Winny - Joanna Opiat Bojarska - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Winny ebook i audiobook

Joanna Opiat-Bojarska

4,1

43 osoby interesują się tą książką

Opis

Mrocznie, duszno i nieprzewidywalnie – Joanna Opiat-Bojarska opracowała wzór na thriller, od którego przechodzą dreszcze. Doskonale skonstruowana, pochłaniająca intryga to gra z czytelnikiem na najwyższym poziomie. A zakończenie zaskoczy nawet najbardziej wytrawnych miłośników gatunku.

Szum wody. Ciepło otaczające zanurzone w wannie ciało. Blask migoczącego płomienia.

To jest właśnie reset. Tylko tak Marcin może się uspokoić. Wyciszyć nadwrażliwy na bodźce umysł. Utrzymać w ryzach tę część siebie, która nie mieści się w ogólnie przyjętych normach.

Kiedyś popełnił błąd. Myślał, że tak będzie lepiej. Dla wszystkich.

Ale bardzo się pomylił, życie to nie jest bajka z morałem. Nie wystarczy odpokutować. Choć spłacił swoje długi, piętno winy zostanie z nim na zawsze.

Zwłaszcza że jest ktoś, komu zależy na tym, by prawda nigdy nie wyszła na jaw. Nawet za cenę życia.

 

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 419

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 24 min

Lektor: Marcin Popczyński

Oceny
4,1 (264 oceny)
116
83
50
14
1
Sortuj według:
IceFlowers

Nie oderwiesz się od lektury

Winny czyli Marcin Rybacki bardzo mnie wciągnął w swoją historię. Główny bohater walczy z przeciwnościami losu próbując rozwiązać zagadkę z przeszłości, której piętno ciągnie się za nim przez lata.
00

Popularność




Rozdział 1

Jedna chwila może zmienić wszystko. Wynieść człowieka lub zniszczyć.

Nigdy nie kierował się specjalnym poczuciem odpowiedzialności. Ufał sobie i swoim decyzjom, nawet jeśli podejmował je bez większego zastanowienia. Zwykle kilka sekund wystarczyło mu na ocenę sytuacji.

Taksówka ruszyła spod szkoły. Powoli przemieszczała się ulicami miasta. Nie skupiał się na ich nazwach. Liczyło się zupełnie coś innego.

– Boję się. – Siedzący obok niego chłopiec miał przerażoną minę.

Welurowa tapicerka sprawiała wrażenie ciepłej. Przesunął dłonią po siedzeniu. Mikroskopijne włoski przyjemnie pieściły jego dłoń. Były miękkie i tak zachęcająco delikatne, że mógłby położyć na nich twarz.

Czuł zmęczenie, a powieki wydawały się zbyt ciężkie, by trzymać je w górze. Musiał jednak zachować pełną koncentrację. Świadomość tego, co właśnie zrobił, budziła w nim obawy i radość. Zwykle te uczucia wykluczały się wzajemnie, ale zwykle też nie pozwalał sobie na robienie czegoś, co było zabronione.

– Nie bój się. Będzie fajnie.

W jego głosie panoszyła się nerwowość. To przez nią sam sobie nie wierzył, a przecież musiał oszukać chłopca. Sprawić, że ten się rozluźni, spojrzy na to, co się dzieje, ze spokojem, że w końcu przestanie kurczowo trzymać się szelek przylegającego mu do pleców tornistra. Złapał je w momencie wpychania go do taksówki i nie puszczał ani na chwilę.

– Zdejmiemy go, dobrze? – tym razem postarał się, by jego głos brzmiał możliwie najłagodniej. – Pomogę ci. – Chwycił tornister za czarną rączkę. – Wszystko jest OK. Będziemy się dobrze bawić.

Chłopak spojrzał na niego swoimi pięknymi i pełnymi niepokoju oczami. Odchylił się delikatnie do przodu, umożliwiając Marcinowi zdjęcie mu z pleców ciężaru. Tornister wylądował na podłodze, a oczy dziecka zaszły łzami.

– A mama?

– Obiecuję – szepnął do chłopca. – To będzie miły dzień.

Starał się w swoją deklarację włożyć jak najwięcej przekonania, chociaż z trudem je w sobie odnajdował. Nie mógł dopuścić, by taksówkarz zorientował się, że coś jest nie tak.

Złapał jego zaciekawione spojrzenie we wstecznym lusterku. Odpowiedział na nie uśmiechem. Nie pozostało mu nic innego.

– Butelkę czystej, słoik ogórków konserwowych i to mleczko, proszę. – Wskazał na żółtą butelkę środka czyszczącego.

– Absoluta, bolsa, stocka czy żołądkowej?

– Najtańszej – odpowiedział bez namysłu.

Po zapłaceniu czynszu i kaucji za mieszkanie zostało mu na koncie pięćset złotych. W Poznaniu przeżyłby za to pewnie tydzień, może dwa, jeśli mocno zacisnąłby pasa. Chociaż nie, w Poznaniu nie byłoby go stać na wynajem dwupokojowego mieszkania, nie mówiąc już o życiu.

– Siatkę doliczyć?

Pokręcił głową i wyciągnął przed siebie rękę z kartą płatniczą.

– Pan nietutejszy, co nie? Nie widziałam pana nigdy wcześniej.

– Yyy…

Nie wiedział, co powiedzieć. To był jego pierwszy dzień w Inowrocławiu. Nie znał jeszcze lokalnych cen, zwyczajów, ludzi.

– Rzucam się w oczy? – wydukał.

– Zrobił pan zakupy w moim sklepie, a nawet mnie nie zauważył.

Najpierw spojrzał w kierunku drzwi wyjściowych, potem na kasjerkę. Powoli i uważnie przeskanował ją od czubka głowy do pasa. Kobieta miała na sobie zielony uniform i przypiętą do piersi tabliczkę z imieniem. Głos, który wydobywał się z jej ust, był nieprzyjemnie piskliwy. Tak bardzo nieprzyjemny, że mógłby zastępować syrenę alarmową.

– Tak poznaję obcych – kontynuowała, wpatrując się w Marcina. – Ci z wielkich miast są jak wielcy państwo. Nie zauważają obsługi sklepu, nie patrzą w oczy, nie uśmiechają się. Traktują mnie jak robota. Ci ze wsi są zwykle onieśmieleni, mają rozbiegane spojrzenie… – Wyjęła spod lady terminal płatniczy. – Myślę, że mój ulubiony bohater książkowy, Sherlock Holmes, powiedziałby, że jest pan z miasta, ale ma pan chęć dostosowywania się do otoczenia. Nie jest pan przejazdem, co nie?

– I tu mnie pani ma.

Kiedy opuszczał sklep, towarzyszyła mu myśl, że nawet jeśli dziś wygląda na obcego, to za miesiąc będzie bardziej tutejszy niż ludzie urodzeni w Inowrocławiu.

Przy wyborze mieszkania Marcin kierował się odległością od mieszkania Słoniny. Dlatego aleja 800-lecia była idealna. Niecałe trzy kilometry od Maćkowskiego. Na tyle daleko, by nie siedzieć sobie ciągle na głowie, i na tyle blisko, by móc razem obalić flaszkę i wrócić do domu na własnych nogach.

Na trzeźwo droga ciągnęła się jednak w nieskończoność, a butelka wódki ciążyła Marcinowi. Ulica Staropoznańska, którą zmierzał do celu, prezentowała się niezbyt okazale. Zakłady produkcyjne, puste pola, niskie budynki i brak chodnika. Postanowił, że będzie wracał inną drogą. Nawigacja proponowała spacer Poznańską. Był ciekawy, czy okaże się mniej „stara” i bardziej przyjazna pieszym.

Przy skrzyżowaniu z Chemiczną zatrzymał się na chwilę, bo jego oczom ukazały się nowsze, kolorowe bloki. Miła odmiana.

Za blokami znajdowało się coś, co wyglądało na szkołę podstawową. Rozpoznał ją dzięki idealnie kwadratowym oknom ze szprosami. Podstawówka, do której chodził, miała identyczne.

Właśnie musiały skończyć się lekcje, bo dzieciaki wesoło wybiegły ze szkoły.

– Zapaliły papierosy, wyciągnęły flaszki, chodnik zapluły, ludzi przepędziły – zanucił pod nosem.

Album z utworem Dzieci Elektrycznych Gitar ukazał się w roku jego narodzin. Matka wielokrotnie mówiła mu, że jest taki jak te wyśpiewane przez Kubę Sienkiewicza dzieciaki. Schlebiało mu to. Nigdy nie marzył o tym, żeby być aniołkiem.

Czasy się jednak zmieniały, więc i dzieci nie były takie same. Te, które opuszczały właśnie szkołę, nie paliły, nie piły i nie pluły. Połączyły się w grupki i rozchodziły w różnych kierunkach, wpatrując się zachłannie w swoje smartfony.

Uwagę Marcina skupił chłopiec. Jako jedyny szedł sam. Nie przeglądał telefonu. Miał pewnie z siedem lat, wzrok wbity w ziemię, a ręce zaciśnięte na szelkach plecaka, jakby bał się, że ktoś mu go zabierze. Całe jego ciało mówiło, że przeprasza. Za wszystko – to, co się stało, i to, co się dopiero stanie.

Marcin odprowadził go spojrzeniem do kolorowego bloku, a kiedy chłopiec zniknął za drzwiami wejściowymi, ruszył dalej.

Słoninę znał właściwie od dziecka. Kiedyś się przyjaźnili, potem ich drogi się rozeszły, a niedawno odnowili znajomość. „Odnowili” nie było może odpowiednim słowem, ale Marcin nie lubił rozpamiętywać raz podjętych decyzji. Skoro uznał, że wróci do tego, co łączyło ich kiedyś – to wrócił. I zapomniał o wszystkim innym.

