle trwał stanowczo za krótko. W duchu przypuszczałam, że gdyby mój potrwał odrobinę dłużej, mogłabym go nie przeżyć. Tak więc czarno na białym widać, że moja wiedza na temat prowincji była nieomal zerowa i dopiero przeprowadzka do Malowniczego odkryła przede mną zupełnie nieznane oblicze małomiasteczkowości. Przede wszystkim tempo życia było tu wolniejsze. Na początku za nic nie mogłam się do tego przyzwyczaić. Spieszyłam się, bo przecież czas uciekał. Popadałam we frustrację, gdy ktoś mnie zatrzymywał, zagadywał i przeszkadzał w natychmiastowym dotarciu do celu. A z każdym dniem takie przymusowe przystanki zdarzały się coraz częściej, coraz więcej ludzi mnie poznawało i miało coś do opowiedzenia, przekazania albo po prostu zagadywało o pozornie nieistotne rzeczy. Trudno było pozostać obojętnym i nie odwzajemnić się zainteresowaniem. Poza tym zwykłe problemy ludzi, ich życie i codzienne troski okazały się, ku mojemu zaskoczeniu, wciągające. I pewnego dnia, na sobotnim targu zauważyłam, że nie jestem już tylko zagadywana, ale sama się dopytuję o zdrowie mamy, cioci czy babci, o uprawę kukurydzy, przepis na ciasto, opowiadam o swoich pensjonatowych kłopotach i niejako z marszu wpadam na kawę do pani Leontyny i na napoleonki do Piątego Koła. I o dziwo nigdzie się nie spieszę! Malownicze przerobiło mnie na swoją modłę. Stałam się pełnokrwistą malownicką mieszkanką. Naprawdę byłam stąd! Zostałam zaakceptowana i przyjęta do społeczności, a to już o czymś świadczyło.

Tu ludzie dzielili się na swoich i obcych. Tych drugich zostawiano w spokoju, było wiadomo, że dziś są, a jutro ani oni nie będą pamiętać o Malowniczym, ani Malownicze o nich. Szkoda było na nich czasu. Chyba że obcy był wyjątkowy i stanowił zagrożenie. Wtedy w miasteczku zaczynało wrzeć i po niedługim czasie wszyscy wiedzieli o niebezpiecznym intruzie. A nawet jeżeli ktoś był niesamowicie gapowaty i przeoczył pierwsze niepokojące symptomy, to i tak mógł mieć pewność, że dowie się wszystkiego, gdy tylko pojawi się na rynku. A wcześniej czy później zjawiał się tam każdy, bo rynek był skarbnicą wiedzy, sercem i miasta, i życia towarzyskiego.

Sobota, odkąd osiedliłam się w Malowniczym, była dniem zarezerwowanym na robienie zakupów. Konieczność zaopatrzenia rodziny w niezbędne środki do przetrwania całego tygodnia ostatnimi czasy spadła w zupełności na mnie, bo Jagoda, która wcześniej mi dzielnie towarzyszyła, teraz z racji ciąży odpadała w przedbiegach. Po pierwsze, nie wolno jej było dźwigać, po drugie, cierpiała na nadwrażliwość zapachową i obrazowo mówiąc, rzygała jak kot, gdy tylko poczuła jakąś niemiłą woń (która dla niezaciążonych wcale niemiłą być nie musiała, na przykład ostatnio produktem absolutnie zakazanym okazał się niewinny koperek – musiałam go w biegu wyrzucać za okno, w czasie gdy moja biedna przyjaciółka finalizowała spotkanie z nim w łazience) i już to wykluczało ją z robienia jakichkolwiek zakupów. A w związku z tym, że targ był jedną wielką mieszaniną woni, nie przypuszczałam, że Jagoda wyszłaby z tego starcia zwycięsko. Poza tym przy robieniu sprawunków dla takiej liczby ludzi, jaka przewijała się przez Uroczysko, niezbędny był ktoś z autem, a moja przyjaciółka od Nowego Roku nie usiadła za kierownicą. Podobno kiedyś cyganka przestrzegła ją, że gdy będzie spodziewała się dziecka, ma nie prowadzić samochodu, i Jagoda wzięła to sobie bardzo do serca. W związku z tym do sobotnich zakupów angażowałam zwykle tatę albo Czarka. Któryś z nich po prostu podjeżdżał po mnie pod Uroczysko, a potem przywoził mnie ze stadem toreb i siatek z powrotem. Tego ranka jednak musiałam dostać się do miasteczka samodzielnie, bo Czarek nie mógł wyjść z lecznicy, a tata został zagoniony przez mamę do odnawiania sieni. Na całe szczęście problem dotyczył tylko drogi w jedną stronę, dodatkowo tej z górki i bez obciążenia w postaci pełnych siat, bo potem weterynarz miał być już wolny i dostarczyć mnie z ładunkiem do domu. Jedynym mankamentem tej wyprawy była godzina – żeby wycieczka na targ miała sens, musiałam wyruszyć z domu bardzo wcześnie rano, więc przezornie poprzedniego wieczoru nastawiłam sobie budzik i tuż po szóstej byłam już w drodze. Jak na kwietniowy poranek było zaskakująco ciepło. Tak naprawdę nawet mnie to nie dziwiło, bo w tym roku wiosna pominęła wszelkie stadia przejściowe. Nie zawracała sobie głowy delikatnym ociepleniem i powolnym topnieniem pozostałości śnieżnych opadów. Po prostu któregoś marcowego wieczora, gdy kładłam się spać, była jeszcze zima, a rano żar lał się z nieba, topiąc w zastraszającym tempie wielkie hałdy śniegu i tworząc gigantyczne kałużowe jeziora. W Uroczysku goście, którzy przyjechali kilka dni temu z nadzieją, że uda się im jeszcze wykorzystać ostatnie chwile zimowej pogody i pozjeżdżać na nartach, bezradnie patrzyli, jak na ich oczach narciarskie plany biorą w łeb. Szczerze mówiąc, ze wstydem muszę przyznać, że nawet w najmniejszej części nie podzielałam ich rozczarowania. Zima wychodziła mi nie tylko bokami, ale i nosem, a także wszelkimi innymi dostępnymi miejscami. Ciągłe brnięcie w śniegu, nieprzejezdne trakty, coranne odśnieżanie podwórka, odkopywanie schodów, mordercza droga do miasteczka i z powrotem powodowały, że nagłą zmianę pogody nie tylko ja, ale wszyscy mieszkańcy Malowniczego powitali z nieskrywaną radością. Zresztą taka wczesna i zdecydowana wiosna niosła ze sobą same korzyści. Na przykład jeżeli ktoś nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności musiał zrobić gigantyczne zakupy, mógł to uczynić w ciepełku pierwszych wiosennych promieni i wrócić z nich wprawdzie z zadyszką i mokrymi plecami, ale za to bez zdrętwiałych z zimna rąk i przemoczonych doszczętnie butów.

Na rynku, jak w każdą sobotę, mimo wczesnej pory panował gwar i tłok. Z prawdziwą przyjemnością zanurzyłam się w falujący i w dużej części znajomy tłum. Chwilowo ignorując stragany, poszłam najpierw zakupić wędlinę do sklepu Kraśniakowej. Z doświadczenia wiedziałam, że potem będę musiała ogonkować w kosmicznie długiej kolejce, a teraz przy ladzie stało zaledwie kilka osób.

– O, o wilku mowa! Pani Maju, jak dobrze, że panią widzę! – powitała mnie entuzjastycznie właścicielka mięsnego przybytku. – Zastanawiałam się, czy pani już wie? – Kraśniakowa wyczekująco zawiesiła głos, wbijając we mnie małe chytre oczka.

– Prawdę mówiąc, nie wiem, czy wiem – odpowiedziałam najbardziej precyzyjnie jak umiałam. – Zależy, o czym pani mówi.

– O sąsiedztwie...

– Matko Boska, coś się stało pani Walerii? – zdenerwowałam się natychmiast.

– A nie, z Walerią wszystko w porządku – uspokoił mnie pan stojący przede mną. – Dzisiaj widziałem ją w piekarni, a wczoraj była w kościele, podobno gospodyni proboszcza coś łupnęło w krzyżu... A swoją drogą, to dziwne, że proboszcz pozwala na takie nieczyste praktyki, i to w domu Bożym!

– W domu Bożym każdy jest u siebie – zganiła go natychmiast właścicielka warzywniaka, pani Klaudia. – A gospodyni czuje się już lepiej? Bo jak nie, to może trzeba im coś na plebanię podrzucić... Proboszcz sam o siebie nie zadba. Ja tam na wszelki wypadek dziś podam trochę świeżych warzyw i owoców, ale kawałek mięsa na rosół też by się pewnie przydał. – Pani Klaudia popatrzyła wymownie na Kraśniakową.

– A, jasne, nie musisz się na mnie tak znacząco gapić. Sama o tym myślałam, zaniosę po południu – odburknęła Kraśniakowa, nieumiejętnie usiłując zamaskować niezadowolenie, że jej tajemnicza wiadomość znalazła się na drugim planie. – Ale cóż ja to chciałam jeszcze powiedzieć... – dodała natychmiast, jak widać nie zamierzając rezygnować z uraczenia mnie jakimś niusem, który jak przypuszczałam, był dla mnie wybitnie niekorzystny. Kraśniakowa wprawdzie tolerowała moją obecność, ale od wymuszonej przez mieszkańców akceptacji do własnowolnej sympatii była daleka droga. Dlatego też przypuszczałam, że to, co ma mi do powiedzenia, raczej nie należy do wiadomości miłych i przyjemnych.

– Jakoś nie pamiętam, wypadło mi z głowy – nie odpuszczała, czekając chyba, aż zacznie zżerać mnie ciekawość.

– A od kiedy ty masz, Wieśka, kłopoty z pamięcią? – Pani Klaudia spojrzała na nią z zainteresowaniem. – Wiesz, w naszym zawodzie to niebezpieczne, bo jak tak dalej pójdzie, to nie będziesz mogła handlować. Przy pracy z pieniędzmi co jak co, ale umysł trzeba mieć jasny i sprawny – dodała, mrugając do mnie porozumiewawczo.

– Już ty się o mój umysł nie kłopocz. – Kraśniakowa poczerwieniała i wzięła się pod boki, a ja z niepokojem pomyślałam, że ani chybi zupełnie bez mojego udziału, ale przecież jednak przeze mnie za chwilę wybuchnie awantura – Ty się lepiej...

– Co ty, stara, tak się drzesz?! – huknął znienacka męski głos i z zaplecza wyłonił się pan Kraśniak w białym fartuchu i z tasakiem w ręku. Patrząc na niego, miałam nieodparte wrażenie, że ma wielką ochotę walnąć nim swoją żonę. – Zajmij się klientami, a nie pyszczeniem – poradził jej jeszcze i odłożył tasak na półkę.

– O, nareszcie jakiś zdecydowany męski głos – ucieszył się stojący przede mną pan.

– A bo to pan nie wie, że z babami trzeba krótko? – retorycznie zapytał Kraśniak. – Inaczej im się we łbach przewraca...

