Will Grayson, Will Grayson - John Green, David Levithan - ebook
Opis

Willu Graysonie, poznaj Willa Graysona…

Pewnego zimnego wieczoru w Chicago przecinają się ścieżki dwóch Willów Graysonów. Nazywają się tak samo, ale do tej chwili żyli w zupełnie różnych światach. Teraz ich życie rusza w całkiem nowym i nieoczekiwanym kierunku. Po drodze jest miejsce na przyjaźń i miłość, muzykę i futbol, a emocjonalna plątanina znajduje kulminację w najbardziej szalonym i spektakularnym musicalu, jaki kiedykolwiek wystawiono na deskach licealnych scen.

Piąta powieść Johna Greena, która trafia do rąk polskich czytelników, tym razem napisana w duecie z Davidem Levithanem

John Green, autor powieści GWIAZD NASZYCH WINA, jest najpopularniejszym na świecie autorem młodzieżowym

Inteligentna i błyskotliwa literatura dla myślących i poszukujących

 „John Green i David Levithan idealnie się do siebie dopasowali”. The San Francisco Chronicle

Will Grayson, Will Grayson to absolutny przebój. Powieść jest tak zabawna, niegrzeczna i oryginalna, że zanim kwiaty spadną na scenę, nawet przeciwnicy musicali zaczną bić brawa”.  The New York Times Book Review

„Mocna, prowokująca do myślenia, zabawna, poruszająca i wyjątkowa”. School Library Journal

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 333

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: Will Grayson, Will Grayson

Copyright © John Green and David Levithan, 2010 All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem do reprodukcji w całości lub we fragmencie w jakiejkolwiek formie.

This edition published by arrangement with Dutton Children’s Books, a member of Penguin Group (USA) LLC, a Penguin Random House Company

Copyright © for the Polish edition and translation by Wydawnictwo Bukowy Las Sp. z o.o., 2015

ISBN 978-83-64481-86-4

Projekt okładki: Mariusz Banachowicz Redakcja: Renata Otolińska Korekta: Iwona Huchla Redakcja techniczna: Adam Kolenda

Wydawca: Wydawnictwo Bukowy Las Sp. z o.o. ul. Sokolnicza 5/76, 53-676 Wrocławwww.bukowylas.pl

Wyłączny dystrybutor: Firma Księgarska Olesiejuk Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością Sp.j. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. 22 721 30 11, fax 22 721 30 01 www.olesiejuk.pl, e-mail: [email protected]

Skład wersji elektronicznej: [email protected]

Dla Davida Leventhala (za bliskość) – DL Dla Tobiasa Huismana – JG

1

Gdy byłem mały, mój tata mawiał:

– Will, masz wpływ na wybór swoich przyjaciół, masz wpływ na kształt swojego nosa, ale nie masz wpływu na kształt nosa swoich przyjaciół.

Spostrzeżenie to wydawało mi się dość inteligentne, kiedy miałem osiem lat, ale okazało się nieprawdziwe pod kilkoma względami. Przede wszystkim człowiek nie wybiera sobie przyjaciół, bo inaczej ja nigdy bym się nie zadawał z Kruchym Cooperem.

Kruchy Cooper nie jest najbardziej zdeklarowanym gejem na świecie i nie jest też największym człowiekiem na świecie, ale możliwe, że jest największym człowiekiem na świecie, który jest bardzo, bardzo zdeklarowanym gejem, a także najbardziej zdeklarowanym gejem, który jest bardzo, bardzo wielki. Jest też moim przyjacielem od piątej klasy, poza ostatnim semestrem, podczas którego on był zajęty odkrywaniem całego spektrum swojego gejowskiego ego, ja zaś posiadaniem po raz pierwszy w życiu serdecznej Paczki Przyjaciół, którzy przestali ze mną rozmawiać z powodu dwóch błahych wykroczeń:

Po tym, gdy pewien członek samorządu uczniowskiego okazał głębokie zaniepokojenie obecnością gejów w szatni sportowej, wstawiłem się za prawem Kruchego Coopera do bycia zarówno ogromnym człowiekiem (dzięki czemu jest też najlepszym obrońcą w naszej dennej szkolnej drużynie futbolowej), jak i gejem, co wyraziłem w liście do szkolnej gazetki, pod którym z głupoty się podpisałem.Kolega Clint z Paczki Przyjaciół mędrkował na temat tego listu przy obiedzie i w trakcie mędrkowania nazwał mnie „dupościskiem”, a ponieważ nie wiedziałem, co to znaczy, zapytałem: „Co masz na myśli?”. A on znów nazwał mnie dupościskiem, więc kazałem mu się odwalić, wziąłem swoją tacę i poszedłem.

Więc formalnie rzecz biorąc, chyba sam zerwałem z Paczką Przyjaciół, choć odbieram to na odwrót. Szczerze mówiąc, wydawało mi się, że żadne z nich nigdy tak naprawdę mnie nie lubiło, ale przynajmniej miałem swoją ekipę, co nie jest bez znaczenia. A teraz nie mam, przez co zostałem zupełnie pozbawiony towarzystwa rówieśników.

To znaczy, jeśli nie liczyć Kruchego. Więc chyba muszę go liczyć.

Itakto kilka tygodni po feriach świątecznych w trzeciej klasie siedzę na swoim miejscu na zajęciach z matmy, gdy Kruchy wpada do klasy tanecznym krokiem ubrany w koszulkę piłkarską wetkniętą w chinosy, choć sezon dawno już się skończył. Co dnia jakimś cudem udaje mu się wpasować w ławkę obok mnie i co dnia budzi moje zdumienie, że znów tego dokonał.

Zatem Kruchy upycha swoje wielkie ciało na krześle, ja jestem należycie zdumiony, a potem on odwraca się do mnie i szepcze bardzo głośno, ponieważ w głębi serca chce, by inni też się o tym dowiedzieli:

– Zakochałem się.

Przewracam oczami, bo Kruchy równo co godzinę zakochuje się w jakimś kolejnym biedaku. Wszyscy oni wyglądają tak samo: chudzi, spoceni i opaleni – obrzydlistwo, bo każda lutowa opalenizna w Chicago jest sztuczna, a faceci ze sztuczną opalenizną – nieważne, czy geje, czy nie – są żałośni.

– Jesteś taki cyniczny – żali się Kruchy, z rezygnacją machając ręką.

– Nie cyniczny – prostuję – tylko racjonalny.

– Jak cyborg – stwierdza on.

