Winny jest zawsze mąż - Michele Campbell - ebook

258 osób właśnie czyta

Opis

Trzy przyjaciółki, ich tajemnice, kłamstwa i…zbrodnia

Książka idealna dla czytelników i widzów Wielkich kłamstewek!

Aubrey, Jenny i Kate różni właściwie wszystko – charakter, pochodzenie, ambicje i przyszłość, która je czeka. Mimo to na pierwszym roku college’u szybko stają się nierozłączne i przysięgają sobie, że zawsze będą się wspierać. Wspólnie przeżywają szalone studenckie lata – imprezują, eksperymentują z alkoholem i narkotykami, rywalizują o względy chłopaków i mierzą się z problemami.

Dwadzieścia lat później jedna z nich stoi na krawędzi mostu, a ktoś ponagla ją, by skoczyła…

Czy relacja kobiet rzeczywiście była niewinna i czysta? Co tak naprawdę zaszło między przyjaciółkami? Jaką tajemnicę skrywała każda z nich?

Campbell mistrzowsko odmalowuje złożone kobiece relacje i cienką granicę między przyjaźnią a nienawiścią. Świetne połączenie błyskotliwej powieści obyczajowej z thrillerem psychologicznym trzyma w napięciu aż do ostatniej strony!

Debiutancka powieść Michele Campbell pełna tajemnic, zdolnych niszczyć przyjaźnie, małżeństwa i życia…

„Kirkus Reviews”

Skręty, zakręty i zagadkowa mieszanka podejrzanych sprawiają, że nie sposób oderwać się od tej książki.

„Booklist”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 483

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: IT’S ALWAYS THE HUSBAND
Copyright © 2017 by Michele Rebecca Martinez Campbell Published by arrangement with St. Martin’s Press All rights reserved © Copyright for the Polish translation by Ewa Krawczyk © Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2019
Opieka redakcyjna: DOROTA WIERZBICKA
Redakcja: WOJCIECH GÓRNAŚ
Korekta: ANNA DOBOSZ, BARBARA TURNAU
Projekt okładki: JAMES IACOBELLI
Fotografie wykorzystane na okładce niebo © Alice – Photo / Shutterstock.com most © Stephanie Phillips / Getty Images twarz © Coffeeandmilk / Getty Images
Redakcja techniczna: ROBERT GĘBUŚ
Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-08-06783-3
Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków tel. (+48 12) 619 27 70 fax. (+48 12) 430 00 96 bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 e-mail: [email protected] Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl
Konwersja: eLitera s.c.

17

– To miejsce doprowadza mnie do szału – rzekł Lucas, kiedy siedzieli przy barze w Shecky’s Burger Shack, czekając na swoje zamówienia. Był ciepły wiosenny wieczór, idealny na posiłek pod gołym niebem na soczyście zielonym trawniku. W lokalu tłoczyli się studenci zamawiający jedzenie na wynos. Ta radosna atmosfera nie pasowała do przygnębienia malującego się na twarzy Lucasa.

– Shecky? – spytała Kate między kolejnymi łykami waniliowego shake’a.

– Nie, nie Shecky. Carlisle.

– O co ci chodzi?

– Tu jest jak w tym chorym eksperymencie społecznym. Te wszystkie typy dzieciaków, każdy inny – bogaci, biedni, czarni, biali, bystrzaki, mięśniaki, idioci, świry. Rzucili nas na głęboką wodę i oczekują, że zaczniemy pływać. Jeśli ktoś utonie, to nawet lepiej z punktu widzenia uczelni. Wypadną najsłabsze ogniwa.

– Nie możesz winić Carlisle za problemy wszystkich ludzi. Spójrz na mnie. Miałam przesrane, zanim w ogóle przekroczyłam Bramę Briggsa.

Jeszcze tydzień czy dwa temu Lucas roześmiałby się, słysząc te słowa, i pochylił, żeby skraść jej pocałunek pachnący wanilią. Zaczęliby się obściskiwać przy barze, póki kierownik sali nie kazałby im przestać albo znaleźć sobie pokój. Teraz jednak Lucas tylko ponuro się na nią gapił. Poprosił ją o spotkanie tego wieczoru, bo miał jej coś do powiedzenia. Inna dziewczyna zaczęłaby się martwić, że chce z nią zerwać. Ale z Kate Eastman nie zerwał jeszcze żaden chłopak.

