Wydawca: Książkowe Klimaty Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 162 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wilimowski - Miljenko Jergovic

Jest rok 1938. W otulonej białą gazą lektyce podróżuje tajemniczy chłopiec. Wraz z nimi do położonego w górach Dalmacji hotelu Orion, zwanego też Niemieckim Domem, wspina się jego ojciec, znany krakowski fizyk, Tomasz Mieroszewski. Tragarze, oprócz niezliczonych bagaży, dźwigają też radio i antenę. To dzięki temu wynalazkowi profesora na szczycie góry będzie można usłyszeć, jak Ernest Wilimowski strzela pięć goli do bramki brazylijskiej drużyny, na zawsze zapisując się w annałach światowego futbolu.
Nad atmosferą rodem z Mannowskiej Czarodziejskiej góry wisi tajemnica: temat rozmowy, którą profesor zamierza odbyć z synem, a zarazem cel ich dziwnej podróży. Jeden z najbardziej ekscytujących w historii piłki nożnej mecz ma być tylko pretekstem…
W tej niewielkiej powieści jest wszystko: miłość, samotność, smutek, nieszczęście, mądrość, głupota, dobroć, zło, zwyczajność. Ale też tematy zawsze bliskie Jergoviciowi: tożsamość, inność, wykluczenie, tolerancja, zagrażająca wojna.

Opinie o ebooku Wilimowski - Miljenko Jergovic

Fragment ebooka Wilimowski - Miljenko Jergovic

Miljenko Jergović

Wilimowski opowiadanie

Przełożyła: Magdalena Petryńska

Wrocław 2016

Spis treści

Wilimowski opowiadanie

Nota o Erneście Wilimowskim

Od tłumaczki

dla Kathi i Gordana

Vincere o morire

Była sobota, wczesny ranek 4 czerwca 1938 roku, kiedy na stromej drodze prowadzącej do wsi pojawiła się niezwykła kolumna.

Na czele, wspierając się na długiej, zakrzywionej u góry pasterskiej lasce, kroczył podobny do jakiegoś szalonego apostoła wysoki, barczysty człowiek, wąsaty i brodaty. Wydawało się, że tylko on zna drogę i wszystkie czyhające na niej zasadzki.

Za nim podążał chudy i drobny, dziwnie odziany mężczyzna, najwyraźniej cudzoziemiec, w miejskim ubraniu i półcylindrze – uniformie, jaki w tych stronach widuje się tylko na pogrzebach albo w otwartych trumnach, w których leżą bogaci gospodarze. Był w trudnym do określenia wieku, jak to często bywa u ludzi z miasta – mógł mieć czterdzieści pięć lat, ale równie dobrze siedemdziesiąt. Szedł wyprostowany, spiesznym krokiem, typowym dla drobnych mężczyzn, gdy szybkością nadrabiają fizyczne niedostatki.

Dalej następowało to, co najbardziej niezwykłe i bez czego nie byłoby tej opowieści: nosidła podobne do tych, jakie zimą pokazali w jednej z kronik filmowych o Lawrensie z Arabii. Nieśli je trzej młodzi ludzie i jeden osiemdziesięciolatek – później ktoś ich rozpoznał jako mieszkańców Crikvenicy.

Nie było widać, co jest w nosidłach, bo okrywała je biała gaza. Ledwie prześwitywała przez nią siedząca postać o dużej głowie i wąskich ramionach, która od czasu do czasu się przeciągała, a wtedy wydawało się, że nie ma rąk ani nóg, tylko macki, cienkie i kruche jak u wyschniętej ośmiornicy.

Za lektyką szła młoda dziewczyna, nie mogła mieć więcej niż dwadzieścia pięć lat, i po cichu rozmawiała w jakimś nieznanym, obcym języku z tym spod gazy, a potem głośniej zwracała się po niemiecku do chudego pana.

