Winnetou. Tom III - Karol May - ebook

Winnetou. Tom III ebook

Karol May

5,0

Opis

Głośna powieść o niezliczonych przygodach wodza Apaczów Winnetou. Jest zarazem historią wzruszającej przyjaźni między Indianinem i Old Shatterhandem. Początkowo wszystko wskazuje na to, że dzieli ich zbyt wiele różnic. Old Shatterhand zajmuje się pomiarami pod budowę linii kolejowej, a Winnetou planuje napad na mierniczych. Jednak ich losy się złączą. Czerwonoskóry wojownik i biały traper zostaną parą najsławniejszych bohaterów Dzikiego Zachodu. Pamięć o ich szlachetnych czynach przetrwa, mimo że jednemu z nich przeznaczone będzie odejść.

Seria Książka do plecaka zawiera starannie wybrane powieści autorstwa Hanny Ożogowskiej, Karola Maya, Aleksandra Dumasa, Thomasa Mayne Reida i Waltera Scotta. Jest przeznaczona zarówno dla młodych, jak i dojrzałych czytelników, którzy nie zapominają o spakowaniu książek przed wyjazdem na wakacje lub krótką weekendową podróż. Dwadzieścia jeden tytułów tej serii zadowoli nawet najbardziej wybrednych wędrowców. Z pewnością pochłoną ich opowieści o dawnym PRL-u, Dzikim Zachodzie, XVII-wiecznej Francji i XVIII-wiecznej Szkocji. Zafascynują opisy Himalajów, niekończących się prerii, francuskiego dworu Ludwika XIII, a także mrocznej atmosfery szkockiego zamku. Każda z książek jest doskonałym uzupełnieniem rozpoczętej podróży, stanowiąc jedną z jej ważniejszych atrakcji.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 436

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




KAROL MAY

Winnetou

Tom 3

ISBN:978-83-7623-970-5

Wydawnictwo Zielona Sowa

Kraków

Tytuł oryginału

Winnetou

Redaktor serii

Iwona Misiak

Korekta

Teresa Lachowska

Ilustracja na okładce

Edyta Stajniak

Układ typograficzny i projekt okładki

Piotr Hrehorowicz

Skład i łamanie

Inter Line s.c.

© Copyright by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o., 2009

Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o. 3

30-404 Kraków, ul Cegielniana 4A

tel./fax (012) 266-62-94

tel. (012) 266-62-92

www.zielonasowa.pl

[email protected]

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

ROZDZIAŁ I | Nad wielką koleją zachodnią

Od wczesnego ranka przebyłem już znaczną przestrzeń. Opanowało mnie znużenie, które powiększał jeszcze upał. Postanowiłem więc zatrzymać się, ażeby odpocząć i spożyć obiad. Preria rozciągała się przede mną falista i bezkresna. Od pięciu dni, kiedy Siuksowie Oglala rozbili nasz mały oddziałek, nie zauważyłem żadnego śladu człowieka i zatęskniłem w końcu za jakąś rozumną istotą, za której pośrednictwem mógłbym się przekonać, czy nie zapomniałem zupełnie ludzkiej mowy.

Ponieważ w tej okolicy nie było potoku ani żadnej innej wody, nie było też lasu ani zarośli, nie potrzebowałem długo wybierać miejsca na postój, lecz mogłem stanąć, gdzie mi się podobało. Toteż w pierwszym zagłębieniu falistego gruntu, na które natrafiłem, zeskoczyłem na ziemię, spętałem mego mustanga, zdjąłem zeń derkę i wyszedłem na wzniesienie, aby się tam położyć. Konia musiałem zostawić na dole, ażeby go nie dostrzegł zbliżający się nieprzyjaciel, dla siebie zaś obrałem punkt wyższy, by móc objąć wzrokiem całą okolicę. Nie obawiałem się, żeby mnie tam kto zobaczył, gdyż położyłem się od razu na ziemi.

Miałem dostateczne powody do ostrożności. Wyruszyliśmy znad brzegów Platty w liczbie dwunastu ludzi z zamiarem zejścia po wschodniej stronie Gór Skalistych do Teksasu. W tym samym czasie różne plemiona Siuksów opuściły swoje wsie, aby zemścić się za to, że zabito w ostatnich czasach kilku ich wojowników. Wpadliśmy im w ręce i po krwawej walce, w której pięciu z nas utraciło życie, rozproszyliśmy się na wszystkie strony.

Ponieważ po tropie, którego nie zdołaliśmy zatrzeć zupełnie, Indianie musieli poznać, iż udaliśmy się na południe, nie ulegało wątpliwości, że będą nas ścigać. Trzeba było mieć się na baczności, jeśli się chciało uniknąć tego szczęścia, żeby owinąwszy się derką wieczorem, zbudzić się rano bez skalpu w wiecznych ostępach Wielkiego Ducha.

Położyłem się więc na ziemi, wydobyłem kawałek suszonego mięsa bizoniego, natarłem je, z braku soli, prochem strzelniczym i spróbowałem doprowadzić zębami do stanu, który by pozwolił tę skórzaną substancję przenieść do żołądka bez niebezpieczeństwa dla zdrowia.

Leżałem tak przez jakiś czas, kiedy nagle obejrzawszy się przypadkiem poza siebie, ujrzałem na widnokręgu punkt zbliżający się ku mnie. Zsunąłem się natychmiast ze wzniesienia tak głęboko, że mnie całkiem zasłoniło, i przypatrywałem się dalej ruchomemu punktowi, w którym wnet rozpoznałem jeźdźca, zwyczajem Indian siedzącego koniowi prawie na karku.

Koń jego wlókł się tak powoli, że potrzebował chyba z pół godziny, aby przebyć milę. Spojrzawszy ponownie w dal, zobaczyłem z przerażeniem jeszcze cztery punkty zdążające w ślad za nim. Pierwszy jeździec był białym, czego niezbicie dowodziło jego ubranie. Czyżby tamci byli Indianami, którzy go ścigali? Wyciągnąłem moją lunetę. Nie pomyliłem się. Jeźdźcy zbliżali się i po ich uzbrojeniu i tatuażu mogłem rozpoznać dokładnie, że są to Oglala, najbardziej wojownicze i najokrutniejsze plemię Siuksów. Biały również zbliżył się wreszcie do mnie tak, że mogłem mu się dokładnie przypatrzyć.

Był to człowiek chudy i niskiego wzrostu, a na głowie miał stary kapelusz pilśniowy bez krezy. Na prerii szczegół ten mógłby ujść niezauważony, ale w tym wypadku odsłaniał on brak, który mnie niezwykle uderzył. Biały nie miał uszu, a miejsce, na którym znajdowały się niegdyś, świadczyło, że pozbawiono go ich przemocą. Widocznie poobcinano mu je bez litości. Z ramion zwisała mu ogromna dera, osłaniająca całkowicie górną część ciała, tak że wyzierały spod niej tylko niezmiernie chude nogi w osobliwych butach, takich, jakie wyrabiają i noszą zwyklegaucho1z Południowej Ameryki. Takie buty wyrabia się w ten sposób, że zdejmuje się skórę z nogi końskiej po odcięciu kopyta, wtyka się nogę ludzką w tę rurę, dopóki jest ciepła, i czeka się, aż ostygnie. Skóra przylega szczelnie do stopy i łydki, tworząc doskonałe obuwie, które ma tylko tę właściwość, że się w nim chodzi na własnych podeszwach. U siodła jeźdźca wisiało coś podobnego do strzelby, co jednak przypominało raczej patyk znaleziony przypadkowo w lesie.

Niedoświadczony człowiek uśmiałby się na widok tego jeźdźca, mnie jednak wydał się on jednym z owychwestmanów,których trzeba wprzód poznać, zanim się oceni ich wartość.

Zbliżył się już do mnie na odległość stu kroków i natrafił na mój trop. Zamierzał zeskoczyć z siodła, aby zbadać trop dokładniej, na co straciłby niepotrzebnie wiele cennego czasu. Toteż powstrzymałem go okrzykiem:

– Halo, hej, człowieku! Jedźcie dołem i przybliżcie się trochę ku mnie!

Równocześnie zmieniłem swoją postawę, aby mógł mnie zobaczyć.

– Halo,master! –odpowiedział jeździec. – Na drugi raz zapanujcie nad swoim głosem i ryczcie cokolwiek ciszej! Na tej starej łące nigdy się nie wie, czy tu lub ówdzie nie tkwią jakie uszy, które nie powinny nic słyszeć. Chodź, Tony!

Na skutek tej zachęty klacz wprawiła w ruch swoje niesłychanie długie nogi i potem stanęła obok mojego mustanga. Spojrzawszy nań wyniośle i z wielką niechęcią, odwróciła się do niego wprost niegrzecznie pewną częścią ciała, którą na okręcie nazywają rufą, należała bowiem do tych wierzchowców, które żyją wyłącznie dla swego pana, a wobec każdego innego stworzenia zachowują się nieufnie i z dezaprobatą.

– Sam wiem dobrze, jak głośno wolno mi mówić – odparłem. – Skąd przybywacie i dokąd zmierzacie?

– To was diabelnie mało obchodzi!

– Tak wam się zdaje? Nie grzeszycie zbytnią uprzejmością. Muszę wam się jednak szczerze przyznać, że jestem przyzwyczajony do tego, żeby na moje pytania odpowiadano!

– Hm, tak, wydajecie mi się bardzo dostojnym dżentelmenem – rzekł, patrząc na mnie lekceważąco. – Dlatego zaraz udzielę wam żądanego wyjaśnienia.

Po tych słowach wskazał ręką poza siebie oraz przed siebie, a potem dodał:

– Przybywam stamtąd, a tam zmierzam.