– Co chciałeś mi powiedzieć? – spytała.

Nie patrzył jej w oczy.

– Wiesz, ostatni semestr był dla mnie trudny. Ta historia z kontuzją, musiałem się pogodzić z końcem kariery sportowej.

– Przynajmniej nie zabrali ci pieniędzy.

– Nie, wiesz, to porządna uczelnia. Stypendium mi zostawili. Ale mówiłem ci już, ile dla mnie znaczy hokej. Bez niego nie wiem, co ze sobą zrobić.

– Wyluzuj, kochanie, nie myśl o tym. Skombinowałam wczoraj trzy i pół grama koksu. Moglibyśmy gdzieś pojechać, wciągnąć i zaszaleć.

– Nie chcę ćpać, Kate. To tylko pogarsza sprawę.

Chudy chłopak podał Lucasowi torbę z jedzeniem i spojrzał badawczo na nich oboje. Wkurzał ją ten dzieciak. Ciągle się gapił.

– Jak sobie chcesz – powiedziała, starając się, żeby w jej głosie nie było słychać złości. A jednak była zła. Od samego początku pociągała ją zmienność nastrojów Lucasa – jego nachmurzone spojrzenia i to, że znikał, gdy najbardziej go pragnęła. W dodatku pochodzenie i atletyczny wygląd czyniły z niego wymarzone prowincjonalne ciacho. Większość facetów szybko jej się nudziła, a Lucas nie przestawał wzbudzać jej zainteresowania. Miała nadzieję, że nie zamieni się w roszczeniową pijawkę. Wystarczyła jej stuknięta Aubrey, która ostatnio stała się roztrzęsioną dziwaczką.

– To nie Carlisle mnie dołuje – rzekł Lucas. – Od kiedy jesteśmy razem, za dużo biorę. Tracę panowanie nad sytuacją.

Kate westchnęła z poirytowaniem.

– To nie ćpaj. Twój wybór. Nie zwalaj tego na mnie.

– Potrzebuję przerwy, Kate.

– Przerwy? Chwileczkę, zrywasz ze mną? – spytała ze zdumieniem. Chudy chłopak, który wycierał blat obok nich wilgotną ścierką, odwrócił się i utkwił w niej wzrok. – Jakiś problem? – syknęła do niego. – Masz jakąś obsesję na moim punkcie? Jesteś jak jakiś cholerny podglądacz.

– Zostaw Timmy’ego w spokoju. Chodźmy gdzieś, gdzie będziemy mogli porozmawiać – rzekł Lucas.

– Dobra! Nie znoszę tego zasranego miejsca.

– Daj mi chwilę.

Chudy podszedł do kasy, żeby przyjąć zamówienie od paru dziewczyn z Omega Chi, które Kate znała. Były wystrojone i pewnie szły na jakąś imprezę; zasmrodziły cały bar swoimi perfumami. Pomachały do niej, a ona odmachała, posyłając im uśmiech tak sztuczny, że przypominał śmiertelny grymas. Sięgnęła do kieszeni i wyjęła woreczek, który dostała zeszłej nocy od Rudy z ich piętra – dziewczyna pochodziła z Corony i miała megaznajomości. Lucas zachowywał się dziwnie i stresował ją. Mały strzał powinien wszystko złagodzić. Wsypała trochę proszku na paznokieć małego palca, wciągnęła głęboko do nosa i poddała się rozkoszy odlotu.

Lucas poszedł, żeby zamienić parę słów z chudzielcem, który sięgnął do kieszeni i podał mu kluczyki do swojego auta.

Dziewczyny z Omega Chi zaczęły pokrzykiwać, gdy Kate wychodziła z Lucasem.

– Co to za ciacho, Eastman? – zawołała jedna z nich.

– Poznaję go. To hokeista – odezwała się druga.

Kate z trzaskiem zamknęła za sobą drzwi. Dostrzegła zniesmaczenie na twarzy Lucasa.

– Och, daj spokój, nie jestem taka jak one – powiedziała.