Za nią sześciu chłopów, samych znajomych z okolicznych wiosek i Crikvenicy, dźwigało skrzynie z rzeczami. Skrzynie były wielkie i ciężkie, jakby przenoszono w nich archiwum sławnej firmy, która zbankrutowała albo ucieka przed wojną, albo też jakby należały do bogatych ludzi, co to nigdy nie jeżdżą pociągami, tylko zawsze mają pod ręką mnóstwo tragarzy i pomocników – już oni zatroszczą się o to, aby każda sztuka dotarła do celu i została rozpakowana, a przedmioty rozmieszczone tak jak w domu, aby na końcu podróży nie dało się zauważyć, że się podróżowało, i aby każde miejsce, do którego się przyjeżdża, było dokładnie takie jak to, z którego się wyruszyło. Może właśnie dlatego bogaci panowie wyglądają tak, jakby zawsze i wszędzie się nudzili.

Na końcu kolumny wlókł się pół żywy, pół martwy białobrody starzec, Henryk.

Jego imię poznano pierwsze, bo chudy pan kilka razy odwrócił się i zapytał, najpierw w swoim języku, a potem po niemiecku, po to chyba, żeby zrozumieli go także miejscowi i nie myśleli, że coś ukrywa: „Henryku, żyje pan?”, na co starzec kiwał głową, potwierdzając tym ruchem, że tak, żyje, i powtarzając przy tym kilka zawsze tych samych niezrozumiałych słów.

Gdy tylko wstał świt, kolumna z nosidłami przeszła przez wieś i już wspinała się dalej, ku Niemieckiemu Domowi.

Choć wydawało się, że wszyscy jeszcze śpią, nikogo nie było na drodze ani w okolicznych dolinach i winnicach, na poranną mszę, mimo że była sobota, ściągnęło pół wioski. Ludzie przyszli, żeby usłyszeć, co się zdarzyło o świcie, ale nikt nie chciał zapytać pierwszy i wszyscy czekali w nadziei, że odezwie się kto inny. Albo nie byli pewni, albo im się coś zwidziało, albo chcieli ukryć, że nie wiedzą czegoś, co może powinni wiedzieć. Wszyscy byli ostrożni i lękliwi, nie tylko w tę sobotę, ale już od miesięcy i lat. Nadchodziły jakieś ponure czasy. Przywódca ludowy Maček tak jak oni tylko nastawiał ucha, w Belgradzie premier Stojadinović bawił się w jugosłowiańskiego Hitlera, a naród skandował mu „wo-dzu, wo-dzu, wo-dzu”, co niby w dźwiękowym lustrze brzmiało „zło-dziej, zło-dziej”, więc człowiek musiał być ostrożny, bardzo ostrożny, nie wybierać pochopnie strony, uważać, żeby nie powiedzieć wszystkiego, co wie. A najważniejsze, dla wszystkich wyglądać tak, jakby wybrał ich stronę i był z nimi całym sercem, ale tak cicho, żeby ci inni, przeciwko którym jest, tego nie zauważyli, bo wtedy im także, kiedy ci pierwsi nie widzą, mógłby pokazać, że z całego serca należy do nich.

W tym milczeniu, badaniu wzrokiem i opowiadaniu twarzą, twardymi, spracowanymi rękoma i grubymi, nieruchawymi palcami, mową, której nie da się przetłumaczyć na zrozumiałe dla wszystkich słowa, choć dla tych ludzi najwyraźniej coś znaczyła, coś im przekazywała, więc mową palców, uszu i twarzy na swój sposób opowiedzieli i wyjaśnili poranne zdarzenia. Powiedzieć coś głośno ośmielił się tylko Aldo zwany Amerykanem, który po trzydziestu latach pracy w hucie wrócił przed rokiem z wędrówki za chlebem, z Pittsburgha.

– Przyszedł Karađoz* – powiedział i głośno się roześmiał.

Przyszedł Karađoz, powtarzali w myślach zdumieni i starali się nie zapomnieć tego imienia, żeby wróciwszy do domu, móc je powtórzyć starszym i mądrzejszym od siebie, sparaliżowanemu dziadkowi, babce albo wujkowi, którzy z pewnością będą wiedzieli wszystko o nieproszonym gościu, także to, czy dla wsi jest dobre czy złe i jak złe to, że przyszedł akurat do nich, do ich wioski, zagubionej hen, daleko od morza i szerokiego gościńca, zbudowanej w tym miejscu, żeby nikomu się nie spodobała i żeby żaden agresor nie zapragnął jej odwiedzić, podbić i spalić. Co dla takiej wsi i jej mieszkańców mogło znaczyć przybycie tego w nosidłach?