Ten człowiek zaczął mi się podobać. Uważał mnie pewnie za jakiegoś zabłąkanego, niedzielnego myśliwca. Prawdziwywestmannie troszczy się o swoją powierzchowność i okazuje szczerą niechęć do wszystkiego, co schludne. Ja zaś właśnie niedawno zaopatrzyłem się w Forcie Rondall w nową odzież, a broń zawsze lubiłem utrzymywać w porządku. Dlatego też nie wziąłem za złe nieznajomemu osobnikowi tej lakonicznej odpowiedzi, lecz odrzekłem spokojnie, wskazując tak samo jak on przed siebie:

– To starajcie się dojść „tam”, ale uważajcie na czterech Indian, którzy dążą za waszym tropem! Nie spostrzegliście ich pewno dotychczas?

– Nie spostrzegłem? Hi, hi, hi! Aż czterech Indian ja bym miał nie zauważyć! Ci poczciwcy jadą za mną już od rana, ale ja się za nimi nie potrzebuję wcale oglądać, gdyż sposoby tych panów są mi znane. Za dnia będą się trzymali w odpowiednim oddaleniu, a spróbują podejść mnie dopiero, gdy się ułożę na noc. Ale bardzo się przeliczą, gdyż okrążę ich wówczas i znajdę się na ich tyłach. Dotąd nie minąłem jeszcze odpowiedniego terenu do tych manipulacji. Będę mógł to zrobić dopiero tu, między tymi falistymi wzgórzami. Jeżeli chcecie się nauczyć, jak starywestmanzabiera się do takiej zabawy z czerwonoskórymi, to zaczekajcie tu z dziesięć minut. Naprzód, Tony!

Nie troszcząc się więcej o mnie, odjechał, a w pół minuty potem zniknął razem ze swoją sławetną klaczą pomiędzy wyniosłościami terenu.

Ponieważ było czterech przeciwko jednemu, przygotowałem się od razu na to, że będę musiał użyć broni. Zbadałem ją zatem i czekałem na dalszy przebieg wypadków.

Indianie dojechali już prawie do miejsca, gdzie trop przybysza stykał się z moim, kiedy nagle jadący na przedzie zatrzymał konia i odwrócił się do towarzyszy. Wydało im się bowiem podejrzane, że ścigany przez nich biały gdzieś zniknął. Odbyli więc krótką naradę, podczas której stali tuż obok siebie. Kulą z mego sztucera mogłem ich już dosięgnąć, ale to było niepotrzebne, gdyż w tej samej chwili huknął jeden strzał, a zaraz po nim drugi. Dwaj Indianie spadli z koni bez życia, a równocześnie rozległ się triumfalny okrzyk:

– O-hi-hi-hiii! – wydany gardłowym głosem, podobnie jak to czynią Indianie przy ataku wojennym.

Ale tym razem nie wydał tego okrzyku Indianin, lecz mały myśliwiec, który wychylił się z dołu. Jego klacz zamieniła się teraz w całkiem inne zwierzę. Wyrzucała kopyta, aż trawa wylatywała w górę. Myśliwy wywinął strzelbą i nabił ją w cwale z pewnością, która świadczyła o tym, że nie po raz pierwszy znalazł się w takim położeniu.

Za nim rozległ się trzask dwóch wystrzałów. Obaj Indianie strzelili do niego, lecz nie trafili. Wobec tego wrzasnęli wściekle, porwali zatomahawkii popędzili za nim. Aż do tej chwili ścigany nie obejrzał się na nich, teraz jednak, uporawszy się z nabijaniem, skręcił nagle konia, podniósł strzelbę i szybko wymierzył. W następnej chwili obaj Indianie spadli z koni z przestrzelonymi głowami.

Trzymałem przez cały czas broń gotową do strzału, lecz cyngla nie nacisnąłem, gdyż mały myśliwiec nie potrzebował mojej pomocy. Teraz zsiadł z konia, aby zbadać poległych, a ja zbliżyłem się ku niemu.

– No,sir,czy wiecie teraz, jak się okrąża czerwonoskórych łajdaków? – zapytał.

– Dziękuję,master!Przekonałem się, że mogę się od was czegoś nauczyć.

Mój uśmiech musiał mu się jednak wydać trochę dwuznaczny, gdyż spojrzał na mnie bystro i rzekł:

– Może i wy bylibyście także wpadli na taki pomysł?

– Zatoczenie koła nie było tu tak bardzo potrzebne. Tam, gdzie można się ukryć w falistym terenie, wystarczy ukazać się nieprzyjacielowi z przodu w większej odległości, a potem wrócić po prostu własnym śladem.

– Patrzcie! Skądże wy o tym wiecie? Kto wy właściwie jesteście, hę?

– Piszę książki.

– Piszecie książki? – powtórzył i cofnął się o krok w zdumieniu, przybierając minę na pół podejrzliwą, a na pół litościwą. – Aha, więc jesteście pismak? Ale w takim razie po co przyjeżdżacie na prerie? Czy chcecie tu, na przykład, pisać książki?

– Czynię to zwykle dopiero po powrocie do domu. Opowiadam w tych książkach wszystko, co przeżyłem i na co patrzyłem, a tysiące ludzi czytają to i wiedzą potem zupełnie dobrze, co się tu dzieje, i nie potrzebują sami udawać się na prerię.

– Czy i o mnie tam wspomnicie?

– Oczywiście!

Nieznajomy odstąpił jeszcze o krok, a potem podszedł tuż do mnie, położył prawą dłoń na rękojeści noża, a lewą na mym ramieniu i rzekł:

– Sir,tam stoi wasz koń. Wgramolcie się na niego i zabierajcie się stąd czym prędzej, jeśli nie chcecie, żeby się wam zakradło pomiędzy żebra kilka cali ostrego, zimnego żelaza. Nie można przy was słowa powiedzieć ani ręką ruszyć, żeby się cały świat o tym nie dowiedział. Drałujcie sobie stąd czym prędzej!

W jednej chwili pochwyciłem go i wykręciłem mu ręce w tył. Moją lewą rękę wsunąłem między jego grzbiet a dłonie i przycisnąłem je do siebie mocno, prawą zaś ująłem go w przegubach tak silnie, że wypuścił nóż z ręki. Ten niespodziewany napad tak stropił małego człowieczka, że zanim zdołał wykonać jakikolwiek ruch oporu, związałem mu ręce na plecach rzemieniem od worka z kulami.

– Niech to wszyscy diabli! – zawołał. – A wam co znowu? Co chcecie ze mną zrobić, na przykład?

– Halo,master!Zapanujcie nad swoim głosem i ryczcie cokolwiek ciszej! – odpowiedziałem mu podobnie jak on mnie poprzednio. – Na tej starej łące nigdy się nie wie, czy tu lub ówdzie nie tkwią jakieś uszy, które nie powinny nic słyszeć.

Puściłem go i szybkim ruchem pochwyciłem jego nóż i strzelbę, które odłożył podczas badania poległych Indian. Mały myśliwy próbował uwolnić sobie ręce, z wysiłku krew nawet nabiegła mu do twarzy, lecz nie udało mu się rozerwać rzemienia.

– Dajcie spokój,master! –poradziłem mu. – Będziecie skrępowani, dopóki ja zechcę! Dobyliście na mnie noża, chociaż ja was nie obraziłem ani nie uczyniłem wam nic złego, podlegacie więc, według prawa prerii, takiej karze, jaka mi się spodoba. Nikt mnie za to nie zgani, jeśli teraz to ostre, zimne żelazo zakradnie się wam między żebra, zamiast mnie, jakeście to przedtem chcieli zrobić.

– Pchnijcie! – odrzekł ponuro. – Najlepiej będzie, jeśli ze mną skończycie, gdyż pozwolić się jednemu człowiekowi – oko w oko, w biały dzień – pokonać i związać, nie naruszywszy mu włosa na głowie, to hańba, której nie przeżyje Sans-ear2!

– Sans-ear! Wy jesteście Sans-ear?! – zawołałem. Słyszałem wiele, bardzo wiele o tym słynnymwestmanie.Przed wielu laty musiał zostawić u Nawahów uszy, dlatego nosił to szczególne przezwisko „Bezuchy”, pod którym znano go jak prerie długie i szerokie, a nawet i dalej.

Przystąpiłem doń i rozwiązałem mu ręce.

– Macie tu swoją strzelbę i nóż. Jesteście wolni. Możecie odejść, gdzie wam się podoba!

– Nie róbcie głupich żartów! Czy mogę tu zostawić hańbę klęski poniesionej z rąkgreenhorna?Żeby to był chociaż jakiś setny chłop, jak Winnetou, Długi Haller lub sławni tropiciele, jak Old Firehand czy Old Shatterhand, wtedy, no wtedy…

– Greenhorna?Czy naprawdę sądzicie, że nowicjusz potrafiłby wypłatać takiego figla wam, dzielnemu Sans-earowi?

– A któż wy jesteście? Wyglądacie tak, jakbyście wyszli prosto od krawca, a wasza broń jest pięknie wyczyszczona, niczym na maskaradę.

– Ale dobra! Możecie się zaraz przekonać! Uważajcie dobrze!

Podniosłem z ziemi kamień wielkości dwudolarówki, wyrzuciłem wysoko w powietrze, złożyłem się szybko i trafiłem go.

Maływestmanspojrzał na mnie z wyrazem zdumienia w oczach.

– Wielkie nieba! To był strzał! Jak brzmi, na przykład, wasze nazwisko?

– Old Shatterhand.

– Nie może być! Ale, hm! Nie weźcie mi tego za złe, sir! Old Shatterhand leżał raz pod burym niedźwiedziem, który go zaskoczył we śnie i zdarł mu skórę z pleców aż po żebra. Zranionywestmanprzylepił sobie szczęśliwie kawał rumsztyku, ale blizna z pewnością będzie widoczna, na przykład!

Na to rozpiąłem bluzę myśliwską i znajdującą się pod nią białą koszulę ze skóry jelenia.

– Popatrzcie!

– Do stu piorunów! W takim razie jesteście jednak Old Shatterhand! Hm, posłuchajcie: czy sądzicie, że ja, na przykład, jestem okropnym głupcem?