W zaułku za restauracją stało stare, przerdzewiałe subaru. Lucas otworzył przed Kate drzwi od strony pasażera. Podłoga usłana była pozwijanymi serwetkami z logo Shecky’s. Na tylnym siedzeniu piętrzyły się podręczniki i sprzęt sportowy. Silnik zaskoczył ze stęknięciem, które nie wróżyło niczego dobrego. Lucas wyjechał na Palliser Street, biegnącą równolegle do College Street. Ruszył drogą, której Kate nie znała. Nie wiedziała, dokąd jadą, i mało ją to obchodziło. Była wściekła. Co to pieprzone miastowe zero sobie wyobrażało? Zrywać z Kate Eastman? Dla niego rzuciła Griffa Rothenberga – Griffa, który miał dom na Saint-Barthélemy, prywatny odrzutowiec, a w dodatku miło było na niego popatrzeć. A teraz Lucas miał czelność ją rzucać? O, nie. Nie ma, kurwa, mowy. Pod wpływem kokainy czuła, że może poukładać świat, jak tylko zapragnie. A pragnęła Lucasa. Jeszcze z nim nie skończyła. Nie skończyła z jego ustami, oczyma, ciałem. Miała fioła na punkcie tego chłopaka i zamierzała go przy sobie zatrzymać, dopóki jej się nie znudzi. Bez dyskusji.

– Lucas, posłuchaj – odezwała się kojącym tonem. – Fiksujesz, bo nie możesz grać w hokeja. Jasne. Ale to nie ma nic wspólnego ani ze mną, ani z tym, co biorę. Nie ma sensu zrywać z tego powodu.

– Muszę się ogarnąć, rozumiesz? Na przyszły rok biorę dziekankę. Będę mieszkał w domu i pracował w firmie budowlanej wujka. Potrzebuje kogoś od krajobrazu, a ja muszę odpocząć od tego miejsca, zanim mnie wykończy.

– Chwileczkę, bierzesz dziekankę?

– Tak.

– Żeby kosić trawniki?

– Tak. I co z tego? Oboje wiemy, że pochodzę z niższej półki niż ty. Wiedziałem, że nie zrozumiesz.

– Przestań robić z siebie ofiarę. Skoro czegoś nie rozumiem, to mi wytłumacz.

– Albo rozumiesz, albo nie.

– Na litość boską! A może byś chociaż spróbował? To nie fair.

– Potrzebuję czasu, jasne? Psychika mi siada i muszę zrozumieć dlaczego. Czy świruję przez to, że nie mogę grać? A może przez to miejsce? Wiesz przecież – bo sama to przyznałaś – że Carlisle to syf.

– I tak, i nie – przyznała Kate.

– Dobra, ale jest jeszcze jedna opcja. Może, powtarzam: może bycie z tobą to dla mnie za dużo. Przy tobie się gubię. Robię rzeczy, których normalnie bym nie zrobił.

Zerknął na nią. Dostrzegła w jego oczach pragnienie i lęk. Spodobało jej się to. Położyła mu dłoń na udzie – twardym i masywnym – i poczuła, że Lucas drży.

– Daj spokój, kochanie. Po prostu się przyznaj – rzuciła prowokującym tonem z nutą obietnicy. – Uwielbiasz wszystko, co robimy razem. Każdą sekundę. To nie moja wina, że masz obsesję na moim punkcie.

Zaczęła przesuwać dłoń coraz wyżej, on zaś odchylił się, otwierając się na jej dotyk. Kiedy dotarła do celu, o mało nie zjechał z drogi.

– Przestań, bo się rozbijemy – powiedział, strącając jej dłoń, i wyprowadził samochód na równy tor.

– Dobrze ci tak.

Odsunęli się od siebie i głęboko odetchnęli.

– Hej – rzekła – a może zapomnimy o tych bzdurach i pojedziemy się gdzieś pobzykać? Jeśli nie chcesz, nie musisz niczego brać. Ja też nie wezmę.

Nie miała takiej potrzeby, bo już wzięła. Koka pomagała jej widzieć wszystko bardzo wyraźnie. Lucasa można było urobić odpowiednimi słowami i seksem, jak każdego innego faceta. Pędzili teraz wzdłuż rzeki, a o przednią szybę rozbijały się wielkie robale. Droga wyglądała znajomo. Kate zdała sobie sprawę, że już tu byli, ale o innej porze roku.