Wszyscy udawali, że rozumieją Alda Amerykana i dobrze wiedzą, kto to jest Karađoz. Kiwali z troską głowami, ale nie pytali o nic. Pytania mogą człowiekowi zaszkodzić bardziej niż odpowiedzi. Po pytaniach zazwyczaj poznaje się, czego kto nie wie, gdzie go łatwo zranić i jak dałoby się go oszukać.

Do późnego popołudnia, kiedy w czerwcu słońce nagle zachodzi i znika za górami, przyjemnie więc siedzi się na dworze albo pod daszkiem przed gospodą, po wsi rozchodziła się opowieść o Karađozie i jego orszaku. Mieszały się w niej ludowe wierzenia z najnowszymi wiadomościami, przeczytanymi przez kogoś w zagrzebskim dzienniku „Novosti” i belgradzkiej „Politice” albo przywiezionymi z podróży do Rijeki, Opatii lub Triestu.

Na końcu opowieści znajdzie się też najbardziej trwała prawda o tym wydarzeniu, którą dzięki jednemu jedynemu słowu pamięta się i przekazuje siedemdziesiąt kilka lat później, kiedy zapomniane zostało wszystko, co się naprawdę wydarzyło, i kiedy już nikt we wsi nie pamięta niezwykłej kolumny wędrującej do Niemieckiego Domu wczesnym rankiem 4 czerwca 1938 roku. Po domu zostały już tylko ruiny, pod nimi piwnica z ogromną kępą ożyn pośrodku, w której mieszkają żmije, a w białej kamiennej misie, gdzie kiedyś trzymano oliwę, w odrobinie gleby, jaka się do niej dostała, rośnie dziś maleńkie, dość stare drzewo figowe, które z powodu braku ziemi i światła nigdy nie dojrzewa i każdej wiosny zrzuca małe, pomarszczone owoce. Wśród kolczastych krzaków czasami, coraz rzadziej, przeleci lekkoskrzydły motyl. I więcej niczego i nikogo tu nie ma. Zapomniane zostało wszystko. Poza imieniem Karađoza.

Tomasz Mieroszewski – tak nazywał się chudy, drobny pan na czele kolumny – był emerytowanym profesorem krakowskiego uniwersytetu. Rok wcześniej umarła mu żona, miała na imię Estera, a on wciąż jeszcze był w głębokiej żałobie. Nie mógł sobie bez niej poradzić, może i ten przyjazd na jugosłowiańskie bezdroża, wiele kilometrów od sławnej Opatii, był daniną dla owej bezradności.

Ożenił się w dojrzałym wieku, kiedy już sam zaczynał myśleć, że zostanie starym kawalerem, z galicyjską pięknością z Czerniowiec, którą prawie wykradł rodzicom i zabrał do Krakowa, obiecawszy, że będzie jej strzegł jak największego skarbu. Zakochał się nagle, podczas bardziej służbowej niż prywatnej podróży, w owej chwili życia, kiedy człowiek powoli zaczyna się godzić z tym, że miłość go ominęła, i kiedy nauczył się żyć sam, otoczony jak wszystkie samotne osoby towarzyskimi uprzedzeniami i plotkami.

Pewnie zapomniał o ostrożności, dzięki której postępował rozsądnie i trzymał się wystarczająco daleko od innych ludzi, zwłaszcza kobiet, i gwałtownie, w ciągu trzech bukowińskich dni, z krakowskiego profesora i arystokraty, doskonale świadomego wszystkich konsekwencji swego pochodzenia, zmienił się w akrobatę, który na oczach szalonego miasta – gotowego na wszelkie błazeństwa, gdzie każdy o każdym wie wszystko, choć wszyscy mówią jednym głosem, w dodatku w kilkunastu różnych językach – stąpa po najcieńszej nitce nad przepaścią, beztroski wobec faktu, że może stracić głowę.

