Wilczyca - Katarzyna Berenika Miszczuk - ebook + audiobook
Opis

 

Kontynuacja powieści Wilk.

Margo Cook oraz Max Stone mają nadzieję, że ich życie wróciło do normy. Pracownicy Instytutu – organizacji prowadzącej eksperymenty na nastolatkach mieszkających w Wolftown – nie interesują się już poczynaniami bohaterów. Margo nie czuje działania wilczej szczepionki, a Ivette powoli powraca do zdrowia.

Nagle w spokojnej leśnej okolicy pojawiają się ślady brutalnych morderstw, przywodzące na myśl atak dzikiego zwierzęcia. Czy stoi za tym Instytut, czy może jakiś wilk? Jaki sekret skrywa Aki? Dlaczego mimo ostrzeżeń policji krąży nocami po lesie? I z jakiego powodu Max nagle zaczyna się zmieniać?

Margo ponownie będzie musiała stawić czoło mrocznej stronie Wolftown.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 479

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 12 godz. 48 min

Lektor: Monika Dąbrowska-Jarosz

Popularność


Katarzyna Berenika Miszczuk

WILCZYCA

Copyright © by Grupa Wydawnicza Foksal, MMIX

Wydanie IV

Warszawa, MMXVIII

Dedykuję tę książkę

przystojnemu i cichemu Maksowi,

zagadkowemu i niepokornemu Akiemu,

a także przyjacielskiej i wesołej Ivette ‒

postaciom, które cztery lata

po napisaniu powieści odkryłam

wśród otaczających mnie ludzi.

1

Wakacje minęły spokojnie. Instytut jakby o nas zapomniał, jednak my nadal czuliśmy jakiś niepokój. Trzymaliśmy się więc z daleka od niego i otaczającego go lasu ‒ tak na wszelki wypadek.

Ciągle dręczyło mnie wspomnienie tego, co usłyszałam przed miesiącem od jednego z naukowców: podobno wszczepiono mi „wilczego wirusa”. To brzmiało co najmniej nieprawdopodobnie, jak wyjęte z jakiegoś scenariusza filmu grozy. Uznałam jednak, że muszę się dowiedzieć na ten temat czegoś więcej. Dużo czasu spędziłam w bibliotece, szukając interesujących mnie informacji. No i w końcu coś znalazłam…

Jedna ze strategii polegałaby na wprowadzeniu kopii normalnych genów do zapłodnionej już komórki jajowej. Wykorzystywano by do tego zasadniczo tę samą technologię, którą stosuje się dziś do otrzymania zwierząt transgenicznych. U niektórych zwierząt transgenicznych wprowadzony gen jest przekazywany z pokolenia na pokolenie, działa zatem jak prawdziwe „genetyczne lekarstwo”. Tego rodzaju terapia stwarza jednak tak liczne i złożone problemy etyczne, iż badania nad nią nie są aktywnie rozwijane.

Strategia drugiego typu ‒ polegająca na wprowadzeniu normalnego genu tylko do niektórych komórek ciała (terapia genowa komórek somatycznych) ‒ jest dzisiaj przedmiotem szczególnego zainteresowania badaczy.

Oto konkretny gen, choć występuje we wszystkich komórkach, ulega ekspresji normalnego allelu tylko w tych komórkach, w których jest to konieczne, by doprowadzić do odtworzenia prawidłowego fenotypu. Nie trzeba dodawać, że badania prowadzone w tym kierunku napotykają także szereg trudności. Pokonanie ich wymaga uwzględnienia takich elementów jak charakter genu i jego produktu, a także typ komórki, w której oczekujemy ekspresji wprowadzonego genu. W pierwszym etapie gen musi zostać sklonowany, a następnie włączony do DNA właściwej komórki. Można tego dokonać różnymi sposobami.

Najbardziej obiecująca okazuje się metoda, w której jako wektory zastosowano wirusy. Najkorzystniej jest, gdy wirusy infekują znaczny odsetek komórek oraz ułatwiają integrację przenoszonego genu z chromosomem komórki. Wirus nie może czynić żadnych poważnych szkód w komórce ani bezpośrednio po wniknięciu, ani po dłuższym okresie. Znalezienie szczepu wirusowego, który miałby pożądane w terapii genowej cechy, jest bardzo ważne, dlatego czyni się obecnie w tym kierunku znaczne wysiłki.1

Co prawda nie zrozumiałam większości tego fragmentu, ale ostatni akapit zrobił na mnie wrażenie. A więc ci dranie z Instytutu nie kłamali! Odkryli coś, co dla reszty świata stanowiło wciąż wielką zagadkę!

