Wydawca ebooka: Fabryka Słów Wydawca audiobooka: Heraclon International Sp. z o.o. Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo
21,96 21,95
Do koszyka

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 379 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 10 godz. 6 min Lektor: Sławomir Holland

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 10 godz. 6 min Lektor: Sławomir Holland

Opis ebooka Wilki i Orły - Rafał Dębski

Powieść, której fabuła zrodziła się na pierwszych stronach gazet. Co odróżnia terrorystę od bojownika o wolność? Jak odróżnić wroga od przyjaciela? Kto tak naprawdę stoi za tragediami w Biesłanie i moskiewskim teatrze? Brutalny konflikt Rosji i Czeczenii. Bezpardonowa wojna o wolną Republikę Iczkerii, wartości religijne oraz zachowanie własnej tożsamości i przekonań. Ale walka ma także drugie dno - handel narkotykami, pieniądze z niezbyt czystych interesów, zwykłe ambicjonalne starcia. To, czego chcą ci na górze, nie zawsze pokrywa się z tym, czego pragną zwykli żołnierze.

Opinie o ebooku Wilki i Orły - Rafał Dębski

Fragment ebooka Wilki i Orły - Rafał Dębski

Prolog

Wilczyca z niepokojem chwytała wiatr w ruchliwe, czujne nozdrza. Delikatny powiew przynosił znany, drażniący zapach jedynego drapieżnika, którego obawiała się naprawdę. Nieprzyjazna woń przebijała przez słodki odór krwi świeżo upolowanego królika, zwisającego bezwładnie z pokrytego karminową posoką pyska wadery. Gdzieś tam jest człowiek. Nie, nie jeden – większa grupa ludzi. Dawniej ich zapach nie był tak bardzo niepokojący. Wtedy wilczyca bez trudu odróżniała pasterza od spracowanego rolnika czy groźnego myśliwego. Zresztą nie musiała bać się nawet ludzi z karabinem. Miejscowi żywili ogromny szacunek dla wilków. Nikt by jej nie skrzywdził z rozmysłem, chyba że podeszłaby zbyt blisko i realnie zagroziła ludzkim siedzibom. Bardziej niebezpieczne od strzelców były wnyki – one nie zwykły wybierać ofiar. Jednak i te nauczyła się obchodzić szerokim łukiem. A czasem, jeśli szczególnie trudno było zdobyć pożywienie, szła śladami pozostawionymi przez kłusownika, żeby skorzystać ze zdobyczy uwięzionej w potrzasku. Jednak jakiś czas temu pojawili się inni ludzie. Czuć było od nich zapachy, których dawniej nie znała. Wjechali w ostępy leśne na wielkich, przerażających, warczących i wyjących potworach. Samotna wadera obserwowała przybyszy z gęstwy chaszczy. Nie tylko ona. Niektóre odważniejsze zwierzęta także kryły się wśród krzaków i czujnie spoglądały na niepokojące zjawisko, inne zaś uciekały w popłochu. Nie trzeba było długo czekać, by wybuchła strzelanina. Pociski świstały tak gęsto, że wilczyca przywarła płasko do mchu, kosmaty łeb schowała między łapy, bojąc się poruszyć. Potem przywykła do podobnych hałasów. Zdała sobie sprawę, iż strzały nie są skierowane do niej. Istoty ludzkie mordowały się wzajemnie. Czasem tylko jakiś przybysz, lekceważąc miejscowe zwyczaje, zapuszczał się w las przeżyć przygodę i zapolować na grubszego zwierza.

Dzisiaj znów wyczuła obcych. W dodatku woń nadciągała ze strony, z której absolutnie nadciągnąć nie powinna. Szczenięta! Tam przecież zostały młode! Wilczyca rzuciła się pędem. Zagrzechotała pierwsza seria. Wadera, wbrew naturze, na przekór temu, co nakazywał instynkt, gnała w kierunku strzałów. Wszystko w niej protestowało! Wszystkie komórki ciała krzyczały! Nie wolno! Tam śmierć... Jednak serce matki zawsze jest silniejsze od rozsądku. Tak musi być, inaczej świat zamieszkiwałyby tylko beznamiętne rośliny.

Wpadła między doskonale znane sobie drzewa, po chwili wyskoczyła na wielką polanę, a właściwie rozległą łąkę pośród lasów. Musiała przez nią przebiec, by znaleźć najkrótszą drogę do potomstwa.

Wylądowali w samym środku wymiany ognia. Oleg klął pod nosem na czym świat stoi, po równi dowództwo i kretyna pilota. To nie było lądowanie, ale ledwie kontrolowana katastrofa. Jeśli w ogóle można ją nazwać kontrolowaną. Komandosi powinni zostać spuszczeni na linach kilkaset metrów dalej, tuż za miejscem, gdzie oddział Michaiła bronił się najmocniej. Co za sens wprowadzać do walki desant, jeśli żołnierz nie jest w stanie wykorzystać elementu zaskoczenia, nie ma nawet gdzie się schronić? Kto wydał rozkaz, żeby lądowanie odbyło się w otwartym terenie? Rozkaz, którego nie można było już cofnąć. Z pozostałych trzech transportowców wysypali się zbrojni. Pułkownik obrzucił okiem swoich.

– Na co czekacie? Z maszyny! – wrzasnął – Już was, kurwa, tutaj nie ma!

Kule rebeliantów rwały poszycie transportowca. Stary, wysłużony Mi-8 był co prawda mocny, ale na pewno nie niezniszczalny. Oleg rzucił okiem na karabin przytwierdzony przy bocznym włazie. Skoczył do broni, otworzył ogień w kierunku błysków w oddalonych o jakieś sto kroków krzakach. Uprząż cekaemu ucierpiała przy zetknięciu śmigłowca z ziemią, pozwalała na wykonywanie jedynie niewielkich ruchów w prawo i w lewo. Mimo to pułkownik zdołał chociaż odrobinę przytłumić kanonadę. Żołnierze sprawnie opuszczali pokład. Zostało dwóch – jeden nadział się na ostre szczątki rozbitej skrzyni z amunicją i dogorywał, wstrząsany konwulsjami, drugi leżał bez ruchu, z twarzą pokrytą krwią. Oleg przerwał ogień. Czeczeni natychmiast wzmogli ostrzał. Pułkownik podpełzł do żołnierza, wyciągnął rękę, żeby sprawdzić puls na szyi. W tej samej chwili seria przemknęła po nogach rannego, jakiś pocisk ugodził w pierś. Podrzuciło nim, otworzył oczy, z ust buchnęła krwawa piana. Oleg zobaczył źrenicach podwładnego rezygnację. Znał doskonale takie spojrzenie. Żegnał już ludzi w Afganistanie, potem podczas tajnych misji w różnych zakątkach świata, a teraz w Czeczenii – nieomylnie rozpoznawał, kiedy człowiek przestaje walczyć, kiedy jest gotów na przyjęcie chłodnego pocałunku śmierci. Huknęło potężnie. Maszyna stanęła w ogniu. Oficer chwycił ramię żołnierza.

– Nie pozwolę ci się spalić – wychrypiał. – Daj łapę, Dimka.

Ranny pokręcił głową.

– Uciekaj – wyszeptał samymi wargami.

Czas jakby stanął w miejscu. Oleg widział nieruchome oczy kaprala. Stawały się szkliste, uciekało z nich życie. Każde uderzenie serca zbliżało żołnierza do kresu wędrówki po tym świecie. Płomienie rozrastały się błyskawicznie z lewej strony, gdzie paliwo wyciekało z przerwanych przewodów.

– Rękę daj! – Pułkownik szarpnął się, próbując uchwycić zakrwawione palce żołnierza.

– Odejdź, szefie... Tam jesteś potrzebny. Ja już...

Oleg poczuł szarpnięcie za stopy, gdy został ostro pociągnięty w tył. Bezskutecznie próbował się wyrwać, wierzgać nogami, chwyt był zbyt silny. Po chwili mężczyzna szorował brzuchem po trawie, gdy wlokło go dwóch ludzi.

– Oszalałeś, dowódco?! – wrzasnął któryś. – Jemu i tak już nie pomożesz...

Z wnętrza helikoptera buchnął płomień, rozległ się straszliwy krzyk. Ucichł zaraz jak ucięty nożem, ale pułkownik wiedział, że ten głos będzie mu się odtąd śnił po nocach. Wybuchła skrzynka z amunicją. Żołnierze, którzy uratowali Olega, padli plackiem, zakrywając głowy. Dookoła zaświstały znowu pociski. Zaczęły eksplodować następne jaszcze.

Lufa kałasznikowa wcale nie wydaje się imponująca. Z daleka wygląda jak krótki kij. Jednak kiedy człowiek znajdzie się przed nią, na linii ognia, a z drugiej strony trzymają karabin krzepkie ręce, wtedy niewielka lufa urasta do rozmiarów kolejowego tunelu.

– Rusłan – powiedział ojciec.

Chłopiec spojrzał na niego przez łzy.

– Rusłan – powtórzył starszy mężczyzna. – Wojownik nie płacze.

– Ja nie płaczę, tato. Dym gryzie w oczy.

Za ich plecami dopalał się dom. Kobiety zostały w środku. Wolały śmierć w ogniu od pohańbienia. Mężczyźni starali się stawić opór, ale w końcu zabrakło amunicji.

– Nie płacz, synku, nie rozpaczaj. Możemy umrzeć z dumą. Pół dnia nie mogli nas zgryźć. Dokąd żyje choć jeszcze jeden taki jak my, nie zgryzą i całego kraju.

– Mordy w kubeł, pierdolone fanatyki! – wrzasnął sierżant. Podbiegł, wyciął w twarz starszego jeńca. – Ścierwa, bydlaki!

Strużka krwi spłynęła z warg uderzonego. Nie mógł jej obetrzeć, gdyż ręce miał związane z tyłu.

– Niech szejtan smaży twoje flaki na wolnym ogniu – rzekł młodszy. Oczy natychmiast mu obeschły, pojawił się w nich ogień nienawiści.

Odpowiedziało uderzenie kolbą pistoletu prosto w usta. Chłopak ukląkł, kilka wybitych zębów spłynęło wraz ze strugą krwi na rozchełstaną koszulę. Wstał z trudem, opierając się o ojca. Wypluł resztę złamanych zębów, spojrzał wyzywająco na podoficera.

– Zaraz będzie z wami koniec – wycedził sierżant. Podszedł do plutonu egzekucyjnego.

– Gdzie się podziała Halima? – spytał ojciec. – Widziałeś?

– Uciekła. Na pewno jej nie złapali, bo teraz stałaby tu razem z nami.

– Wie, dokąd pójść?

– Wie. Zabrała dolary i karabin. Poradzi sobie.

– Niech ją Allah poprowadzi.

– Uwaga! – krzyknął sierżant. – Gotuj broń!

Karabiny się uniosły.

– Pamiętaj, synu, nie lękaj się. Żołnierz Proroka idzie wprost do raju. Obrońca wolnej Iczkerii może tam liczyć na szczególne względy.

– Nie lękam się. Ale życia szkoda.

– Szkoda, co jednak poczniesz?

– Ładuj! – doleciała komenda, a zaraz po niej szczęk odciąganych zamków.

– Żegnaj, ojcze.

– Żegnaj, Rusłan. Niebawem spotkamy się w niebie. Wybacz wszystko, co uczyniłem złego przeciw tobie. Nawet jeśli coś takiego zrobiłem, zawsze z miłości.

– I ty mi wybacz, ojcze.

– Celuj! – Sierżant uniósł rękę.

Sześć luf skierowało się ku jeńcom.

– Śmierć wam! – wrzasnął starszy.

– Przekleństwo na was! – zawołał w tej samej chwili młodszy.

– Ognia!

Karabiny zagrzechotały, suchy odgłos odbił się echem od okolicznych wzgórz. Na piersiach jeńców wykwitły krwawe kratery. Zwinęli się, padli jeden na drugiego, jakby w chwili śmierci chcieli się objąć pożegnalnym uściskiem. Sierżant zapalił papierosa, podszedł do dowódcy.

– Ci już nie będą kąsać, panie lejtnancie – rzekł. – Ale może jednak trzeba ich było przekazać wywiadowi.

Porucznik skinął obojętnie głową. Wskazał ciała i uczynił gest palcami w dół.

– Nie twoja sprawa. Rób, co do ciebie należy.

– Zakopać ścierwa – rozkazał sierżant. – Nie dyskutować! Nawet specnaz musi sprzątać po sobie. Generał Komarow zakazał zostawiać ciała na wierzchu. Przychodzą potem baby, zbierają kości, relikwie z nich robią i podsycają nienawiść.

– Przeklęty kraj. – Oficer splunął, nadepnął plwocinę i roztarł. – Ujarzmić go nie idzie, a zostawić samemu sobie niepodobna.

Sierżant nie odpowiedział. Dochrapał się szarży właśnie tutaj. Grzechem by było narzekać na kraj, dzięki któremu awansował o wiele szybciej niż podczas pokojowej służby.

Nagle rozległ się niedaleki ryk silnika, zza pagórka wyjechał przysadzisty humvee. Porucznik skrzywił się. Oto następny sztabowiec, który woli urodę amerykańskich wozów od surowej i niezawodnej prostoty rodzimych aut. Za kierownicą siedział człowiek w mundurze z kamuflażem pustynnym zamiast obowiązującego tutaj latem maskowania w zieloną panterkę.

– Cudak – mruknął oficer. – Widać go w tej bluzie lepiej niż gówno na torcie.

Sierżant milczał. Wiedział jedno – zbliżają się kłopoty. A porucznik jest idiotą, jeśli tego nie zauważył. W takim nieregulaminowym łachu bez dystynkcji może bezkarnie chodzić tylko jedna formacja. Przybysz zeskoczył z terenówki, obrzucił wzrokiem oddział, potem trupy, zwrócił oczy na oficera. Miał błękitne, zimne tęczówki. Sierżant pomyślał, że w takich oczach może mieszkać nieludzkie okrucieństwo.

– Gdzie jeńcy? – warknął przybyły.

– A ty kto? – spytał porucznik niedbale.

– Kapitan Wiktor Malinin, wywiad armii. Meldować po porządku!

Lekceważenie natychmiast znikło z oblicza lejtnanta. Wyprężył się.

– Porucznik Matwiej Dmijew melduje patrol na rozpoznaniu!

– To nazywasz rozpoznaniem, durniu? – Przybysz wskazał zgliszcza chałupy i ciała. – Nie słyszałeś rozkazu, aby w tym rejonie wszystkich jeńców przekazywać do dyspozycji służb informacyjnych?

Sierżant czekał z ciekawością, co powie Dmijew. Rozkaz słyszeli wszyscy, nawet pijani kucharze. Kiedy dowódca kazał rozwalić tych dwóch, przez chwilę próbował dyskutować. Ale oficer się uparł, a podoficerowi przecież nic nie szkodziło wykonać polecenie.

– Próbowali uciec!

Bardziej kretyńskiego tłumaczenia sierżant dawno nie słyszał. Kapitan GRU na pewno też, bo nawet nie odpowiedział. Podszedł do trupów, uniósł spętane ręce tego, który leżał na wierzchu.

– Normalnie czekałby was sąd polowy – rzekł spokojnie, podchodząc na trzy kroki do Dmijewa. – Ale warunki nie są normalne.

Porucznik odetchnął z ulgą. Wojna ma swoje prawa. A świętym prawem żołnierza jest zabijanie, to rozumieją nawet sztabowe pierdoły.

– Dlatego sprawę załatwimy na miejscu.

Kapitan wyjął pistolet, szybkim ruchem kciuka odciągnął kurek. Beretta, kaliber dziewięć, ocenił natychmiast sierżant. Broń, jak i mundur, też najzupełniej nieregulaminowa. Ale oficerów wywiadu nie obowiązują przecież ścisłe przepisy pola walki. Strzał wydał się nierealny, nie pasował do chwili i sytuacji. Ale przecież padł. Porucznik ze zdziwieniem spojrzał na pierś, podniósł oczy na kapitana. Tym razem lufa była wymierzona prosto w czoło. Żołnierze, jak na rozkaz, odruchowo skierowali karabiny ku intruzowi.

– Spokój! – wrzasnął sierżant. Jeszcze tylko brakuje, żeby rozstrzelali oficera wywiadu. Żaden by nie dożył jutra. – Lufy w ziemię, rozładować broń!

Ludzie z ociąganiem wykonali rozkaz.

– Dziękuję, sierżancie. Skoro wykazaliście taką trzeźwość umysłu i należyty osąd, od tej chwili wy dowodzicie patrolem. Kiedy tylko skończę, zabierzecie oddział do bazy. Opowiecie wszystko waszemu pułkownikowi.

– A pan, kapitanie, nie pojedzie z nami?

– Nie twój zasrany interes. Ustaw pluton w szeregu i czekaj na rozkazy.

Żołnierz podniósł karabin, celując we włochaty kłąb mięśni, pędzący prosto na niego. Pociągnął długą serię, jednak w pośpiechu nie trafił. Zobaczył tuż przed twarzą wielkie zęby, odruchowo zamknął oczy. Nie miał już czasu na jakąkolwiek sensowną reakcję. Z rezygnacją czekał, aż kły zacisną się na szyi. Zamiast tego poczuł potężne uderzenie. Przetoczył się przez plecy. Oszołomiony popatrzył za wilkiem, który pędził dalej przed siebie. Zwierzę potraktowało go niczym zwykłą przeszkodę, jakby był po prostu zwalonym pniem. Młody mężczyzna nie zdążył się nawet zdziwić. Zanim myśl podążyła za niecodziennym zjawiskiem, nim zagościła na dobre w umyśle, pierś żołnierza przeszyły kule, z ust rzuciła się fala krwi. Ostatkiem sił próbował wziąć oddech, ale zamiast ożywczego tlenu do płuc spłynęła lepka maź. Natychmiast obok rannego pojawił się kolega z drużyny. Spojrzał w gasnące oczy.

– Będzie dobrze! – zawołał, przekrzykując strzały i wybuchy. – Trzymaj się, zaraz nadciągnie pomoc.

– Sawka – wyrzęził umierający z najwyższym trudem. – Pojedziesz do mojej matki... Pojedziesz? Obiecaj.

Żołnierz skinął głową.

– Pojadę, przysięgam. Ale lepiej sam jej w domu wszystko opowiesz... Przecież rannych odsyłają do kraju. Musisz tylko...

Nie dokończył. Oczy przyjaciela wywróciły się białkami do góry. Sawka zacisnął zęby, ujął mocno karabin, wycelował w kierunku błysków nieprzyjacielskiego ognia.

Na przedpolu płonął helikopter. W środku widać było wychyloną do przodu, uwięzioną pasami sylwetkę pilota. Kilkanaście kroków w bok od Sawki pułkownik Mirko wykrzykiwał komendy. Nie docierały jednak do uszu żołnierza. Nagle zdał sobie sprawę, że nie słyszy nic, chociaż w prawym uchu mocno tkwiła słuchawka polowego interkomu i dolatywały meldunki oraz okrzyki towarzyszy broni. To mogło oznaczać tylko jedno – oficer ma uszkodzone radio i jeszcze tego nie zauważył. Oddział pozostał praktycznie bez dowodzenia. Sawka zerwał się, skoczył, przetoczył przez głowę. Pociski ułamek sekundy później przeszyły powietrze i rozorały miejsce, w którym leżał. Znów skok, potem błyskawiczne czołganie. Przypadł w ciasnej bruździe obok dowódcy. Pułkownik spojrzał groźnie. Absolutnie nie wolno grupować się w podobnej sytuacji.

– Nadajnik panu wysiadł – wydyszał Sawka. Odpiął własny, wyszarpnął z ucha słuchawkę, zerwał cały zestaw, podał oficerowi. – Chłopaki nie wiedzą, co robić.

Mirko skinął tylko głową. Sam ledwie kilka sekund temu pojął, że coś się stało ze sprzętem. A teraz, kiedy zdjął z pasa małą puszkę wypakowaną elektroniką, zauważył dziurę od kuli.

– Dzięki, szeregowy – mruknął. A potem wrzasnął do mikrofonu: – Nikołow i Szulin, co wy robicie?! Natychmiast za osłony! Sami las chcecie szturmować?! Oszczędzać amunicję. Tamci też nie mają jej bez ograniczeń! Poczekamy, aż ostrzał osłabnie.

Sawka spojrzał spod zmarszczonych brwi na dowódcę. Dlaczego nie każe drucikowi wezwać pomocy? Mirko pochwycił wzrok podwładnego.

– Radiotelegrafista – posłużył się archaicznym nieco terminem – nie żyje. A sprzęt szlag trafił. Nie patrz tak. Michaił też został bez łączności. Nieszczęścia chodzą parami.

– Gdzie zapas?

– Tam, niech to cholera – słowom towarzyszył bezradny gest, wskazujący płonącą maszynę. – Leży w trawie parę metrów przed wrakiem. Chłopaki, zamiast ratować mnie, powinni zająć się nadajnikiem. A teraz spieprzaj, chłopcze – rzucił ostrzejszym tonem. – Przetocz się chociaż dwa kroki, bo jesteśmy tutaj jak dwa młode gawrony na moskiewskiej jezdni.

Sawka posłusznie odczołgał się nieco w bok i do tyłu. Wysoka trawa w tym miejscu chroniła żołnierza przed oczami rebeliantów, ale nie mógł znaleźć żadnej znaczniejszej nierówności terenu. Zaległ bez ruchu, słuchając jękliwego świstu pocisków. Łączności nie ma, a to znaczy, że zanim z bazy ruszą za nimi, zaniepokojeni brakiem kontaktu, może upłynąć jeszcze kilkanaście minut. A każda minuta to coraz więcej trupów i mniejsza nadzieja na ocalenie. Czeczeni mogą mieć spory zapas amunicji, o wiele większy, niż się tego spodziewa dowódca. Niż się spodziewa, czy raczej niżby chciał się spodziewać? W dodatku te przeklęte moździerze... Kapral podniósł głowę. Helikopter palił się żółtoczerwonym płomieniem. Przestały już wybuchać skrzynki amunicyjne. Sawka zacisnął wargi. Wiedziony nagłym impulsem, poderwał się i skulony pomknął do przodu.

– Dajcie mi osłonę! – ryknął, przebiegając obok pułkownika.

– Gdzie, wariacie? Wracaj! – wrzasnął dowódca.

Ale Sawka gnał już ile sił w nogach. Upadł. Oleg wstrzymał oddech. Oberwał? Nie – dostrzegł ruch podoficera.

– Przygasić tych w lesie – rzucił w mikrofon. – Prać ile wlezie we wszystkie strony!

Był spokojny, opanowany, wręcz zimny. Przecież w końcu walczą tak, jak ich do tego przygotowywano podczas szkoleń. Zajęli pozycje, trochę już okrzepli, uspokoili się po katastrofie transportowca. Komandosi są przygotowywani do prowadzenia obrony okrężnej. Zasadniczo prawie zawsze działają otoczeni przez wroga. Rzadko co prawda zrzuca się ich prosto w taki ognisty kocioł, ale i to trzeba jakoś przeżyć. W Czeczenii ludzie Olega zdążyli nieco odwyknąć od normalnego treningu, bo wykonywali tu często zadania typowo policyjne i charakterystyczne dla zwyczajnych jednostek liniowych. W tej chwili procentowały jednak wpojone nawyki i morze potu, jakie wsiąkło w ziemię poligonów.

Sawka pędził, co kilkanaście kroków przypadał do ziemi. Wiedział, że koledzy z oddziału robią teraz wszystko, by nie dosięgły go wrogie pociski. Dyszał ciężko, ale z emocji, nie zmęczenia. Serce mu waliło i słyszał łomot krwi w uszach, zagłuszający kanonadę. Teraz trzeba wykonać ostatni skok. Czeczeńskie psy na pewno zorientowały się, że żołnierz chce zrobić coś, co może skomplikować sytuację. Zerwał się na równe nogi, poczuł szarpnięcie, rzuciło go na ziemię. Lewa ręka na wysokości ramienia zamieniła się w krwawą miazgę. Oberwał z ciężkiego kalibru albo dosięgnął go duży odłamek. Sawka skonstatował to obojętnie, nie czuł rany. Poderwał się, pognał przed siebie. Miał wrażenie, że droga do helikoptera trwa wieki. Wreszcie znalazł się przy nadajniku, padł plackiem.

– Boże na niebie – zamruczał – błagam, niech to gówno odpali...

Przekręcił potencjometr. Nasłuchiwał znajomego szumu, jednak na próżno. Dopiero po dłuższej chwili zdał sobie sprawę, że hałas dookoła jest zbyt duży, żeby można dosłyszeć coś z zewnętrznego głośnika. Wyrwał z gniazda słuchawkę, przycisnął ją mocno do ucha, pokonując odrętwienie i narastający ból w ranie. Jest! Jest łączność! Nastawił częstotliwość bazy.

– Tu Buzdygan dwa – krzyknął w mikrofon. – Tu Buzdygan dwa! Wzywam cię, Jurny.

Przez trzaski zakłóceń przedarł się głos radiowca z drugiej strony.

– Ja Jurny! Ja Jurny! Buzdygan dwa, melduj.

– Mamy tu piekło. Skurwiele założyli kocioł! Trzeba posiłków. Dawaj starego!

– To ja, Buzdygan dwa – dopiero teraz kapral poznał głos generała. – Nie wyślę wam wsparcia, bo wszystkie odwody poleciały w rejon dziewiąty. Tam też mamy walki. Wysyłam maszyny kompanii medycznej i trzy Mi-24. Wreszcie dotarły. Będziecie się ewakuować pod ich osłoną.

Dłoń spoczywająca na gałce aparatu nagle odskoczyła. Sawka ze zdumieniem patrzył na krwawe strzępy w miejscu, gdzie jeszcze przed sekundą miał palce. Strzaskana radiostacja zamilkła. Rebelianci położyli zmasowany ogień na śmigłowiec. Strzelały tu chyba wszystkie moździerze. Sawka uniósł skrwawioną rękę.

– Zginiecie, skurwysyny!

Bliski wybuch rzucił go dobre trzy metry w bok, ciało poszatkowały gorące odłamki.

Stanęli przed odrapanymi drzwiami. Spod złuszczonej warstwy farby wyglądały szare plamy ocynkowanej blachy.

– To się gadzina zabezpiecza – mruknął krępy mężczyzna o rudawych, rzadkich włosach. – Patrz, Mitia. Niby to kiepskie, niby się sypie, a spróbuj sforsować. I granat wytrzyma.

– A co, chcesz wysadzać?

– Po co? – Rudawy wzruszył ramionami. – Sam przecież ma otworzyć.

– Jesteś pewien, że nie wykręci żadnego numeru? Na tyle mu ufa? – Wskazał smagłego, wysokiego mężczyznę, który im towarzyszył.

– A komu innemu może zaufać? To przecież jego dawny kumpel od mokrej roboty.

– Dość gadania – zniecierpliwił się smagły. – Schowajcie się pod ścianami. Płasko przy murze. Ty za tamtym załomem, bo go spłoszycie i będzie rzeźnia. Wizjer ma panoramiczny, sporo przez taki widać.

Nacisnął dzwonek. Z drugiej strony dobiegł delikatny gong. Człowiek po lewej sięgnął za pasek na plecach.

– Nie ruszaj się! – warknął smagły. – I schowaj gnata. Idziemy przecież do mojego przyjaciela. Nie masz go rozwalić, tylko zatrzymać do przesłuchania.

Za pancernymi drzwiami nie było słychać ruchu, jednak mężczyzna wiedział, że człowiek w mieszkaniu jest już przy wizjerze. Czekał cierpliwie, patrząc prosto w szklane oczko.

– To ty, Tarkhan? – zabrzmiał przygłuszony głos.

– To ja, Dżochar. Wpuścisz starego kumpla?

– Nie powinieneś tu przychodzić. Nigdy. Nie powinieneś wiedzieć, gdzie mnie szukać.

– Nigdy i absolutnie, jak najbardziej. Nie powinienem wiedzieć, gdzie się zamelinowałeś, i nie miałem wcale ochoty tu przyłazić. Czasem trzeba złamać zasady. Dzieje się coś, co cię musi zainteresować.

– Musi? Ciekawie to zabrzmiało. Cóż to takiego?

– Chcesz rozmawiać przez drzwi? – zniecierpliwił się smagły. – To może od razu podam informacje do wiadomości ITAR-TASS, jutro dowiesz się wszystkiego z gazet, radia i telewizji.

– Jesteś sam?

– Nie, przyprowadziłem oddział specnazu. Otwieraj wreszcie!

Szczęknęła zasuwa najpierw górnego, potem dolnego zamka, wreszcie przekręcił się klucz pod klamką. Ludzie, przyczajeni po obu stronach, sprężyli się do skoku. Tarkhan uspokoił ich niecierpliwym gestem. Drzwi uchyliły się w wąską szparę.

– Poczekaj – powiedział Dżochar – zapomniałem o łańcuchu.

– Co ty, złoto tutaj trzymasz?

– Coś cenniejszego od złota – moje zasrane życie.

Drzwi przymknęły się, zabrzęczał łańcuch.

– Właź – powiedział Dżochar, wysuwając rękę na przywitanie.

Z tego, że coś jest nie tak, jako pierwszy zdał sobie sprawę człowiek po prawej stronie Tarkhana. Zanim zdążył cokolwiek zrobić, rozległo się ciche pyknięcie i Rosjanin padł na plecy. Zawisł głową nad pierwszym stopniem schodów prowadzących w dół klatki schodowej. Z niewielkiego otworu między oczami wypłynęła strużka krwi. Tymczasem smagły mężczyzna przerzucił pistolet do lewej dłoni. Drugi z agentów spojrzał prosto w czarne oko tłumika. Błyskawicznie uniósł rękę, w której ściskał masywną kolbę rewolweru. Tarkhan był szybszy. Strzelił prosto w otwarte do krzyku usta. Tamten zwinął się, jakby otrzymał silne kopnięcie w brzuch.

– Migiem – mruknął Dżochar, wyskakując na korytarz. Lufa pistoletu maszynowego zatoczyła łuk, kiedy lustrował otoczenie. – Do środka! Gdzie reszta tych gierojów?

– Czekają na dole. Budynek jest otoczony.

– Masz jakiś plan?

– A ty masz trochę granatów, C-4 i kawałek liny?

Dżochar kiwnął głową.

– Nawet więcej niż trochę. Ile nam zostało czasu?

– Najwyżej dziesięć minut.

– Nie wystarczy, żeby zrobić coś sensownego.

– Gdzie masz telefon? Moją komórkę zabrali tuż przed akcją. Najwyższy czas ściągnąć pomoc.

Wiktor Malinin uważnie obszukiwał trupy. Starszy z Czeczenów nie miał przy sobie zupełnie nic. U młodszego w kieszeniach znalazł tylko pestki słonecznika. Kapitan podniósł wzrok na sierżanta.

– Stiepan, każ ludziom oddać wszystkie przedmioty, które zabrali bandytom albo wynieśli z chałupy.

Podoficer wzruszył ramionami, podszedł do stojących w szeregu podkomendnych.

– Słyszeliście?

Zapanowała cisza, żołnierze zamarli w bezruchu. Sierżant mierzył ich surowym wzrokiem.

– No już! – wrzasnął. – Wyskakiwać z trofiejnych rzeczy, gadziny! Kto nie wykona rozkazu, tego postawię pod sąd dywizyjny! Za rabunek i nieposłuszeństwo.

Groźne słowa pozostały bez odpowiedzi. Sierżant zaklął w duchu. Ludzie nie boją się żadnego sądu. Nic dziwnego. Zanim dotrą do miejsca, w którym można ich porządnie wziąć pod lupę, pozbędą się łupu, ukryją go gdzieś na postoju w lesie, zaznaczą miejsce i za tydzień lub dwa wyślą kogoś, żeby to przyniósł. Byli na patrolu od czterech dni, rozbili zbrojną grupę, nawiedzili także kilka siół. Zapewne niektórym żołnierzom trafiła się nawet cenna biżuteria. Miejscowi dawno nauczyli się, że trzeba dać bakszysz, aby uniknąć większego rabunku. Obok sierżanta stanął Malinin.

– Nie obawiajcie się – powiedział łagodnie. – Nie zamierzam was pozbawiać zdobyczy. Gówno mnie interesuje, ile tego jest i skąd to macie. Szukam tylko pewnego śladu. Ten, u kogo go znajdę, może liczyć na nagrodę.

Żołnierze milczeli uparcie. Ich także ta wojna czegoś nauczyła. Nie wolno ufać oficerom. Są gotowi obiecać wszystko, nie dotrzymać niczego i jeszcze na dodatek ukarać, jeśli ktoś upomni się o swoje.

– Jak chcecie – westchnął kapitan.

Podszedł do pierwszego w szeregu, szybkim ruchem wydobył pistolet, przystawił zaskoczonemu szeregowcowi do piersi i wypalił. Chłopak zatoczył się, chwycił za krwawiącą ranę. Oczy uciekły mu do tyłu, zwalił się ciężko na bok. Dwaj jego towarzysze unieśli broń, przeładowali.

– Nie radzę – powiedział spokojnie oficer. – Widzicie to? – Wskazał niewielkie, czarne pudełeczko, zwisające niedbale przy pasie. – To nadajnik. Ale nie taki syf jak wasze. To cacko łączy się z satelitą. Wszystko, co się tutaj dzieje, jest odbierane i nagrywane w sztabie wywiadu. Każde słowo. Nie wyłgacie się od odpowiedzialności, nie zeznacie zgodnie, że zastrzelili mnie terroryści. A ja mogę kropnąć was po kolei i samemu posprawdzać, co macie w plecakach i po kieszeniach.

Jeden z żołnierzy oblizał nerwowo wargi. Oficer patrzył z kamienną twarzą, jak rozedrgany palec tańczy na spuście broni. Potem spojrzał młodemu człowiekowi prosto w oczy.

– Warto, Wania, Saszka czy jak tam ci na imię? Warto pomścić kumpla, pokazać się przed kolegami, żeby potem do końca życia siedzieć w najgorszych tiurmach wielkiej Rosji? Nigdy już nie zobaczysz dziewczyny, co wypłakuje za tobą oczy. Nie dopuszczą na widzenie nawet matki. Chcesz tego? Nie lepiej zrobić, co mówię?

Do tej chwili oficer wydawał się żołnierzom zwyczajnym sztabowym bubkiem, jednym z wymuskanych oficerków, którzy wąchają proch tylko wtedy, gdy przybędą na pole walki, ale już po bitwie. Nawet zabójstwo nielubianego porucznika nie zrobiło na plutonie większego wrażenia. Swój załatwił swojego. Nic im do niesnasek między szarżami. Ale teraz ujrzeli w oczach Malinina stal i ołów. Takie spojrzenie może mieć tylko ktoś, dla kogo człowiek jest nic niewartą mierzwą. Ktoś, kto nie zawaha się posłać na śmierć tysięcy, żeby tylko dopiąć swego, wykonać zadanie za wszelką cenę.

– Job twoju mać – warknął szeregowiec, opuszczając lufę.

– W co tylko zechcesz – uśmiechnął się kapitan. – Ale najpierw pokaż łupy.

– Nie zabierzecie?

– Tylko to, co mnie interesuje, mówiłem przecież.

Żołnierz kiwnął głową pozostałym. Najwyraźniej był nieformalnym przywódcą grupy. Kapitan doskonale zdawał sobie sprawę, że w oddziałach specnazu oprócz szarży podoficerskiej i oficerskiej obowiązuje również coś, co można porównać do hierarchii więziennej. Najczęściej rolę herszta pełnił człowiek najbardziej brutalny i bezwzględny. Ale z reguły tylko w koszarach i podczas ciężkiego szkolenia. Warunki wojenne wymagały czego innego, czegoś więcej. Tutaj koledzy z drużyny ufali raczej nie temu, kto był najsilniejszy fizycznie, lecz potrafił dominować, a jednocześnie można się było na nim w razie potrzeby oprzeć. Na wojnie mocna osobowość jest więcej warta od twardej pięści.

– Jak masz na imię, żołnierzu? – spytał Malinin.

– Fiodor – odparł ponuro kapral. – Bo co?

Sierżant syknął ostrzegawczo, ale kapitan uciszył go gestem.

– Nic. Po prostu lubię wiedzieć, z kim mam do czynienia.

Fiodor bez słowa zaczął opróżniać kieszenie, potem zdjął plecak, wydobył ze środka lniany worek. Po chwili na ziemię wysypały się różne przedmioty. Malinin patrzył z mimowolnym podziwem na kosztowne zapinki, bransolety, zabytkowy zegarek na łańcuszku. Zdumiewające, jak zapobiegliwi potrafią być wojacy, na pozór nieumiejący zliczyć do trzech, często przygłupio patrzący w twarz rozgniewanego ich tępotą dowódcy. Kiedy trzeba, umieją wycisnąć złoto nawet z kamienia. Po latach wojny w ubogich czeczeńskich wioskach nie powinno już zostać nic cennego. A jednak rzeczywistość okazywała się zaskakująca.

– Teraz ty. – Kapitan wskazał szeregowca, który przed chwilą także w niego celował.

Po kolei, uważnie, przeglądał wszystko, co żołnierze wydobywali z zakamarków plecaków i kieszeni. Zatrzymał się na dłużej przy ósmym z kolei.

– Skąd to masz? – Wskazał zaśniedziały medalion na poczerniałym, przepoconym rzemieniu.

Zapytany wzruszył lekko ramionami.

– Nie było już nic lepszego w chałupie, wziąłem więc to. Odczyszczę, będzie na prezent dla dziewczyny.

– W chałupie? – Kapitan pokręcił głową. – Nieprawda. Zerwałeś to z szyi tego starego. – Machnął ręką w kierunku trupów. – Zgadza się?

Żołnierz nie odpowiedział. Malinin zwrócił się do sierżanta:

– Wasz porucznik nawet nie sprawdził, z kim ma do czynienia. Potraktował tych ludzi jak zwykłych bandytów. A może był tak głupi, że naprawdę nie czytał ostatniego okólnika dowództwa sztabu armii?

– To by mnie nie zdziwiło, panie kapitanie. Dmijew niedawno został przysłany z Moskwy w miejsce zaginionego dowódcy. Mleko miał pod nosem i gówno w głowie. Napompowali go na szkoleniach jakimiś bzdurami, a tak naprawdę nie wiedział, co się tutaj dzieje.

– W porządku. – Malinin rzucił medalion sierżantowi. – A ty wiesz, co to jest?

– Znak rodowy?

– Raczej plemienny, a właściwie klanowy. Wiesz, kto go nosił?

Bez zdziwienia przyjął wiadomość, że podoficer nie ma pojęcia, kogo niedawno rozstrzelał. Tego akurat nie miał prawa wiedzieć.

– A wiesz, co oznacza dla Czeczeńców zwierzę uwiecznione na tym medalionie?

– Wilk? Coś tam słyszałem, ale kto by się zajmował takimi bzdurami.

Kapitan westchnął. Niewiedza o podstawowych symbolach kraju, w którym się odbywa służbę, to rzecz po prostu karygodna. Ale przecież doświadczonego wywiadowcy i to nie powinno zdumiewać – szkolenie specnazu i desantowców nie obejmuje historii ziemi, którą mają za wszelką cenę ujarzmić. A przydałoby się przekazać im chociaż garść najważniejszych informacji. Tak na wszelki wypadek. Zrozumienie ułatwia działanie.

– Panie kapitanie – powiedział cicho sierżant. – Z tym łączem satelitarnym to był blef, prawda? To pudełko to jakaś bzdura. Żadna armia nie ma takiego sprzętu. Nawet Amerykańce.

– Może tak, może nie. Po co ci ta wiadomość?

– Ciekaw jestem.

– Oddział zbierz i wracajcie do garnizonu.

Wilczyca doczołgała się do gniazda ostatkiem sił. Tylna łapa zwisała bezwładnie, w rozległej ranie bielały odłamki kości. Boki poszarpane zostały pociskami i odłamkami granatów, pod łopatką tkwiła pistoletowa kula. Zwierzę z najwyższym trudem wspięło się na wał okalający wejście do jamy, wskoczyło do środka. Z gardła wydobył się skowyt bólu, spowodowanego ruchem i wywołanego widokiem, który ukazał się oczom zrozpaczonej matki. W wilczą siedzibę trafił zabłąkany pocisk moździerzowy. Krwawe szczątki bezbronnych szczeniąt zmieszały się z ziemią i potrzaskanymi korzeniami. Wilczyca zapomniała natychmiast o własnych ranach. Przypadła do martwych dzieci, trąciła nosem najbliższe, które wydawało się najmniej uszkodzone. Leżało na brzuszku, z łebkiem złożonym na wyciągniętych łapkach, oczy miało zamknięte. Kiedy matce udało się przewrócić szczeniaka na bok, ujrzała wylewające się wnętrzności. Uniosła łeb ku niebu i zawyła. Głos zatańczył pod koroną wielkiego dębu, który udzielił gościny zwierzęcej rodzinie, poniósł się po lesie, niosąc ze sobą zarazem cierpienie i ogromny wyrzut. Bardziej niż zew drapieżnika, przypominał rozpaczliwy, nabrzmiały utraconą nadzieją płacz człowieka. W dali cichły odgłosy strzelaniny. Przestraszone, milczące do tej pory ptaki, zaczęły się nieśmiało odzywać.

Wilczyca ułożyła się pośrodku gniazda, jeszcze raz obrzuciła wzrokiem martwe wilczęta, a potem zamknęła oczy, pogrążyła się w odrętwieniu, czekając na łaskawy, aksamitny dotyk śmierci.

Wybuch wstrząsnął budynkiem. Komandosi czekający na dole odruchowo padli na ziemię. Dookoła posypały się fragmenty tynku, cegieł i szkła. Mieszkanie na piątym piętrze oraz spore części przylegających do niego kwater zamieniły się w wielką dziurę, w której widać było fragmenty ścian działowych. Z popękanych rur trysnęła woda. Major dowodzący plutonem antyterrorystów zerwał się, klnąc na czym świat stoi. Od razu zrozumiał, co się wydarzyło. Ostatni raz uwierzył w zapewnienia kogoś ze służby bezpieczeństwa. Ostatni raz dał się też przekonać, aby zaufać jakiemukolwiek terroryście. Oni są niczym białe niedźwiedzie – nigdy się nie oswajają, zawsze gotowi kąsać i szarpać pazurami łaskawą rękę. Nawet jeśli zdaje się człowiekowi, że zdołał takiego okiełznać, zmusić do posłuchu, ten skorzysta z byle okazji, żeby zerwać łańcuch i rzucić się do gardła. Wspólna akcja oddziałów Alfy i FSB pod dowództwem kapitana kontrwywiadu miała być gwarancją pełnego sukcesu. Też coś! Gdyby major sam decydował o przebiegu zdarzeń, tamci dwaj bandyci na górze dawno leżeliby z przestrzelonymi kolanami, żywi, ale zupełnie niegroźni. Dobrze, że kazał przed akcją zakręcić główny zawór gazu na osiedlu. Inaczej mogłoby dojść do prawdziwej katastrofy i zawalenia budynku.

– Wstawać, chłopaki! Wstawać! Trzeba zablokować wszystkie drogi! Przypominam, brać ich żywcem, celować po nogach!

Zagrzechotały krótkie serie i pojedyncze strzały. Z pierwszego piętra, z okna usytuowanego nad zadaszeniem wejścia do klatki schodowej, wyskoczyło dwóch ludzi. Jeden poleciał w prawą, drugi w lewą stronę. Spadli na trawnik, dokładnie w tym samym momencie przetoczyli się przez plecy. Ten z prawej posiał ogniem z niewielkiego pistoletu maszynowego. Czeski skorpion, ocenił natychmiast major. Drugi mężczyzna rzucił granat. Natychmiast obaj znów przypadli do ziemi. Ogłuszający huk i świst odłamków zmusiły dowódcę do kucnięcia za samochodem. Kiedy się wyprostował, zobaczył Czeczenów biegnących w stronę murku okalającego wjazd do podziemnego garażu.

– Po nogach, przypominam! – krzyknął w mikrofon, widząc, że za plecami uciekających pociski dziurawią ścianę na wysokości piersi. – Który zabije, pojedzie na Magadan!

Ogień natychmiast znacznie się obniżył. Kule ryły ziemię, odbijały się rykoszetami od kamieni. Jakaś staruszka, niosąca zakupy z pobliskiego bazaru, nagle wspięła się na palce, puściła torby i padła na plecy jakby rażona gromem. Leżący płasko na ziemi mężczyzna w szarym płaszczu wzdrygnął się i poderwał głowę, gdy seria przeszła mu wzdłuż pleców. Tymczasem ścigani zdołali ukryć się za osłoną. Jeden wstał, położył ogień na samochodach, za którymi chowali się agenci. Rozległ się charakterystyczny dźwięk przebijanych karoserii i kruszonych szyb.

– Zorka, przyciśnij ich. Sierioża, weź pięciu chłopaków i zajdź gnojów z flanki. Kapitanie, twoi ludzie niech na razie wstrzymają ogień!

Grad kul zaczął zamieniać płyty wieńczące murek w poszarpaną mozaikę. Czeczeni musieli schować głowy. Żadnych szans na coś więcej niż rzucanie na oślep granatów. Tych jednak nie mogli mieć zbyt dużo. Major z zadowoleniem patrzył na oddział Siergieja, sprawnie posuwający się pod osłoną ognia. Koledzy z tyłu, doświadczeni w podobnych akcjach, pokrywali precyzyjnie całe przedpole, wyłączając jedynie miejsce, w którym właśnie przebywali komandosi. Tym zostało nie więcej niż dwadzieścia metrów. Zaledwie jeden skok. A kiedy już znajdą się za osłoną ukrywającą terrorystów, wszystko potrwa nie dłużej niż dwie sekundy. Siergiej podniósł rękę, jego ludzie rzucili się do przodu. Nagle przez hałas broni przedarł się ryk silnika. Major spojrzał w stronę, z której usłyszał nieoczekiwany odgłos. Po trawnikach i chodniczkach, od strony miasta, pędziła wielka terenówka. Przez uchylone okna siedzący wewnątrz otworzyli ogień. Dwóch funkcjonariuszy służby bezpieczeństwa padło od razu, inni zorientowali się zbyt późno, żeby odpowiedzieć dostatecznie celnie. Za to zmasowany ostrzał poszedł tuż za samochodem, tam, gdzie właśnie pędzili przed siebie komandosi...

– Sierioża – wrzasnął major w mikrofon – spieprzaj w tył, ale już!

Pociski wystrzelone przez agentów i komandosów krzesały iskry na masce samochodu. Dopiero teraz dowódca zauważył, że okna wozu wcale nie są uchylone, a napastnicy strzelają przez specjalnie skonstruowane luki w szybach. Jeszcze chwila, a samochód wpadnie na komandosów znajdujących się najbliżej ściganych. Na szczęście Siergiej już dostrzegł niebezpieczeństwo. Krzyknął krótko, ludzie się rozpierzchli. Terenówka zaryła kołami w ziemię przed murkiem, otworzyły się drzwi od strony, gdzie schronili się terroryści. Z okien wozu nadal pruły mordercze serie.

– Rozpierdolić ich! – usłyszał major ze stojącej obok radiostacji krzyk kapitana FSB. – Dawaj RPG!

Było już jednak za późno. Samochód ruszył, drąc trawę grubymi bieżnikami. Pocisk przeciwpancerny trafił tuż za nim i eksplodował w murze, robiąc wielki wyłom.

– Kurważeż twoja mać – warknął major.

Nieco osłupiały patrzył na znikający za rogiem samochód. Skąd bandyci mają taki sprzęt? Kuloodporna karoseria, samoklejące się opony, stanowiska do prowadzenia ognia i rzucania granatów. Czołg, nie auto. Po takim wypadzie nadaje się pewnie już tylko na złom, nie ma cudów. Kule nie pszczoły, musiały poważnie uszkodzić sporo ważnych części. Ale swoje zadanie wykonał. Wszystko tylko po to, by ratować dwóch bandytów. Na podobną rozrzutność stać różnych Abramowów, Bieriezowskich albo im podobnych Nowych Ruskich. Jednak oni nie mieszają się do wojny na Kaukazie. Niektórzy rebelianci też mają forsę, ale żeby któryś dysponował aż taką gotówką?

– Zwijamy akcję – rzucił major do krótkofalówki. – Wezwijcie na teren karetkę i straż pożarną. Zorka i Siergiej natychmiast meldować się u mnie. Bez odbioru.

Bez większego zainteresowania obserwował agentów FSB, którzy wsiedli do ocalałych samochodów i puścili się w pogoń za terenówką. W mieście nie mają najmniejszych szans dopaść zbiegów. W gęstym ruchu porannego szczytu nie da się celnie strzelać.

Rozdział 1

Leżał na boku, w pozycji, przy której odczuwał stosunkowo najmniejszy ból. Litościwa ręka rzuciła pod niego kłąb koców. Inna, mniej współczująca, postawiła naczynie z wodą, ale w takiej odległości, że musiałby się wyciągnąć, aby uchwycić ucho dzbanka. Nie był w stanie tego zrobić. Starał się w dodatku nie patrzeć na swoje rany – z przedramienia oblazła skóra, przez spalony wierzch dłoni przeświecały kości. Z drugą było jeszcze gorzej. Leżała bliżej pożaru, przez chwilę ogarnęły ją płomienie, palce zlepiły się, tworząc potworny kikut, który wyglądał, jakby należał nie do człowieka, ale istoty z kosmosu. Młody mężczyzna powinien nie żyć. Tego był pewien i on, i ci rebelianci, którzy wynieśli go z pola walki. Wyparli w końcu desantowców. Ci podczas pośpiesznej ewakuacji nie zdążyli nawet pozbierać zabitych, zostawiając ciała na pastwę przeciwników. Jego też musieli uznać za zmarłego. Nie mogli wiedzieć, że wybuch amunicji przygasił nieco ogień, a jednocześnie wyrwał wielką dziurę w burcie śmigłowca. Nie byli przecież w stanie odgadnąć, że poparzony, poszatkowany kulami i odłamkami kapral zdołał się przez nią wyczołgać, zanim eksplodowały następne skrzynie. Nie słyszeli jego jęków. Pewnie to dobrze, bo może zechcieliby po niego wrócić, ryzykując życie i ponosząc niepotrzebne ofiary. W oddziałach specjalnych na solidarność wśród żołnierzy kładziono ogromny nacisk. Uczono, że kolegów nie wolno zostawiać, chyba że w stanie najwyższej konieczności.

Nie miał pojęcia, dlaczego Czeczeni w ogóle go zabrali, zamiast po prostu dobić. Dlaczego taszczyli na noszach w skaliste góry, przysparzając sobie pracy, a jemu ogromnego cierpienia. Błagał ich, żeby dobili. Poparzenia bolały straszliwie. Tracił przytomność, majaczył. Potem złożyli cierpiącego na pace wojskowego postrzelanego łazika, zdobytego niedawno zapewne w starciu z jakimś oddziałem albo – co jeszcze bardziej prawdopodobne – w górskiej zasadzce. Traktowali jeńca jak ranne dzikie zwierzę. Podawali jedzenie, nie dotykając jego twarzy, wlewali wodę prosto do gardła, celując niedbale w rozchylone, spuchnięte od poparzeń usta. Pojmany pragnął śmierci, a jednak przyjmował pokarmy. Wiele razy słyszał opowieści frontowców o niesamowitej woli życia, która sprawia, iż pozbawiony rąk i nóg ludzki kadłub jest w stanie przetrwać w niesłychanie ciężkich warunkach, żywiąc się mięsem martwych kolegów, spijając wodę z zagłębień terenu. Słyszał opowieści o czołgistach w czasie drugiej wojny światowej, którzy z głodu potrafili ogryzać własne ręce, ale nie rezygnowali z marnej, pozornie niewiele wartej egzystencji. Jednak teraz żałował, że udało mu się przeżyć. Oparzenia doskwierały z każdym dniem bardziej. Wiedział, że w wielu miejscach, szczególnie tam, gdzie otrzymał postrzały, z pewnością wdało się już zakażenie. Przedwczoraj rebelianci złożyli go w tej norze i chyba zupełnie zapomnieli o jego istnieniu. Jeśli tak, zginie z pragnienia. Może i lepiej...

Ponure rozmyślania przerwało znienacka skrzypienie drzwi. Nie miał siły odwrócić głowy. Bolało każde włókno w karku i na ramionach. Ciężkie kroki, ktoś stanął nad nim.

– Specnaz – stwierdził krótko przybyły.

Ranny z najwyższym trudem pokręcił głową.

– Nie specnaz? A kto?

– Desantowiec – wychrypiał z trudem.

– Dla mnie na jedno wychodzi. Twoje nazwisko.

Po co ten góral w ogóle pyta? Przecież wyjęli mu z kieszeni książeczkę wojskową. Nie miał możliwości jej zniszczyć.

– Nazwisko, świniojadzie!

Pokonując ból, odwrócił głowę. Zobaczył nad sobą brodatą twarz. Mężczyzna przypominał wszystkich czeczeńskich bojowników, jakich Dymitr miał okazję w życiu widzieć. W identycznych polowych rosyjskich mundurach, z kałachami albo granatnikami na ramieniu, byli do siebie podobni niczym Murzyni z jednego afrykańskiego plemienia.

– Pocałuj mnie w dupę, Waha.

Czeczen drgnął. Wielu zamieszkujących ten teren muzułmanów było wahabitami, a przy tym imię Waha było bardzo popularne. Rosjanie często tak wołali na więźniów, chcąc ich zdezorientować i upokorzyć.

– Dobrze, psi synu – warknął brodacz. – Ja ci odpowiem. Nazywasz się Dymitr Szewadze. Gruzin. – Splunął gęstą śliną. – Na kontrakcie? Ochotnik?

– Rosjanin – poprawił go ranny.

– Szewadze to gruzińskie nazwisko.

– Ale mój ojciec urodził się już w Rosji. Od dziecka mieszkałem w Uchcie, na Syberii.

– Dla mnie jesteś takim samym zdrajcą jak Kadyrow i syn tego wieprza.

Dimka nie odpowiedział. Dyskusja nie miała sensu. Czeczen najwyraźniej był jednym z fanatyków. Dla takich każdy o kaukaskim pochodzeniu, kto nie strzelał do Rosjan ani nie podkładał bomb, automatycznie musiał być zdrajcą.

– Dobrze, Gruzinie. – Brodacz trącił go nogą. Z gardła leżącego wydobył się przeciągły jęk. – Jak sobie chcesz. Jeśli nie zdechniesz, wykurujemy cię trochę i pójdziesz pod sąd. Mamy tutaj pewnego kadiego, Afgańczyka. On rozpatrzy twoją sprawę zgodnie z zasadami szariatu.

– Po to mnie taszczyliście? Żeby teraz zabić?

– Tylko ciebie wzięliśmy żywcem, Szewadze. Lepszy taki język niż żaden. Zresztą kto wie, może zdasz się nawet na wymianę jeńców. Ale coś mi się widzi, że niewiele przed tobą życia.

Tarkhan odłożył na popielnicę tlący się niedopałek. Siny dym o charakterystycznym, intensywnym zapachu uniósł się pod sufit.

– Doskonały towar – stwierdził leniwie. – Aż szkoda coś takiego sprzedawać zwykłym sołdatom.

Dżochar, siedzący naprzeciwko, wzruszył ramionami i syknął przy tym z bólu. Podczas ucieczki dostał w ramię. Pocisk przeszedł po wierzchu, nie uszkodził mięśni, ale rana dokuczała przy każdym gwałtowniejszym ruchu.

– Niech Allah dotknie karzącą dłonią psy niewierne. A dopóki sam tego nie uczyni, możemy im podsuwać rzeczy, które ich niszczą.

Z pewnym zgorszeniem przyglądał się przyjacielowi, który z upodobaniem wciągał narkotyczny dym. Prorok zabronił podobnych rozrywek. Tarkhan pochwycił jego wzrok, roześmiał się szyderczo.

– Ty ich nienawidzisz chyba jeszcze bardziej ode mnie. Wiem, wiem. – Zamachał rękami. – Zabili ci żonę i dzieci. Nie rozumiem tylko, dlaczego w takim razie zgodziłeś się wziąć udział w akcji na Dubrowce. Obaj wiedzieliśmy od początku, że gdzieś tam macza palce FSB.

– Dałem się wtedy zwieść Basajewowi, niech psy wiecznie szczają na jego grób – warknął Dżochar. – Tak, masz rację, nie ukrywał przed nami, że ruska służba bezpieczeństwa jest zainteresowana akcją. Pamiętasz? Dwa tygodnie pieprzył, że wykorzystamy to do naszych celów. Wielki dowódca... tfu!

Tarkhan spoważniał.

– Nie zapominaj, że w Iczkerii pamięć o nim jest powszechnie czczona. Nazywa się go świętym mężem dżihadu.

– Ja wiem swoje i ty też. FSB była przekonana, że jesteśmy wtajemniczeni w te wszystkie jego machinacje. Jak to powiedzieli? Wzajemne gwarancje. Ale ja spieprzyłem im przy pierwszej okazji. A ty poszedłeś na współpracę. Gdybym wiedział, że zdradzisz...

– Nie zdradziłem! – poderwał się Tarkhan. – Robiłem interesy. Nie wiesz nawet, ilu rosyjskich żołnierzy za moją sprawą wpadło w narkotyczny nałóg. Marihuana, hera, opium, amfa... Moi ludzie w Osetii i Dagestanie sprzedają im to za pół ceny. Nie wiesz, ile przez ten czas zrobiłem dla naszych braci w Czeczenii!

– Nie zbiedniałeś od tego.

– Nie zbiedniałem. Rozleniwiłem się nawet, utyłem. Ale kiedy przyszli do mnie, gdy cię namierzyli i powiedzieli, żebym pomógł wziąć cię żywego, rzuciłem to wszystko, plunąłem na forsę i łatwe dziewczynki.

– Przylazłeś z agentami do mojej meliny!

– Tak, ale to oni mnie tam doprowadzili, a nie ja ich. Rozumiesz? Nie ja powiedziałem, gdzie się ukrywasz. Nie oskarżaj mnie więc o zdradę!

Dżochar przymknął powieki. Przez ponad cztery lata potrafił zacierać za sobą ślady, kąsał Rosjan, kiedy tylko mógł. Podkładał ładunki wybuchowe, na własną rękę likwidował agentów, współpracował z podobnymi sobie desperatami. W tym czasie Tarkhan siedział na Syberii i korzystał w życia pod zmienionym nazwiskiem, ukryty pod skrzydłami służby bezpieczeństwa. Przy podobnych okazjach Rosjanie zwykli patrzeć daleko w przyszłość. Jeśli kogoś nie likwidują, to tylko dlatego, że może się jeszcze przydać, a nie dlatego, że wypełniają jakieś tam zobowiązania.

– O co im chodzi?

– Między innymi o Achmada Nikułajewa. Chcą go koniecznie dopaść.

– Przecież ruskie gazety wypowiadają się o nim niesłychanie pogardliwie. Podobno w Czeczenii nie ma już wojny, nie istnieje nawet cień wolnej Republiki Iczkerii. Zabili Maschadowa, zatłukli Sadułajewa, wyrwali powstańcom serce, zabrali nadzieję.

– Zapominasz, że rąbnęli też Basajewa.

Dżochar zacisnął zęby, na policzkach wyskoczyły węzły mięśni.

– Basajew pewnie już się bezpieczniakom zużył. Przeszedł operację plastyczną, przerzucili go gdzieś na daleki wschód albo północ i dali walizkę pieniędzy na początek nowego życia.

Tarkhan pokręcił głową. Dżochar pochodził z rodu Abdułajewów, pozostającego w odwiecznym konflikcie z rodziną Basajewa. Zawsze oskarżał o współpracę z FSBSzamila, najpierw jednego z najsłynniejszych komendantów, a potem wiceprezydenta Iczkerii w rządzie Umarowa. Tyle że przed akcją w teatrze na Dubrowce jego podejrzenia rzeczywiście zostały uśpione zapewnieniami nie tyle Basajewa, co bezpośredniego dowódcy zamachu, Mowsara Barajewa. Za to po krwawym finale doszedł do niezłomnego już przekonania, że Szamil nie jest zwykłym agentem służby bezpieczeństwa, ale wręcz etatowym oficerem tej formacji. Poprzysiągł zemstę. Potem, po wkroczeniu komandosów, okazało się, iż ci, którzy jakimś cudem przeżyli, chcąc nie chcąc, zostaną ewakuowani na północ, otrzymają nowe dokumenty i kontakty, by mogli się tam zaczepić. Powoływano się przy tym na układ z Basajewem. Dżochar początkowo wzdragał się przyjąć podejrzane dary. Potem doszedł do wniosku, że jeśli ma zginąć bez sensu, jak nieszczęsne szahidki w teatrze, albo zgnić w więzieniu, lepiej żyć i poczekać na okazję do rewanżu. Podpisał więc wszystkie potrzebne dokumenty. Na Syberii czekały interesy związane z wydobyciem ropy naftowej, a przy tym można było prowadzić handel narkotykami w państwach Kaukazu. Tarkhan rozwinął ożywioną działalność, natomiast Dżochar uciekł przy pierwszej okazji.

– Nie pomyślałeś – powiedział z namysłem Tarkhan – że Rosjanie zrobili to wszystko właśnie dlatego, żeby pokazać, jakoby Szamil był ich człowiekiem? Pamiętaj, jak oni działają. Nie wahają się poświęcić czegoś, żeby uzyskać to, o im chodzi. Nieważne, czy zginie przy tym wielu ludzi, czy wypuszczą z rąk terrorystę.

– Chcesz mi powiedzieć, że cała ta rzeźnia na Dubrowce była tylko po to, żeby w naszych oczach skompromitować Basajewa?

– Żartujesz. To efekt uboczny, wykorzystali po prostu okazję. Już wtedy Basajew zaczął się dla nich stawać niewygodny. Dlatego wbili klin między naszych decydentów. Dzięki jatce w teatrze Putin mógł znów łgać w żywe oczy Ameryce i całemu NATO, że jesteśmy zwykłymi terrorystami, że trzeba dać Rosji w Czeczenii wolną rękę. Sprowokowali nas przecież, zmusili do walki, a sami zabili gazem sporo własnych ludzi. Naprawdę uważasz, że Basajew o tym wiedział?

– Myślę, że od początku chodził na pasku Rosjan. A Czeczenia dała się oszukać tak samo jak my, a później ci frajerzy w Biesłanie. Tam też wojskowi urządzili krwawą jatkę, tam także w końcu zmuszono bojowników do walki. Przecież to Rosjanie rozwalili większość ofiar, a potem podali, że to terroryści. I mówią tak do dzisiaj, chociaż sami mieszkańcy Biesłanu, świadkowie, którzy patrzyli na to zza kordonów, twierdzą inaczej. Chociaż dowody wskazują, że uciekające ze szkoły dzieci miały rany nie tylko na plecach, ale przede wszystkim z przodu. Co z tego? Ruscy kłamstwo uparcie przekuwają w medialną prawdę. Nieważne, jaka jest rzeczywistość; ważne, jak się ją przedstawia. Są mistrzami w mydleniu oczu.

Tarkhan kiwnął głową. To prawda. Nawet z nieudanej obławy na nich dwóch zrobiono niezłą tubę propagandową. We wszystkich publikatorach ukazała się informacja, że podczas likwidacji siedziby terrorystów w centrum Petersburga czeczeńscy separatyści zabili trzech żołnierzy i dwoje cywilów, chociaż postronne osoby zginęły od ognia komandosów i funkcjonariuszy FSB. Prasa, radio i telewizja grzmiały oburzeniem, apelowały do społeczności światowej o poparcie walki rządu Federacji Rosyjskiej z międzynarodowym terroryzmem.

– Mów – mruknął Dżochar. – Mów, co z Achmadem?

– Wiesz na pewno, że został prezydentem Iczkerii, stał się najważniejszym przywódcą ruchu powstańczego.

– Wiem. To nawet ciekawe, bo według komunikatów Moskwy powstanie wygasło, żadnych walk już na terenie Czeczenii nie ma. Panuje pokój i powszechna radość ze zduszenia rebelii.

– Nie kpij. U nas nigdy nie będzie spokoju i wszyscy mają tego świadomość. Czeczeńscy wyznawcy Allaha nigdy nie pogodzą się z jarzmem niewiernych. Jednak Achmad Nikułajew...

– Achmad Nikułajew – wpadł mu w słowo Tarkhan – jest może wielkim przywódcą, ale w tej chwili stał się tylko płotką. Obok niego pojawił się ktoś, kto może mu pomóc wywołać nową wojnę, kto być może potrafi odmienić jej oblicze. Jego przede wszystkim chcą dopaść bezpieczniacy.

– O kim mówisz?

Tarkhan wyjął z kieszeni niewielki, okrągły przedmiot, rzucił na stół.

– Poznajesz?

Dżochar ostrożnie ujął połyskujący mosiężny medalion, zapatrzył się w wizerunek na awersie.

– Czyżby znów nadeszła pora? – spytał lekko drżącym głosem.

– Na to wygląda. Ale musimy się bardzo śpieszyć. Rosjanie zdążyli się już zorientować, że coś się szykuje. Mają wśród nas więcej szpiegów niż parę lat temu.

– Na co więc jeszcze czekamy?

– Na transport. Zostaniemy przerzuceni przez terytorium Turcji i Gruzję. To dłuższa droga, ale na pewno bezpieczniejsza.

Major Wadim Wołkowski obserwował generała spod zmarszczonych brwi. Nieudana akcja sprzed tygodnia nie doczekała się jeszcze ostatecznej oceny ze strony przełożonych. Dowodzący oddziałem Alfa został wysłany na przymusowy urlop, podobnie jak żołnierze biorący udział w strzelaninie.

– Przeczytałem uważnie twój raport – powiedział generał. – Wiesz, co o nim sądzę?

– Nie mam pojęcia, Michaile Antonowiczu.

– Masz, chłopie, masz, tylko nie chcesz mi odbierać chleba. Sądzę mianowicie, że ten raport byłby doskonały, gdybyśmy działali sami. Niestety, współpracowaliśmy z delegaturą FSB. Z informacji, które przedstawiłeś, wynika, że kapitan dowodzący siłami służby bezpieczeństwa zaniedbał podstawowych zasad. Wysłał na górę tylko dwóch ludzi, nie zabezpieczył wszystkich pięter agentami ani nie pozwolił na to tobie.

– Tak było, panie generale. Gdyby mnie powierzono dowodzenie całością...

– Ale nie powierzono. Ujęcie tego bandyty leżało w gestii FSB. Ty miałeś jedynie zabezpieczać teren na wszelki wypadek, nie pozwolić się wymknąć figurantom z zasadzki. Z tego zadania absolutnie się nie wywiązałeś.

– Gdyby...

– Gdybanie nic tu nie pomoże, majorze. Ze strony przełożonych kapitana Wiktorenki wpłynęła na ciebie skarga. Podobno wycofałeś ludzi bez powodu.

– To jest w raporcie.

– Owszem. Ale ty twierdzisz, że nasi nie mieli szans schwytać bandytów, mogli jedynie zginąć, a dowódca akcji utrzymuje coś wręcz przeciwnego. Gdyby nie zaniechano działań, ci dwaj zostaliby jeśli nie ujęci, to przynajmniej zabici.

– Podobno mieliśmy ich wziąć żywcem za wszelką cenę. Taki był priorytet.

– Priorytety się zmieniają w zależności od sytuacji. W chwili, kiedy tamtym udało się zbiec, lepiej, gdyby jednak zginęli.

– Nie powiadomiono mnie o tym. Dlatego nie użyłem broni przeciwpancernej.

– Oczywiście. Służba bezpieczeństwa niechętnie udziela pełniejszych informacji.

Major skrzywił się. Kolejne podobne przedsięwzięcie. Niewiele z nich wynika oprócz ofiar.

– Ci debile – oznajmił spokojnie – zatłukli dwie Bogu ducha winne osoby. To na pewno zostało utrwalone na materiale filmowym. Podobnie jak sytuacja, w której odwołałem Siergieja. Dalsze działanie było beznadziejne. Z jednej strony pruli do nich z samochodu, z drugiej rozpoczęli intensywny ostrzał ścigani, a z trzeciej otworzyli ogień agenci FSB. Na dzień dobry dwóch ludzi oberwało. Na szczęście kamizelki wytrzymały.

– To twoja wersja. Materiał filmowy można interpretować bardzo różnie.

– Moim zdaniem...

– Twoje zdanie jest tu nieistotne. Wiesz, czyim krewnym jest kapitan Wiktorenko?

Wołkowski nie odpowiedział. Do tej pory ani razu o tym nie pomyślał. Wiktorenko to stosunkowo popularne nazwisko. Nie każdy, kto je nosi, musi być z miejsca pociotkiem ministra spraw wewnętrznych.

– Masz pecha – westchnął generał. – Obaj mamy. Niesłychanie trudno będzie wyciągnąć cię z tego gówna. Pan minister już uruchomił znajomości, żeby uchronić bratanka.

– Chuj mu na grób – warknął major. – Jak go kiedyś spotkam...

– Nie rzucaj gróźb na wiatr, bo na razie nie możesz ich spełnić. Powiem więcej: spotkasz naszego przyjaciela, i to niebawem. Ja też mam swoje kontakty. W końcu siedzę w tym interesie ponad ćwierć wieku. Wczoraj zadzwoniłem do Jego Wysokości ministra Abrama Piotrowicza Wiktorenki. Doszliśmy do porozumienia. A raczej zawarliśmy pewien układ. W związku z tym mam dla ciebie przykrą wiadomość. Najbliższe tygodnie, jeśli nie miesiące, spędzisz w towarzystwie kapitana Zachariasza Wiktorenki. To twoja jedyna szansa, żebyś nie stanął przed sądem.

Czułe, matczyne dłonie. Tylko one potrafią ulżyć w cierpieniu, sprawić, że ból ucieka gdzieś daleko. Ale czeka przyczajony, aż dobre dłonie się oddalą. Wtedy wraca ze zdwojoną siłą, jakby chciał zemścić się za chwile, kiedy nie mógł kąsać ofiary. Matczyna dłoń... Wystarczy, że spocznie na czole, a rozgorączkowany umysł ogarnia spokój, znikają majaki, uspokajają się drżące członki.

– Mateczko – wysilony, ochrypły szept. – Mateczko moja...

Za oknem śnieg. Piec rozpalony do granic możliwości. Jeszcze chwila, a stopnieją brązowo-zielone kafle. Okropnie ten piec doskwiera. Żar ogarnia całe ciało, wlewa się gorącymi falami we wnętrzności. Trzeba będzie narzucić kożuch na ramiona i uciec na dwór, posypać głowę śniegiem. Ciekawe, czy będzie syczał, opadając na skórę.

– Mamo, wychodzę!

– A wróć na kolację, żebym nie musiała się martwić.

– Wrócę, wrócę na pewno!

Zaraz za drzwiami zduszony śmiech. Wróci! Oczywiście, ale niekoniecznie na czas. Może się okazać, że na zamarzniętej rzece spotka kolegów ze szkoły. Śmigają pewnie na łyżwach. Uprosi któregoś, to i jemu da pojeździć. Ech, gdyby ojciec żył! Na pewno byłoby co przykręcić do butów. Pamiętał jak przez mgłę surową, smagłą twarz wielkiego wąsacza. Podrzucał go ten olbrzym wysoko, pod sam sufit. Rozochocony chłopczyk spadał ze śmiechem w bezpieczne ramiona. Zabili ojczulka. Pojechał do Afganistanu w osiemdziesiątym piątym. Po kilku miesiącach przyszła depesza. Napisano w niej, że zginął w jakiejś górskiej zasadzce śmiercią bohatera, spłacając ojczyźnie dług krwi. Dimka odczuwał zarazem wielki żal i takąż dumę. Bohater... Jego ojciec bohaterem! Ale potem zaczęli wracać z tej wojny żołnierze nazywani powszechnie afgańcami. Opowiadali straszne rzeczy. Dymitr dużo o tym myślał. Może ojciec nie poległ wcale, szturmując pozycje nieprzyjaciela? Może rozerwała go po prostu mina, a może zastrzelili przez pomyłkę koledzy? Tak też się zdarzało.

Na rzece ruch i gwar. Mrowie małych dzieci i starszych chłopców. Pobiegł pędem. Nagle potknął się, padł jak długi. Boże drogi, co za ból! W jednej sekundzie rozlał się w całym ciele, jakby każdą komórkę przeszyła rozpalona igła.

– Mamusiu – załkał.

Chciał chwycić rękę, ale zagarnął jedynie powietrze. Znów straszliwe uderzenie bólu. Otworzył oczy. Półmrok rozjaśniał jedynie płomyk niewielkiej lampki. Jakaś postać pochyliła się nad nim, położyła na czole chłodny okład.

– Mamo...

Ledwie zaczął wypowiadać to słowo, wiedział, że się pomylił. Nawet w podłym świetle dostrzegł, że twarz kobiety nie jest pomarszczona, że na głowie – owszem – chustka, ale pod nią błyszczą młode oczy.

– Kim jesteś? – Cofnął głowę tyle, na ile mógł, jakby chciał uciec, gdy sięgnęła, by zdjąć mokry ręcznik.

– Nie bój się – powiedziała po rosyjsku z charakterystycznym kaukaskim akcentem. – Mam na imię Halima.

– Halima – powtórzył. – Halima... – Syknął nagle. Przez ciało przetoczył się paroksyzm bólu.

Zaniepokojona dziewczyna pochyliła się nad nim. Poczuła znajomy już, mdły zapach spalonej skóry i woń ropy zbierającej się w miejscach największych oparzeń.

– To nic – powiedział słabym głosem. – Nie przejmuj się, Halima. Twoje imię. Jakbym je skądś znał... – Zamyślił się. Jego umysł pracował nieoczekiwanie jasno. Słyszał kiedyś o podobnym zjawisku od doświadczonych kolegów. Rozległe obrażenia wraz z gorączką potrafią właśnie tak działać na organizm, wydobywają odległe, zatarte dawno wspomnienia. – Tak, znam. Czytałem przecież„Księgę tysiąca i jednej nocy”. Tam, na pewno. Nie wiem tylko, co oznacza. Pewnie było coś w komentarzach, ale kto by tam czytał takie rzeczy, jeśli nie musi.

Dziewczyna uśmiechnęła się smutno.

– Po arabsku to słowo znaczy „łagodna” albo „cierpliwa”.

Ranny podniósł głowę z wysiłkiem. Halima uczyniła ruch, jakby chciała mu pomóc, ale zatrzymała się. Dimka opadł ciężko na zrolowany pod potylicą, brudny koc.

– „Łagodna” bardzo do ciebie pasuje. Masz oczy młodej gazeli. Takiej, której nie skrzywdzi nawet wygłodniały tygrys, jeśli tylko zechce w nie spojrzeć.

Potrząsnęła głową ze śmiechem.

– Mówisz jak poeta.

– Może jestem poetą. Nie zawsze byłem żołnierzem. Byłem nim na pewno krócej niż kimś innym.

– Powiedz więc jakiś wiersz.

– Słyszysz, jak mówię. Jakby piasek zgrzytał w trybach piekielnej machiny. Pożar spalił mi krtań.

– Nie szkodzi. Powiedz coś.

Zamyślił się, przywołując z pamięci na wpół zapomniane strofy.

Ponad przepaścią bezdenną, na samym jej brzegu, na skraju, konie puszczam w pełny bieg, głosem gnam, tnę jak nahajem. Tam, gdzie mgliste, ostre zbocze mrozem w piersiach dech zapiera, chcę zatańczyć w krąg ze śmiercią, czuć, że żyję i umieram.

Zamilkł na chwilę, oddychał szybko. Nigdy by nie przypuszczał, że mówienie może kosztować tak wiele wysiłku i cierpienia. Po chwili podjął:

Śpieszmy, by u Boga gościć, nie wypada być spóźnionym. Czemu aniołowie kraczą jak zgłodniałe, wściekłe wrony? Czy to dzwonków głos schrypnięty płacze na stromiźnie grani, czy też ja do koni krzyczę, by nie niosły tak prędko sani?1

Przymknęła oczy, wsłuchując się w język wrogiego narodu, w słowa dziwnie miękko wypowiadane, tak inne od krzyków komend i wyzwisk żołdaków.

– Jakie to piękne – szepnęła. – Prawie każdy Czeczen zna rosyjski, ale coraz mniej wśród nas jest takich, którzy usłyszeli w tej mowie cokolwiek dobrego. Naprawdę sam to ułożyłeś?

– Nie – pokręcił lekko głową. – To nie ja, ale Włodzimierz Wysocki. On był naprawdę wielkim poetą. Wielkim pieśniarzem.

– U nas tacy pieśniarze są traktowani jak święci. A u was?

– A u nich zwykło się ich dręczyć, więzić i zabijać! – dobiegł głos od drzwi. Ponury Czeczen wszedł do pomieszczenia chwilę wcześniej. Dimka nie zwrócił uwagi na skrzypnięcie drzwi, pogrążony w zamyśleniu, podobnie jak zasłuchana Halima. – Wysockiego też wykończyli. W tym samym roku, w którym weszli do Afganistanu. Widocznie nie chcieli, by układał o tym pieśni.

– Zmarł na raka – zaoponował Dymitr.

– Taka jest oficjalna wersja, wiem. Znamy was, Rosjanie. Znamy waszych władców i pomniejszych kacyków. Oni nie lubią takich, co za dużo myślą i zbyt mądrze mówią. Nienawidzą tych, którzy chcą żyć po swojemu, a w szczególności nienawidzą niepokornych poetów.

– A wy takich tolerujecie? – poderwał się żołnierz. Gniew sprawił, że usiadł. Skrzywił się z bólu, czując, jak pękają ledwie zasklepione rany na plecach. Poczuł wypływającą z nich gorącą ciecz. Ropa pomieszana z krwią. – Pamiętasz, co robił Basajew? Ledwie wszedł do rządu, wprowadził wam szariat! To chore prawo jest ostatnią rzeczą, jaka pozwala człowiekowi być wolnym.

– Uczony zdrajca z ciebie – prychnął z pogardą brodacz. – Nie mówisz jak zwykły wojak, ale jakbyś pobierał nauki. Studiowałeś?

– Wzięli mnie do wojska z czwartego roku.

– A co studiowałeś, Gruzinie?

– Nie jestem Gruzinem.

– Dla mnie jesteś. Z czwartego roku, powiadasz? Znaczy, co – pomyłka wojskowej komisji? A może nie miałeś pieniędzy, żeby zapłacić komu trzeba? Coś mi się zdaje, że zgłosiłeś się na ochotnika, bohaterze, ale teraz głupio się przyznać przed tymi, których przyjechałeś zabijać.

Dimka nie odpowiedział. Czeczen kiwnął głową, wydął wargi.

– Tak, poszedłeś na ochotnika. Uwierzyłeś w te wszystkie bzdury, które opowiadają o naszej walce i naszych bojownikach. Może jesteś i kształcony, ale też głupi.

– Może jestem głupi. Mimo to...

– Dość – uciął ostro brodacz. – Halima, zakazałem ci tutaj przychodzić! Twój ojciec nie byłby zadowolony. Tacy jak ten żołdak zabili całą rodzinę Mizjewów, która udzieliła ci schronienia. Nie oszczędzili nawet mojego ukochanego bratanka, mego imiennika. Miał ledwie czternaście lat.

– Wuju Rusłanie. – Dziewczyna wstała, pochyliła się przed brodaczem w pełnym szacunku ukłonie. – Wybacz. Trudno jednak obojętnie patrzeć na tak wielkie cierpienie.

– Nie patrz więc – rzucił sucho. – Jego cierpienie jest niczym w porównaniu do ofiary naszego narodu, do poświęcenia Supyana Mizjewa, który patrzył na śmierć bliskich, zanim sam skonał. Ten tutaj to zwyczajny zdradziecki pies.

– To człowiek.

– Ruski Gruzin. Co może być podlejszego? Jedynie ruski Czeczen albo Osetyniec.

– Ale zawsze to człowiek.

– Nie dla prawowiernego wyznawcy Allaha. Wy, kobiety, nigdy nie będziecie prawdziwymi wojowniczkami Proroka. Zbyt wiele w was litości. Żeby gryźć wroga, musicie wpierw stracić wszystko – dom, męża, rodzinę i dzieci, inaczej wolę walki zabija w was współczucie. A litość jest słabością, pętami zesłanymi na duszę przez szejtana. Jeśli masz co do tego wątpliwości, możesz zapytać kadiego. A teraz zabieraj się wreszcie! Nasz gość chce zostać wreszcie sam. Musi przemyśleć parę rzeczy przed śmiercią.

Wadim wpatrywał się w krajobraz za oknem. W oddali poszarpane szczyty gór zdawały się bardziej odległe niż wczoraj. Okrywały je szare tumany, rozrywane na ostrych szczytach. Za plecami słyszał stukot klawiatury. Siergiej usiłował dostać się do bazy danych. Musieli uzyskać najnowsze informacje na temat dyslokacji własnych posterunków w rejonie pogranicza osetyjsko-czeczeńskiego.

– Po cholerę wam łączyć się z dowództwem? – spytał niecierpliwie Wiktorenko. – Nawiążę kontakt z naszą delegaturą w dystrykcie naurskim. Podadzą nam każdą żądaną informację.

Wołkowski odwrócił się gwałtownie.

– Spróbuj – warknął. – Zobaczymy, czy wtedy dożyjesz jutra.

– Grozisz mi? – poderwał się kapitan.

– Nie muszę. Nie ja cię wykończę, tylko kretyni i szpiedzy z twojego własnego wydziału.

Wiktorenko nieco oklapł. Major Alfy miał sporo racji. Stryj uprzedzał, że w najbliższym otoczeniu ministra spraw wewnętrznych są ludzie pracujący nie tylko dla obcych wywiadów, ale także dla Al-Kaidy i czeczeńskich odszczepieńców. Degeneraci, którym najzupełniej obojętne, od kogo biorą pieniądze. Co dopiero musi się dziać w okupowanym kraju.

– Musimy się przedostać przez granicę niepostrzeżenie – ciągnął Wadim bardziej na użytek swoich podwładnych niż oficera FSB. – Po drugiej stronie złapiemy kontakt z człowiekiem z wojskowego wywiadu. Znam tylko jego kryptonim i umówione na tę okazję hasło. Wiem też, że przez najbliższy tydzień będzie przebywał w którymś z przygranicznych garnizonów wschodniego dystryktu szelkowskiego. Musimy go sami odszukać, nikt nam nie pomoże. Nie możemy ujawniać się zbyt wcześnie. Co tam, Zorka? – spytał, widząc, że podwładny chce coś powiedzieć.

– Kiedy dowiemy się bliższych szczegółów?

– Nie wiem. Może nawet nigdy, jeśli by się coś nie powiodło. Wtedy lepiej, żebyście naprawdę nic nie wiedzieli.

Zorka kiwnął głową z obojętną miną. Siergiej był jednak nastawiony bardziej bojowo. Może dlatego, że miał dosyć beznadziejnego grzebania w fatalnie zakodowanej, pełnej pułapek bazie danych. Była tak dobrze zabezpieczona, że wyrzucała go co chwila, zmuszając do bezustannego logowania.

– W razie czego i tak nas zarżną. – Spojrzał zaczerwienionymi ze zmęczenia oczami na dowódcę. – Czy coś powiemy, czy nie, wywleką z nas flaki. Wolałbym wiedzieć, za co mam zdechnąć. Bo może to kolejna doniosła misja w stylu dostarczenia jakiemuś aparatczykowi ulubionego gatunku koniaku.

W normalnych warunkach za takie słowa wobec oficera Wołkowski postawiłby podwładnego do pionu, wyczytał mu listę obowiązków żołnierza grup specjalnych, obsobaczył i znieważył rodzinę do ósmego pokolenia w przód i wstecz. Nie z gniewu – dla zasady. Jednak warunki nie były normalne.

– Dowiemy się wszystkiego, kiedy przyjdzie czas, słyszałeś.

– Koniaku? – zmarszczył brwi Wiktorenko. – O czym ten żołnierz mówi?

– O pewnym zadaniu, które mu kiedyś polecono. Znasz generała Marasza?

– Słyszałem o nim. Doskonały dowódca.

– Doskonały – parsknął pogardliwie major. – Zgadza się, robi wszystko, żeby tak o nim sądzono. Dla niego świat dzieli się na tych, którzy przed nim klękają z czcią, i na wrogów, którzy nie doceniają wielkiego geniusza strategii. Przypomina w tym niejakiego generała Clarka z czasów drugiej wojny światowej. Dla tamtego najgorszym wrogiem także byli ci, którzy stali mu na drodze do sławy. Jeśli Niemiec, bił Niemców. Jeśli Anglik, użerał się z Anglikami. Jeśli inny amerykański generał, bez skrupułów zwalczał kolegę. Marasz jest dokładną kopią Clarka. Chcesz posłuchać tej historii, kapitanie? Sierioża służył wtedy jeszcze nie w Alfie, ale w liniowej jednostce, która podlegała Maraszowi. W grupie zwiadu. Za zasługi bojowe uzyskał już wtedy stopień sierżanta. To była pierwsza wojna czeczeńska. Nasz Einstein wojskowości wysłał wtedy najlepszych razwiedczików z pilnymi meldunkami na drugą stronę górskiego grzbietu. Stamtąd mieli mu dostarczyć niezwykle ważną przesyłkę. Kto tam zalegał między wami a sztabem głównym?

– Zgrupowania rebeliantów w sile dwóch batalionów pod dowództwem Giełajewa – odparł ponuro Siergiej. – Tak, tego słynnego Giełajewa. Odcięli nas od głównych sił, byliśmy pod ciągłym ostrzałem. Ludzie padali jak muchy od ognia moździerzy i strzelców wyborowych. Na dwustu ludzi w mojej kompanii po dwóch dniach mieliśmy pięćdziesięciu zabitych i rannych.

– Właśnie. Sierioża był przekonany, że chodzi o coś niezwykle doniosłego. Przeszedł przez pilnie strzeżoną przełęcz. Ilu ludzi straciłeś?

– Połowę przeprowadziłem na tamtą stronę. Ranni byli chyba wszyscy. Zostawiliśmy w szpitalu polowym najbardziej poszkodowanych, zabraliśmy przesyłkę i dawaj z powrotem. Do pułku dotarłem tylko z trzema żołnierzami.

– Właśnie – podjął Wołkowski. – Dostarczył tę niezwykle cenną przesyłkę. Marasz był na tyle głupi, żeby otworzyć ją przy nim. W środku była butelka gruzińskiego koniaku. Wyobrażasz sobie, majorze? Generał z nudów założył się ze swoim szefem sztabu, że na kompletnym bezrybiu skombinuje jakąś flaszkę. Miał w dupie, że wytraci przy tym wojsko. Za tę akcję Siergiej poszedł pod sąd polowy.

– Nie rozumiem?

– Kiedy Marasz się ocknął, kazał go wsadzić do aresztu.

– Ocknął się? O czym mówimy?

– Nie domyśliłeś się? Co z ciebie za oficer bezpieczeństwa? – w głosie majora zabrzmiała kpina jeszcze bardziej zjadliwa niż wypowiedziane słowa. – Sierżant Siergiej Iwanow najpierw zwyzywał swojego generała od najgorszych, a potem strzelił go w pysk. Skończyłby pewnie na Kołymie albo w innym równie wesołym miejscu, gdyby nie obecny szef Alfy, Michaił Antonowicz Sierpin. Wieść o incydencie doszła do jego uszu. A że w tamtym czasie zbierał po jednostkach najlepszych żołnierzy, żeby utworzyć z nich szturmowy pluton specjalny, nie mógł pominąć takiego zucha. Marasz dostał po zakończeniu wojny kopa w górę, wylądował w sztabie głównym w Moskwie. A Sierioża przeszedł do antyterrorystów, rzecz jasna w stopniu szeregowego, bo obniżenia stopnia dowództwo cofnąć nie chciało. Dochrapał się znów sierżanta, choć kilka razy groziła mu degradacja. Jak widać i słychać, lata służby nie nauczyły go trzymać języka za zębami. A przekroczył już przecież czterdziestkę.

– U nas – wydął wargi Zachariasz Wiktorenko – nazywamy to zwyczajną niesubordynacją. Wszelkie zbędne dyskusje i podważanie decyzji przełożonych...

– Nie wymądrzaj się, kapitanie – uciął ostro Wołkowski. – Opowiedziałem ci tę historię z dwóch względów. Ciekaw jesteś jakich? Pewnie, że tak. Wy, z bezpieczeństwa, jesteście ciekawi wszystkiego, niezależnie od tego, czy wychodzi wam to na zdrowie, czy wręcz przeciwnie.

– Majorze, dość tego – wycedził przez zęby oficer FSB. – Nie pozwolę się znieważać na każdym kroku...