Dla siedemnastoletniej Estery gotów był wyrzec się wiary i wszystkiego, od bogactw materialnych do własnej pozycji, co ta wiara gwarantuje mu i zapewnia, i na stare lata w paskudnych dla jej wyznawców czasach przyjąć religię żydowską, ale rodzice Estery nie chcieli się na to zgodzić, tylko po długich targach, łzach i groźbach, kiedy wreszcie zrozumieli, że nie zatrzymają córki, puścili ją, niech idzie za swoim szczęściem, z obcym człowiekiem, jakby w ten sposób płacili za jej przesadną urodę. Nie przyjęli go jako zięcia we wszystkim równego sobie, lecz pozwolili, by ją zabrał do swojego świata, chociaż wiedzieli, że jeśli tak postąpią, nigdy więcej nie zobaczą córki ani niczego się o niej nie dowiedzą.

Obiecał im – choć żadnych obietnic się nie domagali, a chyba także mu nie wierzyli – że będzie jej strzegł od wszelkiego zła, jakie istnieje w jego świecie, a dziesięć lat później zabił ją zwykły kleszcz w parku u stóp Wawelu. Chorowała krótko, umierała ciężko, krzycząc, w demencji wywołanej zapaleniem mózgu.

Na łożu śmierci przez dwa długie dni mówiła w jakimś obcym, nikomu nieznanym języku. Sprowadzał rabinów z Kazimierza, żeby mu tłumaczyli jej słowa, ale oni wzruszali ramionami i potwierdzali, że język, jakim mówi Estera, to ani hebrajski, ani aramejski, ani żaden z tych, które mogła słyszeć w Czerniowcach. Język śmierci żywym jest nieznany i zawsze inny. U każdego człowieka jego własny. Tak mniej więcej powiedział rabin przerażonemu Tomaszowi, ale on nie potrafił tego zrozumieć ani zapamiętać.

Estera rzucała się w łóżku, płakała i zrywała z siebie koszulę, a potem z nagimi piersiami niespodziewanie wzbiła się w niebo.

Szpitalne łóżko w minutę opustoszało. W miejscu, w którym przed chwilą leżała, rysował się ślad. Tomasz się odwrócił, żeby zawołać lekarza, bo zdarzył się cud, jego żona zniknęła, ale kiedy spojrzał za siebie, ciało nadal tu było, tylko nie było w nim Estery. Leżały tam zwłoki obcej, nieznanej kobiety, której nagość budziła w nim wstyd.

Przykrył ją z obrzydzeniem.

Nie wiedział, co dalej robić. Wierzył, że jest winien śmierci żony.

Został sam, z owocem swojej miłości do pięknej Estery, który czterej chłopi niosą teraz w nosidłach nakrytych białą gazą, nie dlatego, że ojciec go ukrywał, lecz że się bał, aby chłopca nie pogryzły owiane fatalną sławą w całej habsburskiej monarchii dalmatyńskie komary.

Dawid Jan Mieroszewski, bo tak brzmiało pełne imię chłopca, miał osiem lat i chorował na gruźlicę kości.

Choroba objawiła się nagle, kiedy miał cztery lata. Bawił się mechaniczną zabawką, nakręcanym pajacem, którego ojciec przywiózł mu z podróży do Wiednia. Pajac pokonywał marszowym krokiem przedpokój, Dawid szedł za nim. Pajac wkroczył na szczyt schodów, matka pobiegła za chłopcem, żeby go złapać, ale było za późno.

Turlał się po schodach, a potem z uśmiechem spojrzał na nich oboje z dołu. Była w tej scenie jakaś anielskość, coś boleśnie sentymentalnego.

Gdyby dorosły człowiek tak upadł, skręciłby kark, nie uszedłby z życiem, ale dzieci potrafią upadać. To umiejętność, którą traci się z dorastaniem, pocieszali się. Byli szczęśliwi, dziękowali Bogu, że chłopiec nie zrobił sobie krzywdy.

Matka jeszcze tego wieczoru uważnie go obejrzała i nie znalazła ani jednego siniaka. Tylko mały guzek na lewej łydce.

Ten guzek w następnych tygodniach i miesiącach będzie rósł, a potem stopniowo ciało chłopca będzie się deformować jak zostawiona blisko pieca figurka z wosku, i nadaremnie lekarze przekonywali ich, że choroba objawiłaby się i bez upadku.