Gdy opowiedziałam Maksowi o tym, co znalazłam, zareagował jak ja. Zatkało go.

*

Szkoda, że Ivette wyjechała. Ma wrócić dopiero na tydzień przed rozpoczęciem roku szkolnego. Niedawno przysłała mi kartkę ‒ najprawdopodobniej z inicjatywy swojej mamy, która nie chciała, żeby mi było przykro, że Iv po wypadku zupełnie mnie zapomniała.

Biedna Iv. To okropne ‒ stracić pamięć! Znowu będzie musiała się do wszystkiego przyzwyczajać.

Mimo fatalnego początku wakacje miałam naprawdę fajne. Nawet bardzo. Codziennie spędzałam dużo czasu z Maksem, a moi rodzice nie narzekali.

No dobra, narzekali, ale tylko trochę.

W każdym razie udało mi się odpocząć od niedawnych zmartwień. Bałam się tego, co się wydarzyło, bałam się tego, co jeszcze może mnie spotkać i kim mogę się stać… Tymczasem zdawało się, że wilki zapomniały o tym, co odkryliśmy w Instytucie. Ich przemiana w zwierzęta nadal nie robiła na większości z nich żadnego wrażenia. Wygląda na to, że tylko ja, Max i Aki jeszcze to roztrząsamy.

Pewnego dnia wróciłam z randki z Maksem koło dziesiątej wieczorem, co skłoniło mamę do przeprowadzenia ze mną poważnej rozmowy. Jeszcze nigdy nie czułam się tak głupio!

Właśnie przebierałam się w piżamę, gdy weszła do mojego pokoju.

‒ Margo, myślę, że powinnyśmy o czymś porozmawiać.

Niczego jeszcze nie przeczuwałam.

‒ Tak?

‒ Usiądź, bo to poważna sprawa ‒ powiedziała i przysiadła na moim łóżku.

Odgarnęłam stertę ubrań z fotela i rozsiadłam się wygodnie pomiędzy poduszkami. Mama głęboko zaczerpnęła powietrza. Ciekawe, czemu jest taka spięta? Zupełnie jak ja, kiedy miałam jej powiedzieć, że idę na pierwszą randkę.

‒ Może to dziwnie zabrzmi, ale… ‒ zaczęła i zamilkła.

Chwilę się zastanawiała.

‒ Długo przygotowywałam się do tej rozmowy, a teraz nie potrafię nawet zacząć. To jest dla mnie bardzo trudne, ale jesteś już w takim wieku, że powinnam o czymś ważnym z tobą porozmawiać.

‒ No nie… Adoptowaliście mnie?! ‒ zażartowałam i głośno się roześmiałam.

Myślałam, że ją tym trochę rozluźnię, ale nie pomogło. Naprawdę się bała.

‒ Oj, Margo. Bądź poważna.

Okej, już się nie odzywam. Ale o co jej chodzi? Nigdy dotąd tak się nie zachowywała.

‒ Posłuchaj, nie chciałabym… Powinnaś jednak wiedzieć, że… Chociaż może już to wiesz, ale… eee… ‒ zaczęła się jąkać, a potem nagle wypaliła: ‒ Jak daleko zaszliście z Maksem?

‒ Ale… w jakim sensie? ‒ Kompletnie mnie zaskoczyła.

‒ Chciałabym wiedzieć, czy wy… czy wy… Jeszcze „tego” nie robiliście? ‒ spytała niespokojnie.

Czy ja się przypadkiem nie przesłyszałam? Mama właśnie zapytała mnie o seks?!

‒ Nie, nie robiliśmy „tego” ‒ odpowiedziałam powoli.

‒ Och, to… bardzo dobrze ‒ westchnęła. ‒ Bo wiesz… ja ci mogę wszystko wytłumaczyć. No, o co w tym chodzi i jak to się dzieje…

Moja mama chce mnie uświadamiać! Rany boskie! Przecież takie rzeczy mówią w szkole, ona o tym nie wie?

‒ Mamo, ja wiem, o co chodzi. Mieliśmy to na lekcjach, naprawdę ‒ powiedziałam uspokajająco.

‒ Eee, no tak, ale… ‒ znowu zaczęła się jąkać.

Zrobiło mi się jej żal. W końcu chciała dobrze. Tyle tylko, że naprawdę nie miała się o co martwić; nie posuwamy się z Maksem tak daleko. Całujemy się i przytulamy ‒ nic więcej… niestety.