Oczywiście przyjaciel miał kilka wad, ale Marcin też nie był bez skazy. Nie zamierzał rzucać kamieniami. W najtrudniejszych momentach swojego życia zawsze mógł liczyć na Słoninę.

A teraz potrzebował pomocy. Może bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.

Rozpoczynał nowe życie w nowym miejscu – ale nie dlatego, że pragnął czegoś nowego. Został do tego zmuszony, a teraz udawał sam przed sobą, że lubi zmiany. Że sam właściwie jest zmianą, dlatego rewelacyjnie poradzi sobie ze wszystkim, co go spotka.

W Inowrocławiu nie znał nikogo poza Słoniną, ale wiedział, że przyjaciel nie pozwoli mu zginąć. Nie myślał o tym, jak będzie. Powtarzał sobie, że będzie dobrze. I zupełnie inaczej niż w Poznaniu. Ale nie pierwszy i zapewne nie ostatni raz zaczynał od nowa.

Tak się zamyślił, że minął ulicę Maćkowskiego. Na szczęście nawigacja w jego komórce zaprotestowała głośno i dzięki temu wrócił myślami na ziemię. Teraz musiał tylko odnaleźć numer osiem.

Uwagę przyciągała znajdująca się po prawej stronie Biedronka. Miała nowoczesną elewację. Idealnie spajałaby się z krajobrazem świeżo oddanego do użytkowania osiedla z metalu i szkła, w którym mieszkają idealni ludzie, jakby wycięci z kolorowych czasopism. Na inowrocławskich Mątwach wyglądała trochę jak celebrytka na imprezie Klubu Gospodyń Wiejskich. Lśniła i przyciągała wzrok, jednocześnie podbijając brzydotę okolicznych budynków.

Na skraju parkingu stał mężczyzna. Marcin spojrzał na jego niedbałe ubranie, stary rower oparty o płot i butelkę, którą co chwilę podnosił do ust, i od razu uznał, że to lokals. Ktoś, kto tu się urodził i tu umrze, a żadna Biedronka nie będzie zbliżać go do lepszego świata. Na pierwszy rzut oka widać było, że pijaczek ma swój świat i każdego dnia wykazuje się ogromną kreatywnością, by odnaleźć pretekst do wypicia kilku toastów.

– Przepraszam – najpierw zawołał, ale z braku reakcji podszedł bliżej – przepraszam! Gdzie jest ósemka?

Mężczyzna zmierzył go wzrokiem, jakby najpierw musiał odpowiedzieć sobie na pytanie, czy warto udzielić odpowiedzi.

– Ósemka?

– Maćkowskiego osiem.

– Tam. – Dłoń mężczyzny zamiast wskazać kierunek, zrobiła ruch, jakby chciał odgonić muchę.

– Czyli gdzie? – Marcin obejrzał się za siebie.

– No pokazuję przecież. Trza wejść głębiej.

Marcin cofnął się, wszedł w uliczkę pomiędzy starymi domami i wtedy je zauważył. Dwa bloki mieszkalne. Dużo starsze od Biedronki, ale równie dziwnie wyglądające pomiędzy starymi i zniszczonymi budynkami.

Sprawdził w komórce numer mieszkania Słoniny, a kiedy stanął przed jego drzwiami, wyjął z plecaka wódkę i zapukał.

Odpowiedziała mu głucha cisza.

Znowu zapukał. Zerknął na zegarek. Na wódkę. Znowu na zegarek. Dochodziła dziewiętnasta. Słonina powinien być w domu. Umawiali się przecież, że jak tylko Marcin się rozlokuje w nowym mieszkaniu, to wpadnie do kumpla.

Zaklął pod nosem. Nie po to zrobił sobie półgodzinny spacer, by teraz wracać do siebie o suchym pysku.

Wybrał numer przyjaciela.

– Elo, Słonina – odezwał się, by pozostawić po sobie ślad na poczcie głosowej. – Jak tam? Gdzie jesteś, skoro cię nie ma w chałupie? Bo wiesz, ja już dotarłem. Mam przyjemną miejscówkę i chłodną wódę w ręku. Jeśli nie odezwiesz się w ciągu godziny, będę musiał obalić ją sam.

Rozłączył się i schował butelkę. Wyszedł przed blok. Przez chwilę chłonął atmosferę tego miejsca. Dziwnie to wszystko wyglądało. Blok wśród zaniedbanych domów jedno- lub w porywach dwurodzinnych prezentował się jak jakiś pomnik albo raczej życzenie włodarzy miasta, by w złej dzielnicy zamieszkali dobrzy ludzie i tym samym uczynili ją dobrą.

– I co tak, kurwa, się gapisz?!

Usłyszał zaczepkę, ale nie zamierzał spoglądać w stronę, z której padła. Ruszył przed siebie. Wyjął komórkę, żeby jeszcze raz zadzwonić do Słoniny i opieprzyć go za nienależyte powitanie. Ale zamiast sygnału, po którym mógłby się nagrać, usłyszał wiadomość, że poczta głosowa jest pełna.

Twarda posadzka coraz mocniej wbijała się Marcinowi w kolana. Ból stawał się nie do zniesienia. Jakby pomiędzy płytkami łazienkowymi a kośćmi, więzadłami i rzepką nie było ani grama ciała.

Nie zamierzał jednak zmieniać pozycji. Miał zadanie do wykonania. Postanowił, że nie wstanie, dopóki nie skończy.

Kolejna porcja żółtej substancji trafiła do wnętrza wanny. Roztarł ją dynamicznie gąbką. Najpierw poziomo, potem pionowo, a na koniec wykonał jeszcze kilka zdecydowanych ruchów okrężnych. Polał wnętrze wanny wodą z nadzieją, że tym razem pozbędzie się plam.

Brunatnoczerwone ślady nadal tam były.

Świeża warstwa pełnego składników chemicznych mleczka zakryła żeliwną powierzchnię. Dał jej kilkanaście sekund na rozmiękczenie brudu. Mikrokryształki miały czas, żeby się wykazać. Tak to sobie tłumaczył.

Spojrzał na butelkę. Formuła z mikrokryształkami. Musiały być bardzo mikro. Nie widział ani ich, ani efektów. Producent obiecywał, że mleczko usunie sto procent zabrudzeń, ale wanna nadal nie była wystarczająco biała.

– Noż kurwa mać! – zaklął głośno, by dać upust narastającej w nim złości. W łazience musiało być czysto, niezależnie od tego, co działo się w niej wcześniej.

Kolana błagały o litość, a do pomieszczenia docierały jakieś hałasy. Ignorował je. I kolana, i hałasy. Wiedział, że są w zmowie. Kiedy wstanie i wyjdzie z łazienki, stawy zaprotestują i nie będzie mógł wrócić do tego, co robi teraz.

Zaczął od początku. Jak maszyna. Środek na powierzchnię. Tarcie gąbką. Najpierw miękką, a potem szorstką stroną. Żeliwna wanna i tak była chropowata. Im dłużej ją czyścił i przyglądał się jej z bliska, tym bardziej docierało do niego, że wyznaczył sobie pracę godną Syzyfa.

Jak miał dotrzeć do wszystkich miejsc, do których wcześniej dotarła brunatnoczerwona substancja, skoro struktura wanny przypominała pumeks?

– Aaa! – wydarł się przez ściśnięte gardło, rzucił gąbkę do wanny i wstał.

Miał dość. Wanna wyglądała lepiej, ale plama nie dawała mu spokoju. Widział ją nawet wtedy, gdy zamykał oczy.

Wyszedł do przedpokoju z nadzieją, że plama zniknie do czasu jego powrotu.

Hałasy na klatce się nasiliły. Z bezkształtnej plątaniny dźwięków wyłaniały się ludzkie krzyki. Marcin zatrzymał się obok leżącego w przedpokoju kartonu. Wiedział, że powinien się nim zająć w pierwszej kolejności. Ukryć. Spalić. Pozbyć się jego i wszystkiego, o czym mu przypominał.

W ogóle nie powinien był go tu przywozić. Pielęgnowanie pamięci o przeszłości źle odbijało się nie tylko na jego psychice, ale i całym życiu. To przez to musiał rozpoczynać wszystko od początku.

Schylił się, by podnieść karton, ale poczuł, że za chwilę pękną mu bębenki w uszach. Ktoś pod jego drzwiami krzyczał i śmiał się w najlepsze. Wszystkie niekontrolowane dźwięki przenikały przez drzwi, zbierały się w przedpokoju i wzmacniały jak w pudle rezonansowym.

Wziął głęboki oddech, wysunął klatkę piersiową do przodu, napiął mięśnie i ruszył do drzwi. Nacisnął klamkę i otworzył drzwi z tak ogromną siłą, że uderzyły o ścianę.

– Czego?!

Dwie zdziwione pary oczu spojrzały na niego.

Marcin wykrzywił twarz z satysfakcją. Zamilkli. Młoda kobieta i mężczyzna, którego poznał rano. Nie pamiętał jego imienia, ale zachował w pamięci jego niedbałą fryzurę i bluzę, na której widniał napis „NOT FOR SALE”.

– Żyje! – Mężczyzna przerwał ciszę. – Mówiłem, Beatko, że bez sensu panikujesz.

– Miałeś rację – przytaknęła wysoka i koścista kobieta.

– Musicie hałasować pod moimi drzwiami?

– Ale o co ci chodzi, chłopie? Stoimy tylko.

– Możecie stać trzy tony ciszej?

– Jak ciszej? Impreza jest!

Dopiero teraz poczuł specyficzną woń alkoholu. Złapał się za głowę i starał się opanować postępującą panikę, że zamieszkał w jakimś centrum imprezowym. Potrzebował ciszy i spokoju, a nie ciągłych libacji.

– Świetnie – przewrócił oczami – ale dlaczego na klatce schodowej? Akustyka iście, kurwa, operowa. Nie możesz zabrać pani do siebie?