W ciszy, bez słowa, obwiniali się o to, co się stało. Wina była rozdzielona sprawiedliwie: on kupił chłopcu mechanicznego pajaca, ona nie złapała syna, zanim się sturlał ze schodów.

Ze śmiercią żony winy Tomasza Mieroszewskiego się pomnożyły.

Henryk Miller, stary człowiek idący na końcu kolumny, był prywatnym nauczycielem Dawida. Dziewczyna imieniem Róża – jego opiekunką. Spośród wszystkich ludzi tylko ich dwoje, oprócz ojca i zmarłej matki, Dawid znał bliżej, przyjaźnił się z nimi, o ich uczuciach, nadziejach i lękach wiedział wszystko. Był mądry mądrością dzieci, o których wiadomo, że nie pożyją długo. I całą swoją mądrość skierował na nich. Rozmyślał o ich postępowaniu i uczuciach. Troszczył się o ich życie tak bardzo, że w pewien sposób sam nim żył.

Kiedy Róża każdej wiosny i wczesną jesienią jechała do swoich na wieś i zostawała tam dwa lub trzy tygodnie, Dawid w myślach wyruszał z nią w podróż. Dbał o wszystko: na dworcu kupował z Różą bilet, powrotny, bo tak jest taniej, odprowadzał ją do pierwszego wagonu za lokomotywą, bo w tym wagonie nigdy nie ma pijaków, drobnych złodziei i łobuzów – są tam sami spokojni ludzie, solidni ojcowie rodzin. Martwił się, co Róża powie każdej ze swoich sześciu niezamężnych sióstr i czy pocałuje w rękę ojca, kowala Daniela Roszaka. Pocałuje, jeśli ojciec będzie tego dnia trzeźwy. Nie zrobi tego, jeżeli pił. Tak Róża karze ojca. Jeśli pił, nazajutrz zaprowadzi go na cmentarz, gdzie razem uklękną przy grobie matki. Jeśli przywita ją trzeźwy, Róża pootwiera wszystkie okna w domu, wyłoży w nich całą pościel, upiecze gęś z kartoflami i wszyscy znowu będą jedną rodziną…

Dawid czuwał nad każdym jej krokiem. W jego głowie toczyło się życie Róży, zapisywał wszystko, co mu raz opowiedziała lub o czym tylko napomknęła, czego dowiedział się, podsłuchując jej rozmowy z nauczycielem Henrykiem albo z ojcem. Zazwyczaj rozmawiali w kuchni, za zamkniętymi drzwiami, przez mętną szybę widział ich sylwetki i wyobrażał sobie słowa i zdania, które mu umknęły, bo zostały wypowiedziane po cichu.

Pewnego razu ojciec powiedział Róży i Henrykowi, że chłopiec długo nie pociągnie.

Dawid słyszał go, ale nie wiedział, co to znaczy „długo nie pociągnąć”.

Róża się rozpłakała.

Pan Henryk zapytał ojca:

– Co wtedy będzie z nami?

Chłopiec poczuł się ważny, choć nie wiedział, o czym mówi ojciec i dlaczego Róża płacze. Ale zapamiętał to zdarzenie jako coś pięknego i miłego. Niespodziewanie znalazł się w centrum uwagi i musiał być poważny.

Rano mu się wydało, że od wczoraj dorósł i że wszyscy troje widzą w nim dojrzałego człowieka, przed którym stoi ważne i odpowiedzialne zadanie.

Kiedy po kilku miesiącach zrozumiał, co znaczy „długo nie pociągnąć”, dziwił się łzom Róży, całej tej rozpaczy i histerii w domu. Nie pojmował, czemu dla kogokolwiek ważna jest długość jego życia. Dlaczego jest ważna dla nich i dlaczego powinna być ważna dla niego. Kiedy umrze, wszyscy znajdą sobie inną rozrywkę. A jemu, martwemu, stanie się to obojętne, bo go nie będzie, będzie żył na stronicach Pisma Świętego.

Róża i Henryk widzieli w Dawidzie chłopca takiego samego jak inne dzieci. Przed nim jest życie, długa historia, żona i dzieci, zawód i pozycja społeczna, i na końcu, może, tragiczna ofiara dla ojczyzny. Drżeli o niego, jak drży się o wszystkie zdrowe dzieci przed głębokim i mrocznym urwiskiem przyszłości.