– Ha! – odezwała się z szerokim uśmiechem. – Serio? To tu byliśmy tamtej nocy, prawda? Kiedy słuchaliśmy lodu trzeszczącego na rzece.

– Tak.

– Super.

To tu rozpoczęła się ich szalona przygoda. Wrócą na ten opuszczony parking, a ona sprawi, że Lucas zmieni zdanie. Proste.

Kiedy jednak wjechali na żwirowy parking, okazało się, że jest zatłoczony. Nie powinno jej to dziwić. Wtedy była mroźna noc czarna jak smoła, teraz – parny wiosenny wieczór. Mimo wszystko wkurzyło ją to, że obcy ludzie wtargnęli na ich wyjątkowe miejsce. Dzieciaki biegały po parkingu, piszcząc z uciechy. Paru nastolatków wyciągało kajak z tyłu pick-upa. Jeden z nich pomachał do Lucasa.

– Kto to? – spytała Kate.

– Kumpel z liceum – odparł Lucas.

– I po naszej prywatności. To jakieś cholerne zoo.

– Wiem, gdzie możemy być sam na sam, ale nie dojedziemy tam autem – rzekł Lucas.

– W porządku. Mam przecież nogi.

Pochylił się nad nią i sięgnął do schowka po latarkę, którą wetknął w tylną kieszeń dżinsów.

– Chodź.

Wysiedli z samochodu, a Kate zaciągnęła się zapachem roślin i mułu. Odczuwała wszystko niezwykle intensywnie. Dookoła rozbrzmiewało rechotanie żab i cykanie świerszczy. Słońce wisiało nisko nad rzeką niczym żółta kula gazu. Powietrze było wilgotne i soczyste, pachniało jak na początku lata, ale tu, nad wodą, dało się wyczuć chłód. Po zachodzie słońca temperatura szybko spadnie. W takich chwilach Lucas nabierał egzotycznego uroku. Kate znała bulwary Paryża jak własną kieszeń, ale parking w północnych lasach był dla niej nowinką pełną obiecujących możliwości. Nie pozwoli mu odejść. Nie po tym, jak wzbudził w niej takie odczucia. Zrobi absolutnie wszystko, żeby zmusić go do pozostania. Wszystko.

Zamiast poprowadzić ją zgodnie ze znakami, ku piaszczystej plaży i przystani, Lucas wiódł ją pylistą dróżką wzdłuż brzegu rzeki. Tabliczka przy drodze ostrzegała: „Szlak w złym stanie. Wejście na własną odpowiedzialność”. Kate była zachwycona. Miała na sobie szorty i koszulkę bez rękawów, a na nogach klapki, ale nie zwracała uwagi na kłujące krzewy jeżyn i kamyki, które utrudniały jej marsz. Na początku ścieżki leżało powalone drzewo. Kate szybko wdrapała się na pień i przelazła nad nim. Lucas szedł przodem i przytrzymywał gałęzie, żeby nie odskoczyły i nie uderzyły jej w twarz. Dróżka była wąska, co parę kroków przecinały ją poskręcane korzenie gigantycznych drzew iglastych. Po lewej stronie mieli ścianę gęstego lasu, po prawej grunt stromo opadał ku rzece. Kate spojrzała w dół i poczuła ekscytujące zawroty głowy. Jeden fałszywy krok i można było przekoziołkować między granitowymi występami i ostrymi kawałkami połamanych pniaków, a potem runąć w stalowe wody kilkanaście metrów niżej. Nic tak jak groźba śmierci nie sprawi, byś poczuł, że żyjesz.

Po chwili ścieżka zaczęła biec pod górę. Po plecach dziewczyny spływał pot, a Lucasowi koszulka przykleiła się do ciała. Kate tak się na niego zapatrzyła, że straciła równowagę i zachwiała się. O mały włos nie spadła z urwiska.

Po pięciu minutach spytała, czy jeszcze daleko.

– Już tylko kawałeczek.