– Panie Kraśniak, a co to za średniowieczne poglądy?

– Średniowieczne nie średniowieczne, ale mores musi być – stanowczo stwierdził mąż Kraśniakowej i obrzucił mnie spojrzeniem jasno mówiącym, że gdybym tylko wpadła w jego łapy, to on by mnie wytresował. – A pani to już wie?

– No właśnie, o to też pytałam – Kraśniakowa w końcu odzyskała pamięć i z wyraźną niechęcią sięgnęła po ogromny płat schabu, o który prosiła pani Klaudia. – I wie pani w końcu?

– Nie wiem – wreszcie doszłam do wniosku, że najlepiej obrać jakieś zdecydowane stanowisko.

– Bo to tak zawsze jest, że zainteresowany dowiaduje się ostatni. – Kraśniakowa z fałszywym współczuciem pokiwała głową. – Oj, biedna teraz pani będzie. Ale jak się wali, to się wali. Nie dość, że za chwilę zostanie pani bez pracy, to jeszcze dodatkowo takie kłopoty się szykują... – ciągnęła dalej ponuro.

– Wieśka, przestań krakać – przerwała jej pani Klaudia, a pan stojący przede mną wymienił porozumiewawcze spojrzenia z Kraśniakiem.

– Ja nie kraczę, ja po prostu życie znam! – oburzyła się Kraśniakowa. – I wiem, że za jednym nieszczęściem natychmiast lezie następne. A za tym następnym – następne i tak dalej, i tak dalej...

– Dobrze, o co chodzi? – przerwałam ze zniecierpliwieniem tę wyliczankę. – Skąd pomysł, że mają na mnie spaść wszystkie plagi egipskie? O czym to wiedzą wszyscy poza mną? – ku zadowoleniu Kraśniakowej dałam się ponieść ciekawości.

– Ot, i baby – Kraśniak z dezaprobatą pokręcił głową i w ostatnim momencie powstrzymał się od splunięcia przez ramię. – Diabelskie nasienie i zaraza. Nie dość, że mielą ozorem jak cielę ogonem, to jeszcze nie umieją się skomunikować…

– Panie Kraśniak, kto jak kto, ale akurat pan na temat gadatliwości nie powinien się wypowiadać. Pytluje pan ozorem na równi ze swoją żoną i mimo że bardzo się staram, odkąd tu weszłam, nie dowiedziałam się ani od niej, ani od pana niczego poza tym, że wiem, że czegoś nie wiem. I niechże pan zostawi te swoje archaiczne poglądy dla siebie, bo aż nie chce się tego słuchać – w końcu nie zdzierżyłam i weszłam mu bezceremonialnie w słowo, ku wyraźnej uciesze wszystkich. Poza Kraśniakiem, rzecz jasna, który z oburzenia aż się zatchnął i niebezpiecznie poczerwieniał, co z kolei skłoniło mnie do refleksji, że w tej rodzinie przybieranie krwistoczerwonej barwy to chyba cecha klanowa.

– Pani Klaudio, o co w tym wszystkim chodzi – zwróciłam się w stronę właścicielki warzywniaka, bo istniała nadzieja, że z jej pomocą dowiem się w końcu jakichś konkretów.

– O Niemkę... – zaczęła pani Klaudia, ale nie dane jej było skończyć.

– O Niemrę chodzi, Niemka to można powiedzieć o takiej, co tu turystycznie przyjedzie i chce miasto oglądać, a tej to się odzyskiwać ziemie zachciało. Niemra i tyle! – wcięła się Kraśniakowa, widać stawiając sobie za punkt honoru, że nikt nie odbierze jej palmy pierwszeństwa w przekazaniu złowrogiej nowiny.

– Nic z tego nie rozumiem – wyznałam po chwili, w czasie której usiłowałam złożyć zasłyszane informację w jakąś logiczną całość. – A co ma to wspólnego ze mną? Chce odzyskiwać gospodarstwo Walerii? – usilnie próbowałam powiązać zasłyszane informacje ze wspomnianym na początku sąsiedztwem.

– A gdzie tam, chociaż nic nie wiadomo, jeszcze jak się rozochoci, to może i nabierze apetytu na więcej. Na pani miejscu uważałabym na ten paniny pensjonat – do Kraśniakowej najwidoczniej przemówiła wizja mnie na bruku, bo gdy o tym mówiła, na jej twarz wypłynął wyraz pełen rozmarzenia. – Bo to, wie pani, na jednym nieszczęściu się nie skończy, nie ma mowy.

– Pani Maju, niechże pani tego nie słucha... Owszem, przyjechała taka jedna i podobno chce odzyskać gospodarstwo po Tarłach. Wie pani, które to? – właścicielka warzywniaka zignorowała Kraśniaków i zwróciła się bezpośrednio do mnie.

– Nie bardzo... – przyznałam po chwili zastanowienia. Nazwisko Tarło w ogóle z nikim mi się nie kojarzyło, ale w końcu mimo że mieszkałam tu już od jakiegoś czasu, nie znałam wszystkich mieszkańców. O wiele bardziej intrygowało mnie rzekome sąsiedztwo nieznanego Tarły, bo dotąd byłam przekonana, że moją jedyną sąsiadką jest Waleria. Innych gospodarstw w zasięgu wzroku nie zaobserwowałam. A jak by na to nie patrzeć, w końcu dom to nie łepek od szpilki. Gdyby był, chyba bym go zauważyła?

– No i nic dziwnego, bo stoi po drugiej stronie góry, od pani go nie widać, zajmuje południowy stok – wyjaśniła pani Klaudia, odpowiadając tym samym na dręczące mnie pytanie. – Nikt tam od długiego czasu nie mieszka, chałupa stoi opuszczona. Stary Tarło nie żyje, gdyby było inaczej, zapewne nie umknęłoby pani jego sąsiedztwo, bo był z niego niebywale rozrywkowy chłop. Im więcej wypił, tym miał większą ochotę na zabawę. A pił, żeby nie wypaść z wprawy, praktycznie codziennie.

– W takim razie raczej nie powinnam żałować, że go nie spotkałam. Najprawdopodobniej nie przypadlibyśmy sobie do gustu – mruknęłam. – A skąd wiadomo, że ta kobieta właśnie po to tu przyjechała?

– Nie zauważyła pani, że tu wszyscy o wszystkim wiedzą? Mamy w Malowniczym świetnych specjalistów od wywiadu – wtrącił się niespodziewanie pan stojący przede mną i znacząco spojrzał na Kraśniaków, którzy lekko odęci markowali pilną pracę przy wędlinach.

– Gadu-gadu, a czas leci – widać Kraśniakowa uznała, że pora wtrącić swoje trzy grosze i dać wyraz niezadowoleniu. W końcu odebrano jej przyjemność roztoczenia przede mną wizji upadku i znając jej charakterek, nie mogło to pozostać bez echa. – Bierzesz coś poza tym schabem? – zwróciła się do pani Klaudii. – Bo mi kolejkę blokujesz. Zresztą, wszyscy tu gadają, a potem chodzą słuchy, że to ja plotki rozsiewam. I jak zwykle na niewinnym człowieku psy wieszają!

– O, dobrze, Wieśka, mówisz – Kraśniak niespodziewanie zmienił front i miast potępić żonę za samowolne wyrażanie opinii, stanął za nią murem. – Tutaj się kupuje, a nie gada. Co podać? – jakby na potwierdzenie swoich słów oficjalnie zwrócił się do pana przede mną i z rozmachem splunął w ręce. Pomyślałam, że gdyby zobaczył go ktoś z sanepidu, umarłby natychmiast na zawał. Ja może dlatego, że z kontrolą czystości nie miałam nic wspólnego, wprawdzie nie umarłam, ale i tak odczułam dużą ulgę, że mnie obsługuje jego żona. Język wprawdzie miała ostry, a charakter wredny, ale nigdy nie widziałam, żeby pluła sobie na jakiekolwiek części ciała. Z dwojga złego wolałam utarczki słowne niż wędlinę ze stadem Kraśniakowych bakterii.

Gdy w końcu zakończyłam „misję mięsny” względnym sukcesem (urażona Kraśniakowa usiłowała mi wepchnąć najgorsze i najbardziej tłuste kawałki i dyskusja z nią na temat jakości wędliny i mięsa przerodziła się nieomal w zbrojne starcie), wyszłam na zewnątrz i zauważyłam, że pani Klaudia najwyraźniej na mnie czeka.

– Ale z niej zołza, co? – zapytała ze śmiechem. – Udało się pani wywalczyć coś lepszego?

– Łatwo nie było, ale osiągnęłam mały sukces – wyznałam, układając w siatce wrzucone niedbale paczuszki. – Pani Klaudio, co pani myśli o tej całej sytuacji z Niemką?

– W ogóle nie myślę. Nad czym tu się zastanawiać?

– No chociażby nad tym, jakie niebezpieczeństwo to ze sobą niesie…

– Pani Maju, jakie niebezpieczeństwo? To po prostu młyn na wodę Kraśniakowej i innych plotkarzy w miasteczku. Nareszcie mają o czym gadać. Przyjechała, to i pojedzie – pani Klaudia lekceważąco wzruszyła ramionami. – Zresztą niby dlaczego miałabym się bać jakiejś kobity? Nie widziałam jej wprawdzie, ale jeżeli wierzyć w to, co ludzie sobie od pokoleń powtarzają, to Niemki są nie dość, że brzydkie jak noc, to rozumem też nie grzeszą. Niech się pani tak na mnie nie patrzy, wiem, że to tylko takie gadanie, ale tak czy inaczej nie widzę powodu do niepokoju.

– A jeżeli na przykład okaże się, że ta pojedyncza przyjechała tu na przeszpiegi i za chwilę zaleje nas morze takich jak ona...?

– Nawet jeżeli, to moje martwienie się w niczym nikomu nie pomoże – pani Klaudia filozoficznie pokiwała głową. – Możemy tylko czekać. Czas pokaże, co będzie dalej. Ale przecież wiadomo, że jak przyjdzie co do czego, to nic nie wskórają. Niczego im nie oddamy. Znam tutejszych ludzi i wiem, co mówię. Ale na razie nie trzeba się zastanawiać nad przyszłością, tylko nad tym, jak tę konkretną cholerę z miasta wykurzyć. Tak à propos, to czekam na panią, bo chciałam powiedzieć, żeby pani nie brała sobie zbytnio do serca tego wszystkiego, o czym Wieśka bajdurzy. Ona już taka jest, że jak za kimś nie przepada, to by go w łyżce wody utopiła... Ale z drugiej strony, jak będzie trzeba, stanie w pani obronie.

– Miejmy nadzieję, że nie będę musiała tego sprawdzać w praktyce – westchnęłam, myśląc, że społeczeństwo miasteczkowe to twór niebywale złożony i skomplikowany. Można kogoś nie lubić, ale w przypadku niebezpieczeństwa z zewnątrz osobiste sympatie czy antypatie schodzą na drugi plan i najważniejsze staje się anulowanie zagrożenia. Typowy, pierwotny stadny odruch – obrona członka grupy.