Tak było im łatwiej. Nie można patrzeć na dziecko i widzieć pustą twarz śmierci. Zamiast żyć w zgodzie z tym, co wkrótce nastąpi, lecz jeszcze nie nastąpiło, Róża i Henryk się bawili. Nic w ich zabawie nie było prawdziwe. On uczył chłopca francuskiego, jakby Dawid pewnego dnia miał pojechać do Paryża albo studiować medycynę i literaturę, albo spotkać gdzieś młodego Chopina, swego rodaka, i rozmawiać z nim w języku wolności.

Stary człowiek bawił się, tak jak się bawił chłopiec, i jeden drugiemu w tej zabawie pomagał.

Jedynym, który się nie bawił, był profesor Tomasz Mieroszewski. On czekał, aż czas się wyczerpie.

We wtorek ojciec nagle zadecydował, że nazajutrz jadą na południe.

Nie ma co zwlekać, stan chłopca jest coraz gorszy i chociaż na tę chorobę nie ma lekarstwa, pojadą tam, gdzie jest cieplej i gdzie morskie powietrze przynosi ulgę w każdym cierpieniu i męce.

– Łatwiej jest czekać na śmierć tam, gdzie rośnie winorośl i pachnie bazylia, niż w kraju, w którym rodzą się tylko kartofle – powiedział, kiedy wyjeżdżali.

Przed pierwszą wielką przygodą w życiu Dawid był w euforii.

Podskakiwał w fotelu, rozkazywał Róży, co ma spakować, i tylko w jednej chwili przyszło mu na myśl, że może już nie wróci do Krakowa, do tego pokoju i tego fotela. Odczuł to jako lekki i przelotny smutek, przemknął przez niego niczym lęk przed zwykłym przeziębieniem. Otrząsnął się i smutek zniknął. Ale i tego smutku nie zapomniał.

Głupio było się rozglądać i żegnać z domem.

Kiedy Róża zaproponowała, że ot tak, dla zabawy, przewiezie go po wszystkich pokojach i zajrzą do tego jednego, zabronionego, gdzie ojciec trzymał swoje rysunki i gdzie żył straszny potwór, o którym we wczesnym dzieciństwie opowiadał mu pan Henryk, chcąc go nastraszyć, żeby nigdy nie zachciało mu się tam wejść, a on stale prosił, aby mu jeszcze raz opowiedział tę bajkę i zaprowadził go pod drzwi pokoju, do którego nie wolno wchodzić, Dawid odrzucił propozycję Róży z uśmiechem. Z takim uśmiechem, z jakim dorośli odrzucają nierozsądne życzenia dzieci albo prośby, żeby pozwolono im się bawić, kiedy nie jest na to pora. Róża trochę się wtedy zawstydziła.

Do Zagrzebia jechali pociągiem.

Tomasz Mieroszewski wykupił cały wagon, więc podróż mieli wygodną, ale ku rozczarowaniu chłopca bez żadnych przygód.

Jak każdego ranka pan Henryk miał z nim lekcje matematyki, francuskiego i geografii, potem czytali W pustyni i w puszczy Sienkiewicza, a później Róża nakryła do obiadu. Nawet stół był duży, dębowy, podobny do tego, który zostawili w domu. Dawid wolał małe składane stoliki, jakie zabiera się na wycieczkę i na ryby. Nic takiego nie mieli w swoim krakowskim mieszkaniu. Nie znał też nikogo, kto jeździ na wycieczki albo na ryby.

Jedyną różnicą w porównaniu z domem i krakowską codziennością chłopca było to, że przez okno nie widział dachów okolicznych domów, wieży kościelnej i Wisły znikającej we mgle, tylko, niby w jakimś filmie, przemykające obrazy świata o wiele większego niż ten, który znał. I to go rozpraszało podczas lekcji matematyki. Zrozumiał, że ludzie są mniejsi od wszystkiego, co ich otacza. Dziwił się, że wcześniej tego nie dostrzegał.