– Jesteśmy sami. Czemu nie możemy zatrzymać się tutaj? – zapytała. Przy ścieżce leżało idealnie poziomo powalone drzewo pokryte poduszkami mchu. Mogliby rozłożyć na nim ubrania i mieliby idealne łóżko. Widok Lucasa działał na nią obezwładniająco. Pragnęła go tu i teraz, chciała czuć dotyk jego gładkiej skóry równocześnie z wilgotnym powietrzem popołudnia i nadchodzącym chłodem zmierzchu.

– Przed nami jest stary most kolejowy.

– Ten, z którego dzieciaki skaczą do wody? Opowiadałeś o nim.

– Tam będziemy mogli w spokoju porozmawiać. Jest cały zarośnięty, dobra kryjówka. Jak domek na drzewie. Chodź.

Przyśpieszyli. Myśl o skoku nie dawała Kate spokoju. Właśnie tak odzyska Lucasa. Złapią się za ręce i razem skoczą w przepaść. Poczują pęd powietrza podczas lotu i wstrząs po zderzeniu z lodowatą wodą. Pragnęła wypłynąć obok niego na powierzchnię, dotrzeć na brzeg i zedrzeć z Lucasa ubranie.

Kawałek dalej ścieżka ostro skręciła i ich oczom ukazała się rzeka. Kate zaparło dech na widok zrujnowanego mostu. Z mętnej wody wyłaniały się dwie kamienne podpory podtrzymujące dwa drewniane przęsła, które niegdyś łączyły się pośrodku. Teraz wieńczyły je upiorne szczątki łuków. Cała środkowa część dawno się rozsypała, nic po niej nie zostało. Po prostu pustka. Gdyby próbował tędy przejechać jakiś pociąg, runąłby do wody wagon po wagonie i porwałby go prąd. Aż tutaj, na górze, Kate słyszała huk wzburzonej rzeki.

Zeszli ze ścieżki na most, ostrożnie stawiając nogi między przerdzewiałymi torami i spróchniałymi podkładami. Drzewa zapuściły korzenie u stóp mostu i rozrosły się wokół niego. Wyrastające z nasypu pnącza i chwasty wspinały się na drewniane rusztowanie i metalowe belki, gdzie rozgałęziały się, gęste jak dżungla w Kambodży, tworząc zieloną altanę. Gdy Kate ruszyła w stronę tego pokoju z roślin, Lucasa gwałtownie wyciągnął rękę, żeby ją zatrzymać. Kate spojrzała w dół ku przepaści ziejącej u swoich stóp i sapnęła z przestrachu. Zaszli dalej, niż sądziła, tuż nad krawędź wyrwy – nic prócz powietrza nie dzieliło jej tu od wody kłębiącej się daleko w dole.

– Ostrożnie – powiedział. Ich oczy się spotkały. Serce Kate tłukło się z podniecenia i nadmiaru adrenaliny.

– Jak tu pięknie – wyszeptała.

Zacisnęła palce na gładkiej skórze jego ręki. Przyciągnęła go do siebie, a ich usta się spotkały. Powiodła wargami w dół jego szyi ku zagłębieniu przy obojczyku, gdzie dało się wyczuć puls. Jego skóra miała słony smak i ciepły zapach, jakby przed chwilą prażył się w słońcu na plażowym kocu.

Odsunął Kate od siebie.

– Nie po to cię tu przyprowadziłem. Musimy porozmawiać.

Pociągnął ją tam, gdzie zasłona z liści była najgrubsza. Miejsce wyglądało na uczęszczane: wszędzie walały się pety, opakowania po prezerwatywach, butelki po piwie. Lucas oczyścił dla nich trochę miejsca, kopiąc śmieci w stronę krawędzi i strącając je do wody. Kiedy po odpadkach nie było już śladu, zdjął koszulkę i zamiótł nią podłoże. Kate przyglądała się jego szerokim, gładkim plecom, od których emanowała siła. Kiedy uznał, że jest wystarczająco czysto, żeby usiąść, strzepnął koszulkę i rozłożył ją jak koc.

– Siadaj, porozmawiajmy.

– Tak bez koszulki? Już ja wiem, czego chcesz. Tego samego co każdy facet.

– Dobra, założę ją z powrotem, a ty możesz usiąść na torach. Chciałem być dżentelmenem.