– Może pani do mnie wpadnie? Dowieźli mi dzisiaj ziemniaki, pyszna odmiana, rozejdzie się na pniu.

– To pójdę od razu – zdecydowałam i pomaszerowałam za panią Klaudią, która w przeciągu kilku minut zdążyła podać mi przepis na zapiekankę ziemniaczaną, wypytać o przyczyny zwolnienia mnie ze szkoły i opowiedzieć o trudnej do wytrzymania przypadłości męża.

– Chrapie tak, że mało co nam dachu znad głowy nie zdmuchnie. Nie pamiętam, kiedy całą noc przespałam. I niech mi pani powie, jak to jest, że budzi wszystkich dookoła, a sam śpi jak zabity? To chrapanie mu się na słuch rzuca czy jak?

– Nie mam pojęcia... A bierze coś na to? Widziałam ostatnio w telewizji reklamę takich plasterków, które podobno pomagają... Może warto spróbować.

– Plastry na chrapanie? Niech pani popatrzy, czegóż to ludzie nie wymyślą... – zafascynowana pokręciła głową. – Chociaż z drugiej strony, to wcale nie dziwne. Gdybym miała trochę więcej czasu, sama bym się chyba pokusiła o jakieś wynalazki, bo to jest prawie jak choroba alkoholowa!

Słysząc to porównanie, mimowolnie spojrzałam w kierunku sklepu monopolowego, gdzie zwykle rezydował nasz miejscowy żulik, pan Miecio. Tak jak przypuszczałam, mimo wczesnej pory był już na posterunku i widząc, że mu się przyglądam, z galanterią uchylił czapki.

– Chrapanie jak alkoholizm? – zdziwiłam się, kiwając panu Mieciowi głową. – A gdzie tu podobieństwo?

– Alkoholizm jest chorobą całej rodziny, tak?

– Podobno, na całe szczęście nie dane mi było sprawdzać osobiście, ale tak mówią specjaliści – potwierdziłam.

– Ano właśnie. I z chrapaniem jest tak samo. Nie dość, że wszyscy chodzimy niewyspani, to jeszcze ten matoł, mój mąż, zupełnie jak pierwszy z brzegu pijak stosuje mechanizm zaprzeczenia.

– Mechanizm zaprzeczenia przy chrapaniu? Ale jak to w ogóle wygląda? – zapytałam zaintrygowana dogłębną wiedzą psychologiczną, jaką przede mną roztaczano. W duchu postanowiłam słuchać uważnie, a po powrocie do domu streścić tę fascynującą dyskusję Jagodzie. Ostatecznie jako lekarz powinna docenić innowacyjne podejście pani Klaudii. I kto wie, może na podstawie przypadku jej męża mogłaby przeprowadzić jakieś badania naukowe? Tym bardziej, że ostatnio narzekała na brak wyzwań zawodowych. A tu proszę, jak na zamówienie piękny temat: destruktywny wpływ chrapania na życie całej rodziny. Albo: chrapanie a alkoholizm.

– A jak ma wyglądać? – sarknęła rozsierdzona właścicielka zieleniaka. – Jak pani zapyta takiego rasowego pijaka, czy jest alkoholikiem, to co pani odpowie? – wzburzona pani Klaudia aż przystanęła i wydała z siebie kilka gniewnych sapnięć.

– Rzecz jasna, zaprze się i powie, że nie jest – stwierdziłam, przekładając siatkę z mięsiwem w drugą rękę i rozpinając górne guziki płaszcza. Słońce nie bacząc na to, że jest dopiero kwiecień, a w dodatku kwietniowy poranek, prażyło niemiłosiernie.

– Właśnie. I on robi dokładnie to samo. Kiedy mu mówimy, że chrapie, obraża się i twierdzi, że on nigdy nie chrapał, nie chrapie i chrapać nie będzie. I jak z nim żyć? Przecież za nic nie założy tego plastra na chrapanie ani niczego innego, bo po co, skoro on wcale nie chrapie – pani Klaudia z irytacją wywróciła oczami.

– Hm... to rzeczywiście problem... A może inaczej: jak nie kijem, to pałką… Niech go pani namówi na wizytę u lekarza.

– Pani Maju, a po co on ma iść do lekarza, skoro zdrowy jest jak tur?

– No ale to chrapanie…

– Ale przecież mówię pani, że on nie chrapie! A jak nie chrapie, to badać się też nie będzie. Powiedział, że najpierw muszę mu udowodnić, że jest tak, jak mówię, bo on przypuszcza, że to ja mam zwidy... Albo chcę z niego zrobić wariata. Nie wiem wprawdzie, czemu miałoby to służyć, ale czy kto trafi za chłopską logiką? – pani Klaudia wzruszyła ramionami i jakby na potwierdzenie beznadziejności sytuacji rozdzierająco ziewnęła, otwierając drzwi swojego sklepiku.

– To niech mu pani to udowodni. To raczej nie powinno być trudne – stwierdziłam, wchodząc za nią do warzywniaka, gdzie za ladą stała jej najstarsza córka, która rzeczywiście wyglądała na osobę notorycznie niedospaną. Sińce, które z reguły występują pod oczami, rozlały się jej na pół twarzy. – Niech go pani nagra – poradziłam i zaczęłam ładować jabłka do foliowej torby.

– Pani Maju, jest pani genialna! – Kobieta aż klasnęła w dłonie. – Że też na to wcześniej nie wpadłam! Jeszcze dziś skoczę do apteki po te plastry i zaczaję się w nocy z magnetofonem. A swoją drogą, nie sądzi pani, że to jakaś paranoja? Żebym własnego męża musiała podstępem w nocy nagrywać? Do czego to doszło!

– Ha, mówią, że cel uświęca środki. Trzymam kciuki za powodzenie nocnej akcji – uśmiechnęłam się, wyłuskując z portfela pieniądze. – A jak coś pani będzie jeszcze słyszała o tej Niemce, to proszę dać mi znać... Ostatecznie to dotyczy nas wszystkich i warto w takich sprawach być na bieżąco.

Pani Klaudia obiecała dzielić się ze mną wszelkimi nowinkami i zajęła się obsługą pozostałych klientów.

Pokrzepiona tym przyrzeczeniem pomaszerowałam robić dalsze zakupy i przez myśl mi nawet nie przeszło, że już niedługo nikogo nie będę musiała prosić o informacje, bo przyjdą do mnie same. Ale to dopiero miało nastąpić i jako osoba całkowicie pozbawiona paranormalnych zdolności mogłam w zupełnym spokoju zająć się przyziemnymi problemami, nie kłopocząc się tym, co szykuje dla mnie przyszłość.

Gdy wróciłam do Uroczyska (weterynarz mnie wprawdzie podrzucił, ale natychmiast odjechał, bo jak stwierdził, miał jeszcze mnóstwo pracy w terenie), w kuchni zastałam jedynie Jagodę, bo reszta domowników nadal korzystała z sobotniego poranka i odsypiała trudy całego tygodnia.

– A dlaczego ty już jesteś na nogach? Przecież mogliście sobie z brzuszkiem pospać. – Z westchnieniem ulgi postawiłam siatki w najdalszym kącie kuchni poza zasięgiem wzroku i węchu przyjaciółki.

– Brzuszek nie współpracuje. Nie chce wypoczywać. Źle nam to wróży na przyszłość. – Jagoda wykrzywiła się koszmarnie. – Bobas nie wygląda na miłośnika snu, niestety – dodała, otwierając drzwi werandy i wpuszczając słońce do środka. – Majka, czujesz? Wiosną pachnie – oznajmiła, głęboko wdychając powietrze.

– Czuję, czuję, nie tylko wiosnę, ale i kłopoty – mruknęłam, słysząc głos Miodka w przedpokoju. – Zamykaj te drzwi i wracaj do domu – poradziłam jej szeptem. – Przyszły tatuś idzie! Za późno. – Z rezygnacją spojrzałam na pszczelarza, który właśnie wszedł do pokoju i oceniwszy sytuację jednym, krótkim spojrzeniem, rzucił się do stojącej w otwartych drzwiach Jagody.

– Czczy jja ci nnnie mmówiłem, żebyś nna siebie uważała? – ze zdenerwowania zaczął się jąkać bardziej niż zwykle. – Przeziębisz siesiebie i dziecko! – wykrzyknął, usiłując jednocześnie zamknąć drzwi i odsunąć z nich opierającą się Jagodę. Szamotanina, która się na skutek tego wywiązała, na mój gust groziła przyszłej mamusi przytrzaśnięciem werandowymi drzwiami albo uduszeniem w wyniku nagłego ataku złości.

– Florek, ja ci chyba zrobię jakąś krzywdę – warknęła moja przyjaciółka, odganiając się od pszczelarza jak od natrętnej pszczoły, a ja przewróciłam oczami i głęboko westchnęłam. Od momentu gdy Florian dowiedział się, że będzie tatusiem, tego rodzaju scenki były na porządku dziennym. – Czy słyszałeś, żeby komuś zaszkodził łyk świeżego powietrza?

– Łyk? To jjest łyk? Łyłyczor chyba – pieklił się Florek. – I nie świeżego, tttylko zimnego! Mówiłem...

– Mówiłem, mówiłem, mówiłem – przedrzeźniała go wściekle Jagoda. – A ja cały czas mówię, że kota można zagłaskać na śmierć! I co? Słucha mnie ktoś?! No, czekam! Chyba raczej nie – z braku innych chętnych odpowiedziała samej sobie. – Majka, powiedz mu, że ciąża to nie choroba! – zażądała następnie.

– Ciąża to nie choroba – powtórzyłam posłusznie i zabrałam się za rozpakowywanie zakupów.

– I miliony kobiet normalnie funkcjonują, mimo że spodziewają się dziecka. – Moja przyjaciółka wojowniczo wzięła się pod boki.

– Tak, tak, miliony kobiet... a w ogóle to czy wyście poszaleli? Czy ja wyglądam na papugę? – zdenerwowałam się. – Sami się kłóćcie, jak tak bardzo chcecie! Zresztą, co ja mówię! Spokój ma być, bo gości wypłoszycie!

– Gdybym wiedziała, co tu się dzieje, to jeszcze zostałabym w łóżku – usłyszałam za plecami głos swojej córki. – Ciociu, czy wy już do urodzenia tego biednego dziecka będziecie tak drzeć koty? – zainteresowała się z niewinną miną Mania i grzecznie usiadła przy stole.

– Ale o czym ty mówisz? Tu się nikt z nikim nie drze – zaparła się w żywe oczy Jagoda. – A w ogóle to dlaczego nazywasz moje dziecko biednym? – dopiero po chwili dotarła do niej pełna treść pytania.

No to teraz dopiero się zacznie – pomyślałam w popłochu, widząc minę Jagody i Florka. Obydwoje podejrzliwie przyglądali się Mani, która jak gdyby nigdy nic buszowała po siatkach.