Chociaż z książek i kronik filmowych wiedział, że na świecie w każdym momencie dzieje się niezliczone mnóstwo wydarzeń – tych, o których coś wiedział albo przeczuwał, o których uczył go pan Henryk, i tych, które sobie wyobrażał, które istniały w jego głowie, w snach, w nocnych i dziennych zmorach, kiedy męczyła go gorączka i kiedy wszyscy prócz niego myśleli, że umiera – to, na co patrzył przez okno pociągu jadącego do Wiednia, gdzie ich wagon zostanie doczepiony do składu zagrzebskiego, przerastało całą jego wiedzę i wszelkie oczekiwania.

Ogromny, szeroki i podniecający jest świat. Żałował, że wcześniej o tym nie wiedział, że nie był świadom wszystkich tych barw i ogromu.

Ludzie, których oglądał przez okno, martwili się, wiedział o tym, i bali, żeby niespodziewanie coś ich nie zabolało, żeby równie niespodziewanie nie umarli we śnie, nie skręcili karku, spadając z konia, albo żeby pociąg, którym podróżowali, nie wykoleił się, nie runął w przepaść i żeby nie utonęli w głębokiej rzece… Wyobrażał sobie, czego jeszcze ludzie się boją.

Dawid nie bał się niczego, ani bólu, ani śmierci, i na tym polegała jego wyższość nad nimi wszystkimi. Ich życia były małe i nędzne, lękali się o nie niby skazańcy, którzy jutro zostaną straceni, a on żył, nie zastanawiając się, ile to potrwa i co złego wkrótce może go spotkać. Kiedy zmuszał się do myślenia o tym, było mu wszystko jedno: wyobrażając sobie swoją albo czyjąś śmierć, nie czuł strachu.

Między swoim życiem i śmiercią nie widział niezgodności ani powodu, by odwlekać jedno na rzecz drugiego. Z każdym bólem był zżyty, wszystkie traktował tak, jak traktuje się zmiany nocy i dnia. Nie obchodziło go, że nigdy nie wrócą obrazy, które teraz ma przed oczyma. Nie męczył go lęk, że po śmierci nie ma niczego. Spokojny wobec każdego bólu, nie miał żadnych strasznych uczuć, nie istniało nic, czego by się bał i o czym mógłby rozmyślać.

Ból nadejdzie, będzie bolało, tak jak boli ludzi, którzy teraz umierają ze strachu, a on, opanowany i dojrzalszy niż oni, patrzy na nich przez okno. Żałował, że nie są ołowianymi żołnierzykami, żeby mógł się nimi bawić, żeby nie uciekali, nie znikali za oknami pędzącego pociągu.

Obudził się w momencie, kiedy pociąg wjechał na dworzec w Lublanie.

Przestraszył się twarzy szeroko uśmiechniętego wąsatego Cygana, który szedł od okna do okna i sprzedawał podróżnym lemoniadę i solone ziarna słonecznika. Kiedy otworzył oczy, ta twarz była jedynym, co widział, co wciąż istniało i co zapamiętał.

Rozpłakał się, a mężczyzna uśmiechał się jeszcze uprzejmiej, żeby przypodobać się chłopcu i żeby jego ojciec, który już stał nad głową syna, otworzył okno i kupił coś z przenośnego kramu, który Cygan miał zawieszony na szyi, uginając się pod jego ciężarem ku ziemi. Wyglądał jak starotestamentowy rab.

Ojciec pomyślał, że byłoby po chrześcijańsku kupić coś od tego człowieka i ulżyć mu w cierpieniach.

– Szatan! – powiedział Dawid, kiedy żywy, zapamiętany świat znów się objawił i rozpostarł wokół głowy Cygana, kiedy wszystko stało się znane i nie było już powodu do łez.

– Nie szatan, tylko południe. Przyjechaliśmy na południe, gdzie ludzie są porywczy i pewni siebie. Inni niż u nas – powiedział ojciec i pogłaskał go po głowie. Był dumny, kiedy mógł z chłopcem rozmawiać o tak poważnych sprawach. Zapominał wtedy o chorobie Dawida i jego krótkim trwaniu.

– Lublana – westchnął pan Henryk. – W Lublanie nieszczęsny Gustav Mahler był dyrygentem w teatrze.

