Wilk - Katarzyna Berenika Miszczuk - ebook + audiobook
Opis

 

Sprawdź, co się wydarzyło przed Zmierzchem!

Margo Cook to zwyczajna nastolatka. Pewnego dnia przenosi się razem z rodzicami z Nowego Jorku do miasteczka Wolftown położonego w głębi olbrzymiej puszczy. Od przeprowadzki dręczą ją koszmary, w których ucieka przez las przed groźnym prześladowcą. W szkole poznaje lekko zwariowaną Francuzkę Ivette Reno oraz intrygującego outsidera Maksa Stone’a. Jaki mroczny sekret skrywa Max? Jaki mroczny sekret skrywa Wolftown? Czy sny Margo mają z tymi zagadkami jakiś związek? Być może poznamy odpowiedź, gdy na niebie pojawi się księżyc w pełni...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 371

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 13 min

Lektor: Monika Dąbrowska-Jarosz

Popularność


Katarzyna Berenika Miszczuk

WILK

Copyright © by Grupa Wydawnicza Foksal, MMVI

Wydanie IV

Warszawa, MMXVIII

Dla mojej Mamy Barbary; to Ty nauczyłaś mnie kochać książki. Dziękuję

Słowo od autorki

Drogi Czytelniku, oddaję w Twoje ręce poprawione wydanie Wilka, powieści dla młodzieży. Jest to dla mnie bardzo ważna, debiutancka książka, którą napisałam jako piętnastolatka w 2004 roku. Dwa lata później powieść została opublikowana.

W pierwszej chwili, gdy dano mi szansę jeszcze raz zagłębić się w tę historię, zapragnęłam napisać ją od nowa. Jednakże po ponownej lekturze kilku pierwszych stron, kiedy wspomnienia ożyły, zmieniłam zdanie i postanowiłam nie zmieniać w niej wszystkiego.

Utemperowałam nieco charakter głównej bohaterki i poskromiłam jej język. Dorzuciłam też kilka opisów, tworząc nową postać, która do tej pory mieszkała tylko w mojej głowie.

Reszty nie zmieniałam, bo ta książka odzwierciedla, kim byłam jako piętnastolatka. Zdaję sobie sprawę, że styl narracji nie każdemu przypadnie do gustu i że prawdopodobnie zirytuje starszego czytelnika. Nie mogę jednak skorygować tego, że wtedy byłam właśnie roztrzepaną gadułą.

Czytelniku ‒ mam nadzieję, że nie zawiodę Cię tą książką.

Katarzyna Berenika Miszczuk

Prolog

Biegłam przez gęsty las. Czułam pod stopami suche liście i gałązki, słyszałam, jak pękały z trzaskiem. Nie miałam pojęcia, dlaczego biegnę ani dokąd. Wiedziałam tylko, że jeśli się zatrzymam, stanie się coś strasznego.

Dookoła mnie rozpościerała się ciemność. Jedynie wysoko w górze przez stalowe chmury przenikał blask księżyca, upiornie oświetlającego powykręcane konary drzew. Była pełnia.

Nie oglądałam się za siebie. W ciszy nocy słyszałam tylko swój świszczący oddech i szelest liści. Zagłębiając się coraz bardziej w ciemność ogromnego lasu, mijałam w biegu wysokie stare drzewa.

Nagle coś za mną zatrzeszczało. Chociaż bardzo chciałam, nie mogłam się odwrócić. Przyspieszyłam tylko. Bardziej wyczuwałam, niż słyszałam, że ktoś lub coś biegnie parę kroków za mną. Coraz bliżej! Poczułam ciepły oddech na karku…

Potknęłam się o wystający korzeń. Przerażona upadłam, kalecząc ręce, i zaczęłam głośno krzyczeć…

1

Czy może być coś gorszego od przeprowadzki do małego, nudnego miasteczka? I to na dodatek w połowie drugiego semestru!

Okej, rozumiem. Mama dostała awans i pracę w tutejszym Instytucie Badań Medycznych, więc musieliśmy się przeprowadzić. Ale dlaczego właśnie teraz?! Czy rodzice nie mogli z tym poczekać kilka miesięcy, aż skończę rok szkolny? To naprawdę byłoby takie trudne?

No dobrze, może nie powinnam się czepiać. Pod paroma względami jest tu lepiej. W Nowym Jorku mieszkaliśmy w apartamencie w wieżowcu, a teraz mamy tylko dla siebie cały dom, i to z ogrodem. Mój pies, seter wabiący się Sweter, strasznie się tam męczył. Nie miał gdzie się wybiegać, a tutaj cały dzień może spędzać na dworze. No i nie trzeba go już wyprowadzać, a to duży plus.

Nie czuję się tu jednak najlepiej. W Nowym Jorku zostawiłam wszystkich znajomych i całe dotychczasowe życie. Może nie było zbyt ciekawe, ale było moje. Szczerze mówiąc, bardzo za nim tęsknię. Poza tym samo miasto było fajne. Owszem, ktoś mógł cię okraść albo napaść na ciebie po zmroku, niebo było szare od zanieczyszczeń, ludzie nieuprzejmi, a ciągły hałas sprawiał, że powoli się głuchło, ale to był po prostu mój dom. A teraz? Teraz moim domem ma być jakieś durne Wolftown, które po raz pierwszy zobaczyłam kilka dni temu i wcale mi się nie spodobało.

Budynek naszego nowego domu jest podobno zabytkowy (kto chciałby mieszkać w zabytku?!), cały z drewna, z dachem pokrytym starymi, wyblakłymi od słońca dachówkami. Wygląda nawet nieźle, od frontu jest uroczy ganek z huśtawką. Własna huśtawka! Wiem, że to dziecinne, ale naprawdę się cieszę. Do tej pory chyba to ona sprawiła mi najwięcej radości.

Nie mogę jednak znieść, że w nocy wszystko w tym domu skrzypi i trzeszczy. Odnosi się wrażenie, że kręci się tutaj ktoś obcy. Pierwszej nocy co chwila się budziłam i wyglądałam z pokoju, żeby sprawdzić, czy się ktoś do nas nie włamuje.

W pobliżu naszej posesji, tuż za płotem, ciągnie się wielki, ciemny, ponury las. Nic nie może zastąpić tego widoku o poranku. Dobry humor na cały dzień gwarantowany…

Mieszkamy na końcu świata, bo w zasadzie już poza miastem. Hm… miastem? Po Nowym Jorku Wolftown wydaje mi się zapadłą dziurą: jedno kino, jedno centrum handlowe, jedna szkoła…

No i ta cisza. Tu wszędzie jest strasznie cicho. Połowy pierwszej nocy nie przespałam, bo poza skrzypieniem nie słychać tu niczego, a przez pozostałą część nocy dręczył mnie wyjątkowo paskudny koszmar ‒ jeden z najgorszych snów, jakie kiedykolwiek miałam. To chyba przez ten dom i las za oknem.

Mój pokój natomiast bardzo mi się spodobał. Znajduje się z dala od pozostałych, na piętrze, a okna wychodzą na ogród. Jest duży i ma własny balkon z pergolą sięgającą do samej ziemi. Jakbym się uparła, mogłabym po niej schodzić na dwór. Wiem, bo już próbowałam ‒ nadaje się znakomicie. Tylko trochę się podrapałam o pnące róże.

Zaraz następnego dnia po przeprowadzce zaczęłam rozpakowywać pudła z moimi rzeczami. Jeden mebel wprost mnie oczarował ‒ łóżko. Jest olbrzymie, z kolumienkami i moskitierą. Wreszcie komary nie będą mi utrudniać życia, a podejrzewam, że tu jest ich cała masa. Wokół lasy, jest więc wilgotno. Mogę się założyć o wszystko, że komary tu są i tylko czekają, aż wystawię w nocy nogę spod kołdry.

Moją kolekcję płyt CD razem z wieżą ustawiłam obok wnęki okiennej, tuż obok balkonu. To wprost wymarzone miejsce do siedzenia i słuchania ukochanych zespołów. Oczami wyobraźni widziałam już siebie zalegającą na poduszkach i słuchającą The Calling z błogą miną.

