Wydawca ebooka: WAB Wydawca audiobooka: Biblioteka Akustyczna Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2012

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 3 godz. 58 min Lektor: Roch Siemianowski

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 3 godz. 58 min Lektor: Roch Siemianowski

Opis ebooka Wina - Ferdinand von Schirach

Wina to kontynuacja bestsellerowego zbioru opowiadań Przestępstwo, który tylko w Niemczech rozszedł się w nakładzie ponad pięciuset tysięcy egzemplarzy! Natychmiast po ukazaniu się książka trafiła na pierwsze miejsce listy bestsellerów tygodnika „Der Spiegel".

Ferdinand von Schirach po raz kolejny otwiera przed czytelnikami drzwi swojej kancelarii, zabiera na salę rozpraw i zapoznaje z piętnastoma historiami z własnej praktyki adwokackiej. Pozostając wiernym literackiemu stylowi, z właściwą sobie powściągliwością opisuje kolejne pogmatwane ludzkie losy, ciężkie zbrodnie i drobne przewinienia.

Jest zatem kobieta, która wspólnie z kochankiem zabija znęcającego się nad nią męża, jest bogu ducha winny mężczyzna, który trafia za kratki przez błąd urzędnika i swoje zaniedbanie, jest też historia drobnej złodziejki, której wydaje się, że kradzieżami zagłuszy pozostałe problemy osobiste, oraz dramat ofiary zbiorowego gwałtu.

Wszystkie te opowieści łączy jedno: w centrum każdej z nich znajduje się człowiek, gdyż to on autora najbardziej interesuje. Von Schirach pokazuje, że podczas procesu nic nie powinno wydawać się oczywiste, że ofiara bywa też katem, a oprawca może okazać się niewinny, że sprawiedliwość nie zawsze zwycięża, a adwokat niekoniecznie powinien znać całą prawdę o swoim kliencie.

O Winie Ferdinanda von Schiracha pisali:

Bohaterowie von Schiracha to ludzie podobni do tych, wśród których obracamy się na co dzień. Ich los staje się bliski czytelnikowi, co nie pozwala mu o nich zapomnieć nawet wtedy, kiedy odłoży już książkę.

focus.de

Książka von Schiracha nosi tytuł Wina, ale on nie szuka winnych. Nie osądza, sporządza tylko zapiski. I robi to, używając rzeczowego, porażająco oszczędnego, lakonicznego języka. Te opowiadania to tłumaczenie akt sądowych na język literacki.

H. Prantl, sueddeutsche.de

Lektura tych opowiadań daje chwile szczęścia porównywalne do tego, jakie dostarcza tylko obcowanie z Fitzgeraldem czy Capotem, tu każde słowo pasuje do reszty, wszystko jest na swoim miejscu.

Benjamin von Stuckrad-Barre, „Welt am Sonntag"

Nie sposób pisać oszczędniej, bardziej lakonicznie i bez upiększania.

Adam Soboczynski, „Die Zeit"

Opinie o ebooku Wina - Ferdinand von Schirach

Fragment ebooka Wina - Ferdinand von Schirach

Przekład: Anna Kierejewska

Redaktor serii: Filip Modrzejewski

Redakcja: Zuzanna Kowalska

Korekta: Małgorzata Denys, Natalia Kraszewska

Redakcja techniczna: Anna Gajewska

Projekt okładki i stron tytułowych: Szymon Wójciak na podstawie projektu Rolanda Eschlbecka i Kornelii Rumberg © AgenturR.M.E,Roland Eschlbeck and Kornelia Rumberg

Fotografia wykorzystana na I stronie okładki:

© Paul Taylor / Riser / Getty Images / Flash Press Media

Zdjęcie Ferdinanda von Schiracha na skrzydełku: © Piper Verlag, autor: Paulus Ponizak

Skład i łamanie: Tekst – Małgorzata Krzywicka

Piaseczno, Żółkiewskiego 7a

WydawnictwoW.A.B.

02-386 Warszawa, Usypiskowa 5

tel./fax (22) 646 01 74, 646 01 75, 646 05 10, 646 05 11

wab@wab.com.pl

wab.com.pl

ISBN978-83-7747-367-2

Tytuł oryginału:Schuld

Copyright © 2010 by Piper Verlag, GmbH, München

Copyright © for the Polish edition by WydawnictwoW.A.B., 2012

Copyright © fot the Polish translation by WydawnictwoW.A.B., 2012

WydanieI

Warszawa 2012

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Rzeczy są, jakimi są.