– Zabiorę pod warunkiem, że i ty, chłopie, pójdziesz z nami.

– Bartosz mówił, że albo ci się coś stało, albo się przed nami ukrywasz. Ale dlaczego miałbyś to robić? – Kobieta podeszła tak blisko, że oprócz alkoholu poczuł także jej perfumy. – Przecież jeszcze nas nie znasz. Ani my ciebie. Jak masz na imię?

– Marcin – odpowiedział i odruchowo przymknął drzwi do mieszkania. Nie chciał wpuszczać do niego obcych.

– Cześć, Marcin. Możemy być na ty, prawda? Bartosza już znasz, ja jestem Beata i mieszkam na parterze.

– Weź, Beata, mu się nie narzucaj, chłop nowy jest! Na twoje opowieści przyjdzie czas.

– Nowy, więc mu się kulturalnie przedstawiam!

– I świetnie, oficjalne ukłony mamy już za sobą. Marcin! Nie stój tak. Zamykaj drzwi i chodź. A teraz idziemy wszyscy na jednego… – zaintonował weselną przyśpiewkę.

– Nie, dzięki.

– No weź, impreza powitalna jest!

– Ach.

– Ach? Kuźwa, chłopie, entuzjazmu to ty nie potrafisz okazać. Impreza na twoją cześć. Dlatego tu stoimy i o suchych pyskach deliberujemy, czy żyjesz jeszcze, czy nie.

– Bo Bartosz powiedział, że widział, jak wchodziłeś do mieszkania, ale pukaliśmy i dzwoniliśmy i nie odpowiadałeś, więc ktoś powiedział, że coś ci się stało i…

– Cicho, Beata. Słyszysz to, chłopie? Ten babski szczebiot? Kuźwa. Ja mam dość. Fajnie, że się wprowadziłeś, będzie nam teraz łatwiej w tym babińcu. Cała klatka kobiet. Dalej, Marcin, nie będziemy tak o suchych pyskach stać.

– Idźcie. Ja mam… pracę. – Marcin złapał drzwi, gotowy do odwrotu.

Owszem, ciągnęło go do gorzały i nawet nastawił się dziś na picie. Słonina nie oddzwaniał, sam pić nie zamierzał, a mimo to wizja picia z obcymi jakoś go nie zachęcała.

– O tej godzinie się już nie pracuje… – nalegał Bartosz.

– Ale…

– Ja ci kartony napakowane kamieniami nosiłem rano, gdy się wprowadzałeś, a ty spuszczasz mnie, nas… na drzewo?

– Może jutro?

– Wódka się chłodzi, dziewczyny przyszły!

– Nie mogę. Naprawdę. Mam pracę.

– Nie ucieknie. Nie daj się prosić. – Bartosz podszedł do Marcina i podniósł rękę, by położyć mu ją na ramieniu, ale ten się cofnął. Dłoń zawisła w powietrzu. – Źle się mieszka tym, co się nie przywitają.

Postawił na swoim. Przynajmniej chwilowo. Przełożył powitanie na później, dzięki czemu mógł teraz siedzieć w ciszy i ciemności. Mieszkanie było zbyt obce, żeby stanowić oazę spokoju. Wiedział jednak, że kiedyś się nią stanie.

Podobała mu się przestrzeń za oknem. Gdzieś z boku stał blok mieszkalny, ale zdecydowaną większość stanowiły tereny zielone ze stawem i ścieżkami wokół niego. Kiedy oglądał mieszkanie po raz pierwszy, właścicielka powiedziała, że staw Kaula jest zalaną starą cegielnią. Pomyślał wtedy, że to dobre miejsce na rozpoczęcie nowego życia. Cegielnia stała się przyjemnym oczkiem wodnym, a on – Marcin Rybacki zwany przez przyjaciół Rybą – lubił wodę.

Spojrzał na zegarek. Właśnie minęło pół godziny od zakończenia rozmowy na klatce schodowej. Powinien już stać przed drzwiami sąsiada i udawać najbardziej rozrywkowego mężczyznę na świecie. To było trudne, bo nadal gotowała się w nim złość. Wziął bardzo głęboki oddech, a potem powietrze i stres wypuszczał nosem. Długo. Bardzo długo.

Porażka goniła porażkę, a Słonina nie oddzwaniał. Marcin chciał z nim porozmawiać szczerze o problemie, którego nie potrafił rozwiązać. Od tygodnia maltretował swój umysł. Liczył, że w końcu wypowie na głos alternatywy i może dzięki temu dokona wyboru.

Najwyraźniej Słonina miał inne rzeczy na głowie, a Marcin mógł liczyć tylko na siebie. Ponownie zrobił głęboki wdech i równie długi wydech. Sięgnął po komórkę i wybrał numer Kostka.

„Tu Kostek. Jeśli masz złą wiadomość, mów teraz, jeśli dobrą, poczekaj na sygnał”.

– Ja pierdolę! – szepnął Marcin. Ewidentnie to nie był dzień na rozmowy telefoniczne. – Halo? Kostek? – Gdy usłyszał sygnał, nie mógł się zdecydować, czy zostawić wiadomość, czy spróbować dodzwonić się kiedy indziej. Czekał zbyt długo, bo połączenie zostało przerwane. Wybrał numer jeszcze raz i z pełną determinacją zaczął mówić: – No weź, kurwa… To ja. Dzwonię, bo przemyślałem wszystko. Halo?

Coś działo się z połączeniem. Przeszedł w stronę okna, uznając, że to problem z zasięgiem.

– Halo? Jakieś dziwne dźwięki słyszę. Nieważne. Chcę pogadać. Zadzwoń. Proszę.

Ostatnie słowo z trudem przeszło mu przez gardło. O wiele łatwiej byłoby obrazić się jak Kostek. Zamilknąć i udawać, że niczego się nie czuje.

Odłożył telefon. Spojrzał w lustro, poprawił krótko obciętą grzywkę i wygładził rudawego wąsa. Miał ochotę na wódkę. Tak dużą ochotę, że dyskomfort wynikający z tego, że nie zna nikogo z towarzystwa, z którym miałby pić, zaczął tracić na znaczeniu.

Włożył buty, spryskał się wodą kolońską i uznał, że jest gotowy do wyjścia. W ostatniej chwili podjął decyzję, że sprawdzi jeszcze skrzynkę mailową. Poszedł więc do sypialni i włączył komputer z nadzieją, że może skoro Kostek nie chciał z nim rozmawiać, to chociaż napisał kilka słów.

W folderze z odebranymi wiadomościami pojawiła się jedna nowa. Jej nadawcą był Kostek. Treść była krótka. Dwa słowa: „pa to” i załącznik.

Marcin kliknął w plik, ale ten zamiast się otworzyć, sprawił, że komputer się zawiesił.

– I ty, Brutusie? – Westchnął z rezygnacją.

– No nareszcie! Z której strefy czasowej do nas przyjechałeś, chłopie? To było najdłuższe pół godziny na świecie! Nie szczerz się, tylko właź. – Bartosz odwrócił się i ruszył przed siebie.

Marcin zrobił krok do przodu. Mieszkanie sąsiada miało zupełnie inny układ niż jego. Przedpokój był mikroskopijny. Mieściła się w nim mała szafka na buty i wieszak na kurtki. Wszedł do środka i poczuł się jak w klatce. Gdyby teraz wyciągnął na boki obie ręce, nie mógłby ich nawet rozprostować.

Zamknął za sobą drzwi, a jego oczom ukazał się bałagan, który zwykle ukrywa się w przedpokojowej szafie. Jakieś czapki, szale, wierzchnie nakrycia, siatki i odkurzacz. Żadna kobieta nie pozwoliłaby, by w miejscu stanowiącym wizytówkę jej mieszkania znajdowała się zbieranina wszystkiego. Bartosz musiał mieszkać sam.

Przedpokój miał jakieś trzy metry i kończył się ogromną plamą światła i przestrzeni. Marcin podążał powoli w stronę blasku i nie mógł oprzeć się wrażeniu, że doznaje czegoś, co ludzie opisują jako śmierć kliniczną. Wąski, ciemny korytarz zakończony wielką jasnością, po przekroczeniu której nie ma powrotu.

– Tylko nie zdejmuj butów! Chodź, chodź.

Szedł. Teraz już nie był odwrotu, chociaż salwy śmiechu dochodzące z pokoju zachęcały raczej do odwrotu. Przedpokój przeszedł w pokój, nie było żadnych drzwi czy futryn.

– Cześć wszystkim. – Uniósł dłoń, licząc, że wystarczy zbiorowe powitanie.

Prześlizgnął się spojrzeniem po zgromadzonych. Jedna para wtulona w siebie, jakby za chwilę mieli się zjeść, trzy dziewczyny i Bartosz. Kanapa. Fotel. Telewizor zawieszony w rogu pokoju i wydający z siebie dźwięki, których nikt nie słuchał. Nie było tu ani zasłon, ani dywanu, ani innych drobiazgów, których obecność miałaby na celu stworzenie klimatu czy dodanie wnętrzu przytulności.

Utwierdziło go to w przekonaniu, że Bartosz mieszka sam. Bez kobiety. Bez dzieci. Bez dźwięków kłótni i niekontrolowanych dziecięcych pisków. To mogła być najlepsza wiadomość tego parszywego dnia – oczywiście jeśli imprezy, jak ta dzisiejsza, nie odbywały się codziennie.

– Halo wszyscy! – Bartosz wskoczył na krzesło i złożył ręce w tubę. – Oto Marcin. Tak, ten Marcin, którego wprowadzkę dzisiaj opijamy. Niech każdy złapie swoje szkło! Do toastu przystąp!

– Proszę. – Niska blondynka o okrągłej twarzy podała mu kieliszek.

Uśmiechnął się do niej.