– Bo będzie musiało się wychowywać w tym domu wariatów – wyjaśniła jej usłużnie Marysia, wyciągając z torby dorodne jabłko. – Szkoda mi go z całego serca, mimo że czuję się tą ciążą potwornie oszukana – dodała, wprowadzając wszystkich w konsternację.

– Zaraz, bo teraz to już kompletnie nic z tego nie rozumiem – pierwsza ze zdziwienia otrząsnęła się Jagoda. – Chwilowo pominę to, że uważasz nas za nienormalnych, ale wyjaśnij mi, dlaczego czujesz się oszukana MOJĄ ciążą? Jeszcze gdyby to dotyczyło twojej mamy, można by było wytłumaczyć takie uczucia zazdrością...

– Ciociu, jaką zazdrością? Po prostu do niedawna byłam przekonana, że dopadło was przekwitanie, a wy mi tu wycięłyście taki numer z dzidziusiem – wytknęło nam moje dziecko. – I to kto? Własna ciotka i matka! Na nikim już nie można w dzisiejszych czasach polegać!

– O, mnie proszę wyłączyć ze współudziału – podniosłam ręce w obronnym geście. – Jeżeli ktoś tu wycinał, to owszem ciocia, ale nie ze mną, tylko z Florkiem.

– Jjjak najbardziej – przyznał się ochoczo pszczelarz, ukradkiem zamykając drzwi od werandy. Pochylił się nad Jagodą i pogładził ją po okrągłym brzuszku.

– Tylko bez szczegółów, proszę – wykrzywiła się Mania, pozorując obrzydzenie. – Dorośli powinni pozostawać aseksualni, bo inaczej stają się obrzydliwi – dodała ze zdziwieniem, patrząc, jak wszyscy parskamy śmiechem. – Nie wiem, co was tak bawi...

– Oj, Maniu, Maniu, ja ci powiem, że punkt widzenia zmienia się w zależności od punktu siedzenia – pokiwała głową Jagoda.

– I wieku – dopowiedziałam.

– I wieku – zgodziła się ze mną moja przyjaciółka. – A co do przekwitania i mojej ciąży...

– Nnaszej ciąży – przypomniał zazdrośnie Miodek.

– To wybacz, że cię rozczaruję, ale w najbliższym czasie nie zamierzam przekwitnąć.

– Tyle to sama zauważyłam. Powiem więcej, ty, ciociu, masz dopiero zamiar wypączkować...

– Mańka, ciotka już wypączkowała, w najbliższym czasie nastąpi podział – zaśmiałam się.

– Ha, ha, ha! Ależ wy wszyscy jesteście dowcipni, i to z samego rana – wykrzywiła się Jagoda. – A ty, Majka, uważaj, żebyś się przypadkiem ode mnie nie zaraziła.

– O matko, nawet o tym nie myślcie! – Marysia gwałtownie zamachała rękami.

– A dlaczego ona tttak do ciebie dzidziwnie mówi? – zainteresował się Florian. – O matko? Nnie lepiej by było „mamusiu”?

– Dobrze wiecie, o co mi chodzi! Żadne dzieci nie wchodzą w grę! Wiesz, jaki to byłby obciach?! Jestem za stara na siostrę! Mnie już potrzeba spokoju i skupienia, a nie małego rozdarciucha, do którego w rezultacie byłabym bezwzględnie wykorzystywana jako niańka!

– A ty myślisz, że teraz będzie inaczej? Do tego malucha również będziemy cię wykorzystywać – rozwiała jej złudzenia Jagoda. – Jako niańkę rzecz jasna. Na pocieszenie mogę cię zapewnić, że jak będziesz miała własne dzieci to będziesz mogła liczyć na rewanż.

– Boże, czuję się, jakbyśmy żyli w jakiejś chorej komunie...

– Ostatecznie wszystkie dzieci nasze są – mruknęłam, wyciągając z torby świeżą bułeczkę, i machnęłam nią parę razy w powietrzu, bacznie przy tym obserwując Jagodę.

– Dobrze się czujesz? Czemu machasz mi przed nosem bułką? – Jagoda spojrzała na mnie ze zdziwieniem. – To jakiś tajny kod, czy jak?

– Nie przed twoim nosem tylko w pewnym oddaleniu macham, bo chcę zobaczyć, czy mogę wyjąć pieczywo z siatki. Jedna bułka pachnie mniej intensywnie niż ich całe stado. Sama przyznasz, że jeżeli chodzi o zapachy, to nigdy nie wiadomo, na co bobas dziś okaże się wrażliwy. A swoją drogą, kiedy idziesz na USG? Bo zżera mnie ciekawość, czy to dzidzia męska, czy żeńska.

– W poniedziałek, ale jak nadal będzie taka wstydliwa, to dowiemy się dopiero przy porodzie – odparła Jagoda, zabierając mi bułkę i ze smakiem wgryzając się w chrupiącą skórkę, co było najlepszym dowodem, że mieszkaniec brzuszka tego akurat ranka był do pieczywa nastawiony przychylnie. – Ostatnio tak się zasłoniła, że nie mogliśmy nic zobaczyć.

– Z tego wniosek, że będzie jakaś pruderyjna – stwierdziła Marysia, przysiadając na stole.

– A czczy wy mmożecie mi wyjaśnić, ddlaczego mmówicie o nnim jak o dziewczynce? – zirytował się Florian. – Przecież równie mmożliwe, żże to chchłopak.

– Bo mówimy w kontekście dzidzi. Trudno, żebyśmy mówili dzidzia – on – wyjaśniłam – A zresztą, co za różnica?

– Nie domyślasz się? Florek jak każdy facet wymarzył sobie syna... Że niby, wiesz, piłkę z nim będzie mógł kopać, drzewo po jego urodzeniu zasadzić i tak dalej, i tak dalej – Jagoda wywróciła oczami i pokazała ojcu swojego dziecka język.

– Wuju, a nie zauważył wuj, że od jakiegoś czasu panuje wywalczone przez kobiety równouprawnienie? – wtrąciła znienacka Marysia. – Dziewczynki też z reguły mają nóżki i można z nimi kopać piłkę, a drzewo możesz zasadzić bez względu na płeć...

– Marysiu, jak ty się odzywasz do wujka – zgromiłam ją dla przyzwoitości. – Ale poza tym trudno nie przyznać ci racji. Florek, co to za różnica? W końcu dziecko to dziecko.

W tej chwili mogłam pozwolić sobie na tę mądrość i stoicki spokój. Ale gdy sama byłam w ciąży, płeć dziecka też nie dawała nam spokoju i Igor tak jak Florian przez moment marzył o synu, którego wychowa na swoje podobieństwo. Biorąc pod uwagę to, jakim wrednym typem się okazał, należało się tylko i wyłącznie cieszyć, że urodziła się Mania.

– A bo mi się jjjakkoś tak chchłopiec zzamarzył – wyznał z rozbrajającą szczerością pszczelarz. – Ale dziewczynka tteż bbbędzie sssuper... – dodał natychmiast, widząc minę Jagody.

– No ja myślę – przyszła mamusia posłała mu znad nagryzionej bułki groźne spojrzenie. – A teraz bardzo was proszę, odczepcie się ode mnie i od mojego brzucha, bo czuję się z tym nadmiernym zainteresowaniem nieco dziwnie. Florek, otwórz natychmiast te drzwi na werandę, bo wyraźnie czuję, że za chwilę zemdleję z braku powietrza – zaszantażowała go, a że na początku ciąży rzeczywiście omdlenia jej się zdarzały, groźba przyniosła rezultaty natychmiastowe.

– Dobrze, to ja teraz zgodnie z życzeniem Jagody zmienię temat – zapowiedziałam. – Słuchajcie, mamy nową sensację w Malowniczym i to sensację, która troszeczkę dotyczy i nas – rozpoczęłam tajemniczo, a potem w skrócie opowiedziałam o niepokojących planach przyjezdnej.

– No to Kraśniakowa ma o czym dyskutować – skwitowała opowieść Jagoda. – A wiadomo, czy ta cała Niemka ma szansę coś wskórać?

– Coś ty! Tak naprawdę nikt nic nie wie poza tym, że ktoś taki przyjechał. To znaczy na chwilę obecną. Myślę, że od poniedziałku historia z pomocą ludzkich języków zmodyfikuje i będzie krążyć w o wiele bardziej wzbogaconej wersji, która oczywiście z prawdą będzie miała niewiele wspólnego – mruknęłam. – Wydaje mi się, czy ktoś dzwoni?! – zapytałam następnie, z trudem przekrzykując dochodzący z przedpokoju psi jazgot.

– Nie wiem, te psy tak hałasują, że niewiele poza nimi słychać! – odkrzyknęła Jagoda.

– Ja pójdę sprawdzić – zaoferowała się Mania. – Obiecałam pani Kasi, że dam jej się dziś wyspać, ale zdaje mi się, że czego nie zrobiły dzieci, to załatwiły te głupie psy. Postawiłyby na nogi nawet umarłego.

– Nie narzekaj, tylko idź otwórz, zanim ten ktoś pójdzie sobie w nieznane – popędziłam ją, jednocześnie myśląc, że chyba będzie trzeba przesunąć kuchenny stół bardziej na środek, bo Jagoda już teraz ledwo mieściła się pomiędzy nim a szafkami. – I co?! – krzyknęłam w stronę przedpokoju, bo po ciszy, jaka zapadła, wywnioskowałam, że Marysia zdążyła już otworzyć drzwi i psy zajęte są albo wąchaniem nowo przybyłego, albo zamilkły rozczarowane tym, że nikogo nie ma, co też było bardzo prawdopodobne, bo czasami dopadał je stadny omam słuchowy.

– Mamo, nie wrzeszcz tak. – Mania pojawiła się w drzwiach kuchni. – Przed wejściem stoi jakaś kobieta i chce rozmawiać w sprawie wynajęcia. Mówiłam jej, żeby weszła, ale się uparła, że najpierw chce zobaczyć się z kimś, kto tu podejmuje decyzje.

– O, trochę dziwnie to brzmi – mruknęłam, wycierając ręce w ściereczkę. – Jagoda, przypilnujesz mleka? Na śniadanie będzie kakao – dodałam i z westchnieniem poszłam zobaczyć, czego może ode mnie chcieć owa tajemnicza osoba.

Przed drzwiami nikogo nie było i już myślałam, że z bliżej mi nieznanych powodów kobieta zniechęciła się i zrezygnowała. Dopiero po chwili zobaczyłam drobną postać przycupniętą na drewnianej ławie. Łokcie oparła na stole i schowała twarz w dłoniach, tak że jedynym co widziałam, był gąszcz kręconych złotorudych loków. Coś w jej postawie mówiło, że jest strasznie zmęczona i zniechęcona.

– Hm, chciała pani ze mną rozmawiać? – odchrząknęłam, nie bardzo wiedząc, jak podejść do tej kwintesencji czystej bezradności, a ona natychmiast poderwała głowę, ukazując moim oczom bladą twarz usianą piegami, i obrzuciła mnie uważnym, intensywnie zielonym spojrzeniem. – Jestem właścicielką pensjonatu, czy mogę w czymś pomóc? Chciała się pani ze mną widzieć… – dodałam zakłopotana przedłużającą się ciszą.