– Nie, tak nie sądzę. Popełniliście tylko błąd, biorąc mnie zagreenhorna,i nic więcej. Ze strony nowicjusza nie spodziewaliście się takiego ataku. Sans-eara można zwyciężyć tylko zaskoczeniem.

– Oho! Zresztą dać się przez was zaskoczyć nie jest hańbą. Moje imię i nazwisko brzmi właściwie Sam Hawerfield. Jeżeli chcecie mi zrobić przyjemność, to mówcie mi: Sam!

– A wy mnie Charley, jak mówią wszyscy moi przyjaciele. Ale teraz wolno mi chyba będzie zapytać powtórnie: skąd i dokąd?

– Przybywam po trosze z Kanady, gdzie dotrzymywałem towarzystwa drwalom, a chcę teraz, na przykład, udać się do Teksasu i do Meksyku, gdzie podobno tak dużo jest łotrów, że aż serce się śmieje na myśl o kulach i pchnięciach nożem, jakie tam można otrzymać.

– Moja droga także tam prowadzi. Mogę się do was przyłączyć?

– Naturalnie! A teraz powiedzcie mi, skąd się tu biorą Indianie. To na pewno Oglala, przed którymi trzeba się mieć na baczności.

Opowiedziałem mu, co o tym słyszałem.

– Hm! – mruknął Sam. – Wobec tego nie jest wskazane zatrzymywać się tu długo. Natknąłem się wczoraj na trop, przed którym trzeba mieć respekt. Naliczyłem co najmniej sześćdziesiąt koni. Ci czterej musieli należeć do tego oddziału i byli pewno wysłani na zwiady. Zejdziemy im chyba z drogi i skierujemy się wprost na południe, chociaż tam natrafimy na wodę dopiero jutro pod wieczór. Jeśli wyruszymy natychmiast, dotrzemy jeszcze dzisiaj przed nocą do kolei biegnącej na Zachód, a jeżeli przybędziemy we właściwym czasie, spotka nas przyjemność zobaczenia, na przykład, pociągu.

– Jestem gotów do drogi. Ale co zrobimy z trupami?

– Co zrobimy? Nic. Zostawimy je tutaj, tylko najpierw zabiorę im uszy. Dowiedzą się, że był tu Sans-ear. Nie uwierzylibyście, jakie to nędzne uczucie, kiedy człowiek chce w zimie zmarznąć w uszy, a nie ma ich. Byłem raz o tyle niezręczny, że dałem się złapać czerwonoskórym. Uszu mnie wprawdzie pozbawili, lecz życia nie, bo Sam Hawerfield wziął nogi za pas. Ale za moich dwoje uszu… no… policzcie tu!

Podniósł strzelbę i pokazał na niej nacięcia. Każde z nich kosztowało życie Indianina. Teraz wyciął cztery nowe kreski i mówił dalej:

– To sami czerwonoskórzy. Tu na górze jest osiem karbów dla białych, którzy zasmakowali moich kul. Za co, o tym wam kiedyś opowiem. Szukam jeszcze dwóch, ojca i syna, największych łotrów na tym świecie. Gdy ich odnajdę, zadanie mojego życia będzie spełnione.

Oczy jego zabłysły naraz wilgocią, a ogorzała twarz nabrała wyrazu rzewności, wzruszenia i miłości. Domyśliłem się, że starego myśliwca, tak samo jak wielu innych, rzucił w objęcia dzikiej pustyni jakiś ból albo pragnienie zemsty.

– Tony! – zawołał Bezuchy.

Klacz przybiegła i stanęła przy swym panu tak, że wystarczyło mu tylko rękę wyciągnąć, aby wskoczyć na siodło.

– Samie, toż wy macie znakomitego konia! Na pierwszy rzut oka nikt by dolara za niego nie ofiarował, ale widać, że nie oddalibyście go za tysiąc suwerenów3.

– Tysiąc?Pshaw!Powiedzcie: milion! Znam w Górach Skalistych miejsca, skąd mógłbym wybierać pieniądze łopatami i jeśli kiedyś spotkam człowieka, który zasłuży na to, to pokażę mu te miejsca. Nie potrzebuję więc oddawać mojej Tony za pieniądze. Powiem wam tylko tyle, Charley: ten, którego teraz nazywają Sans-ear, był niegdyś całkiem inny, pełen szczęścia i radości życia. Był młodym farmerem, miał żonę i dziecko, za których byłby tysiąc razy życie oddał w ofierze. Tę żonę przywiózł do domu na swej najlepszej klaczy, zwanej Tony. Kiedy później klacz urodziła źrebię, nazwał je również Tony. Potem przyszło owych dziesięciu, o których wam przedtem wspomniałem. Spalili moją farmę, zabili mi żonę i dziecko, zastrzelili klacz, której nie mogli użyć, ponieważ nie chciała nosić na sobie obcego. Tylko źrebię uniknęło śmierci dlatego, że wybiegło przypadkowo w pole. Powróciwszy z polowania, zastałem to zwierzę jako jedynego świadka mojego dawnego szczęścia. Cóż wam więcej powiem? Ośmiu z tych łajdaków padło z mojej ręki. Dwaj, którzy uszli z życiem, będą także moi. W tym właśnie celu udaję się do Meksyku i Teksasu.

Sans-ear przesunął dłonią po oczach, a potem skoczył na siodło i dodał:

– Tyle o dawnych dziejach, Charley! Jesteście pierwszym, któremu je opowiadam, chociaż was widzę po raz pierwszy i będziecie prawdopodobnie ostatnim.

Tymczasem i ja odwiązałem mego mustanga i wsiadłem nań. Sans-ear powiedział przedtem, że pojedziemy na południe, tymczasem ruszył prosto na zachód. Nie pytałem go o nic, gdyż z pewnością dobrze wszystko obmyślił. Nie powiedziałem również nic na to, że zabrał z sobą włócznie czterech Indian. Przypominał mi żywo starego Sama Hawkensa, tym bardziej że obaj nosili to samo imię.

Po jakimś czasie maływestmanzatrzymał swego konia, zsiadł i wetknął jedną włócznię na szczycie pagórka, zapewne w tym celu, aby zostawić Indianom drogowskazy, które by ich zaprowadziły do zabitych. Następnie wyjął z torby przy siodle osiem grubych szmat, z których cztery dał mnie.

– Charley, zsiądźcie tutaj i owińcie tym kopyta waszego mustanga! Na tego rodzaju gruncie nie pozostawią śladów. Potem skierujecie się wprost na południe, dopóki nie dostaniecie się do kolei, gdzie na mnie zaczekacie. Ja zatknę jeszcze te trzy włócznie, a potem wrócę, na przykład, do was. Spotkamy się na pewno, a gdybyśmy się rozminęli o jakiś kawałek drogi, to sygnałem będzie w dzień krzyk sępa, nocą zaś wycie kojota.

Jechałem we wskazanym mi kierunku pogrążony w cichej zadumie. Owinięcie kopyt przeszkadzało koniowi w biegu, dlatego po przebyciu pięciu mil zsiadłem i zdjąłem mu szmaty, tym bardziej że chodziło tylko o ukrycie naszych śladów w pobliżu wbitych włóczni.

Preria stawała się coraz równiejsza i mustang mógł biec prędzej. Wkrótce zobaczyłem przed sobą nasyp, który dosięgał wzrostu człowieka, a na nim szyny.

Przywiązawszy konia lassem do palika, zacząłem szukać w zaroślach suchego drzewa na ognisko. Na zboczu nasypu rósł krzak. Schyliłem się ku niemu, aby podnieść trochę gałęzi, i ku memu zdumieniu spostrzegłem na ziemi młot. Leżał on tam niewątpliwie od niedawna, gdyż sam tłuczek błyszczał jasno, a na bokach i okuciu rączki nie było ani śladu rdzy, która musiałaby je pokryć, gdyby choć przez kilka dni był wystawiony na działanie rosy nocnej. Najwyraźniej tego dnia lub najdalej poprzedniego byli w tym miejscu jacyś ludzie.

Zbadałem uważnie nasyp i zauważyłem kępkę trawy, na której odciśnięty był świeży jeszcze ślad stopy ludzkiej, pozostawiony najwyżej przed dwiema godzinami. Ślad pochodził od mokasyna. Czyżby w pobliżu byli Indianie? Na co wskazywałby w takim razie młot? Ale czyż biali nie noszą także często indiańskich mokasynów?

Przewiesiłem rusznicę przez plecy i wziąłem w rękę tylko rewolwer. Skradając się od krzaka do krzaka, przesunąłem się po dość dużej przestrzeni, lecz bez żadnego wyniku. Wtem wydało mi się, że słyszę pewien szczególny szmer, taki, jaki powstaje wówczas, gdy się sypie piasek. Piasek tworzył tutaj kolistą powierzchnię; wyglądał tak, jakby go ktoś rozsypał naumyślnie. Zacząłem skwapliwie grzebać palcami. Wnet z przerażeniem spostrzegłem, że ręka zabarwiła mi się krwawo, a piasek był także czerwony i wilgotny. Zasypano tu piaskiem dużą i głęboką kałużę krwi.

Domyśliłem się, że popełniono morderstwo, krwi zwierzęcej bowiem nie starano by się tak ukryć. Na górze śladów nie było, gdyż na twardym gruncie nie pozostawały odciski, kiedy jednak rzuciłem okiem na drugą stronę, porosłą trawą, zauważyłem kilka śladów nóg ludzkich oraz dwa długie pasy, jak gdyby ciągnięto człowieka, którego nogi wlokły się po ziemi.

W tym miejscu było nader niebezpiecznie przechodzić z jednej strony nasypu na drugą. Krew nie wsiąkła jeszcze zupełnie w ziemię, a ślady były tak świeże i dobrze zachowane, że prawdopodobnie morderstwo zostało popełnione niedawno, a mordercy musieli znajdować się jeszcze w pobliżu. Dlatego zsunąłem się z nasypu, cofnąłem się znacznie i dopiero przeczołgałem się przez nasyp na drugą stronę ku wschodowi.

Odbyło się to bardzo powoli, gdyż musiałem zastosować całą przebiegłość i zręczność, aby się nie dać zaskoczyć, gdyby niebezpieczeństwo było blisko. Wreszcie dotarłem poniżej miejsca, gdzie przedtem zauważyłem krew na nasypie.

Naprzeciwko czereśni, pod którymi leżałem zaczajony, rósł krzak oddalony od nich o osiem metrów. Jakkolwiek czereśniowe zarośla przeszkadzały mi w swobodnej obserwacji, wydało mi się, że widzę pod nim coś, co przypominało kształtem ciało ludzkie. Czy porzucono tam zamordowanego, czy też był to może jeden z morderców? Postanowiłem odpowiedzieć sobie na to pytanie.

Po cóż narażałem się na niebezpieczeństwo? Wszak mogłem zaczekać na Sama, a potem najspokojniej pojechać z nim dalej!

Ale preriowy myśliwiec musi wiedzieć, jakiego wroga ma przed sobą, za sobą i obok siebie. Bada sumiennie najdrobniejszą okoliczność, gdyż zwiększa to jego własne bezpieczeństwo.

Wziąłem leżącą nieopodal gałąź, założyłem na nią kapelusz i wywołując naumyślnie szelest, wysunąłem ją z krzaka czereśni. Po tamtej stronie nic się jednak nie poruszyło. Albo nie było tam żadnego nieprzyjaciela, albo miałem do czynienia z kimś zbyt przebiegłym na to, żeby się dać wziąć na taki fortel.

Postanowiłem odważyć się na wszystko. Dwoma skokami przebiegłem wolną przestrzeń i z nożem gotowym do pchnięcia wpadłem w zarośla. Pod połamanymi gałęziami leżał nieżywy człowiek. Podniosłem w górę gałęzie i ujrzałem zmienioną okropnie twarz. Był to biały, którego oskalpowano. W plecach tkwiło mu zaopatrzone w haczyki ostrze ułamanej strzały. Nie ulegało wątpliwości, że morderstwo popełnili Indianie znajdujący się na ścieżce wojennej. Świadczyły o tym owe zakrzywione haczyki.

Czy oddalili się, czy też zatrzymali się jeszcze w pobliżu? Ślady ich widać było stąd wyraźnie – prowadziły z nasypu kolejowego na prerię. Poszedłem za tymi śladami od krzaka do krzaka, przygotowany na to, że w każdej chwili dostanę strzałę lub będę musiał użyć noża. Indianie nie starali się ukryć swego tropu, jak gdyby czuli się tutaj zupełnie bezpiecznie.

Wiatr wiał z tej strony, w którą zdążałem. Toteż nie przestraszyłem się zbytnio, usłyszawszy parskanie konia, gdyż nie mógł mnie zwietrzyć. Poczołgałem się dalej i zobaczyłem dość, aby się cofnąć. Przede mną stało w zaroślach sześćdziesiąt koni. Siodła były pozdejmowane, prawdopodobnie służyły w obozie za siedzenia lub poduszki pod głowę. Zwierząt strzegło tylko dwóch ludzi. Obaj wartownicy mówili o czymś, co ich bardzo żywo interesowało, gdyż sądząc, że nikt ich nie widzi, gestykulowali w sposób, który ściągnąłby na nich zapewne naganę starych, poważnych wojowników. Pokazywali na zachód i naśladowali gestami ogień i konia, co oznaczało lokomotywę, zwaną przez Indian koniem ognistym, uderzali łukami o ziemię, jak gdyby rąbali lub bili młotem, mierzyli jak podczas strzelania, wykonywali ruchy naśladujące pchnięcie nożem i rzuttomahawkiem.To mi wystarczyło, cofnąłem się więc niezwłocznie, starając się zatrzeć za sobą ślady.

Kiedy dostałem się do swego konia, zobaczyłem w pobliżu również Sama, który leżał sobie wygodnie w krzakach i żuł potężny kęs suszonego mięsa.

– Ilu ich jest, Charley? – zapytał mnie.

– A wy skąd o nich wiecie?

– Stary Sans-ear wydaje się wam terazgreenhornem,jak wy jemu poprzednio. Mylicie się jednak grubo, hi, hi, hi!

Sans-ear śmiał się tak, ilekroć czuł swoją przewagę. Pod tym względem był także podobny do Sama Hawkensa, który wybuchał podobnym śmiechem.

– Pod jakim względem się mylę, Samie?

– Co byście zrobili, gdybyście, przyszedłszy tutaj, znaleźli obok konia ten młot zamiast przyjaciela? Nie było was, kiedy nadszedłem. Ponieważ mogło się wam stać coś złego, puściłem się za wami. Ujrzawszy zabitego, pomyślałem, że pewnie poszliście na zwiady, i wróciłem tu, gdzie, na przykład, czekałem na was spokojnie. A zatem ilu jest Indian?

– Może sześćdziesięciu.

– A więc to oddział, którego trop wczoraj widziałem. Czy są na ścieżce wojennej?

– Tak.

– Czy obóz założyli na krótko?

– Pozdejmowali siodła.

– Do pioruna! W takim razie postanowili pewnie coś tutaj zrobić.

– Chcą, jak mi się zdaje, wyrwać szyny, aby pociąg uległ katastrofie, a potem mają zamiar go ograbić.

– Skądże wy o tym wiecie?

– Podsłuchałem ich.

– Musimy wobec tego ruszyć na pomoc pociągowi. A więc sześćdziesięciu? U mnie na kolbie zmieści się jeszcze najwyżej dziesięć karbów. Gdzie potem będę nacinał?

– Iluż zamierzacie położyć trupem? – spytałem.

– Chyba najwyżej dwóch czy trzech, gdyż na widok dwudziestu lub trzydziestu białych reszta ucieknie.

Sam brał więc w rachubę to samo, co ja: liczył, że przyłączy się do nas personel kolejowy i podróżni.

– Najważniejsze – zauważyłem – żebyśmy odgadli, na który pociąg chcą napaść. Byłoby źle, gdybyśmy obrali fałszywy kierunek.

Musimy się dowiedzieć, skąd i kiedy przejeżdżają tędy pociągi! Sądzę, że Indianie to wiedzą. Podkradniemy się do nich i zdobędziemy potrzebne nam wiadomości.

– Well!Niech i tak będzie!

– Ale w takim razie trzeba, żeby jeden z nas zajął stanowisko tu, na nasypie. Czerwonoskórym może strzelić do głowy, żeby zabrać się do rzeczy z drugiej strony.

– To niekoniecznie, Charley! Przypatrzcie się mojej Tony! Nie przywiązuję jej nigdy ani nie pętam, a to mądre bydlę ma węch, któremu mogę zaufać. Skoro tylko zwietrzy nieprzyjaciela, przychodzi do mnie i trąca mnie pyskiem.

– Dobrze. Zaufam waszej Tony. Znam ją dopiero od niedawna, ale sądzę, że można jej zaufać.

Tymczasem słońce pochyliło się i zmrok już zaczął zapadać, a niebawem zrobiło się tak ciemno, że mogliśmy przystąpić do wykonania naszego zamiaru.

– Dojdziemy razem do koni czerwonoskórych, tam się rozdzielimy, zakradniemy się pod obóz, a potem znów się za nim spotkamy – zaproponowałem.

– Dobrze, a gdyby nas coś zmusiło do ucieczki, gdybyśmy się nawzajem stracili z oczu, to zejdziemy się znów nad wodą prosto stąd na południe.

Wyruszyliśmy w drogę.

Było już tak ciemno, że mogliśmy bezpiecznie przejść wyprostowani przez tor. Potem skierowaliśmy się na lewo i poszliśmy wzdłuż nasypu, trzymając w ręku noże na wypadek spotkania z wrogiem. Wreszcie dostaliśmy się na miejsce, gdzie stały konie.

– Wy w prawo, a ja w lewo – szepnął Sam i odczołgał się cicho ode mnie.

Okrążyłem łukiem konie i znalazłem się w miejscu wolnym od zarośli, gdzie leżały ciemne postacie Indian. Nie rozniecili ognia i zachowywali się tak cicho, że można było słyszeć szelest chrząszcza w trawie. Opodal ujrzałem trzy postacie siedzące i zajęte rozmową. Zacząłem się skradać ku nim możliwie najostrożniej.

Kiedy znalazłem się zaledwie o sześć kroków za nimi, w jednym z nich poznałem ku mojemu zdumieniu białego. Co go łączyło z Indianami? Jeńcem ich nie był. To było jasne od razu.

Dwaj pozostali byli wodzami, na co wskazywały pióra wetknięte za opaskę na włosach. Zeszli się tu zatem wojownicy dwóch różnych plemion lub wsi.

Wszyscy trzej siedzieli na skraju wolnego placu, tuż pod krzakiem, do którego się właśnie zbliżyłem, by podsłuchać choć kilka słów z ich rozmowy. Jeden z wodzów zapytał myśliwca żargonem składającym się ze słów angielskich i indiańskich, jakim się posługuje Indianin w stosunkach z białymi:

– Skąd mój biały brat wie, że właśnie tym najbliższym koniem ognistym nadjedzie mnóstwo złota?

– Powiedział mi to jeden z ludzi mieszkających w stajni konia ognistego.

– Czy złoto przywiozą z kraju Wajkurów4?

– Tak.

– I oddadzą ojcu bladych twarzy5, który z niego chce zrobić dolary?

– Tak jest.

– Ojciec bladych twarzy nie dostanie z tego złota nawet tyle, ile potrzeba na pół pensa! Wojownicy Oglala przyniosą do domu dużo skalpów, a ich żony i córki zatańczą z radości. Czy jeźdźcy konia ognistego będą mieli z sobą dużo rzeczy, które by się przydały czerwonym wojownikom? Ubrania, broń?