– Niech ci się tu mieszka dobrze, chłopie! Co ja mówię? Niech ci się mieszka iście zajebiście!

Towarzystwo wybuchło pijackim śmiechem. Marcin nie widział nic śmiesznego w rymie. Ewidentnie odstawał od wszystkich pod kątem zawartości alkoholu we krwi. Jeśli liczył na dobrą zabawę, musiał ją szybko zwiększyć.

Wykrzywił twarz w półuśmiechu, udając, że jest rozbawiony. Bez zbędnej zwłoki opróżnił kieliszek i odstawił go na szklaną ławę, na której znajdował się imprezowy zestaw ratunkowy – dwie butelki wódki, kieliszki, paluszki, chipsy i słoik z ogórkami.

Bartosz opuścił krzesło, złapał w pasie blondynkę o okrągłej twarzy i przyciągnął ją do Marcina.

– Jolkę znasz? – Uśmiechnął się szelmowsko.

Nie zdążył odpowiedzieć, że chwilę wcześniej podała mu kieliszek, bo dziewczyna zaczęła bawić się swoimi włosami, jednocześnie taksując go wzrokiem, i zadała pytanie, które ewidentnie było skierowane tylko do Bartosza:

– To jest to nowe ciasteczko?

Z tonu jej głosu trudno było wywnioskować, czy mówi poważnie, czy się z niego nabija.

– Co? A nie? Powiedz, że ci się nie podoba.

Roześmiała się głośno, po czym zajrzała w oczy Marcina tak głęboko, jakby czegoś w nich szukała.

– Cześć, Marcinie, oczywiście, że mi się podobasz. Fajnie, że jesteś. Wypijmy za to.

Bartosz polał. Marcin przechylił kieliszek, nie czekając na innych. Najchętniej pociągnąłby od razu z gwinta. Nie był przygotowany do prowadzenia otwartego flirtu i rozmów z obcymi ludźmi. W planie miał opróżnienie butelki wódki, słoika ogórków i wspominki ze Słoniną.

– Skąd w ogóle przyjechałeś? – spytała Jolka od niechcenia.

– Z Poznania.

– Żartujesz sobie? – Otworzyła oczy tak szeroko, że wyglądała jak postać z kreskówki.

– Ja? Mówię poważnie. Zawsze.

– Uhuhu! – krzyknęła. – Z wielkiego miasta. Ludzie, słyszeliście to? Marcin zamienił Poznań na Ino. Ja nie mogę! – Zanosiła się od śmiechu. – Ktoś cię zesłał na odosobnienie czy masz niezdiagnozowaną chorobę psychiczną?

Zaatakował go nachalny kobiecy śmiech. Rozejrzał się w poszukiwaniu dróg ucieczki. Nie było ich zbyt wiele. Zakochana para zajmowała jedyny fotel. Beata, którą poznał na klatce schodowej, rozmawiała z dziewczyną, której jeszcze nie znał i wcale nie miał zamiaru poznawać. Musiał jakoś sprytnie przemieścić się w stronę przedpokoju, a potem zniknąć. Po angielsku.

– Jolka, ty już lepiej nie pij. – Bartosz przyszedł z pomocą. – Wybacz jej. Nadmiar alko włącza w niej specyficzne poczucie humoru. Ona nie drze z ciebie łacha. Na moje to są zaloty. Końskie, bo końskie, ale to bardzo miła kobieta jest. Na trzeźwo.

– Wypiłam, i co? Przecież nikt o zdrowych zmysłach nie zamienia wielkiego, nowoczesnego miasta na Ino. Każdy marzy o tym, żeby zostawić Ino i przenieść się do…

– Może ty. – Beata włączyła się do dyskusji. – Mnie tam Ino odpowiada. To też miasto.

– Ale dziesięć razy mniejsze od Poznania – broniła się Jolka. – Ale… – Przerwała nagle, złapała się za usta i wybiegła z pokoju.

– Ale żyjące dziesięć razy wolniej. – Marcin skorzystał z okazji, by wyrazić swoje zdanie.

– Tempo życia potrafi czasem zabić. Podobnie jak tempo i nieumiejętność picia. – Głos Bartosza przykrył trochę odgłosy wydawane przez wymiotującą w łazience Jolkę. – To co? Wypijmy za odpowiednie tempo!

Wszyscy wznieśli toast, po czym palacze przenieśli się na balkon. Bartosz przymknął za nimi drzwi, co sprawiło, że większość hałasu, który produkowali, została na zewnątrz.

Marcin usiadł na kanapie. Spożywany alkohol nie tylko spowalniał aktywność ośrodkowego układu nerwowego, ale też zmieniał gęstość tkanki i płynów w uchu, co pozytywnie wpływało na odczuwanie bodźców dźwiękowych. Nie denerwowały go tak jak zwykle.

Wykorzystując chwilę, w której nikt na niego nie patrzył, sięgnął po pilota i maksymalnie ściszył telewizor. Uznał, że jeśli nikt nie słucha, to nie ma powodu, by ten wypełniał pomieszczenie bezsensownymi dźwiękami.

– A tak serio, chłopie, to czemu wybrałeś Ino? – Bartosz usiadł na tej samej kanapie.

– Tak mi się wylosowało. Wodziłem palcem po mapie i padło na was.

– Zgrywasz się. W Poznaniu można realizować coś, co nazywa się ścieżką rozwoju zawodowego. Człowiek ma lepszy dostęp do kultury i więcej okazji do poznawania ludzi.

– Ludzie jakoś mnie nie… – Marcin ugryzł się w język. – Zresztą sam widzisz, że patrzą na mnie jak na ufoludka. Czy tak trudno zrozumieć, że człowiek po trzydziestu latach życia w pośpiechu chce zwolnić? Zostawiłem Poznań, bo miałem dość tracenia życia na stanie w korkach.

– U nas też są korki. Koło piętnastej, jak ludzie wracają z pracy. Koło sądu na bank je znajdziesz. Tak mówię, jakbyś zatęsknił. Co będziesz robił w Inie?

– Kumpel nagrał mi robotę.

– Gdzie?

– Co, książkę o mnie piszesz?

– Lubię wiedzieć, z kim mieszkam.

– Wiesz o nich wszystko?

– Nawet więcej, niż chciałbym wiedzieć.

Marcin czuł, że cały jego organizm zbuntował się przeciwko niemu i w najsilniejszy z możliwych sposobów odpowiada na wczoraj pięknym za nadobne. Ból wywiercał mu w głowie dziurę, jakby szukał drogi ucieczki. Ale nie w stylu angielskim. Raczej amerykańskim. Wielkiej i głośnej ucieczki, którą trzeba zauważyć i zapamiętać.

Nie pamiętał, o której skończyli pić z Bartoszem. Wiedział, że opróżnili także butelkę, którą kupił dla Słoniny, i że towarzystwo rozeszło się jakoś po północy, a oni siedzieli dalej.

Sąsiad okazał się świetnym i wszechstronnym rozmówcą. Rzeczywiście mieszkał sam. Miał mnóstwo koleżanek, ale nie w głowie mu były związki. Niewiele mówił o sobie i swojej rodzinie, ale na szczęście gdy zorientował się, że Marcin też nie chce o tym rozmawiać, nie nalegał.

Wydawał się idealnym kandydatem na nowego kumpla. Takiego, z którym można wyjść na miasto coś zjeść albo obejrzeć mecz. Marcin nie obiecywał sobie zbyt wiele po tej znajomości, ale cieszył się, że poznał kilka osób. Dzięki temu czuł się mniej samotny.

Te trzy kilometry, które wczoraj pokonał pieszo, dziś wydawały się maratonem. Mniej więcej w połowie drogi zaczął żałować, że nie wsiadł do samochodu.

Słonina nadal nie oddzwaniał, nie odpowiadał na SMS-y ani maile.

Kac nie odpuszczał. Podbijał wszystkie wrażenia zmysłowe, które docierały do mózgu. Gdy Marcin wdrapywał się po schodach w bloku Słoniny, czuł, że po plecach spływa mu strużka potu. Był wyczerpany.

Zatrzymał się przed drzwiami. Potrzebował kilku minut na złapanie oddechu. Zewsząd docierały do niego dźwięki. Bardzo dużo dźwięków, jakby wszyscy się zmówili. Piętro wyżej ktoś słuchał radia najprawdopodobniej na najwyższym poziomie głośności. Właśnie skończyły się informacje, a klatkę schodową wypełniły basy jakiegoś utworu muzycznego.

Marcin nawet nie próbował rozpoznać, co to za hit. Głowa pękała mu coraz bardziej przy każdym kolejnym wdechu. Do nosa docierała irytująca woń, której daleko było do zapachu bukietu polnych kwiatów. Zlokalizował jej źródło – leżący na wycieraczce sąsiadów worek ze śmieciami.

Nie słyszał ani własnych myśli, ani nawet pukania. Widział, że jego dłoń najpierw uderza, a potem wali w drzwi prowadzące do mieszkania Słoniny. Jeśli on nie słyszał, to jego kumpel tym bardziej. W końcu doczekał się końca hałasu. To był dobry moment na pukanie.

Zaczął więc znowu, od delikatnych, ale zdecydowanych uderzeń. Te drzwi naprawdę go już irytowały. Już drugi dzień z rzędu były zamknięte i broniły mu wejścia. Radio przycichło, ale piętro niżej ktoś zaczął drzeć się na kogoś, kogo nazywał „bękartem”. Marcin nie zamierzał stać tu w nieskończoność. Chciał już wejść do środka i odciąć się od hałasów.

– Otwórz, kurwa!

Usłyszał swój głos i zdał sobie sprawę, że wali pięściami w drzwi. Zatrzymał je w połowie odległości i spojrzał na nie z niedowierzaniem. Nie powinien tak robić, ale ta beznadziejna czynność przyniosła mu odrobinę ulgi. Przyłożył ucho do drewnianej tafli, mając nadzieję, że usłyszy dowody na to, że Słonina się przed nim ukrywa.