Arystoteles

Festyn

Pierwszy sierpnia nawet jak na tę porę roku był zbyt upalny. W miasteczku świętowano jego sześćsetlecie, pachniało prażonymi migdałami i watą cukrową, a zapach tłustego smażonego mięsa osadzał się we włosach. Były tam atrakcje, które zawsze są na jarmarkach. Ustawiono karuzelę, można było pojeździć elektrycznymi samochodzikami i postrzelać z wiatrówki. Co starsi, ubrani w jasne spodnie i z rozpiętymi koszulami, narzekali na skwar i spiekotę.

To byli przyzwoici mężczyźni wykonujący porządne zawody: agenci ubezpieczeniowi, właściciele salonów samochodowych, rzemieślnicy. Trudno by im cokolwiek zarzucić. Prawie wszyscy mieli żony, dzieci, odprowadzali podatki, spłacali kredyty, a wieczorem oglądali wiadomości. To byli całkiem zwyczajni mężczyźni i nikt nie przypuszczał, że coś takiego się wydarzy.

Grali w orkiestrze dętej. Nic szczególnego, żadnych wielkich występów, co najwyżej podczas wyborów miss regionu winnego, w związku strzeleckim, straży pożarnej. Raz byli u prezydenta, grali w ogrodzie, a potem pili zimne piwo i jedli kiełbaski. Pamiątkowe zdjęcie wisiało w siedzibie ich grupy, głowy państwa nie było na nim widać, ale ktoś powiesił obok artykuł, który wszystko objaśniał.

W perukach i ze sztucznymi brodami siedzieli na scenie. Ich żony umalowały im twarze białym pudrem i różem do policzków. Tamten dzień miał mieć godną oprawę, „ku chwale miasta”, jak powiedział burmistrz. Godnej oprawy jednak zabrakło. Wypili za dużo i pocili się, siedząc za czarną kurtyną. Koszule lepiły się im do ciał, czuć było pot i alkohol, puste szklanki walały się pod ich nogami. Nie zważając na to, grali. Nikomu nie przeszkadzało, kiedy zagrali coś nie tak, bo i publiczność sporo wypiła. Między utworami były oklaski i kolejne piwo. Kiedy robili sobie przerwy, didżej puszczał muzykę z płyt. Drewniane ławki ustawione pod sceną pokryły się kurzem, bo ludzie mimo upału tańczyli. Wtedy muzycy szli za kurtynę, żeby się napić.

Dziewczyna miała siedemnaście lat i jeszcze musiała meldować w domu, jeśli chciała przenocować u swojego chłopaka. Za rok czekała ją matura, a potem medycyna w Berlinie albo Monachium, cieszyła ją ta myśl. Była ładna, miała zawsze roześmianą twarz, niebieskie oczy, patrzyło się na nią z przyjemnością, uśmiechała się, gdy pracując jako kelnerka, obsługiwała gości. Napiwki były hojne, w wakacje chciała ze swoim chłopakiem wybrać się w podróż po Europie.

Było bardzo gorąco, więc miała na sobie tylko biały podkoszulek, dżinsy, okulary przeciwsłoneczne i zieloną opaskę, która przytrzymywała jej włosy. Jeden z muzyków wyszedł zza kurtyny, pomachał do niej i wskazał na szklankę, którą trzymał w ręce. Przeszła przez parkiet i wspięła się po czterech stopniach na scenę, ledwo utrzymała tacę, właściwie za ciężką jak na jej drobne ręce. Mężczyzna w peruce i z białymi policzkami wydał jej się zabawny. Zapamiętała, że się uśmiechnął. Uśmiechnął się, a jego zęby na tle białej twarzy wyglądały na żółte. Odsunął kurtynę i wpuścił ją do reszty mężczyzn, którzy siedzieli na ławkach i którym chciało się pić. Przez chwilę jej biały podkoszulek wyjątkowo jasno zalśnił w słońcu, jej chłopak lubił, kiedy go nosiła. Poślizgnęła się. Przewróciła się do tyłu, upadek nie bolał, ale wylała na siebie piwo. Podkoszulek zrobił się przezroczysty, dziewczyna nie miała stanika. Poczuła się niezręcznie, więc roześmiała się i spojrzała na mężczyzn, którzy nagle zamilkli i wlepili w nią wzrok. Któryś z nich jako pierwszy wyciągnął rękę w jej stronę, i tak się zaczęło. Kurtyna znów była zasunięta, z głośników ryczała piosenka Michaela Jacksona, a mężczyźni zrównali swój rytm z rytmem muzyki, później nikt nie zdoła niczego wytłumaczyć.