– I zerwać ze mną jak dżentelmen?

– Już mówiłem, muszę odpocząć.

– I nie chodzi o mnie, tylko o ciebie?

– Otóż to.

– Wiesz, jaki to zasrany frazes?

– Tak, wiem, sam jestem jak frazes.

Nie mogła złapać tchu, zaczęła się trząść. Była zrozpaczona, a do oczu cisnęły jej się łzy. To przez kokainę czy przez Lucasa? Kate rzadko płakała. Takie doświadczenie było dla niej niecodzienne i wcale jej się nie podobało.

– Jest parę rzeczy, które mogłabym dla ciebie zrobić – zaczęła.

Uklękła na koszulce obok niego, ujęła w dłonie jego twarz i podniosła usta ku jego wargom.

– To niczego nie zmieni – powiedział, ale jego ciało rozluźniło się pod jej dotykiem, a wargi się rozchyliły.

Niemożliwe, żeby naprawdę tak myślał. Zbyt entuzjastycznie zareagował na pocałunek. Przebiegła dłońmi po jego szerokich plecach i dotarła do tylnych kieszeni dżinsów. Przyciągnęła go do siebie, żeby go dosiąść. Jego ciało nie potrafiło kłamać: już stwardniał. Czuła na skórze jego rozpalone usta, jego dłonie niecierpliwie zdzierały z niej ubrania. Pchnął ją do tyłu; krzyknęła, gdy zerwał z niej majtki i zanurzył się w niej. Liście szeleściły w gorącym wietrze. Kate poczuła się, jakby była jakąś inną dziewczyną. Właśnie tak by było, gdyby urodziła się w Belle River, w normalnej rodzinie, a Lucas był jej chłopakiem. Umiałaby się cieszyć, potrafiłaby kogoś pokochać, a podczas uprawiania miłości po policzkach spływałyby jej łzy. Ale to był tylko sen, mrzonka. Nie była stąd, nie była kimś takim, a to, co łączyło ją z Lucasem, już i tak dobiegło końca.

Po wszystkim stoczył się z niej. Leżeli osobno, a schładzające się powietrze studziło ich ciała. Kate odwróciła głowę i wbiła wzrok w niebo widoczne przez dziurę ziejącą wśród połamanych belek kilka stóp nad nimi. Słońce już zaszło, ale jeszcze nie było widać księżyca, za to zaczynały się pojawiać gwiazdy. Leżąc wysoko w altanie, słyszała huk wody i szum autostrady biegnącej wzdłuż przeciwległego brzegu. Wszyscy ci ludzie zajęci swoimi sprawami nie mieli pojęcia, że ona i Lucas leżą na górze wyczerpani i zdyszani. Niemożliwe, żeby to był ostatni raz. Nie pozwoli na to.

Usiadła i skrzyżowała ramiona, chcąc osłonić się przed chłodem. Sięgnęła po szorty, wyjęła woreczek i wciągnęła jeszcze trochę, żeby dodać sobie odwagi. Musiała go jakoś skłonić do zmiany zdania.

– Mówiłaś chyba, że już nie będziesz brać – powiedział Lucas.

– To było przedtem.

– Przed czym?

Nie odpowiedziała; zastygła i wsłuchiwała się w szum wody. Gdy kokaina uderzyła jej do głowy, poczuła to nawet w palcach stóp, gałkach oczu i koniuszkach włosów. Zjednoczyła się z tym miejscem, z jego mocą i pięknem. Była silna. I wpadła na pewien pomysł.

– Chcę skoczyć – oznajmiła.

Lucas spojrzał na nią, jakby była niespełna rozumu.

– Oszalałaś? Jest paskudnie zimno.

– Dzisiaj było ze dwadzieścia pięć stopni.

– Mówię o temperaturze wody. W tym roku późno była odwilż. Woda ciągle jest lodowata. Spójrz sama, przy brzegach wciąż widać lód.

– Nie bądź mięczakiem. Skocz ze mną. Będziemy trzymać się za ręce.

Usiadł i patrzył, jak się ubierała. Zauważyła to i spowolniła ruchy, przekonana, że zdoła go sobie podporządkować, jeśli pokaże mu coś przyjemnego dla oka. Mężczyźni są w końcu wzrokowcami.