Nie wiedział, o co chodzi. Przecież między nimi wszystko było już OK. Uścisnęli sobie dłonie, opróżnili kilka flaszek. Marcin nawet zdobył się na przeprosiny. Słonina nie miał powodu, by bawić się z nim teraz w kotka i myszkę.

Ale nie otwierał.

Marcin zapukał jeszcze raz. Uznał, że jeśli nic się nie zmieni, wróci do domu i będzie grzecznie czekał, aż Słonina sobie o nim przypomni. Mógł sobie pozwolić na odrobinę luzu. Miał pięćset złotych. Mógł rozpocząć pracę później. Jakiś tydzień później. A drugiego dnia poprosić o zaliczkę na poczet przyszłej wypłaty.

Tak się umówił sam ze sobą i już miał odejść, gdy usłyszał najpierw kaszel, a później ciężkie kroki.

– Słonina! – odezwał się.

Odpowiedział mu dźwięk, który był odgłosem otwieranych drzwi. Niestety rozległ się za jego plecami. Marcin się odwrócił. W delikatnie uchylonych drzwiach stała pomarszczona staruszka. Między jej nogami pojawiły się dwie małe psie mordy, a kiedy tylko go zobaczyły, zaczęły ujadać.

– A pan tu czego? – warknęła kobieta.

Otworzył usta i poczuł, że szczekanie wwierca mu się w uszy. Było tak gęste i ohydne, że zamiast rozpływać się w powietrzu, docierało do jego jam bębenkowych i wypełniło je jak plastelina, szczelnie odcinając go od wszystkich innych dźwięków.

A potem te plastelinowe kulki zamieniły się w balony. Zaczęły nieznośnie rozciągać wnętrze jego uszu, demolując młoteczek, kowadełko i prostując nerw ślimakowy.

Złapał się za głowę, chcąc utrzymać ją na miejscu. Był przekonany, że za chwilę wybuchnie. Że hałas rozsadzi jego mózg na drobne kawałki. Spojrzał na wściekłe psie pyski i nogę kobiety próbującej uniemożliwić małym bestiom rzucenie się na niego.

Nie docierały do niego już żadne dźwięki. Spojrzał na twarz kobiety. Była w ruchu. Zmarszczki falowały, a jej usta się nie zamykały. Z zachowania wnioskował, że wrzeszczy. Nie wiedział, czy na niego, czy na psy. Domyślił się, że na niego, gdy zaczęła wymachiwać rękoma.

Zamachnął się więc, a kiedy jego ręka trafiła na opór, wydarł się:

– Pilnuj swojego nosa, jebana starucho!!!

Bolała go głowa. I gardło. I ręka.

Nie miał siły myśleć. Wiedział, że to nie ten moment. W życiu człowieka raz był czas na myślenie, raz na działanie. On właśnie zamierzał zająć się czymś pomiędzy.

Odpalił zapalniczkę. Przesunął dłonią nad ogniem. Poczuł ból. Nawet się nie skrzywił. Zapalił świeczkę i postawił ją na krawędzi wanny, a potem zgasił światło w łazience. Zatkał odpływ. Odkręcił kran z ciepłą wodą. Do środka wsypał trochę fioletowego proszku. Jeszcze nie czuł jego zapachu.

Powoli zrzucił z siebie ubrania. Jedną stopę włożył do wanny. Woda była bardziej niż ciepła. Poczekał chwilę, aż się do niej przyzwyczai, potem włożył drugą. Poczuł, że ciepło dociera do kolejnych części jego ciała. Położył się w wannie. Wody powoli przybywało.

Zamknął oczy i skupił się na czuciu. Poziom wody delikatnie się podnosił, czuł to na swoim ciele. Czekał, aż woda dotrze do karku. Wtedy uniósł się trochę i oparł głowę oraz górną część pleców o wannę. Zgiął nogi i położył je tak, by znalazły się pod wodą.

Sto procent swojej uwagi skupiał na szumie. Tak nazywał preludium, które wygrywał dla niego strumień trafiający w głęboką wodę.

Szum go relaksował. Miał tak od dziecka. Kiedy wstawał rano nieszczęśliwy, że znowu musi opuścić łóżko, szedł do łazienki. Ale zamiast się myć, odkręcał ciepłą wodę. Pojedynczy płomień w junkersie rozpalał sąsiednie, a z kranu zaczynała lecieć woda. Marcin nie mył się, ale przytulał do wielkiego grzejnika. Było mu ciepło i miło. Jednostajny szum i ciepło sprawiały, że czuł się bezpiecznie. I odzyskiwał radość życia.

Wziął głęboki wdech. Poczuł lawendowy zapach soli do kąpieli. Już jedna nuta wystarczyła, by jego organizm przypomniał sobie o samokontroli. W ciele nadal kotłowała się ogromna fala emocji, ale gdy słuchał szumu wody i wpatrywał się w tańczący w ciemności płomień świecy, czuł, że odzyskuje przekonanie, że jest w stanie odzyskać kontrolę nad emocjami, pozbyć się ich z organizmu i sprawić, że w jego duszy zapanuje równowaga.

Podczas wydechu starał się wyrzucać z siebie nie tylko powietrze, ale również skumulowane w ciele emocje. Gdzieś pod nimi krył się spokój. Musiał do niego dotrzeć. Odzyskać kontrolę nad ciałem i umysłem.

Przed blok Słoniny dotarł ponownie wieczorem. Nie wiedział, która jest godzina, ale było już ciemno. Zatrzymał się przy klatce schodowej – tak by nie złapała go kamera zamontowana nad wejściem. Zadarł głowę. Po większości mieszkań kręcili się ludzie, a światła zapalone w pokojach czy kuchniach czyniły ich widocznymi dla przechodniów.

Na drugim piętrze, na którym mieszkał Słonina, w trzech sąsiadujących oknach było ciemno. Marcin obszedł blok z nadzieją, że może kolega spędza czas w pokoju położonym po drugiej stronie budynku. Właściwie nawet nie musiał liczyć okien. Na drugim piętrze we wszystkich się świeciło. We wszystkich oprócz trzech.

Na klatce schodowej zrobił w myślach szybkie podsumowanie. Ostatni raz rozmawiali na trzy dni przed pojawieniem się Marcina w Inowrocławiu, czyli pięć dni temu. Od jakichś trzydziestu godzin Słonina wiedział, że Marcin go szuka, mimo tego się nie odzywał. Nawet gdyby zaćpał gdzieś w jakiejś spelunie albo pojechał na alkoimprezę, odpisałby mu na SMS-a. Marcin szukał jakiegoś logicznego wytłumaczenia takiego zachowania, ale nie potrafił go znaleźć.

Zatrzymał się na drugim piętrze. Zanim po omacku odnalazł włącznik światła, poczuł zapach, który przypomniał mu o worku na śmieci. Nadal musiał tam stać. Dobrze byłoby, żeby go nie przewrócił.

Stanął przed drzwiami, które tak dobrze znał. Tym razem jednak nie rozpoczął od pukania. Delikatnie przyłożył do nich ucho z nadzieją, że usłyszy dźwięki zdradzające obecność Słoniny. Wtedy potraktuje drzwi z buta i zrobi awanturę, jakiej świat jeszcze nie widział.

Za drzwiami panowała idealna cisza. Zapukał, nie licząc na reakcję, ale w myślach zaczął tworzyć czarne scenariusze. Próbował je odpędzać, ale one wracały. Zlecił Słoninie pewną „robótkę” obarczoną ryzykiem. Może chłopak popełnił jakiś błąd i teraz siedział uwięziony w piwnicy, klatce, albo – nie daj Boże – areszcie.

Jeśli tak było, nie mógł zostawić go bez pomocy.

Rozejrzał się. Na piętrze było troje drzwi. Jedne prowadziły do mieszkania Słoniny, drugie do staruszki, z którą pokłócił się rano, a trzecie znajdowały się między nimi – to przy nich znajdował się worek ze śmieciami.

Staruszka. Słonina lubił staruszki. Matka zostawiła go, gdy miał trzy lata, więc na wychowanie wzięła go babcia. To dlatego potrafił sprawić, że starsze panie tak go uwielbiały. Marcin był pod wrażeniem tej umiejętności, zwłaszcza że postura Słoniny nie budziła zaufania, podobnie jak tatuaże, które eksponował. Miał trzydzieści jeden lat, łysą głowę, ponad sto kilogramów i kilka kolorowych obrazków na przypakowanej klatce piersiowej. Wystarczyło jednak, żeby odezwał się do jednej czy drugiej i zadał odpowiednie pytanie, a kobiety zaczynały traktować go jak niepokornego wnuczka.

Aż dziwne, że to nie Słonina był twórcą numeru „na wnuczka”. Powinien był to wymyślić i zgarniać dużą kasę, zamiast brudzić sobie ręce dźwiganiem ciężarów.

Marcin poprawił włosy i wąsy, a następnie stanął przed drzwiami, w które rano z całej siły walnął pięścią. Wziął głęboki wdech. Delikatnie zapukał. Wypuścił powietrze.

Najpierw usłyszał kaszel, później ciężkie kroki, a następnie dźwięk otwieranego zamka.

Jeszcze raz ulizał sobie grzywkę. Chciał wyglądać najgrzeczniej jak się tylko da. Wiedział, że dobrego pierwszego wrażenia nie zrobił, ale jeśli zawalczy o dobre drugie wrażenie, to może otrzyma to, na czym mu zależało.

– Dobry wieczór. – Uśmiechnął się, gdy zobaczył pomarszczoną staruszkę.