Policja zjawiła się za późno. Nie uwierzyli mężczyźnie, który zadzwonił z budki telefonicznej. Powiedział, że należy do zespołu, nie podał swojego nazwiska. Policjant, który odebrał telefon, powiedział o wszystkim swoim kolegom, ale wzięli to za żart. Tylko najmłodszy z nich uznał, że to sprawdzi, i przeszedł przez ulicę, kierując się na miejsce.

Pod sceną było ciemno i wilgotno. Leżała naga w błocie, cała w spermie, moczu i krwi. Nie mogła mówić ani się ruszyć. Miała złamane dwa żebra, lewą rękę i nos, a plecy i ramiona pokaleczone były odłamkami szkła z kieliszków i kufli. Kiedy mężczyźni już skończyli, oderwali jedną z desek i wepchnęli dziewczynę pod scenę. Oddawali na nią mocz, podczas gdy ona leżała na dole. Potem znów wyszli do publiczności. Grali właśnie polkę, kiedy policjanci wyciągali dziewczynę z błota i brudu.

„Obrona to walka, walka o prawa oskarżonego”. To zdanie pochodziło z małej książeczki w czerwonej plastikowej okładce, którą w tamtym czasie miałem zawsze przy sobie. To byłPodręcznik obrońcy.Właśnie zdałem mój drugi egzamin i od kilku tygodni mogłem wykonywać zawód adwokata. Wierzyłem w prawdziwość tych słów. Wydawało mi się, że wiem, co oznaczają.

Jeden z moich przyjaciół ze studiów zadzwonił do mnie i spytał, czy nie chciałbym być obrońcą w jednej ze spraw, bo potrzebowano jeszcze dwóch. Oczywiście chciałem, to był pierwszy duży proces, w gazetach wciąż o nim pisano i wydawało mi się, że to moja ogromna szansa.

Podczas postępowania karnego podejrzany nie musi udowadniać swojej niewinności. Może zachować milczenie i nie ma obowiązku zeznawać na swoją korzyść, to oskarżyciel przedstawia dowody winy. Taka była więc nasza strategia. Wszyscy mieli po prostu milczeć. Nic więcej nie musieliśmy robić.

Dopiero od niedawna badaniaDNAuznane zostały przez sądy jako dowody w sprawach. Policjanci w szpitalu zabezpieczyli ubranie dziewczyny i schowali je do niebieskiego worka na śmieci. Włożyli go do bagażnika w radiowozie i mieli zawieźć do zakładu medycyny sądowej. Wydawało im się, że robią wszystko tak, jak powinni. Samochód stał na słońcu, z każdą godziną pod wpływem ciepła pod folią rozwijały się grzyby i bakterie, które uszkodziłyDNAi uniemożliwiły analizę.

Lekarze, ratując ofiarę, zniszczyli dowody. Kiedy oczyszczali jej skórę, dziewczyna leżała na stole operacyjnym. Z pochwy, odbytu i powierzchni ciała usunięto ślady sprawców, udzielono pierwszej pomocy, nikt nie myślał o niczym innym. Dużo później policjanci i lekarz sądowy ze stolicy próbowali odszukać odpady zebrane podczas tamtego zabiegu. W końcu, nic nie znalazłszy, siedzieli o trzeciej nad ranem w szpitalnym barze, zmęczeni i pochyleni nad jasnobrązowymi filiżankami z zimną, lurowatą kawą; dali za wygraną. Jedna z pielęgniarek powiedziała, że będzie lepiej, jeśli pójdą do domu.

Młoda kobieta nie mogła zidentyfikować sprawcy, nie potrafiła rozróżnić mężczyzn; w perukach i z makijażem wyglądali identycznie. Podczas konfrontacji nie chciała nawet spojrzeć w ich stronę, a kiedy już się odważyła, nie rozpoznała nikogo. Nie wiadomo, który z mężczyzn zadzwonił na policję, było jednak pewne, że jeden z nich. Należało więc przypuszczać, że każdy mógł wtedy zadzwonić na policję. Było ośmiu podejrzanych, ale każdy z nich mógł być tym jednym niewinnym.