– Tak, tak… Już wszystko tłumaczę. Nalegałam na rozmowę z panią, bo to dla mnie niesamowicie istotne – złotoruda bezradność pociągnęła nosem. – Muszę mieć pewność, na czym stoję – dodała, a ja mimowolnie skierowałam wzrok na solidną drewnianą podłogę werandy.

– Jestem Malwina Klimek, mówi to coś pani? – zapytała, wstając i wyciągając w moją stronę drobną dłoń.

– Nie, a powinno? – odparłam, delikatnie ściskając podaną rękę. Malwina Klimek z bliska wyglądała na niesamowicie eteryczną i kruchą.

– Sama nie wiem. Dzisiaj odniosłam wrażenie, że wszyscy już mnie znają – powiedziała, a ja zastanowiłam się, czy aby na pewno z jej głową jest wszystko w porządku.

– W takim razie chyba mnie coś ominęło – bąknęłam dyplomatycznie, bo w końcu jeżeli miałam do czynienia z jakąś narcystyczną wariatką, lepiej się było nie narażać. – O czym chciała pani ze mną rozmawiać? – stanowczo postanowiłam wrócić na bezpieczniejszy grunt.

– O pokoju do wynajęcia. Proszę dać mi skończyć – powiedziała, widząc, że robię gest zapraszający ją do środka. – Do tej pory mieszkałam w miasteczku, u Krupów. Pewnie pani kojarzy, wynajmują górę domu...

– Nie podobało się pani u nich? – zdziwiona uniosłam brwi, bo gospodarstwo Krupów cieszyło się do tej pory nieskazitelną opinią.

– To raczej ja nie podobałam się im. Wymówili mi.

– Wymówili pani? – powtórzyłam, nie mogąc ukryć zaskoczenia i jeszcze raz uważnie przyjrzałam się stojącej przede mną kobiecie. Szczerze mówiąc, nie wyglądała mi na kogoś, kto może sprawiać kłopoty, ale z drugiej strony, nigdy nic nie wiadomo. Jak mawiają, cicha woda brzegi rwie. – A dlaczego, jeżeli mogę spytać?

– Nie wiem, zupełnie nie rozumiem. Po prostu stwierdzili, że nie mogę tam dłużej zostać...

– Ale jak to tak? Jakiś powód musiał być...

– Nie mam pojęcia. Kazali mi się zbierać i stwierdzili, że nie chcą mnie pod swoim dachem.

– Hm, dziwne, dziwne, ze wszech miar dziwne – wzruszyłam ramionami. – No ale mniejsza z tym. U nas są wolne pokoje, może pani zamieszkać bez przeszkód. O ile oczywiście będzie pani odpowiadała cena i warunki...

– Mniejsza o szczegóły. Mnie raczej interesuje to, czy pani jest przekonana? Obejrzała mnie sobie pani? I nie ma pani nic przeciwko rudzielcom? Bo ja już za nic nie chcę przeżywać takiej sytuacji po raz drugi.

– Chyba pani żartuje... Proszę wchodzić. Dla mnie może być pani nawet łysa, albo fioletowa.

– To ja jednak pozostanę przy swoich rudościach... – roześmiała się z wyraźną ulgą złotoruda Malwina. – Właśnie przypomniała mi pani, że moja babcia robiła sobie płukankę z gencjany... Taki fiolecik był chyba kiedyś w modzie...

– I jak przypuszczam, byłby do dziś obecny na głowach, gdyby nie ogólna dostępność farb – uśmiechnęłam się, otwierając przed nią drzwi. – Chęć zmian daje czasami dość dziwne rezultaty.

– Może to, że Krupowie wymówili mi mieszkanie, wyjdzie mi na dobre? – zastanowiła się głośno nowo przybyła, ciągnąc za sobą zgrabną walizkę na kółkach. – Będę miała od pani bliżej do gospodarstwa, które mnie interesuje – dodała, a ja poczułam się tak, jakby właśnie we mnie piorun strzelił.

– Chwileczkę – zatrzymałam ją w holu. – To pani jest tą Niemką? – zapytałam z niedowierzaniem, bo jak na cudzoziemkę mówiła nazbyt płynnie po polsku.

– Przyjechałam z Niemiec, ale nie jestem Niemką – wyjaśniła, patrząc na mnie z wyraźnym zdziwieniem. – A pani skąd wie?

– Całe miasteczko wie – uświadomiłam ją posępnym tonem. – Pewnie stąd wrażenie, że wszyscy panią znają. – Nareszcie zrozumiałam, o czym mówiła na początku. – To pani chce odzyskać gospodarstwo po Tarłach, tak? – wypaliłam prosto z mostu, wprawiając złotorudą w widoczną konsternację.

– Co takiego? – Kobieta jakby mimochodem odstawiła walizkę pod ścianę. – Że niby co ja chcę zrobić?

– Odzyskać gospodarstwo – powtórzyłam twardo i spojrzałam jej w oczy. – Teraz już pani wie, dlaczego Krupowie wymówili pani pokój. Pani plany nie wzbudzają wśród nas sympatii. – Nawet nie wiem, kiedy ustawiłam się w szeregi mieszkańców Malowniczego. Widać i mną zawładnął miasteczkowy instynkt stadny.

– Ale ja niczego nie chcę odzyskiwać, chcę kupić! – Policzki Malwiny Klimek wyraźnie się zaróżowiły. – Normalnie, jak Pan Bóg przykazał, nabyć drogą kupna! Poza tym sama jestem stąd!

– Pani pochodzi z Malowniczego? – tym razem to ja się zdziwiłam i stwierdziłam, że niczego już nie rozumiem.

– Nie z Malowniczego, z Wrocławia. Ale to też stąd, prawda? – Na moment zawiesiła głos, jakby czekając na odpowiedź, ale nie doczekała się. Postanowiłam, że dopóki nie wyrobię sobie na temat tajemniczej Malwiny sprecyzowanej opinii, lepiej będzie milczeć. – A to gospodarstwo... – przerwała w końcu ciszę, ale rzuciwszy na mnie okiem, znów zamilkła. – Zresztą nieważne, tego nie da się wyjaśnić w pięć minut. Rozumiem, że w związku z tym, czego się od pani dowiedziałam, mam poszukać innej kwatery?

– Moment, niech mi pani da chwilę pomyśleć. Jeżeli jest tak, jak pani mówi, a zakładam, że nie ma pani powodu kłamać, to wszystko jest jakimś gigantycznym nieporozumieniem, które trzeba wyjaśnić, zanim ludzie panią zlinczują.

– Nie mogę nic wyjaśnić, bo nie mam komu – zrozpaczona Malwina gwałtownie zamachała rękami. – Nikt ze mną nie chce rozmawiać. Dzięki pani wiem przynajmniej, dlaczego. Chociaż nie jestem pewna, czy ta wiedza jest mi do czegokolwiek potrzebna! Kto w ogóle wpadł na tak niedorzeczny pomysł?

– Tego zapewne się nie dowiemy… Nie wiem, może będę tego żałować, ale niech pani idzie za mną – dodałam, prowadząc ją do recepcji. – Mogę spróbować pani pomóc, ale... – przerwałam, nie wiedząc, jak dać jej do zrozumienia, że aby coś wskórać, muszę poznać szczegóły całej historii.

– A czy to w ogóle jest możliwe? Z tego co zrozumiałam, już wydano na mnie wyrok. – Złotoruda zamrugała nienaturalnie szybko, a ja przeraziłam się, że za chwilę wybuchnie płaczem, a i bez tego wyglądała jak chodzące porcelanowe nieszczęście. I to takie, które lada moment może rozpaść się na tysiące kawałków.

– Nie ma rzeczy niemożliwych – powiedziałam stanowczo, modląc się, by moja pewność siebie udzieliła się też pani Klimek i odwiodła ją od rozpłynięcia się we łzach. – Ale jeżeli mam pani pomóc, musi być pani ze mną bezwzględnie szczera – dodałam.

– Przecież ja nie mam nic do ukrycia. Chętnie pani wszystko opowiem. Przyjechałam…

– Pani Malwino, spokojnie – przerwałam jej, bo nagle zrobiło mi się trochę głupio. Kimkolwiek była, przecież nie chciałam jej przesłuchiwać… No dobrze, trochę chciałam, ale na pewno nie w ten sposób. Nie na stojąco, w ciemnej recepcji z pozycji wszechwiedzącego sędziego. – Niech pani najpierw zaniesie bagaże, rozpakuje się, odświeży. A potem spokojnie porozmawiamy przy herbacie – stwierdziłam, wręczając jej klucze do pokoju i zapalając światło na korytarzu.

Gdy mój nowy gość zniknął na schodach, szybko pognałam do kuchni i stwierdziwszy, że śniadanie już zostało przygotowane, usiadłam przy zastawionym stole.

– No i co, czego chciała ta baba? – Jagoda spojrzała na mnie znad kanapki z twarożkiem.

– To nie żadna baba – sprostowałam. – Tylko eteryczna piękność, która na drugie ma kłopoty – dodałam, bo niestety miałam świadomość, że nawet jeżeli rzeczona Malwina mówiła prawdę, a jej intencje były kryształowe, to i tak wyjaśnienie nieporozumienia będzie najeżone problemami. Mieszkańcy Malowniczego byli z natury nieufni, a jak już raz zwęszyli potencjalne niebezpieczeństwo, niekoniecznie będą chcieli tak po prostu zmienić wcześniejsze poglądy.

– Nie lubię eterycznych piękności – wyznała moja przyjaciółka. – Mam na nie chroniczne uczulenie. A już szczególnie na takie, które wróżą problemy. A właściwie skąd wiesz, że ona jest z gatunku tych kłopotliwych? – zainteresowała się po chwili.

– Bo wiem, kim ona jest – odpowiedziałam. – Ni mniej, ni więcej tylko to ta Niemka nie Niemka we własnej osobie.

– Ta, o której huczy całe Malownicze? – Jagoda mało co nie udławiła się twarożkiem.

– Dokładnie.

– I ty ją przyjęłaś? – moja przyjaciółka z widocznym trudem odzyskała głos. – Przecież zostaniemy z miejsca wyklęte. Ja się stanowczo sprzeciwiam! Nie będę narażała mojej córki na prześladowania całej okolicznej ludności! I siebie też! W ogóle nie będę narażała nikogo! Czyś ty oszalała? Po co ją tu wpuściłaś?

– Bo ona wcale nie jest Niemką! Przecież właśnie usiłuję ci to przekazać. To taka Niemka nie Niemka! – mimowolnie podniosłam głos. – Jedna wielka pomyłka!

– Tyle to ja wiem i bez twoich światłych uwag! To rzeczywiście jest wielka pomyłka, nie mogłaś po prostu powiedzieć, że wszystko mamy zajęte? – Jagoda wojowniczo ujęła się pod boki. – I co z tego, że ona nie jest Niemką... Zaraz, zaraz... Jak to nie jest Niemką? – zreflektowała się i zdezorientowana zatrzepotała rzęsami.