Kobieta, gdy tylko zdała sobie sprawę, że to on, błyskawicznie przymknęła drzwi, zostawiając między framugą a drzwiami szparę tak małą, że widział tylko jedno jej oko.

– Przepraszam, że panią nachodzę – kontynuował delikatnie. – Ale chciałem panią szanowną przeprosić. – Ucieszył się w myślach, że w czasie spontanicznej nawijki przychodzą mu na myśl słowa, których nie powstydziłby się sam Słonina. – Chciałem zrobić to jutro rano, ale nie mogłem zasnąć. Dręczyło mnie to. Nie zamierzałem pani przestraszyć, po prostu miałem zły początek dnia i jakoś tak… ta cała frustracja… buzowała we mnie, kolegi nie było w mieszkaniu, więc zupełnie niepotrzebnie wyładowałem się na pani drzwiach.

Mówił, a oko patrzyło na niego. Dużo niżej przez szparę przepychały się psie mordy. Ujadały, ale Marcin starał się udawać, że hałas do niego nie dociera.

– Przepraszam. Najmocniej przepraszam.

Nie reagowała, a to sprawiało, że czuł się jak ośmioletni chłopiec, który próbuje wytłumaczyć w gabinecie dyrektora szkoły, dlaczego zbił szybę. Nie mógł powiedzieć całej prawdy, nie mógł też asertywnie stwierdzić, że tak wyszło. Musiał kajać się tak długo, aż druga osoba uzna, że już wystarczy.

Nie wiedział, co jeszcze powiedzieć. Ukucnął więc i odezwał się do psów:

– No co? Myślicie, że was nie widać? Takie piękne pieski i takie głośne?

Ujadanie przeszło w radosne popiskiwanie.

– No tak, musimy się poznać, prawda? A jaki ty masz piękny nosek. – Wysunął rękę w stronę drzwi.

Drzwi uchyliły się, a dwa mieszańce wyglądające na owłosione pinczerki wybiegły na klatkę i zaczęły obwąchiwać Marcina.

– No i co? Nieźle pachnę, prawda? Jak przyjaciel. Piękne jesteście. I ta sierść! Jaka miła w dotyku.

– Daję im specjalną karmę.

Usłyszał głos kobiety, ale nawet na nią nie spojrzał. Jego strategia działała. A właściwie strategia Słoniny. To on zawsze powtarzał, że staruszki kochają psy, więc jak pokochasz ich psy, to one pokochają ciebie.

– Tak, pan chętnie by cię wziął ze sobą, taki słodziak jesteś.

– Powiem panu, że Maniuś zwykle trzyma dystans do obcych, a panu prawie siedzi na kolanach… Niesamowity widok.

– Miałem kiedyś podobnego psa – skłamał. Miał psa, ale w rozmiarze prawdziwego psa, a nie chomika. – Kochałem go nad życie.

– Jest już za tęczowym mostem?

– Niestety. – Przypomniał sobie Aresa i zrobiło mu się smutno. Wziął psa na ręce i podniósł się.

– Bardzo panią przepraszam. – Spojrzał staruszce w oczy.

Stała przed nim. Obserwowała go z zaciekawieniem i ostrożnością.

– Dobrze, że wiesz, młodzieńcze, że źle zrobiłeś.

– Wiem, dlatego nie mogłem zasnąć. Martwię się też o kumpla, mieszka naprzeciwko pani.

– O Rafałka? – usłyszał ciepło w jej głosie.

Czyli dobrze dedukował. Słonina zaprzyjaźnił się z sąsiadką. Zawsze powtarzał, że warto mieć w miejscu zamieszkania oswojoną emerytkę, bo jest to tańsze i bardziej skuteczne niż monitoring.

– Tak, o Rafałka – powtórzył, chociaż imię Słoniny z trudem przeszło mu przez gardło.

– Jesteście kolegami?

– Od dziecka. Los rzucił mnie do Inowrocławia, przyjechałem wczoraj, mieliśmy się spotkać, a jego nie ma. Nie wiem, czy mnie olewa, czy coś się stało.

– Spotkać… – Staruszka zachichotała. – Widziałam cię i butelkę wódki.

– Kiedy widziała go pani po raz ostatni?

– Hmm – zamyśliła się. – W tym tygodniu powinien był przyjść do mnie z ciachem. Bo wiesz, młodzieńcze, siadamy sobie raz w tygodniu przy kawusi, Rafałek przynosi ciacha z Piekusia, naszej najlepszej cukierni. Ostatnio zajadamy się babeczkami z mango, a może marakują. Nie wiem. Z czymś żółtym i pysznym. Siedzimy i rozmawiamy sobie. Lubię te nasze spotkania.

– Powinien był przyjść?

– Ale nie przyszedł. Ostatnio był… O rany! Wiem! Półtora tygodnia temu.

Chciał zakląć, ale się powstrzymał.

– To źle. – Odłożył psa na podłogę i zakaszlał. – To bardzo źle. Mnie to jeszcze mógł olać, ale panią… Na pewno by przyszedł, gdyby mógł. Coś się musiało stać. Ktoś go ostatnio odwiedzał? Jacyś faceci?

– Mężczyźni tu nie przychodzą. Ty jesteś pierwszy, młodzieńcze. Na początku, kiedy Rafałek tu zamieszkał, uzgodniliśmy sobie zasady współżycia. Obiecał, że nie będzie sprowadzał kolegów i pił z nimi. Powiedziałam: chcesz pić, pij na mieście. Jeszcze mi tu brakuje jakichś obcych alkoholików. Zobaczą, że mieszkam sama i przyjdą mnie okraść. Na szczęście Rafałek mówił, że to nie jest problem, bo on nie lubi alkoholu.

Marcin uśmiechnął się w duchu. Pierwsze słyszał o takich preferencjach Słoniny.

– Za to sprowadzał dziewczyny, ale te mi nie przeszkadzały – kontynuowała staruszka. – Co prawda zmieniały się bardzo często, na początku to pytałam go o ich imiona, ale szybko zaczęły mi się mieszać, więc uznałam, że zapamiętam imię tej, która zostanie na dłużej.

– A kiedy widziała go pani tak… – przerwał, żeby zastanowić się, w jaki sposób wyartykułować słowa, by jej nie urazić – no jak mnie, przez wizjer?

– Ze cztery dni temu?

– Był sam?

– Sam. A ja wyjeżdżałam na dwa dni do siostry, do Warszawy.

– Martwię się o niego. Może ma pani klucze do jego mieszkania? Weszlibyśmy i sprawdzili, czy przypadkiem nie wyjechał? Może zabrał gacie i szczoteczkę do zębów…

– Do Rafałka niestety nie mam. Miałam kiedyś do Józka. – Staruszka wskazała dłonią na trzecie drzwi znajdujące się na klatce. – Ale potem Józek umarł, przyjechał jego syn… i mi je zabrał. A teraz wpada tu czasem i traktuje klatkę schodową jak zsyp na śmieci. – Westchnęła głośno.

Zrobił to samo, a potem delikatnie wrócił do tego, na czym mu zależało.

– A miał tu innych znajomych?

– Józek?

– Nie, Słoni… Rafał – poprawił się.

– Nie, raczej nie. Ale właścicielka powinna mieć klucze. Gdzieś mam jej numer telefonu…

Zbiegał po schodach zadowolony, że zdobył numer telefonu właścicielki mieszkania. Gdy wyszedł na dwór, chłodne powietrze otrzeźwiło go. Nagimnastykował się, by zdobyć istotne informacje, a uzyskał jedynie nieprzydatny ciąg cyfr.

Miał zadzwonić do obcej kobiety i co? Powiedzieć, że umówił się na spotkanie z lokatorem jej mieszkania, ale on nie otwiera mu drzwi od kilku dni, dlatego czuje się zaniepokojony i prosi, żeby kobieta przyjechała na Maćkowskiego i sama mu je otworzyła? Przecież to brzmiało absurdalnie.

Dotarł do swojego samochodu. Rozejrzał się. Przy zamkniętej już Biedronce stało kilku młodych mężczyzn. Wybuchali salwami głośnego śmiechu i pokrzykiwali, jakby wiedzieli, że nikt nie odważy się zwrócić im uwagi. Byli u siebie i nie przyszli po chleb.

Marcin pomyślał, że na pewno znają Słoninę. Jego najlepszy kumpel w każdym miejscu zjednywał sobie sympatię. Ludzie żyjący w ramach wyznaczanych przez normy prawne zazwyczaj się go bali, a osiedlowe cwaniaczki, którym imponowała gangsterka, chcieli znaleźć się pod jego skrzydłami.

Mógłby do nich podejść i spytać, czy nie wiedzą, gdzie znajdzie Słoninę. Ale intuicja podpowiadała mu, że i tak niczego by się od nich nie dowiedział. Nie po ciemku, nie gdy byli w grupie. Potraktowaliby go jak intruza i przegonili.

Wsiadł do samochodu, ale nie odjechał. Odczekał dłuższą chwilę, by utwierdzić się w przeświadczeniu, że musi wziąć sprawy w swoje ręce. Zebrał myśli. Poczekał, aż minie północ. Naciągnął kaptur na głowę i ruszył.

Z bagażnika wyjął łyżkę montażową do opon. Wetknął ją za pasek spodni. Obszedł blok dookoła, skupiając się na ewentualnych zagrożeniach. Mimo że noc była zimna, gdzieś w oddali rozlegały się odgłosy ogródkowej imprezy. Niektórzy najwidoczniej ignorowali chłód nocy i starali się wierzyć, że wrzesień to jeszcze lato.

Stanął pod blokiem od strony balkonów. Były idealne. Z takimi radził sobie najlepiej. Odliczył balkony tak, by wytypować ten należący do Słoniny. Drugie piętro. Drugi od prawej strony. Idealnie ciemny.

By dotrzeć do niego, musiał pokonać dwa inne. Na parterze delikatnie tliło się światło. Wychylił się i upewnił, że nikt z domowników nie stoi przy oknie.