– Wszystko to i wiele jeszcze innych rzeczy. Ale czy czerwoni wojownicy dadzą białemu bratu to, co mu przyrzekli?

– Mój biały brat otrzyma całe złoto i srebro, które przywiezie koń ognisty. My się tego zrzekamy, bo w naszych górach jest więcejnuggetów,niż potrzebujemy. Ka-wo-mien, wódz Oglala – wskazał przy tym ręką na siebie – poznał swego czasu rozumną i mężną bladą twarz, która powiedziała, że złoto jest to śmiercionośny pył, stworzony przez złego ducha ziemi po to, by czynić ludzi złodziejami i mordercami.

– Ta blada twarz była strasznie głupia. Jak jej na imię?

– To nie był wcale głupiec, lecz bardzo mądry, waleczny wojownik. Synowie Oglala byli nad wodami Broad Fork, skąd chcieli przynieść skalpy kilku traperów, którzy na ich terytorium złowili mnóstwo bobrów. Między traperami znajdował się pewien biały, którego wszyscy uważali za głupca, ponieważ przybył tylko po to, aby zbierać chrząszcze i rośliny oraz przypatrzyć się preriom. Ale w jego głowie mieszkała mądrość, a w jego ramieniu siła. Ów mądry biały chciał swoim braciom dać rozum przeciwko czerwonym mężom, lecz biali wyśmiali go. Dlatego zginęli wszyscy, a skalpy ich zdobią do dzisiaj wigwamy Oglala. On nie opuścił swych białych braci w ich nieszczęściu i położył trupem wielu czerwonych mężów, którzy jednak, jako znacznie liczniejsi, powalili go. Pojmano go i zaprowadzono do wsi Oglala. Nie zabito go tu jednak, ponieważ był odważnym wojownikiem i niejedna dziewczyna z czerwonego narodu pragnęła jakosquawpójść do jego wigwamu. Największy wódz Oglala, Ma-ti-ru, gotów był oddać mu swą córkę i jej wigwam, lecz on pogardził kwiatem prerii, porwał konia wodza, wykradł swoją broń, zabił kilku wojowników i umknął. Pięść jego była jak łapa niedźwiedzia, dlatego biali myśliwi nazywali go Old Shatterhand.

Była to rzeczywiście jedna z moich dawniejszych przygód, o której przypomniał mi teraz Ka-wo-mien. Poznałem go dopiero w tej chwili, jak również siedzącego obok niego Ma-ti-ru, który mnie kiedyś wziął do niewoli.

– Old Shatterhand? Ja go znam! – odrzekł biały. – Znajdował się swojego czasu w kryjówce Old Firehanda, kiedy wraz z kilku dzielnymi towarzyszami napadłem na nich, aby im zabrać skórki wydr i bobrów. Umknąłem wówczas tylko z dwoma ludźmi, dlatego bardzo życzyłbym sobie spotkać się jeszcze z tym łotrem.

Tego również poznałem. Był to hersztbushheaderów6,więc jeden z owych rozbójników preriowych, których należy się obawiać bardziej niż najdzikszych Indian. Ma-ti-ru, który milczał dotychczas, podniósł rękę i powiedział:

– Biada mu, jeśli jeszcze raz wpadnie w ręce czerwonych mężów! On zabił wojowników Oglala, porwał najlepszego konia wodzowi i odepchnął od siebie serce najpiękniejszej z córek prerii!

Wtem Ka-wo-mien wskazał na niebo.

– Niech mój biały brat spojrzy na gwiazdy! Czas już udać się na drogę konia ognistego. Czy żelazne ręce, odebrane białemu słudze konia przez moich wojowników, są dość silne do przerwania jego drogi?

To pytanie wyjaśniło mi, kim był zamordowany. Niewątpliwie był to dróżnik kolejowy, który dla zbadania toru szedł wzdłuż jego trasy z narzędziami, określonymi przez wodza jako „żelazne ręce”.

– Są silniejsze od rąk dwudziestu czerwonych mężów – odrzekł biały. – Niechaj czerwoni bracia pójdą za mną! Za godzinę nadejdzie pociąg. Ale niechaj moi bracia zważą raz jeszcze, że wszystko złoto i srebro będzie należeć do mnie i dacie mi muły, które poniosą moje złoto, i ludzi, pod których osłoną udam się nad Canadian.

– Dostaniesz muły, a wojownicy Oglala będą ci towarzyszyli aż do granic kraju Aztlan7. Jeśli zaś koń ognisty przywiezie dużo rzeczy, które spodobają się Ka-wo-mienowi i Ma-ti-ru, to zaprowadzą cię oni jeszcze dalej – aż do miasta Aztlan, gdzie, jak mówiłeś, czeka na ciebie twój syn.

Rzekłszy to, wydał okrzyk, na który zerwali się Indianie. Wobec tego zacząłem się cofać. Niedaleko od miejsca, na którym leżałem, usłyszałem ledwo dosłyszalny szmer, jak gdyby lekki wiatr musnął trawę.

– Samie!

– Charley!

Poczołgałem się do niego.

– Chodźcie! Oni wyruszą na zachód, musimy więc się spieszyć, żeby się dostać na czas do naszych koni.

Pomknąłem naprzód, a on za mną. Dotarłszy do toru kolejowego, przeszliśmy przez nasyp na drugą stronę, gdzie zatrzymaliśmy się na chwilę.

– Samie, pójdźcie do koni i pojedźcie z pół mili wzdłuż toru; tam zaczekajcie na mnie. Nie chciałbym opuścić Indian, dopóki nie zorientuję się dokładnie w sytuacji.

– A czy nie mógłbym ja wziąć tego na siebie?

– Nie, Samie! Mój mustang was posłucha, a wasza Tony nie dałaby mi się ruszyć z miejsca.

– W tym macie, na przykład, wielką słuszność, Charley.

Po tych słowach poszedł wyprostowany swoją drogą, nie troszcząc się oczywiście w ciemności o ślady. Ledwie zniknął mi z oczu, ujrzałem Indian, przemykających szybko jeden po drugim.

Udałem się za nimi. Niedaleko miejsca, gdzie znalazłem młot, zatrzymali się i zaczęli piąć się na wał. Wtedy cofnąłem się w zarośla i wkrótce doszedł moich uszu odgłos uderzeń młota. Widocznie więcbushheaderzaczął odebranymi dróżnikowi narzędziami odrywać szyny od podkładów.

Nadszedł już czas i dla mnie. Opuściłem przypuszczalny teren bitwy i pospieszyłem naprzód. W pięć minut potem dogoniłem Sama.

– Pracują nad szynami? – spytał mnie.

– Tak.

– Słyszałem to. Jeśli się przyłoży ucho do szyny, słyszy się, na przykład, każde uderzenie młota.

– Teraz naprzód, Samie! Za trzy kwadranse nadejdzie pociąg, musimy się do niego dostać, zanim Indianie zdołają zobaczyć światła.

– Słuchajcie, Charley, ja nie pójdę z wami! Jeśli obaj opuścimy to miejsce, to za dużo cennego czasu stracimy na nowe zwiady. Jeśli zaś ja wrócę do Indian, żeby ich śledzić, to powiadomię was dokładnie o wszystkim, gdy do mnie wrócicie.

– Dobrze! Wiem, że niczego nie popsujecie.

Dosiadłem konia i pojechałem naprzeciw pociągu tak szybko, jak na to pozwalała ciemność. Należało dotrzeć doń w takiej odległości, aby Indianie nie zauważyli, że się zatrzymał. Noc rozjaśniała się coraz bardziej. Wschodziły gwiazdy, rzucając na prerię tyle łagodnego światła, że na kilka długości konia można było wszystko dokładnie rozróżnić. Z tego też powodu wzmagała się z każdym krokiem szybkość mojej jazdy, nieprzerywanej żadną przeszkodą na przestrzeni może trzech mil angielskich.

W tej odległości od Indian zatrzymałem się, zsiadłem z konia, przywiązałem go i spętałem mu przednie nogi, gdyż hałas, spowodowany przez zbliżający się pociąg, mógł go spłoszyć.

Następnie nazbierałem, ile tylko mogłem, zeschłej trawy i położyłem na nią trochę chrustu. Potem sporządziłem także pochodnię, przywiązawszy wiązkę trawy do kija wyłamanego z zarośli.

Po jakichś dziesięciu minutach czekania usłyszałem lekki turkot, który wzmagał się z każdą sekundą. Teraz należało wziąć się do dzieła. Zapaliłem prędko kupę chrustu, który buchnął od razu w górę tak wysokim płomieniem, że ogień musiano zobaczyć z pociągu. Turkot wzmagał się ciągle. Za chwilę pociąg mógł przelecieć obok mnie.

Wobec tego zapaliłem pochodnię i wywijając nią nad głową z całych sił, zacząłem biec. Maszynista poznał, że chcę pociąg zatrzymać, bo wkrótce zabrzmiały trzy przeraźliwe gwizdy, jeden po drugim. Powietrze napełnił rozdzierający uszy huk, turkot, syk i łoskot, po czym lokomotywa stanęła jak wryta tam, gdzie płonęło ognisko. Maszynista wychylił się ku mnie i zapytał:

– Halo, człowieku! Co to za znaki? Czy chcecie wsiąść do pociągu?

– Nie,sir.Ośmielam się właśnie prosić was o coś przeciwnego. Wysiadajcie! Na przodzie są Indianie, którzy zerwali szyny.

– Co? Indianie? Tam do diabła! Czy mówicie prawdę, człowieku?

– Nie mam powodu kłamać.

– A, do kata! Już trzeci raz w tym roku te draby napadają na pociąg, ale my ich pięknie odeślemy do domu. Już dawno pragnę znaleźć sposobność, by dać im trochę po łapach. Jak daleko stąd się znajdują?

– O jakieś trzy mile.