Był chuderlawy. Miał ostre rysy, okulary w złotych oprawkach, mocno wysunięty podbródek. Wtedy jeszcze palenie w więziennych salach widzeń było dozwolone, wypalił mnóstwo papierosów. Kiedy mówił, ślina zbierała mu się w kącikach ust, wycierał ją chusteczką. Gdy widziałem go pierwszy raz, siedział w areszcie od dziesięciu dni. Cała sytuacja była dla mnie tak samo nowa jak i dla niego, zbyt szczegółowo objaśniłem mu jego prawa i charakter relacji adwokat – klient, mądrościami z podręczników chciałem ukryć swoją niepewność. Opowiadał o swojej żonie i dwójce dzieci, o pracy, i w końcu też o festynie. Powiedział, że tego dnia było zbyt gorąco i za dużo wypili. Nie wiedział, dlaczego do tego doszło. Takie było jego wytłumaczenie: było za gorąco. Nigdy go nie spytałem, czy też w tym uczestniczył, nie chciałem wiedzieć.

Adwokatów zakwaterowano w hotelu przy rynku.Dyskutowaliśmy w miejscowej knajpie, siedząc nad aktami. Były w nich zdjęcia tej młodej kobiety, jej zmaltretowanego ciała, spuchniętej twarzy. Nigdy wcześniej nie widziałem czegoś takiego. Jej zeznania były chaotyczne, nie dawały pełnego obrazu sytuacji, a każdą stronę akt zalewała wściekłość, wściekłość policji, prokuratora i lekarzy. Na nic to się jednak nie zdało.

W środku nocy w moim pokoju zadzwonił telefon. Słyszałem tylko oddech tej osoby, nic nie mówiła. To nie była pomyłka. Słuchałem, dopóki się nie rozłączyła. Trwało to długo.

Sąd rejonowy znajdował się przy tym samym placu co hotel, był to klasycystyczny budynek z niewielkimi zewnętrznymi schodami, uosabiał wielkość państwa prawa. Miasto było znane z tłoczni win, mieszkali tu kupcy i właściciele winnic, to była szczęśliwa okolica, którą oszczędziły wojny. Wszystko tu emanowało godnością i poszanowaniem dla prawa. Ktoś w sądzie na parapetach poustawiał pelargonie.

Sędzia wzywał nas po kolei do swojego pokoju. Miałem na sobie togę, wtedy jeszcze nie wiedziałem, że nie zakłada się jej na takie spotkania. Kiedy rozpoczęło się badanie podstaw zasadności aresztowania, mówiłem zbyt dużo, tak jak się to dzieje, kiedy jest się młodym i myśli, że to lepsze niż milczenie. Sędzia patrzył tylko na mojego klienta, nie sądzę, żeby mnie słuchał. Między dwoma mężczyznami wyczuwało się napięcie, to było coś innego, wykraczającego poza procedurę sądową, to oskarżenie, które nie miało nic wspólnego z kodeksem. Kiedy skończyłem, sędzia zapytał raz jeszcze, czy mężczyzna chce zachować milczenie. Zapytał cicho i bez emocji, zdjął okulary i czekał. Sędzia znał odpowiedź, jednak zadał to pytanie. Wszyscy siedzący w chłodnej sali wiedzieliśmy, że tu kończy się proces, wina to już zupełnie inna sprawa.

Czekaliśmy później na korytarzu na decyzję sędziego śledczego. Było nas dziewięciu obrońców, mój znajomy i ja byliśmy najmłodsi. Obaj kupiliśmy sobie na ten proces garnitury. Jak wszyscy adwokaci, i my żartowaliśmy, że powinniśmy zapuszkować naszą empatię, stałem się teraz częścią tej machiny. Na końcu korytarza oparty o ścianę stał posterunkowy, był gruby i wyglądał na zmęczonego, ignorował nas.