Kruchy uważa, że jestem niezdolny do tego, co ludzie nazywają uczuciami, ponieważ nie płakałem od siódmych urodzin, kiedy to obejrzałem film Wszystkie psy idą do nieba. Pewnie powinienem się był domyślić po tytule, że ta historia nie może się skończyć wesoło, ale na swoją obronę podkreślę, że miałem zaledwie siedem lat. Tak więc od tamtej pory nie uroniłem ani jednej łzy. Prawdę mówiąc, nie rozumiem, jaki sens ma płakanie. Ponadto uważam, że bez problemu można się przed nim uchronić w każdym wypadku – może poza śmiercią krewnych lub czymś w tym rodzaju – jeśli przestrzega się dwóch prostych zasad: 1. Nie przejmować się niczym. 2. Siedzieć cicho. Wszystkie godne pożałowania sytuacje, jakie kiedykolwiek mi się przytrafiły, wynikały z tego, że nie zastosowałem się do jednej z powyższych reguł.

– Wiem, że miłość jest prawdziwa, bo ją czuję – ciągnie Kruchy.

Najwyraźniej lekcja już się zaczęła, choć tego nie zauważyliśmy, ponieważ pan Applebaum, który, tak się niefortunnie składa, uczy nas matmy, a przede wszystkim uczy mnie, że ból i cierpienie należy znosić po stoicku, pyta:

– Co czujesz, Kruchy?

– Miłość! – oznajmia chłopak. – Czuję miłość.

Wszyscy się odwracają i albo śmieją się, albo prychają z dezaprobatą pod adresem Kruchego, a ponieważ siedzę obok niego i jest moim najlepszym, a także jedynym kumplem, śmieją się i prychają również pod moim adresem. Właśnie z tego powodu nigdy bym nie wybrał Kruchego Coopera na przyjaciela. Za bardzo zwraca na siebie uwagę. Ponadto wręcz patologicznie nie potrafi przestrzegać żadnej z moich zasad. Porusza się tanecznym krokiem, za bardzo się wszystkim przejmując i nigdy nie siedząc cicho, a potem jest zdziwiony, gdy świat wylewa na niego pomyje. I oczywiście z tego prostego powodu, że ja trwam przy boku Kruchego, świat wylewa te pomyje również na mnie.

Gdy po lekcji przeglądam zawartość swojej szafki, zastanawiając się, jakim cudem zostawiłem Szkarłatną literę w domu, Kruchy podchodzi ze swoimi przyjaciółmi z Gay-Straight Alliance[1] – Garym (który jest gejem) oraz Jane (która być może jest lesbijką, nigdy nie pytałem) – i oznajmia:

– Oczywiście wszyscy uważają, że wyznałem ci miłość na matmie. Ja zakochany w Willu Graysonie! Czy to nie najdurniejsza rzecz, jaką słyszałeś w życiu?

– No pięknie… – wzdycham.

– Ludzie są takimi kretynami – ciągnie. – Jakby zakochanie było w jakimś sensie złe.

Gary wydaje głośny jęk. Gdyby można było wybierać przyjaciół, rozważałbym kandydaturę Gary’ego. Kruchy zakumplował się z nim, jego chłopakiem Nickiem, i Jane, gdy dołączył do GSA podczas mojego stażu w roli członka Paczki Przyjaciół. Ledwie znam Gary’ego, ponieważ przestaję znów z Kruchym dopiero od dwóch tygodni, ale odnoszę wrażenie, że to najnormalniejsza osoba, z jaką mój przyjaciel się kiedykolwiek kolegował.

– Istnieje różnica – zauważa Gary – między zakochaniem a ogłaszaniem tego na matmie. – Kruchy zaczyna protestować, ale kumpel go ucisza. – Nie zrozum mnie źle. Masz wszelkie prawo kochać Zacha.

– Billy’ego – koryguje Kruchy.

– Chwila, a co się stało z Zachem? – pytam, bo gotów byłbym przysiąc, że jeszcze na matmie Kruchy był zakochany w Zachu. Lecz od chwili wyznania minęło czterdzieści siedem minut, więc może zmienił już obiekt zainteresowań. Kruchy miał już około 3900 chłopaków, z czego połowę wyłącznie przez Internet.

Gary, równie skołowany nagłym objawieniem się Billy’ego, opiera się o szafkę i lekko uderza głową o metalowe drzwiczki.

– Kruchy, to, że jesteś taki puszczalski, nie robi dobrze naszej sprawie.

Patrzę na przyjaciela.

– Czy możemy sprostować plotki o naszej miłości? – proszę. – Znacznie redukują moje szanse u pań.

– Nazywanie ich „paniami” też raczej nie pomaga – wytyka mi Jane.

Kruchy się śmieje.

– Serio – upieram się. – Mam przez to pod górę.

Mój przyjaciel wreszcie spogląda na mnie poważnie i kiwa lekko głową.

– Choć gwoli wyjaśnienia – mówi Gary – mógłbyś trafić znacznie gorzej niż na Willa Graysona.

– I zrobił to – stwierdzam.

Kruchy, śmiejąc się, wykonuje piruet i staje na środku korytarza, po czym woła:

– Szanowny świecie, wiedz, że nie lecę na Willa Graysona. Ale, świecie drogi, musisz wiedzieć coś jeszcze! – Zaczyna śpiewać broadwayowskim barytonem, potężnym jak obwód jego pasa: – Ja po prostu nie umiem bez niego żyć!

Ludzie śmieją się, pohukują i klaszczą, gdy on wykonuje swoją serenadę, a ja ruszam na angielski. To długa droga, a staje się jeszcze dłuższa, gdy koledzy zatrzymują mnie i pytają, jakie to uczucie uprawiać sodomię z Kruchym Cooperem i jak mi się udaje znaleźć jego „małego gejowskiego fiutka” pod tym tłustym brzuchem. Reaguję tak jak zawsze: spuszczam wzrok i szybko idę dalej. Wiem, że to tylko żarty. Wiem, że bycie wrednym to taki koleżeński rytuał czy coś w tym rodzaju. Kruchy zawsze ma w zanadrzu jakąś błyskotliwą ripostę, na przykład: „Jak na kogoś, kto teoretycznie mnie nie pragnie, dziwnie dużo czasu poświęcasz na myślenie i mówienie o moim penisie”. W jego wypadku to działa, a w moim nie. W moim działa milczenie. Trzymanie się zasad. Zatem jestem cicho, nie przejmuję się, idę dalej, i wkrótce jest po wszystkim.