– W takim razie zakryjcie światła, maszynisto! Te hultaje mają bystre oczy. Słuchajcie,master,jestem wam niewymownie wdzięczny za to, żeście nas ostrzegli. Jesteście z prerii, jak świadczy wasze ubranie?

– Coś w tym rodzaju. Mam z sobą jeszcze jednego towarzysza, który uważa na Indian, zanim my nie przybędziemy.

– To rozumnie z waszej strony. Nie grozi nam żadne nieszczęście, przeciwnie – zapowiada się nawet przyjemność.

Z najbliższego wozu usłyszano naszą rozmowę i natychmiast pootwierano wszystkie drzwi. Podróżni powyskakiwali i cisnęli się, zasypując nas okrzykami i zapytaniami. Dopiero po napomnieniu konduktora zapanował jaki taki spokój.

– Czy wieziecie złoto i srebro? – zapytałem konduktora.

– Kto to powiedział?

– Indianie. Dowodzi nimi białybushheader,któremu czerwonoskórzy obiecali wszystek kruszec jako udział w zdobyczy, a resztę wraz ze skalpami mają wziąć sami.

– Ach! Skąd ten łajdak mógł się dowiedzieć, jaki mamy ładunek?

– Zdaje się, że od jakiegoś urzędnika.

– Już my to z niego wydobędziemy, byleśmy go tylko dostali żywcem w swoje ręce. Ale podajcie,master,swoje szanowne nazwisko, ażebyśmy wiedzieli, jak do was mówić.

– Mój towarzysz nazywa się Sans-ear, a ja…

– Sans-ear? Do stu piorunów, to tęgi zuch, który w tej sprawie potrafi zdziałać tyle, co tuzin innych! A wy?

– Mnie na prerii nazywają Old Shatterhand.

– Old Shatterhand, którego przed trzema miesiącami ścigało w Montanie przeszło stu Siuksów, który całą przestrzeń od Śnieżnej Góry aż do Fortu Union po Yellowstone przebiegł na nartach w przeciągu trzech dni?

– Tak. Czas jednak,sir,coś postanowić. Indianie wiedzą dokładnie, kiedy pociąg ma nadejść, i mogliby się czegoś domyślić, gdybyśmy się dłużej ociągali.

– Macie słuszność! Przede wszystkim więc trzeba wiedzieć, jakie zajmują stanowiska. Kto chce uderzyć na nieprzyjaciela, musi wiedzieć, co nieprzyjaciel przedsięwziął.

– Mówicie jak wielki dowódca,sir.Niestety, nie mogę wam dać odpowiednich wyjaśnień. Chcąc was ostrzec, nie mogłem czekać, aż Indianie ustawią się do boju. O tym wszystkim dowiemy się od mego towarzysza. Którzy z was są uzbrojeni?

Pytanie to było właściwie zbyteczne. Widziałem, że każdy z tych ludzi miał przy sobie coś na kształt strzelby. Odpowiedziano więc powszechnym: „Wszyscy”, a konduktor dodał:

– Mam między podróżnymi szesnastu robotników kolejowych, którzy umieją doskonale obchodzić się ze strzelbami i nożami, oraz dwudziestu żołnierzy jadących do Fortu Palwieh. Oprócz tego jest tu jeszcze kilku dżentelmenów, którym będzie przyjemnie poskrobać trochę głębiej pod skórą poczciwych Indian. Hej, kto z nami, ludzie?

Wszyscy bez wyjątku zgłosili swą gotowość do akcji, bo chociaż niejednemu brakowało może odwagi, godził się na wszystko, żeby nie uchodzić za tchórza. Tacy ludzie jednak oczywiście nie na wiele by się przydali, dlatego rzekłem:

– Słuchajcie, panowie! Jesteście dzielnymi ludźmi, ale sami widzicie, że wszyscy pójść nie mogą. Jest tu kilka dam, których nie wypada zostawić bez opieki. Dlatego musimy zostawić kilku odważnych ludzi dla ochrony. Kto by się chciał podjąć tego zadania, niech wystąpi!

Zgłosiło się ośmiu.

– Pociąg nie może się obejść bez obsługi! Kto tu zostanie? – zapytałem konduktora.

– Maszynista z palaczem – brzmiała odpowiedź. – Ja pójdę oczywiście z wami i będę dowodził całym oddziałem.

– Dobrze,sir!Byliście już pewnie nieraz na wyprawie przeciw Indianom?

– Tu nie potrzeba żadnego przygotowania. Ciyamparikowieumieją tylko podstępem napadać na swych przeciwników. W otwartym boju szukają zawsze ocalenia w ucieczce. Będziemy mieli łatwą robotę.

– Wątpię, sir! To Oglala, najchciwsi krwi ze wszystkich Siuksów.

– Nie chcecie chyba napędzić mi strachu przed nimi? Jest nas tu przeszło czterdziestu mężczyzn, a sprawa bardzo prosta. Wy wsiądziecie na maszynę i każecie maszyniście dojechać tuż do uszkodzonych szyn. Tam zatrzymamy się, zeskoczymy i wpadniemy na tych opryszków tak, że ani jeden z nich nie ujdzie z życiem.

– Muszę przyznać, że okazujecie zdolności godne wcale dzielnego pułkownika konnicy, który nie zna większej przyjemności niż tratowanie nieprzyjaciela. Ale tu są inne warunki! Jeśli wykonacie rzeczywiście swój zamiar, to zapędzicie swoich czterdziestu ludzi na pewną śmierć, a ja ani myślę brać w tym udziału.

– Nie chcecie nam pomóc? Czy z tchórzostwa, czy też ze złości, że nie odegracie roli dowódcy?

– Tchórzostwo?Pshaw!Co zaś do złości, to jest mi obojętne, do kogo będą należały skalpy i pociąg – do was czy do Indian. Ale do skóry na własnej głowie mam wyłączne prawo, postaram się też zachować ją jeszcze przez pewien czas. Dobranoc, moi panowie!

Odwróciłem się, aby odejść, lecz konduktor ujął mnie za ramię.

– Stop,master!Tak nie można! Ja objąłem tutaj naczelne dowództwo i wymagam posłuszeństwa. A zatem wsiadać, sir!

– Bardzo pięknie! Wy rozkazujecie, ja słucham!

Jednym skokiem znalazłem się na mustangu, któremu podczas rozmowy rozpętałem nogi.

– O nie, kochasiu. Ja myślę o maszynie!

– A ja o koniu,sir.Nasze zdania tu się właśnie rozchodzą.

– Nakazuję wam zsiąść!

Pchnąłem konia ku niemu, pochyliłem się nad nim i odpowiedziałem:

– Człowieku, zdaje się, że nie zetknęliście się jeszcze nigdy z prawdziwymwestmanem,bo w przeciwnym razie przemawialibyście do mnie innym tonem. Bądźcie tacy dobrzy i stańcie sami na lokomotywie!

Pochwyciłem go prawą ręką za piersi i podrzuciłem w górę. Jednym silnym ściśnięciem kolan podpędziłem mustanga tuż pod maszynę, a w następnej chwili kolejowy strateg znalazł się w budce lokomotywy, ja zaś odjechałem galopem.

Noc tymczasem tak pojaśniała od gwiazd, że zarośla nie przeszkadzały mi wcale w szybkiej jeździe. W niespełna pół godziny dotarłem do Sama.

– No? – zapytał, gdy zsiadłem z konia. – Myślałem, że sprowadzicie tu ludzi!

Opowiedziałem mu, dlaczego się to nie stało.

– Postąpiliście słusznie, Charley, bardzo słusznie. Oni oczywiście swój plan wykonają, ale będą się mieli z pyszna. Hi, hi, hi!

Śmiejąc się cicho, zrobił ręką ruch skalpowania i rzekł:

– Ale nie słyszałem jeszcze od was, o czym dowiedzieliście się przedtem u Indian.

– Ka-wo-mien i Ma-ti-ru są ich dowódcami.

– Ach, w takim razie będzie to walka, którą uraduje się moje stare serce.

– Jest z nimi biały, który im zdradził, że pociąg wiezie złoto i srebro.

– Tak sobie myślałem. To pewniebushheader?

– Ja go znam. Napadł kiedyś ze swoją bandą na kryjówkę Old Firehanda, ale musiał dać spokój. Nie znam jednak jego imienia. Czy byliście na zwiadach?

– Tak. Czerwonoskórzy rozdzielili się i ustawili po obu stronach toru, mniej więcej w środku pomiędzy zniszczonym miejscem a swymi końmi, przy których zastałem znowu dwóch ludzi na straży. Ale co mamy zrobić, Charley? Czy pójdziemy, na przykład, z pomocą kolejarzom, czy też odjedziemy?

– Naszym obowiązkiem jest im pomóc, Samie. A może jesteście innego zdania?

– Wcale nie. Co do obowiązku macie zupełną słuszność, a oprócz tego pamiętajcie o moich uszach, za które im jeszcze w całości nie zapłaciłem. Stawiam w zakład moją Tony za zieloną żabkę, że jutro rano kilku nieżywych Indian będzie leżało obok toru bez uszu.

– Rozdzielimy się więc także i rozstawimy po obu stronach nasypu pomiędzy Indianami a ich końmi.

– Well!Ale posłuchajcie! Przyszła mi dobra myśl do głowy. Co sądzicie o porządnymstampedo8?

– Hm! To byłoby dobre, gdybyśmy mieli przewagę i gdyby nam chodziło o wybicie Indian, ale na razie nie radziłbym tego robić. Kolejarze przegrają sprawę, a my dwaj nie zdołamy uczynić nic innego, jak zatrzymać Indian aż do najbliższego pociągu lub napędzić im tyle strachu, żeby zaraz umknęli. W każdym razie będzie lepiej, jeśli będą mieli możność się stąd oddalić.

– Nie sprzeciwiam się, lecz jedno musicie mi przyznać w każdym razie!

– Co?

– Że warto by skończyć z tymi dwoma wartownikami. Nie?

– W zasadzie jestem stanowczym wrogiem rozlewu krwi, lecz w tym wypadku przyznaję wam słuszność; to smutna konieczność. Zaprowadźmy więc najpierw nasze zwierzęta w bezpieczne miejsce, a potem do dzieła!

Oddaliliśmy się nieco, po czym uwiązałem mego konia tak krótko, że mógł się poruszać tylko na przestrzeni kilku kroków; Sam uczynił to samo ze swoją Tony. Chociaż był jej pewny nawet na wypadekstampedo,to jednak spłoszona gromada indiańskich koni mogła popędzić w kierunku naszych wierzchowców i porwać je za sobą.

Następnie obeszliśmy Indian od tyłu. Świateł lokomotywy wciąż jeszcze nie było widać, co dowodziło, że albo plan konduktora znalazł przeciwników, albo że po prostu bano się przedsięwziąć wyprawy bez mojego przewodnictwa.

Dostawszy się do koni Indian, rozpoznaliśmy z łatwością sylwetki obu strażników. Jeden z nich zbliżał się powoli do krzaka, za którym się ustawiliśmy. W chwili kiedy koło niego przechodził, błysnęło ostrze noża i pogrążyło mu się w sercu tak, że nie zdążył nawet krzyknąć. Gdy nadszedł drugi wartownik, spotkał go ten sam los.

Odwracając się, aby nie patrzeć na upadek drugiej ofiary, rzuciłem okiem na stojącego najbliżej konia i zauważyłem na nim wygodne siodło hiszpańskie, jakiego używa się w Ameryce Środkowej i Południowej „Czyżby należał do białego?” – pomyślałem sobie i podszedłem bliżej. Po obu stronach siodła wisiały kabury, w których znalazłem trochę papierów i dwie sakiewki. Wszystko to schowałem do kieszeni.

W tym momencie usłyszeliśmy zbliżający się pociąg.

A więc zdanie konduktora przeważyło! Ostre światła lokomotywy zbliżały się, bardzo powoli, gdyż widocznie szukano uszkodzonego miejsca, aż wreszcie pociąg stanął tam, gdzie kończyły się szyny.

Jakaż wściekłość musiała porwać czerwonoskórych, gdy zobaczyli, że ich zasadzka zawiodła! Pasażerowie pociągu postąpiliby teraz najrozsądniej, gdyby się zachowali cicho, ukryci w swych wagonach; niestety, wagony pootwierały się, a biali powyskakiwali, żeby ruszyć natychmiast do ataku. Pchając się naprzód, dostali się w krąg najsilniejszego światła lokomotywy, tworząc w ten sposób wyraźny cel. Huknęła jedna salwa, potem druga, a następnie powietrze rozdarło okropne wycie.

Oglala popędzili naprzód, lecz zastali tylko zabitych i rannych, gdyż reszta cofnęła się natychmiast, aby się schronić do wagonów. Kilku Indian pochyliło się, chcąc poobcinać poległym skalpy, lecz musieli tego zaniechać, gdyż z pierwszych wagonów zaczęto do nich strzelać.

– Teraz zacznie się, na przykład, regularne oblężenie – rzekł Sam.

– Wątpię! Czerwonoskórzy wiedzą, że mają czas tylko do najbliższego pociągu i spróbują pójść do szturmu.

– A my?

– Spieszmy do koni! Objedziemy je wielkim półkolem i zsiadając co pięćdziesiąt kroków, podpalimy prerię. Przedtem jednak wywołamystampedo,aby przeszkodzić nieprzyjaciołom w szybkim ataku i odjąć im możność ucieczki.

– Do stu piorunów! Ten plan da się Indianom we znaki! Dalejże, przeciąć lassa!

Uczyniliśmy to, pomykając szybko od jednego konia do drugiego. Potem zapaliliśmy znajdujące się za końmi zarośla i wskoczyliśmy na siodła. Płomień wysunął się z początku tylko na kilka cali w górę, dzięki czemu Indianie nie dostrzegli go, my zaś mogliśmy przystąpić do dzieła bez obawy, że nas zauważą.

Konie były zaniepokojone już podczas przecinania pęt, a gdy teraz zwęszyły ogień, najeżyły grzywy. Kilka stanęło dęba, stado było gotowe w każdej chwili rzucić się do ucieczki. Przyszło mi wówczas na myśl, że dopuściliśmy się wielkiej nieostrożności. Oto w pośpiechu zapomnieliśmy o naszych własnych wierzchowcach.

Zawróciłem więc natychmiast konia i popędziłem w prostej linii ku miejscu, na którym zostawiliśmy je poprzednio. Ogniste koło oświetlało teraz każdy przedmiot. Z dala dolatywał od prerii tętent uciekających koni, a w pobliżu zabrzmiało takie wycie wściekłości, jakie może się wydobyć tylko z indiańskich piersi. Pod kołami wagonów zamigotało kilka małych płomyków. Nie pomyliłem się zatem, przypuszczając, że Indianie poszukają ocalenia w przeciwogniu. Na lewo, obok długonogiej Tony, stał mój mustang, a z prawej strony nadjeżdżał Sam tak szybko, że koń jego niemal brzuchem dotykał ziemi. On także uprzytomnił sobie w ostatniej chwili nasze niedopatrzenie.

Ale równocześnie Indianie dostrzegli nasze konie i w kilkunastu ruszyli prosto ku nim. Dwaj najszybsi z nich znajdowali się od nas już tylko o kilka kroków. Jeden rzut oka wystarczył, aby ich poznać. Byli to dwaj wodzowie.

– Precz, Ma-ti-ru! To moje konie!

Wezwany odwrócił ku mnie głowę i poznał mnie.

– Old Shatterhand! Giń, płazie bladych twarzy!

Z tym okrzykiem na ustach wyrwał zza pasa nóż i jednym skokiem znalazł się obok mego konia, by go pchnąć, lecz ugodzony moimtomahawkiem,runął zaraz na ziemię. Drugi wódz wskoczył tymczasem na grzbiet mego konia, nie zauważył jednak, że koń był spętany.

– Ka-wo-mien, ty rozmawiałeś przedtem o mnie z białym zdrajcą, teraz ja z tobą pomówię!

Wódz zrozumiał, że grozi mu zguba na koniu, którym nie można było kierować, i zsunął się z niego, aby zniknąć w zaroślach.

Wtedy ja zamachnąłem siętomahawkiem,a ciężka broń tak uderzyła Indianina w ozdobioną piórami czaszkę, że upadł. Trzy strzały powaliły jeszcze tyluż czerwonoskórych, a tymczasem ogień tak się przybliżył, że już nie było czasu na dalszą walkę. Przeciąłem więc pęta mojego mustanga i wskoczyłem nań.

– Halo, Charley, teraz w tę lukę między płomieniami! – zawołał Sam.

Dotarł właśnie w tej chwili na miejsce, wsiadł na swoją klacz, pochylił się z siodła, aby jej przeciąć rzemienie, którymi była spętana, i popędził obok mnie ku wolnej luce, gdzie płomienie nie zdołały się jeszcze połączyć.

Przedostaliśmy się szczęśliwie, a skręciwszy na lewo poza płomienie, zatrzymaliśmy się natychmiast. Tam zapaliłem ogień po raz trzeci.

– Co teraz czynić, Charley? Indianie zauważyli nas i będą się mieli na baczności.

– Widzą nas i teraz jeszcze, ponieważ znajdujemy się pomiędzy nimi a jasnym horyzontem. Trzeba w nich wzbudzić mniemanie, że odchodzimy. Może pomyślą, że należymy do jakiegoś większego oddziału myśliwców i teraz do nich śpieszymy, aby ich sprowadzić na pomoc. Ruszymy więc cwałem na północ, skierujemy się potem na wschód i zawrócimy półkolem.

– Takie jest, na przykład, także moje zdanie. Sądzę również, że sprawa skończy się dla kilku czerwonoskórych utratą uszu. Wasztomahawk,na przykład, także zrobił już, co do niego należało.

– Lecz ugodzeni nim nie zginęli – odrzekłem sucho. – Zostali tylko ogłuszenitomahawkiem.

– Tylko ogłuszeni? Czy jesteście przy zdrowych zmysłach? Będziecie znowu mieli z nimi do czynienia!

– Byłem niegdyś ich jeńcem, którego mogli zabić. Lecz oni tego nie uczynili. Musiałem ich dobroć odpłacić wtedy niewdzięcznością, kiedy od nich umknąłem, i dlatego teraz nadałemtomahawkowitylko połowę rozpędu.

– Nie weźcie mi tego za złe, Charley, lecz to było z waszej strony okropną głupotą! Gdyby chociaż te draby umiały być za to wdzięczne! Tymczasem oni powiedzą co najwyżej, że Old Shatterhandowi brak siły w ręku na rozbicie czaszki czerwonoskórego.

Podczas tej rozmowy, którą prowadziliśmy, krzycząc jeden do drugiego, pędziliśmy obok siebie przez prerię. Po upływie kilku minut dotarliśmy znów do toru w odległości może jakiejś mili od pociągu. Tu spętaliśmy i przywiązaliśmy konie i zaczęliśmy się skradać wzdłuż nasypu w stronę miejsca napadu.

Powietrze przepełnione było wonią spalenizny, a miałki popiół pokrywał całą równinę. Lekki wiatr unosił go w górę i pobudzał do kaszlu, który łatwo mógł nas zdradzić. Światła lokomotywy były całkiem wyraźne, ale ani po jednej, ani po drugiej stronie nasypu nie było widać czerwonoskórych. Przyczołgawszy się bliżej, przekonałem się, że Indianie schowali się przed ogniem na torze pod kołami wagonów. Leżeli tam ciasno jeden obok drugiego i nie śmieli się ruszyć ze strachu przed kulami białych.

Nagle wpadłem na pewien pomysł. Wykonać go było trudno, ale należało się spodziewać, że wywoła niezawodny skutek.

– Samie, wróćcie do koni, żeby nam ich Indianie nie zabrali!

– Pshaw!Oni się teraz cieszą, że mają bezpieczną kwaterę!

– A ja chcę ich z niej wypędzić.

Objaśniłem mu mój plan, a on skinął głową uradowany.

– Well,Charley, to dobra myśl. Idźcież prędzej na górę, żeby was nie pochwycili podczas skoku. Ja, na przykład, będę we właściwej chwili z końmi pod ręką i, hi, hi, hi, potem wpadniemy między nich jak bizon między kojoty.

Maływestmanpoczołgał się w tył, ja zaś popełzłem dalej przy samej ziemi z nożem w prawej ręce, aby w razie zaskoczenia być gotowym do obrony. Dostałem się szczęśliwie do miejsca, gdzie stała lokomotywa. Posunąłem się jeszcze wyżej po zboczu i w dwu szybkich skokach znalazłem się na „koniu ognistym”.

Głośny okrzyk zabrzmiał pode mną. Ja zaś chwyciłem za korbę i w następnej chwili pociąg zaczął się cofać. Złożony z wielu głosów krzyk, wywołany w części bólem, a w części zdumieniem, rozległ się pod kołami. Ujechawszy ze trzydzieści kroków, zatrzymałem pociąg, a potem ruszyłem znów naprzód.

– Psie! – wrzasnął ktoś tuż koło mnie i jakaś postać z nożem w ręku usiłowała wspiąć się na górę.

Był to biały, którego natychmiast jednym kopnięciem zrzuciłem na dół.

– Charley, do mnie! – usłyszałem naraz. – Prędko!

Po lewej stronie lokomotywy pędził Sans-ear na swojej Tony, trzymając jedną ręką za cugle mustanga, a drugą broniąc się przeciwko nacierającym nań dwóm czerwonoskórym.

Na wołanie Sama zatrzymałem natychmiast pociąg i podbiegłem ku niemu. Lecz obaj Indianie spostrzegli mnie i zaraz umknęli. Wobec tego wsiadłem znów na konia i niebawem znaleźliśmy się w największej gęstwinie uciekających. Wyczyn nasz nie był wszakże tak niebezpieczny, jakby się mogło zdawać. Indian opanował paniczny strach, rozbiegli się przed nami jak gromada płochliwej zwierzyny, w którą wdarła się sfora psów myśliwskich.

Wtem usłyszałem głośny okrzyk Sama:

– Do wszystkich diabłów, to Fred Morgan! Giń, szatanie!

Zwróciłem głowę w tę stronę i ujrzałem przy świetle płonącego jeszcze na widnokręgu ognia, że Sam zamierzył się do potężnego cięcia, które jednak nie dosięgło celu, gdyż przeciwnik pochylił się w tej samej chwili i zniknął w gromadzie pędzących Indian.

Sans-ear dał ostrogę swej klaczy, która zrobiła niezwykły skok i znalazła się w samym środku uciekających. Nie mogłem jednak śledzić dalszego ciągu tego epizodu, gdyż wynurzyło się przede mną kilku czerwonoskórych, którzy zaprzątnęli całkowicie moją uwagę na pewien czas, zanim nie zaczęli dalej uciekać.

Nie ścigałem ich, gdyż dość już krwi popłynęło. Chcąc nakłonić Sama, żeby zaniechał pościgu, który oprócz niebezpieczeństwa żadnej korzyści przynieść mu nie mógł, zacząłem tak głośno, jak tylko potrafiłem, naśladować wycie kojota, po czym pojechałem na powrót do pociągu.

Cała obsługa wysiadła. Maszynista szukał zabitych i rannych, konduktor zaś stał obok i przeklinał. Na mój widok rzucił się na mnie z wściekłością:

– Jakim prawem pozwoliliście sobie puścić w ruch lokomotywę i wypędzić nam czerwonoskórych, których mieliśmy już w ręku?

– Powoli, powoli, człowieku! Cieszcie się, że odeszli. Nawarzyliście i tak dosyć piwa!

– Kto podpalił prerię?

– Ja.

– Czyście zwariowali? A przedtem porwaliście się na mnie! Czy wiecie, że mogę was zaaresztować i wydać w ręce sądu?

– O tym nie wiem, lecz zgadzam się na to, żebyście ściągnęli Old Shatterhanda z konia, zamknęli do wagonu i wydali sądowi. Ciekaw tylko jestem, jak się do tego weźmiecie.

Konduktor zakłopotał się widocznie.

– Ależ takiego zamiaru właściwie nie miałem,sir!Wprawdzie zrobiliście głupstwo, ale przebaczam wam.

– Dziękuję,sir.Człowiekowi robi się przyjemnie na sercu, gdy możni tego świata okazują skłonność do łaski i miłosierdzia. Cóż teraz uczynicie?

– Każę chyba naprawić szyny i rozpocząć dalszy ciąg jazdy. Czy grozi nam może ponowny napad Indian?

– Tego się nie obawiajcie, sir! Wasz atak został tak znakomicie obmyślony i przeprowadzony, że odeszła im ochota do powrotu.

– Sądzę, że chyba nie drwicie sobie ze mnie, sir! Gdyby tak było, musiałbym to sobie bardzo surowo wyprosić. Nie jestem przecież winien temu, że było ich tylu i że tak dalece przygotowali się na nasz atak.

– Ja was uprzedzałem. Z waszych szesnastu robotników i dwudziestu żołnierzy padło aż dziewięciu. Ja za to nie odpowiadam. Jeżeli zaś zważycie, że ja i mój przyjaciel zmusiliśmy do ucieczki całą zgraję, to wyobraźcie sobie, co by się stało, gdybyście mnie posłuchali.

Konduktor miał widocznie ochotę sprzeciwiać się jeszcze, lecz podeszli inni podróżni i przyznali mi słuszność. Wobec tego zakończył całkiem skromnie:

– Czy zostaniecie tu, dopóki nie odjedziemy?

– Jasne! Prawdziwywestmanniczego nie robi połowicznie. Weźcie się do roboty, zapalcie kilka ognisk – zarośli jest tu pod dostatkiem – i postawcie kilku ludzi na straży na wypadek, gdyby czerwonoskórzy zechcieli powrócić.

– Wy byście się nie podjęli pilnowania,sir?

– Ani myślę. Dość już dla was uczyniłem. Wasz talent strategiczny powie wam, jak należy rozstawić warty. Cicho, ludzie! Posłuchajcie tu, na lewo! Czy słyszycie coś?

– Tak. To koń nadbiega. Pewnie czerwonoskóry!

– Pshaw!Czy sądzicie istotnie, że Indianin, który chciałby na was napaść, nadjeżdżałby tak głośno? To mój towarzysz, którego radzę przyjąć uprzejmie. Sans-ear nie lubi żartów!

Rzeczywiście nadjechał Sam i zsiadł ze swojej Tony z taką miną, jak gdyby był obrażony na cały świat. Zwrócił się do konduktora:

– Czy to wy umiecie obmyślać takie piękne plany strategiczne?

– Tak – odrzekł zapytany z taką naiwnością, że ledwie powstrzymałem się od uśmiechu.

– Well, sir,w takim razie moje uszanowanie, gdyż moja stara klacz ma więcej oleju w głowie, aniżeli wy widzieliście kiedykolwiek.

Kolejarz stał osłupiały, nie wiedząc, jak się wobec tego zachować. Gdyby zresztą nawet znalazł jakąś odpowiedź, nie miałby się do kogo z nią zwrócić, gdyż Sans-ear zniknął już w ciemnościach nocnych. Pytałem siebie w duchu, co mogło wprawić zacnego Sama w tak niezwykle zły humor, i nie mogłem znaleźć żadnej innej przyczyny niż osoba Freda Morgana, czyli owego białego rabusia, którego strąciłem z lokomotywy. Domyśliłem się, dokąd Sam się teraz udał, i uczyniłbym także to samo, lecz nie miałem dotąd na to czasu.

W kilka minut potem maływestmanpowrócił. Usiadłszy na nasypie, zacząłem przypatrywać się przygotowaniom, jakie przy świetle ognisk czyniono do naprawy toru. Sam zajął miejsce koło mnie, ale twarz jego wcale się nie rozchmurzyła, przeciwnie, nawet stała się, jeżeli to jeszcze było możliwe – groźniejsza.

– No? – zapytałem. – Czy nie żyją?

– Nie żyją? To śmieszne! Jak mogą nie żyć dwaj indiańscy wodzowie, skoro poskrobaliście ich po głowie jak muchę, którą swędzi pod skrzydłem.

– Przedstawiłem wam moje powody, Samie! Przestańcie się już dąsać! Powiedzcie lepiej, co wam tak popsuło humor!

– Spotkałem Freda Morgana. Zgadnijcie, kto to?

– Chyba nie morderca waszej żony i dziecka? Czy zdołaliście go pochwycić?

– Uciekł mi ten drab, ten łotr, za góry i rzeki!

Sięgnąłem ręką do kieszeni i wydobyłem sakiewki i papiery znalezione przy koniu białego.

– Może tu znajdzie się jakaś wskazówka.

Otworzyłem sakiewkę i wydałem okrzyk zdumienia:

– Kamienie, prawdziwe kamienie, diamenty! Samie, wpadła nam w ręce ogromna fortuna!

Skąd miał je tenbushheader?To pewne, że w uczciwy sposób ich nie zdobył, było więc bezwarunkowo moim obowiązkiem odszukać prawowitego właściciela.

– Diamenty? Tam do licha, naprawdę! Co zrobicie z tym śmieciem?

– Oddam prawowitemu właścicielowi.

– A kto nim jest?

– Na razie nie wiem, ale niewątpliwie się dowiem. Może w tych papierach coś znajdziemy.

– To przejrzyjcie je, na przykład, zaraz!

Uczyniłem to i znalazłem dwie bardzo dobre mapy Stanów Zjednoczonych oraz list tej treści:

Galveston, dnia…

Kochany Ojcze!

Bardzo