– Dlaczego nieszczęsny? – zapytał chłopiec, chociaż znał odpowiedź. Była to jedna z opowieści, do których pan Henryk często wracał. I lubił te swoje historie powtarzać w nieskończoność, a Dawid za każdym razem chętnie ich słuchał.

– Pewnego razu mały Gustav Mahler zgubił się w lesie. Cały dzień nie mogli go znaleźć. Zorganizowano poszukiwania ze specjalnymi psami myśliwskimi sprowadzonymi z policji, ale i one nie mogły znaleźć małego Gustava. Jakby nie zostawiał żadnego śladu ani zapachu. Psy były zdezorientowane. Chłopca znaleziono przypadkiem, kiedy już zapadała noc. Siedział na trawie pod olbrzymim nadpróchniałym dębem. Pochłonięty zabawą, nawet nie zauważył, że się zgubił.

– Jeśli nie zauważył, to się nie zgubił. Nie można być niezauważalnie zgubionym – przerwał mu Dawid.

– No dobrze, wszyscy myśleli, że się zgubił. To jest w tej historii ważne. Pan Tischler podniósł go wysoko, jakby był lalką, przestraszony chyba, że chłopcu mogło się stać coś złego, czy się nagle nie rozchorował albo czy nie ugryzło go jakieś groźne leśne zwierzę. Gustav spojrzał na niego zdumiony. Myśleli, że się rozpłacze.

– Ale on się nie rozpłakał! – Dawid chciał uradować pana Henryka tym, że wiedział z góry: Gustav nie płakał.

– Masz rację, tak. Mały Gustav Mahler nigdy nie płakał. Wszystkich to dziwiło. Bali się, że dziecko może być chore na umyśle. Nosili go do rabinów, żeby powiedzieli, co mu jest. Ale on po prostu nie płakał. No i wtedy pan Tischler zapytał, kim będzie, jak dorośnie. „Będę męczennikiem”, odpowiedział Gustav.

– I wszyscy się śmiali? – udawał, że nie wie.

– Nie, nikt się nie śmiał – zachmurzył się pan Henryk.

– Jak to nikt? A ja?

– Ale ciebie tam nie było!

– Byłem, kiedy mi pan to opowiadał.

– Nie było cię. I rzeczywiście, nieszczęsny Gustav Mahler wyrósł na najprawdziwszego męczennika. Żeby zostać dyrygentem w lublańskim teatrze, musiał się ochrzcić. Był Żydem, a musiał uwierzyć w zmartwychwstanie Chrystusa. Dla Żydów nie jest to łatwe.

– Dlaczego nie jest łatwe?

– Dlatego że są Żydami.

– I dlatego są nieszczęśni?

– Tak, dlatego.

– I dlatego Gustav Mahler był nieszczęsny?

– Nie – zaczął się denerwować pan Henryk. – Gustav Mahler był nieszczęsny z jakichś swoich powodów, nie dlatego, że był Żydem.

– A jakie to powody?

I tak kto wie który już raz toczyła się ta sama rozmowa między nauczycielem a uczniem. Obydwaj sprawiali wrażenie, jakby działo się to po raz pierwszy, Dawid dlatego, że był mały, a pan Henryk z przyzwyczajenia.

Cygan z lemoniadą dawno poszedł, peronem biegł teraz mężczyzna w odświętnym ubraniu, z dwiema wielkimi walizami, który spóźnił się na pociąg; Dawid się z niego śmiał, bo ten człowiek był śmieszny i chłopiec miał nadzieję, że nieznajomy widział jego śmiech.

Nigdy więcej się nie spotkają, ale mieli ze sobą coś wspólnego. Jeśli ów mężczyzna jednak widział Dawida, to wiedział, że śmieje się, bo on sam nie jest zbyt mądry. Gdyby porzucił dwie ciężkie walizy, z łatwością dogoniłby pociąg, który sunął jeszcze pomaleńku. Jeśli walizy były dla niego takie ważne, ważniejsze niż podróż, to nie powinien wybierać się w drogę, a więc cały ten bieg nie ma sensu.

Byłoby dobrze, gdyby mężczyzna z walizami widział jego śmiech. Byłoby dobrze, choć o Dawidzie nic nie wie i nigdy się nie spotkają.