Po raz ostatni otwarcie wyraziłem swoją opinię, gdy napisałem ten przeklęty list do gazetki na temat przeklętego Kruchego i jego przeklętego prawa do bycia gwiazdą naszej beznadziejnej drużyny futbolowej. W najmniejszym stopniu nie żałuję, że go wysłałem, a jedynie że go podpisałem. To było ostre pogwałcenie zasady o siedzeniu cicho i proszę, dokąd mnie zaprowadziło: siedzę cicho sam we wtorkowe popołudnie, wgapiając się w swoje czarne trampki.

Tego wieczoru wkrótce po tym, gdy zamawiam pizzę dla siebie i rodziców, którzy – jak zawsze – zostają do późna w szpitalu, Kruchy dzwoni do mnie i oznajmia szybkim, dramatycznym szeptem:

– Neutral Milk Hotel ma się znowu zebrać i dać koncert w Kryjówce. W ogóle tego nie reklamują i nikt o tym nie wie, i kurka wodna, Grayson, kurka wodna!

– Kurka wodna! – krzyczę. Kruchy ma tę niewątpliwą zaletę, że gdy w mieście dzieje się coś fantastycznego, on dowiaduje się o tym pierwszy!

Zazwyczaj niezbyt łatwo ulegam ekscytacji, ale Neutral Milk Hotel tak jakby odmienił moje życie. Wydali absolutnie fantastyczny album In the Aeroplane Over the Sea w 1998 roku i od tamtej pory nikt ich nie słyszał, rzekomo dlatego, że ich wokalista zamieszkał w jaskini w Nowej Zelandii. Ale tak czy owak jest geniuszem.

– Kiedy?

– Nie wiem. Dopiero się dowiedziałem. Zawiadomię też Jane. Lubi ich prawie tak bardzo jak ty. Okay, dobra. Słuchaj. Musimy natychmiast jechać do Kryjówki.

– Właściwie już jadę – odpowiadam, otwierając drzwi do garażu.

Dzwonię do mamy z samochodu. Mówię jej, że Neutral Milk Hotel grają w Kryjówce, a ona pyta:

– Kto? Co? Jaka ryjówka?

Nucę kilka taktów jednej z ich piosenek i mama ogarnia.

– A, znam ten utwór. Jest na tej składance, którą dla mnie zrobiłeś.

– Brawo – chwalę ją.

– Masz wrócić przed jedenastą – oznajmia.

– Mamo, to historyczne wydarzenie – protestuję. – Historia nie zna godziny policyjnej.

– Przed jedenastą – powtarza mama.

– Jezu, dobra – prycham, a ona musi już kończyć i wyciąć komuś raka.

Kruchy Cooper mieszka w wielkiej rezydencji z najbogatszymi rodzicami świata. Chyba żadne z nich nie pracuje, ale są tak odrażająco zamożni, że Kruchy nawet nie mieszka z nimi, tylko w osobnej powozowni, całkiem sam. Ma w tym cholerstwie trzy sypialnie i lodówkę zawsze pełną piwa, a rodzice nigdy nie zawracają mu głowy, więc możemy siedzieć u niego cały dzień, grać w nogę na konsoli i pić miller lite, choć tak naprawdę Kruchy nienawidzi grać na konsoli, a ja nie znoszę piwa, więc gramy tylko w rzutki (ma tarczę), słuchamy muzyki, rozmawiamy i się uczymy. Zaczynam wymawiać pierwszą literę jego imienia, gdy wypada z pokoju w jednym czarnym skórzanym mokasynie na nodze, z drugim w ręku, i woła:

– Biegnij, Grayson, biegnij!

Na trasie wszystko układa się idealnie. Na Sheridan nie ma zbyt wielkiego ruchu. Wchodzę w zakręty, jakby to było Indy 500, i słuchamy mojej ulubionej piosenki NMH Holland 1945. Potem wjeżdżamy w Lake Shore Drive, fale jeziora Michigan rozbijają się o skały wzdłuż drogi, uchylamy okna, żeby wywietrzyć auto, a brudne, choć orzeźwiające, zimne powietrze wdziera się do środka. Uwielbiam zapach Chicago – pachnie słonawą jeziorną wodą, sadzą, potem i smarem, i kocham tę woń, i kocham tę piosenkę, a Kruchy mówi: „Kocham tę piosenkę”, po czym opuszcza daszek czapki niżej, żeby artystycznie potargać sobie włosy. Przychodzi mi do głowy, że Neutral Milk Hotel zobaczą mnie, tak jak ja będę widział ich, więc przeglądam się we wstecznym lusterku. Moja twarz wydaje się zbyt kwadratowa, a oczy zbyt wielkie, jakbym był nieustająco zdziwiony, ale nie ma w moim wyglądzie nic, co mógłbym poprawić.

Kryjówka to undergroundowy pub w budzie skleconej z desek, znajdujący się między jakąś fabryką a budynkiem Wydziału Transportu. Nie ma w nim nic wyjątkowego, ale choć jest dopiero siódma, przed drzwiami stoi kolejka. Ustawiam się w niej wraz z Kruchym, by poczekać, aż pojawią się Gary i Może Homoseksualna Jane.

Jane ma na sobie koszulkę z wycięciem w karo z ręcznie wykonanym napisem „Neutral Milk Hotel” pod rozpiętym płaszczem. Dziewczyna wkroczyła w życie Kruchego mniej więcej wtedy, gdy ja z niego wypadłem, więc nie znamy się za dobrze. Jednak mógłbym chyba stwierdzić, że jest moim czwartym w kolejności najlepszym kumplem i że najwyraźniej ma dobry gust, jeśli chodzi o muzykę.

Stoimy przed Kryjówką na szczypiącym w twarz mrozie, a Jane mówi „cześć”, nie patrząc na mnie. Odpowiadam jej, po czym ona dodaje:

– To absolutnie genialna kapela.

– Wiem – potwierdzam.

Jest to chyba najdłuższa rozmowa, jaką odbyłem z Jane. Lekko kopię kamienistą ziemię i obserwuję, jak miniaturowa chmura pyłu wznosi się wokół mojej stopy. Wyznaję, że uwielbiam Holland, 1945, a Jane mówi:

– Ja wolę ich mniej popularne kawałki. Te głośne, polifoniczne.

Kiwam tylko głową w nadziei na to, że wyglądam, jakbym wiedział, co oznacza słowo „polifoniczne”.