Złapał się krawędzi balkonu i podskoczył, podciągając ciało na bok. Wylądował na balustradzie – delikatnie się zatrzęsła. Napiął wszystkie mięśnie, by zachować równowagę. Wyprostował się i błyskawicznie złapał krawędzi kolejnego balkonu.

Widział, że właśnie zgasło tam światło. Zatrzymał się. Bezpiecznie byłoby w tej chwili poczekać, ale nie miał czasu. Stał na barierce z wyciągniętymi w górę rękoma. W mieszkaniu na parterze starszy mężczyzna wpatrywał się w telewizor. Trudno było przewidzieć, czy przypadkiem za chwilę go nie wyłączy i nie spojrzy w stronę okna.

Poprawił uchwyt i podciągnął się. Był jak Spider-Man. Przekręcił ciało na bok i zakotwiczył kolanem. Zdobył pierwsze piętro. Za oknami panowała ciemność. Przyspieszył.

Wyciągnięcie rąk. Złapanie krawędzi. Podciągnięcie się. Kolano. Ręce. Wyprost. I skok prosto na balkon Słoniny. Lądowanie na betonowej powierzchni nie było bezgłośne, dlatego Marcin skulił się i odczekał chwilę. Nie usłyszał nic niepokojącego, więc zbliżył się do drzwi, wyjął zza paska łyżkę do opon i podważył drewnianą ramę.

Odskoczyła, a on zwinnie wszedł do środka.

Jego oczy potrzebowały kilkudziesięciu sekund, żeby przyzwyczaić się do ciemności. Dopiero po ich upływie z czarnego tła zaczęły wyodrębniać się kontury. Kanapa. Meblościanka. Telewizor. Stolik.

Coś na nim stało. Zbyt dużo jak na codzienność mieszkania samemu. Marcin pomyślał, że może Słonina przyjmuje gości. Może poszedł w tango z jakąś kobietą. Piją, parzą się jak króliki i śpią. I tak w kółko.

Podszedł do stolika i na chwilę wyjął komórkę. Poświecił na blat. Stały na nim cztery kubki i dwie szklanki. Większość była prawie pusta.

Marcin odetchnął z ulgą i ruszył dalej, w stronę przedpokoju. Na ułamek sekundy zatrzymał go okropny zaduch. Odwrócił głowę do tyłu, zerknął na uchylone drzwi balkonowe, które wpuszczały do mieszkania świeże powietrze.

Najchętniej cofnąłby się do nich, nabrał zapas powietrza w płuca i dopiero szedł dalej. Od kilku dni nikt tu nie wietrzył i nie wyrzucał śmieci. Czuł wwiercający się w dziurki od nosa smród fermentującego mięsa.

Zanim zdążył odwrócić głowę, poczuł na swoich udach wąską i twardą przeszkodę. Błyskawicznie zatrzymał się i spojrzał przed siebie. Przeszkoda przestała stawiać opór. Upadła na podłogę, wydając przy tym głuchy i bardzo mocny dźwięk.

Ukucnął i zamarł przy szafce na buty, licząc na to, że nawet jeśli ktoś wygramoli się z drugiego pokoju, to go nie zauważy.

Nic się jednak nie działo. Mógł wrócić do oddychania. Wyciągnął dłoń przed siebie i wymacał przeszkodę. Obły kształt, twardość oraz ciepła w dotyku struktura upewniła go, że to kij bejsbolowy.

Taki był właśnie Słonina. Przezorny, ubezpieczający się kijami. Marcin mógł się założyć, że pod łóżkiem kumpla znajdzie kolejnego bejsbola.

Ruszył do kuchni. Smród się nasilał. Poświecił komórką po blatach. To była kuchnia, w której Magda Gessler dostałaby wścieklizny i bałaby się czymkolwiek rzucić.

Słonina nigdy nie należał do pedantów. Nie lubił tracić czasu na porządki. Uważał, że życie jest na to zbyt krótkie.

Na blacie, obok sterty brudnych, niemieszczących się w zlewie naczyń, leżała deska do krojenia, na której znajdowała się pokrojona w kostkę cebula. Wyglądała dziwnie, trochę jak trociny, trochę jak pokruszone chipsy. Słonina musiał ją pokroić jakiś czas temu. Raczej dłuższy niż krótszy.

Koło deski: talerz z wysuszonym ogórkiem, solniczka, pieprzniczka i jajko w skorupce. Po prawej stronie talerza leżała komórka. Wyłączona.

Słonina nie rozstawał się ze smartfonem, nie wyszedłby bez niego z domu.

Marcin zajrzał do szafki pod zlewem. Śmietnik wcale nie był pełen i nie śmierdział zepsutym mięsem.

– Kurwa mać – zaklął pod nosem i ruszył do ostatniego, zamkniętego pokoju. Nie chciał tam zaglądać, ale wiedział, że musi.

Marcin siedział w rogu pokoju. Wpatrywał się w swoje buty, chociaż półmrok nie pozwalał mu dojrzeć zbyt wielu szczegółów. W nozdrzach i ustach czuł natrętny, słodki posmak, a przed oczami miał widok, którego nie zamierzał zatrzymywać w pamięci.

Gdy kilkanaście minut temu nacisnął klamkę i pchnął drzwi, najpierw usłyszał głuchy odgłos – jakby ktoś rzucił wór z ziemniakami na podłogę – a potem poczuł opór. Coś blokowało drzwi. Siłował się z nimi przez kilka minut, aż w końcu wszedł do środka.

Kształt leżący przy drzwiach okazał się ciałem Słoniny. Rzucił się na pomoc. Złapał za ramiona i próbował go posadzić. Ciało Słoniny było jednak bezwładne, chłodne i napuchnięte. Przechylało się obojętnie na wszystkie strony.

Położył sobie na kolanach jego głowę i poświecił latarką na twarz. A potem na szyję. Zwisała z niej parciana taśma. To dlatego uciekł w kąt.

– I co ty, kurwa, zrobiłeś? – Oczy zaszły mu łzami.

To tylko ten smród, tłumaczył sobie w myślach. Nie mógł pozwolić sobie teraz na emocje. Musiał myśleć logicznie. I nawet mu to wychodziło, kiedy wpatrywał się w swoje buty. Gdy jednak spoglądał na Słoninę, panikował.

– Ja pierdolę! Czemu, kurwa, Słonina?! Czemu?! Mieliśmy tyle planów!

Pięć dni temu w rozmowie telefonicznej roztaczali przed sobą wizję świetlanej przyszłości w Inowrocławiu, w którym będą mogli wszystko. Nic nie miało ich ograniczać.

Nic.

Teraz nic nie zostało z ich planu. Marcin był sam. Bez pracy. Bez wsparcia. Bez wytłumaczenia.

Wstał, na krótką chwilę zapalił latarkę w telefonie i poświecił na taśmę przypominającą pasek. Pomyślał, że musiała być wetknięta w drzwi w chwili, w której Słonina się na niej wieszał, a potem, gdy Marcin próbował je otworzyć, spadła na podłogę. Na jednym jej końcu znajdował się supeł.

Na drugim – Słonina. Słonina miał opuszczoną głowę. Wyglądał, jakby czegoś się wstydził. Jego dłonie były brunatnoczerwone i nienaturalnie wygięte, a nogi wyprostowane. Jakby zamierzał za chwilę wylądować jak Małysz na nartach.

Najgorsze jednak były oczy. Nie miały wyrazu. Wpatrywały się pusto w przestrzeń.

– Kurwa mać.

Przeklinał szeptem, chociaż miał ochotę wrzasnąć tak, by słyszało to pół miasta. Czuł wzbierającą złość, która mieszała się z rozczarowaniem, współczuciem i narastającym poczuciem osamotnienia. Słonina miał wyciągnąć do niego pomocną dłoń, wskazać miejsce pracy, zapewnić towarzystwo przy piciu i rozkminianiu problemów. Miał też jeszcze jedno ważne zadanie.

I to na poszukiwaniu dowodów jego realizacji skupił się teraz Marcin.

Rozejrzał się po blatach, stołach i szafkach, czy nie leży na nich list pożegnalny. Nie znalazł go, więc wrócił do kuchni i zabrał z niej komórkę Słoniny. W pokoju przeszukał szuflady i szafy. Dopiero w łóżku znalazł laptopa. Wziął go ze sobą.

Wychodząc z pokoju, rzucił ostatnie spojrzenie na wisielca. To było tylko ciało, nie Słonina. Słonina prawie ciągle się uśmiechał. Rzucał te swoje żarty i sam śmiał się z nich najgłośniej. Słonina nigdy nie odebrałby sobie życia. Nie pozwoliłby, żeby ktoś go tak zobaczył. W formie upadłego breloczka leżącego w plamie płynów, które zdążyły wypłynąć z ciała.

Zaparkował przed blokiem. Wyszedł na zewnątrz i poczuł wilgotny zapach jesieni. Zrobił kilka kroków przed siebie, by nabrać odpowiedniej perspektywy i zatrzymał się. Spojrzał najpierw w stronę nowego bloku, w którym mieszkał, a potem na citroëna C3, którym przyjechał.

Pomyślał, że z takim stanem posiadania powinien być szczęśliwy. Miał mieszkanie w dużo lepszej dzielnicy niż Słonina, niezły samochód. Był zdrowy i teoretycznie gotowy na to, by żyć pełnią życia. Czuł jednak, że daleko mu do zadowolenia. Ani wynajmowane mieszkanie, ani tym bardziej babskie auto nie były tym, czego pragnął.

Bał się powrotu do czterech ścian. Spodziewał się, że wróci do niego obraz martwego Słoniny.