Po południu sędzia uchylił postanowienie o areszcie tymczasowym, powiedział, że nie ma dowodów, a oskarżeni milczą. Postanowienie odczytał z kartki, choć składało się tylko z dwóch zdań. Potem zapadła cisza. Linia obrony okazała się dobra, w tamtej chwili nie wiedziałem, czy powinienem wstać, protokolantka jednak przekazała mi postanowienie i opuściliśmy salę. Na korytarzu unosił się zapach linoleum i starych akt.

Mężczyźni zostali zwolnieni. Z budynku sądu wypuszczono ich tylnym wyjściem, wrócili do swoich żon, dzieci, swojego życia. Dalej odprowadzali podatki, spłacali kredyty, posyłali dzieci do szkoły i nikt więcej nie wspominał o tej sprawie. Orkiestra została rozwiązana. Proces się nie odbył.

Przed sądem rejonowym czekał ojciec tej młodej kobiety, stał na środku schodów, a my, przechodząc, mijaliśmy go z obu stron. Spojrzał na nas, miał dobrotliwą twarz i oczy czerwone od płaczu. Na ratuszu naprzeciw wisiał jeszcze afisz z okazji święta miasta. Starsi adwokaci rozmawiali z dziennikarzami, mikrofony migotały niczym ryby w słońcu, a z tyłu na schodach budynku sądu siedział ojciec dziewczyny z głową ukrytą w dłoniach.

Po zbadaniu zasadności tymczasowego aresztowania ja i mój przyjaciel ze studiów poszliśmy na dworzec. Mogliśmy rozmawiać o zwycięstwie naszej linii obrony, o płynącym nieopodal Renie lub o czymkolwiek. Zamiast tego siedzieliśmy na drewnianej ławce, z której złaziła farba, a żaden z nas nie miał ochoty nic mówić. Wiedzieliśmy, że utraciliśmy niewinność i że było to teraz już bez znaczenia. W drodze powrotnej do domu milczeliśmy, siedząc w pociągu w naszych nowych garniturach i z prawie nieużywanymi aktówkami, i myśleliśmy o tej dziewczynie i przyzwoitych mężczyznach, nawet na siebie nie patrząc. Przez tą całą sytuację wydorośleliśmy, a kiedy wysiedliśmy z pociągu, byliśmy pewni, że nic nie będzie już takie proste, jak nam się wcześniej wydawało.

DNA

dla M.R.

Nina miała siedemnaście lat. Siedziała przed Dworcem Zoo, przed nią stał papierowy kubek, a w nim jakieś drobne. Było zimno, śnieg zalegał na ulicach. Nie tak to wszystko miało wyglądać, ale nie widziała lepszego wyjścia. Ostatni raz dzwoniła do matki przed dwoma miesiącami, telefon odebrał jej ojczym. Płakał, powiedział, żeby się opamiętała. Nagle wszystko wróciło, to, jak czuć było od niego potem i starym mężczyzną, jego owłosione ręce. Rozłączyła się.

Jej nowy chłopak, Thomas, też żył na dworcu. Miał dwadzieścia cztery lata, opiekował się nią. Dużo pili, te mocniejsze rzeczy rozgrzewały i pozwalały o wszystkim zapomnieć. Kiedy podszedł do niej tamten mężczyzna, myślała, że szuka prostytutki. Nie była nią. Wściekała się, kiedy mężczyźni pytali, ile to kosztuje. Raz napluła jednemu w twarz.

Starszy mężczyzna spytał, czy z nim pójdzie, powiedział, że ma przytulne mieszkanie, nie oczekuje od niej w zamian seksu. Po prostu nie chce być sam w Boże Narodzenie. Wyglądał porządnie, miał sześćdziesiąt, może sześćdziesiąt pięć lat, gruby płaszcz, starannie wypastowane buty. Zawsze zwracała uwagę na buty. Była przemarznięta.

– Tylko jeśli mój chłopak też pójdzie ze mną – powiedziała.

– Oczywiście – odparł mężczyzna. Przyznał, że woli nawet, żeby poszli razem.

Później siedzieli w kuchni w mieszkaniu tego mężczyzny. Dał im kawę i ciasto. Spytał dziewczynę, czy chce się wykąpać, powiedział, że to dobrze by jej zrobiło. Nie była pewna, co zrobić, ale Thomas był przy niej. Nic złego nie może się stać, pomyślała. W drzwiach do łazienki nie było klucza.

Leżała w wannie. Było ciepło, olejek do kąpieli miał brzozowo-lawendowy zapach. W pierwszej chwili go nie zauważyła. Zamknął za sobą drzwi. Opuścił spodnie, onanizował się. To przecież nic złego, powiedział i uśmiechnął się zmieszany. Z pokoju dobiegały dźwięki telewizora. Krzyknęła. Thomas kopniakiem otworzył drzwi, klamka trafiła mężczyznę w nerki. Stracił równowagę i upadł na brzeg wanny. Leżał obok dziewczyny w wodzie, z głową na jej brzuchu. Zaczęła wymachiwać nogami, przyciągnęła kolano do siebie, chciała się stamtąd wydostać, jak najdalej od tego mężczyzny. Trafiła go w nos, krew skapywała do wanny. Thomas chwycił go za włosy i trzymał jego głowę pod wodą. Nina nie przestawała krzyczeć. Stała w wannie i naga pomagała Thomasowi, dociskając kark mężczyzny. Wydawało jej się, że to wszystko trwa długo. W końcu przestał się ruszać. Zobaczyła jego owłosiony tyłek i pięścią uderzyła w plecy.

– Świnia – powiedział Thomas.

– Świnia – powiedziała Nina.

Potem nie mówili już nic. Poszli do kuchni i próbowali przemyśleć sytuację. Nina owinęła się ręcznikiem, zapalili. Nie wiedzieli, co zrobić.

Thomas musiał zabrać jej rzeczy z łazienki. Ciało mężczyzny osunęło się na podłogę, zablokowało drzwi.

– Wiesz, że będą musieli zdjąć drzwi z zawiasów? – powiedział, kiedy wszedł do kuchni i oddał jej rzeczy.

– Nie, nie wiedziałam.

– Inaczej go stamtąd nie wyciągną.

– Myślisz, że tak zrobią?

– Inaczej się nie da.

– Nie żyje?

– Tak mi się wydaje – powiedział.

– Musisz tam wejść jeszcze raz. Mój portfel i dowód zostały w środku.

Przeszukał mieszkanie i znalazł w biurku osiem tysięcy pięćset marek. Na kopercie było napisane: „Dla ciotki Margret”. Powycierali odciski palców. Potem wyszli z mieszkania. Nie spieszyli się, sąsiadka, starsza pani w okularach o silnych szkłach, widziała ich pod pergolą.

Pojechali kolejką z powrotem na dworzec. Później usiedli w barze.

– To było okropne – powiedziała Nina.

– Co za idiota – odparł Thomas.

– Kocham cię – powiedziała.

– Taa.

– Co jest? Ty mnie nie kochasz?

– On to robił sam? – zapytał Thomas i spojrzał jej prosto w oczy.

– Tak, a ty myślałeś, że co? – odpowiedziała przestraszona.

– Ty nic nie robiłaś? – Nie, tylko krzyczałam. To jakiś stary zboczeniec – powiedziała.

– Na pewno nic?

– Tak, na pewno.

– Będzie ciężko – powiedział po chwili.

Tydzień później zobaczyli ogłoszenie wiszące na jednej z kolumn na dworcu. Mężczyzna nie żył. Policjant znał obydwoje z dworcowego komisariatu. Uznał, że pasują do rysopisu podanego przez sąsiadkę. Zostali przesłuchani. Starsza pani nie była do końca pewna. Ich ubrania zostały poddane badaniom, urzędnicy porównali ich włókna z tymi z mieszkania ofiary. Wynik nie dał jednoznacznej odpowiedzi. Mężczyzna był znany z tego, że korzystał z usług prostytutek, miał na koncie dwie kary za zmuszanie do czynności seksualnych i kontakty seksualne z nieletnimi. Zostali zwolnieni. Sprawy nie wyjaśniono.

Wszystko zrobili tak jak trzeba. Przez dziewiętnaście lat robili wszystko tak jak trzeba. Za pieniądze ofiary wynajęli mieszkanie, później przenieśli się do szeregowca. Przestali pić. Nina dostała pracę jako sprzedawczyni w supermarkecie, Thomas był magazynierem w hurtowni. Wzięli ślub. W tym samym roku urodził im się chłopiec, w następnym dziewczynka. Radzili sobie, dobrze im się żyło. Raz wdał się w bójkę w pracy, nie bronił się, nie chciał się narażać, ona to rozumiała.

Kiedy