Kruchemu nie da się szepnąć nic na ucho, nawet jeśli ktoś jest całkiem wysoki tak jak ja, ponieważ ten drań ma ponad dwa metry wzrostu. Trzeba go najpierw klepnąć w gigantyczne ramię, a potem kiwnąć głową, aby zrozumiał, że chce się mu coś dyskretnie powiedzieć. Tak więc robię, a on się pochyla.

– Hej – mówię cicho – czy Jane jest w homo- czy w heteroseksualnej sekcji GSA?

Kruchy zbliża usta do mojego ucha i szepcze :

– Nie wiem. Chyba w pierwszej klasie miała chłopaka.

Ja na to przypominam mu, że w pierwszej klasie miał 11 542 dziewczyny, a wtedy on daje mi kuksańca w ramię, który w zamierzeniu ma być żartobliwy, ale w praktyce powoduje trwałe uszkodzenie nerwu.

Gary rozciera ramiona Jane, żeby ją rozgrzać, a kolejka w końcu rusza. Jakieś pięć sekund później z pubu wychodzi załamany dzieciak. Jest dokładnie w typie drobnego opalonego blondasa, w którym gustuje mój przyjaciel.

– Co się stało? – pyta go Kruchy.

– Wpuszczają tylko powyżej dwudziestu jeden lat – odpowiada młodzian.

– T-ty – zwracam się do Kruchego, zacinając się – t-ty dupościsku. – Nadal nie wiem, co to znaczy, ale brzmi odpowiednio do sytuacji.

Cooper ściąga usta i marszczy brwi. Patrzy na Jane.

– Masz fałszywy dowód?

Dziewczyna potakuje skinieniem głowy.

– Ja też – rzuca Gary.

A ja zaciskam pięści, zagryzam zęby i mam ochotę wrzeszczeć, ale zamiast tego mówię:

– No to ja wracam do domu. – Ponieważ nie posiadam fałszywego dowodu.

Lecz wtedy Kruchy szybko wydaje polecenia ściszonym tonem:

– Gary, kiedy będę pokazywał swój dowód, uderzysz mnie w twarz najmocniej, jak potrafisz, a ty, Grayson, przejdziesz wtedy za moimi plecami, jakby nigdy nic.

Przez chwilę nikt się nie odzywa, aż w końcu Gary protestuje zdecydowanie zbyt głośno:

– Ja nie umiem nikogo uderzyć.

Zbliżamy się już do bramkarza z wielkim tatuażem na łysej głowie, więc Kruchy szepcze:

– Umiesz. Po prostu wal mocno.

Zostaję trochę z tyłu i obserwuję. Jane podaje dowód bramkarzowi, który świeci na niego latarką, zerka na twarz dziewczyny i oddaje dokument. Teraz kolej Kruchego. Biorę kilka szybkich, krótkich wdechów, ponieważ gdzieś wyczytałem, że ludzie z dużą ilością tlenu we krwi wyglądają na spokojniejszych, i patrzę, jak Gary wspina się na palce, bierze zamach i zasuwa Kruchemu w prawe oko. Głowa mojego przyjaciela lekko odchyla się do tyłu, a Gary wrzeszczy:

– O Boże, ałć! Kurka, moja ręka!

Bramkarz doskakuje do niego, Cooper odwraca się tak, by mnie zasłonić, a ja wchodzę do klubu, jakby Kruchy był moimi drzwiami obrotowymi.

Już z wnętrza pubu zerkam w tył. Bramkarz trzyma za ramiona Gary’ego, który z grymasem na twarzy gapi się na swoją rękę. Wtedy Kruchy klepie osiłka po ramieniu, mówiąc:

– Ziom, tylko się zgrywaliśmy. Niezły prawy sierpowy, Dwight.

Dobrą minutę trwa, zanim dociera do mnie, że Gary to Dwight. Albo Dwight to Gary.

– On ci przypierdzielił w oko – zauważa bramkarz, a Kruchy odpowiada:

– Należało mi się.

Po czym wyjaśnia, że on oraz Gary\Dwight grają w drużynie futbolowej Uniwersytetu DePaul i że wcześ­niej na siłowni Kruchy źle go asekurował przy wycis­kaniu, czy coś w tym rodzaju. Bramkarz zwierza się, że w liceum grał w obronie, i chłopaki wdają się w miłą pogawędkę, podczas której łysy sprawdza wybitnie fałszywy dowód Gary’ego. Po chwili cała nasza czwórka znajduje się w Kryjówce, sam na sam z Neutral Milk Hotel i jakąś setką nieznajomych.

Morze ludzi otaczające bar rozstępuje się, Kruchy bierze dwa piwa i proponuje mi jedno z nich. Odmawiam.

– Dlaczego akurat Dwight? – pytam Gary’ego.

– W dowodzie jestem Dwightem Davidem Eisenhowerem IV – wyjaśnia.

– Skąd, u licha, wszyscy bierzecie podrabiane dowody? – dziwię się.

– Są takie miejsca.

Postanawiam, że też sobie załatwię taką fałszywkę, i dodaję:

– A właściwie to napiję się piwa.

Przede wszystkim dlatego, że chcę coś trzymać w ręku. Kruchy podaje mi to, które już napoczął, a ja przeciskam się pod scenę, bez niego, Gary’ego i Może Homoseksualnej Jane. Jestem tylko ja i scena, która ma raptem wysokość sześćdziesięciu centymetrów, więc jeśli główny wokalista NMH jest bardzo niski – ma na przykład sto dwadzieścia centymetrów wzrostu – to za chwilę spojrzę mu prosto w oczy. Pozostali widzowie też gromadzą się pod sceną i wkrótce robi się ścisk. Bywałem już w Kryjówce wcześniej na koncertach bez ograniczeń wiekowych, ale nigdy nie było aż tak – piwo, którego nie piję i nie zamierzam pić, poci mi się w ręce, i otacza mnie tłum wytatuowanych, zakolczykowanych nieznajomych. Najbardziej denna osoba w tym pubie jest fajniejsza od najfajniejszego członka Paczki Przyjaciół. Ci ludzie nie sądzą, że ze mną jest coś nie tak – oni mnie nawet nie zauważają. Zakładają, że jestem jednym z nich, co wydaje mi się ukoronowaniem mojej licealnej kariery. Oto ja, na koncercie dla ludzi powyżej dwudziestego pierwszego roku życia w najlepszym klubie drugiego co do wielkości miasta Ameryki, w gronie około setki odjechanych osób, czekam na koncert najbardziej fantastycznej niszowej kapeli ostatniej dekady.