Minął klatkę schodową i dotarł do zamykanej na klucz furtki w płocie oddzielającym nowe bloki od reszty osiedla. Za nią znajdował się staw Kaula. Pora nie sprzyjała spacerom, pewnie dlatego uznał, że to świetny moment, by przewietrzyć głowę.

Wiatr zachowywał się jak łobuz. Wdzierał się pod kurtkę, przenikał przez bluzę i docierał do gołej skóry. Dawał Marcinowi opór, jakby chciał mu powiedzieć, że dalej nie pójdzie.

Marcin jednak brnął przed siebie. Po kilku minutach walki przysiadł na ławce. Wyjął komórkę i wybrał numer Kostka. Z nadzieją wsłuchiwał się w sygnały, licząc, że tym razem usłyszy znajomy męski głos, który mówi coś innego niż:

„Tu Kostek. Jeśli masz złą wiadomość, mów teraz, jeśli dobrą, poczekaj na sygnał”.

– Cześć, Kostek. To ja, Marcin. Zadzwoń.

Rozłączył się, ale nie schował komórki. Z nadzieją wpatrywał się w ekran, licząc na to, że Kostek szybko oddzwoni.

Telefon milczał.

Marcin zamknął oczy i zrobił głęboki wdech. Do jego płuc dostała się solidna porcja zimnego i wilgotnego powietrza. Policzył do trzech. Uniósł głowę, otworzył oczy i wykonał wydech.

Zachwycała go ogromna przestrzeń znajdująca się przed nim. Niby był sam, ale na horyzoncie widniały dwie osoby, obie skulone i ciągnące za sobą psy. Smycze były napięte, zwierzęta niechętne do przyspieszenia, a ludzie zniecierpliwieni.

Uśmiechnął się do myśli, że wiatr, łyse drzewa i liście leżące na ziemi tak łatwo sprawiają, że człowiek zapomina o przyjemności, jaką można czerpać ze spacerów.

Słonina zawsze mówił, że jesień jest dla desperatów i że on chciałby zapaść w sen zimowy i obudzić się dopiero wiosną. No to zasnął, tyle że bez opcji wybudzenia.

Marcin wstał i ruszył przed siebie. Gdy dotarł znowu do furtki, przeszedł przez nią i skierował się do klatki schodowej, która prowadziła do jego nowego mieszkania. Nie chciał tam wracać, ale było mu zimno. Tak zimno, że potrzebował jakiegoś ciepłego słowa, żeby się rozgrzać.

Ponownie wyjął komórkę, jeszcze raz odsłuchał komunikat na poczcie głosowej i nagrał się, tym razem pozwalając emocjom zabarwić wypowiadane słowa.

– Kostek, błagam cię, oddzwoń. Znowu wpadłem jak śliwka w kompot.

Wcześniej – sierpień 2019

– Wyjdę – Greta starała się nie unosić głosu, ale średnio jej to wychodziło.

– Nie musisz.

Marcin widział, że buzują w niej emocje. Wstała z fotela tak energicznie, że spadły z niego wszystkie poduszki.

– Muszę. I chcę. Kostek – idąc w stronę przedpokoju, minęła stojącego obok kominka męża – idę z psami.

– Gut, Grete. Załatwię to. – Musnął dłonią jej kręcone włosy. – Daj nam dłuższą chwilę.

Coś tu miało się wydarzyć, ale Marcin nie wiedział co. Nie przepadał za Gretą, która na każdym kroku wywyższała się i opowiadała o swoim życiu w Niemczech i w Ameryce, gdzie jej ojciec przez wiele lat był niemieckim ambasadorem. Nigdy nie nazwała Marcina albo jego matki polaczkami, ale mógł się założyć, że tak o nich myślała.

– Ale przecież ona nie musi wychodzić. – Marcin rozłożył ręce. – Jest u siebie.

– Miło, że zauważasz, że ktoś jest u siebie, ale mógłbyś też widzieć, że kto inny nie jest.

– Chcesz mi coś powiedzieć?!

– Kostek! – krzyknęła z przedpokoju Greta, a jej głowa i karcące spojrzenie pojawiły się nagle w wejściu do pokoju. – Ubieram się. Pozwól mi przynajmniej wyjść w spokoju. Nie podnoście głosu przy psach, nie po to chodziliśmy z nimi do szkoły i poświęcaliśmy czas oraz energię, żeby budować z nimi zdrowe relacje, by teraz były świadkami takiej patologii.

„Patologia” – to słowo często padało z ust Grety. Zawsze brzmiało dziwnie i jakoś tak wyniośle. Wymawiała je z niemieckim akcentem, przedłużając „i” w nieskończoność. Marcin mógł się założyć, że odkąd wprowadził się do kamienicy przy Ogrodowej, bratowa zasypiała się i budziła z tym słowem na ustach.

Nie pasował do tego miejsca. Był normalnym mężczyzną w dżinsach i bluzie, który lubi proste przyjemności, prostą komunikację i proste wnętrza. Zamiast tego siedział w przestylizowanym pokoju w zadbanej kamienicy w centrum Poznania i patrzył na brata.

Kiedyś byli tak bardzo do siebie podobni, że można ich było ze sobą pomylić. Teraz wyglądali jak obcy ludzie. Marcin szczupły, a Kostek – napakowany. Nie mięśniami. Przekąskami, wykwintnymi obiadami, deserami, lunchami. Miał napuchnięte policzki, drugą brodę, którą próbował przykryć zarostem, i brzuch, którego nie były w stanie ukryć ani koszulki od Armaniego, ani szyte na miarę spodnie.

Stał oparty o kominek i uśmiechał się jak arystokrata spotykający się z plebsem. Za plecami miał dwa ogromne regały wypełnione książkami. Podczas ostatnich dwóch tygodni Marcin nigdy nie widział ani Kostka, ani Grety z książką, dlatego domyślał się, że księgozbiór miał jedynie wartość wizualną. Miał robić wrażenie na gościach odwiedzających państwa Rybackich.

Greta zawsze poruszała się jak dama. Już na pierwszy rzut oka można było się domyślić, że jest dzieckiem dyplomaty i że jej życie jest na pokaz. Mogłaby gościć angielską królową. Miała odpowiednie maniery i odpowiednią zastawę, by podać herbatkę i zabawić rozmową o niczym.

Nawet teraz, gdy stanęła w drzwiach, trzymając na smyczy swoje dwa sznaucery, wyglądała raczej jak dama z obrazu Leonarda da Vinci niż prawdziwa kobieta.

Kostek opowiadał kiedyś, że przodkiem ich psów był pinczer stajenny, który w XVIII wieku przyczynił się do zniszczenia ogromnej plagi szczurów. Wychwalał ich uwarunkowania genetyczne, które odpowiadały za to, że sznaucery rewelacyjnie pilnowały obejścia i dobytku.

Marcina to bawiło – do czasu. Gdy wprowadził się do brata i jego żony, przekonał się na własnej skórze, że psy traktują go jak intruza i zawsze mają go na oku.

– Nigdy mnie nie lubiła – powiedział, gdy usłyszał, że Greta zamyka drzwi. – Ani ona, ani jej psy.

– Kurwa mać, Marcin. Przeginasz. Ona ma imię. Margareta. Greta dla przyjaciół. I to nie są jej psy, tylko nasze. Podobnie jak to mieszkanie. Zwalając się nam na głowę, powinieneś uszanować to, że wszedłeś na obce terytorium, i dostosować się do reguł. Ale tobie dostosowywanie się idzie wybitnie opornie.

– Nie chodzi o dostosowywanie – zaprotestował – bo nie jestem jakimś tam obcym wędrowcem, chłopcem stajennym czy szczurem, którego należy przepędzić. Jestem członkiem rodziny. Twoją jedyną rodziną… Kuźwa, bratem! Nie mamy poza sobą nikogo innego.

– Może ty nie masz. Ja mam Gretę i jej rodzinę.

– I jej rodzina jest twoją, prawda? Jaśnie państwo ambasadorstwo, wiadomo, w taką rodzinę warto się wkupić. Ale w drugą stronę to nie działa?! Jej rodzina jest twoją, a twoja jej. Matka byłaby zła, gdyby wiedziała, że mnie odtrącasz.

– Matka od roku leży w grobie!

– Kostek, cholera jasna! Greta traktuje mnie jak intruza!

– Nie zmuszę jej do zmiany zdania… – Kostek rozłożył ręce.

– Najgorsze jest to, że traktuje mnie tak, bo ty tak robisz.

– Bo mnie wkurwiasz.

– Ty mnie też.

– I świetnie! Wyprowadź się!

– I świetnie – podchwycił Marcin.

Emocje sięgnęły zenitu. Całe dzieciństwo spędzili razem. Kłócili się, bili, a potem godzili. W ich dzisiejszej rozmowie było jednak coś, czego Marcin nie potrafił nazwać. Słownie dyskusja wymknęła się spod kontroli, ale emocjonalnie Kostek pozostawał obojętny. Jakby spokojnie realizował plan. Plan, który – jak domyślał się Marcin – został stworzony przez Gretę.

– Kurwa, Kostek, przecież dobrze wiesz, że nie mam dokąd iść. – Marcin starał się zapanować nad załamującym się głosem.

– Masz trzydzieści lat, młody. Jesteś dorosły i jeśli tylko zaczniesz szukać, to na pewno coś znajdziesz. Nie każę ci wyprowadzać się już teraz. Dziś jest szesnasty sierpnia. Dwa tygodnie ci wystarczą, żeby znaleźć jakąś miejscówkę.

– Nie musiałbym szukać miejscówki, gdybyś pomógł mi wrócić do…

– Przestań! – wrzasnął Kostek. Jego obojętne do tej pory oczy wypełniła wściekłość. – Nie zjebię sobie życia tylko dlatego, żebyś ty mógł wrócić do punktu, w którym już nie jesteś!

– Ty zjebać sobie nie możesz, ale ja oczywiście mogłem!

– Nie