– Z którego miejsca najlepiej skoczyć? Tutaj, gdzie most się kończy? – spytała.

– Mówię ci, że o tej porze roku wytrzymałabyś w Belle nie dłużej niż parę minut. Skurcz cię złapie. Taki skok to szczyt głupoty.

– To, że coś jest głupie, jakoś jeszcze nigdy mnie nie powstrzymało. Ciebie chyba też nie.

Prychnął ze zniecierpliwieniem, po czym wstał i zaczął się ubierać. Szybko zapadała ciemność. Zapalił latarkę i ubrał się do końca w jej świetle.

– Dokąd się wybierasz? – zapytała głosem drżącym z niepokoju.

– Do domu. Jak chcesz się zabrać do akademika, to chodź, ale potem z nami koniec.

– Ale... przecież właśnie uprawialiśmy seks. Podobało ci się. Wiem o tym.

– Z tobą zawsze mi się podoba. Ale to niczego nie naprawi. Wracaj do swojego bogatego chłopaka. To on do ciebie pasuje. Jego możesz sobie wykorzystywać, nie będzie narzekał i zapłaci za twoją kokę. Idealny układ. Nie wiem, czemu tego nie widzisz.

– Słuchaj, nie chciałam przez to powiedzieć, że jesteś głupi. Przepraszam, jeśli tak to zabrzmiało. Lucas, proszę!

Próbował ją minąć, ale chwyciła go za ramię. Latarka wypadła mu z ręki, odbiła się i zniknęła za krawędzią mostu. Woda była tak daleko w dole, że nawet nie usłyszeli plusku. Lucas krzyknął z niepokojem. Kate zerknęła przez krawędź i poczuła niezdrowe podniecenie wzbierające gdzieś w brzuchu. W gasnącym świetle dnia woda nie była już srebrzysta, lecz czarna. Kate słyszała jej huk, dostrzegła też iskierkę światła w topieli. Zdała sobie sprawę z tego, jak silny jest nurt.

– Jezu. Uważaj – powiedział Lucas.

– A jeśli ja chcę skoczyć? – rzuciła Kate głosem przepełnionym chorą ekscytacją. Miała wrażenie, że jest na bakier ze światem, a intuicja podpowiadała jej, by poddała się temu odczuciu i pogodziła z nim. Skoro nie może mieć Lucasa, równie dobrze mogą oboje skoczyć i niech się dzieje, co chce. Może przeżyją, może zginą, ale przynajmniej będą razem.

– Jesteś bardziej walnięta, niż myślałem – skwitował.

– Kate!

Krzyk rozległ się od strony ścieżki za ich plecami i wystraszył ich oboje. Na jedną przerażającą chwilę dziewczyna straciła równowagę i zachwiała się. Rozpaczliwie wymachiwała rękami, stojąc stanowczo za blisko krawędzi, ale Lucas ją złapał. Gdy cofnęli się znad przepaści, miała wrażenie, że przez jego ręce przepływa prąd. Byli połączeni wspólnym strachem i ekscytacją, a ona uwielbiała te uczucia. Odwróciła się w stronę, z której dobiegło wołanie. U stóp mostu stała Aubrey, a jej wysoka, blada sylwetka jaśniała na tle ciemnych drzew. Jeszcze tego tu Kate brakowało. Żałosnej współlokatorki, która pojawia się w przełomowej chwili, gdy ona i Lucas mają zrobić krok ku ostateczności. Aubrey wszystko by zrujnowała.

– Co, do cholery, ona tu robi? – spytał Lucas.

– Pozbędę się jej – szepnęła Kate.

– Chce z tobą zerwać, prawda? – spytała Aubrey, zbliżając się do nich.

– Nie, wcale nie chce. Nie masz, kurwa, zielonego pojęcia, o co chodzi. Jak nas znalazłaś? – spytała Kate napastliwym tonem.

– Timmy mi powiedział. – Kate nie zrozumiała, więc Aubrey dodała: – Ten dzieciak z Shecky’ego. Przyjechałam z miasta rowerem. Wiedziałam, że będziesz mnie potrzebować, Kate.

