Wydawca: Zielona Sowa Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2011

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 542 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Winnetou. Tom II - Karol May

Głośna powieść o niezliczonych przygodach wodza Apaczów Winnetou. Jest zarazem historią wzruszającej przyjaźni między Indianinem i Old Shatterhandem. Początkowo wszystko wskazuje na to, że dzieli ich zbyt wiele różnic. Old Shatterhand zajmuje się pomiarami pod budowę linii kolejowej, a Winnetou planuje napad na mierniczych. Jednak ich losy się złączą. Czerwonoskóry wojownik i biały traper zostaną parą najsławniejszych bohaterów Dzikiego Zachodu. Pamięć o ich szlachetnych czynach przetrwa, mimo że jednemu z nich przeznaczone będzie odejść.

Seria Książka do plecaka zawiera starannie wybrane powieści autorstwa Hanny Ożogowskiej, Karola Maya, Aleksandra Dumasa, Thomasa Mayne Reida i Waltera Scotta. Jest przeznaczona zarówno dla młodych, jak i dojrzałych czytelników, którzy nie zapominają o spakowaniu książek przed wyjazdem na wakacje lub krótką weekendową podróż. Dwadzieścia jeden tytułów tej serii zadowoli nawet najbardziej wybrednych wędrowców. Z pewnością pochłoną ich opowieści o dawnym PRL-u, Dzikim Zachodzie, XVII-wiecznej Francji i XVIII-wiecznej Szkocji. Zafascynują opisy Himalajów, niekończących się prerii, francuskiego dworu Ludwika XIII, a także mrocznej atmosfery szkockiego zamku. Każda z książek jest doskonałym uzupełnieniem rozpoczętej podróży, stanowiąc jedną z jej ważniejszych atrakcji.

Opinie o ebooku Winnetou. Tom II - Karol May

Fragment ebooka Winnetou. Tom II - Karol May

KAROL MAY

Winnetou

Tom 2

ISBN: 978-83-7623-968-2

Wydawnictwo Zielona Sowa

Kraków

Tytuł oryginału

Winnetou

Redaktor serii

Iwona Misiak

Korekta

Teresa Lachowska

Ilustracja na okładce

Edyta Stajniak

Układ typograficzny i projekt okładki

Piotr Hrehorowicz

Skład i łamanie

Inter Line s.c.

© Copyright by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o., 2009

Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o.

30-404 Kraków, ul Cegielniana 4A

tel./fax(012) 266-62-94

tel. (012) 266-62-92

www.zielonasowa.pl

wydawnictwo@zielonasowa.pl

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

ROZDZIAŁ I | W roli detektywa

Po bardzo wytężonej jeździe dotarliśmy do ujścia Rio Bosco de Natchitoches, gdzie spodziewaliśmy się zastać czekającego na nas Apacza. Niestety, nadzieja ta nie ziściła się. Znaleźliśmy wprawdzie ślady ludzi, którzy tam byli, ale jakie! Były to trupy obydwu handlarzy, od których otrzymaliśmy swego czasu ważne wiadomości o wsi Kiowów.

Jak się później dowiedziałem od Winnetou, zastrzelił ich Santer. Podróż czółnem odbył on tak prędko, że dostał się do ujścia Rio Bosco równocześnie z nimi. Santer musiał się wyrzecnuggetówWinnetou, został więc bez środków do życia. Wpadły mu w oko towary handlarzy; pragnąc je zagrabić, zastrzelił prawdopodobnie z zasadzki właścicieli, a następnie podążył dalej z ich mułami. Winnetou wyczytał to ze śladów, które znalazł, przybywszy na to miejsce.

Morderca podjął się rzeczy niełatwej, gdyż samodzielne przeprowadzenie tylu jucznych zwierząt przez prerię jest czymś ogromnie trudnym. W dodatku musiał się śpieszyć, gdyż wiedział, że pościg trwa.

Na nieszczęście przez kilka dni padał deszcz i pozacierał ślady, tak że Winnetou musiał się zdać jedynie na domysły. Przypuszczając, że Santer udał się do jednej z najbliższych osad, aby tam spieniężyć swój łup, postanowił przeszukać je jedną po drugiej.

Po kilku straconych dniach odnalazł znowu zagubiony ślad w faktorii1 Gatera. Santer był tutaj, sprzedał wszystko, kupił sobie dobrego konia i ruszył na Wschód ówczesnym gościńcem wzdłuż Red River. Winnetou odesłał wszystkich Apaczów do domu i sam ruszył w dalszą pogoń. Miał pod dostatkiem złota, a więc posiadał środki na dłuższy pobyt na Wschodzie.

Nie wiedząc, gdzie jest Winnetou – nie zostawił nam bowiem żadnej wskazówki nad Natchitoches – zwróciliśmy się w kierunku Arkansas, aby najkrótszą drogą lądową dostać się do St. Louis.

Przybyliśmy wreszcie pewnego wieczora do St. Louis. Oczywiście udałem się natychmiast do mego zacnego Mr. Henry'ego. Kiedy wszedłem do jego pracowni, zastałem go przy warsztacie. Był tak zajęty, że nie dosłyszał szmeru otwieranych drzwi.

– Dobry wieczór, Mr. Henry! – pozdrowiłem go tak, jakbym zaledwie wczoraj był po raz ostatni w jego domu. – Czy nowy sztucer prędko będzie gotowy?

Z tymi słowy usiadłem na rogu ławki, jak to dawniej czyniłem. Rusznikarz zerwał się z miejsca, patrzył na mnie przez chwilę jak nieprzytomny i krzyknął radośnie:

– Wy… wy… to jesteście wy? Wy tutaj? Ten nauczyciel domowy… geodeta… ten legendarny Old Shatterhand!

Zarzucił mi ręce na szyję, przycisnął do siebie i ucałował kilkakrotnie w oba policzki, aż klasnęło.

– Old Shatterhand! Skąd znacie to przezwisko? – spytałem, gdy wreszcie wypuścił mnie z uścisku.

– Skąd? Toż wszędzie o was opowiadają! Zostaliściewestmanem,jak się patrzy! Mr. White, inżynier z najbliższego sektora, pierwszy przyniósł nam tę wiadomość i nie skąpił wam niezwykłych pochwał. Ale ukoronowaniem tych wiadomości było to, co powiedział Winnetou.

– Co? Jak? Czyżby był tutaj?

– Naturalnie, że był.

– Kiedy?

– Przed trzema dniami. Opowiadaliście mu o mnie i o mojej starej rusznicy na niedźwiedzie, toteż nie mógł mnie ominąć. Dowiedziałem się od niego o szarym niedźwiedziu i tak dalej! Otrzymaliście nawet godność wodza!

Jak się okazało, Winnetou nie stracił już tropu Santera i w szybkim tempie dotarł za nim do St. Louis, skąd ślad prowadził dalej do Nowego Orleanu. Ten jego pośpiech sprawił, że przybyłem do St. Louis dopiero w trzy dni po nim. Zostawił Henry'emu wiadomość, że prosi, abym się udał za nim do Nowego Orleanu, jeśli mam na to ochotę. Postanowiłem oczywiście natychmiast wyruszyć w tę podróż.

Przedtem musiałem jednak załatwić moje sprawy zawodowe i dopełniłem tego nazajutrz. Od wczesnego ranka siedziałem już z Hawkensem, Stone'em i Parkerem za szklanymi drzwiami, gdzie mnie egzaminowano przed wyjazdem na pomiary. Mój stary Henry nie mógł się powstrzymać, aby z nami nie pójść. Co tam było do opowiadania i wyjaśniania! Przecież ze wszystkich geodetów tylko ja jeden pozostałem przy życiu.

Sam starał się wszelkimi siłami wyjednać dla mnie większe wynagrodzenie, ale na próżno. Otrzymaliśmy natychmiast umówioną zapłatę, lecz ani dolara więcej. Przyznaję szczerze, że sporządzone z takim trudem i ocalone rysunki oddawałem z uczuciem gniewu i rozczarowania. Ci panowie przyjęli pięciu geodetów, ale zapłacili tylko jednemu, a pieniądze, które się tamtym czterem należały, schowali do kieszeni, chociaż dostali do rąk wynik naszej wspólnej pracy – wynik mego nadprogramowego wysiłku.

Chciałem wyruszyć w ślad za Winnetou, który zostawił mi u Henry'ego adres swego hotelu w Nowym Orleanie. Zapytałem Sama i jego przyjaciół, czy zechcą mi towarzyszyć, oni jednak postanowili wypocząć w St. Louis, czego im nie mogłem brać za złe. Kupiłem sobie nieco bielizny i nowe ubranie, zamiast indiańskiego, i tak odświeżony wyruszyłem koleją na Południe. Rzeczy, których nie chciałem brać z sobą, a zwłaszcza ciężką rusznicę, dałem do przechowania Henry'emu. Deresza zostawiłem także, gdyż nie potrzebowałem go już teraz. Sądziliśmy wszyscy, że moja nieobecność nie potrwa długo.

Miało się jednak stać zupełnie inaczej. Nie wspomniałem dotychczas o tym, gdyż to nie wpływało na ubiegłe wypadki, że w tym właśnie czasie wrzała w całej pełni wojna domowa2. Missisipi była na razie otwarta dla żeglugi, ponieważ słynny admirał Farragut opanował ją znowu na korzyść stanów północnych; mimo to statek, na którym się znajdowałem, spóźnił się znacznie. Toteż gdy przybywszy do Nowego Orleanu, zapytałem w oznaczonym hotelu o Winnetou, odpowiedziano, że wyjechał poprzedniego dnia. Zostawił mi tylko wiadomość, że udaje się za Santerem do Viksburga i że ze względu na niepewną sytuację radzi mi jednak zaniechać dalszej podróży. Obiecał przy tym, że wracając, zostawi Mr. Henry'emu w St. Louis wiadomość, gdzie należy go szukać.

Co miałem począć? Chciałem koniecznie odwiedzić w ojczyźnie krewnych, którzy – być może – potrzebowali wsparcia, z drugiej strony pragnąłem spotkać się z Winnetou. Po namyśle doszedłem do przekonania, że wątpliwe jest, czy Winnetou zdoła dotrzeć do St. Louis. Zapytałem więc, czy nie odchodzi jakiś statek. Był tylko jeden, północnoamerykański, który, korzystając z chwilowego uspokojenia, zamierzał popłynąć na Kubę; tam mogłem znaleźć okazję do wyjazdu, jeśli już nie do Europy, to przynajmniej do Nowego Jorku. Nie ociągając się więc długo, wsiadłem na ów statek.

Dla ostrożności powinienem był zamienić gotówkę na przekaz w jakimś banku, ale czy można było zaufać któremuś z bankierów nowoorleańskich? Wiozłem więc całą gotówkę z sobą.

Aby się krótko załatwić z nieszczęsnym wypadkiem, któremu w tej podróży uległem, powiem tylko, że w nocy zaskoczył nas niespodzianie huragan; po północy obudziło mnie nagle wycie i ryk burzy. Zerwałem się z łóżka, gdy wtem statek uderzył o coś tak silnie, że upadłem na ziemię, a na mnie runęła z trzaskiem kajuta, w której spałem z trzema innymi podróżnymi. Kto w takich momentach myśli o pieniądzach?! Życie może zależeć od jednej chwili, a w głębokiej ciemności i beznadziejnym zamieszaniu długo musiałbym szukać bluzy z pularesem. Wydobyłem się czym prędzej spod szczątków kajuty i pośpieszyłem na pokład. Statek trzeszczał i skrzypiał okropnie.

Na dworze nic nie widziałem z powodu nieprzebitej ciemności. Huragan obalił mnie natychmiast i przewaliła się przeze mnie fala. Zdawało mi się, że słyszę krzyki, ale zagłuszyło je wycie orkanu. Nagle kilka szybko po sobie następujących błyskawic rozjaśniło na parę chwil nocne ciemności. Ujrzałem wzburzone fale, za nimi zaś ląd. Statek dostał się między skały, a napór wody podnosił go ciągle z tyłu. Był stracony i mógł lada chwila się roztrzaskać. Łodzie zabrała woda. Gdzie był ratunek? Tylko w pływaniu! Nowa błyskawica rzuciła światło na pokład. Leżeli tu ludzie, trzymając się kurczowo rozmaitych przedmiotów, aby ich nie porwały fale! Ja natomiast sądziłem, że trzeba się właśnie takiej fali powierzyć.

Wtem nadpłynęła jedna, wysoka jak dom i widoczna, mimo ciemności, dzięki swemu fosforycznemu połyskowi. Dobiegła do statku, który tak zatrzeszczał, jakby się miał już rozlecieć w drzazgi. Chwyciłem się żelaznej poręczy, ale natychmiast ją puściłem. Fala porwała mnie, zakręciła mną w kółko jak piłką, ściągnęła w głąb, a potem znowu podniosła. Nie poruszałem się wcale, gdyż wszelki wysiłek byłby na razie daremny, ale pomyślałem sobie, że skoro tylko woda dobiegnie do lądu, trzeba będzie wytężyć wszystkie siły, aby mnie nie uniosła z powrotem.

Znajdowałem się zaledwie pół minuty w mocy rozhukanego morza, ale wydawało mi się, że trwa to długie godziny. Wtem potężna fala uniosła mnie w powietrze i rzuciła między skały w spokojną wodę tak gwałtownie, jakby mnie wypluła. Żeby się jej tylko nie dać pochwycić z powrotem! Zacząłem pracować rękami i nogami i płynąłem z największym wysiłkiem, na jaki się mogłem zdobyć. Na szczęście zobaczyłem wreszcie ląd. Gdybym go wówczas nie dostrzegł, byłbym z pewnością zgubiony. Wiedziałem teraz, w którym kierunku mam płynąć, a chociaż w rozszalałym żywiole posuwałem się naprzód bardzo powoli, dotarłem w końcu do brzegu. Dotarłem – ale nie tak, jak chciałem. Zarówno morze, jak ląd pogrążone były w ciemności. Nie mogłem ich od siebie odróżnić ani znaleźć odpowiedniego miejsca do lądowania. Uderzyłem więc głową o skałę tak silnie, że doznałem wrażenia, iż nie zdołam się już podnieść. Pozostało mi jednak jeszcze tyle przytomności, że wdrapałem się po tej skale na górę. Tam zemdlałem.

Kiedy przyszedłem do siebie, huragan jeszcze trwał. Głowa mnie bolała, ale na to nie zważałem. Bardziej niepokoiło mnie to, że nie wiedziałem, gdzie się znajduję. Czy leżę na stałym lądzie, czy też na sterczącej z wody skale? Bałem się ruszyć z miejsca, gdyż skała była śliska i z trudem mogłem się na niej utrzymać, a burza wciąż tak silna, że mogła mnie znieść. Po jakimś czasie jednak huragan ustał, a na niebie zabłysły gwiazdy.

W ich nikłym świetle dopiero rozpatrzyłem się w swoim położeniu. Znajdowałem się na brzegu; za mną szalały fale, a przede mną stało kilka drzew. Podszedłem ku nim. Te oparły się burzy, ale kilka innych huragan powyrywał, a niektóre nawet poniósł dalej. Następnie dostrzegłem poruszające się światła. Był to znak obecności ludzi, udałem się więc ku nim czym prędzej.

Byli to rybacy. Burza zapędziła nasz statek na jedną z wysp Tortuga, na której znajdował się Fort Jefferson.

Nieszczęśliwi mieszkańcy stali obok swoich domostw poniszczonych srodze przez burzę, która z jednego uniosła nawet cały dach. Jakże się zdziwili moim widokiem! Zajęli się mną bardzo życzliwie, zaopatrzyli mnie w świeżą bieliznę i niezbędną odzież, gdyż byłem ubrany w taki strój, w jakim ułożyłem się do snu podczas morskiej podróży. Potem uderzyli na alarm, gdyż należało wyruszyć na wybrzeże, by szukać innych rozbitków. Do rana znaleziono szesnaście osób, z których trzem udało się przywrócić życie, ale reszta nie żyła.

Byłem zatem rozbitkiem i to w najpełniejszym tego słowa znaczeniu, gdyż zostałem ogołocony ze wszystkiego. Moje pieniądze leżały na dnie morza. Ubolewałem oczywiście nad tą stratą, ale w tym strapieniu nie brakło pociechy: żyłem ja i jeszcze trzej inni towarzysze podróży, a to już można było uważać za szczęście.

Komendant fortu zaopiekował się nami i ułatwił mi wyjazd statkiem do Nowego Jorku. Przybyłem tam teraz biedniejszy niż wówczas, kiedy po raz pierwszy stanąłem w tym mieście. Nie miałem nic prócz odwagi do życia.

Czemu udałem się do Nowego Jorku, a nie do St. Louis, gdzie mieszkali moi znajomi, gdzie mogłem w każdym razie na pewno liczyć na pomoc Henry'ego? Byłem mu już winien tyle wdzięczności, że nie chciałem powiększać tych zobowiązań. Gdybym choć był pewien, że tam spotkam Winnetou! Tej pewności jednak nie było. Żeby spotkać się z nim znowu, trzeba było udać się na Zachód do puebla nad Rio Pecos, aby zaś tego dokonać, musiałem stanąć znów na własnych nogach. Sądziłem, że w obecnych warunkach będzie to najłatwiejsze w Nowym Jorku.

Przypuszczenie to nie zawiodło mnie. Szczęście istotnie mi sprzyjało. Poznałem wielce szanownego Mr. Josy Taylora, kierownika sławnego podówczas zakładu prywatnych detektywów i poprosiłem go o przyjęcie do pracy. Usłyszawszy, kim jestem i co robiłem w ostatnich czasach, oświadczył, że weźmie mnie tymczasem na próbę. Niebawem jednak, raczej dzięki przypadkowi niż własnej zręczności, zdobyłem jego zaufanie, które z biegiem czasu tak się wzmogło, że w końcu darzył mnie szczególnymi względami i powierzał przeważnie takie zadania, które rokowały pewny wynik i dobre wynagrodzenie.

Pewnego razu zawezwał mnie do siebie. Zastałem u niego jakiegoś starszego, frasobliwie spozierającego jegomościa. Przedstawiono mi go jako bankiera Ohlerta, który szukał u nas pomocy w sprawie osobistej. Chodziło o wypadek przykry dla niego osobiście, a zarazem niebezpieczny dla jego interesów.

Miał on syna jedynaka, imieniem William, liczącego lat dwadzieścia pięć, nieżonatego, którego wyposażył w tak szerokie pełnomocnictwa, że wszelkie jego dyspozycje w sprawach finansowych znaczyły tyle samo co dyspozycje ojca. Syn, z usposobienia bardziej marzycielski niż energiczny, zajmował się chętniej książkami naukowymi oraz sztuką, a nawet metafizyką niż księgowością i uważał siebie nie tylko za uczonego, lecz także za poetę. W tym przekonaniu utwierdził go fakt, że gazety nowojorskie przyjęły kilka jego wierszy. Dziwnym trafem młody Ohlert wpadł na pomysł napisania tragedii, której bohaterem miał być obłąkany poeta. Aby sobie ułatwić pracę, postanowił zaznajomić się gruntownie z chorobami umysłowymi i nabył mnóstwo odpowiednich dzieł. Skutek tego był straszny: młodzieniec zaczął się coraz bardziej identyfikować z poetą-bohaterem swojej tragedii, a w końcu uwierzył, że sam jest obłąkany. Ojciec jego poznał w tym czasie lekarza, który nosił się rzekomo z zamiarem utworzenia zakładu dla umysłowo chorych. Miał on też być długi czas asystentem sławnych psychiatrów i potrafił wzbudzić takie zaufanie bankiera, że ten poprosił go, by się zaznajomił z jego synem i spróbował, czy jego obcowanie z chorym nie odniesie dobrego skutku.

Od owego dnia nawiązała się serdeczna przyjaźń między lekarzem a Ohlertem juniorem, zakończona całkiem niespodzianie zniknięciem obydwóch. Teraz dopiero bankier zaczął się dokładniej rozpytywać o lekarza i dowiedział się, że to jeden z szarlatanów, jakich tysiące uwija się po Stanach Zjednoczonych.

Taylor zapytał, jak się nazywał domniemany lekarz, a gdy bankier wymienił nazwisko Gibsona, okazało się, że mamy do czynienia z dawnym znajomym, którego już pewien czas śledziłem z powodu innej jego sprawki. Miałem nawet jego fotografię. Kiedy pokazałem ją Ohlertowi, poznał natychmiast rzekomego przyjaciela i lekarza swojego syna.

Gibson był szalbierzem na wielką skalę i grasował przez długi czas pod rozmaitymi postaciami po Stanach i po Meksyku. Poprzedniego wieczora Ohlert udał się do jego gospodarza i dowiedział się, że oszust zapłacił swoją należność i odjechał w niewiadomym kierunku. Syn bankiera zabrał z sobą znaczną kwotę w gotówce, a dziś przyszła tragiczna depesza z Cincinnati, że oprócz tego podjął tam pięć tysięcy dolarów i udał się dalej do Louisville po swoją narzeczoną. To ostatnie było oczywiście kłamstwem.

Nie brakło powodów do przypuszczenia, że lekarz uprowadził swojego pacjenta, aby posiąść znaczne sumy. Williama znali najwybitniejsi finansiści i mógł od nich dostać tyle pieniędzy, ile mu się podobało. Chodziło zatem o ujęcie szarlatana i sprowadzenie chorego do domu. To zadanie zlecono mnie. Otrzymałem potrzebne pełnomocnictwo, fotografię Williama Ohlerta i pojechałem do Cincinnati. Ponieważ Gibson mnie znał, przeto zabrałem także odpowiednie rekwizyty na wypadek, gdybym musiał zmienić swój wygląd.

W Cincinnati wstąpiłem do wspomnianego bankiera i od niego dowiedziałem się, że Gibson był rzeczywiście razem z Ohlertem. Potem ruszyłem do Louisville, gdzie mi powiedziano, że obydwaj kupili bilety do St. Louis. Pojechałem oczywiście za nimi, ale zdołałem odnaleźć ich ślad dopiero po długich i mozolnych poszukiwaniach. Dopomagał mi w tym Mr. Henry, którego odwiedziłem zaraz po przyjeździe. Zdziwił się niemało, ujrzawszy mnie w roli detektywa, ubolewał nad stratą, którą poniosłem przez rozbicie okrętu, a przy pożegnaniu wymógł na mnie przyrzeczenie, że po dokonaniu poleconego mi zadania porzucę to zajęcie i udam się na Dziki Zachód. Chciał, żebym tam wypróbował jego nowy sztucer wielostrzałowy.

Ohlert i Gibson popłynęli parowcem po Missisipi do Nowego Orleanu, musiałem więc podążyć tam za nimi. Ohlert senior dał mi wykaz firm, z którymi łączyły go stosunki handlowe. W Louisville i w St. Louis dowiedziałem się, że William był w tych firmach i podjął duże sumy pieniędzy. To samo uczynił również w Nowym Orleanie u kilku przyjaciół swego ojca. Tych, których to jeszcze nie spotkało, ostrzegłem i poprosiłem, żeby posłali po mnie, gdyby William zjawił się raz jeszcze.

To były wszystkie wiadomości, które zebrałem. Teraz utkwiłem bezradnie w mrowisku ludzkim zapełniającym ulice Nowego Orleanu. Zgłosiłem się oczywiście ze swoją sprawą na policję, a potem nie pozostawało mi nic innego, jak czekać na wynik starań władz policyjnych. Nie chciałem tracić bezczynnie czasu, snułem się więc wśród tego chaosu i szukałem, licząc trochę na szczęśliwy przypadek.

Nowy Orlean ma wybitnie południowy charakter, zwłaszcza w starszych dzielnicach miasta, gdzie wzdłuż brudnych, wąskich uliczek ciągną się gęsto skupione domy z ganeczkami i werandami. Tam kryje się życie, które unika światła dziennego. Tam można ujrzeć wszystkie barwy twarzy, od białej i żółtej do najgłębszej murzyńskiej czerni. Mężczyźni nawołują się, kobiety krzyczą głośno, kataryniarze, wędrowni śpiewacy i gitarzyści popisują się rozdzierającymi uszy utworami.

Lepsze wrażenie sprawiają liczne, małe przedmieścia, gdzie stoją zgrabne wille, otoczone czystymi ogrodami, w których rosną róże, palmy, oleandry, grusze, figi, brzoskwinie, pomarańcze i cytryny. Tam można znaleźć nieco spokoju.

Największe ożywienie panuje oczywiście w porcie, gdzie roi się od okrętów i statków różnego rodzaju i rozmaitych rozmiarów. Tam leżą stosy olbrzymich bel bawełny i beczek, wśród których krzątają się setki robotników. Widzowi może się zdawać, że został przeniesiony na któryś z indyjskich targów bawełny.

Chodziłem tak po mieście, na próżno się rozglądając. Około południa zrobiło się bardzo gorąco. Na pięknej, szerokiej Common Street wpadł mi w oko szyld piwiarni. Łyk pilznera nie mógł mi zaszkodzić w tym skwarze. Wszedłem więc do środka.

Jakim powodzeniem cieszyło się już wówczas to piwo, przekonałem się, widząc w lokalu mnóstwo gości. Dopiero po długim poszukiwaniu znalazłem w samym kącie niezajęte jeszcze krzesło. Stał tam niewielki stolik na dwie osoby, przy którym siedział już jakiś gość o odstraszającej powierzchowności. Poszedłem tam mimo to i poprosiłem, żeby mi pozwolił wypić w jego towarzystwie szklankę piwa.

Po twarzy przemknął mu uśmiech politowania. Zmierzył mnie badawczym, pogardliwym prawie spojrzeniem i zapytał:

– Macie pieniądze,master?

– Oczywiście! – odrzekłem zdziwiony tym pytaniem.

– Możecie więc zapłacić za piwo i za miejsce, które chcecie zająć?

– Rozumie się.

– Dobra, po cóż w takim razie pytacie mnie o pozwolenie? Widać z tego, że jesteściegreenhorn.Diabli porwaliby każdego, kto by mi spróbował zabronić usiąść tam, gdzie mi się zechce! Siadajcie zatem, połóżcie nogi, gdzie wam się podoba, każdemu, kto by się temu sprzeciwiał, dajcie w ucho!

Przyznaję szczerze, że postępowanie tego człowieka wzbudziło we mnie podziw. Poczułem, że się zarumieniłem. Zdawałem sobie sprawę z tego, że powinienem odeprzeć tę obrazę. Dlatego siadając, odrzekłem:

– Można być grzecznym, lecz mimo to starym wygą.

– Pshaw!– powiedział ze spokojem. – Nie wyglądacie na to. Nie starajcie się wywołać w sobie gniewu, bo to do niczego nie doprowadzi. Nie pomyślałem o was nic złego. Old Death nie da się groźbą wyprowadzić z równowagi.

Old Death! Ach, więc to był Old Death! Słyszałem już o tym znanym, sławnym nawetwestmanie.Sławą jego rozbrzmiewały wszystkie obozowe ogniska po drugiej stronie Missisipi, a imię jego nieobce było nawet w miastach Wschodu. Jeśli w opowiadaniach o nim była choć dziesiąta czy nawet dwudziesta część prawdy, to był to strzelec i poszukiwacz ścieżek, przed którym należało zdjąć kapelusz. Wiek jednego pokolenia spędził na uwijaniu się po Zachodzie i pomimo niebezpieczeństw, na jakie się narażał, nie odniósł ani jednej rany. Dlatego zabobonni uważali go za człowieka, którego się kule nie imają.

Nie wiedziano, jak się właściwie nazywał. Old Death, „Stara Śmierć”, był to jego wojenny przydomek nadany mu przez ludzi z powodu jego nadzwyczajnej chudości. Widząc go przed sobą, przekonałem się, że ci, co go tak nazwali, niedalecy byli od prawdy.

Niezwykle wysoki, pochylony ku przodowi, wyglądał istotnie tak, jak gdyby się składał tylko ze skóry i kości. Skórzane spodnie trzepotały mu wokoło nóg. Bluza, również skórzana, skurczyła się tak, że rękawy jej sięgały ledwie po łokcie. Obie kości przedramienia przezierały przez skórę.

Z bluzy wystawała długa szyja, z wystającym jabłkiem Adama. A cóż dopiero głowa! Zdawało się, że nie ma na niej pięciu łutów mięsa. Oczy w głębokich oczodołach, a na głowie ani jednego włosa! Strasznie zapadłe policzki, kanciaste szczęki, wystające mocno kości policzkowe i zapadnięty, perkaty nos składały się rzeczywiście na całość, której można się było przestraszyć.

Jego długie i wychudłe nogi tkwiły w podobnych do butów futerałach, skrojonych z jednego kawałka końskiej skóry. Do nich przymocował ostrogi, których kółka sporządzone były ze srebrnych meksykańskich monet.

Obok niego leżało na ziemi siodło z całkowitą uprzężą, a o ścianę opierała się jedna z owych długich rusznic z Kentucky, jakie dziś spotyka się już rzadko. Reszta uzbrojenia Old Deatha składała się z kordelasa i z dwu dużych rewolwerów, których głownie wystawały zza pasa.

Oberżysta przyniósł mi zamówione piwo. Kiedy podniosłem szklankę do ust, myśliwiec wyciągnął do mnie swoją i rzekł:

– Stój! Nie tak prędko, chłopcze! Trąćmy się najpierw! Słyszałem, że tam w waszym kraju jest taki zwyczaj.

– Tak, lecz tylko między dobrymi znajomymi – odrzekłem, nie kwapiąc się bynajmniej do podjęcia jego wezwania.

– Nie róbcie ceregieli! Siedzimy teraz razem i nie potrzebujemy nawet w myślach skręcać sobie karków. Trąćcie się więc! Nie jestem szpiegiem ani oszustem, możecie więc spokojnie zabawić się ze mną przez pół godziny.

To już brzmiało inaczej niż przedtem. Dotknąłem jego szklanki swoją, mówiąc:

– Wiem, za kogo was uważać, sir! Jeśli rzeczywiście jesteście Old Death, to nie obawiam się, że się znajduję w złym towarzystwie.

– A więc znacie mnie? W takim razie nie potrzebuję was zaznajamiać szczegółowo z moją osobą. Pomówmy raczej o was! Po co właściwie przybyliście do Stanów?

– Z tego samego powodu, który i innych tu przywiódł: szukać szczęścia.

– Wierzę. Tam w Europie zdaje się ludziom, że tu wystarczy otworzyć kieszeń, a błyszczące dolary same zaczną w nią wpadać. Ilekroć się komuś poszczęści, krzyczą o tym wszystkie gazety, o tych jednak tysiącach ludzi, które toną w nurtach życia i giną bez śladu, nikt nie napisze nawet wzmianki. Czy znaleźliście już szczęście lub znajdujecie się przynajmniej na jego tropie?

– Sądzę, że mogę powiedzieć: tak.

– Baczcie więc bystro, żeby trop ten nie uszedł waszej uwagi. Ja wiem najlepiej, jak trudno utrzymać się na takim tropie. Słyszeliście może, że jestem zwiadowcą, poszukiwaczem ścieżek, który śmiało i bez obawy idzie w zawody z każdymwestmanem,a mimo to daremnie goniłem za szczęściem do dzisiaj. Sto razy zdawało mi się, że trzeba tylko po nie sięgnąć, ale ilekroć wyciągnąłem rękę, znikało jak zamek na lodzie, istniejący jedynie w ludzkiej wyobraźni.

Powiedział to posępnie i w milczeniu zaczął patrzeć przed siebie. Gdy nic na te słowa nie odpowiedziałem, znowu podniósł wzrok i rzekł:

– Zawsze mnie to trochę porusza, ilekroć widzę Europejczyka, zwłaszcza młodego, i gdy sobie muszę powiedzieć, że pójdzie on niezawodnie na dno. Moja matka bardzo mnie kochała. Gdy umierała, byłem dzięki jej zabiegom na stanowisku, z którego widać już było szczęście. Ja jednak uważałem siebie za mądrzejszego i puściłem się w fałszywym kierunku.Master,bądźcie rozsądniejsi ode mnie! Poznaję po was, że z wami może się stać to samo, co ze mną.

– Rzeczywiście? Jak to?

– Jesteście zbyt delikatny, pachniecie perfumami. Gdyby Indianin zobaczył waszą fryzurę, padłby trupem z wrażenia. Na waszym ubraniu nie ma ani jednej plamki, ani jednego pyłku. W ten sposób nie szuka się szczęścia na Zachodzie.

– Nie zamierzam bynajmniej go tutaj szukać.

– Tak? A jaki obraliście sobie zawód?

– Odbyłem studia uniwersyteckie.

Powiedziałem to z pewną dumą, on zaś spojrzał na mnie z lekkim uśmiechem, który na jego twarzy wyglądał jak szyderczy grymas, potrząsnął głową i ciągnął dalej:

– Studia! O biada! Nie budujcie na tym zbyt wiele. Właśnie ludzie tego pokroju co wy najmniej posiadają zdolności do zdobycia szczęścia. Czy macie jaką posadę?

– Tak. W Nowym Jorku.

– Jaką?

Pytania te zadawał Old Death takim tonem, że prawie niepodobna było odmówić mu odpowiedzi. Ponieważ nie mogłem wyjawić prawdy, oświadczyłem:

– Pracuję u pewnego bankiera i z jego polecenia znajduję się tutaj.

– Bankiera? Aha! W takim razie droga wasza jest o wiele równiejsza od mojej. Nie opuszczajcie tej posady, sir! Nie każdy mający za sobą studia otrzymuje stanowisko u amerykańskiego posiadacza pieniędzy. Cieszycie się widocznie, mimo swej młodości, wielkim zaufaniem. Z Nowego Jorku wysyła się na Południe tylko takich, na których można polegać. Bardzo jestem rad z tego, że się pomyliłem co do was,sir!A więc polecono wam załatwić jakiś pieniężny interes.

– Coś w tym rodzaju.

Obrzucił mnie znowu bystrym, badawczym spojrzeniem, zrobił grymas uśmiechu i mówił dalej:

– Ale ja sądzę, że odgaduję właściwy powód waszej obecności tutaj. Jeżeli nie chcecie dać poznać po sobie, że kogoś szukacie, to uważajcie lepiej na swoje oczy. Obejrzeliście wszystkich tu obecnych, a teraz wzrok wasz ustawicznie błądzi po oknach, zatrzymując się na przechodniach. Szukacie zatem kogoś. Czy zgadłem?

– Tak,master.Chciałbym spotkać się z kimś, a nie znam jego adresu.

– Zwróćcie się do hoteli!

– To okazało się daremne, podobnie jak starania policji.

Na to przemknął mu znów po twarzy ów grymas, który miał być przyjaznym uśmiechem. Potem parsknął z cicha, strzelił palcami i rzekł:

– Master,jesteściegreenhorn,prawdziwy, rzetelnygreenhorn!Nie bierzcie mi tego za złe, ale tak jest w istocie.

W tej chwili zrozumiałem, że powiedziałem za wiele. Old Death potwierdził to, mówiąc dalej:

– Przybywacie tu w sprawie podobnej, jak się sami wyraziliście, do pieniężnego interesu. Tego człowieka szuka z waszego polecenia policja. Wy sami biegacie po ulicach i po piwiarniach, aby go znaleźć. Nie byłbym Old Deathem, gdybym nie wiedział, kogo mam przed sobą.

– No, kogo,sir?

– Prywatnego detektywa, który podjął się zadania raczej rodzinnej niż kryminalnej natury.

Ten człowiek był istotnie wzorem przenikliwości. Czy miałem potwierdzić, że się dobrze domyślił? Nie.

– Mam wielki szacunek dla waszej bystrości,sir,ale tym razem przeliczyliście się – powiedziałem.

– Well!To wasza rzecz, czy przyznacie mi słuszność, czy też nie. Jeśli wam jednak na tym zależy, żeby was nie przejrzano, to nie zachowujcie się tak nieostrożnie. Idzie o sprawę pieniężną. Powierzono jągreenhornowi,czyli poszkodowani życzą sobie łagodnego postępowania z winowajcą, który zapewne jest dobrym ich znajomym, a może nawet członkiem rodziny. Coś kryminalnego jest w tym także, bo w przeciwnym razie nie pomagałaby wam policja. Poszukiwany jest w rękach łotra, który go wyzyskuje. Dziwicie się mej wyobraźni? Dobrywestmanbuduje sobie nawet z dwu śladów bardzo długą drogę, choćby stąd w głąb Kanady, i rzadko kiedy się pomyli.

– Istotnie dajecie dowód nadzwyczajnej wyobraźni,master.

– Pshaw! Możecie sobie dalej zaprzeczać! Mnie to nie szkodzi! Jestem tutaj dość znany i mógłbym wam coś poradzić, jeśli jednak sądzicie, że własną drogą prędzej dojdziecie do celu, to jest to chwalebne, chociaż wątpię, czy rozumne.

Wstał, wyjął starą skórzaną sakiewkę, aby zapłacić za piwo. Zdawało mi się, że moją nieufnością wyrządziłem mu przykrość. Żeby to naprawić, odezwałem się tymi słowami:

– Są sprawy, w które nie należy nikogo wtajemniczać. Nie chciałem bynajmniej was dotknąć i sądzę…

– Ależ skąd! – przerwał mi, kładąc monetę na stole. – O obrazie nie ma mowy! Żywiłem w stosunku do was najlepsze chęci, gdyż tkwi w was coś, co budzi we mnie życzliwość.

– Może się jeszcze kiedy spotkamy!

– Wątpię bardzo. Ja wyruszam dzisiaj do Teksasu, a stamtąd udaję się do Meksyku. Trudno przypuścić, żeby wasza przechadzka miała się odbyć w tym samym kierunku. A zatem szczęśliwej drogi, sir! A przypomnijcie sobie czasem, że was nazwałemgreenhornem!Od Old Deatha możecie to przyjąć spokojnie, gdyż nie ma on zamiaru obrazić was, a żadnemu nowicjuszowi nie zaszkodzi, jeśli będzie myślał o sobie skromniej.

Włożył na głowę sombrero z szerokimi krezami, które wisiało dotąd na ścianie, zarzucił siodło i uździenicę na plecy, chwycił strzelbę i wyszedł. Ale zrobiwszy zaledwie trzy kroki, odwrócił się znowu, podszedł jeszcze raz do mnie i szepnął:

– Nie bierzcie mi niczego za złe, sir! Ja także studiowałem i z przyjemnością dziś wspominam, jakim to wówczas byłem zarozumiałym głupcem. Do widzenia!

Po tych słowach opuścił lokal, nie odwracając się już wcale. Patrzyłem za nim, dopóki jego osobliwa i wyśmiewana z lekka przez przechodniów postać nie zniknęła w tłumie. Jego wygląd budził we mnie coś jakby litość; słowa jego były surowe, ale głos brzmiał przy tym łagodnie, przekonywająco i mile. Z całego jego zachowania wyczuwałem w gruncie rzeczy, że był do mnie dobrze usposobiony. Spodobał mi się pomimo swojej brzydoty, ale byłoby nieostrożnością wtajemniczać go w moje zamiary, chociaż rzeczywiście mógł mi udzielić cennych wskazówek.

Oparłem łokieć na stole, a głowę na dłoni i patrzyłem w zamyśleniu przed siebie. Wtem otworzyły się drzwi i wszedł nie kto inny, jak… Gibson.

Stanął u wejścia i objął wzrokiem obecnych. Kiedy mi się wydało, że oczy jego natknęły się na mnie, odwróciłem się plecami do drzwi. W całej piwiarni nie było ani jednego miejsca oprócz tego, na którym siedział przedtem Old Death. Gibson musiał więc podejść do mego stolika, jeśli chciał coś wypić. Cieszyłem się już w duszy przestrachem, jakiego mu napędzi mój widok.

Lecz Gibson nie zbliżał się jakoś, natomiast usłyszałem szmer drzwi obracających się w zawiasach. Odwróciłem się czym prędzej, ale Gibsona już nie było: poznał mnie i umknął. Widziałem go, jak wyszedł i szybkim krokiem pośpieszył dalej. W mgnieniu oka wsadziłem kapelusz na głowę, rzuciłem oberżyście zapłatę i wypadłem z lokalu. Gibson biegł na prawo, starając się widocznie zniknąć w gęstej gromadzie ludzi. Oglądnąwszy się, zobaczył mnie i przyśpieszył kroku. Gdy minąłem ową grupę ludzi, ujrzałem go znikającego w wąskiej uliczce, do której dobiegłem właśnie w chwili, gdy on skręcał za jej róg. Przedtem jednak odwrócił się jeszcze raz, zdjął kapelusz i zaczął nim ku mnie wymachiwać. To mnie oczywiście rozgniewało. Nie zważając na to, że przechodnie będą się ze mnie śmiali, ruszyłem ku niemu kłusem. Policjanta nigdzie nie było widać. Prosić prywatne osoby o pomoc byłoby rzeczą daremną; nikt nie stanąłby po mojej stronie.

Dobiegłszy do rogu ulicy, znalazłem się na niewielkim placyku. Po prawej i lewej stronie stały zwartym szeregiem małe domki, a naprzeciw ujrzałem wille we wspaniałych ogrodach. Sporo ludzi kręciło się na placu, ale Gibsona nie zauważyłem. Widocznie gdzieś się już ukrył.

Przy sklepie fryzjera stał oparty o drzwi jakiś Murzyn. Znajdował się tu już zapewne długo i niewątpliwie musiał spostrzec zbiega. Podszedłem więc do niego, zdjąłem uprzejmie kapelusz i zapytałem, czy nie widział dżentelmena wybiegającego z uliczki. Zapytany pokazał w uśmiechu długie, żółte zęby i odrzekł:

– O tak,sir!Widziałem. Pędził bardzo szybko i wpadł tutaj.

Równocześnie wskazał na małą willę. Podziękowawszy mu, pośpieszyłem w tym kierunku. Żelazna brama ogrodu, który należał do willi, była zamknięta. Musiałem dzwonić z pięć minut, zanim pojawił się jakiś Murzyn. Powiedziałem mu, o co chodzi, on zaś zatrzasnął mi przed nosem drzwi, mówiąc:

– Ja zapytać najpierwmassę.Bez pozwoleniamassynie otworzyć.

Po tych słowach odszedł. Stałem z dziesięć minut jak na rozżarzonych węglach. Nareszcie powrócił Murzyn z odpowiedzią:

– Nie wolno wpuścić.Massazakazać. Nikt dzisiaj nie wejść. Wy prędko odejść, bo jakby skoczyć przez płot,massaskorzystać z prawa domowego i strzelić z rewolweru.

Teraz nie wiedziałem, co począć. Wcisnąć się przemocą byłoby niebezpiecznie, gdyż właściciel willi na pewno nie pożałowałby mi kuli. Nie pozostało mi nic innego, jak udać się na policję.

Kiedy przechodziłem w najwyższym gniewie przez plac, podbiegł do mnie jakiś chłopiec z kartką w ręku.

– Sir, sir! –zawołał. – Zaczekajcie no! Dacie mi dziesięć centów za tę kartkę?

– Od kogo ta kartka?

– Od dżentelmena, który wyszedł z tamtego domu – odrzekł, wskazując przy tym nie na willę, lecz w kierunku wprost przeciwnym. – On napisał te słowa i polecił wam je oddać. Ale dajcie wpierw dziesięć centów.

Wręczyłem mu żądaną kwotę, za co otrzymałem kartkę. Na kawałku papieru wyrwanym z notatnika przeczytałem, co następuje:

Szanowny Master!

Czy z powodu mnie przybyliście do Nowego Orleanu? Domyślam się, że mnie ścigacie. Uważałem was za człowieka naiwnego, ale nie aż tak głupiego, żebyście chcieli mnie schwytać. Kto nie posiada więcej niż pół łuta3 mózgu, nie powinien zabierać się do takich spraw. Wracajcie do Nowego Jorku i pozdrówcie ode mnie master Ohlerta. Postarałem się o to, żeby o mnie pamiętał i spodziewam się, że wy przypomnicie sobie także od czasu do czasu nasze dzisiejsze spotkanie, które, co prawda, nie miało zbyt zaszczytnego dla was przebiegu.

Gibson

Można sobie wyobrazić mój zachwyt podczas czytania tego miłego listu! Zmiąłem kartkę, wsunąłem ją do kieszeni i poszedłem dalej. Być może Gibson obserwował mnie z ukrycia, nie chciałem więc sprawić mu satysfakcji moim zakłopotaniem. Rozglądałem się przy tym badawczo po placu. Murzyn zniknął spod sklepu, a chłopca, który mi podał kartkę, także nie mogłem dostrzec. Pomyślałem sobie, że otrzymał pewnie polecenie, żeby się czym prędzej ulotnić.

Popadłem oczywiście w gniewny nastrój: czułem się skompromitowany w najwyższym stopniu i postanowiłem zamilczeć przed policją, że widziałem Gibsona.

Wracając, nie wstępowałem już na plac, ale przeszukałem raz jeszcze wychodzące nań ulice, oczywiście bez śladu powodzenia, gdyż jasne było, że Gibson opuścił tak niebezpieczną dla siebie dzielnicę. Należało się spodziewać, że skorzysta z pierwszej sposobności wyjazdu z Nowego Orleanu.

Wpadłem na tę myśl pomimo swego „pół łuta” ważącego mózgu i udałem się na miejsce, gdzie stały okręty, które miały odejść tego dnia. Pomagali mi dwaj policjanci w cywilnych ubraniach, ale także na próżno. Gniew, że pozwoliłem sobie dać takiego szczutka w nos, odebrał mi wszelki spokój, snułem się więc po ulicach do późna w noc i zaglądałem do najrozmaitszych restauracji i szynków. Wreszcie poszedłem do swego pensjonatu i położyłem się spać.

Sen przeniósł mnie do domu obłąkanych. Setki wariatów, którzy uważali się za poetów, wyciągały do mnie pękate rękopisy, żebym je przeczytał. Oczywiście były to same tragedie z obłąkanymi poetami jako bohaterami. Musiałem czytać i czytać, bo Gibson stał obok mnie z rewolwerem i groził natychmiastową śmiercią, gdybym przestał na chwilę. Czytałem i czytałem, aż mi pot spływał z czoła. Chcąc się obetrzeć, wydobyłem chustkę z kieszeni, zatrzymałem się na sekundę i w tej chwili Gibson strzelił!

Huk wystrzału zbudził mnie, gdyż nie był to huk urojony, lecz rzeczywisty. Rzucałem się w rozdrażnieniu po całym łóżku, starając się wyrwać Gibsonowi rewolwer, i strąciłem z małej szafki nocnej lampę służącego. Policzono mi za nią nazajutrz osiem dolarów.

Zbudziłem się oblany potem. Ubrawszy się, wypiłem herbatę i pojechałem nad wspaniałe jezioro Pontchartarain, gdzie orzeźwiłem się kąpielą. Następnie rozpocząłem znów poszukiwania, zajrzałem też do piwiarni, w której wczoraj spotkałem Old Deatha. Lokal nie był taki pełny jak dnia poprzedniego. Wczoraj nie można było doprosić się gazety, dzisiaj aż kilka leżało niezajętych na stole. Wziąłem jedną z nich.

Nie mając zamiaru dokładnie czytać, rozłożyłem ją na chybił trafił. Pierwszym, co mi wpadło w oko, był wiersz. Tytuł utworu, który zauważyłem, przypominał tytuły rozdziałów kryminalnych powieści, bo brzmiał „Noc najstraszliwsza”. Odebrało mi to ochotę do czytania. Chciałem już odwrócić kartkę, kiedy zauważyłem pod wierszem dwie litery: „W.O.”. Wszak od tych liter zaczynało się imię i nazwisko Williama Ohlerta. Czyżby drukował tu swoje rymy? Gdyby tak było, mógłby mnie ten utwór naprowadzić na jego ślady. Wiersz brzmiał:

Noc najstraszliwsza

Znaszli tę noc, z którą na ziemię leci

Wycie wichury i dżdżu gęsty mrok,

Tę noc, gdy z nieba żadna z gwiazd nie świeci,

A fal deszczowych nie przebije wzrok?

Choć straszna noc ta, będzie po niej dniało,

Więc połóż się i zaśnij sobie śmiało.

Znaszli tę noc, która na życie spada,

Gdy cię przedśmiertne już otoczą sny,

Gdy bliska wieczność znienacka zagada

I przerażeniem tętno w żyłach drży?

Choć ciemna noc ta, będzie po niej dniało,

Więc połóż się i zaśnij sobie śmiało.

Znaszli tę noc, co ducha owija,

Że próżno żądzą wyzwolenia drga,

Co cię omota jako wściekła żmija,

A tysiąc diabłów ciągle w mózg ci plwa?

Czuwać nie warto, na nic by się zdało,

Bo po tej nocy już nie będzie dniało!

Przyznaję, że wiersz ten głęboko mnie wzruszył. Nie posiadał literackiej wartości, ale zawierał w sobie krzyk przerażenia uzdolnionego człowieka, walczącego na próżno z obłąkaniem, którego padł ofiarą. Wkrótce jednak opanowałem wzruszenie, gdyż musiałem działać. Nie wątpiłem ani na chwilę, że autorem wiersza był William Ohlert. Wyszukałem więc w księdze adresowej adres wydawcy tej gazety i udałem się do niego.

Jak się okazało, przypuszczenia moje były słuszne. Niejaki William Ohlert przyniósł osobiście poprzedniego dnia ten utwór i prosił o rychłe zamieszczenie. Ponieważ redaktor się ociągał, poeta ofiarował mu dziesięć dolarów i postawił za warunek, że wiersz pojawi się w dzisiejszym numerze i że otrzyma on korektę. Zachowanie się poety było bardzo przyzwoite, tylko wzrok miał jakiś błędny i oświadczył kilkakrotnie, że wiersz pisany jest krwią serdeczną. Frazesem tym posługują się zresztą rozmaici zdolni i niezdolni poeci i pisarze. Aby można było posłać mu korektę, zostawił adres mieszkania, który mnie oczywiście także podano. Był to jeden z wytwornych i drogich pensjonatów prywatnych w nowej dzielnicy miasta.

Pośpieszyłem więc tam natychmiast, zmieniwszy przedtem swój wygląd. Po drodze wstąpiłem po dwóch policjantów, którym kazałem się ustawić pod drzwiami wspomnianego domu.

Pociągnąłem za rączkę od dzwonka, nad którą przybity był szyld z napisem: „Pensjonat pierwszej klasy dla Pań i Panów”. Dom i zakład należały do kobiety. Portier otworzył, zapytał, czego żądam, a ja w odpowiedzi poprosiłem, by mnie oznajmił pani domu. Równocześnie wręczyłem mu kartę wizytową, opiewającą oczywiście na inne nazwisko. Zaprowadzono mnie do salonu, gdzie niebawem pojawiła sięlady.

Była to wykwintnie ubrana, dość okazała kobieta lat około pięćdziesięciu. Kędzierzawe włosy i lekkie zabarwienie paznokci dowodziły domieszki czarnej krwi w jej żyłach. Wywarła na mnie wrażenie osoby kulturalnej, przyjęła mnie z wielką uprzejmością.

Przedstawiłem jej się jako redaktor felietonów z gazety, pokazałem jej kupiony dopiero co numer i powiedziałem, że pragnę pomówić z autorem tego utworu, gdyż wiersz tak się ogólnie podobał, że przynoszę poecie nowe zamówienie.

Gospodyni przysłuchiwała mi się spokojnie, przypatrywała badawczo, a gdy skończyłem, rzekła:

– A więc ten pan drukował swój utwór w pańskim dzienniku? Jak to ładnie! Czy dobry?

– Znakomity! Miałem już zaszczyt wspomnieć, że wywarł na czytelnikach wielkie wrażenie.

– To mnie ogromnie interesuje. Ten pan wydawał mi się bardzo wykształcony, to prawdziwy dżentelmen. Niestety mówił niewiele i nie obcował z nikim. Wyszedł raz tylko, prawdopodobnie wówczas, kiedy zaniósł panom poemat.

– Czyżby? W czasie rozmowy u nas w redakcji wspominał, że kilkakrotnie podejmował tutaj pieniądze, musiał zatem wychodzić więcej razy.

– W takim razie działo się to podczas mej nieobecności, a może te sprawy załatwiał jego sekretarz.

– On ma sekretarza? O tym nic mi nie mówił. Wobec tego to chyba człowiek bardzo zamożny?

– Przypuszczam! Płacił dobrze i jadł najwytworniejsze potrawy. Kasę prowadził jego sekretarz Clinton.

– Clinton? Ach, jeżeli ten sekretarz nazywa się Clinton, to jego pewnie spotkałem w klubie. Pochodzi z Nowego Jorku, a przynajmniej stamtąd przybywa, i jest niezrównany w towarzystwie. Widziałem się z nim wczoraj około południa.

– To możliwe – wtrąciła. – Rzeczywiście wychodził o tej porze.

– I tak – ciągnąłem dalej – podobaliśmy się sobie nawzajem, że zaszczycił mnie swoją fotografią. Ja nie noszę swojej z sobą, musiałem mu jednak przyrzec, że dam mu ją dzisiaj, gdyż postanowiliśmy się zobaczyć. Oto jego fotografia. – Pokazałem jej wizerunek Gibsona, który zawsze nosiłem przy sobie.

– Słusznie, to jest ten sekretarz – rzekła, rzuciwszy okiem. – Niestety, nieprędko go pan zobaczy, a odmasterOhlerta nie otrzyma pan już żadnego wiersza, gdyż obaj wyjechali.

Przestraszyłem się, ale zapanowałem szybko nad sobą i odrzekłem:

– Bardzo mi przykro! Decyzja odjazdu zapadła chyba nagle.

– Rzeczywiście! To bardzo a bardzo wzruszająca historia.MasterOhlert wprawdzie o tym nie mówił, bo nikt sam ran swoich nie dotyka, ale jego sekretarz powierzył mi tę tajemnicę pod warunkiem, że będę milczała. Musi pan wiedzieć, że cieszę się zawsze zaufaniem tych, którzy u mnie mieszkają.

– Wierzę pani. To zupełnie naturalne. Jej wytworne maniery, jej delikatne formy towarzyskie upoważniają do tego całkowicie – przypochlebiałem się najbezczelniej.

– O, proszę bardzo! – rzekła dotknięta mile tym niezgrabnym pochlebstwem. – Ta historia do łez mnie wzruszyła, raduję się, że nieszczęśliwemu młodzieńcowi udało się jeszcze w czas umknąć.

– Umknąć? To brzmi tak, jak gdyby go ścigano.

– Tak też jest w istocie.

– Ach! Jakież to dziwne! Tak wysoce uzdolniony, wręcz genialny poeta – ścigany! Jako redaktor, a zatem po części kolega tego nieszczęśnika, pragnę dowiedzieć się czegoś bliższego o nim. Dziennikarstwo jest potęgą. Może byłoby wskazane ująć się za nim w artykule. Jaka szkoda, że nie może mi pani zdradzić tej tajemnicy!

Policzki jej pokraśniały. Wydobyła niezbyt czystą chustkę do nosa, aby ją mieć każdej chwili pod ręką, i rzekła:

– Co się tyczy tej dyskrecji,sir,to nie poczuwam się już teraz do obowiązku zachowania jej, gdyż ci panowie odjechali. Wiem, że prasę nazywają mocarstwem i byłabym bardzo szczęśliwa, gdyby pan dopomógł temu młodzieńcowi w uzyskaniu jego praw. Serce nakazuje mi wyjawić panu wszystko. Tu wchodzi w grę miłość, równie wierna, jak nieszczęśliwa.

– Tak też przypuszczałem, gdyż nieszczęśliwa miłość to cierpienie największe i najbardziej rozdzierające serce.

Mnie samemu oczywiście ani się jeszcze śniło o miłości.

– Słowa pańskie wzbudziły we mnie przychylność dla pana! Czy i pan doznał już tego cierpienia?

– Jeszcze nie.

– W takim razie jest pan człowiekiem szczęśliwym. Ja niestety nacierpiałam się więcej, niż moje serce mogło wytrzymać. Matka moja była Mulatką. Ja zaręczyłam się z synem francuskiego plantatora, a więc z białym. Szczęście nasze zniweczono, ponieważ ojciec narzeczonego nie chciał przyjąć do rodziny kolorowejlady.Jakżeż współczuję temu pożałowania godnemu poecie, którego ten sam los spotkał!

– Więc on kocha Mulatkę?

– Tak! Lecz ojciec jego zabronił mu tej miłości i podstępnie wydarł rewers, na którym dama ta stwierdziła swoim podpisem, że wyrzeka się szczęścia i połączenia z Williamem.

– Cóż za nieludzki ojciec! – zawołałem z oburzeniem, zaskarbiając sobie znowu życzliwe spojrzenie niewiasty.

– Tak, nieludzki ojciec! – potwierdziła. – William jednak dochował wiary ukochanej i umknął z nią aż tutaj, gdzie umieścił ją w pensjonacie.

– Nie rozumiem więc, dlaczego opuścił Nowy Orlean.

– Ponieważ przybył tu jego prześladowca.

– Więc ojciec każe go ścigać?

– Tak. Ten nędznik ścigał ich z rewersem w ręku z miasta do miasta aż tutaj. Jest funkcjonariuszem policji. Polecono mu Williama pochwycić i sprowadzić do Nowego Jorku.

– Czy sekretarz opisał pani tego okrutnika? – zapytałem, żądny dalszych wiadomości o sobie.

– Bardzo dokładnie, gdyż możliwe jest, że ten barbarzyńca odnajdzie mieszkanie Williama i przyjdzie do mnie. Ale już ja go przyjmę! Obmyśliłam sobie każde słowo, które do niego powiem. Ode mnie się nie dowie, dokąd William wyjechał. Poślę go właśnie w przeciwnym kierunku.

Gospodyni opisała mi tego „barbarzyńcę” i wymieniła jego, to jest moje, nazwisko. Opis zgadzał się z rzeczywistością, chociaż wypadł dla mnie niezbyt pochlebnie.

– Spodziewam się go każdej chwili – mówiła dalej. – Kiedy mi oznajmiono pana, myślałam już, że to on. Ale pomyliłam się na szczęście. Po pańskich poczciwych oczach widać, że pan umieści w swej gazecie artykuł, który zdruzgocze tego detektywa i weźmie w obronę uciśnionych.

– Jeśli mam to uczynić, muszę koniecznie wiedzieć, gdzie się William Ohlert znajduje. Chciałbym do niego napisać. Prawdopodobnie pani zna miejsce jego obecnego pobytu?

– Wiem istotnie, dokąd się udał, lecz nie jestem pewna, czy go tam jeszcze list pański zastanie. Pojechał na Południe do Teksasu. Miał zamiar udać się do Meksyku i wylądować w Veracruz, ale w tym czasie żaden statek nie wypływał z portu, wsiadł więc na „Delfina”, który zmierzał do Quintany.

– Czy jest pani pewna?

– Oczywiście. William Ohlert musiał się śpieszyć, gdyż do odjazdu pozostawało zaledwie tyle czasu, żeby przenieść rzeczy na okręt. Załatwiał to mój portier, który, będąc na pokładzie, rozmawiał z majtkami i dowiedział się, że „Delfin” zdąża tylko do Quintany, a przedtem zatrzyma się w Galveston.MasterOhlert pojechał rzeczywiście „Delfinem”, gdyż mój portier zaczekał aż do odejścia statku.

– Czy jego sekretarz imisstowarzyszyli mu?

– Naturalnie. Portier jednak nie widział tej pani, gdyż zeszła od razu do damskiej kajuty. Nie pytał się też o nią, moi służący bowiem przyzwyczajeni są w najwyższym stopniu do dyskrecji i delikatności. Rozumie się samo przez się, że William nie zostawił narzeczonej i nie naraził jej na niebezpieczeństwo. Właściwie cieszę się z tego, że ich prześladowca do mnie przyjdzie, gdyż będzie to scena bardzo zajmująca. Spróbuję najpierw wzruszyć jego serce, a jeśli mi się to nie uda, rzucę mu w twarz piorunujące słowa i tak z nim pomówię, że będzie się wił pod ogromem mej pogardy.

Poczciwa kobieta rzeczywiście przejęła się tą sercową sprawą. Wstała z krzesła, ścisnęła małe, tłuściutkie piąstki, wyciągnęła je ku drzwiom i zawołała groźnie:

– Tak, przyjdź tylko, przyjdź, ty diabelski wysłańcu! Przebiję cię mym spojrzeniem i zdruzgocę moimi słowy!

Usłyszałem już dość i mogłem odejść; jednak uznałem za stosowne wytłumaczyć jej wszystko, by już dłużej nie uważała łotra za uczciwego człowieka. Nie obawiałem się, żebym sobie tą otwartością w jakikolwiek sposób zaszkodził, dlatego rzekłem:

– Sądzę, że nie będzie pani miała sposobności ukarać tego osobnika druzgocącymi słowami i spojrzeniami.

– Dlaczego?

– Ponieważ on zabierze się do rzeczy zupełnie inaczej, niż pani sądzi. Pojedzie wprost do Quintany.

– Ależ on nie zna miejsca ich pobytu!

– Przeciwnie, wszak pani sama mu je wyjawiła.

– Ja? To nie może być! Musiałabym o tym wiedzieć! Kiedyż to się stało?

– Właśnie teraz.

– Sir,ja pana nie pojmuję! – zawołała w najwyższym zdumieniu.

– Ja pani dopomogę. Czy pozwoli pani, że przeobrażę nieco moją osobę?

To mówiąc, zdjąłem ciemną perukę, sztuczną brodę i okulary. Jejmość cofnęła się z przestrachem.

– Na Boga! – krzyknęła prawie.

– Musiałem to zrobić, ponieważ już przedtem wprowadzono panią w błąd. Historia z Mulatką jest kłamstwem od początku do końca. Nadużyto pani serca. Clinton nie jest wcale sekretarzem Williama. Nazywa się w rzeczywistości Gibson i jest niebezpiecznym oszustem, którego należy unieszkodliwić.

Upadła jak zemdlona na krzesło i zawołała:

– Nie, nie! To nieprawda! Ten miły, niezrównany człowiek nie może być oszustem. Nie wierzę panu!

– Uwierzy pani, skoro mnie pani wysłucha.

Przedstawiłem jej właściwy stan sprawy i życzliwość jej dla „miłego i niezrównanego” sekretarza zamieniła się w gwałtowny gniew. Przekonała się, że ją najhaniebniej okłamano, i wyraziła mi nawet swe zadowolenie z tego powodu, że przyszedłem do niej w przebraniu.

– Gdyby pan tego nie uczynił – rzekła – nie dowiedziałby się pan ode mnie prawdy. Spodziewam się, że pan puści się natychmiast w pogoń za nimi. Proszę też napisać mi z Quintany, jak się panu powiodło. Gdy go pan będzie wiózł do Nowego Jorku, musi pan z nim do mnie wstąpić, żebym mu mogła powiedzieć, jak nim gardzę.

– To będzie trudno. W Teksasie niełatwo kogoś pochwycić i zabrać do Nowego Jorku. Czułbym się bardzo szczęśliwy, gdybym zdołał tylko uwolnić Ohlerta z rąk tego oszusta i ocalić przynajmniej część tych sum, które oni w drodze podjęli.

Rozstaliśmy się bardzo serdecznie. Czekającym pod domem policjantom oświadczyłem, że sprawa już załatwiona, wcisnąłem im w ręce napiwek i odszedłem.

Musiałem śpieszyć do Quintany, zapytałem więc, kiedy odpływa tam statek, ale szczęście mi nie sprzyjało. Jeden parowiec odchodził wprawdzie do Tampico, ale miał się nie zatrzymywać po drodze. Statki wprost do Quintany podnosiły kotwicę dopiero za kilka dni. Wreszcie znalazłem pośpieszny kliper idący z ładunkiem do Galveston. Ten rozpoczynał podróż już po południu. W nadziei, że w Galveston trafi się prędzej sposobność odpłynięcia do Quintany, załatwiłem czym prędzej swoje sprawy i wsiadłem na ten statek.

Niestety, zawiodłem się, gdyż z Galveston odpływał tylko jeden okręt i to poza cel mojej podróży – do Matagordy, obok ujścia wschodniego Kolorado. Zapewniono mnie jednak, że stamtąd z łatwością dostanę się z powrotem do Quintany. Poszedłem za tą radą i okazało się później, że dobrze zrobiłem.

Uwaga gabinetu waszyngtońskiego zwracała się wówczas na południe, ku Meksykowi, który cierpiał jeszcze z powodu krwawych zamieszek i walki republiki z cesarstwem. Benito Juarez4 został uznany za prezydenta republiki meksykańskiej przez Stany Zjednoczone, które postanowiły nie dopuścić do jego przegranej w walce z Maksymilianem. Zawsze bowiem uważały cesarza za uzurpatora. Zaczęły więc wywierać nacisk na Napoleona, żeby cofnął z Meksyku swoje wojska. Powodzenie Prus w wojnie z Austrią przyczyniło się do tego, że Napoleon dotrzymał słowa, i od tej chwili los Maksymiliana był właściwie przypieczętowany.

W chwili wybuchu amerykańskiej wojny domowej Teksas opowiedział się za secesją i stanął tym samym po stronie państw przeciwnych zniesieniu niewolnictwa. Pokonanie secesjonistów nie przywróciło spokoju wśród ludności. Wszyscy odnosili się niechętnie do polityki Północy. Ludność Teksasu była właściwie usposobiona republikańsko. Uwielbiano „bohatera indiańskiego” Juareza, który nie wahał się podjąć walki z Napoleonem i latoroślą potężnej dynastii Habsburgów. Ponieważ jednak po stronie tego bohatera stał rząd waszyngtoński, przeto konspirowano przeciw niemu. W ten sposób powstał głęboki rozłam między ludnością Teksasu. Jedni wystąpili otwarcie za Juarezem, drudzy zaś przeciwko niemu, nie tyle zresztą z przekonania, ile na przekór Stanom. Te zamieszki utrudniały w wysokim stopniu podróże po tym kraju. Na nic się nie przydawała ostrożność i ukrywanie swych przekonań politycznych, bo do ich wyjawiania po prostu zmuszano.

Tak wyglądała sytuacja w Teksasie, kiedy chwilowo zamiast Quintany ujrzałem nizinę nadmorską dzielącą Zatokę Matagordy od Zatoki Meksykańskiej. Wpłynęliśmy przez Paso Caballo i musieliśmy zaraz potem zapuścić kotwicę, gdyż zatoka jest tak płytka, że głębiej zanurzonym okrętom grozi niebezpieczeństwo utknięcia na mieliźnie.

Nieco dalej od brzegu stało na kotwicy kilka małych statków, a na morzu wielkie okręty, trzymasztowce i jeden parowiec. Kazałem się oczywiście zawieźć zaraz do Matagordy, by się dowiedzieć, jak szybko wyruszę do Quintany. Usłyszałem niestety, że okręt odpłynie dopiero za dwa dni. Zostałem więc na miejscu i złościłem się, ponieważ Gibson zyskiwał przez to cztery dni i mógł zniknąć bez śladu. Pocieszałem się tylko tym, że zrobiłem wszystko, co było można w danych okolicznościach.

Ponieważ skazany byłem na czekanie, wyszukałem sobie zajazd, do którego poleciłem zanieść rzeczy ze statku.

Matagorda była wówczas mniejszym miastem niż teraz. Położona we wschodniej części zatoki, ma jako port daleko mniejsze znaczenie niż Galveston. Panuje tu niezdrowy klimat i nic łatwiejszego, jak dostać tu febry. Dlatego wcale nie byłem zadowolony, że muszę tu bawić tak długo.

