Wydawca: Wydawnictwo e-bookowo Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 635 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Winda do nieba - Tadeusz Meszko

Epitafium dla ery kosmicznej.

Cuda XXI wieku nie okazały się tak cudowne jak sądzono.

Hamulcem rozwoju stała się religia, nastało nowe średniowiecze.

 

Akcja powieści dzieje się w 2069 roku (stulecie lądowania na Księżycu), w mieście-państwie Dawapolis blisko równika, gdzie zbudowano windę do kosmosu – jak uważają jedni, lub Boga – jak ją widzą drudzy. Osią narracyjną jest śledztwo Barta, poszukującego na zlecenie Ester jej matki Désirée, która porzuciła dziecko zaraz po porodzie. W trakcie tego śledztwa Bart przypadkowo trafia na nowe tropy, mogące wyjaśnić śmierć jego rodziców sprzed ćwierć wieku.  Te dwa śledztwa zaczynają się splatać.

W tle toczy się rozgrywka dwóch odłamów Kościoła katolickiego. Spodziewana jest bliska śmierć papieża i zwołanie konklawe. Bart, przypadkowo ratujący życie wiernych w trakcie Wielkanocnej parady platform z figurami świętych, zostaje wykreowany na bohatera. Coraz bardziej zaczyna mu to przeszkadzać w śledztwach, zwłaszcza że internetowe fake news ogłaszają, że postanowił on odnaleźć Boga i przywódcy różnych sekt zaczynają zgłaszać się do niego, przekonując, że to ich Bóg jest tym jedynym.

Opinie o ebooku Winda do nieba - Tadeusz Meszko

Fragment ebooka Winda do nieba - Tadeusz Meszko

WIN­DA DO NIE­BA

Co­py­ri­ght © by Ta­de­usz Mesz­ko 2018. All ri­ghts re­se­rved

 

Re­dak­cja i ko­rek­ta be­ta-czy­ta­czy: Be­ata Dżon, He­ike Kin­ney, Mał­go­rza­ta Stud­niar­ska, Ma­riusz Klo­now­ski, Ta­de­usz Kra­jew­ski, Wie­sław Mar­cy­siak, Jan No­wak, Ku­ba Szat­kow­ski

Skład – Ta­de­usz Mesz­ko

Pro­jekt okład­ki – Ta­de­usz Mesz­ko

Fo­to­gra­fia na okład­ce: qi­mo­no, https://pi­xa­bay.com

Tłu­ma­cze­nia tek­stów: je­że­li nie po­da­no ina­czej tłu­ma­cze­nie au­to­ra

Kon­wer­sja i opra­co­wa­nie for­ma­tów elek­tro­nicz­nych

 

ISBN 978-83-935842-8-4

 

Wy­da­nie I elek­tro­nicz­ne

Wy­daw­nic­two: By TM

Byd­goszcz 2018

 

Pa­tro­nat me­dial­ny https://zo­ja­haw­ry­lo.blog­spot.com

 

Po­wieść jest fik­cją li­te­rac­ką. Ewen­tu­al­ne po­do­bień­stwo po­sta­ci, zda­rzeń, oko­licz­no­ści nie jest za­mie­rzo­ne i mo­że być je­dy­nie przy­pad­ko­we.

 

Książ­ka, któ­rą na­by­łeś, jest dzie­łem twór­cy i wy­daw­cy. Pro­si­my, abyś prze­strze­gał praw, ja­kie im przy­słu­gu­ją. Jej za­war­tość mo­żesz udo­stęp­nić nie­od­płat­nie oso­bom bli­skim lub oso­bi­ście zna­nym. Ale nie pu­bli­kuj jej w in­ter­ne­cie. Je­śli cy­tu­jesz jej frag­men­ty, nie zmie­niaj ich tre­ści i ko­niecz­nie za­znacz, czy­je to dzie­ło. A ko­piu­jąc jej część, rób to je­dy­nie na uży­tek oso­bi­sty.

Sza­nuj­my cu­dzą wła­sność i pra­wo.

Wię­cej na www.le­gal­na­kul­tu­ra.pl

Pol­ska Izba Książ­ki

Część I 36900 km do Ziemi(or­bi­ta geo­sta­cjo­nar­na)

Wstęp: Fallen Angel

Bart Grey­gal­lo spa­dał. A mo­że nie spa­dał, a le­żał na­ćpa­ny w rynsz­to­ku lub brał udział w wir­tu­al­nej grze, sie­dząc wy­god­nie w fo­te­lu? Dzi­siaj nie­moż­li­we by­ło od­róż­nie­nie fał­szu od praw­dy, złu­dze­nia od rze­czy­wi­sto­ści. Jed­nak to chy­ba nie by­ła sen­na wi­zja. Po je­go skro­ni spły­wa­ła struż­ka krwi, a gdy do­tar­ła do ką­ci­ków ust, mi­mo­wol­nie po­li­zał ją, wy­czu­wa­jąc cierp­ki smak. Je­że­li krew by­ła praw­dzi­wa, to i upa­dek chy­ba był re­al­ny?

Le­d­wo kil­ka go­dzin te­mu ma­rzył, aby wy­rwać się z oko­wów gra­wi­ta­cji pla­ne­ty, zer­k­nąć na nie­osło­nię­te at­mos­fe­rą na­gie gwiaz­dy. W tej chwi­li czuł się bar­dziej sa­mot­ny niż mi­sjo­narz w ama­zoń­skiej dżun­gli, że­glarz w rej­sie do­oko­ła świa­ta, a na­wet gór­nik na księ­ży­cu Ura­na. Nie miał do­stę­pu do żad­ne­go ser­wi­su in­ter­ne­to­we­go, nie mógł wy­brać po­łą­cze­nia z ja­ką­kol­wiek oso­bą. Przed wy­strze­le­niem, kap­su­łę ra­tun­ko­wą zde­wa­sto­wa­no, po­zba­wia­jąc moż­li­wo­ści ko­mu­ni­ka­cji. Stra­cił szan­sę by­cia mą­drym mą­dro­ścią in­nych i cho­ciaż cza­sa­mi In­ter­net czy­nił z nie­go głup­ca, to w więk­szo­ści przy­pad­ków po­zwa­lał po­sze­rzyć gra­ni­ce wie­dzy. Na szczę­ście nie­któ­re fak­ty miał wry­te w pa­mięć.

Spa­dał w kap­su­le ra­tun­ko­wej, ob­ser­wu­jąc na mo­ni­to­rach za­rów­no miej­sce, z któ­re­go go wy­strze­lo­no, jak i te­ren, gdzie się roz­bi­je. Chy­ba je­dy­nie cy­nizm opraw­ców spra­wił, że po­zo­sta­wio­no spraw­ne ka­me­ry, aby mógł oglą­dać po­stęp upad­ku. Ale to jesz­cze po­trwa, spa­dał z wy­so­ko­ści 37 ty­się­cy ki­lo­me­trów – z or­bi­ty geo­sta­cjo­nar­nej sta­cji Top Le­vel ko­smicz­nej win­dy. To nie 39 ki­lo­me­trów Fe­li­xa Baum­gart­ne­ra czy 41 ki­lo­me­trów Ala­na Eu­sta­ce’a i kil­ka mi­nut swo­bod­ne­go spa­da­nia. Je­go cze­ka­ła dłu­ga – li­czo­na w go­dzi­nach – dro­ga do do­mu. Spa­da­jąc z ich pręd­ko­ścią, na chwi­lę roz­bi­cia się na ka­mien­nym bru­ku cze­kał­by po­nad do­bę. Jed­nak uży­to dzia­ła ma­gne­tycz­ne­go i kap­su­ła zo­sta­ła wy­strze­lo­na z szyb­ko­ścią kil­ka ra­zy prze­kra­cza­ją­cą pręd­kość dźwię­ku. A to i tak po­nad dzie­więć go­dzin upad­ku, co bez­na­mięt­nie od­li­czał ze­gar.

Był uwię­zio­ny w elek­tro­ma­gne­tycz­nym tu­ne­lu win­dy do nie­ba, ska­za­ny na cią­głe przy­glą­da­nie się jed­ne­mu punk­to­wi nad lub pod so­bą. Mu­siał zde­cy­do­wać, na co chce pa­trzeć. Od­da­la­ją­cą się sta­cję ko­smicz­ną win­dy i Księ­życ, czy ro­sną­cą ku­lę ziem­ską? Księ­życ był w peł­ni, lecz po­mi­mo te­go, że znaj­do­wał się w od­le­gło­ści mniej­szej o dzie­sięć pro­cent od dy­stan­su dzie­lą­ce­go go od Zie­mi – wy­da­wał się drob­ny. Za­wie­szo­ny w pu­st­ce, ja­sno­sza­ry punkt wiel­ko­ści mo­ne­ty. Zie­mia by­ła więk­sza, lecz wciąż po­zo­sta­wa­ła od­le­głą, błę­kit­no-bia­łą ku­lą, z le­d­wo wi­docz­nym za­ry­sem brą­zo­wa­wych kon­ty­nen­tów. Do­pie­ro za kil­ka go­dzin wy­peł­ni po­le je­go wzro­ku i wte­dy bę­dzie mógł do­strzec trzy py­lo­ny win­dy oraz za­bu­do­wa­nia Da­wa­po­lis. Lecz wcze­śniej mi­nie sta­cję Mid­dle Le­vel win­dy i prze­le­ci przez Oko Bo­ga.

Spraw­dził po­ziom tle­nu w kap­su­le. Nie stra­ci przy­tom­no­ści z po­wo­du pro­ble­mów z od­dy­cha­niem, gdy wpad­nie w at­mos­fe­rę bę­dzie świa­do­my. Wte­dy kap­su­ła roz­grze­je się do czer­wo­no­ści i, jak na­le­ży przy­pusz­czać, szyb­ciej spło­nie niż roz­bi­je się o zie­mię. Ude­rze­nie fa­li dźwię­ko­wej usły­szą z pew­no­ścią wszy­scy w mie­ście. Grom z nie­ba skło­ni ich do unie­sie­nia głów, wie­lu za­uwa­ży ogni­stą smu­gę. Mo­że nie­któ­rzy wy­po­wie­dzą ży­cze­nie, bio­rąc go za spa­da­ją­cą gwiaz­dę? Czy był gwiaz­dą? Z pew­no­ścią nie. Jesz­cze kil­ka ty­go­dni te­mu był jed­nym z sze­ściu mi­lio­nów oby­wa­te­li mia­sta, na któ­re spa­dał. Dla­cze­go więc spa­dał jak gwiaz­da? „Zde­gu­sto­wa­ny i zmę­czo­ny, przy­gnę­bio­ny, grzesz­ny, opę­ta­ny – Bóg tyl­ko wie od jak daw­na”[1].

Miał du­żo cza­su, aby się nad tym za­sta­no­wić… Mógł uznać, że spa­da­nie za­czę­ło się ćwierć wie­ku te­mu, w dniu tra­gicz­nej śmier­ci ro­dzi­ców. Lecz po­dą­ża­jąc tym tro­pem, mógł­by po­wie­dzieć, że za­czę­ło się już wcze­śniej – 47 lat te­mu, w dniu je­go na­ro­dzin. Lub jesz­cze wcze­śniej, gdy ro­dzi­ce po­sta­no­wi­li za­miesz­kać w mie­ście, aby oj­ciec mógł wziąć czyn­ny udział w pro­jek­cie elek­tro­ma­gne­tycz­nej win­dy ko­smicz­nej EL­SPEL[2]. Tyl­ko że to też by­ła­by błęd­na dro­ga. Osta­tecz­nie zde­cy­do­wał, że po­wód obec­ne­go spa­da­nia na­stą­pił nie­ca­ły mie­siąc te­mu, kil­ka dni przed Wiel­ka­no­cą 2069 ro­ku. Do­kład­niej w Wiel­ki Czwar­tek, kie­dy ćwi­czył na per­ku­sji. Dzień jak co dzień. Pierw­sze go­dzi­ny nie zwia­sto­wa­ły ra­dy­kal­nej zmia­ny w je­go ży­ciu, lecz nim na­de­szło Świę­to Zmar­twych­wsta­nia, wszyst­ko wy­wró­ci­ło się i już pę­dził no­wym to­rem, po­cząt­ko­wo na­wet o tym nie wie­dząc.

Rozdział I

Welcome to the Jungle

Oferta Kuchni

11 kwiet­nia, Wiel­ki Czwar­tek

W Wiel­ki Czwar­tek obu­dził go ko­mu­ni­kat o po­łą­cze­niu wi­zyj­nym. Z nie­chę­cią ze­zwo­lił na nie. W ciem­no­ści za­mknię­tych oczu roz­świe­tlił się ho­lo­gram dziew­czy­ny w bia­łej ko­szu­li, o czar­nych wło­sach i okrą­głych oczach. W je­go ty­pie. Ża­ło­wał, że by­ła ubra­na. I że nie le­ża­ła obok. Czy nikt nie po­my­ślał, że tak zgrab­ne roz­mów­czy­nie wpro­wa­dza­ją klien­tów w kom­plek­sy? A mo­że o to cho­dzi­ło? Ta­kich dziew­czyn nie spo­tkasz na uli­cy. Już szyb­ciej w knaj­pie czy bur­de­lu, ale naj­czę­ściej w snach lub wir­tu­al­nych świa­tach. Niech bę­dzie, po­śnij­my da­lej…

– Mi­ło mi pa­na po­wi­tać przed świę­ta­mi – ide­ał pięk­no­ści ode­zwał się ak­sa­mit­nym gło­sem. Bart znał wie­le utwo­rów, w któ­rych pięk­nie współ­brz­miał­by z per­ku­sją. – Dzwo­nię w imie­niu pa­na Kuch­ni. Jest pan na­szym naj­lep­szym klien­tem, za­wsze opła­ca pan ra­chun­ki w ter­mi­nie, ale nie­ba­wem koń­czy się pań­ska umo­wa.

Wes­tchnął z re­zy­gna­cją. Ko­niec ma­rzeń, to był au­to­mat akwi­zy­cyj­ny. Nie do prze­ga­da­nia, sztucz­na in­te­li­gen­cja, któ­ra się nie nu­dzi­ła. Nie war­to by­ło prze­ry­wać po­łą­cze­nia, gdyż bę­dzie go na­ga­by­wać w ko­lej­ne po­ran­ki – ulu­bio­ną po­rę ata­ku.

– Czy wy­pił pan już pierw­szą ka­wę? – za­py­ta­ła z tro­ską.

– Nie… – burk­nął. Co za iry­tu­ją­ce py­ta­nie. Prze­cież z pew­no­ścią od­czy­ty­wa­ła pa­ra­me­try je­go cia­ła i wie­dzia­ła, że le­ży w łóż­ku.

– To mam dla pa­na wspa­nia­łą wia­do­mość! – dziew­czy­na z ra­do­ści kla­snę­ła w dło­nie. Na szczę­ście nie­zbyt gło­śno. – Do na­sze­go ze­sta­wu au­to­ma­tu do pa­rze­nia ka­wy, wy­ci­ska­nia so­ków ze świe­żych owo­ców oraz mik­so­wa­nia drin­ków, po prze­dłu­że­niu umo­wy do­da­my pa­nu nie­od­płat­nie dro­na, do­star­cza­ją­ce­go wy­bra­ny na­pój do łóż­ka.

– By­ło­by mi­ło… – do­pie­ro te­raz po­czuł su­chość w gar­dle. Ro­bo­ty wciąż nie ra­dzi­ły so­bie ze scho­da­mi i na za­mó­wio­ną fi­li­żan­kę ka­wy lub bu­tel­kę pi­wa mu­siał cze­kać dłu­gie mi­nu­ty.

– Ale to nie wszyst­ko – ślicz­not­ka nie prze­sta­wa­ła szcze­bio­tać. – Ma pan ja­kiś ulu­bio­ny na­pój?

– Pi­wo… – wy­mru­czał. Dziew­czy­na wprost roz­pły­nę­ła się w uśmie­chu.

– Na­sza lo­dów­ka bę­dzie przez mie­siąc bez opłat uzu­peł­niać za­pas pi­wa tak, aby ni­g­dy nie za­bra­kło pa­nu te­go schło­dzo­ne­go na­po­ju.

Szko­da, że nie pod­pi­sa­łem tej umo­wy wczo­raj – po­my­ślał, prze­su­wa­jąc ob­raz roz­mów­czy­ni na dal­szy plan. Na pierw­szym wy­wo­łał lo­kal­ny ser­wis in­for­ma­cyj­ny.

ZNA­MY KO­LO­RY MOD­NE LA­TEM!

Sło­ni­ca Eli­za wy­bra­ła mod­ne na to la­to ko­lo­ry. W tym se­zo­nie bę­dzie­my ubie­rać się we fio­le­ty i zgni­łą zie­leń.

Z te­go, co pa­mię­tał, sło­ni­ca już dru­gi se­zon de­cy­do­wa­ła o ko­lo­rach spodni, ko­szul i sta­ni­ków. Kto jej na to po­zwa­lał? Sztucz­na in­te­li­gen­cja czy ży­wi lu­dzie?

NAJ­PO­PU­LAR­NIEJ­SZY BLOG DA­WA­PO­LIS!

„Pier­dzę od ra­na do wie­czo­ra” naj­po­pu­lar­niej­szym blo­giem, od­wie­dza go pra­wie po­ło­wa miesz­kań­ców na­sze­go mia­sta. Przy­po­mi­na­my, że pro­wa­dzi go dzie­się­cio­la­tek.

A ja pier­dzę w no­cy – skwi­to­wał tę wia­do­mość. Tyl­ko że nie pro­wa­dzisz blo­ga i nie za­ra­biasz na tym – mu­siał do­dać z ża­lem.

– Czyż to nie wspa­nia­łe? – akwi­zy­tor­ka Kuch­ni prze­rwa­ła mu prze­glą­da­nie wia­do­mo­ści. Spró­bo­wał so­bie przy­po­mnieć, o czym mó­wi. Aha, przez mie­siąc pi­wo za dar­mo do łóż­ka. Cie­ka­we, ile to bę­dzie kosz­to­wa­ło po okre­sie pro­mo­cji?

– A póź­niej? – za­py­tał.

– Za nie­wiel­ką opła­tą – w tym ty­go­dniu w pro­mo­cyj­nej ce­nie – moż­na prze­dłu­żyć opcję na ca­ły okres umo­wy. Wy­ra­ża pan zgo­dę na do­da­nie ofer­ty?

„Wi­taj w dżun­gli, mo­żesz spró­bo­wać żyć w świe­tle ju­pi­te­rów, lecz nie otrzy­masz te­go za dar­mo”[3]. Cóż do­dać?

– No, nie wiem…

– Nim po­dej­mie pan de­cy­zję, po­wiem pa­nu o ko­lej­nej, fa­scy­nu­ją­cej pro­mo­cji.

– Tak… – wy­mru­czał, ma­jąc ocho­tę po­now­nie za­snąć i od­ciąć zmy­sły od tych bzdur.

Mógł­by już wstać, tyl­ko po co? W Wiel­ka­noc naj­trud­niej zła­pać klien­ta. Tak na­praw­dę dla bran­ży tu­ry­stycz­nej naj­gor­sze by­ły dwa okre­sy: post wiel­ka­noc­ny oraz ra­ma­dan. Bart nie lu­bił świąt wiel­ka­noc­nych rów­nież z in­ne­go po­wo­du. Przy­po­mi­na­ły mu o śmier­ci ro­dzi­ców. To był na­pad ban­dyc­ki, za­koń­czo­ny po­dwój­nym mor­der­stwem. Bart stu­dio­wał wte­dy ar­chi­tek­tu­rę na Uni­wer­sy­te­cie Tech­nicz­nym w Delft i szy­ko­wał się do świą­tecz­nej wi­zy­ty, lecz nie zdą­żył uj­rzeć ich ży­wych. Mo­że gdy­by przy­je­chał dzień, dwa wcze­śniej, nic złe­go by się nie sta­ło? Al­bo zgi­nął­by ra­zem z ro­dzi­ca­mi… To by­ły bez­ce­lo­we roz­wa­ża­nia.

Przebieżka na bębnach

Wy­trzy­mał je­dy­nie kil­ka mi­nut. Nie po­mo­gło przy­wo­ły­wa­nie snu z akwi­zy­tor­ką Kuch­ni w bi­ki­ni. Wstał, na­ka­zu­jąc przy­go­to­wać lek­kie śnia­da­nie. Miesz­kał w czte­ro­pię­tro­wej, wą­skiej ka­mie­ni­cy, wci­śnię­tej mię­dzy dom to­wa­ro­wy a ga­le­rię sztu­ki Gre­ga i Gre­go­ry’ego, na ulicz­ce wi­ją­cej się wzdłuż Da­wy. Bart znał po­dob­ną za­bu­do­wę z Delft, czy bar­dziej zna­ne­go Am­ster­da­mu, gdzie każ­dy wła­ści­ciel bu­dyn­ku chciał mieć do­stęp do uli­cy, w związ­ku z czym bu­do­wa­no do­my wą­skie, lecz głę­bo­kie. Nie­gdyś by­ła tu szko­ła mu­zycz­na, na stry­chu wciąż znaj­do­wa­ła się gra­ciar­nia in­stru­men­tów mu­zycz­nych oraz róż­no­rod­nych urzą­dzeń elek­trycz­nych, a na ni­skim par­te­rze – sa­la kon­cer­to­wa. Już bez rzę­dów krze­seł, lecz ze sce­ną na pod­wyż­sze­niu i roz­su­wa­ną kur­ty­ną. Do bu­dyn­ku wcho­dzi­ło się scho­da­mi, od ra­zu na pierw­sze pię­tro, gdzie funk­cjo­no­wa­ła kuch­nia i po­kój dzien­ny. Na dru­gim by­ły ga­bi­ne­ty ro­dzi­ców. Oj­ca, nie­mal pu­sty, oraz mat­ki, od pod­ło­gi po su­fit wy­peł­nio­ny książ­ka­mi. Trze­cie pię­tro zaj­mo­wa­ły sy­pial­nie. Po­za jed­ną, na­le­żą­cą do nie­go, tak­że po­zo­sta­wa­ły pu­ste.

Mó­wi się, że zbrod­niarz za­wsze wra­ca na miej­sce zbrod­ni, a w tym do­mu zgi­nę­li je­go ro­dzi­ce. Dla­te­go nie mógł się wy­pro­wa­dzić. Do­koń­czył je­dy­nie stu­dia li­cen­cjac­kie, a po­tem wró­cił do mia­sta. Cze­kał na mor­der­cę. Zo­stał po­li­cjan­tem i za­czął cho­dzić w pa­tro­lach po uli­cach. Żył w miesz­ka­niu ro­dzi­ców i wciąż cze­kał. Nie był Bat­ma­nem, nie mścił się na mie­ście za wszel­kie zło. Nie tyl­ko dla­te­go, że nie miał bat-mo­bi­lu. Nie czuł zło­ści do mia­sta, nie­na­wi­dził je­dy­nie te­go – lub tych – przez któ­rych stra­cił ro­dzi­ców.

Nie­ste­ty prze­sąd zna­ny z kry­mi­na­łów oka­zał się bzdu­rą, mor­der­ca nie wró­cił. Po dzie­się­ciu la­tach Bart uznał, że dal­sze cze­ka­nie w do­mu na mor­der­cę nie ma żad­ne­go sen­su. Nie chciał już dłu­żej prze­by­wać w miej­scu, któ­re pa­mię­ta­ło tra­gicz­ne wy­da­rze­nia. Po­za tym dom był dla nie­go zbyt du­ży. W koń­cu za­czął przy­go­to­wy­wać się do prze­pro­wadz­ki, lecz nie po­tra­fił zde­cy­do­wać się, co wy­rzu­cić, a co jest war­te prze­nie­sie­nia pod no­wy ad­res. Kar­to­ny i po­otwie­ra­ne szu­fla­dy wciąż prze­szka­dza­ły w po­ru­sza­niu się. Osta­tecz­nie zre­zy­gno­wał z wy­pro­wadz­ki, lecz nie miał si­ły po­ukła­dać wszyst­kie­go na swo­ich miej­scach. Po­zo­stał tak­że dla­te­go, że je­go ro­dzi­ce otrzy­ma­li bu­dy­nek od mia­sta w wiecz­ne, dar­mo­we użyt­ko­wa­nie i nie mu­siał mar­twić się o czynsz. Pod­jął jed­nak de­cy­zję o odej­ściu z po­li­cji, choć na­wyk spa­ce­ro­wa­nia po dziel­ni­cach wy­stęp­ków i ocie­ra­nia się o pół­świa­tek w nim po­zo­stał. Nie po­tra­fił bez te­go żyć. A że nie chcia­no go za­trud­nić ja­ko mu­zy­ka, wy­ro­bił so­bie li­cen­cję pry­wat­ne­go de­tek­ty­wa.

Póź­niej roz­sze­rzył dzia­łal­ność na usłu­gi w bran­ży tu­ry­sty­ki ko­smicz­nej. Uczy­nił tak, gdyż chwi­la­mi miał już dość smro­du, któ­ry czuł grze­biąc w pry­wat­nych klo­akach klien­tów. Lecz li­cen­cję na usłu­gi de­tek­ty­wi­stycz­ne wciąż od­na­wiał. Sta­tus pry­wat­ne­go de­tek­ty­wa miał okre­ślo­ne przy­wi­le­je, po­zwa­lał mu na przy­kład wy­łą­czyć lo­ka­li­za­tor oraz au­to­ma­tycz­ną re­je­stra­cję ob­ra­zu i dźwię­ku. In­ni ucie­ka­li od Wiel­kie­go Bra­ta uży­wa­jąc nie­le­gal­ne­go opro­gra­mo­wa­nia, on ko­rzy­stał z te­go za dar­mo i cał­ko­wi­cie le­gal­nie.

Jesz­cze za ży­cia oj­ca sa­la kon­cer­to­wa sta­ła się sa­lą wy­kła­do­wą. Oj­ciec usta­wił tam ła­wy i pro­wa­dził za­ję­cia dla stu­den­tów. Po je­go śmier­ci Bart po­prze­su­wał sie­dzi­ska pod ścia­ny i po­miesz­cze­nie znów sta­ło się sa­lą kon­cer­to­wą, a wła­ści­wie sa­lą prób. Sce­na zo­sta­ła za­sło­nię­ta ko­ta­rą, a na pro­sce­nium po­ja­wił się ze­staw per­ku­syj­ny do ćwi­czeń. Skła­dał się z szes­na­stu ta­le­rzy oraz dzie­się­ciu bęb­nów z przo­du i czte­rech za ple­ca­mi. Tuż przed ko­la­na­mi stał wer­bel i Bart każ­dą pró­bę roz­po­czy­nał od krót­kiej roz­grzew­ki na nim. Póź­niej do­łą­cza­ła pra­wa no­ga; pe­dał sto­py ude­rza­ją­cy bi­ja­kiem w mem­bra­nę du­że­go bęb­na prze­mie­niał nie­groź­ne dźwię­ki w zło­wro­gi, dud­nią­cy rytm. Po kil­ku mi­nu­tach był go­to­wy do pra­cy z po­zo­sta­ły­mi bęb­na­mi. Pał­ką omia­tał to­my, flo­or-to­my, jak rów­nież ze­staw ro­to-to­mów. Bar­dzo lu­bił brzmie­nie tych ostat­nich, lecz by­ło ono zbyt spe­cy­ficz­ne. Od ra­zu ko­ja­rzy­ło się z na­gra­niem Ti­me Pink Floyd, nie uży­wał więc ich zbyt czę­sto. W koń­cu przy­cho­dził czas na bla­chy. Po krót­kiej jeź­dzie na ra­idzie omia­tał in­ne ta­le­rze. Od 12-ca­lo­we­go spa­sha, po­przez po­dwój­ny hi-hat, śred­niej śred­ni­cy crash oraz chi­na, po 20-ca­lo­wy ri­de. Koń­czył na wi­szą­cym, me­tro­wym gon­gu, wy­gry­wa­jąc Wiel­ki Wy­buch. Na za­koń­cze­nie, dla uspo­ko­je­nia, spraw­dzał dźwięk prze­szka­dza­jek. Do­pie­ro po ta­kiej roz­grzew­ce czuł się go­to­wy do prze­ćwi­cze­nia wy­bra­ne­go utwo­ru. Obec­nie, za­in­spi­ro­wa­ny roz­mo­wą z Kuch­nią, po­sta­no­wił wy­żyć się gra­jąc Wal­co­me to the Jun­gle Guns N’ Ro­ses. To był ostry ło­mot, któ­ry ide­al­nie nada­wał się do wy­tłu­mie­nia emo­cji.

Bart chciał­by za­ra­biać gra­jąc na bęb­nach, lecz nie by­ło ta­kie­go za­po­trze­bo­wa­nia. Do ko­tle­ta pa­nie­ro­wa­ne­go wy­star­cza­ło ci­che od­twa­rza­nie ever­gre­enów, a w dys­ko­te­kach kró­lo­wa­ło bęb­nie­nie w jed­no­staj­nym ryt­mie, ge­ne­ro­wa­ne zwy­kle przez pro­gra­my kom­pu­te­ro­we. Po­pu­lar­no­ścią cie­szy­ła się siecz­ka w ro­dza­ju: „La, la, la, ko­cham cię. Dla­cze­go ty mnie nie?”. On też był zmu­sza­ny do gra­nia ka­wał­ków Be­atle­sów, pró­bo­wał jed­nak prze­my­cić na­gra­nia ka­pel roc­ko­wych, ta­kich jak Luc­ky Man Emer­son, La­ke & Pal­mer czy Talk to the Wind King Crim­son. To też by­ły przy­tu­lan­ki, lecz Bart przy­naj­mniej wie­dział, że na co dzień ka­pe­le te gra­ły in­ną mu­zy­kę. Po­dob­no na no­wych świa­tach do łask po­wró­ci­ło co­un­try, ale on nie czuł te­go kli­ma­tu. Mo­że dla­te­go, że nie znaj­do­wał się na za­gu­bio­nej w ko­smo­sie łu­pin­ce? Mi­mo wszyst­ko nie miał ocho­ty spraw­dzać, czy po­ko­chał­by pie­śni opie­wa­ją­ce wi­ro­wa­nie na ska­le nie­wie­le więk­szej, niż je­go miesz­ka­nie. Na do­da­tek wy­ko­ny­wa­ne przy akom­pa­nia­men­cie ban­jo. Ist­nia­ła też mu­zy­ka kwan­to­wa – któ­rą on znał ja­ko kon­kret­ną, li­czą­ca so­bie już z pół­to­ra wie­ku – ale to by­ły smacz­ki dla ko­ne­se­rów, wy­gry­wa­ne w fil­har­mo­niach dla kil­ku­na­stu słu­cha­czy, za­to­pio­nych w opa­rach psy­cho­de­licz­nych do­znań. A on chciał grać gło­śno. I na ży­wo. Ze­spo­ło­wi, skrzy­ki­wa­ne­mu ad hoc przed wy­stę­pem, na­rzu­cił jed­ną za­sa­dę: graj na czym chcesz, ale bez elek­tro­nicz­ne­go wspo­ma­ga­nia. To mia­ła być praw­dzi­wa mu­zy­ka, wszyst­kie dźwię­ki mu­sia­ły być wy­do­by­wa­ne w cza­sie rze­czy­wi­stym, a prze­pusz­czać je by­ło wol­no je­dy­nie przez wzmac­nia­cze tran­zy­sto­ro­we, a jesz­cze le­piej lam­po­we. W mie­ście funk­cjo­no­wa­ło kil­ka lo­ka­li, w któ­rych gra­no na ży­wo i raz na pół ro­ku zga­dza­no się na ja­kiś „trud­niej­szy” wy­stęp. Co za iro­nia – rock trud­niej­szą mu­zy­ką! Bart od­wie­dzał je re­gu­lar­nie, a gdy uda­wa­ło mu się za­ła­twić wy­stęp, prze­pro­wa­dzał z ze­spo­łem kil­ka prób i… na czas jed­ne­go wie­czo­ru zo­sta­wa­li rock­ma­na­mi. Nie po­tra­fił zre­zy­gno­wać z gra­nia. Wpraw­dzie był to tyl­ko rock’n’roll, ale on go lu­bił. Chy­ba tyl­ko on i grup­ka di­no­zau­rów po­zo­sta­wa­ła mu wier­na. Dla mło­dych rock był ni­czym pusz­cza­nie zna­ków dym­nych: cał­ko­wi­cie za­po­mnia­ny, nie­zro­zu­mia­ły kod.

Mu­zy­ka sta­no­wi­ła pa­sję Bar­ta. Szko­da, że nie mógł po­świę­cić jej ca­łe­go cza­su, za­nu­rzyć się w tym ży­wio­le bez resz­ty. Je­go ma­rze­niem by­ło dać się unieść prą­dom, w na­dziei, że po­śród licz­nych mie­lizn wy­ło­wi dro­go­cen­ne per­ły. Ale by­ły też  in­ne fa­scy­na­cje. Te­raz wy­ga­słe, a przy­naj­mniej uśpio­ne. Swo­je za­uro­cze­nie ko­smo­sem prze­niósł w ułom­nej for­mie na spo­sób za­ra­bia­nia pie­nię­dzy, po­nie­waż no­wych klien­tów znaj­do­wał wśród pa­sa­że­rów win­dy ko­smicz­nej. Na­to­miast umi­ło­wa­nie ar­chi­tek­tu­ry znaj­do­wa­ło za­sto­so­wa­nie w je­go po­dej­ściu do roz­wią­zy­wa­nia pro­ble­mów. Każ­dą trud­ność po­tra­fił bo­wiem roz­ło­żyć na ele­men­ty no­śne, na któ­rych opie­ra­ła się bry­ła pro­ble­mu, czę­sto tak roz­bu­cha­ne­go, że trud­no by­ło na­wet doj­rzeć fi­la­ry.

Te dwie pa­sje spo­tka­ły się ze so­bą tyl­ko w jed­nym, zre­ali­zo­wa­nym pro­jek­cie. Py­lo­ny win­dy ko­smicz­nej mia­ły kształt, któ­ry Bart uwiecz­nił kie­dyś na od­wro­cie za­wia­do­mie­nia o przy­zna­niu oj­cu Na­gro­dy No­bla. Pa­pie­ru uży­wa­no bar­dzo rzad­ko, lecz Bart, ja­ko chło­piec, wo­lał ry­so­wać pro­jek­ty do­mów przy­szło­ści, sta­cji ko­smicz­nych i baz pla­ne­tar­nych na pa­pie­rze, niż na ekra­nie mo­ni­to­ra. Oj­ciec nie był zły za znisz­cze­nie do­ku­men­tu, a na­wet za­czął mu od­da­wać każ­dą kart­kę pa­pie­ru za­dru­ko­wa­ną tyl­ko z jed­nej stro­ny. Ze­ska­no­wał też pro­jekt py­lo­nów Bar­ta, mó­wiąc, że mu się po­do­ba i że pod­rzu­ci go do biu­ra pro­jek­to­we­go, aby ar­chi­tek­ci wzię­li go pod roz­wa­gę. I tak wła­śnie się sta­ło. Nie otrzy­mał co praw­da ho­no­ra­rium, lecz na ta­blicz­kach in­for­ma­cyj­nych po­ja­wi­ło się je­go na­zwi­sko, ra­zem z ad­no­ta­cją, że in­spi­ra­cją pro­jek­tu stał się ry­su­nek Bar­tło­mie­ja, sze­ścio­let­nie­go sy­na głów­ne­go kon­struk­to­ra Wła­dy­sła­wa Grej­gał­ło. Był to je­dy­ny je­go pro­jekt prze­nie­sio­ny z kart­ki pa­pie­ru na trój­wy­mia­ro­wą bry­łę.

Wa­ląc w bęb­ny ga­sił swo­ją złość. Wku­rza­ło go, że po­rzu­cił ar­chi­tek­tu­rę, a lu­dzie po­rzu­ci­li ma­rze­nia o do­tar­ciu na skraj wszech­świa­ta, sku­pia­jąc uwa­gę na wbi­ja­niu ki­lo­fa w ska­ły pla­ne­to­id, z my­ślą o zy­sku. Nie wszyst­ko jed­nak by­ło stra­co­ne. Wie­dział, że po kil­ku­let­niej mo­der­ni­za­cji win­da mia­ła wzno­wić dzia­łal­ność, wy­no­sząc na or­bi­tę ele­men­ty pierw­sze­go mię­dzy­gwiezd­ne­go stat­ku ko­smicz­ne­go.

Rozdział II

City Of Hope

Dawapolis

Da­wa­po­lis po­wsta­ło w Afry­ce z ini­cja­ty­wy Unii Eu­ro­pej­skiej, przy nie­wiel­kim wkła­dzie fi­nan­so­wym Chin. Pod mia­sto i win­dę do nie­ba wy­dzier­ża­wio­no na 99 lat wy­żyn­ny, bu­ry te­ren na sty­ku gra­nic trzech kra­jów o róż­nej wie­rze – Etio­pii, So­ma­lii i Ke­nii. Po pół wie­ku mia­sto oka­za­ło się ostat­nim, peł­nym od­de­chem świa­ta je­go ro­dzi­ców. Ago­nia zjed­no­czo­nej Eu­ro­py trwa­ła wie­le lat, cho­ciaż jej ko­niec od daw­na był dla wszyst­kich oczy­wi­sty. Nim Bart osią­gnął peł­no­let­ność, w Eu­ro­pie po­wsta­ło po­nad sto pań­ste­wek, kró­lestw i księ­ste­wek, za­miesz­ka­nych w du­żym stop­niu przez Afry­kań­czy­ków i Ara­bów. Eu­ro­pej­czy­cy ucie­ka­li z kon­ty­nen­tu jak szczu­ry z to­ną­ce­go okrę­tu, w ta­kiej pa­ni­ce, że do mia­sta nie wpusz­czo­no na­wet au­to­chto­nów z za­gar­nię­tych te­re­nów. Wię­cej w nim by­ło te­raz bia­łych niż w Eu­ro­pie. Nie­któ­rzy mó­wi­li, że to ze­msta za ma­so­we mi­gra­cje z po­cząt­ku wie­ku.

Mia­sto mia­ło być noc­le­gow­nią dla pra­cow­ni­ków ko­mer­cyj­no-na­uko­we­go pro­jek­tu win­dy ko­smicz­nej. Za­kła­da­no, że bę­dzie li­czyć nie wię­cej niż kil­ka­set ty­się­cy miesz­kań­ców. Wszyst­ko zmie­ni­ło się po ko­lej­nej fa­li ma­so­wych mi­gra­cji z po­ło­wy wie­ku. Za­lew imi­gran­tów z Afry­ki i Azji spo­wo­do­wał, że więk­szość Eu­ro­pej­czy­ków po­sta­no­wi­ła po­rzu­cić za­ta­pia­ny przez prze­sie­dleń­ców, ale i pod­no­szą­cy się po­ziom oce­anów, kon­ty­nent, i prze­nieść się na wyż­sze, pu­ste te­re­ny. Już wcze­śniej Eu­ro­pej­czy­cy po­sta­wi­li na Afry­kę – Ho­len­drzy zbu­do­wa­li kil­ka za­mknię­tych klo­sza­mi miast na Sa­ha­rze, Fran­cu­zi w Al­gie­rii, Niem­cy w Ka­me­ru­nie, a An­gli­cy w Su­da­nie.

Tym ra­zem wy­bra­no te­re­ny wo­kół Da­wa­po­lis. Ostat­nia fa­la emi­gran­tów spo­wo­do­wa­ła, że mia­sto roz­ro­sło się do sze­ścio­mi­lio­no­wej me­tro­po­lii. Naj­pierw Wło­si i Hisz­pa­nie, wy­py­cha­ni z wła­sne­go kra­ju przez przy­by­szów z Afry­ki, ku­pi­li zie­mię na za­chód od mia­sta, po le­wej stro­nie rze­ki Da­wa i prze­sie­dli­li tam set­ki ty­się­cy oby­wa­te­li swo­ich kra­jów. Póź­niej Fran­cu­zi, po po­łu­dnio­wej stro­nie te­re­nów Hisz­pa­nów i Wło­chów, wy­bu­do­wa­li dziel­ni­cę fran­cu­ską, a Niem­cy –  nie­miec­ką. W kil­ka lat po tym, drob­na, wiecz­nie uśmiech­nię­ta, wy­glą­da­ją­ca na uczen­ni­cę gim­na­zjum, chiń­ska mi­ni­ster wy­tar­go­wa­ła od So­ma­lij­czy­ków zie­mie le­żą­ce na wschód od mia­sta. Ura­że­ni bra­kiem wła­snych dziel­nic is­la­mi­ści so­ma­lij­scy otrzy­ma­li te­re­ny po­ło­żo­ne na po­łu­dnie od Chiń­czy­ków. Rów­nież Ży­dzi uzna­li, że za cia­sno im w Izra­elu i ku­pi­li tro­chę zie­mi po pra­wej stro­nie rze­ki, na po­łu­dnie od mia­sta.

Po­cząt­ko­wo by­ły to dziel­ni­ce o cha­rak­te­rze et­nicz­nym, z cza­sem jed­nak oka­za­ło się, że sil­niej­szy wy­róż­nik sta­no­wi wia­ra re­li­gij­na. Ka­to­li­cy chcie­li miesz­kać bli­sko ka­to­li­ków, mu­zuł­ma­nie obok mu­zuł­ma­nów. Mia­sto po­dzie­lo­no na sek­to­ry, po­zwa­la­jąc na ich za­sie­dle­nie we­dług wy­zna­wa­ne­go ob­rząd­ku. Każ­dy sek­tor wy­zna­wał in­ne­go Bo­ga i dzi­siaj nie mó­wi­ło się już o sek­to­rach wło­skich, fran­cu­skich czy ży­dow­skich, a o sek­to­rach chrze­ści­jan, is­la­mi­stów i ju­da­istów. Wie­rzą­cy w po­mniej­szych bo­gów oraz nie­wie­rzą­cy w żad­ne­go bo­ga, w więk­szo­ści miesz­ka­li w daw­nym sek­to­rze fran­cu­skim i nie­miec­kim oraz chiń­skim. Nie­gdyś Da­wa­po­lis re­kla­mo­wa­no ja­ko mia­sto, w któ­rym cu­da zda­rza­ją się co­dzien­nie, za­pra­sza­jąc do od­wie­dzin miej­sca, gdzie zbu­do­wa­no win­dę ko­smicz­ną – na­dzie­ję ma­so­we­go pod­bo­ju ko­smo­su. „Jest mia­sto na­dziei po­za na­szy­mi lę­ka­mi, w któ­rym dzie­ją się cu­da, w któ­rym moż­na usły­szeć praw­dę. Nie chciał­byś od­wie­dzić mia­sta na­dziei?”[4]. Tak się nie sta­ło. Ży­cie zde­cy­do­wa­ło, że sta­ło się mia­stem wszel­kich re­li­gii – i tych jed­ne­go Bo­ga, i tych mniej­szych bo­gów, a na­dzie­ja po­zo­sta­ła je­dy­nie w mo­dli­twie do wy­bra­ne­go Bo­ga.

Po­dział na sek­to­ry nie był ide­al­nym roz­wią­za­niem. Chrze­ści­ja­nie uwa­ża­li, że ja­ko naj­licz­niej­sza gru­pa ma­ją pra­wo zaj­mo­wać więk­sze te­ry­to­rium, zwłasz­cza że nie­wie­rzą­cy w żad­ne­go bo­ga nie po­win­ni po­sia­dać miej­sca ani na tej zie­mi, ani w nie­bie – sko­ro w ist­nie­nie nie­ba nie wie­rzy­li. Z tych nie­sna­sek ko­rzy­stał Bart, znaj­du­jąc naj­wię­cej klien­tów w gru­pie osób za­gu­bio­nych wśród re­li­gij­nych na­ka­zów i za­ka­zów. Pa­ra­fra­zu­jąc opi­nię o Szan­gha­ju, mó­wi­ło się: jedz u bud­dy­stów, rób in­te­re­sy z ju­da­ista­mi, za­baw się w sek­to­rze bo­gów mniej­szych, a pij tam, gdzie osie­dli­li się bez­boż­ni­cy. Ale od sek­to­rów chrze­ści­jan i is­la­mi­stów trzy­maj się z da­le­ka. Te­re­nem łow­nym dla Bar­ta by­li ci, któ­rzy nie prze­strze­ga­li tej re­gu­ły. Naj­waż­niej­sze oka­zy­wa­ło się to, gdzie zo­sta­łeś przy­ła­pa­ny na wy­stęp­ku. Bę­dąc hin­du­sem mo­głeś do wo­li wci­nać ham­bur­ge­ry z wo­ło­win­ką – o ile nie ro­bi­łeś te­go w sek­to­rze hin­du­istycz­nym. Po­dob­nie ju­da­iści mo­gli opy­chać się wie­przo­wą po­lę­dwicz­ką, je­śli tyl­ko omi­ja­li en­kla­wę ju­da­istów. Do rzad­ko­ści na­le­ża­ły przy­pad­ki eks­tra­dy­cji po­dej­rza­nych, cho­ciaż i to się zda­rza­ło. Is­la­mi­stę, pi­ją­ce­go sa­ke w sek­to­rze chrze­ści­jań­skim, wy­mie­nia­no wte­dy na przy­kład na chrze­ści­ja­ni­na ob­że­ra­ją­ce­go się w pią­tek go­lon­ką w sek­to­rze mu­zuł­mań­skim.

Bart miesz­kał po za­chod­niej stro­nie rze­ki Da­wa, w sek­to­rze Sta­re­go Mia­sta, w żar­go­nie miesz­kań­ców zwa­nym Unzi Gud­do, od na­zwy wchło­nię­tej przez me­tro­po­lię wio­ski. Tu mo­głeś ro­bić wszyst­ko, co tyl­ko chcia­łeś – to by­ła stre­fa wol­na od re­li­gii. Z do­mu do­jeż­dżał ko­le­ją ma­gne­tycz­ną na pół­noc­ny cy­pel sek­to­ra, gdzie roz­po­czy­nał pra­cę. Tak zwa­ny Klin Po­ko­ju wci­nał się w ko­ry­to rze­ki, od­dzie­la­jąc chrze­ści­jan od mu­zuł­ma­nów. Tam wła­śnie znaj­do­wał naj­wię­cej klien­tów, gdyż tu­ry­ści ła­two tra­ci­li orien­ta­cję w te­re­nie i szli na­pić się do mu­zuł­ma­nów lub po­ciup­ciać do chrze­ści­jan. Je­śli nie uda­wa­ło mu się na­mie­rzyć klien­tów od ra­zu, po­su­wał się pie­szo w kie­run­ku po­łu­dnio­wym, aby – już moc­no pod wpły­wem al­ko­ho­lu – tra­fić osta­tecz­nie do do­mu. Jed­nak na dzi­siaj za­pla­no­wał in­ną tra­sę. Naj­pierw za­mie­rzał od­wie­dzić plac św. Mar­ka w cen­trum. To nie był ja­kiś tam plac św. Mar­ka. To był ory­gi­nał, prze­nie­sio­ny ce­gieł­ka po ce­gieł­ce, z za­to­pio­nej We­ne­cji.

Biczownicy i bębniarze

Aby prze­do­stać się na plac, mu­siał po­cze­kać aż przej­dzie po­chód bi­czow­ni­ków. Po­śród dwóch, gę­sto upcha­nych szpa­le­rów wi­dzów, z któ­rych wie­lu trzy­ma­ło bęb­ny, prze­pły­wał ko­ro­wód pół­na­gich, bo­sych męż­czyzn, okła­da­ją­cych się pej­cza­mi po ple­cach i cią­gną­cych cięż­kie łań­cu­chy po za­byt­ko­wych pły­tach chod­ni­ko­wych ura­to­wa­nych z We­ne­cji. Co za bar­ba­rzyń­stwo. W sie­ci spraw­dził, że zwy­czaj ten wy­wo­dził się z hisz­pań­skiej pro­win­cji La Rio­ja, gdzie bi­czow­ni­ków na­zy­wa­no pi­ca­os. Ale po­pu­lar­ny był rów­nież na Fi­li­pi­nach.

Bi­czow­ni­cy nie sto­so­wa­li ta­ry­fy ulgo­wej, to nie by­ła za­ba­wa na po­kaz; ci męż­czyź­ni czu­li się tak źle ze swo­imi my­śla­mi, że po­sta­no­wi­li upu­ścić je ra­zem z krwią. Mó­wi­li, że ból jest ni­czym wo­bec ulgi, któ­rą czu­ją po sa­mo­bi­czo­wa­niu. Był to dra­stycz­ny spo­sób uci­sze­nia wy­rzu­tów su­mie­nia, lecz nikt nie mógł od­mó­wić im pra­wa do po­ku­ty. Jed­nym wy­star­cza­ło przy­rze­cze­nie po­pra­wy, in­ni po­trze­bo­wa­li wy­kle­pa­nia dzie­się­ciu zdro­wa­siek, a nie­któ­rzy by­li żąd­ni – wła­snej lub cu­dzej – krwi. Cie­ka­we, że su­mie­nie drę­czy­ło naj­bar­dziej lu­dzi mło­dych, płci mę­skiej. Nie­wy­klu­czo­ne, że star­si wie­kiem na­uczy­li się, że su­mie­nia moż­na po­zbyć się w mniej bo­le­sny spo­sób. Dla Bar­ta po­chód ten sta­no­wił ra­czej ro­dzaj wy­zwa­nia, ja­kie po­ja­wia­ją się w gło­wach lu­dzi wcho­dzą­cych w ży­cie. Przy­rów­ny­wał go do po­go­ni za by­ka­mi, or­ga­ni­zo­wa­ny­mi w hisz­pań­skiej Pam­pe­lu­nie. Ani by­ki, ani pej­cze nie by­ły prze­ja­wem re­li­gij­nej po­ku­ty, a spo­so­bem od­na­le­zie­nia gra­nic wła­snej głu­po­ty.

Wie­le świąt, wy­wo­dzą­cych się z róż­nych re­li­gii i re­gio­nów świa­ta, by­ło tak po­pu­lar­nych, że uzy­ski­wa­no zgo­dę na ich or­ga­ni­zo­wa­nie w sek­to­rze Unzi Gud­do. Bo­że Na­ro­dze­nie, Wiel­ka­noc i świę­to Pas­chy, Bo­że Cia­ło, Aszu­ra, Świę­to Prze­rwa­nia Po­stu Iid-ul-Fitr, Świę­to Ofiar Iid-ul-Ad­ha, świę­to po­jed­na­nia Yom Kip­pur, Cha­nu­ka, ob­cho­dy rocz­ni­cy Oświe­ce­nia Bud­dy, Dzień San­ghi, Ma­kar San­kran­ti, Fe­sti­wal Lamp Di­wa­li, Świę­to Ry­dwa­nów Ma­kar San­kran­ti –  by­ły z chę­cią ob­cho­dzo­ne przez wy­znaw­ców in­nej wia­ry. A do te­go na­le­ża­ło jesz­cze do­dać świę­ta na­ro­do­we: Zbu­rze­nie Ba­sty­lii, Dzień Nie­pod­le­gło­ści, Dzień Re­for­ma­cji. By­ło ich spo­ro, a każ­dy ozna­czał jed­no­cze­śnie dzień – lub dni – wol­ne od pra­cy. Naj­gor­szy oka­zy­wał się post przed Wiel­ka­no­cą oraz czas Ra­ma­da­nu. Na Wiel­ka­noc przy­jeż­dża­ło spo­ro tu­ry­stów, wie­lu go­to­wych pod­dać się bi­czo­wa­niu lub ukrzy­żo­wa­niu.  By­li tak za­fik­so­wa­ni re­li­gij­nie, że na­wet nie my­śle­li o zwie­dza­niu mia­sta, czy sko­kach w bok. Czas Ra­ma­da­nu pre­zen­to­wał się nie­co le­piej, ale wszyst­ko roz­gry­wa­ło się w głę­bo­kich piw­ni­cach, tam, gdzie nie się­gał wzrok Pro­ro­ka, a tłu­my mu­zuł­ma­nów mo­gły do wo­li ob­że­rać się za­bro­nio­ny­mi wik­tu­ała­mi.

Pa­trząc na krew spły­wa­ją­cą po ple­cach bi­czow­ni­ków, Bart stwier­dził, że chy­ba nie lu­bi żad­nych świąt. Ta myśl lek­ko go za­smu­ci­ła. Dla­cze­go nie ce­nił świąt, prze­cież by­ła to oka­zja do spo­tkań z in­ny­mi, ra­do­ści, a na­wet za­sta­no­wie­nia się nad sa­mym so­bą? Tyl­ko dla­cze­go – to py­ta­nie tkwi­ło w nim od za­wsze – czas za­ba­wy lub wy­rze­czeń i po­stu miał wy­zna­czać ka­len­darz wia­ry? Wszak dziś na­wet ka­len­darz pór ro­ku nie wy­zna­czał ter­mi­nów sie­wu czy zbio­rów plo­nów. Po za­sta­no­wie­niu uznał, że nie cier­pi żad­nych rocz­nic. Pierw­szej ku­py na noc­ni­ku, wspo­mnie­nia pierw­sze­go roz­bi­te­go ko­la­na, pierw­sze­go po­ca­łun­ku (któ­re­go nie mógł so­bie przy­po­mnieć), pierw­sze­go zda­ne­go, jak i nie­zda­ne­go eg­za­mi­nu, pierw­sze­go wy­chy­lo­ne­go ku­fla pi­wa i kie­lisz­ka wód­ki, dat uro­dzin, imie­nin i śmier­ci. Zwłasz­cza śmier­ci.

Za­czął pa­dać deszcz, do­da­jąc do świ­stów ba­tów oraz śpie­wów chó­rów ko­ściel­nych tę­py od­głos ude­rzeń kro­pel o nie­re­gu­lar­ne bań­ki osło­ny, przy­po­mi­na­ją­cej bło­ny skrzy­deł mo­ty­la. Żad­na kro­pla nie mia­ła pra­wa spaść na gło­wy miesz­kań­ców, bo by­ła zbyt dro­go­cen­na, by ją trwo­nić. Bań­ki pa­ra­so­la nad mia­stem zbie­ra­ły desz­czów­kę w zbior­ni­kach, aby po od­fil­tro­wa­niu me­ta­li cięż­kich oraz bak­te­rii i wi­ru­sów, mo­gła zo­stać uży­ta w sie­ci miej­skiej i na far­mach spe­cja­li­zu­ją­cych się w upra­wie ro­ślin.

Bart lu­bił deszcz, cho­ciaż pa­mię­tał go je­dy­nie z dzie­ciń­stwa, kie­dy nie roz­pię­to jesz­cze pa­ra­so­la nad mia­stem. Naj­bar­dziej tę­sk­nił za dniem, w któ­rym mat­ka wy­sła­ła go po sło­ik ma­jo­ne­zu. Dzia­ło się to przed Wiel­ka­no­cą. Nie mo­gło za­brak­nąć go na świą­tecz­nym sto­le, a  do za­mknię­cia skle­pów po­zo­sta­ła tyl­ko go­dzi­na. Nikt nie przyj­mie za­mó­wie­nia z do­sta­wą o tej po­rze, a je­śli na­wet, to dron al­bo ro­bot pod­rzu­cił­by sło­ik do­pie­ro we wto­rek.

W Wiel­ki Pią­tek jesz­cze wie­rzył w Bo­ga, a w Wiel­ką So­bo­tę go zgu­bił. Dzi­siaj już na­wet nie pa­mię­tał, jak do te­go do­szło. Naj­praw­do­po­dob­niej sta­ło się to w cza­sie snu: gdy kładł się spać, Bóg jesz­cze był, a po prze­bu­dze­niu znik­nął. Trud­no na­zwać to wiel­kim wy­da­rze­niem, cho­dzi­ło ra­czej o su­mę bła­ho­stek, któ­re pew­ne­go dnia po­wo­du­ją, że pod­ję­ta de­cy­zja, ni­czym iskra roz­świe­tla mrok za­gu­bie­nia, i już wiesz. Że nie pój­dziesz ju­tro do pra­cy; że rzu­cisz pa­le­nie, prze­sta­niesz pić; że nie ko­chasz już tej je­dy­nej, wy­bra­nej ko­bie­ty. Wiel­kie rze­czy czę­sto za­czy­na­ją się od dro­bia­zgów. Cho­dzi o to, że­by nie prze­ga­pić tej chwi­li; uświa­do­mić so­bie, że to nie ulot­na myśl, a po­czą­tek cze­goś waż­ne­go. Co praw­da nie by­ło to jabł­ko New­to­na ani prze­le­wa­ją­ca się wo­da w wan­nie Ar­chi­me­de­sa, lecz w je­go ży­ciu ode­gra­ło ta­ką sa­mą ro­lę. Bo cóż jest bar­dziej war­to­ścio­we­go od ży­cia w zgo­dzie z sa­mym so­bą? Wte­dy prze­stał cze­kać na Wiel­ka­noc­ną Nie­dzie­lę. Wciąż cie­szył się na szu­ka­nie ukry­tych ja­jek, na wspo­mnie­nie za­sta­wio­ne­go sto­łu cie­kła mu ślin­ka, lecz nie cze­kał już na Zmar­twych­wsta­nie. Kie­dy jed­nak mat­ka po­pro­si­ła go, by pod­sko­czył do skle­pu, mi­mo pa­skud­nej po­go­dy, zro­bił to z ocho­tą.

Nie­spo­dzie­wa­nie roz­pę­ta­ła się ule­wa. Kro­ple desz­czu by­ły tak du­że jak cze­re­śnie i ude­rza­ły tak moc­no, jak kul­ki z far­bą uży­wa­ne w pa­int­bal­lu. W kil­ka se­kund prze­mókł do su­chej nit­ki, a uli­cą za­czę­ła pły­nąć rwą­ca rze­ka. Nie prze­szka­dza­ło mu to. Zszedł z chod­ni­ka w ten po­tok i za­czął kro­czyć, roz­ko­pu­jąc wo­dę przed so­bą. Bro­dził w niej i śpie­wał na ca­ły głos. Mógł to ro­bić, po­nie­waż kro­ple tak gło­śno bęb­ni­ły po da­chach do­mów i sa­mo­cho­dów, że nic in­ne­go nie by­ło sły­chać. Jak w fil­mie Desz­czo­wa pio­sen­ka. Nie miał je­dy­nie pa­ra­so­la, któ­ry mógł­by wrę­czyć zdu­mio­ne­mu po­li­cjan­to­wi. Po­li­cjan­ta zresz­tą też nie zna­lazł. Ale i tak był szczę­śli­wy, jak ni­g­dy wcze­śniej. Do dzi­siaj nie po­tra­fił zro­zu­mieć dla­cze­go? Mo­że deszcz uświa­do­mił mu, że świat bez Bo­ga jest rów­nie wspa­nia­ły? Czyst­szy, mo­że bar­dziej groź­ny, lecz i bar­dziej ma­je­sta­tycz­ny.

W koń­cu re­li­gij­ni ma­so­chi­ści znik­nę­li za ro­giem ulicz­ki, a szpa­le­ry po­łą­czy­ły się, za­skle­pia­jąc krwa­we śla­dy na we­nec­kich pły­tach. Deszcz nie zdo­ła ich spłu­kać, w no­cy bę­dą mu­sia­ły wy­je­chać au­to­ma­ty sprzą­ta­ją­ce z sil­ny­mi de­ter­gen­ta­mi. Bart szyb­ko przedarł się na plac i sta­nął w pierw­szym rzę­dzie lu­dzi, w mo­rzu wer­bli, bę­ben­ków i bęb­nów. Ten tłum ocze­ki­wał na udział w kon­cer­cie na­zy­wa­nym „Rom­pi­da de la ho­ra”. To rów­nież był zwy­czaj za­adap­to­wa­ny z hisz­pań­skie­go in­te­rio­ru, z Ara­go­nii. Jed­nak Bart przy­szedł, aby móc do­kład­nie ob­ser­wo­wać wy­stęp ja­poń­skich per­ku­si­stów. Moż­na po­wie­dzieć, że by­li su­por­tem do wła­ści­we­go kon­cer­tu. W tym ro­ku rytm miał wy­bi­jać ol­brzy­mi bę­ben ta­iko. Bart przej­rzał wcze­śniej za­so­by in­ter­ne­to­we i wie­dział, że nie był to naj­więk­szy bę­ben świa­ta. Miał oko­ło dwóch i pół me­tra śred­ni­cy. Wy­ko­na­no go z jed­ne­go ka­wał­ka dwu­stu­let­nie­go drew­na, su­szo­ne­go przez pięć lat, i ob­cią­gnię­to mem­bra­ną ze skó­ry wo­ło­wej. Zo­stał uło­żo­ny na koź­le w po­zio­mie, aby sto­ją­cy na po­de­ście pał­karz mógł ude­rzać ba­chi – pał­ka­mi o śred­ni­cy trzon­ka do sie­kie­ry i dłu­go­ści sie­dem­dzie­się­ciu cen­ty­me­trów. Bar­ta cie­ka­wi­ło, jak bęb­niarz da so­bie ra­dę z wy­gra­niem oro­shi – se­rii ude­rzeń w co­raz szyb­szym ryt­mie, któ­rych kul­mi­na­cją by­ło zla­nie się po­je­dyn­czych gro­mów w je­den po­tęż­ny grzmot. Przed wiel­kim ta­iko usta­wio­no – już w pio­nie – czte­ry mniej­sze bęb­ny, a obok wer­ble.

Spek­takl roz­po­czął się od po­je­dyn­cze­go ude­rze­nia ma­czu­gą w du­ży ko­cioł. Na ten sy­gnał za­re­ago­wał bę­ben o wą­skim pu­dle, przy­po­mi­na­ją­cy dźwię­kiem wer­bel, wy­gry­wa­jąc me­lo­dię o brzmie­niu po­dob­nym do gry na garn­kach. Póź­niej do­łą­czy­ły po­zo­sta­łe in­stru­men­ty per­ku­syj­ne, brzmią­ce już ba­so­wy­mi po­mru­ka­mi. Głów­ny pał­karz nie był chło­pem na schwał. Zwy­kła chu­dzi­na, z dłu­gi­mi wło­sa­mi spię­ty­mi w ster­czą­cy kok. Wy­glą­da­ło to tak, jak­by ude­rzał w mem­bra­nę bez wy­sił­ku, na­wet od nie­chce­nia, lecz Bart wie­dział, że to tyl­ko złu­dze­nie. Kil­ku­mi­nu­to­wa gra na ta­kim bęb­nie po­chła­nia­ła ty­le ka­lo­rii, co go­dzin­ny bieg na bież­ni tre­nin­go­wej. Wśród bęb­nia­rzy znaj­do­wa­ła się też ko­bie­ta. Mu­zy­cy śmia­li się, ska­ka­li po sce­nie i po­krzy­ki­wa­li, ale wciąż gra­li. I to jak! Przy ta­kiej eks­plo­zji mu­zycz­nej ra­do­ści fi­na­ło­we oro­shi ze­szło na dru­gi plan.

Wy­stęp ja­poń­skich mu­zy­ków uświa­do­mił Bar­to­wi, że mu­zy­ka to przede wszyst­kim za­ba­wa. Z go­ry­czą po­my­ślał, że on sam pod­cho­dzi do gra­nia zbyt po­waż­nie. Per­fek­cja by­ła waż­na, lecz za­po­mi­na­jąc o ra­do­ści pły­ną­cej z gry, trud­no by­ło wy­krze­sać ra­dość u słu­cha­czy.

Po przed­sta­wie­niu Ja­poń­czy­ków nad­szedł czas dla ama­to­rów. Set­ki, a mo­że na­wet ty­sią­ce wa­li­bęb­nów cze­ka­ło ze wznie­sio­ny­mi pa­łecz­ka­mi, pał­ka­mi, ma­czu­ga­mi, na sy­gnał do roz­po­czę­cia ło­mo­tu. Wer­bli­sta ta­iko scho­wał pał­ki, wzno­sząc po­now­nie ma­czu­gę. Bu­uum… i za­czę­ło się! Wer­ble, bęb­ny, ko­tły za­ata­ko­wa­ły z mo­cą uszy ze­bra­nych wko­ło lu­dzi. W grun­cie rze­czy trud­no by­ło na­zwać to mu­zy­ką. Pod­sta­wo­wy rytm wy­bi­jał naj­więk­szy bę­ben, lecz opóź­nie­nia po­zo­sta­łych in­stru­men­tów oka­zy­wa­ły się tak du­że, że wszyst­ko to przy­po­mi­na­ło ra­czej spa­da­nie roz­dar­te­go opa­ko­wa­nia gro­chu po bla­sza­nym da­chu, niż ja­ki­kol­wiek utwór mu­zycz­ny. Ale i bęb­nia­rzom, i słu­cha­czom to nie prze­szka­dza­ło…

Masz zlecenie

Dal­sze słu­cha­nie ko­ciej mu­zy­ki prze­rwa­ła mu wia­do­mość od Urli­cha. Pro­sił Bar­ta, aby jak naj­szyb­ciej zaj­rzał do je­go lo­ka­lu. Nie znaj­do­wał się on zbyt da­le­ko i po kil­ku mi­nu­tach Bart prze­kro­czył próg „Obst und Ge­müse”. Dla tu­ry­stów na­zwa ta by­ła my­lą­ca, po­nie­waż su­ge­ro­wa­ła sklep z owo­ca­mi i wa­rzy­wa­mi, sta­li by­wal­cy jed­nak wie­dzie­li, że to naj­lep­sza pi­wiar­nia w mie­ście. Urlich Schne­ider za­po­ży­czył ją od na­zwy skle­pu w Ber­li­nie na Ora­nien­bur­ger Stra­ße, któ­ry po upad­ku mu­ru prze­kształ­co­no w wy­szynk, nie zmie­nia­jąc szyl­du. Urlich miesz­kał przy tej uli­cy i bę­dąc chłop­cem bie­gał do wa­rzyw­nia­ka po ziem­nia­ki i mar­chew­kę. Na­to­miast póź­niej, już ja­ko mło­dzie­niec, cho­dził tam na pi­wo. Te­raz miał 90 lat i na­le­wał pi­wo w Da­wa­po­lis.

– Jest drob­ne zle­ce­nie – rzu­cił Urlich, le­d­wo Bart roz­siadł się wy­god­nie przy ba­rze w po­bli­żu rzę­du na­le­wa­ków do pi­wa. Go­spo­darz wciąż wy­cie­rał ku­fle, jak­by go nie wi­dział. Co by­ło tak pil­ne­go, że nie mo­gło po­cze­kać, aż prze­płu­cze gar­dło? – skrzy­wił się Bart, roz­glą­da­jąc się po lo­ka­lu. Po sa­li krą­ży­ły wal­co­wa­te ro­bo­ty, czuj­nie wy­pa­tru­ją­ce pu­stych ku­fli, by do­lać pi­wa, lecz Bart za­wsze sia­dał przy na­le­wa­kach ob­słu­gi­wa­nych przez czło­wie­ka. Co praw­da mu­sia­łeś wte­dy dłu­żej cze­kać, lecz mo­głeś po­ga­dać o po­go­dzie al­bo stłucz­ce cle­ver­ca­rów na ro­gu ulic. Te­raz Bart sta­wił się tu na we­zwa­nie sa­me­go wła­ści­cie­la, dla­cze­go więc ten zwle­kał z ob­słu­gą?

– Chcesz, że­bym ci po­mógł, a na­wet nie na­le­jesz mi pi­wa? – za­py­tał z wy­rzu­tem. Po­wstrzy­mał jed­nak złość, gdyż pi­wiar­nia Urli­cha czę­sto za­ma­wia­ła kon­cer­ty je­go ka­pe­li i Bart nie chciał zra­zić me­ce­na­sa.

– Bę­dziesz mu­siał po­le­cieć kop­te­rem – wy­ja­śnił Urlich, wciąż nie się­ga­jąc po ku­fel. – Po­za ko­pu­łę.

– Mam wyjść na deszcz? – za­py­tał z nie­do­wie­rza­niem Bart, spo­glą­da­jąc tę­sk­nie na na­le­wak. Urlich nie od­po­wie­dział.

Do lo­ka­lu wszedł na­raz niedź­wiedź sy­ryj­ski, le­d­wo miesz­cząc się w drzwiach. Miał krót­kie no­gi, ale je­go po­tęż­ny kor­pus i du­ży łeb spra­wia­ły, że mie­rzył gru­bo po­nad dwa me­try wzro­stu. Ko­ły­sząc się na bo­ki pod­szedł do ba­ru i za­siadł na zbyt ma­łym stoł­ku, tak że fał­dy tłusz­czu spły­wa­ły mu po­za sie­dze­nie. Pra­wą ła­pą wska­zał na na­le­wak ciem­ne­go pi­wa. Miał sta­ran­nie wy­pie­lę­gno­wa­ne, ja­sno­brą­zo­we fu­tro pach­ną­ce dro­gi­mi per­fu­ma­mi oraz pa­zu­ry spi­ło­wa­ne na trzy cen­ty­me­try. Za­wie­szo­ny na je­go szyi łań­cu­szek wska­zy­wał, że na­le­żał do wy­po­ży­czal­ni zwie­rząt. Z tej od­le­gło­ści Bart nie mógł zo­ba­czyć do któ­rej, ale tym ga­tun­kiem niedź­wie­dzi dys­po­no­wa­ły je­dy­nie dwie wy­po­ży­czal­nie: Ben­ja­mi­na Cor­bet­ta oraz Xiu­qiu Shu­biao.

Ben­ja­min Cor­bett, ru­dy bro­dacz, ni­g­dy nie zdej­mu­ją­cy kor­ko­we­go ka­pe­lu­sza, pro­wa­dził wy­po­ży­czal­nię zwie­rząt do­mo­wych i eg­zo­tycz­nych na po­dwó­rzu re­stau­ra­cji „Sma­ki Afry­ki”. Bart za­sta­na­wiał się cza­sa­mi, czy klien­ci Cor­bet­ta nie za­ma­wia­ją zwie­rza­ków na ta­lerz, a nie do mie­rze­nia skór. To nie­wy­klu­czo­ne… Jed­nak w więk­szo­ści in­te­re­so­wa­no się ży­wym to­wa­rem. Prze­waż­nie wy­po­ży­cza­no je na szyb­ki nu­me­rek, lecz tra­fia­li się praw­dzi­wi mi­ło­śni­cy przy­ro­dy, spę­dza­ją­cy w skó­rze bra­ci mniej­szych ca­ły week­end lub wa­ka­cje. Za­dba­ne fu­tro oraz ma­ni­cu­re wska­zy­wa­ły na Xiu­qiu, sza­rą mysz­kę biz­ne­su. To, że jej zwie­rza­ki nie mia­ły pcheł i pach­nia­ły ja­śmi­no­wym dez­odo­ran­tem, nie świad­czy­ło, że wy­po­ży­cza­ła przy­tu­lan­ki do łóż­ka. Spra­wa przed­sta­wia­ła się do­kład­nie od­wrot­nie, to by­ły dzi­kie zwie­rzę­ta, nie od­pa­dy z zoo jak u Cor­bet­ta. Ko­bie­ca na­tu­ra nie po­zwa­la­ła Xiu­qiu udo­stęp­niać brud­nych lub cho­rych zwie­rząt.

Urlich się­gnął po cy­no­wy ku­fel i za­czął na­le­wać pi­wo dla niedź­wie­dzia, na­dal igno­ru­jąc Bar­ta.

– Dla­cze­go mi to ro­bisz? Masz z te­go pro­wi­zję? – Bart wró­cił do roz­mo­wy.

– Nie, to przy­słu­ga. Pro­sił mnie o to mój zio­mek. Ber­liń­czyk. Głu­pie sen­ty­men­ty…

– No to mów, o co cho­dzi.

– Ta­ka jed­na blöde Kuh ma kło­po­ty[5] – za­czął wy­ja­śniać szcze­gó­ły. – Przy­je­cha­ła na po­kaz mo­dy i wy­szła tro­chę po­bie­gać. Chło­pak chciał zgło­sić jej za­gi­nię­cie, lecz wy­ja­śni­łem mu, że le­piej by by­ło, gdy­by od­na­lazł ją ktoś spo­za po­li­cji. Jak wiesz, ofi­cjal­ne zgło­sze­nie za­gi­nię­cia po­za ko­pu­łą nie jest mi­le wi­dzia­ne przez wła­dze. Ty za­ła­twisz spra­wę dys­kret­nie.

Wy­świe­tlił zdję­cie tej głu­piej kro­wy. Mia­ła przy­jem­ną twarz i szczu­płą syl­wet­kę oraz ol­brzy­mi biust, ale w oce­nie Bar­ta by­ła zbyt ży­la­sta. Zja­dła­by du­żą por­cję lo­dów z bi­tą śmie­ta­ną, a nie bie­ga­ła w te­re­nie. I to jesz­cze w desz­czu.

– Chce brać udział w ma­ra­to­nie?

– Nie, prze­cież mó­wię, że to blöde Kuh. Uwa­ża, że to ko­rzyst­ne dla zdro­wia – Urlich za­śmiał się kwa­śno.

Miał ra­cję, upra­wia­nie spor­tu nie­wie­le mia­ło wspól­ne­go ze zdro­wiem. Moż­na by­ło zbić for­tu­nę, tyl­ko że bez ste­ry­dów, do­pa­la­czy, prze­ta­cza­nia krwi lub pod­ra­so­wa­nia ge­nów, nikt nie był w sta­nie osią­gnąć re­kor­do­wych wy­ni­ków. Na­wet bie­ga­nie na wy­ży­nach, co pół wie­ku te­mu da­wa­ło Etiop­czy­kom nie­sa­mo­wi­ty han­di­cap, dzi­siaj nie wy­star­cza­ło by od­no­sić suk­ce­sy. Po­zo­sta­wa­ła za­ba­wa w czy­sty sport, ale wte­dy nie bie­ga­łeś i nie ska­ka­łeś na sta­dio­nach, bo prze­cięt­ne wy­ni­ki ni­ko­go nie in­te­re­so­wa­ły.

Urlich pod­szedł z ku­flem do niedź­wie­dzia, po czym ze­ska­no­wał czyt­ni­kiem pla­kiet­kę na­szyj­ni­ka. Do­pie­ro wte­dy po­sta­wił ku­fel na kon­tu­arze przed spra­gnio­nym. Niedź­wiedź obu­rącz chwy­cił szkla­ni­cę, bły­ska­wicz­nie uniósł ją do py­ska i z chlu­po­tem wlał so­bie pi­wo do gar­dła. Prze­tarł pysk ła­pą i gło­śno bek­nął. Ura­żo­ny Urlich spoj­rzał z wy­rzu­tem, a niedź­wiedź uniósł obie ła­py, prze­pra­sza­jąc i za­kry­wa­jąc gło­wę. Pew­nie chciał do­stać dru­gie pi­wo i dla­te­go oka­zy­wał skru­chę.

– Tam sie­dzi ten ber­liń­czyk – Urlich wska­zał wy­stra­szo­ne­go chu­dziel­ca w pstro­ka­tym gar­ni­tu­rze, z kra­wa­tem w ró­żo­we sło­ni­ki. – Po­wie ci do­kład­niej, co się sta­ło.

Bart nie był te­go pe­wien. Chło­pak wy­da­wał się prze­ra­żo­ny. Ale chy­ba nie znik­nię­ciem dziew­czy­ny, a niedź­wie­dziem pi­ją­cym pi­wo.

– Co, co to jest??? – za­czął od­py­ty­wać Bar­ta, gdy ten usiadł przy je­go sto­li­ku.

– Ja­kiś mi­ło­śnik na­tu­ry w skó­rze zwie­rza­ka przy­szedł na pi­wo – od­po­wie­dział spo­koj­nie Bart, lecz to nie uspo­ko­iło chło­pa­ka. Nie we wszyst­kich kra­jach ze­zwa­la­no na wy­po­ży­cza­nie ciał zwie­rząt lu­dziom. Ruch obro­ny zwie­rząt w Eu­ro­pie miał sil­ną po­zy­cję i ta­kie usłu­gi by­ły tam za­bro­nio­ne.

– Wi­dzia­łem coś po­dob­ne­go w sie­ci, ale my­śla­łem, że oni bie­ga­ją wy­łącz­nie po la­sach…

Oj, czło­wie­ku, gdy­byś ty wie­dział do cze­go lu­dzie wy­ko­rzy­stu­ją moż­li­wość pod­pię­cia się do mó­zgów zwie­rząt – po­my­ślał Bart. Na­pi­cie się pi­wa to w su­mie dla zwie­rza­ka nic no­we­go, w le­sie też moż­na tra­fić na sfer­men­to­wa­ne owo­ce i upić się w sztok. Po uli­cach bie­ga­ły nie tyl­ko psy i ko­ty, ale rów­nież lwy, no­so­roż­ce i sło­nie, a di­no­zau­ry za­glą­da­ły ci do okien. Każ­dy mógł przy­wdziać praw­dzi­wą lub sztucz­ną skó­rę wil­ka czy owcy, lecz nie czło­wie­ka. W tym przy­pad­ku trój­ca mę­dr­ców re­li­gii jed­ne­go Bo­ga oka­zy­wa­ła się zgod­na – tyl­ko On mógł stwo­rzyć czło­wie­ka. Ro­bo­ty mo­gły cho­dzić na dwóch no­gach, ma­ni­pu­lo­wać dwo­ma rę­ko­ma, roz­glą­dać się, mó­wić, ale nie mo­gły upo­dab­niać się do lu­dzi. Koń­czy­ny mu­sia­ły być po­kry­te pla­sti­kiem, czasz­ka przy­po­mi­nać gło­wę bał­wa­na, z mar­chew­ko­wym no­sem i ocza­mi z wę­gla. Je­dy­ny wy­ją­tek sta­no­wi­ło ka­lec­two. Wów­czas mo­głeś li­czyć na koń­czy­nę po­kry­tą pep­ty­do­wą skó­rą, czy wię­za­dła sta­wu ko­la­no­we­go nie z ty­ta­nu – a z ty­to­niu. W szpi­ta­lach czy ośrod­kach po­mo­cy dla dzie­ci lub star­ców pa­cjen­tów ob­słu­gi­wa­ły po­sta­cie z ba­jek. Lecz za­wsze ubra­ne. Ewen­tu­al­nie z gę­stym fu­trem ukry­wa­ją­cym atry­bu­ty płci. Tak oczy­wi­ście przed­sta­wia­ło się tzw. sta­no­wi­sko ofi­cjal­ne. Pod­zie­mie ofe­ro­wa­ło mo­de­le pięk­niej­sze i o wie­le spraw­niej­sze od ludz­kich ory­gi­na­łów. A je­śli nie chcia­łeś być bi­tym czy gwał­co­nym przez ro­bo­ty wy­po­sa­żo­ne w sztucz­ną in­te­li­gen­cję (lub sa­me­mu bić i gwał­cić), mo­głeś wy­po­ży­czyć cia­ło praw­dzi­we­go czło­wie­ka. W ofer­cie wy­po­ży­czal­ni Xiu­qiu Shu­biao by­li też lu­dzie, w więk­szo­ści ko­bie­ty. Z cer­ty­fi­ka­tem zdro­wot­nym, wy­mu­ska­ne tak, jak wir­tu­al­na akwi­zy­tor­ka Kuch­ni.

Czy Bart, wie­dząc o po­dob­nym pro­ce­de­rze, i nie in­for­mu­jąc o tym władz, był w po­rząd­ku? Z pew­no­ścią nie. Po­wi­nien zgło­sić wy­ko­rzy­sty­wa­nie zwie­rząt do za­spo­ka­ja­nia wy­ra­fi­no­wa­nych fan­ta­zji i chu­ci, choć­by ta­kich, jak chęć prze­bież­ki, by pod­czas ga­lo­pu po­czuć w grzy­wie pęd wia­tru. Ale wie­dział, że do­pó­ki bę­dą ist­nia­ły pra­gnie­nia, bę­dą też funk­cjo­no­wa­ły wy­po­ży­czal­nie.

W koń­cu mo­gli przejść do sed­na spra­wy, choć chło­pak wciąż pa­trzył nie­uf­nie w stro­nę ba­ru.

Po kwa­dran­sie uda­ło mu się wy­do­być wszyst­kie po­trzeb­ne – jak i zbęd­ne – in­for­ma­cje od roz­trzę­sio­ne­go chu­dziel­ca. Ro­we­na Bu­tler by­ła Szkot­ką, pra­co­wa­ła w bran­ży mo­do­wej i ce­ni­ła so­bie ak­tyw­ny wy­po­czy­nek, dla­te­go po­mi­mo na­pię­te­go har­mo­no­gra­mu po­sta­no­wi­ła po­bie­gać. Chu­dzie­lec przy­znał, że nie zgo­dzi­ła się na wsz­cze­pie­nie na­kład­ki do oso­bi­ste­go ko­mu­ni­ka­to­ra V-PC, pra­cu­ją­ce­go na fa­lach Da­wa­po­lis, gdyż na­le­ża­ła do na­tu­ra­li­stów.

Praw­dzi­wa blöde Kuh. Świat łą­czył się w sys­te­mie te­le­fo­nii 9G na fa­lach mi­li­me­tro­wych, któ­ry nie dzia­łał na te­re­nie mia­sta, a na­wet w od­le­gło­ści wie­lu ki­lo­me­trów po­za okrę­giem py­lo­nów win­dy. By­ła to ciem­na stro­na uży­wa­nia po­la ma­gne­tycz­ne­go do wy­strze­li­wa­nia wa­go­nów win­dy na or­bi­tę. Teo­re­tycz­nie by­ło one kie­run­ko­we, wy­ce­lo­wa­ne w nie­bo, jed­nak wciąż po­wsta­wa­ły in­ter­fe­ren­cje, któ­re blo­ko­wa­ły ko­mu­ni­ka­cję ra­dio­wą. Mia­sto po­sia­da­ło wła­sny sys­tem łącz­no­ści G-ele­ven pra­cu­ją­cy na fa­lach pod­czer­wo­nych, któ­re­go na­daj­nik każ­de­mu oby­wa­te­lo­wi wsz­cze­pia­no na sta­łe. Zre­zy­gno­wa­no z ob­rą­czek na prze­gu­bach rąk lub nóg, gdyż zbyt ła­two moż­na by­ło je ukraść, po czym wy­ko­rzy­stać do prze­szmu­glo­wa­nia nie­le­gal­nych imi­gran­tów. Wpro­wa­dzo­no bar­dziej szczel­ne – i dra­stycz­ne – me­to­dy. Chip, wstrze­li­wa­ny w krę­go­słup, tuż przy szyi, też moż­na by­ło usu­nąć – ty­le że ra­zem z gło­wą. To się zda­rza­ło, lecz zde­cy­do­wa­nie zmniej­sza­ło ry­zy­ko oszu­stwa. Zwłasz­cza że chip nie dzia­łał u osób z DNA róż­nym od no­si­cie­la. Od­wie­dza­ją­cy mia­sto mu­sie­li go so­bie za­apli­ko­wać, lecz na­tu­ra­li­ści wzbra­nia­li się przed ze­spa­la­niem mó­zgu z cy­ber­ne­tycz­nym łą­czem i wciąż uży­wa­li ze­wnętrz­nych środ­ków łącz­no­ści.

Bart za­sta­no­wił się przez mo­ment. Ro­we­na z pew­no­ścią za­błą­dzi­ła, ra­czej nie gro­ził jej atak ter­ro­ry­stów. Cho­ciaż do­szło do te­go w po­bli­żu sek­to­ra mu­zuł­ma­nów, nie po­win­ni mieć nic prze­ciw­ko szczu­płej, umię­śnio­nej dziew­czy­nie w tramp­kach. Wi­zja gro­na dzie­wic ocze­ku­ją­cych w ra­ju nie wy­wo­ły­wa­ła już u mu­zuł­ma­nów chę­ci mor­du nie­wier­nych. W ostat­nich la­tach wy­kro­ili spo­ry ka­wa­łek tor­tu do­bro­by­tu świa­ta za­chod­nie­go i te­raz wo­le­li od­po­czy­wać w bu­ja­nych fo­te­lach i oglą­da­jąc re­ali­ty show, niż ga­niać z ma­cze­ta­mi po uli­cach. Zwłasz­cza w cza­sie desz­czu.

Nie zna­jąc te­re­nu, ko­bie­ta mo­gła wyjść po­za stre­fę miej­ską. Szu­ka­jąc jej i on bę­dzie mu­siał opu­ścić gra­ni­ce mia­sta. A te­go, o czym do­brze wie­dział, nie lu­bi­ła po­li­cja. Wyjść z mia­sta mógł każ­dy, ale do­stać się z po­wro­tem nie by­ło już tak ła­two. Bez oso­bi­ste­go iden­ty­fi­ka­to­ra – mis­sion im­pos­si­ble, z iden­ty­fi­ka­to­rem je­dy­nie w wy­zna­czo­nych miej­scach. Gra­ni­cy pil­no­wa­ły cer­be­ry z ni­skim po­zio­mem sztucz­nej in­te­li­gen­cji. Roz­po­zna­wa­ły kształt czło­wie­ka, co nie zna­czy­ło, że na­tych­miast wstrzy­my­wa­ły ogień. Zwie­rzę­ta, ro­bo­ty i róż­ne po­jaz­dy by­ły ostrze­li­wa­ne ostrą amu­ni­cją, lu­dzie usy­pia­ją­cą. Bart po­wi­nien zgło­sić za­miar prze­kro­cze­nia gra­ni­cy do­bę przed fak­tem. Nie­win­ne z po­zo­ru zle­ce­nie sta­wa­ło się usłu­gą kosz­tow­ną. Mu­sia­ło ob­jąć re­kom­pen­sa­tę za wi­zy­tę na po­ste­run­ku i wy­peł­nie­nie nie­zli­czo­nych for­mu­la­rzy w ce­lu wy­ja­śnie­nia po­wo­du wy­ciecz­ki po­za mia­sto. Prze­cież do koń­ca mie­sią­ca mu­siał za­pła­cić po­da­tek od wia­ry. Da­wa­po­lis by­ło bo­ga­te, każ­de­mu oby­wa­te­lo­wi da­wa­ło pen­sję, po­zwa­la­ją­cą na prze­ży­cie. Jed­nak na­le­ża­ło opła­cić po­da­tek od wy­zna­wa­nej re­li­gii. A je­że­li nie wie­rzy­łeś, lub wie­rzy­łeś w bo­gów mniej­szych, ścią­ga­no ci 25-pro­cen­to­wy ha­racz. Rów­nie ma­ło współ­czu­cia miał Bóg mu­zuł­ma­nów i ży­dów – żą­dał 15 pro­cent. Bóg chrze­ści­jan ogra­ni­czał się do przy­sło­wio­wej dzie­się­ci­ny. Naj­le­piej mie­li bud­dy­ści – od­bie­ra­no im je­dy­nie 5 pro­cent. Bart już kil­ka ra­zy za­sta­na­wiał się czy nie zo­stać bud­dy­stą, lecz chy­ba bra­ko­wa­ło mu mo­ty­wa­cji – z ko­niecz­no­ścią za­pła­ce­nia po­dat­ków moż­na żyć, go­rzej bez przy­ja­ciół, uwa­ża­ją­cych, że każ­dy mu­si wie­rzyć w Bo­ga.

Bart wy­po­ży­czył kop­ter i zgło­sił po­li­cji za­miar wy­pa­du po­za te­ren miej­ski. Po­wo­łał się na pa­ra­graf mó­wią­cy o ko­niecz­no­ści prze­pro­wa­dze­nia wi­zji lo­kal­nej, ze­zwa­la­ją­cy mu na bez­zwłocz­ny lot. Po­mo­gła li­cen­cja pry­wat­ne­go de­tek­ty­wa, jed­nak po po­wro­cie i tak bę­dzie mu­siał się tłu­ma­czyć. Zgło­sił też obec­ność pa­sa­że­ra, po­da­jąc da­ne Ro­we­ny. To po­win­no za­ła­twić pro­blem po­wro­tu do mia­sta; dziew­czy­na po­sia­da­ła mie­sięcz­ną wi­zę. Mógł mieć je­dy­nie na­dzie­ję, że nie pró­bo­wa­ła sa­ma prze­kro­czyć gra­ni­cy. Je­że­li tak się sta­ło, le­ża­ła te­raz uśpio­na, w pa­sie za­ora­nej zie­mi strze­żo­nej przez cer­be­ry. Eki­py sprzą­ta­ją­ce każ­de­go ran­ka zbie­ra­ły set­ki ciał chcą­cych prze­do­stać się do Da­wa­po­lis, po czym od­wo­zi­ły uśpio­nych lu­dzi do obo­zów: etiop­skie­go Mal­ka­di­da, ke­nij­skie­go La­fey lub so­ma­lij­skie­go Gar­ba­ha­arey.

Wy­wo­łał pod­gląd map sa­te­li­tar­nych. Po oby­dwu stro­nach rze­ki bie­gły wą­skie ścież­ki dla kóz i krów. Po­ko­nu­jąc je moż­na by­ło wi­dzieć krze­wy i wi­ją­ce się ko­ry­to rze­ki. Nic szcze­gól­ne­go, wo­da by­ła bu­ra, a ro­ślin­ność przy­pró­szo­na si­wi­zną pia­sku. Je­dy­nie głu­piec chciał­by tu­taj upra­wiać jog­ging. Tyl­ko że Ro­we­na by­ła blöde Kuh i mo­gła wy­brać tę ścież­kę. Miał na­dzie­ję, że nie za­mie­rza­ła do­biec do mia­stecz­ka Dol­low, bo wte­dy trud­no bę­dzie ją od­na­leźć. Jed­nak i to mo­gło przyjść jej do gło­wy, gdyż znaj­do­wał się tam je­dy­ny most, któ­rym da­wa­ło się prze­kro­czyć rze­kę w dro­dze po­wrot­nej do Da­wa­po­lis. A niech gęś kop­nie tę blöde Kuh! Po­sta­no­wił zi­gno­ro­wać złe sce­na­riu­sze i prze­le­cieć ca­łą tra­sę do mia­sta. Do­pie­ro gdy nie znaj­dzie dziew­czy­ny po dro­dze, za­cznie prze­kli­nać.

Usta­wił kop­ter na lot z mi­ni­mal­ną pręd­ko­ścią i wy­pu­ścił dro­ny z czuj­ni­ka­mi ter­micz­ny­mi. Le­cia­ły ty­ra­lie­rą w od­le­gło­ści stu me­trów je­den od dru­gie­go, po pięć z każ­dej stro­ny. Nie by­ło moż­li­wo­ści, aby prze­oczy­ły cia­ło. Na­wet je­że­li już nie ży­ła, tem­pe­ra­tu­ra zwłok wciąż by­ła wy­so­ka.

Przed Urli­chem na­rze­kał, że mu­si po­le­cieć kop­te­rem po­za mia­sto, lecz tak na­praw­dę bar­dzo się z te­go cie­szył. Wresz­cie mógł po­czuć, że coś za­le­ży od nie­go. Ste­ro­wać ma­szy­ną wa­żą­cą bli­sko to­nę, ru­chem pal­ca na­ka­zać jej skręt w le­wo lub w pra­wo. Ru­chem prze­gu­bu dło­ni pod­nieść, ewen­tu­al­nie ob­ni­żyć pu­łap lo­tu. Mógł przy­śpie­szyć lub na­gle za­trzy­mać się.

Do­pie­ro ki­lo­metr przed Dol­low zła­pał sy­gnał czło­wie­ka. Za­re­je­stro­wał go ostat­ni dron po le­wej stro­nie. Da­le­ko zbo­czy­ła od ścież­ki. Ra­czej nie za­błą­dzi­ła, chy­ba szu­ka­ła schro­nie­nia przed desz­czem. Pod­le­ciał bli­żej obiek­tu. To by­ła ona, sie­dzia­ła z pod­ku­lo­ny­mi no­ga­mi pod li­chym drze­wem, na któ­re na­wet ko­za nie chcia­ła­by wsko­czyć. Gdy włą­czył re­flek­tor, unio­sła gło­wę i za­czę­ła ma­chać rę­ko­ma. Nie wsta­ła. Dla­cze­go? – za­sta­no­wił się.

Nie by­ło wa­run­ków do lą­do­wa­nia, dla­te­go wró­cił po­nad ścież­kę i za­czął szu­kać naj­bliż­szej po­la­ny. Zna­lazł ją do­pie­ro dwie­ście me­trów da­lej, po pra­wej. Po­sa­dził kop­ter i wy­siadł z ka­bi­ny. Cze­kał go nie­zły spa­ce­rek w desz­czu. Co praw­da to nie był deszcz z Desz­czo­wej pio­sen­ki, ale i tak do szczę­tu prze­mok­nie. Drob­ny ka­pu­śnia­czek wci­skał się w każ­dą szcze­li­nę. Za­ci­snął sznur­ki kap­tu­ra i szyb­ko ru­szył przed sie­bie, pro­wa­dzo­ny smu­gą świa­tła jed­ne­go z dro­nów.

Dziew­czy­nę od­na­lazł po pię­ciu mi­nu­tach. Trzę­sła się z zim­na. Nie wy­glą­da­ła jak głu­pia kro­wa, lecz zmok­nię­ta ku­ra. I to na­stro­szo­na. By­ła w żół­tym pod­ko­szul­ku, czer­wo­nych szor­tach i po­ma­rań­czo­wych tramp­kach. W ogó­le nie sto­so­wa­ła się do ko­lo­rów po­le­ca­nych przez sło­ni­cę.

– Co to za miej­sce! Na ca­łym świe­cie nie zgu­bisz się z Go­ogle,  tyl­ko u was to nie dzia­ła – za­czę­ła od pre­ten­sji wy­rzu­ca­nych z prze­rwa­mi przez za­ci­śnię­te z zim­na zę­by.

– Na­szym kom­pa­sem jest Oko Bo­ga – za­żar­to­wał, lecz chy­ba nie wy­czu­ła iro­nii, bo spoj­rza­ła na nie­go jak na wa­ria­ta. Blöde Kuh. – Wstań, po­mo­gę ci za­ło­żyć płaszcz prze­ciw­desz­czo­wy – do­dał ugo­do­wo, wy­cią­ga­jąc do niej rę­kę. Po­chwy­ci­ła ją, jak­by to by­ło ko­ło ra­tun­ko­we i nie­zdar­nie unio­sła się z zie­mi. Gdy sta­nę­ła na pra­wej no­dze, syk­nę­ła z bó­lu.

– Skrę­ci­łam kost­kę, nie dam ra­dy iść.

Mógł ją pro­wa­dzić, lecz wte­dy po­wrót po­trwał­by pół go­dzi­ny. Wy­brał in­ne roz­wią­za­nie.

– We­zmę cię na ba­ra­na, szyb­ciej doj­dzie­my do kop­te­ra. Już ka­za­łem pod­krę­cić ogrze­wa­nie.

Spoj­rza­ła na nie­go cie­plej, lecz z pew­ną do­zą nie­uf­no­ści.

– Dasz ra­dę? Wy­glą­dam na chu­dą, lecz je­stem sil­nie umię­śnio­na.

– Wska­kuj! – roz­ka­zał, przy­ku­ca­jąc.

Fak­tycz­nie, lek­ka nie by­ła.

– Po­roz­ma­wiaj ze mną – ode­zwa­ła się, le­d­wo wy­mo­ści­ła so­bie wy­god­ne gniazd­ko na je­go ple­cach. Na­wet przez płaszcz czuł cie­pło jej ud, sil­nie za­ci­ska­ją­cych się w pa­sie. Trud­no by­ło ją zi­gno­ro­wać.

– Nie znam się na mo­dzie – uległ, pró­bu­jąc za­cho­wać reszt­ki god­no­ści.

– To wi­dzę – mruk­nę­ła ci­cho. Udał, że nie usły­szał jej ko­men­ta­rza. Cze­go chce od je­go ubio­ru? Cho­dził w wy­god­nych, dżin­so­wych spodniach i fla­ne­lo­wej ko­szu­li. Nie miał za­mia­ru ko­rzy­stać z re­kla­mo­wa­nych ciu­chów.

– Czy to two­ja eki­pa wy­bra­ła ko­lo­ry na la­to? – spró­bo­wał jed­nak pod­trzy­mać roz­mo­wę.

– To sło­ni­ca Eli­za…

Przy­sta­nął.

– A ty nie masz zwich­nię­tej kost­ki i mo­żesz iść na wła­snych no­gach.

Po­czuł głę­bo­kie wes­tchnię­cie, wpy­cha­ją­ce jej pier­si w je­go ple­cy.

– Ale nie po­wiesz te­go in­nym? – za­py­ta­ła lek­ko za­nie­po­ko­jo­na.

– Nie roz­ma­wiam z ni­kim o mo­dzie – mruk­nął.

– Ja­sne, że to my usta­la­my tren­dy – od­po­wie­dzia­ła z nie­chę­cią. – Ro­bi to Es­ter Chan­te­lo­up, ja je­stem jej asy­stent­ką.

– A skąd bie­rze­cie ta­kie dziw­ne ko­lo­ry?

Od­po­wie­dzia­ła po krót­kiej chwi­li na­my­słu.

– Bo lu­dzie lu­bią od­mia­ny. No­wy part­ner, no­we miesz­ka­nie, no­wa pra­ca – to wy­bo­ry nie dla wszyst­kich. Ale każ­dy…

– Każ­da… – po­pra­wił ją.

– Ale każ­dy… – ob­sta­wa­ła przy swo­jej wer­sji – mo­że zmie­nić ciu­chy. A uwa­gę mło­dych, któ­rzy sta­no­wią po­ło­wę na­szej klien­te­li, naj­ła­twiej przy­cią­gnąć ra­dy­kal­ny­mi zmia­na­mi.

– Jed­ne­go ro­ku spód­ni­ce po­ni­żej ko­lan, na­stęp­ne­go cen­ty­metr po­ni­żej pa­ska strin­gów?

– To też – zgo­dzi­ła się. – Cho­ciaż tak ra­dy­kal­ne zmia­ny wy­ma­ga­ją du­że­go na­kła­du fi­nan­so­we­go na pro­mo­cję. By na­kło­nić ko­goś do no­wych za­ku­pów, wy­star­czy zmia­na mod­nych ko­lo­rów.

Do­tar­li do ścież­ki. Do kop­te­ra po­zo­stał już nie­wiel­ki od­ci­nek dro­gi, po­wi­nien dać ra­dę ją do­nieść.

– Po­wiedz coś o so­bie. Co ro­bisz w Da­wa­po­lis?

– Wi­dzisz smu­gi szy­bu win­dy do gwiazd? – wska­zał gło­wą za sie­bie. – Je­stem jej odźwier­nym.

– To ta­kie try­wial­ne… – za­śmia­ła się. – Do gwiazd pro­ściej moż­na do­stać się uży­wa­jąc ma­gii. Tyl­ko po co? Tam jest nud­no.

– Nie mów po­dob­nych bzdur, gdy sie­dzisz na mo­ich ple­cach – wark­nął ze zło­ścią. Po co brał ten cię­żar na grzbiet? Znów dał się sku­sić. Nie by­ła na­wet ład­na, cho­ciaż zgrab­na jak cho­le­ra. Czy to, że mia­ła pier­si i dłu­gie no­gi zbie­ga­ją­ce się w ma­gicz­nym punk­cie, wy­star­cza­ło, aby wciąż ule­gał po­ku­som, tra­cąc roz­są­dek?

– O, re­ali­sta. Nie wie­rzysz w ma­gię? – Chy­ba czu­ła się już le­piej i za­czy­na­ła ką­sać. Mo­że zrzu­cić ją w bło­to? To nie by­ła blöde Kuh, a ko­lej­na idiot­ka, ży­ją­ca w opa­rach śre­dnio­wie­cza. Dwu­dzie­sty pierw­szy wiek – cóż to za po­rą­ba­na epo­ka! Co­raz wię­cej osób ucie­ka­ło ze świa­ta co­dzien­ne­go. Po­ło­wa ludz­ko­ści ży­ła w  świa­tach wir­tu­al­nych, wal­cząc ze smo­ka­mi, przy­rzą­dza­jąc mik­stu­ry ofe­ru­ją­ce mi­łość lub nie­śmier­tel­ność. Po­zo­sta­li szu­ka­li cu­dów wo­kół sie­bie, mo­dląc się do Bo­ga lub bo­gów. Bart miał wra­że­nie, że hi­sto­ria za­to­czy­ła ko­ło. Tyl­ko dla­cze­go wró­ci­ła do cza­sów le­gend ar­tu­riań­skich, ru­nów nor­dyc­kich czy skan­dy­naw­skich, a nie na przy­kład do grec­kich my­śli­cie­li?

Spró­bo­wał wy­ja­śnić blöde Kuh czym jest ma­gia:

– Tak na­praw­dę ma­gicz­na jest chwi­la, w któ­rej spa­da­ją­ce jabł­ko po­ma­ga nam po­jąć pra­wa fi­zy­ki. Ma­gią jest umie­jęt­ność prze­ku­cia ko­tłu­ją­cych się w gło­wie my­śli w wiersz. Ma­gia to tak­że po­cią­gnię­cie pędz­la, kreu­ją­ce rze­czy­wi­stość głęb­szą od tej, ja­ka nas ota­cza. Ale wy­po­wia­da­nie czar­no­księ­skiej for­muł­ki i ma­cha­nie różdż­ką w na­dziei do­ko­na­nia cza­rów, jest głu­po­tą.

– Je­steś mu­go­lem, nie znasz się na cza­rach. Wie­rzysz tyl­ko w to, co wi­dzisz.

– To nie­praw­da. Wie­rzę, że atom skła­da się z czą­stek ele­men­tar­nych, cho­ciaż ich nie do­strze­gam. Wie­rzę, że prąd elek­trycz­ny do­cie­ra do mnie dzię­ki fa­lom elek­tro­ma­gne­tycz­nym. Po­wiem ci na­wet, że wie­rzę w ist­nie­nie in­te­li­gent­ne­go ży­cia na in­nych pla­ne­tach, mi­mo że nie mam na to żad­nych do­wo­dów. Ale to, w co ty wie­rzysz, to je­dy­nie ży­cze­nia. Nie wiem dla­cze­go ucie­kasz w świat ułu­dy, za­miast zmie­rzyć się z rze­czy­wi­sto­ścią, ale je­stem pew­ny, że gdy­by w two­jej gło­wie po­grze­bał psy­chia­tra, zna­la­zł­by tam spo­ro śmie­ci.

Nie od­po­wie­dzia­ła. Wi­docz­nie wy­czu­ła w nim ki­pią­ce zło­ścią po­kła­dy la­wy i wo­la­ła nie wy­wo­ły­wać erup­cji.

Na szczę­ście do­szli już do kop­te­ra. Wrzu­cił ją do środ­ka i wy­star­to­wał bez sło­wa.

Na posterunku

12 kwiet­nia, Wiel­ki Pią­tek

– Wy­szedł pan po­za ko­pu­łę? Na deszcz?! Tyl­ko wa­riat jest do te­go zdol­ny! – po­li­cjant go nie słu­chał. – Nie ro­zu­miem. Ostrze­ga się lu­dzi kil­ka go­dzin przed ule­wą, a oni wy­cho­dzą na spa­cer po­za ko­pu­łę. Czy wie pan, ile kosz­tu­je sys­tem pa­ra­so­li?

Bart od­sta­wił już blöde Kuh do ho­te­lu, za­in­ka­so­wał ho­no­ra­rium, a póź­niej – nie od­kła­da­jąc te­go na na­stęp­ny dzień, cho­ciaż by­ło już pra­wie ra­no – zja­wił się na po­ste­run­ku, go­tów do zmie­rze­nia się z biu­ro­kra­cją. Te­raz za­czy­nał te­go ża­ło­wać.

– Był pan kie­dyś na desz­czu? – za­py­tał z wes­tchnie­niem znu­że­nia.

– Czy wy­glą­dam na ta­kie­go? Co to za in­sy­nu­acje! – za­pro­te­sto­wał po­li­cjant, wy­pi­na­jąc pierś ob­le­czo­ną w mun­dur, jak­by chciał pod­kre­ślić po­wa­gę urzę­du, któ­ry re­pre­zen­to­wał. W tej sy­tu­acji Bart mógł paść przed nim na ko­la­na al­bo, wręcz od­wrot­nie, za­ata­ko­wać. Po­li­cjan­to­wi na szczę­ście nie chcia­ło się prze­glą­dać za­pi­sów pa­mię­ci pod­ręcz­nej V-PC. Był zmę­czo­ny i po pro­stu cze­kał na ko­niec dy­żu­ru. Na to li­czył Bart, wy­bie­ra­jąc po­rę wi­zy­ty. Po­sta­no­wił za­ry­zy­ko­wać.

– Je­stem wy­znaw­cą Ko­ścio­ła Łzy Bo­żej – od­po­wie­dział har­do, sta­ra­jąc się, aby ton je­go gło­su nie za­brzmiał fał­szy­wie. Chy­ba się uda­ło… Po­li­cjant, z otwar­tą gę­bą, go­to­wą do wy­strze­le­nia na­stęp­nej re­pry­men­dy, za­milkł, nie my­śląc na­wet o spraw­dze­niu, czy ta­ki Ko­ściół fi­gu­ru­je na li­ście ofi­cjal­nych de­no­mi­na­cji. Aby pod­bić jesz­cze efekt, Bart po­cią­gnął te­mat, gra­jąc na de­li­kat­nych stru­nach ry­zy­ka: – Uwa­ża­my, że kro­ple desz­czu to Bo­że łzy i w cza­sie opa­dów za­wsze sta­ra­my się zna­leźć jak naj­bli­żej Pa­na.

Po­li­cjant za­milkł. Po­ki­wał ze zro­zu­mie­niem gło­wą i rzekł po­tul­nie:

– Prze­pra­szam, za­po­mnia­łem o tym, że każ­da wia­ra ma swo­je ry­tu­ały. Sam na­le­żę do Ko­ścio­ła Drze­wa Ła­ski Wie­ku­istej i wiem jak trud­no re­li­giom o mniej­szej licz­bie wy­znaw­ców prze­bić się do świa­do­mo­ści ogó­łu. My też ma­my pro­blem z od­da­wa­niem czci Bo­gu. Je­dy­nie trzy ra­zy w ro­ku otrzy­mu­je­my ze­zwo­le­nie na wyj­ście po­za gra­ni­ce mia­sta, by od­pra­wić mszę dzięk­czyn­ną przy Drze­wie Praw­dy Osta­tecz­nej. Wio­sną, gdy ro­dzi się no­we wcie­le­nia Bo­ga; la­tem, gdy mo­że­my ze­brać i spo­żyć owo­ce je­go cia­ła; i je­sie­nią, dzię­ku­jąc mu za opie­kę i po­ma­ga­jąc od­po­cząć w trud­nym cza­sie. Mo­że ze­chce pan nas wes­przeć? – wy­su­nął prze­gub, chcąc prze­ka­zać Bar­to­wi for­mu­larz wpi­su do je­go Ko­ścio­ła. Na wszel­ki wy­pa­dek Bart zdjął dło­nie z bla­tu biur­ka.

Po­li­cjant po­czuł się ura­żo­ny i sku­pił uwa­gę na do­ku­men­tach.

– Pa­na ro­dzi­ce po­cho­dzi­li z Pol­ski…? – za­py­tał po dłuż­szej chwi­li mil­cze­nia.

– Ta­kie­go kra­ju już nie ma. Zo­stał po­dzie­lo­ny na Śląsk, Po­mo­rze i… Je­zu­so­we Kró­le­stwo Pol­ski.

– Dla­cze­go ro­dzi­ce ucie­kli z kra­ju, któ­ry jest tak bli­sko Bo­ga?

– Dla wie­lu – zbyt bli­sko. To kraj wy­znaw­ców re­li­gii smo­leń­skiej. W tym ty­go­dniu po raz 708 ce­le­bro­wa­no mie­siącz­kę śmier­ci (mó­wię: mie­siącz­kę, a nie mie­sięcz­ni­cę, gdyż ob­ja­wia się ona ir­ra­cjo­nal­ny­mi za­cho­wa­nia­mi) no­we­go pol­skie­go kan­dy­da­ta na Bo­ga – Le­cha Ka­czyń­skie­go. Mo­że pan o nim sły­szał?

– Nie, chy­ba nie… Czy jest świę­tym? – do­py­ty­wał się po­li­cjant. Na je­go twa­rzy by­ło wi­dać au­ten­tycz­ne za­in­te­re­so­wa­nie. Jak to do­brze nic nie wie­dzieć o  hi­sto­rii Pol­ski – po­my­ślał z za­zdro­ścią Bart. On nie miał ta­kiej szan­sy, je­go mat­ka Ele­ono­ra by­ła hi­sto­rycz­ką spe­cja­li­zu­ją­cą się w naj­now­szej hi­sto­rii te­go sza­lo­ne­go kra­ju. I cho­ciaż nie zmu­sza­ła go do czy­ta­nia swo­ich ksią­żek, to cią­gle o nich mó­wi­ła.

– W tym wła­śnie ca­ły am­ba­ras, że jesz­cze nie. Ale pol­ski rząd uwa­ża, że to dia­bel­ski spi­sek, gdyż już co naj­mniej od 708 mie­się­cy po­wi­nien nim być.

– To kim był ten Lech Ka­czyń­ski?

Bart wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Ni­kim. Ale miał za­wist­ne­go bra­ta bliź­nia­ka i gru­pę przy­ja­ciół z ob­se­sja­mi, któ­rzy uzna­li, że Ka­czyń­ski po­wi­nien być pierw­szym po Bo­gu, bo wte­dy i oni sta­ną się kimś waż­nym, a nie tyl­ko mo­ral­nym i in­te­lek­tu­al­nym gów­nem. Prze­ję­li wła­dzę w 2015 ro­ku i od tam­tej po­ry wal­czą, aby po­sa­dzić Le­cha na tro­nie po pra­wi­cy Bo­ga, naj­le­piej na miej­scu Je­zu­sa – Bart wy­rzu­cił z sie­bie ca­łą po­ko­le­nio­wą go­rycz. Jak się oka­za­ło, nie­po­trzeb­nie, gdyż po­li­cjant nic nie zro­zu­miał. No cóż, po­wi­nien się już do te­go przy­zwy­cza­ić, że hi­sto­ria Pol­ski wy­my­ka się ja­kim­kol­wiek pró­bom zro­zu­mie­nia, bo rzą­dzi się fo­bia­mi, za­wi­ścia­mi i pra­gnie­niem ze­msty. Nie wia­do­mo na­wet, czy Szek­spir zdo­łał­by to opi­sać w swo­jej sztu­ce Być al­bo nie być Po­la­kiem. Bart nie­ste­ty wciąż miał na­dzie­ję, że ktoś z ze­wnątrz zdo­ła to po­jąć. Cał­ko­wi­cie ilu­zo­rycz­ne prze­ko­na­nie. Mu­siał to po­wie­dzieć do­bit­niej, re­zy­gnu­jąc z dy­gre­sji hi­sto­rycz­nych. Osta­tecz­nie cho­dzi­ło o to, aby od­wieść po­li­cjan­ta od wy­mie­rze­nia mu ka­ry.

– W Pol­sce do­mi­nu­je or­to­dok­syj­ny ka­to­li­cyzm smo­leń­ski, a wszel­kie od­stęp­stwa od wia­ry w praw­dę Ka­czyń­skie­go są z ca­łą su­ro­wo­ścią pięt­no­wa­ne. Tak więc niech pan już mnie nie py­ta, dla­cze­go moi ro­dzi­ce wy­emi­gro­wa­li…

– No tak, nie wie­dzia­łem – od­po­wie­dział, głę­bo­ko po­ru­szo­ny. – Te­raz pa­na ro­zu­miem, cho­ciaż za­wsze uwa­ża­łem, że ka­to­li­cyzm opie­ra się na zdro­wo­roz­sąd­ko­wych za­sa­dach.

Bart miał ocho­tę wy­krzy­czeć, że ka­to­li­cyzm ni­g­dy i ni­g­dzie nie był zdro­wo­roz­sąd­ko­wy, lecz jesz­cze bar­dziej chciał wziąć prysz­nic. Dla­te­go, uda­jąc zre­zy­gno­wa­nie, po­wie­dział z bó­lem w gło­sie:

– Te­raz już pan wie, ja­ki jest ka­to­li­cyzm w Je­zu­so­wym Kró­le­stwie Pol­ski.

A po chwi­li, z mi­ną nie­win­ne­go ba­ran­ka, za­py­tał:

– Mo­gę odejść?

Po­li­cjant za­to­pił wzrok w do­ku­men­tach, a po­tem, ce­dząc sło­wa przez zę­by, rzu­cił ci­cho:

– Niech pan już zni­ka. Nie by­ło spra­wy. Ska­su­ję da­ne…

Rozdział III

Knockin’ on Heaven’s Door

Chciwa trójca

Do­pie­ro w po­łu­dnie zwlókł się z łóż­ka. Nie miał ocho­ty ni­g­dzie wy­cho­dzić, lecz po­czu­cie obo­wiąz­ku w koń­cu wy­rzu­ci­ło go z pie­le­szy. Zde­cy­do­wał, że od­wie­dzi przy­ja­ciół: Ro­ber­to i Emi­lię Cor­roz­za oraz ich cór­kę Izę. Zna­lazł dwa po­wo­dy do od­wie­dzin. Pierw­szym by­ło miej­sce pra­cy Ro­ber­to. Peł­nił on funk­cję sze­fa dzia­łu tech­nicz­ne­go w kon­cer­nie EL­SPEL i dzię­ki je­go po­mo­cy Bart mógł za­ła­twić klien­tom wcze­śniej­szą po­dróż na or­bi­tę. Za dru­gi po­wód uznał moż­li­wość po­roz­ma­wia­nia z Emi­lią. Po­wo­dy, nie­ko­niecz­nie wy­mie­nio­ne w ko­lej­no­ści ich wa­gi.

Emi­lię po­znał ja­ko dwu­na­sto­lat­kę. On miał wte­dy dzie­więt­na­ście lat. Pa­trząc na tę róż­ni­cę wie­ku dzi­siaj, wie­dział, że to nie­wie­le, lecz wów­czas zda­wa­ło mu się, że to róż­ni­ca nie­mal po­ko­le­nio­wa. On już stu­dio­wał, ona za trzy la­ta mia­ła do­pie­ro ukoń­czyć dzie­się­cio­lat­kę. Te­raz ża­ło­wał, że nie zwró­cił więk­szej uwa­gi na tę smar­ku­lę. Po śmier­ci ro­dzi­ców Bar­ta wy­je­cha­ła na stu­dia do Me­dio­la­nu, a gdy wró­ci­ła do Da­wa­po­lis, by­ła już dy­plo­mo­wa­nym kar­dio­lo­giem oraz żo­ną Ro­ber­to i mat­ką dwu­let­niej Izy. Po ślu­bie nie wy­pa­da­ło od­wie­dzać jej zbyt czę­sto. Zwłasz­cza że Ro­ber­to był żar­li­wym ka­to­li­kiem i su­ro­wo spo­glą­dał na wi­zy­ty ob­cych męż­czyzn w swo­im do­mu. Pew­nie uwa­żał Emi­lię za wła­sność, jak spodnie, i nie mógł znieść my­śli, że ktoś in­ny chciał­by je wło­żyć. Al­bo na­wet na nią spoj­rzeć. Po czę­ści miał ra­cję… Bo­wiem by­ło na co. Emi­lia mia­ła wprost bo­skie pro­por­cje cia­ła. O ta­kich dziew­czy­nach mó­wi się, że ma­ją no­gi do sa­mej szyi. Czło­wiek wi­tru­wiań­ski Le­onar­da da Vin­ci do­sko­na­le wpi­sy­wał się w ko­ło, lecz nie wy­glą­dał zbyt atrak­cyj­nie – zwłasz­cza w od­nie­sie­niu do ko­bie­ty. Od nich wy­ma­ga­my smu­kło­ści grec­kich ko­lumn, a nie sta­bil­ne­go usa­do­wie­nia środ­ka cięż­ko­ści cia­ła na krót­kich no­gach, przy­dat­ne­go w wal­ce i do cięż­kiej pra­cy.

Pro­por­cje cia­ła Emi­lii sto­so­wa­ły się do in­ne­go wzo­ru ma­te­ma­tycz­ne­go, któ­ry za­chwy­cał nie tyl­ko w na­tu­rze, ale też w ar­chi­tek­tu­rze czy kom­po­zy­cjach ob­ra­zów. Sto­su­nek jej wzro­stu do dłu­go­ści nóg był ta­ki sam, jak sto­su­nek nóg do tu­ło­wia. To by­ła za­sa­da zło­te­go po­dzia­łu, zwa­ne­go rów­nież po­dzia­łem har­mo­nicz­nym lub… bo­ską pro­por­cją. Dzi­siaj Emi­lia mia­ła czter­dzie­ści lat, lecz wciąż wy­glą­da­ła jak na­sto­lat­ka. Wpły­wa­ła na to za­rów­no fi­gu­ra, jak i oko­lo­na dłu­gi­mi, kru­czo­czar­ny­mi wło­sa­mi twarz o de­li­kat­nych ry­sach, ma­łym no­sku i ro­ze­śmia­nych oczach.

Bart tak tę­sk­nił za wi­do­kiem Emi­lii, że bez sło­wa pro­te­stu słu­chał Ro­ber­to, któ­ry z roz­ko­szą roz­pra­wiał o upad­ku wia­ry we współ­cze­snym spo­łe­czeń­stwie. Wła­ści­wie tak na­praw­dę nie wy­pi­sał się z Ko­ścio­ła je­dy­nie z po­wo­du Emi­lii. Gdy­by to zro­bił, Ro­ber­to – żar­li­wy, o ile nie fa­na­tycz­ny ka­to­lik – nie po­zwo­lił­by, aby ich od­wie­dzał. Słu­chał go więc ni­cze­go nie ko­men­tu­jąc, go­dził się na­wet na co­rocz­ne wi­zy­ty Świę­tej Trój­cy. Za­zwy­czaj ko­ściół przed­kła­dał kon­tak­ty wir­tu­al­ne po­nad oso­bi­ste, lecz gdy cho­dzi­ło o co­rocz­ne ze­bra­nie jał­muż­ny, je­go przed­sta­wi­cie­le od­wie­dza­li wier­nych oso­bi­ście. Wcze­śniej księ­ża cho­dzi­li po ko­lę­dzie z mi­ni­stran­ta­mi, te­raz czy­ni­ła to trój­ca, w nie­mal sta­łym skła­dzie: ksiądz, sio­stra za­kon­na i de­wot­ka. Sio­stra gra­ła ro­lę do­bre­go, de­wot­ka złe­go po­li­cjan­ta, na­to­miast ksiądz oka­zy­wał się sę­dzią. I księ­go­wym.

– Szczęść Bo­że – przy­wi­ta­li go w bo­skim sty­lu.

– Szcze­bo – mruk­nął Bart w gwa­rze uczniow­skiej.

Przed słu­gą Bo­żym kro­czył je­go brzuch. Ksiądz wy­glą­dał na zmę­czo­ne­go ko­niecz­no­ścią uży­wa­nia nóg, lecz wzrok miał czuj­ny. W kil­ka chwil zlu­stro­wał wy­po­sa­że­nie miesz­ka­nia za ple­ca­mi Bar­ta. De­wot­ka by­ła sześć­dzie­się­cio­let­nią, wy­zu­tą z em­pa­tii bo­jow­nicz­ką w sza­rym stro­ju i ta­kimż ka­pe­lu­szu. Sio­stra za­kon­na na­to­miast przy­po­mi­na­ła Bar­to­wi Na­ta­lię – Świad­ka Je­ho­wy. By­ła mło­dą, nie­speł­na dwu­dzie­sto­let­nią adept­ką, gdy po raz pierw­szy przy­szła pod je­go drzwi z do­świad­czo­ny­mi akwi­zy­to­ra­mi wia­ry. Mo­że mia­ła zbyt gru­be ko­ści, lecz w ma­ki­ja­żu i z in­ną fry­zu­rą każ­dy uznał­by ją za ład­ną. Świad­ko­wie Je­ho­wy nie uzna­wa­li wir­tu­al­nych wi­zyt. Za­wsze cho­dzi­li od drzwi do drzwi, dzwo­ni­li i cze­ka­li uśmiech­nię­ci przez wie­le mi­nut. Sta­li cier­pli­wie przed drzwia­mi w zwy­kłych ubra­niach, trzy­ma­jąc w zło­żo­nych z po­ko­rą dło­niach księ­gę o czer­wo­nych grzbie­tach kar­tek. Nie mie­li na so­bie czar­nych sur­du­tów, ani kru­cy­fik­su wznie­sio­ne­go ni­czym miecz. Nie by­li na­chal­ni, nie pró­bo­wa­li wejść do środ­ka bez za­pro­sze­nia. Gdy jed­nak zgo­dzi­łeś się już na roz­mo­wę, za­czy­na­li z gru­bej ru­ry od py­tań, nad któ­ry­mi nor­mal­ny czło­wie­ka za­sta­na­wia się gó­ra raz, naj­wy­żej dwa ra­zy w ży­ciu. Czy my­śli pan, że ży­je­my w Cza­sach Osta­tecz­nych? Czy nie są­dzi pan, że już nad­szedł czas, aby Je­zus po­wró­cił na Zie­mię? To by­ły cie­ka­we py­ta­nia, nad któ­ry­mi war­to się za­sta­no­wić. Nie­ste­ty, Świad­ko­wie Je­ho­wy po­sia­da­li też pew­ną wa­dę – nie pra­gnę­li dys­ku­sji, szu­ka­li wy­łącz­nie oka­zji do wy­re­cy­to­wa­nia for­mu­łek. Ma­gicz­nych za­klęć, któ­re da­wa­ły im pew­ność ob­ra­nej dro­gi ży­cia. Na­ta­lia, jej imię po­znał do­pie­ro pod­czas trze­ciej wi­zy­ty, ży­ła wy­łącz­nie dla Bo­ga, a to, co spo­ty­ka­ło ją w ży­ciu, funk­cjo­no­wa­ło gdzieś obok. Do­my­ślał się, że w cią­gu tych lat uro­dzi­ła dziec­ko, gdyż raz po­ja­wi­ła się u nie­go w za­awan­so­wa­nej cią­ży; po­dej­rze­wał, że jej mąż zmarł, gdyż na pal­cu dziew­czy­ny do­strzegł dru­gą ob­rącz­kę; lecz ona za­wsze by­ła ta­ka sa­ma. Żar­li­wie od­da­na, cier­pli­wa, uśmiech­nię­ta, tyl­ko że jak­by ży­ją­ca w in­nym świe­cie. Za­kon­ni­ca mia­ła to sa­mo spoj­rze­nie. Nie­wi­dzą­ce, tę­sk­nią­ce za by­tem do­sko­na­łym, naj­chęt­niej w nie­bie. Dziew­czy­no, ciesz się ży­ciem: tańcz, pij, ca­łuj się! – miał ocho­tę do niej krzyk­nąć.

– Za­raz wy­cho­dzę do pra­cy, a mu­szę wziąć jesz­cze prysz­nic i prze­brać się – pró­bo­wał wy­mi­gać się od roz­mo­wy.

– Zaj­mie­my tyl­ko kil­ka mi­nut – od­parł ksiądz, wpy­cha­jąc brzuch w szcze­li­nę po­mię­dzy Bar­tem a fra­mu­gą. Bart wy­co­fał się zre­zy­gno­wa­ny. Trój­ca szyb­ko we­szła do środ­ka i roz­sia­dła się na ka­na­pie.

– Mu­si być pa­nu cięż­ko, gdy tak czę­sto prze­by­wa pan wśród bez­boż­ni­ków? – za­ga­iła z tro­ską sio­stra za­kon­na, któ­ra, jak mógł się do­my­ślać, przej­rza­ła wcze­śniej je­go in­ter­ne­to­we do­ssier.

– Kil­ka drin­ków po­zwa­la mi ła­god­niej przyj­mo­wać ich sło­wa – mruk­nął ze zło­ścią. Do­stęp do da­nych mia­ła tyl­ko po­li­cja i ko­ściół. Nie mógł się od te­go wy­mi­gać, je­śli wciąż był je­go człon­kiem. Od­po­wiedź nie wzbu­dzi­ła w przy­by­łych uzna­nia, jed­nak prze­łknę­li ją w mil­cze­niu.

– Któż z nas jest bez grze­chu… – po­ki­wał ze zro­zu­mie­niem gło­wą ksiądz, czym spro­wo­ko­wał zja­dli­we spoj­rze­nie de­wot­ki.

– Wi­dzę, że re­gu­lar­nie od­wie­dza pan dom Bo­ży – za­uwa­ży­ła z za­do­wo­le­niem sio­strzycz­ka, pró­bu­jąc prze­gnać czar­ne chmu­ry. Je­śli są­dzi­ła, że roz­luź­ni to at­mos­fe­rę, cał­ko­wi­cie się po­my­li­ła. De­wot­ka tyl­ko cze­ka­ła, by wbić szpi­lę:

– A dla­cze­go za­wsze w po­nie­dział­ki? – wy­ce­dzi­ła, szó­stym zmy­słem wy­czu­wa­jąc ja­kąś dia­bel­ską in­try­gę.

– To mój dzień wol­ny. Mo­gę po­świę­cić go Bo­gu – od­po­wie­dział, sta­ra­jąc się, by za­brzmia­ło to wia­ry­god­nie. Co­mie­sięcz­ny obo­wią­zek prze­by­wa­nia w ko­ście­le przez co naj­mniej go­dzi­nę dla wie­lu lu­dzi był praw­dzi­wą ka­tor­gą. W ko­ścio­łach uży­wa­no za­głu­sza­czy, co sku­tecz­nie unie­moż­li­wia­ło prze­glą­da­nie In­ter­ne­tu, gra­nie w gry czy pi­sa­nie ese­me­sów. Nie dzia­ła­ły żad­ne urzą­dze­nia po­sia­da­ją­ce w środ­ku pro­ce­so­ry. Obo­wią­zy­wa­ła re­gu­ła: „W ko­ście­le moż­na kon­tak­to­wać się tyl­ko z Bo­giem”. Na szczę­ście wciąż ist­nia­ły książ­ki dru­ko­wa­ne. Bart cho­dził do ko­ścio­ła prze­waż­nie z kry­mi­na­łem Chan­dle­ra, Ham­met­ta lub Mac­do­nal­da, wsu­nię­tym w czar­ne okład­ki mo­dli­tew­ni­ka. Tych au­to­rów mógł czy­tać na okrą­gło. I tak też ro­bił. Jed­nak zu­peł­nie czym in­nym by­ła co­rocz­na spo­wiedź. Ale i na to Bart zna­lazł spo­sób, a wła­ści­wie od­po­wied­nie­go księ­dza. Był to oj­ciec Ale­ko – zwa­ny „Wio­sło”, mi­ło­śnik roc­ka gra­ją­cy na gi­ta­rze ba­so­wej. Bart od­wie­dzał „Wio­sło” dość czę­sto, by po­ga­dać o no­wych rif­fach al­bo przy­po­mnieć o pró­bie mu­zycz­nej.

– Chwa­leb­ne po­stę­po­wa­nie – za­kon­ni­ca uśmiech­nę­ła się szcze­rze. Oj, ty na­iw­na – po­my­ślał Bart.

Miał na­dzie­ję, że to już ko­niec wi­zy­ty, z dru­giej stro­ny do­świad­cze­nie pod­po­wia­da­ło mu, że trój­ca do­pie­ro się roz­krę­ca. Nie­ste­ty, nie my­lił się.

– Czy wśród pa­na zna­jo­mych po­ja­wi­ły się oso­by ży­ją­ce w związ­ku ho­mo­sek­su­al­nym lub współ­ży­ją­ce ze zwie­rzę­ta­mi? – za­py­ta­ła nie­za­spo­ko­jo­na de­wot­ka. Ale to by­ła, jak się oka­za­ło, je­dy­nie roz­grzew­ka. Na­gle ca­ła trój­ca za­ata­ko­wa­ła go ko­lej­ny­mi py­ta­nia­mi, ni­czym rój roz­ju­szo­nych psz­czół.

– Kie­dy?

– Dla­cze­go?

– Ko­mu?

Po wi­zy­tach chci­wej trój­cy Bart za­wsze za­rze­kał się, że na­stęp­ne­go dnia wy­pi­sze się z Ko­ścio­ła. Ale po­tem złość z wty­ka­nia no­sa przez kle­chów w każ­dą, ciem­ną szcze­li­nę pry­wat­no­ści ta­ja­ła, a po­zo­sta­wa­li zna­jo­mi bę­dą­cy ka­to­li­ka­mi, któ­rych nie chciał tra­cić. Mó­wił wte­dy do sie­bie: „A niech tam, Je­zus wy­trzy­mał ka­tor­gę na krzy­żu, więc i ja dam ra­dę otrzą­snąć się z te­go bło­ta, któ­rym ob­rzu­ca­ją mo­ją god­ność”.

Jed­nak od­kąd par­tia „Ho­nor i Oj­czy­zna” wy­gra­ła wy­bo­ry, py­ta­nia przed­sta­wi­cie­li Ko­ścio­ła sta­wa­ły się co­raz bar­dziej do­cie­kli­we. Wszy­scy wie­dzie­li, że par­tia chcia­ła uży­wać na­zwy „Bóg, Ho­nor i Oj­czy­zna”, lecz sto­so­wa­nie w na­zwach par­tii słów zwią­za­nych z wia­rą by­ło za­bro­nio­ne. Mu­sie­li więc zre­zy­gno­wać z Bo­ga w na­zwie, lecz nie w po­stę­po­wa­niu – a Ko­ściół wy­ko­rzy­sty­wał po­plecz­ni­ka par­tyj­ne­go i za­czął wci­skać się bez żad­ne­go za­że­no­wa­nia w ero­gen­ne stre­fy z kru­cy­fik­sem. Czy nie­ba­wem bę­dzie mu­siał spo­wia­dać się z ja­kie­go pa­pie­ru to­a­le­to­we­go ko­rzy­sta?

Do nie­daw­na wia­ra by­ła oso­bi­stą spra­wą. Nie chcia­łeś być chrze­ści­ja­ni­nem, bo uzna­wa­łeś, że ich Bóg nie po­stę­pu­je zgod­nie z two­im su­mie­niem, to wy­pi­sy­wa­łeś się z Ko­ścio­ła. Mo­głeś za­pi­sać się do wy­znaw­ców in­nej wia­ry lub po­zo­stać w krę­gu wła­snych prze­ko­nań i na­dal miesz­kać w tej sa­mej stre­fie. Ale ten stan rze­czy uległ zmia­nie, gdy wła­dzę prze­ję­ło ugru­po­wa­nie „Ho­nor i Oj­czy­zna”. Je­śli nie by­łeś chrze­ści­ja­ni­nem – ży­cie w stre­fie chrze­ści­jan sta­wa­ło się dla cie­bie udrę­ką. Nie tyl­ko z po­wo­du po­ran­nych arii dzwo­nów ko­ściel­nych, na­wet nie z bra­ku pre­zer­wa­tyw w ap­te­kach. Ja­ko nie­ka­to­li­ko­wi pod­wyż­sza­no ci czynsz i wy­ma­ga­no co­ty­go­dnio­wych wi­zyt na po­ste­run­ku po­li­cji. Cel: je­śli nie chcesz spo­wia­dać się księ­dzu, bę­dziesz spo­wia­dał się po­li­cjan­to­wi. Na szczę­ście jesz­cze nie na­ka­za­no no­sić na ubra­niu pla­kiet­ki z ik­sem, ale plot­ko­wa­no, że i do te­go doj­dzie.

Bart miesz­kał w ob­sza­rze Sta­re­go Mia­sta, któ­re na­le­ża­ło do stre­fy wol­nej od re­li­gij­nych wpły­wów. Czyn­szu nie mo­gli mu pod­nieść, pre­zer­wa­ty­wy mógł ku­pić w każ­dym skle­pie, ale gdy od­wie­dzał stre­fę chrze­ści­jań­ską, czuł się jak czło­wiek dru­gie­go sor­tu.

– Przy­po­mi­nam, że od­po­wia­da pan przed Bo­giem, któ­ry z pew­no­ścią od­no­tu­je kłam­stwo – do­dał ksiądz, nie­mal sa­piąc z żą­dzy po­zna­nia od­po­wie­dzi.

– Czy są jesz­cze ja­kieś in­ne py­ta­nia? Bo jak nie to: Do wiedz­nia. A wła­ści­wie: Szcze­bo! – od­po­wie­dział ostro, jed­no­cze­śnie wsta­jąc. Sio­strzycz­ka rów­nież ze­rwa­ła się na rów­ne no­gi, lecz de­wot­ka i ksiądz wciąż sie­dzie­li, jak­by cze­ka­li na zew Trąb Je­ry­choń­skich. Bart wy­ko­nał cha­rak­te­ry­stycz­ny gest ra­mie­niem, wy­mia­ta­jąc ich z po­ko­ju.

W koń­cu i oni pod­nie­śli dup­ska z ka­na­py.

– Z oka­zji nad­cho­dzą­cych świąt i po­sta­wy ak­tyw­ne­go ka­to­li­ka po­da­ru­je­my pa­nu bez­płat­ny, kwar­tal­ny do­stęp do sie­ci „Bóg z to­bą” – oznaj­mi­ła wzru­szo­na sio­stra. Od­sło­ni­ła swój prze­gub, by prze­ka­zać mu nie­zbęd­ny kod do­stę­pu. Nie chciał spra­wić jej przy­kro­ści, więc wy­cią­gnął rę­kę i po­brał da­ne. Ura­do­wa­na sio­stra do­da­ła: – Jesz­cze nie po­lu­bił pan na­sze­go fan­pa­gu „Go­d4Y­ou”. Mo­że do­łą­czy pan do nas?

Te­go by­ło już za wie­le.

– Wie sio­stra, je­stem zwo­len­ni­kiem kon­tak­tów oso­bi­stych. Pierś przy pier­si, usta przy ustach. Uwa­żam, że po­śred­nic­two tech­ni­ki spły­ca ludz­kie uczu­cia.

– Ro­zu­miem pa­na – od­po­wie­dzia­ła spło­nio­na. Po­tem jed­nak, z bły­skiem cie­ka­wo­ści w oczach, za­czę­ła rzu­cać mu ukrad­ko­we spoj­rze­nia.

Ksiądz do koń­ca nie za­po­mniał o po­win­no­ściach Bar­ta wo­bec Bo­ga.

– Mo­że ze­chce pan prze­ka­zać da­ro­wi­znę ze swo­je­go po­dat­ku na wspo­mo­że­nie Ko­ścio­ła –  nie za­brzmia­ło to jak py­ta­nie. Aby Bart nie miał żad­nych wąt­pli­wo­ści, ksiądz wy­cią­gnął w je­go stro­nę kru­cy­fiks, po­ka­zu­jąc, że znaj­du­je się w nim czyt­nik fi­skal­ny.

– Już zło­ży­łem ze­zna­nie po­dat­ko­we i od­pro­wa­dzi­łem po­da­tek ko­ściel­ny – skła­mał z uda­wa­nym smut­kiem. Ale księ­go­wy nie pod­da­wał się ła­two.

– A da­tek na roz­bu­do­wę ba­zy­li­ki Mę­ki Je­zu­sa? – że­brał, sto­jąc już za drzwia­mi.

– Zda­je się, że mam pu­ste kon­to i mu­szę po­cze­kać na wpła­tę – tym oświad­cze­niem wy­wo­łał za­wód na twa­rzy księ­dza. Mi­ło by­ło przed tym za­sty­głym w roz­cza­ro­wa­niu ob­li­czem za­trza­snąć gło­śno drzwi. Je­dy­nie nie­smak z po­wo­du  wła­snej sła­bo­ści – i cią­głe­go od­kła­da­nia zło­że­nia wnio­sku apo­sta­zji – psuł tro­chę tę chwi­lę.

Na krzyżu

Przy­ja­cie­le miesz­ka­li w pół­noc­nej czę­ści sek­to­ra chrze­ści­jań­skie­go i Bart do­jeż­dżał do nich ko­lej­ką ma­gne­tycz­ną nie­mal pod sam dom. Dziel­ni­cę zbu­do­wa­li Wło­si. Jed­nak ta ar­chi­tek­tu­ra nie na­śla­do­wa­ła ich pięk­nych śre­dnio­wiecz­nych miast, ko­ścio­łów, czy przy­tuł­ków dla ubo­gich, za­pro­jek­to­wa­nych przez Fi­lip­po Bru­nel­le­schie­go, a fu­tu­ry­stycz­ne pro­jek­ty aut spor­to­wych lub me­bli. Bar­to­wi przy­po­mi­na­ła kra­jo­braz fil­mów po­sta­po­ka­lip­tycz­nych. Wy­so­kie na kil­ka­set me­trów ki­ku­ty ob­umar­łych drzew, ster­czą­cych na pu­stej prze­strze­ni. Wie­żow­ce wy­glą­da­ły jak pęk rur o róż­nej dłu­go­ści, skle­jo­nych na przy­pad­ko­wej wy­so­ko­ści. Być mo­że by­ło to sym­bo­licz­ne na­wią­za­nie do krzy­ży?

W Wiel­ki Pią­tek w sek­to­rze Unzi Gud­do nie od­by­wa­ły się żad­ne ma­ni­fe­sta­cje re­li­gij­ne. By­ły zbyt ra­dy­kal­ne. O ile bo­wiem Wiel­ki Czwar­tek ka­pał krwią, Wiel­ki Pią­tek wprost nią ocie­kał. Ja­dąc do przy­ja­ciół Bart miał na­dzie­ję, że nie bę­dzie mu­siał prze­cho­dzić obok lu­dzi wi­szą­cych na krzy­żu. My­lił się, nie uda­ło mu się uciec od ta­kich wi­do­ków. Za­po­mniał o ekra­nach w wa­go­ni­kach ko­lej­ki, z któ­rych spo­glą­da­li na nie­go ukrzy­żo­wa­ni. Set­ki krzy­ży, jak w naj­lep­szych cza­sach Rzy­mu. A na nich sa­me ło­try. Czy któ­ryś z nich był do­brym ło­trem? Dla Ko­ścio­ła z pew­no­ścią nie. To by­ły po­spo­li­te ło­try. Ta­cy jak  on. Win­ni Ko­ścio­ło­wi pie­nią­dze za grze­chy lub nie­od­pro­wa­dzo­ny po­da­tek, wy­bie­ra­li ten ro­dzaj po­ku­ty za­miast grzyw­ny. Bart miał na­dzie­ję, że znaj­dzie spo­sób, aby za­pła­cić za­le­głe pie­nią­dze. W prze­ciw­nym wy­pad­ku, w przy­szłym ro­ku to on za­wi­śnie na krzy­żu. To już nie by­ła za­ba­wa dla mło­dych, któ­rzy chcie­li wy­ka­zać się od­wa­gą – te­raz, aby za­wi­snąć jak Je­zus, trze­ba by­ło pod­paść Ko­ścio­ło­wi. Mę­czen­ni­kom nie wbi­ja­no gwoź­dzi w prze­gu­by dło­ni czy sto­py, przy­wią­zy­wa­no ich je­dy­nie sznu­rem. Lecz trwa­ją­ca kil­ka go­dzin na­ucz­ka po­zna­wa­nia si­ły gra­wi­ta­cji i tak oka­zy­wa­ła się mę­ką.

Bart nie ro­zu­miał tej fa­scy­na­cji prze­mo­cą. Każ­da re­li­gia za­wie­ra­ła ele­men­ty cier­pie­nia, któ­re moż­na by­ło od­czy­ty­wać ja­ko dro­gę pro­wa­dzą­cą do zro­zu­mie­nia ta­jem­ni­cy ży­cia, jed­nak chrze­ści­ja­nie do­słow­nie łak­nę­li krwi. Wi­dzie­li w niej też je­dy­ną szan­sę na po­łą­cze­nie się z Bo­giem. Z krwi wy­sze­dłeś i we krwi uto­niesz – moż­na by­ło po­wie­dzieć, na­wią­zu­jąc do Bi­blii. Nie po­wi­nien się te­mu dzi­wić – to by­ła re­li­gia dla bie­da­ków, wy­rzut­ków spo­łecz­nych, ob­cych w ob­cym kra­ju. Przy­po­mniał so­bie bal­la­dę Knoc­kin’ on He­aven’s Do­or Bo­ba Dy­la­na z fil­mu Pat Gar­rett i Bil­ly Kid. Po ten utwór się­ga­li róż­ni wy­ko­naw­cy, mo­że i je­go ka­pe­la po­win­na włą­czyć go do re­per­tu­aru? Był te­go war­ty, cho­ciaż je­go si­ła za­le­ża­ła nie od per­ku­sji, a od wo­ka­lu.

Spró­bo­wał ode­rwać my­śli od wszech­obec­nej, ata­ku­ją­cej go krwi. Dziś mi­ja­ła rocz­ni­ca wyj­ścia czło­wie­ka po­za otocz­kę ziem­skiej at­mos­fe­ry. Ludz­kość za­czę­ła pu­kać do tych drzwi już po­nad wiek te­mu, jed­nak pierw­szy śmia­łek nie stał przed ty­mi drzwia­mi zbyt dłu­go – za­le­d­wie 108 mi­nut. Tak na­praw­dę nie był to lot ko­smicz­ny, a  strze­la­nie do nie­ba, bo Ga­ga­ri­na wy­strze­lo­no w kap­su­le Wo­stok ni­czym ku­lę ar­mat­nią. Nie miał na nic wpły­wu, po­jaz­dem ste­ro­wa­no z Zie­mi, po­nie­waż nie wie­dzia­no, czy ko­smo­nau­ta prze­ży­je, gdy do­sta­nie się na or­bi­tę. Po­ja­wi­ło się spo­ro nie­spo­dzia­nek i lot mógł za­koń­czyć się tra­gicz­nie. Dzi­siaj set­ki osób sta­ło przed ty­mi drzwia­mi na­wet ca­łe la­ta, lecz wciąż nikt im nie od­po­wia­dał.

Otwar­tym po­zo­sta­je py­ta­nie, czy Ga­ga­rin był pierw­szym pu­ka­ją­cym do nie­ba bram? Nie­któ­rzy twier­dzą, że był nim syn zna­ne­go kon­struk­to­ra sa­mo­lo­tów Ił – Wła­di­mir Iliu­szyn. Po­dob­no wy­strze­lo­no go kil­ka dni wcze­śniej, ale miał pe­cha – awa­ria ra­kie­ty spra­wi­ła, że wy­lą­do­wał na te­re­nie wro­gich Chin i nie moż­na by­ło po­chwa­lić się suk­ce­sem. Jak­by te­go by­ło ma­ło, bra­cia Ju­di­ca-Cor­di­glia, wło­scy ra­dio­ama­to­rzy na­słu­chu­ją­cy w bun­krze sy­gna­łów ra­dio­wych z ko­smo­su, wy­mie­nia­li rów­nież in­nych ano­ni­mo­wych ko­smo­nau­tów. I to wy­strze­li­wa­nych wie­le mie­się­cy przed Ga­ga­ri­nem i Iliu­szy­nem.

Bart nie był mi­ło­śni­kiem teo­rii spi­sko­wych, lecz do­brze wie­dział, że Ro­sja­nie nie lu­bi­li przy­zna­wać się do po­ra­żek. Po­nad­to in­for­ma­cje te po­twier­dził sam Adam Gie­drys, któ­ry dla Bar­ta sta­no­wił ko­smicz­ną wy­rocz­nię. Gdy po­znał go w 2035 ro­ku, astro­nom-ama­tor miał już bli­sko osiem­dzie­siąt lat i był ży­wą pa­mię­cią po­cząt­ków pod­bo­ju ko­smo­su. Uro­dził się w ro­ku, dniu i go­dzi­nie wy­strze­le­nia pierw­sze­go sztucz­ne­go sa­te­li­ty Zie­mi. Oj­ciec Bar­ta wy­je­chał na se­rię do­świad­czeń w Wiel­kim Zder­za­czu Ha­dro­nów w ośrod­ku CERN, a mat­ka mia­ła wziąć udział w ba­lu zor­ga­ni­zo­wa­nym z oka­zji wi­zy­ty pre­zy­den­ta Ka­li­for­nii. Za­czę­ła wte­dy od­wie­dzać kraw­ca, któ­ry obie­cał przy­go­to­wać nie­po­wta­rzal­ną kre­ację. Bart cho­dził do nie­go ra­zem z nią. Kra­wiec oka­zał się tę­gim męż­czy­zną, z ostrzy­żo­ny­mi krót­ko si­wy­mi wło­sa­mi, o wni­kli­wym spoj­rze­niu. Mó­wi­ło się, że jest w sta­nie „na oko” usta­lić roz­mia­ry klien­ta. Gdy coś opo­wia­dał, chcia­ło się go słu­chać; a gdy słu­chał, do­brze wie­dzia­łeś, że ro­zu­mie, o czym mó­wisz. To by­ła dziw­na pra­cow­nia kra­wiec­ka, z ro­bo­ta­mi szy­ją­cy­mi oraz wie­lo­ma in­ny­mi au­to­ma­ta­mi: prze­cha­dza­ją­cy­mi się, ska­czą­cy­mi, schy­la­ją­cy­mi w ukło­nach. Póź­niej Bart do­wie­dział się, że kraw­cy po­sia­da­li spe­cjal­ne ze­zwo­le­nie, któ­re po­zwa­la­ło im uży­wać ro­bo­tów człe­ko­kształt­nych. Wy­ko­rzy­sty­wa­no je do przy­mia­rek oraz te­sto­wa­nia uszy­tych spodni, ma­ry­na­rek czy su­kie­nek. Lecz w pra­cow­ni te­go kraw­ca wi­sia­ła też  ta­bli­ca szkol­na, na któ­rej wy­pi­sa­no mnó­stwo cyfr, cho­ciaż nie­któ­re z nich przy­po­mi­na­ły bar­dziej rów­na­nia ma­te­ma­tycz­ne, niż no­tat­ki kraw­ca. Naj­dziw­niej­sze by­ło jed­nak to, że na ścia­nach nie wi­sia­ły pla­ka­ty z mod­ny­mi kre­acja­mi, a zdję­cia pla­net, mgła­wic al­bo su­per­no­wych. Kra­wiec przy­kra­wa­ją­cy gwiaz­dy – po­my­ślał wte­dy z iro­nicz­nym uśmie­chem mło­dy Bart. Póź­niej oka­za­ło się, że tra­fił w sed­no. Tak za­czę­ła się je­go przy­go­da z astro­no­mią, wpro­wa­dze­nie w świat ko­smo­su, do­ko­na­ne przez kraw­ca-astro­no­ma. Nie by­le ja­kie­go. Bo choć wciąż za­ra­biał na ży­cie ja­ko kra­wiec, był jed­no­cze­śnie po­my­sło­daw­cą ko­smicz­ne­go ra­dio­te­le­sko­pu SST. Przy­je­chał na­wet do Da­wa­po­lis, aby zna­leźć się bli­żej win­dy wy­no­szą­cej ko­lej­ne skład­ni­ki ra­dio­te­le­sko­pu na ciem­ną stro­nę Księ­ży­ca. Nie­ste­ty, nie zdą­żył uj­rzeć gwiazd przez je­go wi­zjer, pierw­sze zdję­cia z ra­dio­te­le­sko­pu uzy­ska­no do­pie­ro rok po śmier­ci Ada­ma.

W koń­cu Bart wy­siadł z ko­lej­ki i po kil­ku mi­nu­tach mar­szu sta­nął przed wie­żow­cem, w któ­rym miesz­ka­li je­go przy­ja­cie­le. Mu­siał do­stać się na 89 pię­tro, a w win­dzie też by­ły ekra­ny, a na nich krzy­że i ukrzy­żo­wa­ni… Za­nim więc za­pu­kał do nie­ba bram, jesz­cze wie­lo­krot­nie po­wie­szo­no go na krzy­żu wia­ry.

Bezbożna gra

Chciał o tym wszyst­kim po­wie­dzieć Ro­ber­to, lecz ten wy­raź­nie nie miał hu­mo­ru. Oso­by, któ­re zna­ły ich oby­dwu, mó­wi­ły, że Ro­ber­to Car­roz­za jest do nie­go po­dob­ny, ale Bart nie wi­dział wie­lu po­do­bieństw. Był o rok star­szy od Bar­ta, miał czar­ne a nie ciem­no­brą­zo­we wło­sy, był niż­szy o pół gło­wy i szczu­plej­szy o dwie dziur­ki pa­ska. Po­za tym bar­dzo lu­bił ge­sty­ku­lo­wać, a w cza­sie roz­mo­wy pod­cho­dził zbyt bli­sko i pod­no­sił głos, tak że Bart czuł się onie­śmie­lo­ny. No i na­le­żał do or­to­dok­syj­nych chrze­ści­jan, co moc­no za­wę­ża­ło te­ma­ty ich roz­mów, a i w po­zo­sta­łych trze­ba by­ło uwa­żać na sło­wa, by nie ob­ra­zić ży­wio­ło­we­go Wło­cha. Bart nie prze­pa­dał za Ro­ber­to, uwa­żał, że jest fał­szy­wy. Wy­da­wał się ser­decz­ny, otwar­ty, lecz wie­le wska­zy­wa­ło na to, że tyl­ko cze­ka na od­po­wied­ni mo­ment, by go osą­dzić i ska­zać na stos. Choć mo­że to on czuł się kłam­cą i oszu­stem w je­go to­wa­rzy­stwie: nie tyl­ko, że po­żą­dał je­go żo­nę, to jesz­cze kwe­stio­no­wał ist­nie­nie Bo­ga.

Gdy Bart wszedł do po­ko­ju, uj­rzał jak Ro­ber­to z po­sęp­ną mi­ną wpa­tru­je się w ho­lo­gram, przy­po­mi­na­ją­cy plan­szę gry kom­pu­te­ro­wej. Czyż­by dał się sku­sić i po­sta­no­wił po­strze­lać do wam­pi­rów i  strzyg?

– W co grasz?

– Iza­bel­la przy­nio­sła to ze szko­ły – mruk­nął z nie­sma­kiem. – Za­bra­łem jej, chcąc spraw­dzić, czy jest dla niej od­po­wied­nia. Po­dob­no za­pro­jek­to­wa­no ją na wzór gry, w któ­rej moż­na spraw­dzić się w ro­li za­rząd­cy du­żej fir­my. Ale ona ma ty­tuł I ty mo­żesz zo­stać Bo­giem.

Bart uniósł ze zdu­mie­nia brwi. No cóż, w Da­wa­po­lis wszyst­ko mia­ło wy­miar bo­ski i na­wet grę prze­ro­bio­no tak, by każ­dy mógł prze­te­sto­wać swo­je pre­dys­po­zy­cje do za­rzą­dza­nia wszech­świa­tem.

– Po­dob­no jest to gra ma­ją­ca na­uczyć dzie­ci sza­cun­ku do Bo­ga, ale ja są­dzę, że to pro­wo­ka­cja. Wy­obraź so­bie, że w tej grze każ­dy mo­że usta­no­wić wła­sne przy­ka­za­nia! Wpro­wa­dzi­łem te prze­ka­za­ne Moj­że­szo­wi przez Bo­ga i już po kil­ku­set la­tach ludz­kość wy­gi­nę­ła. Jak to moż­li­we?! Prze­cież do­brze wie­my, że tak się nie sta­ło. To fałsz.

– A po­top? – za­uwa­żył Bart. – Moż­na go uznać za in­ter­wen­cję. Mo­że dzie­sięć przy­ka­zań się nie spraw­dza i ko­niecz­ne są ko­rek­ty?

Ro­ber­to spoj­rzał na nie­go jak na dia­bła. Jed­nak po chwi­li uspo­ko­ił się i wy­świe­tlił plan­szę z py­ta­nia­mi.

– Sam po­patrz, jak ten­den­cyj­ne są te py­ta­nia. Te aku­rat do­ty­czą sy­tu­acji, gdy Bóg stwo­rzył raj i umie­ścił w nim pierw­szych lu­dzi.

Bart prze­czy­tał:

I spra­wił Pan Bóg, że wy­ro­sło z zie­mi wszel­kie drze­wo przy­jem­ne do oglą­da­nia oraz do­bre do je­dze­nia oraz drze­wo po­zna­nia do­bra i zła w środ­ku ogro­du. I dał Pan Bóg czło­wie­ko­wi ta­ki wy­bór:

Wa­riant pierw­szy: Z każ­de­go drze­wa te­go ogro­du mo­żesz jeść owo­ce, ale z drze­wa po­zna­nia do­bra i zła jeść ci nie wol­no.

Wa­riant dru­gi: Z każ­de­go drze­wa te­go ogro­du mo­żesz jeść owo­ce, lecz po­si­laj się zwłasz­cza owo­ca­mi z drze­wa po­zna­nia do­bra i zła, gdyż są one naj­bar­dziej ożyw­cze.

Wci­śnij wa­riant, któ­ry wy­bie­rasz.

– I co wy­bra­łeś? – za­py­tał Bart, po­dej­rze­wa­jąc jak brzmi od­po­wiedź.

– Prze­cież każ­dy ka­to­lik wie, któ­ry wa­riant jest pra­wi­dło­wy – usły­szał zdzi­wio­ny głos wier­ne­go słu­gi Pa­na.

– A gdy­byś wy­brał wa­riant dru­gi? –  za­ry­zy­ko­wał nie­wier­ny, otwar­ty na po­zna­nie Bart.

– Bóg wie naj­le­piej, co jest dla lu­dzi do­bre – wy­ce­dził ka­to­lik.

– No tak, każ­dy wi­nien o tym pa­mię­tać… – wy­co­fał się Bart. No cóż, nie da­ło się dys­ku­to­wać z fa­na­ty­ka­mi, bra­ko­wa­ło im cie­ka­wo­ści. Mie­li wszyst­ko do­kład­nie po­ukła­da­ne w gło­wie i ja­ka­kol­wiek zmia­na, na­wet naj­drob­niej­sza, prze­ra­ża­ła ich.