– Wcale cię nie potrzebuję. Lucas i ja chcemy zostać sami, więc idź sobie.

– Twoja współlokatorka ma rację, Kate – rzekł Lucas. – Powiedziałem, co chciałem powiedzieć. Wystarczy. Zmywam się stąd.

– Nie! – wrzasnęła Kate. Napadła na Aubrey: – Wynoś się stąd, ty walnięta dziwko! Wszystko psujesz.

– Kate, to tylko miastowy dupek. Nie liczy się. Nie rozumiesz?

– Tylko on się liczy. Spadaj. Wynoś się!

– Pogódź się z tym – powiedziała Aubrey bezlitośnie. – On cię nie chce. Ale to nic. To miejsce jest idealne. Możemy skoczyć i damy im wszystkim nauczkę. Możemy to skończyć tak, jak planowałyście z Maggie – powiedziała Aubrey.

– Nie mieszaj w to Maggie! – krzyknęła Kate.

– Kim jest Maggie? – spytał Lucas.

Kate wskazała tatuaż na swoim nadgarstku.

– Moja najlepsza przyjaciółka z liceum, nie żyje. Pamiętasz? Opowiadałam ci o niej.

– Ta, która przedawkowała? – spytał Lucas. – Czekaj, czekaj. Ona popełniła samobójstwo? I dlatego tak bardzo chcesz skoczyć? Chcesz ze sobą skończyć i pociągnąć mnie za sobą? Boże, mam was już dość, świry z Carlisle. Wszyscy jesteście stuknięci.

– Nie mów do mnie w ten sposób – ostrzegła go Kate. W jej głosie pobrzmiewały histeryczne nuty.

Na wspomnienie Maggie coś w niej pękło, coś straszliwego i mrocznego, co wzbierało cały wieczór. Ludzie, których kochała, zawsze ją opuszczali. Matka, Maggie. Lucas też właśnie próbował od niej odejść. Nie mogła do tego dopuścić. Byłaby zupełnie sama. Nic by jej już nie zostało. Nie zgadzała się na to.

Lucas z niesmakiem pokręcił głową i znów spróbował minąć Kate. Chwyciła go za ramię obiema rękami i mocno przytrzymała.

W jej oczach widniało szaleństwo.

– Nigdzie nie idziesz. Jeszcze nie skończyliśmy. Mam znacznie więcej do pokazania! – krzyczała.

– Nie jestem twoją własnością, bogata dziewczynko. Puszczaj.

Próbował się wyrwać, ale w Kate wstąpiła nadludzka wręcz siła.

– Puszczaj, stuknięta dziwko.

Siłą oderwał od siebie jej dłonie, ale Kate zamiast się cofnąć, zbliżyła się do niego, bijąc i drapiąc jak oszalała. Lucas skulił się i uniósł pięści do twarzy jak bokser na ringu.

– Przestań! Przestań, nie panujesz nad sobą.

– Nie... zerwiesz... ze... mną! – wrzasnęła Kate, drapiąc go długimi paznokciami.

Nie mogła się powstrzymać. Zranił ją, więc mu odda. Pochylił się i cofnął, by uciec przed jej pięściami. Wściekłość przesłoniła jej cały świat i Kate zupełnie się zapomniała. Zapomniała, że Aubrey stoi obok i patrzy. Zapomniała, że tam, gdzie kiedyś był most, tuż za Lucasem, zieje ogromna przepaść. Nie zauważyła, że w pobliżu pojawiły się jeszcze dwie osoby; nie słyszała, jak krzyczały, żeby przestała, żeby uważała, żeby była ostrożna. Nie widziała i nie słyszała niczego prócz Lucasa i tętniącej w uszach krwi. Jego jednak widziała na tyle wyraźnie, że dostrzegła chwilę, w której jego stopa straciła oparcie i chłopak zaczął się zsuwać. Wtedy dopiero przypomniała sobie o przepaści. Gdzieś między falami furii poczuła przypływ satysfakcji. Gdy Lucas zaczął spadać, na jego twarzy odmalowało się nieprzytomne przerażenie, a Kate przez ułamek sekundy, zanim zaczęła krzyczeć, pomyślała: „Teraz pożałujesz”.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki