Wydawca ebooka: WAB Wydawca audiobooka: Heraclon International Sp. z o.o. Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2013

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 372 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 9 godz. 13 min Lektor: Monika Dąbrowska-Jarosz

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 9 godz. 13 min Lektor: Monika Dąbrowska-Jarosz

Opis ebooka Wilk - Katarzyna Berenika Miszczuk

Sprawdź, co się wydarzyło przed Zmierzchem! Margo Cook to zwyczajna nastolatka. Pewnego dnia przenosi się razem z rodzicami z Nowego Jorku do miasteczka Wolftown położonego w głębi olbrzymiej puszczy. Od przeprowadzki dręczą ją koszmary, w których ucieka przez las przed groźnym prześladowcą. W szkole poznaje lekko zwariowaną Francuzkę Ivette Reno oraz intrygującego outsidera Maksa Stone'a. Jaki mroczny sekret skrywa Max? Jaki mroczny sekret skrywa Wolftown? Czy sny Margo mają z tymi zagadkami jakiś związek? Być może poznamy odpowiedź, gdy na niebie pojawi się księżyc w pełni...

 

Książka idealna na chwile wytchnienia, przerwę w szkole lub dzień, w którym trzeba sobie poprawić nastrój.

lubimyczytac.pl

Opinie o ebooku Wilk - Katarzyna Berenika Miszczuk

Fragment ebooka Wilk - Katarzyna Berenika Miszczuk

KA­TA­RZY­NA BE­RE­NI­KA MISZ­CZUK

Wilk

Co­py­ri­ght © Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIII

Wy­da­nie II, zmie­nio­ne

War­sza­wa

Dla mo­jej Mamy Bar­ba­ry;

to Ty na­uczy­łaś mnie

ko­chać książ­ki. Dzię­ku­ję

SŁOWO OD AUTORKI

Dro­gi Czy­tel­ni­ku, od­da­ję w Two­je ręce dru­gie, po­pra­wio­ne wy­da­nie Wil­ka, po­wie­ści dla mło­dzie­ży. Jest to dla mnie bar­dzo waż­na, de­biu­tanc­ka książ­ka, któ­rą na­pi­sa­łam jako pięt­na­sto­lat­ka w 2004 roku. Dwa lata póź­niej po­wieść zo­sta­ła opu­bli­ko­wa­na i jej wy­da­nie z roku 2006 jest już nie­mal nie­do­stęp­ne.

W pierw­szej chwi­li, gdy dano mi szan­sę jesz­cze raz za­głę­bić się w tę hi­sto­rię, za­pra­gnę­łam na­pi­sać ją od nowa. Jed­nak­że po po­now­nej lek­tu­rze kil­ku pierw­szych stron, kie­dy wspo­mnie­nia oży­ły, zmie­ni­łam zda­nie i po­sta­no­wi­łam nie zmie­niać w niej wszyst­kie­go.

Utem­pe­ro­wa­łam nie­co cha­rak­ter głów­nej bo­ha­ter­ki i po­skro­mi­łam jej ję­zyk. Do­rzu­ci­łam też kil­ka opi­sów, two­rząc nową po­stać, któ­ra do tej pory miesz­ka­ła tyl­ko w mo­jej gło­wie.

Resz­ty nie zmie­nia­łam, bo ta książ­ka od­zwier­cie­dla, kim by­łam jako pięt­na­sto­lat­ka. Zda­ję so­bie spra­wę, że styl nar­ra­cji nie każ­de­mu przy­pad­nie do gu­stu i że praw­do­po­dob­nie zi­ry­tu­je star­sze­go czy­tel­ni­ka. Nie mogę jed­nak sko­ry­go­wać tego, że wte­dy by­łam wła­śnie roz­trze­pa­ną ga­du­łą.

Czy­tel­ni­ku – mam na­dzie­ję, że nie za­wio­dę Cię tą książ­ką.

Ka­ta­rzy­na Be­re­ni­ka Misz­czuk

PROLOG

Bie­głam przez gę­sty las. Czu­łam pod sto­pa­mi su­che li­ście i ga­łąz­ki, sły­sza­łam, jak pę­ka­ły z trza­skiem. Nie mia­łam po­ję­cia, dla­cze­go bie­gnę ani do­kąd. Wie­dzia­łam tyl­ko, że je­śli się za­trzy­mam, sta­nie się coś strasz­ne­go.

Do­oko­ła mnie roz­po­ście­ra­ła się ciem­ność. Je­dy­nie wy­so­ko w gó­rze przez sta­lo­we chmu­ry prze­ni­kał blask księ­ży­ca, upior­nie oświe­tla­ją­ce­go po­wy­krę­ca­ne ko­na­ry drzew. Była peł­nia.

Nie oglą­da­łam się za sie­bie. W ci­szy nocy sły­sza­łam tyl­ko swój świsz­czą­cy od­dech i sze­lest li­ści. Za­głę­bia­jąc się co­raz bar­dziej w ciem­ność ogrom­ne­go lasu, mi­ja­łam w bie­gu wy­so­kie sta­re drze­wa.

Na­gle coś za mną za­trzesz­cza­ło. Cho­ciaż bar­dzo chcia­łam, nie mo­głam się od­wró­cić. Przy­spie­szy­łam tyl­ko. Bar­dziej wy­czu­wa­łam niż sły­sza­łam, że ktoś lub coś bie­gnie parę kro­ków za mną. Co­raz bli­żej! Po­czu­łam cie­pły od­dech na kar­ku…

Po­tknę­łam się o wy­sta­ją­cy ko­rzeń. Prze­ra­żo­na upa­dłam, ka­le­cząc ręce, i za­czę­łam gło­śno krzy­czeć…

1

Czy może być coś gor­sze­go od prze­pro­wadz­ki do ma­łe­go, nud­ne­go mia­stecz­ka? I to na do­da­tek w po­ło­wie dru­gie­go se­me­stru!

Okej, ro­zu­miem. Mama do­sta­ła awans i pra­cę w tu­tej­szym In­sty­tu­cie Ba­dań Me­dycz­nych, więc mu­sie­li­śmy się prze­pro­wa­dzić. Ale dla­cze­go wła­śnie te­raz?! Czy ro­dzi­ce nie mo­gli z tym po­cze­kać kil­ka mie­się­cy, aż skoń­czę rok szkol­ny? To na­praw­dę by­ło­by ta­kie trud­ne?

No do­brze, może nie po­win­nam się cze­piać. Pod pa­ro­ma wzglę­da­mi jest tu le­piej. W No­wym Jor­ku miesz­ka­li­śmy w apar­ta­men­cie w wie­żow­cu, a te­raz mamy tyl­ko dla sie­bie cały dom, i to z ogro­dem. Mój pies, se­ter wa­bią­cy się Swe­ter, strasz­nie się tam mę­czył. Nie miał gdzie się wy­bie­gać, a tu­taj cały dzień może spę­dzać na dwo­rze. No i nie trze­ba go już wy­pro­wa­dzać, a to duży plus.

Nie czu­ję się tu jed­nak naj­le­piej. W No­wym Jor­ku zo­sta­wi­łam wszyst­kich zna­jo­mych i całe do­tych­cza­so­we ży­cie. Może nie było zbyt cie­ka­we, ale było moje. Szcze­rze mó­wiąc, bar­dzo za nim tę­sk­nię. Poza tym samo mia­sto było faj­ne. Owszem, ktoś mógł cię okraść albo na­paść na cie­bie po zmro­ku, nie­bo było sza­re od za­nie­czysz­czeń, lu­dzie nie­uprzej­mi, a cią­gły ha­łas spra­wiał, że po­wo­li się głu­chło, ale to był po pro­stu mój dom. A te­raz? Te­raz moim do­mem ma być ja­kieś dur­ne Wol­ftown, któ­re po raz pierw­szy zo­ba­czy­łam kil­ka dni temu i wca­le mi się nie spodo­ba­ło.

Bu­dy­nek na­sze­go no­we­go domu jest po­dob­no za­byt­ko­wy (Kto chciał­by miesz­kać w za­byt­ku?!), cały z drew­na, z da­chem po­kry­tym sta­ry­mi, wy­bla­kły­mi od słoń­ca da­chów­ka­mi. Wy­glą­da na­wet nie­źle, od fron­tu jest uro­czy ga­nek z huś­taw­ką. Wła­sna huś­taw­ka! Wiem, że to dzie­cin­ne, ale na­praw­dę się cie­szę. Do tej pory chy­ba to ona spra­wi­ła mi naj­wię­cej ra­do­ści.

Nie mogę jed­nak znieść, że w nocy wszyst­ko w tym domu skrzy­pi i trzesz­czy. Od­no­si się wra­że­nie, że krę­ci się tu­taj ktoś obcy. Pierw­szej nocy co chwi­la się bu­dzi­łam i wy­glą­da­łam z po­ko­ju, żeby spraw­dzić, czy się ktoś do nas nie wła­mu­je.

W po­bli­żu na­szej po­se­sji, tuż za pło­tem, cią­gnie się wiel­ki, ciem­ny, po­nu­ry las. Nic nie może za­stą­pić tego wi­do­ku o po­ran­ku. Do­bry hu­mor na cały dzień gwa­ran­to­wa­ny…

Miesz­ka­my na koń­cu świa­ta, bo w za­sa­dzie już poza mia­stem. Hm… mia­stem? Po No­wym Jor­ku Wol­ftown wy­da­je mi się za­pa­dłą dziu­rą: jed­no kino, jed­no cen­trum han­dlo­we, jed­na szko­ła…

No i ta ci­sza. Tu wszę­dzie jest strasz­nie ci­cho. Po­ło­wy pierw­szej nocy nie prze­spa­łam, bo poza skrzy­pie­niem nie sły­chać tu ni­cze­go, a przez po­zo­sta­łą część nocy drę­czył mnie wy­jąt­ko­wo pa­skud­ny kosz­mar – je­den z naj­gor­szych snów, ja­kie kie­dy­kol­wiek mia­łam. To chy­ba przez ten dom i las za oknem.

Mój po­kój na­to­miast bar­dzo mi się spodo­bał. Znaj­du­je się z dala od po­zo­sta­łych, na pię­trze, a okna wy­cho­dzą na ogród. Jest duży i ma wła­sny bal­kon z per­go­lą się­ga­ją­cą do sa­mej zie­mi. Jak­bym się upar­ła, mo­gła­bym po niej scho­dzić na dwór. Wiem, bo już pró­bo­wa­łam – na­da­je się zna­ko­mi­cie. Tyl­ko tro­chę się po­dra­pa­łam o pną­ce róże.

Za­raz na­stęp­ne­go dnia po prze­pro­wadz­ce za­czę­łam roz­pa­ko­wy­wać pu­dła z mo­imi rze­cza­mi. Je­den me­bel wprost mnie ocza­ro­wał – łóż­ko. Jest ol­brzy­mie, z ko­lu­mien­ka­mi i mo­ski­tie­rą. Wresz­cie ko­ma­ry nie będą mi utrud­niać ży­cia, a po­dej­rze­wam, że tu jest ich cała masa. Wo­kół lasy, jest więc wil­got­no. Mogę się za­ło­żyć o wszyst­ko, że ko­ma­ry tu są i tyl­ko cze­ka­ją, aż wy­sta­wię w nocy nogę spod koł­dry.

Moją ko­lek­cję płyt CD ra­zem z wie­żą usta­wi­łam obok wnę­ki okien­nej, tuż obok bal­ko­nu. To wprost wy­ma­rzo­ne miej­sce do sie­dze­nia i słu­cha­nia uko­cha­nych ze­spo­łów. Ocza­mi wy­obraź­ni wi­dzia­łam już sie­bie za­le­ga­ją­cą na po­dusz­kach i słu­cha­ją­cą The Cal­ling z bło­gą miną.

Nie mo­głam się do­cze­kać, kie­dy wszyst­ko upo­rząd­ku­ję i będę mo­gła tro­chę od­po­cząć przy mu­zy­ce. Prak­tycz­nie cały dzień gra­ją u mnie ra­dio albo od­twa­rzacz. Cza­sem do­pro­wa­dzam tym ro­dzi­nę do sza­łu, ale cóż – ko­cham mu­zy­kę. A poza tym każ­dy chy­ba przy­zna, że ro­bie­nie na złość ro­dzin­ce to przy­jem­ne za­ję­cie.

Wła­śnie przy­pi­na­łam do kor­ko­wej ta­bli­cy moją ko­lek­cję ry­sun­ków i wy­cin­ków z ga­zet, kie­dy usły­sza­łam krzyk mamy:

– Mar­go, obiad!

Nie chcia­ło mi się jeść, wo­la­łam do­koń­czyć roz­pa­ko­wy­wa­nie. Sko­ro mu­szę tu miesz­kać, to cho­ciaż w swoj­skim oto­cze­niu mo­ich gra­tów. Nie mia­łam jed­nak wy­bo­ru, ze­szłam na dół.

Ro­dzi­ce do­brze wie­dzie­li, że nie chcia­łam się wy­pro­wa­dzać. Sta­ra­li się ja­koś mi to uła­twić i umi­lić. Rze­czy­wi­ście – już za od­da­nie mi naj­więk­szej sy­pial­ni w domu, któ­ra mia­ła wła­sną ła­zien­kę, na­le­żał im się zło­ty me­dal.

Gdy­by tyl­ko wła­sna ła­zien­ka mo­gła mi za­stą­pić po­zo­sta­wio­nych przy­ja­ciół.

Mama z praw­dzi­wym za­pa­łem za­bra­ła się do urzą­dza­nia ja­dal­ni: na środ­ku usta­wi­ła dłu­gi stół przy­kry­ty lnia­nym ob­ru­sem, w wa­zo­nie uło­ży­ła kwia­ty, pod­ło­gę przy­kry­ła pu­szy­stym per­skim dy­wa­nem, a po­ma­lo­wa­ne na pa­ste­lo­wą zie­leń ścia­ny ozdo­bi­ła siel­ski­mi akwa­re­la­mi. Hm, jak na mój gust było tro­chę za słod­ko. W na­szym sta­rym miesz­ka­niu w ogó­le nie mie­li­śmy ta­kie­go po­miesz­cze­nia i po­sił­ki ja­da­li­śmy w kuch­ni. Na­to­miast tu: żyć nie umie­rać. Wiel­ka cha­ta, wszyst­ko się mie­ści, a Swe­ter sza­le­je ze szczę­ścia, bo cały dzień może spę­dzać na dwo­rze. Chcia­ła­bym móc się tak cie­szyć jak on…

Scho­dząc po scho­dach, zer­k­nę­łam z roz­ba­wie­niem na wi­szą­ce w ram­kach, kur­piow­skie wy­ci­nan­ki na bia­łym tle. Po­dob­no ory­gi­nal­ne, wy­cię­te no­ży­ca­mi do strzy­że­nia owiec. Pro­sto z Pol­ski. To po­mysł mo­jej bab­ci od stro­ny taty. Upie­ra­ła się, że w na­szym no­wym domu po­win­no być tro­chę du­cha kra­ju, z któ­re­go po­cho­dził jej syn. Ja nie wi­dzia­łam w tym więk­sze­go sen­su, ale kto bę­dzie się kłó­cił z bab­cią? Na pew­no mama nie mia­ła ta­kie­go za­mia­ru. Łą­czy­ły je sto­sun­ki ty­po­we dla te­ścio­wej i sy­no­wej, za­ognio­ne tym, że sy­no­wa wy­wio­zła uko­cha­ne­go syna z kra­ju. A na do­da­tek mia­ła czel­ność po­rwać go aż za oce­an. Po pro­stu bez­czel­na.

Na dole scho­dów o mało nie prze­wró­cił mnie bie­gną­cy pies. Roz­pę­dzo­ne trzy­dzie­ści ki­lo­gra­mów to nie byle co. Usko­czy­łam mu z dro­gi. Chy­ba po­mknął do ogro­du. Tata za­mon­to­wał w drzwiach ku­chen­nych spe­cjal­ną klap­kę, żeby Swe­ter mógł swo­bod­nie wcho­dzić i wy­cho­dzić. Mama po­cząt­ko­wo nie chcia­ła się na nią zgo­dzić – w koń­cu zło­dzie­je i dzi­kie zwie­rzę­ta też mogą tędy wejść do środ­ka. Ocza­mi wy­obraź­ni wi­dzia­ła szo­py pra­cze, któ­re pod­stę­pem będą się do nas wła­my­wać i grze­bać w ko­szu na od­pad­ki. Ja jed­nak wie­rzę, że mój od­waż­ny pies po­tra­fi prze­pę­dzić wszyst­kich nie­pro­szo­nych go­ści. A je­śli na­wet nie… cóż, nie ob­ra­żę się, je­śli szo­py zje­dzą śmie­ci i nie będę mu­sia­ła ich wy­no­sić.

– Co dziś do­bre­go? – spy­ta­łam, sia­da­jąc za sto­łem.

– Kur­czak z roż­na, ziem­nia­ki i sa­łat­ka – od­po­wie­dzia­ła z uśmie­chem mama.

– Zno­wu kur­czak? – jęk­nę­łam. – Nie zno­szę go.

To chy­ba je­dy­na mię­sna po­tra­wa, któ­rej nie lu­bię. Se­rio…

Bab­cia, zaj­mu­ją­ca miej­sce na­prze­ciw­ko mamy, po­sła­ła jej peł­ne dez­apro­ba­ty spoj­rze­nie. Szko­da, że to nie ona mnie żywi. Mo­gła­bym do koń­ca ży­cia jeść na obiad pie­ro­gi jej pro­duk­cji albo plac­ki ziem­nia­cza­ne.

– Do­pó­ki nie zro­bi­my za­ku­pów, mu­si­my jeść to, co jest – po­wie­dział su­ro­wo tata i usiadł przy sto­le.

Zgry­wał się przed bab­cią. Nor­mal­nie wzru­szył­by ra­mio­na­mi i stwier­dził, że je­śli nie chcę jeść, to mogę gło­do­wać. Jed­nak przy bab­ci tak nie wy­pa­da. Przy bab­ci trze­ba zjeść wszyst­ko.

No cóż, mam wy­pró­bo­wa­ny spo­sób na kur­cza­ka. To zna­czy – mamy, ja i Swe­ter. Mój uko­cha­ny pie­sek sie­dzi pod sto­łem, a ja ci­cha­czem zrzu­cam mu je­dze­nie. Nie­ste­ty tym ra­zem ten nu­mer był nie­uży­tecz­ny, bo Swe­ter wy­biegł gdzieś na dwór. Jest pew­nie w ogro­dzie na ty­łach domu, bo do lasu sam się nie do­sta­nie. Na­szą po­se­sję ota­cza nie­wy­so­ki płot. Swe­ter go nie po­ko­na, ale byle zło­dziej zdo­łał­by go prze­sko­czyć.

No tak, tyl­ko że w Wol­ftown pew­nie nie ma na­wet zło­dziei. Co za dziu­ra!

W re­zul­ta­cie z obia­dem mu­sia­łam so­bie ra­dzić sama. Kie­dyś, gdy jesz­cze by­łam mała, mama da­wa­ła się na­brać na sta­rą jak świat sztucz­kę z prze­su­wa­niem je­dze­nia na ta­le­rzu, tak żeby się wy­da­wa­ło, że go uby­wa. Nie­ste­ty ten spo­sób prze­stał dzia­łać już do­brych parę lat temu. Mu­sia­łam więc wci­snąć w sie­bie tro­chę tego obrzy­dli­stwa. Ble…

– Sma­ku­je ci? – spy­ta­ła mama.

Na­iw­ność ludz­ka nie zna gra­nic.

– Ehe – mruk­nę­łam, pró­bu­jąc się na­wet uśmiech­nąć, ale chy­ba nie wy­szło to prze­ko­nu­ją­co, bo mama się po­ła­pa­ła.

– Coś nie tak, Mar­go? – Przyj­rza­ła mi się uważ­nie.

– Nie, nic – od­par­łam.

– Zno­wu mia­łaś ten sen? – za­py­tał z nie­po­ko­jem tata.

Czy oni mu­szą być tacy do­cie­kli­wi? Owszem, zno­wu śni­ło mi się to samo, co po­przed­nio, ale przy­najm­niej tym ra­zem, bu­dząc się, nie po­sta­wi­łam ca­łej ro­dzin­ki na nogi.

– Nie, nie mia­łam – od­po­wie­dzia­łam.

Mój tata jest psy­cho­te­ra­peu­tą i na­praw­dę nie mia­łam na­stro­ju na wy­słu­chi­wa­nie jed­ne­go z jego słyn­nych ka­zań. Za­raz by się do mnie przy­cze­pił. Sam co praw­da nie zaj­mu­je się pro­wa­dze­niem te­ra­pii, lecz pi­sa­niem ksią­żek z tej dzie­dzi­ny i wy­kła­da­mi, ale pew­nie pró­bo­wał­by za­cią­gnąć mnie do któ­re­goś ze swo­ich ko­le­gów po fa­chu, żeby mo­gli ra­zem prze­ana­li­zo­wać moją psy­chi­kę. Za­dzi­wia­ją­cą przy­jem­ność spra­wia mu zgłę­bia­nie czy­ichś pro­ble­mów emo­cjo­nal­nych.

– Nic dziw­ne­go, że jej nie sma­ku­je. – Bab­cia jed­nak nie mo­gła się po­wstrzy­mać. – Ten kur­czak jest zu­peł­nie bez sma­ku. Mał­go­sia ma bar­dziej wy­ra­fi­no­wa­ny gust.

– Mhm, upodo­ba­nie do po­że­ra­nia pie­ro­gów po­la­nych świń­skim ło­jem ze skwar­ka­mi – prych­nę­ła mama.

Mama lubi zdro­wą kuch­nię. Naj­le­piej taką bez soli i cu­kru. Nie­ste­ty.

– Coś mó­wi­łaś? – Bab­cia nie dała się zbić z pan­ta­ły­ku. – Chy­ba ba­te­ria w apa­ra­cie słu­cho­wym mi się psu­je.

– Je­stem tyl­ko zmę­czo­na ca­łym tym za­mie­sza­niem – po­wie­dzia­łam szyb­ko, żeby prze­rwać dys­ku­sję.

Na szczę­ście bab­cia lada dzień wy­jeż­dża. Ro­dzi­ce od­wio­zą ją na lot­ni­sko w No­wym Jor­ku, a ona wró­ci do Pol­ski. Przy­je­cha­ła tyl­ko „po­móc” (ła­ma­ne przez „iry­to­wać mamę”) pod­czas prze­pro­wadz­ki. Cho­ciaż ich utarcz­ki mia­ły w so­bie wie­le uro­ku, żal mi było cza­sem mamy. Prze­gry­wa­ła. Z kre­te­sem. Za każ­dym ra­zem…

– Może po­ło­żysz się dzi­siaj wcze­śniej? – za­pro­po­no­wa­ła.

– Do­brze – od­po­wie­dzia­łam ugo­do­wo.

I wte­dy przy­po­mnia­łam so­bie, że do­pie­ro rano cze­ka mnie ist­ny hor­ror. Przy nim kłót­nie w domu to sie­lan­ka. Bo czy może być coś gor­sze­go niż by­cie no­wym w szko­le? Przez całe mie­sią­ce (je­śli nie lata) za­mknię­te spo­łe­czeń­stwo Wol­ftown bę­dzie mnie trak­to­wać jak „nową”… Nikt nie bę­dzie chciał ze mną ga­dać. „O, pa­trz­cie, to ta nowa, przy­je­cha­ła z No­we­go Jor­ku. Pew­nie my­śli, że jest taka… za­je­bi­sta”. Już sły­szę te uwa­gi i zło­śli­wo­ści.

Aż nie mogę się do­cze­kać. Któ­ra dziew­czy­na nie chcia­ła­by być trak­to­wa­na jak za­dżu­mio­na?

Po­grze­ba­łam zno­wu w zim­nym kur­cza­ku, ale wi­dząc ostrze­gaw­cze spoj­rze­nia mamy, zmu­si­łam się do prze­łknię­cia paru kę­sów.

– Pój­dę się da­lej roz­pa­ko­wy­wać – po­wie­dzia­łam w koń­cu i z ulgą wsta­łam.

Gdy już wró­ci­łam do swo­je­go po­ko­ju, włą­czy­łam gło­śno The Cal­ling, usia­dłam w wy­ku­szu na pa­ra­pe­cie i za­pa­trzy­łam się w las. Szcze­rze, z lek­ka mnie prze­ra­ża przez te sny. Za­nim się po­ja­wi­ły, ba­łam się wy­łącz­nie pa­ją­ków i wszel­kie­go ro­bac­twa. Te­raz do li­sty mo­ich fo­bii do­pi­sa­łam las…

Prze­wa­ża­ły w nim so­sny i mię­dzy ich smu­kły­mi pnia­mi prze­ni­ka­ło spo­ro świa­tła. Mimo to mo­no­ton­ny szum drzew wy­da­wał mi się… zło­wiesz­czy.

Resz­ta dnia mi­nę­ła mi na naj­przy­jem­niej­szym za­ję­ciu, czy­li „nic­nie­ro­bie­niu” i słu­cha­niu mu­zy­ki. Wie­czo­rem, kie­dy na­wet to mnie już znu­dzi­ło, prze­bra­łam się w pi­ża­mę i po­ło­ży­łam do łóż­ka, słu­cha­jąc tym ra­zem Eva­ne­scen­ce. Chcia­łam chwi­lę po­czy­tać albo cho­ciaż wy­my­ślić ty­sięcz­ny już sce­na­riusz pierw­sze­go dnia w no­wej szko­le, ale oczy same mi się za­mknę­ły…

*

Bie­głam po­mię­dzy drze­wa­mi. Ota­cza­ła mnie ciem­ność, nie do­cie­rał do mnie na­wet ni­kły blask księ­ży­ca. W tej nie­na­tu­ral­nej ci­szy gło­śne bi­cie mo­je­go ser­ca wy­da­wa­ło się wręcz nie na miej­scu, ale nie mo­głam się uspo­ko­ić, by­łam zbyt prze­ra­żo­na.

Przy­spie­szy­łam.

Na­gle usły­sza­łam za ple­ca­mi kro­ki, szyb­ko zbli­ża­ły się do mnie. Bie­głam da­lej, sta­ra­jąc się omi­jać wy­sta­ją­ce z zie­mi ko­rze­nie. Ga­łę­zie co chwi­la bo­le­śnie ude­rza­ły mnie w twarz i ra­mio­na, ale nie zwra­ca­łam na to uwa­gi.

Kro­ki było sły­chać co­raz wy­raź­niej. Przed sobą zo­ba­czy­łam ma­ja­czą­ce w ciem­no­ści wzgó­rze. Skie­ro­wa­łam się w jego stro­nę. Szyb­ko za­czę­łam się na nie wspi­nać. Byle tyl­ko uciec. Jak naj­prę­dzej!

Gdy już do­tar­łam na szczyt, usły­sza­łam wy­cie. Prze­ra­żo­na od­wró­ci­łam się w pra­wo. Kil­ka­na­ście me­trów ode mnie stał ol­brzy­mi czar­ny wilk i wył do księ­ży­ca. Mój prze­śla­dow­ca się zbli­żał. Po­czu­łam, jak jego pal­ce do­tknę­ły mo­je­go ra­mie­nia. Po chwi­li już tyl­ko krzy­cza­łam…

Prze­ra­żo­na nie mo­głam prze­stać. Sza­mo­ta­łam się z koł­drą, pró­bu­jąc się od niej uwol­nić. Obu­dzi­ło mnie ostre świa­tło.

– Mar­go! Spo­koj­nie, có­recz­ko, spo­koj­nie – po­wta­rza­ła ci­cho mama, od­gar­nia­jąc mi z czo­ła mo­kre od potu wło­sy. – To tyl­ko zły sen, ko­cha­nie. Spo­koj­nie…

– Mamo… – Tyl­ko tyle zdo­ła­łam wy­ksztu­sić, gar­dło nadal mia­łam ści­śnię­te ze stra­chu.

By­łam prze­ra­żo­na. Mój sen się zmie­nił! Róż­nił się od po­przed­nich. Te­raz zo­ba­czy­łam wil­ka, a na do­da­tek ktoś, „on”, mnie do­tknął. Wcze­śniej sły­sza­łam tyl­ko jego kro­ki i cza­sem czu­łam od­dech na kar­ku, jak­by cza­ił się tuż obok. Ale nig­dy wcze­śniej mnie nie do­tknął!

Czu­łam, że to źle, bar­dzo źle. Nie wie­dzia­łam tyl­ko dla­cze­go.Dla­cze­go przed nim ucie­kam? Dla­cze­go tak się go boję?

– Nic ci nie jest, có­recz­ko? – spy­ta­ła mama, nie mniej prze­ra­żo­na ode mnie. – Może na­pi­jesz się wody?

– Do­brze – od­po­wie­dzia­łam nie­zbyt przy­tom­nie i pa­trzy­łam z lę­kiem, jak wy­cho­dzi.

Gdy wró­ci­ła, nadal by­łam roz­trzę­sio­na, ale zdo­ła­łam się już tro­chę uspo­ko­ić. Uśmiech­nę­łam się na­wet i wzię­łam od niej szklan­kę.

Na­gle za oknem roz­le­gło się wy­cie. Uśmiech za­marł mi na ustach i upu­ści­łam szklan­kę, wy­le­wa­jąc na sie­bie całą jej zim­ną za­war­tość.

– Co to ta­kie­go?! – krzyk­nę­łam, pa­trząc w stro­nę okna, za któ­rym księ­życ w peł­ni wy­chy­lał się wła­śnie zza chmu­ry.

– Praw­do­po­dob­nie wilk – od­po­wie­dział mil­czą­cy do­tych­czas tata. Na­wet nie wie­dzia­łam, że też tu jest. – Peł­no ich w tych la­sach.

– Co?! – krzyk­nę­łam zno­wu.

– Eee, no wil­ki – zmie­szał się tata. – Nie mó­wi­łem ci o nich?

– Nie! – od­po­wie­dzia­łam z wy­rzu­tem.

– No cóż, te­raz już wiesz – stwier­dził i uśmiech­nął się nie­pew­nie. – Zresz­tą i tak nie wy­cho­dzą z lasu, a ty na pew­no się do nich nie wy­bie­rasz, więc pro­blem z gło­wy.

No tak. Tata i to jego pro­ste ro­zu­mo­wa­nie. Ja ra­czej do lasu nie pój­dę, ale je­śli coś stam­tąd wyj­dzie? Prze­cież las za­czy­na się tuż za na­szym pło­tem. Wiel­ka pusz­cza! Poza tym ten dom jest zu­peł­nie od­da­lo­ny od in­nych. Je­śli coś nas za­ata­ku­je, to nikt na­wet nie usły­szy na­szych krzy­ków. Nikt nie przy­bę­dzie na ra­tu­nek!

A mój tata cie­szy się, że ob­cu­je­my tu z przy­ro­dą. Li­to­ści! Na­praw­dę za­sta­na­wiam się cza­sem, czy mamy te same geny. Co praw­da z wy­glą­du je­ste­śmy do sie­bie po­dob­ni, ale w cha­rak­te­rze i po­dej­ściu do ży­cia nie ma żad­nych zbież­no­ści.

Zresz­tą… po­win­nam się była do­my­ślić. Bo niby skąd taka na­zwa: Wol­ftown? Mia­sto wil­ków… O rany, ale ja je­stem głu­pia!

– Prze­pra­szam, że was obu­dzi­łam – bąk­nę­łam.

– Nie przej­muj się, ko­cha­nie. – Mama uśmiech­nę­ła się bla­do. – Do­pie­ro co się po­ło­ży­li­śmy, a bab­cia i tak zdję­ła gu­mo­we ucho na noc.

– Skar­bie! – zga­nił ją tata.

– No co? Źle mó­wię? – prych­nę­ła. – Po­sta­raj się za­snąć, Mar­go.

– Do­bra­noc.

Ro­dzi­ce zga­si­li świa­tło i wy­szli, a ja po­de­szłam do okna i ostroż­nie wyj­rza­łam. Wszyst­ko wy­glą­da­ło jak w moim śnie: ciem­ne, wro­gie i strasz­ne. Aż za­drża­łam. Na szczę­ście nie je­stem te­raz tam, na dole, i nie mu­szę ucie­kać.

A więc wil­ki są w tym le­sie! W le­sie, któ­ry roz­cią­ga się w naj­lep­sze tuż za na­szym do­mem. Przy­się­głam so­bie, że nig­dy się tam nie za­pusz­czę. Nic mnie do tego nie zmu­si. Krew pul­so­wa­ła mi bo­le­śnie w gło­wie. Chy­ba nie za­snę już tej nocy. Sta­łam, pa­trząc z lę­kiem w ciem­ność, ale w koń­cu zmę­cze­nie wzię­ło górę.

Po­ło­ży­łam się do łóż­ka i za­snę­łam.

Rano wca­le nie mia­łam lep­sze­go hu­mo­ru. Nie za­cią­gnę­łam za­słon, więc świe­cą­ce pro­sto w oczy pro­mie­nie słoń­ca zbu­dzi­ły mnie bar­dzo wcze­śnie.

Le­ża­łam, usi­łu­jąc się zmu­sić do wsta­nia. Zer­k­nę­łam na tar­czę bu­dzi­ka sto­ją­ce­go na noc­nej szaf­ce. Szó­sta. Gdy­by nie słoń­ce, mo­gła­bym jesz­cze tro­chę po­spać. Wsta­łam zre­zy­gno­wa­na i po­szłam do ła­zien­ki umyć gło­wę. Roz­czu­la­nie się nad sobą ra­czej nie po­mo­że mi w zna­le­zie­niu przy­ja­ciół w no­wej szko­le.

W dni ta­kie jak ten nie cier­pia­łam swo­ich wło­sów. Ko­lor nie był taki zły, po pro­stu brą­zo­wy, więc pa­so­wał do mo­ich piw­nych oczu i oliw­ko­wej kar­na­cji. Cią­gle jed­nak mia­łam z nimi ja­kieś pro­ble­my. Ścię­łam je nie­daw­no dość krót­ko i te­raz ota­cza­ły moją gło­wę po­skrę­ca­ną au­re­olą.

Nie cier­pię myć gło­wy, bo za­wsze ja­kimś cu­dem szam­pon wpa­da mi do oczu. My­śla­łam, że bę­dzie z tym mniej za­cho­du przy krót­kich wło­sach, ale się my­li­łam. Niby jest szyb­ciej, za to te­raz trze­ba je myć co­dzien­nie i na do­da­tek wie­czo­rem wca­le nie wy­glą­da­ją na świe­że, jak twier­dzą pro­du­cen­ci szam­po­nów. Poza tym gdy tyl­ko po­czu­ją odro­bi­nę wil­go­ci w po­wie­trzu, skrę­ca­ją się w ta­kie ko­śla­we locz­ki i wy­glą­dam, jak­by pio­run w mio­tłę strze­lił. A że bli­sko lasu nie bra­ku­je miejsc pod­mo­kłych…

Gdy wresz­cie wy­szłam z ła­zien­ki, stwier­dzi­łam z nie­chę­cią, że nie wiem, w co mam się ubrać. W tu­tej­szej szko­le nie obo­wią­zu­ją po­dob­no żad­ne mun­dur­ki. A obo­wią­zu­ją­cych tren­dów też jesz­cze nie znam. W koń­cu zde­cy­do­wa­łam się na czar­ne spodnie, nie­bie­ską ko­szul­kę i moją ulu­bio­ną czar­ną blu­zę z na­pi­sem „Go­thic”. No i oczy­wi­ście nie mo­głam za­po­mnieć o pier­ścion­ku przy­no­szą­cym szczę­ście.

Spa­ko­wa­łam ple­cak ob­szy­ty pla­kiet­ka­mi mo­ich ulu­bio­nych ze­spo­łów i ze­szłam na śnia­da­nie.

– Ko­cha­nie, mu­sisz brać ten pier­ścio­nek? – spy­ta­ła mama.

– A dla­cze­go nie? – od­po­wie­dzia­łam py­ta­niem na py­ta­nie.

– No, bo wiesz, on jest taki, taki…

Są gu­sta i gu­ści­ki, ale nie ro­zu­miem, dla­cze­go mama aż tak go nie cier­pi. Pier­ścio­nek ma kształt srebr­nej żmii, opla­ta­ją­cej trzy razy mój pa­lec. We­dług mnie jest fan­ta­stycz­ny, jed­nak jej wy­raź­nie się nie po­do­ba.

– Ale on przy­no­si mi szczę­ście – wy­ja­śni­łam.

– To do­brze, że chce za­brać ze sobą ta­li­zman – wtrą­cił się tata z ko­lej­ną psy­cho­lo­gicz­ną gad­ką. – Bę­dzie dzię­ki temu mia­ła po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa. Prze­cież wcho­dzi wła­śnie w zu­peł­nie nie­zna­ne śro­do­wi­sko. Cho­ciaż… to może też ozna­czać, że Mar­go nie ma pew­no­ści sie­bie i po­trze­bu­je cze­goś, co ją za­stą­pi…

Te­raz jest chy­ba ja­sne, dla­cze­go nie wda­ję się w szcze­gó­ły, opo­wia­da­jąc mu swo­je sny.

Po śnia­da­niu wsia­dłam z mamą do sa­mo­cho­du i ru­szy­ły­śmy w stro­nę szko­ły. Tata po­ma­chał nam we­so­ło na po­że­gna­nie. Cale szczę­ście bab­cia jesz­cze spa­ła i nie mu­sia­łam słu­chać jej do­brych rad. Przy­najm­niej ona jed­na się wy­sy­pia.

– Po­słu­chaj, naj­pierw pój­dziesz do ga­bi­ne­tu dy­rek­to­ra. On ci wy­ja­śni, co i jak, i da ci plan lek­cji. Do­brze? – in­stru­owa­ła mnie ro­dzi­ciel­ka, par­ku­jąc na chod­ni­ku przed ja­kimś bu­dyn­kiem.

Szko­ła wy­da­ła mi się strasz­nie brzyd­ka. Nie była ob­dra­pa­na czy coś ta­kie­go. Po pro­stu wy­glą­da­ła ja­koś tak… po­nu­ro. Nie po­tra­fię zro­zu­mieć, dla­cze­go wszyst­kie szko­ły ro­bią tak od­py­cha­ją­ce wra­że­nie. Jak­by z za­ło­że­nia mia­ły wzbu­dzać w uczniach strach i nie­chęć.

– Okej – od­po­wie­dzia­łam z re­zy­gna­cją i wy­sia­dłam z sa­mo­cho­du mamy.

Tak jak się spo­dzie­wa­łam, dla mło­dzie­ży w Wol­ftown sta­łam się atrak­cją dnia. Gdy tyl­ko przy­sta­nę­łam na chod­ni­ku, wszyst­kie spoj­rze­nia jak na ko­men­dę skie­ro­wa­ły się w moją stro­nę.

Drzwi wej­ścio­we znaj­do­wa­ły się w od­le­gło­ści za­le­d­wie kil­ku me­trów ode mnie. Jed­nak­że po obu stro­nach pro­wa­dzą­ce­go do nich chod­ni­ka cią­gnę­ły się ni­skie mur­ki ob­le­pio­ne ucznia­mi, któ­rzy wpa­try­wa­li się we mnie, jak­bym mia­ła dwie gło­wy lub ja­kąś inną wi­docz­ną ułom­ność.

Za­rzu­ci­łam ple­cak na ra­mię i z pod­nie­sio­ną gło­wą ru­szy­łam w stro­nę wej­ścia. Nie prze­stra­szą mnie. Dam so­bie radę. Do­sko­na­le dam so­bie radę.

Szcze­rze mó­wiąc, mia­łam ocho­tę od­wró­cić się na pię­cie i zwiać, gdzie pieprz ro­śnie. Mo­gła­bym na­wet po­le­cieć z bab­cią do Pol­ski i ro­bić wy­ci­nan­ki za po­mo­cą no­życ do strzy­że­nia owiec. Wszyst­ko by­ło­by lep­sze od spoj­rzeń tych lu­dzi i ko­men­ta­rzy, któ­re prze­ka­zy­wa­li so­bie na ucho. Sta­ra­łam się iść spo­koj­nie, ale czu­łam się, jak­by coś mnie gna­ło wście­kle do przo­du.

Może nie po­win­nam była wkła­dać tej blu­zy? A może z moim ple­ca­kiem jest coś nie tak? Boże, żeby tyl­ko nie śmia­li się z mo­ich wło­sów.

Wbi­łam spoj­rze­nie w drzwi wej­ścio­we, lecz ką­tem oka zer­ka­łam na mi­ja­nych lu­dzi. Po mo­jej le­wej stro­nie sta­ły ja­kieś ład­ne dziew­czy­ny i umię­śnie­ni chłop­cy ubra­ni w ta­kie same kurt­ki – pew­nie spor­tow­cy i che­er­le­ader­ki. Na­to­miast po pra­wej zo­ba­czy­łam gru­pę osób ubra­nych na czar­no. Tyl­ko oni nie szep­ta­li na mój wi­dok. Zu­peł­nie jak­bym ich nie in­te­re­so­wa­ła. I wła­śnie przez to przy­ku­li moją uwa­gę; zwłasz­cza pe­wien chło­pak z ja­sny­mi wło­sa­mi. Na­sze spoj­rze­nia skrzy­żo­wa­ły się tyl­ko na chwi­lę, więc nie zdą­ży­łam przyj­rzeć mu się do­kład­nie. Ale wła­śnie jego za­pa­mię­ta­łam naj­le­piej.

Nie­któ­rzy chłop­cy z tej grup­ki mie­li dłu­gie wło­sy, inni skó­rza­ne kurt­ki. Wy­glą­da­li jak gang mło­do­cia­nych prze­stęp­ców albo wiel­bi­cie­le me­ta­lu. Oso­bi­ście wo­la­ła­bym ten dru­gi wa­riant, ale przy moim szczę­ściu…

Po nie­moż­li­wie dłu­giej chwi­li do­tar­łam wresz­cie do wej­ścia. Z wes­tchnie­niem ulgi otwo­rzy­łam drzwi. Co praw­da w środ­ku też byli ja­cyś ucznio­wie, ale nie przy­po­mi­na­li tych na ze­wnątrz i nie pa­trzy­li na mnie tak na­chal­nie. Tyl­ko zer­ka­li nie­pew­nie. Tu mo­głam być ano­ni­mo­wa.

Po­de­szłam do ja­kiejś dziew­czy­ny grze­bią­cej w szaf­ce i spy­ta­łam ją:

– Prze­pra­szam, mo­żesz mi po­wie­dzieć, gdzie są se­kre­ta­riat i ga­bi­net dy­rek­to­ra?

Blon­dy­necz­ka od­wró­ci­ła się do mnie za­sko­czo­na. Po­dej­rze­wa­łam, że za­cznie mi się przy­glą­dać tak jak inni, ale ona po pro­stu uśmiech­nę­ła się do mnie pro­mien­nie i od­po­wie­dzia­ła:

– Oczy­wi­ście. Za­pro­wa­dzę cię.

– Dzię­ki.

Coś ta­kie­go! To mili lu­dzie jesz­cze ist­nie­ją?

– Dro­biazg. Je­stem Ivet­te, ale mo­żesz mi mó­wić Iv.

– Ja mam na imię Mar­go – przy­wi­ta­łam się.

– Bę­dziesz cho­dzić do na­szej szko­ły? – spy­ta­ła Iv. – Do któ­rej kla­sy?

– Do dru­giej.

– To tak jak ja! – ucie­szy­ła się dziew­czy­na. – Może bę­dzie­my mia­ły ra­zem za­ję­cia.

– Faj­nie by było – od­par­łam.

Czu­łam, że już lu­bię tę drob­ną blon­dyn­kę.

Z dy­rek­to­rem po­szło szyb­ko. Po­dał mi mój plan lek­cji, prze­ka­zał szyfr do szaf­ki i wy­ja­śnił, że raz w ty­go­dniu, w piąt­ki, są za­ję­cia na ba­se­nie. Ucie­szy­łam się, bo uwiel­biam pły­wać. W szko­le w No­wym Jor­ku po pro­stu gra­li­śmy w nud­ne gry ze­spo­ło­we, pod­czas któ­rych trze­ba było uwa­żać, żeby ktoś nie wy­bił ci zę­bów pił­ką. Ba­sen w po­rów­na­niu z tym to sama przy­jem­ność.

Dy­rek­tor za­wo­łał se­kre­tar­kę, któ­ra za­pro­wa­dzi­ła mnie do sali na moją pierw­szą lek­cję – hi­sto­rię sztu­ki. Wi­dać nie chcia­ło mu się dłu­żej ze mną ga­dać. No i wza­jem­nie.

Gdy we­szłam do kla­sy, wszy­scy za­czę­li się na mnie ga­pić. Wy­ja­śni­łam na­uczy­cie­lo­wi, że je­stem nową uczen­ni­cą, i po­ka­za­łam kart­kę od dy­rek­to­ra.

– Usiądź – usły­sza­łam w od­po­wie­dzi.

Ro­zej­rza­łam się szyb­ko. Nie do­strze­głam Ivet­te. Zresz­tą i tak je­dy­ne wol­ne miej­sce znaj­do­wa­ło się na koń­cu sali, koło nie­dba­le sie­dzą­ce­go na krze­śle, wy­so­kie­go chło­pa­ka ubra­ne­go na czar­no. Jezu… to on! To na nie­go zwró­ci­łam uwa­gę przed szko­łą.

Prze­szłam po­mię­dzy ław­ka­mi w jego stro­nę i usia­dłam na wol­nym miej­scu.

– Cześć – po­wie­dzia­łam.

Na­wet nie od­po­wie­dział. Tyl­ko spoj­rzał na mnie nie­chęt­nie zie­lo­ny­mi ocza­mi spod strze­chy ja­snych wło­sów. Do­bra, ro­zu­miem. Nie chce roz­ma­wiać, to nie będę się na­rzu­cać. Sztyw­niak.

Sta­ra­jąc się nie zwra­cać na nie­go uwa­gi, wy­ję­łam z ple­ca­ka ze­szyt oraz piór­nik i za­czę­łam słu­chać tego, co mó­wił na­uczy­ciel. Strasz­nie przy­nu­dzał, więc po chwi­li od­pły­nę­łam my­śla­mi w kie­run­ku No­we­go Jor­ku. Te­raz sie­dzia­ła­bym na an­giel­skim z naj­lep­szą kum­pe­lą i wy­mie­nia­ły­by­śmy się li­ści­ka­mi. Szko­da, że mnie tam te­raz nie ma…

– Faj­ny pier­ścio­nek – mruk­nął chło­pak, spro­wa­dza­jąc mnie nie­spo­dzie­wa­nie na zie­mię.

– Dzię­ki – od­po­wie­dzia­łam spe­szo­na i zer­k­nę­łam na nie­go.

On jed­nak wpa­try­wał się, tak jak ja po­przed­nio, w pro­fe­so­ra. I już do koń­ca lek­cji za­cho­wy­wał się tak, jak­by mnie w ogó­le nie było. Chwi­lę się na nie­go ga­pi­łam, aż do­tar­ło do mnie, że to musi głu­pio wy­glą­dać, więc jesz­cze bar­dziej spe­szo­na od­wró­ci­łam wzrok.

Na­stęp­ne lek­cje oka­za­ły się rów­nie nud­ne, z tym że mia­łam lep­sze to­wa­rzy­stwo, bo zwy­kle sie­dzia­łam obok Ivet­te.

W prze­rwie na lunch po­szły­śmy ra­zem do sto­łów­ki. Oczy­wi­ście, wszy­scy się za mną oglą­da­li i ko­men­to­wa­li coś przy­ci­szo­ny­mi gło­sa­mi.

– O, usiądź­my tam – po­wie­dzia­ła Iv, w ogó­le nie zwra­ca­jąc uwa­gi na więk­szy niż za­zwy­czaj szum i po­cią­gnę­ła mnie w stro­nę sto­li­ka sto­ją­ce­go na ubo­czu.

Gdy już usia­dły­śmy, za­in­te­re­so­wa­nie moją oso­bą nie­co osła­bło.

– Ja też je­stem nowa – po­wie­dzia­ła Iv. – Tyl­ko że prze­pro­wa­dzi­łam się do Wol­ftown na po­cząt­ku roku szkol­ne­go.

– Se­rio? – spy­ta­łam za­sko­czo­na.

A więc dla­te­go nie re­ago­wa­ła na szep­ty i za­czep­ki. Od­czu­ła to na wła­snej skó­rze i zdą­ży­ła się przy­zwy­cza­ić.

– Tak. Na mnie też wszy­scy się tak ga­pi­li, więc do­brze cię ro­zu­miem. Dam ci kil­ka rad. Tam­ta gru­pa – po­wie­dzia­ła, wska­zu­jąc na ład­ne dziew­czy­ny w krót­kich spód­nicz­kach i umię­śnio­nych chłop­ców – to spor­tow­cy. Ra­dzę się do nich nie zbli­żać. Są bar­dzo nie­przy­jem­ni, zwłasz­cza che­er­le­ader­ki. Ak­cep­tu­ją tyl­ko swo­je sta­do.

– Tak po­dej­rze­wa­łam – mruk­nę­łam.

– No a tam­ci… – kiw­nę­ła gło­wą w stro­nę gru­py ubra­nych na czar­no – …to me­ta­low­cy. Je­śli nie mu­szą, z ni­kim nie ga­da­ją, więc są ra­czej nie­szko­dli­wi. Wiesz, za­wsze trzy­ma­ją się ra­zem. Jest jesz­cze grup­ka ku­jo­nów – pra­wie wszy­scy w oku­la­rach. Ci w rogu to z ko­lei pseu­do­ra­pe­rzy. Po­znasz ich po spodniach zsu­wa­ją­cych się z tył­ków. No i na ko­niec zo­sta­ją tacy jak my, czy­li wy­ko­le­jeń­cy nie­pa­su­ją­cy do żad­nej z grup.

– Aha – wes­tchnę­łam i spoj­rza­łam na me­ta­low­ców. – A jak na­zy­wa się ten chło­pak?

– Któ­ry?

– Ten wy­so­ki blon­dyn.

– Eee, któ­ry? – Iv nadal nie mo­gła go zi­den­ty­fi­ko­wać.

– No, ten! – po­wie­dzia­łam zi­ry­to­wa­na. – Wy­so­ki blon­dyn, wło­sy opa­da­ją mu tak do­oko­ła twa­rzy, z tyłu się­ga­ją ra­mion. Ma zie­lo­ne oczy i kol­czyk w uchu. I skó­rza­ną kurt­kę.

– Do­kład­nie mu się przyj­rza­łaś, co? – spy­ta­ła Iv i głu­pa­wo się uśmiech­nę­ła. – Czyż­by to była mi­łość od pierw­sze­go wej­rze­nia?

– No co ty?! Ja… Sie­dzę z nim na hi­sto­rii sztu­ki – po­wie­dzia­łam szyb­ko.

– Taak, ja­sne – od­po­wie­dzia­ła, prze­cią­ga­jąc sło­wa. – To Max Sto­ne. Jest me­ta­low­cem.

– To aku­rat wiem – od­po­wie­dzia­łam i prze­wró­ci­łam ocza­mi.

– Jest od nas star­szy. Ma sie­dem­na­ście lat.

– To dla­cze­go sie­dzi ze mną na hi­sto­rii sztu­ki? Nie zdał?

– Nie, to nie tak. Hi­sto­ria sztu­ki jest łą­czo­na, bo, bądź­my szcze­rzy, pro­fe­sor w kół­ko mówi o tym sa­mym. To je­den z wol­nych przed­mio­tów. Tak na­praw­dę nie ro­zu­miem, o co w tym cho­dzi. Po­dob­no zor­ga­ni­zo­wa­li te za­ję­cia tyl­ko dla­te­go, że bur­mistrz Wol­ftown po­sta­no­wił roz­wi­jać w mło­dzie­ży za­in­te­re­so­wa­nie sztu­ką i dał na to ja­kąś do­ta­cję z rady mia­sta. Łą­czą kla­sy, żeby szyb­ciej od­bęb­nić go­dzi­ny. Lek­cje na ba­se­nie też są łą­czo­ne, ale to ra­czej dla­te­go, że jest duży. O wła­śnie, kie­dy masz ba­sen?

– W pią­tek na trze­ciej i czwar­tej go­dzi­nie.

– To tak jak ja! – ucie­szy­ła się Iv. – Pew­nie nie wiesz, że ra­zem z nami za­ję­cia na ba­se­nie mają też Max i jego po­krę­ce­ni kum­ple.

– Aha, nie wie­dzia­łam – sta­ra­łam się, by za­brzmia­ło to obo­jęt­nie.

Więc jesz­cze go zo­ba­czę. Cho­ciaż… wła­ści­wie nie wiem, dla­cze­go tak się nim in­te­re­su­ję. Prze­cież był nie­uprzej­my, nie od­po­wie­dział na moje „cześć”. Jed­nak z dru­giej stro­ny… spodo­bał mu się mój pier­ścio­nek. Ale bądź­my szcze­rzy: to wca­le do­brze o nim nie świad­czy­ło, bo ja mam po­rą­ba­ny gust.

Nor­mal­na dziew­czy­na, taka jak Ivet­te, nosi ró­żo­we swe­ter­ki i ele­ganc­kie, de­li­kat­ne kol­czy­ki. Ja za to lu­bię duże kol­czy­ki, ta­kie w sty­lu in­dyj­skim, i ku roz­pa­czy wszyst­kich babć i cio­tek bar­dzo lu­bię czar­ny ko­lor. Po pro­stu do wszyst­kie­go mi pa­su­je! No i nie cier­pię ró­żo­we­go. Jest pra­wie tak obrzy­dli­wy jak… kur­czak z roż­na.

A ten Max… Nie moż­na po­wie­dzieć, żeby nie był przy­stoj­ny. Ma dłu­gie, ja­sne wło­sy, wy­cie­nio­wa­ne tak, że ota­cza­ją mu twarz i opa­da­ją lek­ko na ra­mio­na, zgrab­ny, pro­sty nos i nie­sa­mo­wi­te zie­lo­ne oczy. Przy źre­ni­cy są ko­lo­ru tra­wy, a po­tem stop­nio­wo ciem­nie­ją, aż do czar­nej ob­wód­ki tę­czów­ki. Tro­chę przy­po­mi­na Alek­sa Ban­da, wo­ka­li­stę mo­je­go uko­cha­ne­go The Cal­ling, ale jest przy­stoj­niej­szy i nosi inny kol­czyk: mały, srebr­ny kieł.

Za­raz, za­raz! O czym ja mó­wię? No do­bra, jest przy­stoj­ny, ale i tak nie zwra­ca na mnie uwa­gi. Więc po co mam za­wra­cać so­bie gło­wę? Och, czu­ję, że za­czy­nam wa­rio­wać. Za dużo no­wych wra­żeń. Czas wra­cać do domu pod koł­drę.

Resz­ta lek­cji mi­nę­ła spo­koj­nie. Nie spo­tka­łam wię­cej Mak­sa, na­wet na ko­ry­ta­rzu. Po­zna­łam za to ko­lej­ne uro­ki by­cia nową.

Wła­śnie wyj­mo­wa­łam swo­je książ­ki z szaf­ki, gdy po­de­szła do mnie taka jed­na w to­wa­rzy­stwie przy­ja­ciół­ki i za­czep­nie rzu­ci­ła:

– Przy­je­cha­łaś z No­we­go Jor­ku?

– Tak – od­po­wie­dzia­łam, ni­cze­go jesz­cze nie prze­czu­wa­jąc.

– Umarł ci ktoś w ro­dzi­nie, że ubie­rasz się jak me­tal, czy po pro­stu wszy­scy w tym No­wym Jor­ku nie mają gu­stu? – spy­ta­ła prze­sło­dzo­nym gło­sem.

No nie. Wku­rzy­łam się. Jak ona śmie ob­ra­żać moje uko­cha­ne mia­sto?!

– Nie – od­po­wie­dzia­łam rów­nie słod­ko. – To mój wła­sny styl. Ale po­dej­rze­wam, że w Wol­ftown (sło­wo „Wol­ftown” wy­po­wie­dzia­łam tak, jak­bym je wy­plu­ła – nie mo­głam się po­wstrzy­mać) nie zna­cie cze­goś ta­kie­go. Tyl­ko wszy­scy bez­na­dziej­nie klo­nu­je­cie się na­wza­jem.

Mó­wiąc to, spoj­rza­łam z po­li­to­wa­niem na ich iden­tycz­ne ró­żo­we swe­ter­ki i pra­wie ta­kie same mi­ni­spód­nicz­ki z za­kład­ka­mi. Bez­gu­ście kom­plet­ne.

Wście­kła che­er­le­ader­ka za­czer­wie­ni­ła się, co w po­łą­cze­niu z krzy­kli­wym ró­żem swe­ter­ka dało dość nie­sa­mo­wi­ty efekt, i syk­nę­ła:

– Jesz­cze mnie po­pa­mię­tasz, ty… ty… me­ta­lu!

I ode­szła. No tak. Już pierw­sze­go dnia na­ro­bi­łam so­bie wro­gów. Ale prze­cież nie mo­głam pu­ścić jej tego pła­zem. Po­win­na wie­dzieć, że no­wo­jor­czy­ków nie na­le­ży ob­ra­żać, bo po­tra­fią się od­gryźć. Poza tym jak ona może są­dzić, że „me­tal” to ob­raź­li­we sło­wo? Cho­ciaż… może w Wol­ftown obo­wią­zu­ją inne nor­my. Po­dej­rze­wam, że za­nim do­brze się z nimi wszyst­ki­mi za­po­znam, to jesz­cze nie­raz ko­muś pod­pad­nę.

Po ostat­nich za­ję­ciach, z bio­lo­gii, na któ­rych sie­dzia­łam oczy­wi­ście obok Iv, ra­zem wy­szły­śmy ze szko­ły. Z Ivet­te czu­łam się o wie­le raź­niej. Była jak żywa tar­cza, któ­ra osła­nia­ła mnie przed cie­kaw­ski­mi spoj­rze­nia­mi in­nych uczniów swo­im we­so­łym szcze­bio­tem. Poza tym nie bała się in­nych lu­dzi i ta jej od­wa­ga tro­chę mi się udzie­la­ła.

Na par­kin­gu zda­łam so­bie spra­wę z tego, że nie mam jak wró­cić do domu! Ro­dzi­ce co praw­da za­wieź­li mnie do szko­ły, ale sło­wem nie wspo­mnie­li, że po mnie wró­cą. Ra­czej nie mo­głam na nich li­czyć. Ależ mam świet­ną ro­dzin­kę, praw­da? To roz­kosz­ne być cór­ką dwój­ki za­pra­co­wa­nych i lek­ko sza­lo­nych na­ukow­ców. Po­czu­łam, że wpa­dam w pa­ni­kę.

– Czy jeź­dzi tu szkol­ny au­to­bus? – spy­ta­łam idą­cą obok mnie Ivet­te.

– Nie. A cze­mu py­tasz?

– Nie mam jak wró­cić do domu – od­po­wie­dzia­łam i za­czę­łam się za­sta­na­wiać, ile cza­su za­ję­ło­by mi doj­ście pie­szo do na­sze­go domu znaj­du­ją­ce­go się da­le­ko za mia­stem, w dzi­kiej głu­szy. Pew­nie parę go­dzin…

– Pod­rzu­cę cię, mam sa­mo­chód – za­pro­po­no­wa­ła Iv. – Chodź­my na par­king.

– Dzię­ki. Ja nie mam na­wet pra­wa jaz­dy – wes­tchnę­łam i po­wlo­kłam się za nią.

– Nie? – Iv spoj­rza­ła na mnie z nie­do­wie­rza­niem.

– W No­wym Jor­ku nie po­trze­bo­wa­łam go.

– To jak do­jeż­dża­łaś do szko­ły i po­ru­sza­łaś po mie­ście?

– Tam wszę­dzie moż­na do­je­chać me­trem albo dojść pie­szo – wy­ja­śni­łam.

– Aha – mruk­nę­ła bez prze­ko­na­nia.

Dziw­ne. Czyż­by nie sły­sza­ła o słyn­nym no­wo­jor­skim me­trze? Coś po­dob­ne­go.

Par­king znaj­do­wał się tuż za szko­łą. Był cał­kiem duży i do­kład­nie za­sta­wio­ny sa­mo­cho­da­mi. Przy ścia­nie bu­dyn­ku do­strze­głam sto­jak wy­peł­nio­ny ro­we­ra­mi, a obok parę… tak! Mo­to­cy­kli!

– Czy­je są te ma­szy­ny? – spy­ta­łam Ivet­te, przy­glą­da­jąc się im uważ­nie.

Za­wsze chcia­łam mieć wła­sny mo­tor, ale ro­dzi­ce prę­dzej da­li­by się po­kro­ić, niż­by mi na to po­zwo­li­li. Ech, po­ma­rzyć za­wsze moż­na… Ja na błysz­czą­cej ma­szy­nie to by­ło­by coś wspa­nia­łe­go. Ten wiatr we wło­sach, ci­chy szum sil­ni­ka (nie ro­zu­miem, jak inni ra­dzą so­bie bez tłu­mi­ków!) i pęd po­wie­trza… Ach…

Od razu rzu­cił mi się w oczy je­den z nich: czar­ny su­zu­ki ze srebr­ny­mi strza­ła­mi po bo­kach. Dwa sie­dze­nia i mały ba­gaż­nik z przo­du, tuż za kie­row­ni­cą. Pięk­ny. Co ja bym dała, żeby mieć taki albo żeby cho­ciaż raz móc się ta­kim prze­je­chać.

– A… to prze­waż­nie me­ta­low­cy nimi jeż­dżą i kil­ku spor­tow­ców też – po­wie­dzia­ła Ivet­te, pro­wa­dząc mnie do swo­je­go sa­mo­cho­du.

Kie­dy się przed nim za­trzy­ma­ły­śmy, aż mnie za­tka­ło. Mia­łam wra­że­nie, że za­raz za­chły­snę się wła­snym ję­zy­kiem.

To nie do uwie­rze­nia, że ktoś może chcieć jeź­dzić czymś ta­kim… ró­żo­wym, wstręt­nie, obrzy­dli­wie ró­żo­wym, tak ró­żo­wym, że aż kłu­je w oczy!

Sta­łam tak i z otwar­ty­mi usta­mi ga­pi­łam się na gar­bu­sa, nie poj­mu­jąc, jak moż­na jeź­dzić sa­mo­cho­dem po­ma­lo­wa­nym na taki pa­skud­nie ja­do­wi­ty ko­lor.

Po­czu­łam stuk­nię­cie w ra­mię.

– O co cho­dzi? Nie wsia­dasz? – spy­ta­ła Iv i wy­cią­gnę­ła z kie­sze­ni klu­czy­ki od auta. Z bre­locz­kiem, ta­kim… ró­żo­wym pom­po­ni­kiem.

– A, tak – ock­nę­łam się i usia­dłam na miej­scu pa­sa­że­ra.

O mat­ko, w co ja się wpa­ko­wa­łam? To prze­cież praw­dzi­we pie­kło. Naj­okrut­niej ró­żo­we pie­kło na świe­cie.

Mimo szo­ku pró­bo­wa­łam za­cho­wy­wać się swo­bod­nie ze wzglę­du na Iv. Przez pierw­szych parę mi­nut za­sta­na­wia­łam się, czy nikt mnie nie wi­dział, ale po­tem przy­po­mnia­łam so­bie, że prze­cież ni­ko­go tu nie znam, więc było mi już wszyst­ko jed­no. Po­sta­no­wi­łam też ka­te­go­rycz­nie, że do szko­ły będę jeź­dzić ro­we­rem. Tak! Ro­wer to bar­dzo do­bry po­mysł. Zwłasz­cza że mój jest srebr­no-czar­ny, więc w żad­nym wy­pad­ku nie przy­po­mi­na po­jaz­du Bar­bie.

To zna­czy Iv.

2

Ro­dzi­ce bar­dzo się ucie­szy­li, że tak szyb­ko zna­la­złam so­bie przy­ja­ciół­kę w no­wej szko­le. O zaj­ściu z che­er­le­ader­ką im nie po­wie­dzia­łam, jesz­cze za­czę­li­by się mar­twić, że „nie po­tra­fię się przy­sto­so­wać i oka­zu­ję agre­sję w sto­sun­ku do ob­cych”. Tak mniej wię­cej brzmiał­by tekst mo­je­go taty, a nie chcia­łam da­wać mu oka­zji do prze­mó­wień. Gdy­by tyl­ko Ivet­te nie jeź­dzi­ła ta­kim wście­kle ró­żo­wym sa­mo­cho­dem, czu­ła­bym się na­praw­dę szczę­śli­wa.

Kie­dy po­wie­dzia­łam im, że będę jeź­dzi­ła do szko­ły ro­we­rem, przy­ję­li to za­dzi­wia­ją­co spo­koj­nie.

– A je­śli coś ci się sta­nie? Nasz dom jest poza mia­stem! To strasz­nie da­le­ko! – hi­ste­ry­zo­wa­ła mama.

No pro­szę, w koń­cu ra­czy­ła za­uwa­żyć, że miesz­ka­my na cał­ko­wi­tym od­lu­dziu, a w za­sa­dzie w le­sie? Coś ta­kie­go…

– A niech robi, co chce – do­le­wa­ła oli­wy do ognia bab­cia.

Wresz­cie, mniej wię­cej po go­dzi­nie dys­ku­sji, przy­ta­cza­niu ar­gu­men­tów za i prze­ciw (to był oczy­wi­ście po­mysł taty), zde­cy­do­wa­li wspól­nie, że mogę jeź­dzić ro­we­rem. Oni na­praw­dę są dziw­ni. Za­po­mi­na­ją mnie za­brać ze szko­ły, a po­tem nie chcą się zgo­dzić, że­bym sama do niej jeź­dzi­ła. Cza­sa­mi w ogó­le ich nie ro­zu­miem. No, ale w koń­cu to oni są do­ro­śli.

Wie­czo­rem, już po ko­la­cji, le­ża­łam na łóż­ku w swo­jej ulu­bio­nej pi­ża­mie w gwiazd­ki i czy­ta­łam bar­dzo in­te­re­su­ją­cy ro­mans dla na­sto­la­tek. Tak na­praw­dę wolę książ­ki, w któ­rych dużo się dzie­je: są ja­kieś wy­bu­chy, ta­jem­ni­ce, zwa­rio­wa­ne przy­go­dy, po­two­ry. Ale gdy je­stem w na­stro­ju, ro­man­sem też nie po­gar­dzę. Każ­dy ma chy­ba pra­wo do ma­rzeń?

Książ­ka była cie­ka­wa i oczy­wi­ście do­brze się skoń­czy­ła, jak wszyst­kie inne z tej se­rii. Cza­sem to aż wku­rza­ją­ce. Tam za­wsze wszyst­ko do­brze się koń­czy, a w praw­dzi­wym ży­ciu im da­lej, tym go­rzej.

Szko­da, że mnie nie przy­da­rza­ją się żad­ne przy­go­dy. Na pew­no spraw­dzi­ła­bym się w roli nie­ustra­szo­nej bo­ha­ter­ki. Oczy­wi­ście za­kła­dam, że w gro­bow­cach, któ­re bym eks­plo­ro­wa­ła ni­czym Lara Croft, nie na­tknę­ła­bym się na pa­ją­ki. Bo gdy­by się ja­kieś jed­nak zna­la­zły, moją od­wa­gę z pew­no­ścią moż­na by za­kwe­stio­no­wać…

Było już póź­no, zga­si­łam więc świa­tło i za­snę­łam.

Śni­ła mi się ja­kaś kom­plet­na nie­do­rzecz­ność: by­łam na hi­sto­rii sztu­ki, a obok mnie, za­miast uczniów, sie­dzia­ły w ław­kach ró­żo­we sa­mo­cho­dy trą­bią­ce na na­uczy­cie­la. Au­tko Ivet­te ma na mnie sta­now­czo zły wpływ, po­win­nam za­cząć go uni­kać.

Nie­spo­dzie­wa­nie sen się zmie­nił – za­stą­pił go mój kosz­mar.

*

Było ciem­no, a wil­got­ne po­wie­trze ob­le­pia­ło mi ra­mio­na. Wy­da­wa­ło się, że za­raz schwy­ta mnie w swo­je mac­ki.

Bie­głam, pod sto­pa­mi czu­łam pę­ka­ją­ce z su­chym trza­skiem li­ście i ga­łąz­ki. Na­gle usły­sza­łam od­głos kro­ków za ple­ca­mi.

Przy­spie­szy­łam.

Mój prze­śla­dow­ca zbli­żał się jed­nak co­raz bar­dziej! Mimo ogrom­ne­go wy­sił­ku nie po­tra­fi­łam go zgu­bić. Czu­łam, że mnie do­ga­nia!

Wte­dy zo­ba­czy­łam przed sobą wzgó­rze. Za­czę­łam się na nie wspi­nać. Gdy do­tar­łam na szczyt, zza chmur wy­ło­nił się księ­życ w peł­ni. Przy­sta­nę­łam, żeby ode­tchnąć. Wte­dy parę me­trów przed sobą zo­ba­czy­łam… czar­ne­go wil­ka.