– Tak to. Przyjechała z Niemiec, ale to Polka z krwi i kości. Nie chce niczego odzyskiwać, tylko zwyczajnie kupić. Ktoś puścił plotkę, która przybrała taką niewiarygodną formę!

– Rzeczywiście, jak jej otworzyłam, wyglądała na zgnębioną – wtrąciła Marysia. – I biorąc pod uwagę to, co powiedziałaś, trudno jej się dziwić.

– Jaką niewiarygodną? Jeszcze pięć minut temu byłaś oburzona jej zakusami, a teraz co? Co takiego się stało w ciągu tych kilku ostatnich chwil?! – Jagoda zignorowała opinię Mani i powróciła do głównego wątku.

– Usłyszałam wersję drugiej strony – wyjaśniłam i pomyślałam z niechęcią, że pragnienie bycia sprawiedliwym nie dość, że jest piekielnie trudne, to jeszcze potwornie wyczerpujące. – Dlatego pomyślałam, że najpierw należy jej wysłuchać, a nie od razu wydawać osądy. Nie uważasz, że tak jest po prostu uczciwie? – zapytałam, siląc się na spokój.

– Ja nie chcę nikogo osądzać, ale chciałabym, żeby to działało też w drugą stronę.

– I działa! Nikt cię nie piętnuje i nie ocenia!

– Jeszcze nie, ale biorąc pod uwagę twoją działalność, to zapewne wszystko jeszcze przede mną – sarknęła Jagoda. – Czy ja ostatnio zgłaszałam zapotrzebowanie na jakieś ekstremalne przeżycia? Typu sąd grupowy? Jakoś sobie nie przypominam! A znając naszych miasteczkowych sąsiadów, obawiam się, że tego typu atrakcje nie dość, że nie są wykluczone, to jeszcze mogą nam napytać biedy! Nie żebym uważała tutejszych za pamiętliwych i pochopnie wyciągających wnioski, ale...

– Uważasz tutejszych za pamiętliwych i pochopnie wyciągających wnioski – dokończyła za nią Mania z przewrotnym uśmiechem.

– Właściwie to tak – przyznała lekko zawstydzona Jagoda.

– No to co? Mam teraz iść do kobiety, która została bez dachu nad głową, i powiedzieć jej, że tak wrośliśmy w tutejsze środowisko, że nie wiedzieć kiedy staliśmy się typami Kraśniakopodobnymi? Pastwiącymi się nad tymi, którym się noga powinęła?

– No może bez przesady – słabo zaprotestowała Jagoda.

– I z lęku przed opinią publiczną niestety nie możemy jej wynająć pokoju, bez względu na to, czy oszkalowano ją słusznie, czy nie? Tak mam jej powiedzieć? – z pełnym rozmysłem znęcałam się nad Jagodzinym sumieniem. – I to będzie w porządku?

– Nie będzie – przyznała z niechęcią Jagoda. – Czasami to bardzo bym chciała być nie w porządku i dodatkowo niemoralna do bólu – wyznała w przypływie nagłej szczerości. – Wtedy nie miałabym takich dylematów.

– Ciociu, uważaj z głoszeniem takich poglądów, bo jeszcze wuj Florek cię usłyszy i opacznie zrozumie – przestrzegła ją Mania, śmiejąc się pod nosem, a ja dopiero teraz zauważyłam, że w kuchni brakuje Floriana.

– A gdzie się podział pszczelarz? – zapytałam, rozglądając się wokół.

– Poszedł mierzyć coś w ogródku. Mówił, że w tym roku trzeba się porządnie za niego zabrać, bo takiego chwastnika to jeszcze w życiu nie widział – mruknęła Jagoda i sięgnęła po kolejną kromkę chleba. – A wracając do tej twojej Malwiny, niech ci będzie. Posłuchamy, co ma do powiedzenia, ale jeżeli okaże się, że coś kręci, to będziemy bezlitosne! Sama przecież rozumiesz, że nie mogę pozwolić...

– Tak, tak, wiem. Żebyś razem z córką została wygnana i napiętnowana. A tak nawiasem mówiąc, to skąd wiesz, że to będzie córka? Przed chwilą mówiłyśmy o tym, że dzidzia jest płci niewiadomej.

Jagoda przez moment milczała, obracając w dłoniach słoik i wąchając ukradkiem jego zawartość.

– Bo formalnie jest – wyjaśniła, obficie pokrywając kromkę miodem i po zastanowieniu dokładając na nią spory kopczyk białego sera. – Ale jestem przekonana, że to będzie dziewczynka. Oczywiście przy Florku nie będę tego głośno mówić, bo po co biedak ma się stresować. Nawet mam dla niej imię – oznajmiła podekscytowana. – Po prostu śliczne.

– O, no to zapodaj ponure szczegóły – zachęciłam ją. – Jak się będzie nazywała nasza pszczółka?

– Eleonora – Jagoda splotła ręce w nabożnym zachwycie, a mnie zamurowało. Chyba to wykrakałam tymi ponurymi szczegółami – pomyślałam i niepewnie zerknęłam na Marysię, która zagapiła się na Jagodę, jakby widziała ją pierwszy raz w życiu. Widać nie tylko mnie ta Eleonora zbiła z pantałyku. – Pięknie, prawda? – moja przyjaciółka pławiąc się we własnym zachwycie, nie zauważyła naszej konsternacji.

– Hm... – odchrząknęłam, grając na zwłokę. – A skąd ci, kochanie, przyszło do głowy takie nietypowe imię? – zapytałam, postanawiając najpierw dać się jej wygadać, wybadać grunt, a dopiero potem wygłosić swoje zdanie.

– A nie wiem. Obudziłam się z tym imieniem w głowie – beztrosko relacjonowała Jagoda, nalewając sobie mleka do kubka z Kubusiem Puchatkiem. – Dlatego też jestem przekonana – ktoś odgórnie daje mi znak, że to będzie dziewuszka.

– Ciociu, a ten sen to przypadkiem nie był koszmar? – Marysia w końcu otrząsnęła się z pierwszego szoku i widać postanowiła przystąpić do ataku.

– Koszmar? A dlaczego? – zdziwiła się Jagoda, z trudem przeciskając się pomiędzy stołem a szafkami, a ja pokazałam na migi Mani, żeby trzymała buzię na kłódkę. To trzeba było załatwić dyplomatycznie i nawet jeżeli ja się nie do końca do tego nadawałam, to z całą pewnością szczera i waląca prawdę prosto z mostu nastolatka nadawała się do tego jeszcze mniej. – Tak w ogóle to ostatnio nie miewam strasznych snów – ciągnęła – Widać nawet w podświadomości mam zakodowane, że nie mogę stresować małej – tu pieszczotliwie poklepała się po brzuchu. – A wracając do imienia, to tak pięknie będzie się je zdrabniać...

– Czyli jak? – zapytałam, cały czas intensywnie zastanawiając się, jak mam przekazać Jagodzie, że Eleonora to nie jest najlepszy wybór. Chyba że zamierzała urodzić starszą panią o nienagannych manierach.

– Lorka, Lora. No powiedz, czy nie ładnie?

– No nie wiem... a może tak lepiej Nora? Przynajmniej bardziej nowocześnie – zaproponowałam bez przekonania.

– Nora? A dlaczego nie od razu Jama? To dopiero będzie nowoczesność na całego – Mania w końcu nie zdzierżyła i złamała migowy nakaz milczenia. – I dzieciak w każdym momencie swojego życia będzie mógł wystartować w konkursie na najgłupsze imię świata. Same plusy. Czy wam już zupełnie odbiło? Jeżeli myślicie, że ja będę bez słowa się przyglądać, jak krzywdzicie to dziecko, i to nawet przed jego urodzeniem, to się mylicie! Przecież ona z takim imieniem już w przedszkolu będzie miała przechlapane! Nie mówiąc o szkole! I to żeby matka i najbliższa ciotka miały takie destrukcyjne pomysły, no po prostu słów mi brak! – Marysia aż się zatrzęsła z oburzenia.

– Ale... Nie rozumiem – zdezorientowana Jagoda wodziła wzrokiem ode mnie do Marysi, która w bojowej postawie oparła się o stół. – Co takiego złego jest w Eleonorze? To takie dystyngowane, eleganckie imię...

– Idealne dla starej ciotki – dokończyła Marysia i pokręciła głową. – Ciociu, ja znam szkolne realia i w związku z tym stanowczo mówię: żadnych Eleonor ani Nor. Po moim trupie.

– Ale ja chcę, żeby ona miała na imię Eleonora – zacięła się Jagoda i po jej stanowczo wysuniętym podbródku było widać, że nie zamierza ustąpić. Na mój gust sprawa była przegrana: mała była skazana na Eleonorę, chyba że los zdecyduje, że to będzie chłopiec. Męskiej odmiany tego imienia nie kojarzyłam, więc była szansa, że potomek dostanie normalniejsze imię. Moje przemyślenia zostały przerwane, bo okazało się, że trafił swój na swego. Mania nie zamierzała tak łatwo się poddać.

– Ciociu, przez cały czas kładziecie mi z mamą do głowy, że wspólne życie to sztuka kompromisu, tak? – Mania wbiła pytające spojrzenie w twarz mojej zacietrzewionej przyjaciółki.

– Fakt, wbijamy, ale najczęściej z marnym skutkiem – niechętnie przytaknęła Jagoda.

– Zawsze możecie to zwalić na moje dorastanie i związaną z nim krnąbrność – odparowała Mańka bez namysłu. – Dzięki Bogu, ty, ciociu, już dorosłaś i trudny wiek masz za sobą, więc z tym nie powinno być problemu. Musisz sobie po prostu wytłumaczyć, że akurat w tym przypadku nie możesz strzelić focha, bo od samego początku zmarnujesz swojemu dziecku życie. A chyba nie chcesz wziąć na siebie takiej odpowiedzialności? – Marysia wycelowała w nią oskarżycielsko wyciągnięty palec.

– Oczywiście, że nie chcę, ale swoją drogą, to czy ty przypadkiem się nie zapomniałaś? Nie za smarkata jesteś, żeby na mnie krzyczeć? W końcu jakby nie było, jestem twoją ciotką! Dodatkowo ciężarną! I o ile dobrze pamiętam, wspomniałaś tam coś o kompromisie, a w tym, co mówisz, nie ma na niego zbyt wiele miejsca!

– Marysiu, porozmawiamy o tym później. Daj Jagodzie spokój – wtrąciłam, bo jak by na to nie patrzeć, Mania była moim dzieckiem i do mnie należało trzymanie na wodzy jej temperamentu.

– Ani myślę – moja córka przybrała postawę buntownika gotowego walczyć na śmierć i życie. – Jak teraz odpuszczę, to za nic nie uda mi się potem o tym normalnie porozmawiać. Już ja was znam. A co do kompromisu to proszę bardzo: nazwij małą jakoś po ludzku, a na drugie daj jej tę swoją Eleonorę.