Mój „hotel” dorównywał europejskiej oberży trzeciego rzędu, pokój przypominał kajutę okrętową, a łóżko dostałem tak krótkie, że stale brakowało miejsca – albo dla głowy, albo dla nóg.

Po złożeniu rzeczy postanowiłem wyjść, by się przypatrzyć miejscowości. Między moją izbą a schodami znajdował się pokój, którego drzwi były właśnie otwarte. Rzuciwszy przelotnie okiem do wnętrza, zobaczyłem tam pod ścianą na ziemi siodło, a nad nim wiszącą na gwoździu uździenicę. W kącie, tuż przy oknie, stała oparta długa rusznica Kentucky. Pomyślałem mimo woli o Old Death, chociaż przedmioty te mogły należeć także do kogo innego.

Wyszedłszy z domu, ruszyłem z wolna ulicą. Okrążając róg, zderzyłem się z człowiekiem, który nadszedł z drugiej strony.

– Do pioruna! – krzyknął. – Uważajcie,sir,jeśli wypadacie w ten sposób zza rogu!

– Jeśli mój ślimaczy chód nazywacie wypadaniem, to ostryga będzie chyba podobna do parowca na Missisipi – odrzekłem, śmiejąc się.

Zagadnięty odskoczył o krok, przypatrzył mi się i zawołał:

– Toż to tengreenhorn,który nie chciał się przyznać, że jest detektywem. Czego tu szukacie w Teksasie, a do tego w Matagordzie,sir?

– Nie was,masterDeath!

– Wierzę! Należycie, jak się zdaje, do ludzi, którym bardzo trudno znaleźć to, czego szukają, ale za to łatwo zderzyć się z tymi, z którymi nie mają nic do czynienia. Chce się wam pewnie jeść i pić. Chodźcie, zawiniemy do jakiegoś portu, gdzie dostaniemy dobrego piwa. Nawet w tej nędznej dziurze nie brak tego dobroczynnego napoju. Macie już mieszkanie?

– Pod „Wujem Samem”.

– Pięknie! Ja także rozbiłem tam swój wigwam.

– Czy w izbie na pierwszym piętrze, w której leży uprząż i rusznica?

– Tak. Musicie wiedzieć, że bardzo niechętnie rozstaję się z tą uprzężą, tak ją polubiłem. Konia wszędzie dostanę, ale dobrego siodła nie. Chodźcież,sir!Byłem właśnie w knajpie, w której jest chłodne piwo. W czerwcu piwo to prawdziwa rozkosz. Gotów jestem wypić jeszcze kilka szklanek.

Zaprowadził mnie do małego lokalu, w którym sprzedawano piwo flaszkowe po bardzo wysokiej cenie; my byliśmy jedynymi gośćmi. Poczęstowałem Old Deatha cygarem, ale nie przyjął go, wyciągnął natomiast tabliczkę tytoniu do żucia, odciął kawałek, który wystarczyłby dla pięciu majtków, wsunął go w usta, umieścił pod policzkiem, a potem rzekł:

– Tak, teraz wam służę. Ciekaw jestem, jaki wiatr przywiał was za mną tak szybko. Czy pomyślny?

– Nie, nawet bardzo przeciwny.

– Więc nie zamierzaliście przybyć tutaj?

– Nie. Chciałem się dostać do Quintany. Ponieważ jednak nie nadarzała się szybka okazja, przyjechałem tu w nadziei, że stąd szybciej się tam dostanę. Niestety, muszę czekać aż dwa dni.

– Znieście to cierpliwie,master,i pocieszcie się tym słodkim przekonaniem, że nie macie szczęścia.

– Ładna pociecha! Czy sądzicie, że wam za nią złożę uroczyste podziękowanie?

– Zbyteczne! – zaśmiał się Old Death. – Rad udzielam zawsze za darmo. Zresztą mnie się tak samo powodzi. Siedzę tu niepotrzebnie, ponieważ byłem zbyt powolny. Postanowiłem pojechać do Austin, a potem trochę dalej przez Rio Grande del Norte. Pora roku pomyślna. Deszcz padał, więc w Kolorado dość wody i można płytkim statkiem dotrzeć do Austin. Kiedy indziej, a nawet przez większą część roku, Kolorado ma bardzo mało wody.

– Słyszałem, że jakaś zapora przeszkadza żegludze.

– Nie jest to właściwie zapora stała, lecz mnóstwo naniesionego przez wodę drzewa, co sprawia, że rzeka o osiem mil angielskich stąd dzieli się na kilka odnóg. Za tym drzewem droga jest wolna aż do Austin i dalej. Ponieważ w tym miejscu żegluga się przerywa, najlepiej przejść ten kawałek pieszo i tam wsiąść na okręt. Zamierzałem tak zrobić, ale to piwo mi dogodziło. Raczyłem się nim z wielką przyjemnością i zabawiłem w Matagordzie za długo, gdy więc przybyłem do zatoru, parowiec dał mi drapaka sprzed nosa. Musiałem dźwigać siodło z powrotem, a teraz czekam na następny statek, który ma odejść jutro rano.

– A więc jesteśmy towarzyszami niedoli. Pocieszcie się wy tym samym, czym mnie kazaliście się przedtem uspokoić. Oto wy także nie macie szczęścia.

– To nic. Ja nie ścigam nikogo i wszystko mi jedno, czy przybędę do Austin dzisiaj, czy za tydzień. Ale złości mnie to, że ta głupia żaba mnie wyśmiała. Uprzedził mnie i gwizdał na mnie z pokładu, kiedy musiałem stać z siodłem na brzegu. Jeśli go jeszcze kiedy spotkam, to dostanie lepsze cięgi niż na tamtym statku.

– Mieliście bójkę,sir?

– Bójkę? Old Death się nigdy nie bije. Ale na „Delfinie”, którym tutaj przybyłem, znajdował się hultaj, który pokpiwał sobie z mojej powierzchowności i uśmiechał się, ilekroć mnie zobaczył. Zapytałem, co go tak bawi, a gdy mi odpowiedział, że mój szkielet, dostał taki policzek, że usiadł. Potem porwał się do rewolweru, ale nadszedł kapitan, kazał mu się wynosić i oświadczył, że spotkała go słuszna kara za to, że mnie obraził. Dlatego śmiał się szelma, gdy się spóźniłem na statek. Szkoda jego towarzysza podróży! Wyglądał na prawdziwego dżentelmena, tylko wciąż był smutny i ponury, i patrzył przed siebie jak obłąkany.

Te słowa zwróciły moją uwagę.

– Obłąkany? – rzekłem. – Czy słyszeliście może, jak się nazywa?

– Kapitan mówił do niego„masterOhlert”.

Poczułem się jak ugodzony pałką po głowie. Zapytałem z pośpiechem:

– Ach! A jego towarzysz?

– Nazywał się Clinton, jeśli dobrze pamiętam.

– Czy to możliwe, czy to możliwe? – zawołałem, zrywając się ze stołka. – Oni obydwaj byli z wami na statku?

Old Death spojrzał na mnie zdumionym wzrokiem, mówiąc:

– A was co napadło,sir?Podrywacie się jak rakieta! Czy was ci ludzie co obchodzą?

– Nawet bardzo, bardzo! Szukam ich właśnie!

Po twarzy przemknął mu znów przyjazny grymas.

– Ładnie, ładnie – rzekł. – Przyznajecie więc nareszcie, że śledzicie dwóch ludzi? I to tych dwóch właśnie? Hm! Jesteście istotniegreenhornem, sir!Sami pozbawiliście się dobrego połowu.

– Jak to?

– Dlatego, że w Nowym Orleanie nie byliście szczerzy w stosunku do mnie.

– Wszak nie mogłem się w tej sprawie inaczej zachować – odparłem.

– Człowiekowi wolno zrobić wszystko, co prowadzi do dobrego celu. Gdybyście przedstawili mi swoją sprawę, byliby już teraz obydwaj w waszych rękach. Poznałbym ich natychmiast, wsiadając na statek, i albo sam was sprowadził, albo zawiadomił przez kogoś. Czy nie mam racji?

– Kto mógł wiedzieć, że się tam z nimi spotkacie! Oni jechali zresztą nie do Matagordy, lecz do Quintany.

– Tak tylko powiedzieli. Wcale tam nie wysiedli. Jeśliście mądrzy, to opowiedzcie mi całą tę historię. Może ułatwię wam wasze zadanie.

Ten człowiek istotnie żywił wobec mnie dobre chęci. Ambicja doradzała mi zataić rzecz dalej, ale rozum zwyciężył. Wydobyłem obie fotografie, podałem Old Deathowi i rzekłem:

– Zanim zacznę opowiadać, przypatrzcie się tym wizerunkom. Czy te osoby widzieliście?

– Tak, tak, to oni! – potwierdził, rzuciwszy okiem na fotografie. – Wszelka pomyłka jest wykluczona.

Teraz przedstawiłem mu otwarcie i szczegółowo całą sprawę. Przysłuchiwał się uważnie, a gdy skończyłem, potrząsnął głową i oświadczył:

– Wszystko to jest dla mnie jasne. Jednego tylko nie rozumiem. Czy ten William jest istotnie obłąkany?

– Nie. Nie znam się wprawdzie na chorobach umysłowych, ale tutaj moim zdaniem zachodzi tylko wypadek manii, gdyż poza tym William panuje całkowicie nad swoimi uczynkami.

– Tym bardziej wydaje mi się niepojęte, że pozwala temu Gibsonowi wywierać tak nieograniczony wpływ na siebie. Gibson widocznie chytrze się z nim obchodzi i zręcznie używa go do swoich celów. Jest nadzieja, że podpatrzymy te wszystkie wybiegi i podstępy.

– Jesteście zatem pewni, że zdążają do Austin? A może zamierzają wysiąść po drodze?

– Nie, Ohlert powiedział kapitanowi okrętu, że się udaje do Austin.

– To mnie dziwi, że tak otwarcie podał cel swej podróży.

– Czemu? Ohlert nie wie może nawet, że go ścigają. Działa w dobrej wierze i żyje zaabsorbowany tylko swoją ideą, a reszta jest sprawką Gibsona.

– Żebym tylko wiedział, co Gibson zamierza i dokąd wlecze Ohlerta!

– Tak, to zaiste zagadka. Pieniądze, które dotąd podjęli, wystarczyłyby, aby uczynić go zamożnym człowiekiem. Mógłby je wziąć sobie, a Ohlerta po prostu zostawić na lodzie. Fakt, że tego jeszcze nie uczynił, dowodzi, że chce go dalej wyzyskiwać. Bardzo mnie ta sprawa zajmuje, a ponieważ na razie jedziemy tą samą drogą, przeto jestem na wasze usługi, jeśli sobie tego życzycie.

– Przyjmuję waszą pomoc z wdzięcznością,sir.Wzbudzacie we mnie szczere zaufanie, wasza przychylność bardzo mnie cieszy i spodziewam się, że wasze łaskawe starania wielce się przydadzą.

Uścisnęliśmy sobie ręce i wypróżniliśmy szklanki. Żałowałem mocno, że już wczoraj nie zwierzyłem się temu człowiekowi.

Podano nam właśnie nowe szklanki, kiedy doleciał nas przeraźliwy zgiełk. Można w nim było rozróżnić dzikie wrzaski ludzkie i szczekanie psów. Hałas zbliżał się coraz bardziej. Naraz otwarły się gwałtownie drzwi i weszło sześciu mężczyzn, z których żadnego nie można było nazwać trzeźwym. Ordynarne postacie i twarze, lekkie południowe ubrania i pyszna broń natychmiast wpadały w oko. Każdy uzbrojony był w strzelbę, nóż i rewolwer albo pistolet, a prócz tego wszyscy mieli u boku tęgie harapy i trzymali na mocnych smyczach psy. Były to ogromne psiska owej starannie hodowanej rasy, używanej w stanach południowych do chwytania zbiegłych Murzynów. Nazywają się one „krwawymi łapaczami ludzi”.

Awanturnicy przypatrzyli się nam bez powitania bezczelnym wzrokiem, rzucili się na krzesła, aż zatrzeszczały, pokładli nogi na stole i zaczęli po nim bębnić obcasami, co miało oznaczać, że zwracają się do gospodarza z uprzejmą prośbą, żeby się do nich potrudził.

– Człowiecze, czy masz piwo? – krzyknął jeden z nich.

Gospodarz z trwogą dał potakującą odpowiedź i wycofał się czym prędzej, aby obsłużyć swych wytwornych gości, ja zaś odwróciłem się mimo woli i spojrzałem na mówiącego. Ten dostrzegł to. Jestem pewien, że w moim spojrzeniu nie było nic obrażającego, ale on widocznie nie lubił, żeby mu się przypatrywać, a może szukał zaczepki, bo wrzasnął do mnie:

– Czemu się na mnie gapisz?

Odwróciłem się w milczeniu.

– Miejcie się na baczności! – szepnął do mnie Old Death. – To są awanturnicy najgorszego gatunku, wydaleni ze służby dozorcy niewolników, których chlebodawcy pobankrutowali po zniesieniu niewolnictwa. Teraz połączyli się, aby razem wieść zbrodniczy żywot. Najlepiej na nich nie zważać. Wypijmy prędzej i wynośmy się.

Ten szept nie podobał się widocznie awanturnikowi, bo wrzasnął znowu ku nam:

– Co tam gadasz po cichu, stary szkielecie? Jeśli mówisz o nas, to krzycz głośno, bo inaczej my otworzymy ci gębę!

Old Death przyłożył szklankę do ust i pociągnął parę łyków, nic nie odpowiadając. Nowi goście dostali piwo i skosztowali. Mimo że napój był istotnie niezły, krzycząc i wydziwiając, wylali go na izbę. Ten, który do nas mówił poprzednio, trzymał jeszcze w ręku pełną szklankę i zawołał:

– Nie na podłogę! Tam siedzą dwaj, którym to widocznie smakuje. Niech mają! – po czym bryznął na nas piwem.

Old Death otarł sobie zmoczoną twarz rękawem, ja jednak nie zdołałem znieść tak spokojnie tej nikczemnej obelgi. Kapelusz, kołnierz, bluza, wszystko ociekało mi piwem, ponieważ na mnie padł główny strumień. Odwróciłem się i rzekłem:

– Sir,proszę was bardzo, żebyście nie powtarzali tej zabawy! Żartujcie sobie z kolegami, ale nas zostawcie w spokoju!

– Tak! A co byście zrobili, gdyby mi przyszła ochota oblać was znowu?

– To by się okazało.

– Proszę? W takim razie musimy zaraz zobaczyć, co by się okazało. Gospodarzu, piwa!

Reszta śmiała się i ryczała zadowolona ze swojego herszta, który gotów był powtórzyć żart.

– Na miłość Boga,sir,nie zaczepiajcie tych drabów – ostrzegł mnie Old Death.

– Czy się boicie? – zapytałem.

– Ani mi się śni, ale oni zaraz chwytają za broń, a na kulę nawet najodważniejszy nic nie poradzi. Zważcie też, że oni mają psy!

Psy były przywiązane do nóg stołowych. Aby mnie znowu z tyłu nie oblano, wstałem z miejsca i usiadłem tak, że zwróciłem się bokiem do awanturników.

– Aha! Przybiera obronną postawę! – zaśmiał się dowódca. – Będzie się bronił, ale jeśli się tylko ruszy, puszczę na niego Pluto. On tresowany na ludzi.

Odwiązał psa i trzymał go na sznurku przy sobie. Jeszcze gospodarz nie przyniósł piwa, jeszcze mieliśmy czas rzucić na stół pieniądze i odejść, ale przypuszczałem, że ta banda nie pozwoli nam się oddalić, a ponadto czułem wstręt do ucieczki przed tymi pogardy godnymi ludźmi.

Sięgnąłem do kieszeni i odbezpieczyłem rewolwer. Wiedziałem, że jeżeli przyjdzie do mocowania, zwyciężę, nie byłem tylko pewien, czy mi się uda pokonać psy. Miałem już, co prawda, do czynienia z psami tresowanymi na ludzi, ale mogłem sobie poradzić tylko z jednym na raz.

Wtem wszedł gospodarz, postawił szklanki na stole i rzekł błagalnym głosem do swych wojowniczych gości:

– Dżentelmeni, wasze odwiedziny są mi bardzo przyjemne, ale proszę was, żebyście zostawili w spokoju tych dwóch ludzi: to także moi goście.

– Łotrze! – ryknął jeden z nich. – Chcesz nam dawać nauki? Zaczekaj, zaraz ostudzimy twój zapał!

I zawartość dwóch czy trzech szklanek trafiła w gospodarza, który uznał za najwłaściwsze opuścić czym prędzej izbę.

– No, a teraz tamten pyskacz! – zawołał mój przeciwnik. – Teraz dostanie!

Trzymając psa lewą ręką, prawą chlusnął ku mnie całą szklankę piwa. Zerwałem się ze stołka i skoczyłem w bok tak, że mnie strumień nie dosięgnął, po czym podniosłem pięść, by się na tego łotra rzucić i ukarać go. On uprzedził mnie jednak.

– Pluto, bierz go! – zawołał, puściwszy psa.

Zostało mi jeszcze tyle czasu, żeby przyskoczyć do ściany. Potężny zwierz rzucił się na mnie, przeskakując całą przestrzeń między mną a sobą, wynoszącą pięć kroków, jednym, iście tygrysim skokiem. Pies był pewny, że pochwyci mnie zębami za gardło.

W chwili jednak, kiedy chciał mnie ugryźć, uderzył nosem o ścianę. Skok był tak silny, że pies padł ogłuszony na ziemię.

Porwałem go błyskawicznie za tylne nogi, zamachnąłem się i palnąłem nim o ścianę tak mocno, że rozbiłem mu czaszkę.

Powstał okropny hałas. Psy szczekały, wyły i ciągnęły smyczami stoły, ludzie klęli, a właściciel zabitego psa gotował się do bójki ze mną. Wtem powstał Old Death i mierząc do łotrów z obydwu rewolwerów, zawołał:

– Stop! Na teraz jednakże już dość, chłopcy. Jeszcze jeden krok lub ruch po broń, a strzelę. Pomyliliście się trochę co do nas. Ja jestem poszukiwaczem ścieżek, Old Deathem, o którym słyszeliście zapewne, a tensir,mój przyjaciel, również się was nie boi. Siądźcie i pijcie dalej grzecznie swoje piwo! Ręce z dala od kieszeni, bo strzelam!

Z tą przestrogą zwrócił się do jednego z byłych dozorców niewolników, który zbliżył rękę do kieszeni, aby wydobyć rewolwer. Ponieważ ja także tymczasem wyciągnąłem rewolwer, przeto obaj z Old Deathem rozporządzaliśmy osiemnastu strzałami. Zanim któryś z tych hultajów zdołałby pochwycić za broń, musiałby dostać kulą w łeb. Stary poszukiwacz ścieżek zmienił się naraz zupełnie. Jego zazwyczaj pochylona postać wyprostowała się i podniosła, oczy zabłysły, a na całej twarzy odbił się wyraz energii nieznoszącej oporu. Było to wprost komiczne, jak spokornieli ci przedtem tak butnie zachowujący się ludzie. Mruknęli półgłosem kilka uwag, lecz usiedli w końcu; nawet właściciel zabitego psa nie ważył się doń przystąpić, gdyż musiałby zbliżyć się do mnie.

Staliśmy jeszcze z rewolwerami w ręku, kiedy wszedł nowy gość, Indianin.

Miał na sobie wyprawioną na biało i pokrytą czerwonym haftem indiańskim bluzę myśliwską i spodnie z tego samego materiału, ozdobione na szwach frędzlami ze skalpów. Cały strój wolny był od wszelkich plam lub brudu. Małe stopy Indianina tkwiły w haftowanych perłami trzewikach, ozdobionych ponadto kolcami jeżozwierza. Na jego szyi zauważyłem woreczek z lekami, artystycznie rzeźbioną fajkę pokoju i potrójny sznur pazurów szarego niedźwiedzia, zdobytych na tym najstraszliwszym drapieżcy Gór Skalistych. Dokoła bioder biegł pas sporządzony z kosztownego koca santillo, spoza pasa wyglądały rękojeści noża i rewolwerów.

W prawej ręce trzymał dwururkę, której części drewniane obite były gęsto srebrnymi gwoździami. Ciemne, granatowoczarne włosy opadały mu na ramiona. Ani orle pióro, ani żadna inna odznaka nie zdobiła tej fryzury, a mimo to od razu nasuwała się myśl, że ten młodzieniec jest wodzem i słynnym wojownikiem. Jednym słowem był to… Winnetou, wódz Apaczów, z którym łączyło mnie braterstwo krwi.

Zatrzymał się na chwilę w drzwiach. Bystrym, badawczym spojrzeniem ciemnych oczu przebiegł po całej izbie i po wszystkich znajdujących się w niej osobach, po czym usiadł blisko nas, a jak najdalej od gapiących się nań awanturników.

Już się podnosiłem, aby podejść do Winnetou i pozdrowić go jak najserdeczniej, gdy zastanowiło mnie, że nie zwrócił na mnie uwagi, chociaż niewątpliwie mnie poznał. Miał widocznie jakiś ważny powód po temu, przeto i ja nie wstałem, starając się przybrać wyraz obojętności.

Z jego twarzy wyczytałem, że zrozumiał natychmiast całe położenie. Zmrużył oczy, jakby z lekką pogardą, rzucił jeszcze raz okiem na naszych przeciwników, a kiedyśmy usiedli i schowali rewolwery, ukazał się na jego ustach ledwie dostrzegalny, ale przychylny uśmiech.

Wrażenie, jakie wywołał, było tak wielkie, że po jego wejściu zrobiło się cicho jak w kościele. Cisza ta upewniła widocznie gospodarza, że niebezpieczeństwo minęło, bo wychylił głowę przez przymknięte drzwi, a widząc, że jego przypuszczenie się sprawdza, wsunął się cały do izby.

– Proszę o szklankę piwa! – rzekł Indianin piękną angielszczyzną i miłym dla ucha, dźwięcznym głosem. Jego zachowanie zwróciło uwagę awanturników. Zbliżyli głowy i poczęli coś szeptać. Spojrzenia rzucane ukradkiem na Indianina dowodziły, że nie mówili o nim nic korzystnego.

Winnetou otrzymał piwo, podniósł szklankę pod światło padające przez okno, zbadał je wzrokiem znawcy i skosztował.

– Dobre! – rzekł, mlasnąwszy językiem. – Wasze piwo jest dobre. Wielki Manitou białych ludzi nauczył ich wielu sztuk, a warzenie piwa nie należy do najmniejszych.

– Czy