Na scenie pojawia się czterech kolesiów, którzy nie są uderzająco podobni do członków Neutral Milk Hotel, ale mówię sobie, co tam, przecież widziałem ich zdjęcia tylko w Internecie. Lecz wtedy niestety zaczynają grać. Nie bardzo wiem, jak opisać ich muzykę. Może tak, że brzmi, jakby sto tysięcy łasic wrzucono do wrzącego oceanu. I wtedy na dobitkę jeden z nich zaczyna śpiewać.

Ona kochała mnie, jeee, Teraz nie cierpi mnie. Ona pieprzyła mnie, jeee, Teraz puszcza się Z innymi Z innymi

Zakładając, że wokalista Neutral Milk Hotel nie przeszedł lobotomii przedczołowej, nie ma takiej opcji, żeby wymyślił, nie mówiąc o napisaniu, podobny tekst. I nagle mnie olśniewa: czekałem na zewnątrz w lodowatym, ponurym, przesyconym spalinami chłodzie i przyczyniłem się do tego, że Gary ma najprawdopodobniej połamane kości dłoni, aby posłuchać zespołu, który najwyraźniej n i e jest Neutral Milk Hotelem. I choć nie widzę winnego nigdzie w otaczającym mnie tłumie milczących, ogłuszonych fanów NMH, natychmiast wrzeszczę:

– Niech cię szlag, Kruchy!

Gdy utwór się kończy, moje podejrzenia zostają potwierdzone, ponieważ wokalista mówi w absolutnej ciszy:

– Dziękuję! Bardzo wam dziękuję. NMH nie mógł dojechać. Nazywamy się Ashland Avenue i damy czadu!

Nie, myślę, nazywacie się Ashland Avenue i dacie dupy. Ktoś stuka mnie w ramię, więc odwracam się i staję twarzą w twarz z niewiarygodnie seksowną dwudziestoparolatką z barbarzyńskim piercingiem i płomiennorudymi włosami, ubraną w botki do kolan.

– Myśleliśmy, że będzie grał Neutral Milk Hotel? – mówi z pytającą intonacją.

Spuszczam wzrok i odpowiadam:

– Ja… – Milknę na chwilę, po czym kończę: – Też tak myślałem. Przyszedłem tu dla nich.

Dziewczyna nachyla się do mojego ucha, by przekrzyczeć atonalny arytmiczny afront dla przyzwoitości, jakim jest Ashland Avenue.

– Ashland Avenue to zdecydowanie nie jest Neutral Milk Hotel!

Tłum w sali, a może nieznajomość nieznajomej, rozwiązuje mi język, więc krzyczę w odpowiedzi:

– Ashland Avenue puszczają terrorystom, żeby zaczęli sypać!

Dziewczyna uśmiecha się i dopiero teraz uświadamiam sobie, że zauważa różnicę wieku między nami. Pyta, do której szkoły chodzę, a ja odpowiadam:

– Evanston.

– Liceum? – dziwi się.

– Tak, ale nie mów barmanowi – proszę.

– Czuję się perwersyjnie – oznajmia ona.

– Dlaczego?

W odpowiedzi śmieje się zmysłowo. Wiem, że tak naprawdę wcale na mnie nie leci, ale czuję się odrobinę uwodzony.

Wtem na moje ramię spada ogromna łapa. Zauważam obrączkę, którą Kruchy dostał na zakończenie podstawówki i którą od tamtej pory nosi na małym palcu, i wiem z całą pewnością, że to może być tylko on. Pomyśleć, że niektórzy idioci uważają, iż geje mają wyczucie stylu.

Odwracam się, a Kruchy płacze ogromnymi łzami. W jednej jego łzie można by utopić kociaka. Samym ruchem warg pytam: „CO JEST?”, bo Ashland Avenue wyje tak głośno, że i tak by mnie nie usłyszał. Kruchy podaje mi swój telefon i odchodzi. Spoglądam na jego profil na Facebooku ze zbliżeniem na status.

Zach: im dłużej o tym myślę tym bardziej się zastanawiam po co niszczyć piękną przyjaźń? Ale nadal uważam że Kruchy jest zarombisty.

Przeciskam się wśród ludzi do przyjaciela, ciągnę go za ramię i krzyczę mu do ucha:

– TOTALNA MASAKRA!

– RZUCIŁ MNIE PRZEZ ZMIANĘ STATUSU NA FEJSIE! – skarży się.

– ZAUWAŻYŁEM. MÓGŁ CHOCIAŻ WYSŁAĆ SMS. ALBO MAIL. ALBO GOŁĘBIA POCZTOWEGO.

– CO JA TERAZ ZROBIĘ? – wrzeszczy mi Kruchy do ucha.

Chciałbym odpowiedzieć: Znajdź sobie faceta, który wie, jak się pisze „zarąbisty”, ale tylko wzruszam ramionami, klepię go mocno po plecach, a potem odprowadzam dalej od Ashland Avenue i bliżej baru.

To okazuje się błędem. Tuż przed barem zauważam Może Homoseksualną Jane opartą o wysoki stolik. Mówi mi, że Gary wyszedł totalnie zniesmaczony.

– To chyba zagrywka marketingowa Ashland Avenue – dodaje.

– Żaden fan NMH nie słuchałby tej nędzy – odpowiadam.

Jane spogląda na mnie, robiąc wielkie oczy, wydyma usta, a następnie wyznaje:

– Mój brat jest ich gitarzystą.

Czuję się jak kompletny kretyn.

– Przepraszam, stara – mówię.

– Chryste, żartuję – uspokaja mnie. – Gdyby był, wyrzekłabym się go.

W którymś momencie naszej czterosekundowej rozmowy tracę z oczu Kruchego, co niełatwo osiągnąć, opowiadam więc Jane o jego facebookowej ścianie płaczu. Dziewczyna nadal się śmieje, gdy Kruchy pojawia się przy stoliku z tacą, na której stoi sześć kieliszków pełnych zielonkawej cieczy.

– Ja nie piję – przypominam kumplowi, więc podsuwa kieliszek Jane, która tylko kręci przecząco głową.

Kruchy wypija jednego głębszego, krzywi się i głośno wypuszcza powietrze.

– Smakuje jak ognisty wytrysk szatana – mówi i popycha kieliszek w moją stronę.

– Brzmi pysznie, ale spasuję – odpowiadam.

– Jak on mógł – żali się Kruchy i osusza następną lufę – rzucić mnie – kolejna lufa – na Facebooku, gdy mu wyznałem, że go kocham – i następna. – Do czego zmierza ten cholerny świat? – Kolejny kieliszek. – Naprawdę go kocham, Grayson. Wiem, że uważasz mnie za pokręconego, ale poczułem, że go kocham, gdy tylko się pocałowaliśmy. Niech to szlag! Co ja teraz zrobię? – I tłumi szloch ostatnim kielonkiem.

Jane ciągnie mnie za rękaw koszuli, pochylając się w moją stronę.

– Będziemy mieli spory problem, jak mu to wszystko uderzy do głowy.

Przyznaję jej rację, a poza tym Ashland Avenue jest zupełnym koszmarem, więc pora czym prędzej opuścić Kryjówkę.

Odwracam się, by oznajmić Kruchemu, że czas iść, ale on zniknął. Spoglądam na Jane, która patrzy w stronę baru z wyrazem głębokiej troski na twarzy. Wkrótce potem Cooper wraca. Tym razem niesie tylko dwa kieliszki, dzięki Bogu.

– Napij się ze mną – prosi, a ja kręcę głową. Lecz Jane natychmiast szturcha mnie w plecy i uświadamiam sobie, że powinienem przyjąć lufę od Kruchego. Jedynym pewnym sposobem, by powstrzymać przyjaciela od obalenia reszty zielonej jak roztwór plutonu wódy, jest wypić ją samemu. Sięgam do kieszeni i podaję Jane kluczyki do samochodu. Podnoszę kieliszek, a Kruchy mówi:

– Pierdolić go, Grayson. Pierdolić wszystkich.

– Wypiję za to – zgadzam się.

I piję, a alkohol wypala mi jamę ustną. Mam wrażenie, że to koktajl Mołotowa – z kieliszkiem włącznie. Odruchowo wypluwam wszystko z dużym rozbryzgiem na koszulę Kruchego Coopera.

– Monochromatyczny Jackson Pollock – komentuje powstałą plamę Jane. – Zmywamy się – oznajmia Kruchemu. – Ta kapela jest jak leczenie kanałowe sans znieczulenia.

Wychodzimy, zakładając (słusznie, jak się okazuje), że Kruchy, upstrzony moim strzałem z odpadów nuklearnych, pójdzie w nasze ślady. Ponieważ nie udało mi się przełknąć żadnego alkoholu ufundowanego przez przyjaciela, Jane wysokim łukiem rzuca mi kluczyki. Łapię je i siadam za kółkiem, zanim ona zdąża wpakować się do tyłu. Kruchy bezwładnie opada na siedzenie pasażera z przodu. Przekręcam kluczyk i moja randka z epickim muzycznym rozczarowaniem dobiega końca. Nie mam jednak szans na roztrząsanie swojego zawodu, ponieważ Kruchy cały czas rozpacza z powodu Zacha. Tak to już jest z moim przyjacielem: jego problemy są tak potężne, że twoje chowają się w ich cieniu.

– Jak można się tak okropnie pomylić? – pyta przez skrzekliwy jazgot kawałka NMH, który Jane lubi najbardziej (a ja najmniej).

Jedziemy wzdłuż Lake Shore i słyszę, że dziewczyna z tyłu podśpiewuje, trochę nie w tonacji, ale na pewno lepiej, niż ja bym to robił w czyjejś obecności, czego jednak nigdy nie robię zgodnie z Zasadą Siedzenia Cicho. Za to Kruchy nie siedzi cicho.

– Jeśli nie możesz polegać na własnej intuicji, to na czym?

– Możesz polegać na założeniu – odpowiadam – że z zasady angażowanie się nie prowadzi do niczego dobrego.

To prawda: zaangażowanie nie prowadzi do nieszczęścia często, lecz zawsze.

– Mam złamane serce – oznajmia mój przyjaciel, jakby nigdy mu się to jeszcze nie przytrafiło. I może w tym właśnie tkwi problem: może każde kolejne zerwanie wydaje mu się tak radykalnie nowym przeżyciem, że w pewnym sensie nie doświadczał go nigdy wcześniej. – A ty ni pomgaszszsz – dodaje, dzięki czemu zauważam, że plącze mu się język. Jeśli nie utkniemy w korku, to za dziesięć minut będziemy u niego i zapakujemy nieszczęśnika do łóżka.

Ale niestety tempo jazdy nie dorównuje tempu, w jakim pogarsza się stan Kruchego. Zanim zjeżdżam z Lake Shore – stamtąd zostaje jeszcze sześć minut drogi – on połyka słowa, a do tego zanosi się szlochem, bezustannie wałkując tematy Facebooka, śmierci uprzejmego społeczeństwa i tak dalej. Jane głaszcze go po słoniowych ramionach dłońmi o pomalowanych na czarno paznokciach, lecz on nie przestaje rozpaczać. Sheridan rozwija się przed nami powoli, bo nie zdążam na ani jedno zielone światło. Gluty i łzy mieszają się ze sobą, aż koszulka Kruchego wygląda jak mokry gałgan.

– Daleko jeszcze? – pyta Jane.

– Mieszka za Central – wyjaśniam.

– Jezu – wzdycha. – Spokojnie, Kruchy. Musisz się tylko wyspać, skarbie. Rano wszystko będzie wyglądało trochę lepiej.

W końcu skręcam w boczną alejkę i lawiruję między dziurami, aż dojeżdżamy do powozowni Kruchego. Wyskakuję z auta i składam swoje siedzenie, żeby Jane mogła wysiąść od strony kierowcy. Potem oboje podchodzimy do drzwi pasażera. Jane je otwiera, a następnie, dokonawszy jakiegoś cudu akrobatycznego, sięga do klamry i odpina pas.

– Dobra, Kruchy – mówi. – Czas do łóżka.

– Jestem durniem – odpowiada chłopak i wpada w spazmy, które prawdopodobnie zostają odnotowane na skali Richtera w Kansas. Ale wysiada i idzie wężykiem do tylnych drzwi. Ruszam za nim, żeby się upewnić, czy trafi do łóżka, co okazuje się niezłym pomysłem, ponieważ wcale do niego nie zmierza.

Zamiast tego robi trzy kroki przez salon, po czym zatrzymuje się jak wryty. Odwraca się i gapi, mrużąc oczy, jakby nie widział mnie nigdy wcześniej i nie mógł zrozumieć, co w ogóle robię w jego domu. Potem ściąga koszulkę. Nadal przygląda mi się ze zdziwieniem, a następnie takim głosem, jakby był trzeźwy jak świnia, oznajmia:

– Trzeba coś zrobić.

– Yyy? – odpowiadam.

– Bo co jeśli skończymy jak ci wszyscy w Kryjówce?

Już mam znowu powiedzieć: „Yyy?”, bo „ci wszyscy” byli o niebo bardziej odjazdowi niż nasi szkolni koledzy i niż my, ale nagle rozumiem, o co mu chodzi. Chce powiedzieć: A co jeśli będziemy dorosłymi ludźmi, czekającymi z nadzieją na zespół, który nie zamierza nigdy wrócić? Kruchy wpatruje się we mnie tępo, kiwając się w przód i tył niczym drapacz chmur na wietrze. A następnie pada na twarz.

– O raju – wzdycha Jane za moimi plecami i dopiero wtedy zauważam, że ona też tu jest. Kruchy z twarzą w dywanie znów zaczyna płakać. Przez dłuższą chwilę patrzę na Jane, a jej usta powoli rozciągają się w uśmiechu. Gdy się uśmiecha, cała jej twarz się zmienia – to unoszący brwi, pokazujący idealne zęby, wywołujący zmarszczki wokół oczu uśmiech, którego albo nigdy do tej pory nie widziałem, albo nigdy nie zauważyłem. Jane staje się ładna tak nagle, że to wręcz zakrawa na magiczną sztuczkę. Ale nie chodzi o to, że mi się podoba, czy coś w tym rodzaju. Nie chcę wyjść na palanta, lecz ona naprawdę nie jest w moim typie. Włosy ma zbyt kręcone i zadaje się głównie z chłopakami. Mój typ jest trochę bardziej dziewczęcy. A właściwie szczerze mówiąc, wcale tak bardzo nie lubię mojego typu dziewczyn, nie wspominając o innych typach. Nie jestem aseksualny – po prostu wszelkie rozterki miłosne wydają mi się absolutnie odpychające.

– Połóżmy go do łóżka – proponuje w końcu Jane – żeby rodzice nie znaleźli go tak rano.

Przyklękam i proszę Kruchego, by wstał, ale on tylko płacze i płacze, więc razem z Jane chwytamy go z lewej strony i przetaczamy na plecy. Wstaję i łapię go mocno pod pachę, Jane robi to samo z drugiej strony.

– Raz – zaczyna odliczać.

– Dwa – mówię ja.

– Trzy! – rzuca Jane i dźwigamy go, stękając z wysiłku.

Ale on ani drgnie. Jane jest dość drobna i widzę, jak się napinają mięśnie na jej szczupłych przedramionach. Ja też nie daję rady ruszyć mojej części Kruchego, więc postanawiamy go tak zostawić. Jeszcze zanim Jane przykrywa go kocem i podkłada mu poduszkę pod głowę, przyjaciel zaczyna głośno chrapać.

Już mamy wyjść, gdy wtem gluty Kruchego w końcu wydostają się na zewnątrz i chłopak zaczyna wydawać dźwięk przypominający chrapanie, tylko bardziej złowieszczy i mokry. Pochylam się nad jego twarzą i widzę, że wdycha i wydycha obrzydliwe, pieniące się pasma śluzu wyprodukowane w trakcie ostatniego spazmotonu. Jest tego tak dużo, że obawiam się, czy się nie zadławi.

– Kruchy – mówię – musisz wydmuchać nos.

Nie reaguje. Przykładam więc usta do jego ucha i wrzeszczę:

– Kruchy!

Nic. Jane uderza go w twarz, naprawdę całkiem mocno. Nada. Tylko koszmarne, zasysające gluty chrapanie.

Właśnie wtedy uświadamiam sobie, że Kruchy Cooper nie ma teraz żadnego wpływu na swój nos, co przeczy drugiej części teorematu mojego ojca. I chwilę później na oczach Jane obalam ten teoremat całkowicie, kiedy oczyszczam drogi oddechowe Kruchego z gili. W skrócie: Nie mogę sobie wybrać przyjaciela, on nie może sobie wybrać nosa, ale ja mogę – nie mogę, lecz muszę – wytrzeć go za niego.

1 GSA – kluby w Ameryce zrzeszające młodzież LGTB i straight. Ich celem jest zwalczanie homofobii w systemie szkolnym. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).

3

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

4

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

5

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

6

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

7

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

8

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

9

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

10

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

11

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

12

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

13

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

14

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

15

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

16

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

17

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

18

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

19

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

20

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Wyrazy uznania

Potwierdzamy, że Jodi Reamer jest pierwszorzędną agentką, a także mogłaby pokonać nas obu naraz w walce na rękę.

Przyznajemy, że wycieranie nosa przyjacielowi stanowi osobisty wybór i może nie każdemu odpowiadać.

Zapewniamy również, że ta książka prawdopodobnie w ogóle by nie powstała, gdyby Sarah Urist Green nie śmiała się w głos, kiedy przeczytaliśmy jej pierwsze dwa rozdziały dawno, dawno temu w pewnym apartamencie daleko, daleko stąd.

Wyznajemy, że byliśmy nieco rozczarowani, kiedy dowiedzieliśmy się, iż marka odzieżowa Penguin nie ma nic wspólnego z wydawnictwem Penguin, ponieważ liczyliśmy na rabat przy zakupie koszulek polo.

Jesteśmy wdzięczni za nieskazitelną cudowność Billa Otta, Steffie Zvirin oraz dobrej wróżki Johna, Ilene Cooper.

Oświadczamy, że tak jak nie byłoby widać Księżyca, gdyby nie światło Słońca, tak nigdy nie zobaczylibyście nas, gdyby nie ciągły, olśniewający blask naszych przyjaciół pisarzy.

Wyznajemy, że jeden z nas ściągał na egzaminie wstępnym na studia, choć wcale tego nie chciał.

Potwierdzamy, że nerdfighterzy są fantastyczni.

Oświadczamy, że to, jakimi nas stworzył Bóg, nie może nas oddzielić od jego miłości.

Wyznajemy, że zakończyliśmy tę książkę w takim terminie, który miał skłonić naszą genialną redaktorkę Julie Strauss-Gabel, by dała swemu dziecku na imię Will Grayson, nawet jeśli będzie dziewczynką. Co jest trochę niesprawiedliwe, gdyż to raczej my powinniśmy nadać naszym dzieciakom jej imię. Nawet gdyby byli to chłopcy.

Rozmowa między Johnem Greenem i Davidem Levithanem

John Green: Przyznaję, że słyszałem już tę opowieść, ale nigdy mnie ona nie nuży: Jak wpadłeś na pomysł napisania tej książki?

David Levithan: Pomysł napisania książki o dwóch chłopakach o tym samym nazwisku zrodził się z tego, że jeden z moich najlepszych przyjaciół nazywa się David Leventhal. Nie całkiem tak samo jak ja, ale dość podobnie. Obaj studiowaliśmy w Brown i często nas ze sobą mylono. Nie tylko w zwykłych kwestiach (takich jak maile czy telefony), ale też w bardziej niecodziennych i zabawnych sytuacjach. Widzisz, David Leventhal jest świetnym tancerzem. A ja, David Levithan, wręcz przeciwnie. Tymczasem zaczepiali mnie różni ludzie, mówiąc: „Widziałem cię na scenie wczoraj wieczorem. Wydajesz się takim niezdarnym, niezręcznym facetem, ale kiedy tańczysz, masz w sobie tyle gracji!”. A ja musiałem odpowiadać: „Yyy, to nie byłem ja”. Czułem się tak, jakby gdzieś w campusie żyło moje alter ego. Wreszcie, tuż przed końcem szkoły, zadzwoniłem do niego, spotkaliśmy się i zaprzyjaźniliśmy. Nie powiedziałbym, że nasza książka jest o tym, jak kochać swoje alter ego, ale o tym, jak drugi człowiek może odblokować – często nieumyślnie – potencjał naszej osobowości. A najlepsze jest to (o czym często zapominam), że jeden ze współlokatorów/najlepszych przyjaciół Davida Leventhala nazywał się… Jon Green. Ciekawy zbieg okoliczności. To prowadzi z kolei do mojego pytania: Jakie ty masz doświadczenia z innymi Johnami Greenami?

JG: Oczywiście są nas setki – począwszy od agentów nieruchomości w Missisipi, a skończywszy na botanikach w Australii. Poznałem kilku Johnów Greenów i wszyscy byli kapitalni. Choć przydarzył mi się też jeden nieprzyjemny incydent kilka lat temu. W Kanadzie mieszka pewien John Green, który jest Bardzo Ważnym Autorytetem w dziedzinie badań nad Wielką Stopą, nazywanych również sasquatcheringiem. (Tworzy książki takie jak Sasquatch: Małpy pośród nas). Kilka lat temu napisałem artykuł do pewnego czasopisma, w którym zdawkowo wspomniałem o tym, że moim zdaniem Wielka Stopa jest postacią fikcyjną. Tydzień po publikacji otrzymałem wściekły list od Johna Greena, słynnego sasquatologisty, oskarżającego mnie, że skalałem dobre imię Johnów Greenów na całym świecie.

Na szczęście moja reputacja nie ucierpiała na tyle, byś nie chciał ze mną współpracować. Napisaliśmy więc pierwsze rozdziały, nie mając pojęcia, o czym pisze ten drugi i czy historia nam się ułoży. Co pomyślałeś, kiedy ci przeczytałem pierwszy rozdział i poznałeś Willa, Kruchego, Jane oraz problem z wyborem przyjaciół i/lub ich nosów?

DL: Nie chcę wydać się łatwy, ale podbiłeś mnie już pierwszym zdaniem. Od razu wiedziałem, że twój rozdział będzie rozpoczynał powieść. A kiedy pojawił się Kruchy… cóż, pomyślałem: „Och, fantastyczna postać”. Zachwyca mnie, że takiego bohatera wszyscy spodziewaliby się po mnie, a tymczasem to ty go stworzyłeś. Relacja między nim i twoim Willem jest niesamowita. Poza tym byłem zaskoczony, gdy pojawił się Neutral Milk Hotel. Bo, wiesz, to ja przecież jestem miłośnikiem muzyki. Ale gdybym wiedział, że spędzę około pięciu lat z Holland, 1945 w głowie, to zareagowałbym inaczej.

Jednak przede wszystkim uderzyło mnie to, że obaj stworzyliśmy dwóch zupełnie innych Willów, ale równocześnie postanowiliśmy poruszyć bardzo podobne kwestie. (Zważ, proszę: nie mówię „tematy”, bo żaden z nas nie pisze o „tematach”). A jaka była twoja reakcja, gdy usłyszałeś mój pierwszy rozdział?

JG: Bardzo mi się spodobał. Zaskoczyło mnie to, jak błyskawicznie i całkowicie znalazłem się w głowie twojego Willa. Twoja połowa powieści jest bardzo zabawna, ale również pełna gniewu. Nadal mi się podoba, mimo iż czytałem twoje rozdziały już z milion razy, że potrafisz tak absolutnie wejść w umysł osoby cierpiącej na poważną depresję. To nie jest pytanie. Chcę po prostu, żebyś coś o tym powiedział.

DL: Chciałem uchwycić mojego willa w samym środku życia, ponieważ wydaje mi się, że brakuje takich książek o nastolatkach. Nie chciałem natomiast, żeby przepełniała go pogarda do samego siebie za to, że jest gejem – on nie ma z tym problemu, chce jedynie zachować to dla siebie, nie ze strachu, lecz z przekonania, że to jest wyłącznie jego sprawa. Stracił ojca i nie do końca się z tym pogodził, ale też nie dręczy go ten fakt nadmiernie. A co najważniejsze, ma depresję, lecz jest na etapie układania sobie z nią życia, a nie odkrywania jej. Wiele powieści – w tym mnóstwo naprawdę świetnych – dotyczy nastolatków, którzy zaczynają się zmagać z depresją i szukają pomocy. Ale niewiele opowiada o tym, co dzieje się później, kiedy trzeba funkcjonować dalej.

JG: Mógłbyś coś powiedzieć o małych literach w twoim willu graysonie?

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.


nagle maura wywraca wszystkie butelki, które pieczołowicie ustawiałem w rzędach. w wyobraźni chwytam jedną i tłukę jej na głowie, kiedy odchodzi, ale gdybym rozwalił jej tutaj mózg, kierownik kazałby mi sprzątać, a to lipa. ostatnie, czego mi trzeba, to szare komórki na nowych butach. wiecie, jak to świństwo trudno schodzi?

czy naprawdę gdzieś na świecie jest ktoś, kto dostaje mail od [email protected] , czyta go i mówi do siebie: „wiecie co, naprawdę chcę powiększyć swojego penisa o 33%, a osiągnę to, wysyłając 69,99$ do tej miłej pani ileny w VIRILITY MAXIMUS CORP przez ten bardzo pomocny link!”. jeżeli ludzie rzeczywiście się nabierają, to nie o swoje penisy powinni się martwić.