– To jest jakieś rozwiązanie – Jagoda wyraźnie zaczęła mięknąć. Być może przeraziła ją wizja upiornego życia jej dziecka, na które ciemną chmurą kładłoby się imię Eleonora. – Ale w takim razie jak dać jej na pierwsze? Może po Florku – Flora?

– O matko – jęknęła w odpowiedzi Mania. – Skąd wy bierzecie takie pomysły? Nora – Jama, Flora – Fauna... A nie można jakoś tak normalniej? Ania, Agata, Łucja?

– To trochę za długo, mogłaby nie zapamiętać – mruknęłam pod nosem, nie umiejąc powstrzymać rozbawienia. – Dzidzia, nie Jagoda – dodałam gwoli wyjaśnienia.

– Ty, ale to mi się nawet podoba – ożywiła się Jagoda, a ja zagapiłam się na nią, czując, że oczy robią mi się coraz okrąglejsze ze zdumienia.

– Chcesz dać jej trzy imiona? – upewniłam się dla jasności. – Albo cztery, biorąc pod uwagę Lorę?

– Czy ja wyglądam na kompletną wariatkę? – oburzyła się moja przyjaciółka. – Łucja mi się podoba. Przy tym nasza przyjaciółka Łucja, pomijając to, że ostatnio rzadko nas odwiedza, jest bardzo porządną kobietą – dodała po namyśle. – No i to nawet ładnie brzmi: Eleonora Łucja – powiedziała na próbę.

– Łucja Eleonora – poprawiła ją natychmiast Marysia.

– Dobrze już, dobrze. – Jagoda popatrzyła na Manię z lekką odrazą. – Majka, jakim cudem wyhodowałyśmy na własnym łonie takiego diabła?

– Macie wspólne łono? – Marysia komicznie udała przerażenie. – No to Łusia będzie po części moją siostrą... Jestem tylko ciekawa, jak podzielicie się porodem...

– Marysiu, ja ci chyba obetnę ten jęzor – powiedziałam słodko.

– Nie zrobisz tego, bo jako cudowna matka kochasz mnie nad życie. – Mania z rozpędu pocałowała mnie w policzek. – Czyli dzidzia będzie Łucją?

– Łucją Eleonorą. A ja i tak będę do niej mówiła Lorka – zapowiedziała Jagoda. – Właściwie to nie wiem, dlaczego ci uległam... – zastanowiła się głośno.

– Bo mam rację. Mądra ciotka z ciebie. Dobra, idę na górę się ubrać w coś bardziej wyjściowego niż piżama – stwierdziła moja córka i pochyliła się nad Jagodą. – Nie martw się, ciocia Mania czuwa – powiedziała, przytykając głowę do okrągłego brzuszka. – Nie da ci zrobić świństwa. Cóż, bycie ciotką to niebywała odpowiedzialność – dodała poważnym głosem i pomaszerowała na piętro odprowadzona lekko zaniepokojonym wzrokiem Jagody.

– Trudno się z nią nie zgodzić co do tej odpowiedzialności – powiedziałam po chwili. – Rzeczywiście wzięła to sobie do serca.

– Fakt. Aż się trochę tego boję – Jagoda pokiwała głową. – Jak się Marysia na coś uprze, to nie ma na nią mocnych. W matkę się wrodziła. No, nie patrz się tak na mnie, nie patrz. Sama wiesz, że jesteś uparta jak koza.

– Chyba osioł – sprostowałam. – A tak w ogóle, wypraszam sobie przyrównywanie mnie do czterokopytnych.

– Ty, dwukopytna, jak Mańce nie przejdzie, zamęczy mi dziecko!

– Lepiej się módl, żeby jej nie przeszło. Będzie można ją wtedy bez problemów wykorzystywać do opieki – uświadomiłam jej.

– Wykorzystam ją tak czy inaczej, jeśli będzie trzeba. – Jagoda uchyliła przykrywkę ze słoika z dżemem i zajrzała do środka. – Ale nie przypuszczam, by to było aż takie niezbędne – ciągnęła, przekładając zawartość słoika na talerzyk. – Przecież poradzimy sobie z Florkiem samodzielnie, w końcu jest nas dwoje, a dziecko tylko jedno, i w ogóle przecież taki maluszek nie wykończy dwojga dorosłych ludzi – stwierdziła z pewnością właściwą ludziom, którzy nigdy nie mieli niemowlaka dzień i noc pod swoją opieką. Już, już miałam jej wyjaśnić, jak bardzo się myli, gdy nagle dotarło do mnie, że nie ma to żadnego sensu. Po co miałam jej odbierać złudzenia, skoro mogła jeszcze przez tych paręnaście tygodni żyć w błogiej nieświadomości? Jak mała Łusia – Lorka się urodzi, osobiście zrewiduje poglądy swoich rodziców. Ja z pewnością nie będę musiała w tym celu kiwnąć nawet palcem. I szczerze mówiąc, nie martwiło mnie to w najmniejszym stopniu. Ostatecznie, jeżeli ktoś musiał Jagodzie dać do zrozumienia, że jej życie niedługo wejdzie we władanie małego tyrana, wolałam, żeby tyranik zrobił to osobiście. Cóż – pomyślałam w zadumie – można by rzec, że co się odwlecze, to nie uciecze. A potem to już sami zobaczą. I oni, i my, bo nie sądziłam, by tyrania małej Łusi, albo Łusia – w przypadku gdyby jednak Jagodzie się źle wyśniło, ominęła kogokolwiek z domowników. W przeciwieństwie do Jagody miałam do czynienia z niemowlakiem i wiedziałam, że codzienność z maleństwem nie zawsze słodko pachnie.

Tak czy inaczej, dziecko Jagody okazało się niezwykle pomocne. Dzięki niemu udało mi się odwrócić jej uwagę od złotorudej Malwiny Klimek, która co prawda z niemowlęciem nie miała nic wspólnego, ale konsekwencje jej obecności też mi zbyt uroczo nie pachniały. Węch podobno od dziecka miałam rewelacyjny, a z biegiem lat jeszcze mi się wyostrzył: po prostu coraz lepiej wyczuwałam kłopoty, co niestety nie szło w parze z umiejętnością ich unikania. I tak kończąc swoje rozważania, doszłam do wniosku, że nie wygląda to wszystko zbyt różowo czy – nawiązując do skojarzeń zapachowych – bynajmniej nie pachnie różami. Skoro już jednak powiedziałam a, to trzeba też będzie powiedzieć i b, ale z recytacją dalszego alfabetu zdecydowałam się wstrzymać aż do momentu rozmowy z Malwiną. Bez tego nie mogłam podjąć żadnych decyzji, toteż postanowienie było ze wszech miar słuszne i godne konsekwentnej realizacji.

Rozmowa z Malwiną rozpoczęła się dość niestandardowo. Mianowicie złotoruda miast opowiadać nam jakieś dyrdymały, nie dopuściła nas do głosu, tylko przeprosiła za kłopoty, czym z miejsca zamknęła usta nastawionej bojowo Jagodzie.

– Bo ja wszystko przemyślałam – wyznała następnie, siedząc przy stole i sypiąc cukier do herbaty. – I doszłam do wniosku, że będą przeze mnie same problemy. Od jakiegoś czasu nęka mnie przeświadczenie, że ja po prostu jestem pechowa – dodała z ciężkim westchnieniem.

– Bez przesady, nie istnieje coś takiego jak pech przypisany do określonego osobnika – mruknęłam, bo czułam się w obowiązku jakoś na to wyznanie zareagować.

– Obawiam się, że w takim razie jestem jakimś wyjątkiem. I chyba nie pozostaje mi nic innego, jak tutaj przenocować, a jutro zebrać manatki i wyjechać...

– Zaraz, zaraz. Zanim się pani zdecyduje na tak radykalny krok, chciałabym panią o coś zapytać – wtrąciła Jagoda. – Czemu akurat interesuje panią to gospodarstwo? Czemu nie może to być jakiś inny dom, na innej górze albo w innej części miasta? I skoro nie mieszkała pani w Malowniczym, to dlaczego właśnie tu chce pani kupić dom? I to ten konkretny? – moja przyjaciółka wbiła w złotorudą pytające spojrzenie, a ja popatrzyłam na nią z uznaniem. Mnie by nie przyszło do głowy o to pytać, a przecież nad tym właśnie łamałam sobie głowę.

– Ha, żeby na to odpowiedzieć, musiałabym zacząć od wczesnego dzieciństwa. – Złotoruda skrzywiła się. – Ale rozumiem, o co pani chodzi... Może w związku z tym, że zapowiada się na dłuższą rozmowę, mogłybyśmy mówić sobie na ty? Byłoby prościej…

– Możemy sobie mówić na ty, a w ramach rozluźnienia atmosfery proponuję butelkę wina. – Nie czekając na odpowiedź, sięgnęłam do barku po tokaja, którego ostatnio dostałam od pani Leontyny.

– Kto się rozluźni, ten się rozluźni – mruknęła Jagoda, tęsknie popatrując na butelkę. – Akurat tego aspektu ciąży nie lubię. Daj mi przynajmniej kieliszek, naleję sobie do niego soczku... Jabłkowego, może uda mi się wmówić sobie, że piję zupełnie coś innego. Popatrz, kolorystycznie to nawet niezbyt się różni – dodała, chybocząc kieliszkiem z sokiem.

– No dobrze, więc o co chodzi z tym domem? – zachęciłam Malwinę, stawiając przed nią pełny kieliszek. – Ostatecznie skoro jutro spadnie na nas gniew całego miasteczka, musimy wiedzieć, jak się bronić. A zapewniam cię, że będą nam potrzebne solidne argumenty...

– O ile jeszcze jutro tu będę – zastrzegła Malwina. – Bo im dłużej o tym myślę, tym bardziej sprawa wydaje mi się beznadziejna...

– Nad tym podeliberujemy później, na początek konkrety. Jesteś Niemką czy nie? – zaatakowała Jagoda.

– Nie, nie jestem – westchnęła Malwina. – Ale to dobry początek. Od wyjazdu do Niemiec mogę zacząć. Gdy byłam mała, mieszkaliśmy z rodzicami u dziadków we Wrocławiu. Dziadków ze strony mamy – to dość istotna informacja dla całości – dodała po chwili. – Ale gdy miałam osiem lat, ojciec stracił pracę i jakoś tak zaczęło się nam finansowo sypać. Dziadkowie pomagali nam, rzecz jasna, ale cały czas było bardzo ciężko i znajomy ojca, Niemiec, załatwił mu w końcu pracę. W Niemczech. Ojciec był naprawdę dobrym mechanikiem, tylko charakter miał trudny.

– No tak, praca z ludźmi wymaga jednak cierpliwości – wtrąciłam, wyobrażając sobie, że z ojca Malwiny ani chybi musiał być niezły awanturnik.

– Cierpliwości to on miał aż za wiele. I nienaganne maniery również. – Malwina uśmiechnęła się jakoś dziwnie.

– Do mechanika dżentelmena o anielskiej cierpliwości jakoś nie pasuje zwrot „trudny charakter” … – zdziwiłam się.