Nie mogłam się doczekać, kiedy wszystko uporządkuję i będę mogła trochę odpocząć przy muzyce. Praktycznie cały dzień grają u mnie radio albo odtwarzacz. Czasem doprowadzam tym rodzinę do szału, ale cóż ‒ kocham muzykę. A poza tym każdy chyba przyzna, że robienie na złość rodzince to przyjemne zajęcie.

Właśnie przypinałam do korkowej tablicy moją kolekcję rysunków i wycinków z gazet, kiedy usłyszałam krzyk mamy:

‒ Margo, obiad!

Nie chciało mi się jeść, wolałam dokończyć rozpakowywanie. Skoro muszę tu mieszkać, to chociaż w swojskim otoczeniu moich gratów. Nie miałam jednak wyboru, zeszłam na dół.

Rodzice dobrze wiedzieli, że nie chciałam się wyprowadzać. Starali się jakoś mi to ułatwić i umilić. Rzeczywiście ‒ już za oddanie mi największej sypialni w domu, która miała własną łazienkę, należał im się złoty medal.

Gdyby tylko własna łazienka mogła mi zastąpić pozostawionych przyjaciół.

Mama z prawdziwym zapałem zabrała się do urządzania jadalni: na środku ustawiła długi stół przykryty lnianym obrusem, w wazonie ułożyła kwiaty, podłogę przykryła puszystym perskim dywanem, a pomalowane na pastelową zieleń ściany ozdobiła sielskimi akwarelami. Hm, jak na mój gust było trochę za słodko. W naszym starym mieszkaniu w ogóle nie mieliśmy takiego pomieszczenia i posiłki jadaliśmy w kuchni. Natomiast tu: żyć nie umierać. Wielka chata, wszystko się mieści, a Sweter szaleje ze szczęścia, bo cały dzień może spędzać na dworze. Chciałabym móc się tak cieszyć jak on…

Schodząc po schodach, zerknęłam z rozbawieniem na wiszące w ramkach, kurpiowskie wycinanki na białym tle. Podobno oryginalne, wycięte nożycami do strzyżenia owiec. Prosto z Polski. To pomysł mojej babci od strony taty. Upierała się, że w naszym nowym domu powinno być trochę ducha kraju, z którego pochodził jej syn. Ja nie widziałam w tym większego sensu, ale kto będzie się kłócił z babcią? Na pewno mama nie miała takiego zamiaru. Łączyły je stosunki typowe dla teściowej i synowej, zaognione tym, że synowa wywiozła ukochanego syna z kraju. A na dodatek miała czelność porwać go aż za ocean. Po prostu bezczelna.

Na dole schodów o mało nie przewrócił mnie biegnący pies. Rozpędzone trzydzieści kilogramów to nie byle co. Uskoczyłam mu z drogi. Chyba pomknął do ogrodu. Tata zamontował w drzwiach kuchennych specjalną klapkę, żeby Sweter mógł swobodnie wchodzić i wychodzić. Mama początkowo nie chciała się na nią zgodzić ‒ w końcu złodzieje i dzikie zwierzęta też mogą tędy wejść do środka. Oczami wyobraźni widziała szopy pracze, które podstępem będą się do nas włamywać i grzebać w koszu na odpadki. Ja jednak wierzę, że mój odważny pies potrafi przepędzić wszystkich nieproszonych gości. A jeśli nawet nie… cóż, nie obrażę się, jeśli szopy zjedzą śmieci i nie będę musiała ich wynosić.

‒ Co dziś dobrego? ‒ spytałam, siadając za stołem.

‒ Kurczak z rożna, ziemniaki i sałatka ‒ odpowiedziała z uśmiechem mama.

‒ Znowu kurczak? ‒ jęknęłam. ‒ Nie znoszę go.

To chyba jedyna mięsna potrawa, której nie lubię. Serio…

Babcia, zajmująca miejsce naprzeciwko mamy, posłała jej pełne dezaprobaty spojrzenie. Szkoda, że to nie ona mnie żywi. Mogłabym do końca życia jeść na obiad pierogi jej produkcji albo placki ziemniaczane.

‒ Dopóki nie zrobimy zakupów, musimy jeść to, co jest ‒ powiedział surowo tata i usiadł przy stole.

Zgrywał się przed babcią. Normalnie wzruszyłby ramionami i stwierdził, że jeśli nie chcę jeść, to mogę głodować. Jednak przy babci tak nie wypada. Przy babci trzeba zjeść wszystko.

No cóż, mam wypróbowany sposób na kurczaka. To znaczy ‒ mamy, ja i Sweter. Mój ukochany piesek siedzi pod stołem, a ja cichaczem zrzucam mu jedzenie. Niestety tym razem ten numer był nieużyteczny, bo Sweter wybiegł gdzieś na dwór. Jest pewnie w ogrodzie na tyłach domu, bo do lasu sam się nie dostanie. Naszą posesję otacza niewysoki płot. Sweter go nie pokona, ale byle złodziej zdołałby go przeskoczyć.

No tak, tylko że w Wolftown pewnie nie ma nawet złodziei. Co za dziura!

W rezultacie z obiadem musiałam sobie radzić sama. Kiedyś, gdy jeszcze byłam mała, mama dawała się nabrać na starą jak świat sztuczkę z przesuwaniem jedzenia na talerzu, tak żeby się wydawało, że go ubywa. Niestety ten sposób przestał działać już dobrych parę lat temu. Musiałam więc wcisnąć w siebie trochę tego obrzydlistwa. Ble…

‒ Smakuje ci? ‒ spytała mama.

Naiwność ludzka nie zna granic.

‒ Ehe ‒ mruknęłam, próbując się nawet uśmiechnąć, ale chyba nie wyszło to przekonująco, bo mama się połapała.

‒ Coś nie tak, Margo? ‒ Przyjrzała mi się uważnie.

‒ Nie, nic ‒ odparłam.

‒ Znowu miałaś ten sen? ‒ zapytał z niepokojem tata.

Czy oni muszą być tacy dociekliwi? Owszem, znowu śniło mi się to samo, co poprzednio, ale przynajmniej tym razem, budząc się, nie postawiłam całej rodzinki na nogi.

‒ Nie, nie miałam ‒ odpowiedziałam.

Mój tata jest psychoterapeutą i naprawdę nie miałam nastroju na wysłuchiwanie jednego z jego słynnych kazań. Zaraz by się do mnie przyczepił. Sam co prawda nie zajmuje się prowadzeniem terapii, lecz pisaniem książek z tej dziedziny i wykładami, ale pewnie próbowałby zaciągnąć mnie do któregoś ze swoich kolegów po fachu, żeby mogli razem przeanalizować moją psychikę. Zadziwiającą przyjemność sprawia mu zgłębianie czyichś problemów emocjonalnych.

‒ Nic dziwnego, że jej nie smakuje. ‒ Babcia jednak nie mogła się powstrzymać. ‒ Ten kurczak jest zupełnie bez smaku. Małgosia ma bardziej wyrafinowany gust.

‒ Mhm, upodobanie do pożerania pierogów polanych świńskim łojem ze skwarkami ‒ prychnęła mama.

Mama lubi zdrową kuchnię. Najlepiej taką bez soli i cukru. Niestety.

‒ Coś mówiłaś? ‒ Babcia nie dała się zbić z pantałyku. ‒ Chyba bateria w aparacie słuchowym mi się psuje.

‒ Jestem tylko zmęczona całym tym zamieszaniem ‒ powiedziałam szybko, żeby przerwać dyskusję.

Na szczęście babcia lada dzień wyjeżdża. Rodzice odwiozą ją na lotnisko w Nowym Jorku, a ona wróci do Polski. Przyjechała tylko „pomóc” (łamane przez „irytować mamę”) podczas przeprowadzki. Chociaż ich utarczki miały w sobie wiele uroku, żal mi było czasem mamy. Przegrywała. Z kretesem. Za każdym razem…

‒ Może położysz się dzisiaj wcześniej? ‒ zaproponowała.

‒ Dobrze ‒ odpowiedziałam ugodowo.

I wtedy przypomniałam sobie, że dopiero rano czeka mnie istny horror. Przy nim kłótnie w domu to sielanka. Bo czy może być coś gorszego niż bycie nowym w szkole? Przez całe miesiące (jeśli nie lata) zamknięte społeczeństwo Wolftown będzie mnie traktować jak „nową”… Nikt nie będzie chciał ze mną gadać. „O, patrzcie, to ta nowa, przyjechała z Nowego Jorku. Pewnie myśli, że jest taka… zajebista”. Już słyszę te uwagi i złośliwości.

Aż nie mogę się doczekać. Która dziewczyna nie chciałaby być traktowana jak zadżumiona?

Pogrzebałam znowu w zimnym kurczaku, ale widząc ostrzegawcze spojrzenia mamy, zmusiłam się do przełknięcia paru kęsów.

‒ Pójdę się dalej rozpakowywać ‒ powiedziałam w końcu i z ulgą wstałam.

Gdy już wróciłam do swojego pokoju, włączyłam głośno The Calling, usiadłam w wykuszu na parapecie i zapatrzyłam się w las. Szczerze, z lekka mnie przeraża przez te sny. Zanim się pojawiły, bałam się wyłącznie pająków i wszelkiego robactwa. Teraz do listy moich fobii dopisałam las…

Przeważały w nim sosny i między ich smukłymi pniami przenikało sporo światła. Mimo to monotonny szum drzew wydawał mi się… złowieszczy.

Reszta dnia minęła mi na najprzyjemniejszym zajęciu, czyli „nicnierobieniu” i słuchaniu muzyki. Wieczorem, kiedy nawet to mnie już znudziło, przebrałam się w piżamę i położyłam do łóżka, słuchając tym razem Evanescence. Chciałam chwilę poczytać albo chociaż wymyślić tysięczny już scenariusz pierwszego dnia w nowej szkole, ale oczy same mi się zamknęły…

*

Biegłam pomiędzy drzewami. Otaczała mnie ciemność, nie docierał do mnie nawet nikły blask księżyca. W tej nienaturalnej ciszy głośne bicie mojego serca wydawało się wręcz nie na miejscu, ale nie mogłam się uspokoić, byłam zbyt przerażona.

Przyspieszyłam.

Nagle usłyszałam za plecami kroki, szybko zbliżały się do mnie. Biegłam dalej, starając się omijać wystające z ziemi korzenie. Gałęzie co chwila boleśnie uderzały mnie w twarz i ramiona, ale nie zwracałam na to uwagi.

Kroki było słychać coraz wyraźniej. Przed sobą zobaczyłam majaczące w ciemności wzgórze. Skierowałam się w jego stronę. Szybko zaczęłam się na nie wspinać. Byle tylko uciec. Jak najprędzej!

Gdy już dotarłam na szczyt, usłyszałam wycie. Przerażona odwróciłam się w prawo. Kilkanaście metrów ode mnie stał olbrzymi czarny wilk i wył do księżyca. Mój prześladowca się zbliżał. Poczułam, jak jego palce dotknęły mojego ramienia. Po chwili już tylko krzyczałam…

Przerażona nie mogłam przestać. Szamotałam się z kołdrą, próbując się od niej uwolnić. Obudziło mnie ostre światło.

‒ Margo! Spokojnie, córeczko, spokojnie ‒ powtarzała cicho mama, odgarniając mi z czoła mokre od potu włosy. ‒ To tylko zły sen, kochanie. Spokojnie…

‒ Mamo… ‒ Tylko tyle zdołałam wykrztusić, gardło nadal miałam ściśnięte ze strachu.

Byłam przerażona. Mój sen się zmienił! Różnił się od poprzednich. Teraz zobaczyłam wilka, a na dodatek ktoś, „on”, mnie dotknął. Wcześniej słyszałam tylko jego kroki i czasem czułam oddech na karku, jakby czaił się tuż obok. Ale nigdy wcześniej mnie nie dotknął!

Czułam, że to źle, bardzo źle. Nie wiedziałam tylko dlaczego. Dlaczego przed nim uciekam? Dlaczego tak się go boję?

‒ Nic ci nie jest, córeczko? ‒ spytała mama, nie mniej przerażona ode mnie. ‒ Może napijesz się wody?

‒ Dobrze ‒ odpowiedziałam niezbyt przytomnie i patrzyłam z lękiem, jak wychodzi.

Gdy wróciła, nadal byłam roztrzęsiona, ale zdołałam się już trochę uspokoić. Uśmiechnęłam się nawet i wzięłam od niej szklankę.

Nagle za oknem rozległo się wycie. Uśmiech zamarł mi na ustach i upuściłam szklankę, wylewając na siebie całą jej zimną zawartość.

‒ Co to takiego?! ‒ krzyknęłam, patrząc w stronę okna, za którym księżyc w pełni wychylał się właśnie zza chmury.

‒ Prawdopodobnie wilk ‒ odpowiedział milczący dotychczas tata. Nawet nie wiedziałam, że też tu jest. ‒ Pełno ich w tych lasach.

‒ Co?! ‒ krzyknęłam znowu.

‒ Eee, no wilki ‒ zmieszał się tata. ‒ Nie mówiłem ci o nich?

‒ Nie! ‒ odpowiedziałam z wyrzutem.

‒ No cóż, teraz już wiesz ‒ stwierdził i uśmiechnął się niepewnie. ‒ Zresztą i tak nie wychodzą z lasu, a ty na pewno się do niego nie wybierasz, więc problem z głowy.

No tak. Tata i to jego proste rozumowanie. Ja raczej do lasu nie pójdę, ale jeśli coś stamtąd wyjdzie? Przecież las zaczyna się tuż za naszym płotem. Wielka puszcza! Poza tym ten dom jest zupełnie oddalony od innych. Jeśli coś nas zaatakuje, to nikt nawet nie usłyszy naszych krzyków. Nikt nie przybędzie na ratunek!

A mój tata cieszy się, że obcujemy tu z przyrodą. Litości! Naprawdę zastanawiam się czasem, czy mamy te same geny. Co prawda z wyglądu jesteśmy do siebie podobni, ale w charakterze i podejściu do życia nie ma żadnych zbieżności.

Zresztą… powinnam się była domyślić. Bo niby skąd taka nazwa: Wolftown? Miasto wilków… O rany, ale ja jestem głupia!

‒ Przepraszam, że was obudziłam ‒ bąknęłam.

‒ Nie przejmuj się, kochanie. ‒ Mama uśmiechnęła się blado. ‒ Dopiero co się położyliśmy, a babcia i tak zdjęła gumowe ucho na noc.

‒ Skarbie! ‒ zganił ją tata.

‒ No co? Źle mówię? ‒ prychnęła. ‒ Postaraj się zasnąć, Margo.

‒ Dobranoc.

Rodzice zgasili światło i wyszli, a ja podeszłam do okna i ostrożnie wyjrzałam. Wszystko wyglądało jak w moim śnie: ciemne, wrogie i straszne. Aż zadrżałam. Na szczęście nie jestem teraz tam, na dole, i nie muszę uciekać.

A więc wilki są w tym lesie! W lesie, który rozciąga się w najlepsze tuż za naszym domem. Przysięgłam sobie, że nigdy się tam nie zapuszczę. Nic mnie do tego nie zmusi. Krew pulsowała mi boleśnie w głowie. Chyba nie zasnę już tej nocy. Stałam, patrząc z lękiem w ciemność, ale w końcu zmęczenie wzięło górę.

Położyłam się do łóżka i zasnęłam.

Rano wcale nie miałam lepszego humoru. Nie zaciągnęłam zasłon, więc świecące prosto w oczy promienie słońca zbudziły mnie bardzo wcześnie.

Leżałam, usiłując się zmusić do wstania. Zerknęłam na tarczę budzika stojącego na nocnej szafce. Szósta. Gdyby nie słońce, mogłabym jeszcze trochę pospać. Wstałam zrezygnowana i poszłam do łazienki umyć głowę. Rozczulanie się nad sobą raczej nie pomoże mi w znalezieniu przyjaciół w nowej szkole.

W dni takie jak ten nie cierpiałam swoich włosów. Kolor nie był taki zły, po prostu brązowy, więc pasował do moich piwnych oczu i oliwkowej karnacji. Ciągle jednak miałam z nimi jakieś problemy. Ścięłam je niedawno dość krótko i teraz otaczały moją głowę poskręcaną aureolą.

Nie cierpię myć głowy, bo zawsze jakimś cudem szampon wpada mi do oczu. Myślałam, że będzie z tym mniej zachodu przy krótkich włosach, ale się myliłam. Niby jest szybciej, za to teraz trzeba je myć codziennie i na dodatek wieczorem wcale nie wyglądają na świeże, jak twierdzą producenci szamponów. Poza tym gdy tylko poczują odrobinę wilgoci w powietrzu, skręcają się w takie koślawe loczki i wyglądam, jakby piorun w miotłę strzelił. A że blisko lasu nie brakuje miejsc podmokłych…

Gdy wreszcie wyszłam z łazienki, stwierdziłam z niechęcią, że nie wiem, w co mam się ubrać. W tutejszej szkole nie obowiązują podobno żadne mundurki. A panujących trendów też jeszcze nie znam. W końcu zdecydowałam się na czarne spodnie, niebieską koszulkę i moją ulubioną czarną bluzę z napisem „Gothic”. No i oczywiście nie mogłam zapomnieć o pierścionku przynoszącym szczęście.

Spakowałam plecak obszyty plakietkami moich ulubionych zespołów i zeszłam na śniadanie.

‒ Kochanie, musisz brać ten pierścionek? ‒ spytała mama.

‒ A dlaczego nie? ‒ odpowiedziałam pytaniem na pytanie.

‒ No, bo wiesz, on jest taki, taki…

Są gusta i guściki, ale nie rozumiem, dlaczego mama aż tak go nie cierpi. Pierścionek ma kształt srebrnej żmii, oplatającej trzy razy mój palec. Według mnie jest fantastyczny, jednak jej wyraźnie się nie podoba.

‒ Ale on przynosi mi szczęście ‒ wyjaśniłam.

‒ To dobrze, że chce zabrać ze sobą talizman ‒ wtrącił się tata z kolejną psychologiczną gadką. ‒ Będzie dzięki temu miała poczucie bezpieczeństwa. Przecież wchodzi właśnie w zupełnie nieznane środowisko. Chociaż… to może też oznaczać, że Margo nie ma pewności siebie i potrzebuje czegoś, co ją zastąpi…

Teraz jest chyba jasne, dlaczego nie wdaję się w szczegóły, opowiadając mu swoje sny.

Po śniadaniu wsiadłam z mamą do samochodu i ruszyłyśmy w stronę szkoły. Tata pomachał nam wesoło na pożegnanie. Całe szczęście babcia jeszcze spała i nie musiałam słuchać jej dobrych rad. Przynajmniej ona jedna się wysypia.

‒ Posłuchaj, najpierw pójdziesz do gabinetu dyrektora. On ci wyjaśni, co i jak, i da ci plan lekcji. Dobrze? ‒ instruowała mnie rodzicielka, parkując na chodniku przed jakimś budynkiem.

Szkoła wydała mi się strasznie brzydka. Nie była obdrapana czy coś takiego. Po prostu wyglądała jakoś tak… ponuro. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego wszystkie szkoły robią tak odpychające wrażenie. Jakby z założenia miały wzbudzać w uczniach strach i niechęć.

‒ Okej ‒ odpowiedziałam z rezygnacją i wysiadłam z samochodu mamy.

Tak jak się spodziewałam, dla młodzieży w Wolftown stałam się atrakcją dnia. Gdy tylko przystanęłam na chodniku, wszystkie spojrzenia jak na komendę skierowały się w moją stronę.

Drzwi wejściowe znajdowały się w odległości zaledwie kilku metrów ode mnie. Jednakże po obu stronach prowadzącego do nich chodnika ciągnęły się niskie murki oblepione uczniami, którzy wpatrywali się we mnie, jakbym miała dwie głowy lub jakąś inną widoczną ułomność.

Zarzuciłam plecak na ramię i z podniesioną głową ruszyłam w stronę wejścia. Nie przestraszą mnie. Dam sobie radę. Doskonale dam sobie radę.

Szczerze mówiąc, miałam ochotę odwrócić się na pięcie i zwiać gdzie pieprz rośnie. Mogłabym nawet polecieć z babcią do Polski i robić wycinanki za pomocą nożyc do strzyżenia owiec. Wszystko byłoby lepsze od spojrzeń tych ludzi i komentarzy, które przekazywali sobie na ucho. Starałam się iść spokojnie, ale czułam się, jakby coś mnie gnało wściekle do przodu.

Może nie powinnam była wkładać tej bluzy? A może z moim plecakiem jest coś nie tak? Boże, żeby tylko nie śmiali się z moich włosów.

Wbiłam spojrzenie w drzwi wejściowe, lecz kątem oka zerkałam na mijanych ludzi. Po mojej lewej stronie stały jakieś ładne dziewczyny i umięśnieni chłopcy ubrani w takie same kurtki ‒ pewnie sportowcy i cheerleaderki. Natomiast po prawej zobaczyłam grupę osób ubranych na czarno. Tylko oni nie szeptali na mój widok. Zupełnie jakbym ich nie interesowała. I właśnie przez to przykuli moją uwagę; zwłaszcza pewien chłopak z jasnymi włosami. Nasze spojrzenia skrzyżowały się tylko na chwilę, więc nie zdążyłam przyjrzeć mu się dokładnie. Ale właśnie jego zapamiętałam najlepiej.

Niektórzy chłopcy z tej grupki mieli długie włosy, inni skórzane kurtki. Wyglądali jak gang młodocianych przestępców albo wielbiciele metalu. Osobiście wolałabym ten drugi wariant, ale przy moim szczęściu…

Po niemożliwie długiej chwili dotarłam wreszcie do wejścia. Z westchnieniem ulgi otworzyłam drzwi. Co prawda w środku też byli jacyś uczniowie, ale nie przypominali tych na zewnątrz i nie patrzyli na mnie tak nachalnie. Tylko zerkali niepewnie. Tu mogłam być anonimowa.

Podeszłam do jakiejś dziewczyny grzebiącej w szafce i spytałam ją:

‒ Przepraszam, możesz mi powiedzieć, gdzie są sekretariat i gabinet dyrektora?

Blondyneczka odwróciła się do mnie zaskoczona. Podejrzewałam, że zacznie mi się przyglądać tak jak inni, ale ona po prostu uśmiechnęła się do mnie promiennie i odpowiedziała:

‒ Oczywiście. Zaprowadzę cię.

‒ Dzięki.

Coś takiego! To mili ludzie jeszcze istnieją?

‒ Drobiazg. Jestem Ivette, ale możesz mi mówić Iv.

‒ Ja mam na imię Margo ‒ przywitałam się.

‒ Będziesz chodzić do naszej szkoły? ‒ spytała Iv. ‒ Do której klasy?

‒ Do drugiej.

‒ To tak jak ja! ‒ ucieszyła się dziewczyna. ‒ Może będziemy miały razem zajęcia.

‒ Fajnie by było ‒ odparłam.

Czułam, że już lubię tę drobną blondynkę.

Z dyrektorem poszło szybko. Podał mi mój plan lekcji, przekazał szyfr do szafki i wyjaśnił, że raz w tygodniu, w piątki, są zajęcia na basenie. Ucieszyłam się, bo uwielbiam pływać. W szkole w Nowym Jorku po prostu graliśmy w nudne gry zespołowe, podczas których trzeba było uważać, żeby ktoś nie wybił ci zębów piłką. Basen w porównaniu z tym to sama przyjemność.

Dyrektor zawołał sekretarkę, która zaprowadziła mnie do sali na moją pierwszą lekcję ‒ historię sztuki. Widać nie chciało mu się dłużej ze mną gadać. No i wzajemnie.

Gdy weszłam do klasy, wszyscy zaczęli się na mnie gapić. Wyjaśniłam nauczycielowi, że jestem nową uczennicą, i pokazałam kartkę od dyrektora.

‒ Usiądź ‒ usłyszałam w odpowiedzi.

Rozejrzałam się szybko. Nie dostrzegłam Ivette. Zresztą i tak jedyne wolne miejsce znajdowało się na końcu sali, koło niedbale siedzącego na krześle, wysokiego chłopaka ubranego na czarno. Jezu… to on! To na niego zwróciłam uwagę przed szkołą.

Przeszłam pomiędzy ławkami w jego stronę i usiadłam na wolnym miejscu.

‒ Cześć ‒ powiedziałam.

Nawet nie odpowiedział. Tylko spojrzał na mnie niechętnie zielonymi oczami spod strzechy jasnych włosów. Dobra, rozumiem. Nie chce rozmawiać, to nie będę się narzucać. Sztywniak.

Starając się nie zwracać na niego uwagi, wyjęłam z plecaka zeszyt oraz piórnik i zaczęłam słuchać tego, co mówił nauczyciel. Strasznie przynudzał, więc po chwili odpłynęłam myślami w kierunku Nowego Jorku. Teraz siedziałabym na angielskim z najlepszą kumpelą i wymieniałybyśmy się liścikami. Szkoda, że mnie tam teraz nie ma…

‒ Fajny pierścionek ‒ mruknął chłopak, sprowadzając mnie niespodziewanie na ziemię.

‒ Dzięki ‒ odpowiedziałam speszona i zerknęłam na niego.

On jednak wpatrywał się, tak jak ja poprzednio, w profesora. I już do końca lekcji zachowywał się tak, jakby mnie w ogóle nie było. Chwilę się na niego gapiłam, aż dotarło do mnie, że to musi głupio wyglądać, więc jeszcze bardziej speszona odwróciłam wzrok.

Następne lekcje okazały się równie nudne, z tym że miałam lepsze towarzystwo, bo zwykle siedziałam obok Ivette.

W przerwie na lunch poszłyśmy razem do stołówki. Oczywiście, wszyscy się za mną oglądali i komentowali coś przyciszonymi głosami.

‒ O, usiądźmy tam ‒ powiedziała Iv, w ogóle nie zwracając uwagi na większy niż zazwyczaj szum, i pociągnęła mnie w stronę stolika stojącego na uboczu.

Gdy już usiadłyśmy, zainteresowanie moją osobą nieco osłabło.

‒ Ja też jestem nowa ‒ powiedziała Iv. ‒ Tylko że przeprowadziłam się do Wolftown na początku roku szkolnego.

‒ Serio? ‒ spytałam zaskoczona.

A więc dlatego nie reagowała na szepty i zaczepki. Odczuła to na własnej skórze i zdążyła się przyzwyczaić.

‒ Tak. Na mnie też wszyscy się tak gapili, więc dobrze cię rozumiem. Dam ci kilka rad. Tamta grupa ‒ powiedziała, wskazując na ładne dziewczyny w krótkich spódniczkach i umięśnionych chłopców ‒ to sportowcy. Radzę się do nich nie zbliżać. Są bardzo nieprzyjemni, zwłaszcza cheerleaderki. Akceptują tylko swoje stado.

‒ Tak podejrzewałam ‒ mruknęłam.

‒ No a tamci… ‒ kiwnęła głową w stronę grupy ubranych na czarno ‒ …to metalowcy. Jeśli nie muszą, z nikim nie gadają, więc są raczej nieszkodliwi. Wiesz, zawsze trzymają się razem. Jest jeszcze grupka kujonów ‒ prawie wszyscy w okularach. Ci w rogu to z kolei pseudoraperzy. Poznasz ich po spodniach zsuwających się z tyłków. No i na koniec zostają tacy jak my, czyli wykolejeńcy niepasujący do żadnej z grup.

‒ Aha ‒ westchnęłam i spojrzałam na metalowców. ‒ A jak nazywa się ten chłopak?

‒ Który?

‒ Ten wysoki blondyn.

‒ Eee, który? ‒ Iv nadal nie mogła go zidentyfikować.

‒ No, ten! ‒ powiedziałam zirytowana. ‒ Wysoki blondyn, włosy opadają mu tak dookoła twarzy, z tyłu sięgają ramion. Ma zielone oczy i kolczyk w uchu. I skórzaną kurtkę.

‒ Dokładnie mu się przyjrzałaś, co? ‒ spytała Iv i głupawo się uśmiechnęła. ‒ Czyżby to była miłość od pierwszego wejrzenia?

‒ No co ty?! Ja… Siedzę z nim na historii sztuki ‒ powiedziałam szybko.

‒ Taak, jasne ‒ odpowiedziała, przeciągając słowa. ‒ To Max Stone. Jest metalowcem.

‒ To akurat wiem ‒ odpowiedziałam i przewróciłam oczami.

‒ Jest od nas starszy. Ma siedemnaście lat.

‒ To dlaczego siedzi ze mną na historii sztuki? Nie zdał?

‒ Nie, to nie tak. Historia sztuki jest łączona, bo bądźmy szczerzy, profesor w kółko mówi o tym samym. To jeden z wolnych przedmiotów. Tak naprawdę nie rozumiem, o co w tym chodzi. Podobno zorganizowali te zajęcia tylko dlatego, że burmistrz Wolftown postanowił rozwijać w młodzieży zainteresowanie sztuką i dał na to jakąś dotację z rady miasta. Łączą klasy, żeby szybciej odbębnić godziny. Lekcje na basenie też są łączone, ale to raczej dlatego, że jest duży. O właśnie, kiedy masz basen?

‒ W piątek na trzeciej i czwartej godzinie.

‒ To tak jak ja! ‒ ucieszyła się Iv. ‒ Pewnie nie wiesz, że razem z nami zajęcia na basenie mają też Max i jego pokręceni kumple.

‒ Aha, nie wiedziałam ‒ starałam się, żeby zabrzmiało to obojętnie.

Więc jeszcze go zobaczę. Chociaż… właściwie nie wiem, dlaczego tak się nim interesuję. Przecież był nieuprzejmy, nie odpowiedział na moje „cześć”. Jednak z drugiej strony… spodobał mu się mój pierścionek. Ale bądźmy szczerzy: to wcale dobrze o nim nie świadczyło, bo ja mam porąbany gust.

Normalna dziewczyna, taka jak Ivette, nosi różowe sweterki i eleganckie, delikatne kolczyki. Ja za to lubię duże kolczyki, takie w stylu indyjskim, i ku rozpaczy wszystkich babć i ciotek bardzo lubię czarny kolor. Po prostu do wszystkiego mi pasuje! No i nie cierpię różowego. Jest prawie tak obrzydliwy jak… kurczak z rożna.

A ten Max… Nie można powiedzieć, żeby nie był przystojny. Ma długie, jasne włosy, wycieniowane tak, że otaczają mu twarz i opadają lekko na ramiona, zgrabny, prosty nos i niesamowite zielone oczy. Przy źrenicy są koloru trawy, a potem stopniowo ciemnieją, aż do czarnej obwódki tęczówki. Trochę przypomina Aleksa Banda, wokalistę mojego ukochanego The Calling, ale jest przystojniejszy i nosi inny kolczyk: mały, srebrny kieł.

Zaraz, zaraz! O czym ja mówię? No dobra, jest przystojny, ale i tak nie zwraca na mnie uwagi. Więc po co mam zawracać sobie głowę? Och, czuję, że zaczynam wariować. Za dużo nowych wrażeń. Czas wracać do domu pod kołdrę.

Reszta lekcji minęła spokojnie. Nie spotkałam więcej Maksa, nawet na korytarzu. Poznałam za to kolejne uroki bycia nową.

Właśnie wyjmowałam swoje książki z szafki, gdy podeszła do mnie taka jedna w towarzystwie przyjaciółki i zaczepnie rzuciła:

‒ Przyjechałaś z Nowego Jorku?

‒ Tak ‒ odpowiedziałam, niczego jeszcze nie przeczuwając.

‒ Umarł ci ktoś w rodzinie, że ubierasz się jak metal, czy po prostu wszyscy w tym Nowym Jorku nie mają gustu? ‒ spytała przesłodzonym głosem.

No nie. Wkurzyłam się. Jak ona śmie obrażać moje ukochane miasto?!

‒ Nie ‒ odpowiedziałam równie słodko. ‒ To mój własny styl. Ale podejrzewam, że w Wolftown ‒ słowo „Wolftown” wypowiedziałam tak, jakbym je wypluła ‒ nie mogłam się powstrzymać ‒ nie znacie czegoś takiego. Tylko wszyscy beznadziejnie klonujecie się nawzajem.

Mówiąc to, spojrzałam z politowaniem na ich identyczne różowe sweterki i prawie takie same minispódniczki z zakładkami. Bezguście kompletne.

Wściekła cheerleaderka zaczerwieniła się, co w połączeniu z krzykliwym różem sweterka dało dość niesamowity efekt, i syknęła:

‒ Jeszcze mnie popamiętasz, ty… ty… metalu!

I odeszła. No tak. Już pierwszego dnia narobiłam sobie wrogów. Ale przecież nie mogłam puścić jej tego płazem. Powinna wiedzieć, że nowojorczyków nie należy obrażać, bo potrafią się odgryźć. Poza tym jak ona może sądzić, że „metal” to obraźliwe słowo? Chociaż… może w Wolftown obowiązują inne normy. Podejrzewam, że zanim dobrze się z nimi wszystkimi zapoznam, to jeszcze nieraz komuś podpadnę.

Po ostatnich zajęciach, z biologii, na których siedziałam oczywiście obok Iv, razem wyszłyśmy ze szkoły. Z Ivette czułam się o wiele raźniej. Była jak żywa tarcza, która osłaniała mnie przed ciekawskimi spojrzeniami innych uczniów swoim wesołym szczebiotem. Poza tym nie bała się innych ludzi i ta jej odwaga trochę mi się udzielała.

Na parkingu zdałam sobie sprawę z tego, że nie mam jak wrócić do domu! Rodzice co prawda zawieźli mnie do szkoły, ale słowem nie wspomnieli, że po mnie wrócą. Raczej nie mogłam na nich liczyć. Ależ mam świetną rodzinkę, prawda? To rozkoszne być córką dwójki zapracowanych i lekko szalonych naukowców. Poczułam, że wpadam w panikę.

‒ Czy jeździ tu szkolny autobus? ‒ spytałam idącą obok mnie Ivette.

‒ Nie. A czemu pytasz?

‒ Nie mam jak wrócić do domu ‒ odpowiedziałam i zaczęłam się zastanawiać, ile czasu zajęłoby mi dojście pieszo do naszego domu znajdującego się daleko za miastem, w dzikiej głuszy. Pewnie parę godzin…

‒ Podrzucę cię, mam samochód ‒ zaproponowała Iv. ‒ Chodźmy na parking.

‒ Dzięki. Ja nie mam nawet prawa jazdy ‒ westchnęłam i powlokłam się za nią.

‒ Nie? ‒ Iv spojrzała na mnie z niedowierzaniem.

‒ W Nowym Jorku nie potrzebowałam go.

‒ To jak dojeżdżałaś do szkoły i poruszałaś się po mieście?

‒ Tam wszędzie można dojechać metrem albo dojść pieszo ‒ wyjaśniłam.

‒ Aha ‒ mruknęła bez przekonania.

Dziwne. Czyżby nie słyszała o słynnym nowojorskim metrze? Coś podobnego.

Parking znajdował się tuż za szkołą. Był całkiem duży i dokładnie zastawiony samochodami. Przy ścianie budynku dostrzegłam stojak wypełniony rowerami, a obok parę… tak! Motocykli!

‒ Czyje są te maszyny? ‒ spytałam Ivette, przyglądając się im uważnie.

Zawsze chciałam mieć własny motor, ale rodzice prędzej daliby się pokroić, niżby mi na to pozwolili. Ech, pomarzyć zawsze można… Ja na błyszczącej maszynie to byłoby coś wspaniałego. Ten wiatr we włosach, cichy szum silnika (nie rozumiem, jak inni radzą sobie bez tłumików!) i pęd powietrza… Ach…

Od razu rzucił mi się w oczy jeden z nich: czarny suzuki ze srebrnymi strzałami po bokach. Dwa siedzenia i mały bagażnik z przodu, tuż za kierownicą. Piękny. Co ja bym dała, żeby mieć taki albo żeby chociaż raz móc się takim przejechać.

‒ A… to przeważnie metalowcy nimi jeżdżą i kilku sportowców też ‒ powiedziała Ivette, prowadząc mnie do swojego samochodu.

Kiedy się przed nim zatrzymałyśmy, aż mnie zatkało. Miałam wrażenie, że zaraz zachłysnę się własnym językiem.

Nie do wiary, że ktoś może chcieć jeździć czymś takim… różowym, wstrętnie, obrzydliwie różowym, tak różowym, że aż kłuje w oczy!

Stałam tak i z otwartymi ustami gapiłam się na garbusa, nie pojmując, jak można jeździć samochodem pomalowanym na taki paskudnie jadowity kolor.

Poczułam stuknięcie w ramię.

‒ O co chodzi? Nie wsiadasz? ‒ spytała Iv i wyciągnęła z kieszeni kluczyki od auta. Z breloczkiem, takim… różowym pomponikiem.

‒ A, tak ‒ ocknęłam się i usiadłam na miejscu pasażera.

O matko, w co ja się wpakowałam? To przecież prawdziwe piekło. Najokrutniej różowe piekło na świecie.

Mimo szoku próbowałam zachowywać się swobodnie ze względu na Iv. Przez pierwszych parę minut zastanawiałam się, czy nikt mnie nie widział, ale potem przypomniałam sobie, że przecież nikogo tu nie znam, więc było mi już wszystko jedno. Postanowiłam też kategorycznie, że do szkoły będę jeździć rowerem. Tak! Rower to bardzo dobry pomysł. Zwłaszcza że mój jest srebrno-czarny, więc w żadnym wypadku nie przypomina pojazdu Barbie.

To znaczy Iv.

2

Rodzice bardzo się ucieszyli, że tak szybko znalazłam sobie przyjaciółkę w nowej szkole. O zajściu z cheerleaderką im nie powiedziałam, jeszcze zaczęliby się martwić, że „nie potrafię się przystosować i okazuję agresję w stosunku do obcych”. Tak mniej więcej brzmiałby tekst mojego taty, a nie chciałam dawać mu okazji do przemówień. Gdyby tylko Ivette nie jeździła takim wściekle różowym samochodem, czułabym się naprawdę szczęśliwa.

Kiedy powiedziałam im, że będę jeździła do szkoły rowerem, przyjęli to zadziwiająco spokojnie.

‒ A jeśli coś ci się stanie? Nasz dom jest poza miastem! To strasznie daleko! ‒ histeryzowała mama.

No proszę, w końcu raczyła zauważyć, że mieszkamy na całkowitym odludziu, a w zasadzie w lesie? Coś takiego…

‒ A niech robi, co chce ‒ dolewała oliwy do ognia babcia.

Wreszcie, mniej więcej po godzinie dyskusji, przytaczaniu argumentów za i przeciw (to był oczywiście pomysł taty), zdecydowali wspólnie, że mogę jeździć rowerem. Oni naprawdę są dziwni. Zapominają mnie zabrać ze szkoły, a potem nie chcą się zgodzić, żebym sama do niej jeździła. Czasami w ogóle ich nie rozumiem. No, ale w końcu to oni są dorośli.

Wieczorem, już po kolacji, leżałam na łóżku w swojej ulubionej piżamie w gwiazdki i czytałam bardzo interesujący romans dla nastolatek. Tak naprawdę wolę książki, w których dużo się dzieje: są jakieś wybuchy, tajemnice, zwariowane przygody, potwory. Ale gdy jestem w nastroju, romansem też nie pogardzę. Każdy ma chyba prawo do marzeń?

Książka była ciekawa i oczywiście dobrze się skończyła, jak wszystkie inne z tej serii. Czasem to aż wkurzające. Tam zawsze wszystko dobrze się kończy, a w prawdziwym życiu im dalej, tym gorzej.

Szkoda, że mnie nie przydarzają się żadne przygody. Na pewno sprawdziłabym się w roli nieustraszonej bohaterki. Oczywiście zakładam, że w grobowcach, które bym eksplorowała niczym Lara Croft, nie natknęłabym się na pająki. Bo gdyby się jakieś jednak znalazły, moją odwagę z pewnością można by zakwestionować…

Było już późno, zgasiłam więc światło i zasnęłam.

Śniła mi się jakaś kompletna niedorzeczność: byłam na historii sztuki, a obok mnie zamiast uczniów siedziały w ławkach różowe samochody trąbiące na nauczyciela. Autko Ivette ma na mnie stanowczo zły wpływ, powinnam zacząć go unikać.

Niespodziewanie sen się zmienił ‒ zastąpił go mój koszmar.

*

Było ciemno, a wilgotne powietrze oblepiało mi ramiona. Wydawało się, że zaraz schwyta mnie w swoje macki.

Biegłam, pod stopami czułam pękające z suchym trzaskiem liście i gałązki. Nagle usłyszałam odgłos kroków za plecami.

Przyspieszyłam.

Mój prześladowca zbliżał się jednak coraz bardziej! Mimo ogromnego wysiłku nie potrafiłam go zgubić. Czułam, że mnie dogania!

Wtedy zobaczyłam przed sobą wzgórze. Zaczęłam się na nie wspinać. Gdy dotarłam na szczyt, zza chmur wyłonił się księżyc w pełni. Przystanęłam, żeby odetchnąć. Wtedy parę metrów przed sobą zobaczyłam… czarnego wilka.

Zwierzę zawyło, a następnie spojrzało na mnie, obnażając kły ociekające śliną. Nagle poczułam, jak ktoś łapie mnie za ramię i mocno ciągnie w swoją stronę. Przerażona wyrwałam się i zaczęłam głośno krzyczeć…

Chwilę potem się obudziłam. Na szczęście tak naprawdę nie krzyczałam zbyt głośno, więc rodzice nie przybiegli mi na ratunek.

Uświadomiłam sobie, że mój sen znowu się zmienił! Wciąż pojawiają się w nim nowe szczegóły. Wczorajszej nocy tylko zobaczyłam wilka i poczułam, jak ktoś łapie mnie za ramię. Dzisiaj wiedziałam, że wilk zamierza się na mnie rzucić. To było straszne! Co się ze mną dzieje? Może powinnam iść do lekarza? Czy takie sny są normalne?

Włączyłam nocną lampkę i podeszłam do okna. Las wyglądał spokojnie, wokół panowała niczym niezmącona cisza. Księżyc wcale nie jaśniał pełnią, powoli się kurczył, zwężając w cienki łuk. Nie mogłam się jednak uspokoić. Wciąż czułam, że gdzieś tam w ciemności coś się czai. Może wilk, a może mój tajemniczy prześladowca?

Szybko odsunęłam od siebie te myśli i zasłoniłam okno. Włożyłam na uszy słuchawki i zaczęłam słuchać swojej ulubionej kapeli. Musiałam dojść do siebie, a nie chciałam przypadkiem obudzić rodziców. Mama i tak miała już dość na głowie; przejmowała się nową pracą. Nie potrzebowała dodatkowych zmartwień.

Rano zauważyłam, że baterie w odtwarzaczu się wyczerpały, a ja zapomniałam poprzedniego dnia nastawić budzik.

Szybko pobiegłam do łazienki, a potem w pośpiechu włożyłam na siebie cokolwiek, czyli znalezione pod łóżkiem granatowe dżinsy i czarną bluzkę. Wypakowanie kartonu z ubraniami poszło mi poprzedniego dnia bardzo łatwo. Okazało się, że wystarczyło go przechylić do góry nogami.

Rodzice już wyszli (a obudzić mnie to nie łaska?), a babcia jeszcze nie wstała, więc napiłam się tylko soku i pognałam do garażu po rower. Na szczęście powietrze w oponach było, bo na piechotę za żadne skarby bym nie zdążyła. No, chyba że na ostatnie zajęcia.

Gdy wskoczyłam na siodełko, przypomniałam sobie, że nie wzięłam kostiumu kąpielowego na basen. Jestem raptem drugi dzień w szkole i już bym zdążyła podpaść nauczycielce, która ‒ według Iv ‒ jest prawdziwą heterą. Podobno uwielbia wyżywać się na biednych uczniach. Szybko zawróciłam po kostium oraz czepek i pedałując ile sił, pomknęłam do szkoły.

Ale czy zamknęłam drzwi na klucz? Eeech, nie będę wracać. Jakby co, Sweter chyba przepędzi złodziei. A jeśli nawet mu się nie uda, to z pewnością babci uda się zagadać ich na śmierć. Zdążą osiwieć, słuchając, jak to wychowywała się w ciężkich warunkach tuż po wojnie, a mimo to nie okradała porządnych obywateli. Swoją historię zapewne zakończy opowieścią o pradziadku, który jeździł furmanką i rozwoził węgiel, za co komuniści go potem nie lubili.

Już ja ją znam. Włamywacze nie mają najmniejszych szans.

Szkoła znajdowała się strasznie daleko od naszego domu. Wolftown nie miało zwartej zabudowy. Domy i budynki użyteczności publicznej były porozrzucane bezładnie na dość dużym terenie. Niestety moja szkoła znajdowała się dokładnie po drugiej stronie miasta względem naszego domu. Na dodatek droga prowadziła prawie cały czas pod górę. Gdy już myślałam, że padnę na serce i że za parę dni rodzice znajdą w przydrożnym rowie moje rozkładające się zwłoki, w oddali zobaczyłam budynek liceum. To dodało mi sił.

Jakimś cudem zdążyłam na pierwszą lekcję, chociaż do dziś nie wiem, jak tego dokonałam. Musiało to oznaczać, że odległość z domu do szkoły, czyli jakieś sześć kilometrów, przejechałam w kwadrans! Gdyby jazda na starych rowerach bez przerzutek była dyscypliną olimpijską, zostałabym mistrzynią świata ‒ bez dwóch zdań!

Zdyszana, z piskiem opon zahamowałam przed stojakiem na rowery. Szybko zeskoczyłam z siodełka i byle jak przypięłam rower do barierki. Chciałam zdjąć kask, kiedy zauważyłam, że w ogóle go nie włożyłam. Dobrze, że na tym odludziu nie ma tyle policji co w Nowym Jorku! Przymknęliby mnie jak nic albo przynajmniej wlepili mandat za nieprzepisową jazdę i narażanie pieszych na niebezpieczeństwo.

Właśnie otwierałam drzwi szkoły, gdy wypadł z nich prosto na mnie jakiś wysoki brunet.

‒ Och, sorry ‒ wysapałam pospiesznie.

Po tej szaleńczej jeździe ledwie trzymałam się na nogach, czułam się tak, jakby mi za chwilę miały odpaść.

‒ Nie szkodzi ‒ odpowiedział chłopak i odsunął się.

Teraz mogłam przyjrzeć mu się dokładniej. Aha, sportowiec. Skąd to wiem? Owszem, chciałabym mieć superintuicję jak w filmach, ale tak naprawdę zdradziła go kurtka z nazwą szkolnej drużyny koszykarskiej. Była w dość żywych barwach, żeby broń Boże nikt żadnego sportowca nie pomylił z jakimś szkolnym wykolejeńcem, który jest tak mało popularny, że nie chcą go w żadnej grupie.

‒ Nazywam się Peter Deep. ‒ Chłopak uśmiechnął się. ‒ Ty jesteś tą nową?

‒ Tak ‒ odparłam i nawet się nie obraziłam za „tę nową”, taki był ten sportowiec ładny. ‒ Jestem Margo Cook.

‒ Miło cię poznać. Chyba nikt jeszcze z tobą nie rozmawiał poza tą szaloną Francuzką w różowym samochodzie?

‒ Taak, wszyscy traktują mnie tu jak kosmitkę ‒ powiedziałam i też się uśmiechnęłam.

Wydawał się całkiem sympatyczny jak na członka jednej z najbardziej uprzywilejowanych grup w tej szkole.

Nie wiedziałam, że Ivette jest Francuzką. Owszem, mówiła z takim śpiewnym akcentem, ale nie zastanawiałam się, z jakiego kraju pochodzi.

‒ No dobra, spadam. Miło było cię poznać. Cześć ‒ rzucił szybko Peter, widząc swoich znajomych.

‒ Cześć ‒ odpowiedziałam, patrząc, jak odchodzi.

No proszę, Peter Deep, sportowiec, rozmawiał ze mną. Hej, robię postępy!

‒ To niewiarygodne! ‒ Za swoimi plecami usłyszałam znajomy pisk.

‒ Co jest niewiarygodne? ‒ spytałam i odwróciłam się, rozpoznając głos Ivette.

‒ Jak to, co?! Rozmawiałaś z Peterem Deepem! To najprzystojniejszy chłopak w szkole! A na dodatek sportowiec! ‒ wołała podekscytowana.

‒ No i…?

‒ No i rozmawiał z tobą! ‒ odpowiedziała oburzona. ‒ O co chodzi? Nie podoba ci się?

‒ Czy to przypadkiem nie ty mówiłaś mi wczoraj, żebym trzymała się z daleka od sportowców, bo to wredne typy? ‒ spytałam zaczepnie, ciekawa, co mi odpowie.

‒ Ale są bardzo popularni! Jeśli cię polubią, to możesz czuć się jedną z nich!

‒ Ja raczej nie mam zamiaru ubierać się w obcisły różowy sweterek i króciutką spódniczkę, odsłaniającą pupę ‒ stwierdziłam, przypominając sobie dziewczyny, które wczoraj spotkałyśmy.

O choroba, Ivette też ma na sobie różowy sweterek. Może się na mnie nie obrazi? Oby…

‒ Mówił coś o mnie? ‒ spytała z nadzieją, w ogóle nie zwróciwszy uwagi na to, co powiedziałam.

‒ Tak, wspomniał…

Przecież jej nie powiem, że nazwał ją szaloną Francuzką w różowym samochodzie. To by zraniło jej uczucia. Nie jestem aż tak wredna.

‒ A co mówił?

I tu się zaczynają schody…

‒ Wspomniał, że nikt się do mnie nie odzywa i że tylko ty odniosłaś się do mnie po przyjacielsku.

No cóż, nie całkiem tak brzmiały jego słowa, ale z pewnością to właśnie mógł mieć na myśli.

‒ Och, naprawdę? To wspaniale! ‒ ucieszyła się. ‒ Ale masz szczęście. No, że z tobą rozmawiał! ‒ Sprawiała wrażenie, jakby nie potrafiła przestać mówić.

‒ Taak. Straszne ‒ mruknęłam, człapiąc razem z Iv w kierunku klasy.

Szczerze jednak muszę przyznać, że pochlebiło mi to, że ktoś taki… no cóż… przystojny zwrócił na mnie uwagę. Na dodatek pierwszy się odezwał. Nie twierdzę, że ja jestem brzydka i wszyscy omijają mnie szerokim lukiem. No nie! Nawet się sobie podobam (oczywiście jeśli pominąć kompletny niedorozwój klatki piersiowej i kajaki w miejscu stóp). Jak by to określił mój tata: zaakceptowałam swój wygląd zewnętrzny i połączyłam go z moim wnętrzem, tworząc harmonijną całość. Jednak ktoś tak przystojny jeszcze nigdy ze mną nie rozmawiał. No, chyba że za rozmowę uznamy jedno zdanie, rzucone wczoraj przez tego tam… Maksa.

Pierwsze lekcje minęły bardzo szybko. Nawet nie zauważyłam kiedy. Cały czas myślałam tylko o tym, jak przyjemnie będzie popływać na basenie i chwilę odpocząć. Pewnie są ludzie, których pływanie męczy, ale dla mnie to prawdziwy relaks.

Gdy później w szatni dla dziewczyn przebierałam się w kostium kąpielowy, Ivette (hm… kto zgadnie, jakiego koloru były jej kostium i czepek?) spytała:

‒ Margo, umiesz pływać?

‒ Owszem, a czemu pytasz?

‒ Ponieważ Pijawka, tak wszyscy nazywają trenerkę, nie cierpi osób takich jak ja, czyli nieumiejących pływać. Zawsze się mnie czepia, że boję się głębszej części basenu. Masz szczęście. ‒ Westchnęła ciężko. ‒ A chociaż dobrze pływasz?

‒ Całkiem nieźle ‒ odpowiedziałam, wkładając czepek.

Hm, pływanie polega po prostu na rytmicznym machaniu rękami i nogami. No i najważniejsze jest dobre odbicie, jeżeli ono się uda, to potem wystarczy już tylko siła rozpędu. Dla mnie to żaden problem. Rozumiem jednak, że ktoś może mieć z tym trudności. Są różne fobie. Niektórzy nie boją się trzymać w domu jadowitych pająków. Ja bym wolała wyprowadzić się z takiego domu czym prędzej. A niektórzy, tak jak Ivette, wolą omijać tę część basenu, gdzie nie dotykają stopami dna.

Pływalnia była ogromna. Trudno się jednak temu dziwić, skoro sam basen miał wielkość olimpijskiego, a wokół niego piętrzyły się jeszcze trybuny. Jednak największe wrażenie zrobił na mnie przezroczysty, szklany sufit hali. Gdy płynęło się na plecach, można było patrzeć prosto w chmury… To musi robić niesamowite wrażenie, kiedy pada deszcz.

Nauczycielka, strasznie niska ‒ jeszcze niższa ode mnie, a przecież ja wzrostem nie grzeszę ‒ kazała nam ustawić się w rządku i zaczęła sprawdzać listę. Po prawej stronie stała grupka chłopców. Wśród nich ‒ Max i Peter.

Szkoda, że to nie Peter ma ze mną historię sztuki. Z nim pewnie mogłabym pogadać. Poza tym kiedy się uśmiecha, na jego policzkach pojawiają się takie fajne dołeczki.

Nagle poczułam, jak ktoś dziobie mnie łokciem w żebra.

‒ Co? ‒ warknęłam, patrząc na Ivette.

Zamiast mi odpowiedzieć, zaczęła dziwnie poruszać oczami.

‒ Wpadło ci coś do oka? ‒ zaniepokoiłam się.

Moje ostatnie słowa zagłuszył przeraźliwy dźwięk gwizdka i krzyk nauczycielki.

‒ Panna Margo Cook nie słucha, tak?! ‒ wrzeszczała na całe gardło, tak głośno, że teraz wszyscy obecni w hali patrzyli tylko na nas ‒ o zgrozo, także chłopcy stojący niedaleko.

Taka mała, a tak głośno krzyczy?

‒ Ja… To znaczy… ‒ usiłowałam coś powiedzieć, chcąc ratować sytuację. ‒ Obecna! ‒ Stanęłam na baczność.

‒ Widzę, że obecna! A skoro panna Margo Cook nie słucha, to może poznamy jej zdolności pływackie?! ‒ Pijawka już prawie toczyła pianę z ust. ‒ Natychmiast na linię startu!!!