– Cierpiał na chroniczną uczciwość, niezbyt dobrze widzianą w jego zawodzie – roześmiała się Malwina. – Uwierzcie, że dla niektórych to było gorsze niż awantury i zaglądanie do kieliszka. Ojciec nie godził się na oszustwa, mówił klientom prawdę, nie zamieniał dobrych części na złe... Niezbyt pożądane cechy u mechanika, który miał bez szemrania wykonywać nie zawsze kryształowo czystą pracę. Znajomy Niemiec nie wykazał się należytą cierpliwością i choć tata dostał tę pracę dzięki koneksjom, powiedział, że nie może z ojcem dalej współpracować, bo po prostu pójdzie z torbami. „Biznes jest biznes, Marku” – tłumaczył, rozkładając ręce. „W biznesie nie ma sentymentów” – dodał jeszcze i wcisnął ojcu tygodniówkę. Tak zakończyła się polsko-niemiecka samochodowa współpraca. Ale tata był już na tym etapie, że nie zamierzał wracać z niczym do kraju. Co więcej, chciał ściągnąć do siebie żonę i dziecko – czyli mnie. No i zaryzykował, jakimś cudem udało mu się otworzyć własny warsztat. Do tej pory nie wiem, jak zgromadził pierwsze pieniądze na rozpoczęcie działalności i jak przebrnął przez wszystkie formalności. Domyślam się tylko, że musiał się u kogoś zadłużyć. No i że ktoś życzliwy mu pomógł załatwić urzędowe sprawy. Summa summarum, warsztat został otwarty. I ku zdumieniu jego poprzedniego chlebodawcy jakoś mu się opłacało prowadzić go w ten nietypowy uczciwy sposób. Co więcej, Niemiec po jakimś czasie splajtował, i to bez udziału mojego ojca, a taty warsztat nie nadążał z robotą. Wkrótce my z mamą dołączyłyśmy do niego i już tam zostaliśmy. Oczywiście mnie postawiono przed faktem dokonanym, nie pytano, czy chcę się wyprowadzać z Wrocławia, a szczerze mówiąc, nie byłam z tego zadowolona. Na całe szczęście drogę powrotu miałam otwartą i korzystałam z niej w każdej chwili wolnej od szkoły. Dziadkowie czekali na mnie z otwartymi ramionami, stęsknieni i gotowi nieba mi przychylić. Dodatkowo zaniepokojeni oddaleniem i miejscem, gdzie nas wywiało, najwyraźniej postawili sobie za cel, że nie dadzą mi zapomnieć, kim naprawdę jestem. I udało im się wyhodować prawdziwą polską patriotkę na niemieckiej ziemi. – Malwina na moment zamilkła i wzięła głęboki oddech.

– Słuchaj, nie musisz nam opowiadać całego swojego życia – skorzystałam z tej chwili przerwy. – W ogóle nic nie musisz nam opowiadać poza tym, dlaczego cię interesuje gospodarstwo po Tarłach. I to tylko dlatego, żebyśmy wiedziały, co można w tej sprawie zrobić – dodałam, bo nagle zrobiło mi się jakoś tak niewyraźnie, że ta kobieta, która niewątpliwie miała teraz jakieś problemy, czuje się zmuszona do spowiadania się przed nami. Trudno, najwyżej Jagoda się na mnie wkurzy, ale przynajmniej nie będę jak jakaś podła Kraśniakowa wściubiająca nos w nie swoje sprawy.

– Majka ma rację – widać Jagoda pomimo wcześniejszego bojowego nastroju też poczuła się trochę niezręcznie. – Nie musisz nam tego wszystkiego mówić. To są w końcu twoje prywatne sprawy. I chyba powinnam cię przeprosić, bo to ja nalegałam na Majkę, żeby tak cię przepytała – przyznała się ze skruchą. – Ale wiesz, te wieści z miasteczka były trochę niepokojące – dodała na usprawiedliwienie.

– I miałaś rację – ku mojemu zaskoczeniu Malwina zdawała się rozumieć nasze wścibstwo. – W końcu to na was miejscowi będą psy wieszać, a jak by nie było, to wy tu mieszkacie na stałe. I nie musicie mieć wyrzutów sumienia, ja naprawdę nie zwierzam się z niczego, o czym nie wiedzieliby nasi niemieccy sąsiedzi. To żadna tajemnica, tyle tylko, że teraz doszłam do punktu, o którym trudno mi mówić. To wszystko jest jeszcze takie świeże... Na czym skończyłam?

– Na polskiej patriotce – podpowiedziałam i dolałam złotorudej wina.

– A, no tak. Minęło kilka lat, ojca warsztat się rozwijał, mama otworzyła kawiarnię, taką tematyczną, samochodową.... Wiecie, jak ta z filmu Pulp Fiction. Ja skończyłam jedną szkołę, drugą, potem wróciłam tutaj na studia. Przez moment myślałam nawet, że już zostanę, ale mama nie dawała sobie rady z prowadzeniem kawiarni. Byłam potrzebna, więc pojechałam. W końcu rodzinny interes do czegoś zobowiązuje. Niby byli pracownicy, ale wiecie, jak to jest... Pańskie oko konia tuczy. W międzyczasie zmarła babcia, dziadek został sam, ale za nic nie chciał przenieść się za granicę. Wiedziałam, że z czasem tę sytuację trzeba będzie jakoś rozwiązać, ale wtedy dziadek jeszcze sobie radził. Nie potrzebował opieki, bo był całkowicie samodzielny. Staraliśmy się tylko odwiedzać go częściej niż za życia babci. Kilka razy udało nam się nawet przekonać go, żeby przyjechał do nas. Rodzice chcieli, żeby został na stałe, ale jeżeli chodzi o to, był bardzo konsekwentny. Szczerze mówiąc, nie dziwiłam mu się. Mnie też się marzył powrót do Polski, ale wiedziałam, że na to na razie mam marne szanse. Trzeba było pomagać rodzicom... Tak było aż do momentu, gdy trzy lata temu mama i tata mieli wypadek samochodowy. Zginęli na miejscu. – Złotoruda skurczyła się w sobie i jakoś tak poszarzała.

– Malwina, czekaj – przerwałam jej, bo moje podłe samopoczucie sięgnęło zenitu. – Nie opowiadaj nam tego. Nieważne, dlaczego wróciłaś i chcesz tu zamieszkać. Pomożemy ci. Prawda? – zwróciłam się do Jagody.

– Tak, zgadzam się z Majką całkowicie – wybąkała Jagoda. – Nie wiedziałyśmy... No, choroba, głupio wyszło! Bardzo nam przykro… Cholera, nigdy nie wiem, co w takich sytuacjach powiedzieć…

– Chyba nie ma dobrych słów. Ale nie róbcie sobie wyrzutów. Zresztą, to nie jest temat tabu, tyle tylko, że boli – Malwina wzruszyła ramionami – a ja już przecież mówiłam, że chcę wam wyjaśnić powody mojej bytności w Malowniczym. Nie chciałabym żadnych domysłów. Ludzie piszący autobiografie wiedzą, co robią. Sami informują bliźnich o różnych bardziej i mniej pikantnych faktach z życia, i mają z głowy. Zresztą, to, co wam opowiadam, z pikanterią niestety niewiele ma wspólnego. – Uśmiechnęła się blado. – Po śmierci rodziców przez jakiś czas usiłowałam sama prowadzić kawiarnię i nadzorować pracę warsztatu, ale nie dałam rady. Nie znałam się na samochodach, moi podwładni bez nadzoru nie pracowali tak, jak powinni. Sytuacja mnie przerosła, nie radziłam sobie ani ze stratą rodziców, ani z codziennymi obowiązkami. I w końcu zdecydowałam się na sprzedaż tego wszystkiego. Pieniądze za radą narzeczonego zainwestowałam na giełdzie.

– Grałaś na giełdzie? To może mnie czegoś nauczysz? – Jagoda skwapliwie skorzystała ze zmiany tematu. – Ostatnio chyba z racji tego, że mam ograniczone pole ruchu, nabrałam ochoty na jakiś hazardzik.

– Niestety, muszę cię rozczarować, za mnie podejmował decyzje makler. Za to umiem całkiem nieźle grać w remika i kanastę. Może to nie najwyższa półka, ale chyba na małą domową hazardową rozpustę wystarczy.

– Wiecie co, ja się w tym wszystkim pogubiłam – wyznałam, pomijając milczeniem karciane inklinacje dziewczyn. – Rozumiem jeszcze mniej niż na początku, o ile to w ogóle możliwe.

– Chwilę cierpliwości i wszystko będzie jasne – obiecała Malwina. – Ten przydługi wstęp był konieczny. Wracając do tematu, to ostatnimi czasy kilka rzeczy wydarzyło się jednocześnie, po pierwsze, dziadek podupadł na zdrowiu, ale za to upór mu pozostał niezmienny i stwierdził, że on w Polsce się urodził i w Polsce umrze. Po drugie, krach finansowy sprawił, że straciłam kupę forsy, nie mogłam już utrzymywać się z akcji, zresztą, przestraszyłam się i mimo że makler radził przeczekać, sprzedałam je wszystkie. I właśnie gdy byłam na etapie zastanawiania się, co dalej, jacyś chuligani pobili mojego dziadka. To przesądziło sprawę. Dotarło do mnie, że pora zakończyć wszelkie niemieckie sprawy i wrócić tutaj. Najpierw myślałam o przeniesieniu się do dziadka, do Wrocławia, ale jego mieszkanie w kamienicy ma tylko dwa pokoje, jest na trzecim piętrze, a dziadek, choć nadal całkiem sprawny, coraz gorzej radzi sobie ze schodami. Stwierdziłam więc, że w takim przypadku najlepiej będzie kupić coś na wsi. A skoro miałam i tak wydać pieniądze, to uznałam, że o ile to możliwe, odkupię dobra rodzinne.

– I gospodarstwo po Tarłach jest tym twoim rodzinnym dobrem? – zdumiałam się.

– Tak jakby. Przy przeglądaniu rzeczy po rodzicach w biurku taty znalazłam teczkę z dokumentami. Okazało się, że Tarłowie byli rodzicami mojego ojca. Z tym że mama taty wychodząc za Tarłę, już miała synka.

– Czyli Tarło nie był ojcem, tylko ojczymem – powiedziałam, usiłując poskładać zasłyszane informacje w spójną całość.

– Na to wychodzi. Nie wiem, co między nimi zaszło, ale musiało to być coś dramatycznego, bo tata nie przyjął nawet spadku po Tarle. Nigdy też o nim nie opowiadał. Wszystkie historie rodzinne, które od niego słyszałam, dotyczyły czasów, gdy był już dorosły. Jakby w ogóle nie miał dzieciństwa… Gdy znalazłam te dokumenty, jak przez mgłę przypomniałam sobie, że kiedyś jak byłam malutka, moją mamę odwiedziła jakaś kobieta. Płakała i o coś ją bardzo prosiła. A mnie pożerała wprost wzrokiem. Przestraszyłam się tego jej głodnego spojrzenia… Pewnie dlatego w ogóle ją zapamiętałam. Teraz myślę, że to była matka taty…

– Ale