‒ No tak, ale może… zamierzacie to zrobić? ‒ rzuciła w desperacji, jakby czytała w moich myślach.

‒ Mamo! Przecież my chodzimy ze sobą dopiero pół roku!

Rany, cała ta rozmowa zaczyna być coraz bardziej absurdalna! Trzeba ją jak najszybciej przerwać, zanim mama wpadnie na pomysł, że mogę się spotykać z Maksem tylko w obecności rodziców.

‒ Aha, czyli nie zamierzasz… ‒ próbowała się upewnić.

‒ Mamo, daj już spokój!

‒ Och, to dobrze ‒ westchnęła z ulgą. ‒ Rety, nie wiedziałam, że to okaże się takie trudne ‒ mruknęła jeszcze pod nosem i czmychnęła z mojego pokoju.

To było straszne. Straszne i okropnie zawstydzające… I tak dobrze, że nie nasłała na mnie taty. On rozwodziłby się nad zależnościami między dojrzałością emocjonalną a fizyczną zdecydowanie dłużej.

Złapałam za słuchawkę, żeby zadzwonić do Ivette, ale przypomniałam sobie, że po pierwsze ‒ nie ma jej teraz w Wolftown (i w ogóle w Stanach), a po drugie ‒ przecież od czasu swojego wypadku ona w ogóle mnie nie pamięta!

Przed wyjazdem Ivette przesiedziałam z nią całe dwa dni, próbując przypomnieć jej jak najwięcej z naszej wspólnej przeszłości. Oczywiście pomijałam skrzętnie wszystko, co dotyczyło Instytutu. Może przynajmniej jej uda się zapewnić bezpieczeństwo?

Mimo moich wysiłków nadal traktuje mnie jak kogoś obcego. To naprawdę nie jest przyjemne. Doskonale pamięta swoje dzieciństwo i te wszystkie lata, zanim się poznałyśmy, a nie może sobie przypomnieć dosłownie nic z ostatniego roku. Czy tylko mnie wydaje się to podejrzane?

Na domiar złego gdzieś tak pod koniec wakacji, kiedy już miałam nadzieję, że wirus wszczepiony mi w Instytucie nie zadziałał i nie wyrządził w moim organizmie żadnych szkód, zaczęłam odczuwać pewne zmiany.

Któregoś ranka, zaraz po przebudzeniu, poczułam nagle zapach bekonu i grzanek. Przeciągnęłam się i zaczęłam leniwie rozmyślać o nadchodzącym dniu. Może razem z Maksem połazimy po lesie? Albo przejedziemy się gdzieś jego motorem? Tak czy inaczej, na pewno będzie wspaniale.

Leżało mi się tak przyjemnie, że w ogóle nie chciało mi się wstawać. Zresztą, po co się spieszyć? Przecież wciąż miałam wakacje! I nie musiałam spotykać się z Pijawką! Tylko raz zobaczyłam ją na ulicy, ale uciekłam. Jeszcze zaciągnęłaby mnie na wakacyjne zajęcia pływackie!

Leżałam więc sobie w najlepsze, gdy do mojego pokoju weszła mama.

‒ Wstawaj, śpiochu! Przygotowałam już śniadanie.

‒ Tak, wiem ‒ westchnęłam i się przeciągnęłam. ‒ Bekon i grzanki. Pycha…

‒ Skąd wiesz? ‒ spytała zdziwiona. ‒ Schodziłaś już na dół?

‒ Nie ‒ odpowiedziałam.

I wtedy to do mnie dotarło.

Jakim cudem czuję zapachy posiłków? Nigdy wcześniej mi się to nie zdarzało. W końcu kuchnia jest na tyle oddalona od mojego pokoju, że to niemożliwe, aby jakikolwiek zapach dotarł aż tutaj.

W takim razie dlaczego teraz czuję ten bekon? To pewnie wilczy wirus! Więc jednak zadziałał!

‒ Zgadywałam ‒ odpowiedziałam szybko, widząc, że mama z uwagą mi się przypatruje.

‒ Aha ‒ mruknęła nieprzekonana. ‒ Chodź już na to śniadanie.

I wyszła.

A ja? Od razu sięgnęłam po komórkę, chcąc zadzwonić do Maksa. Zaraz przypomniało mi się jednak, że w czasie wakacji lubi sobie pospać nawet do jedenastej (i to ja niby jestem śpiochem!), więc pewnie jeszcze nie wstał.

Okej, powiem mu, gdy po mnie przyjedzie.

Stanęłam przed lustrem i zaczęłam się zastanawiać. Skoro mam teraz tak czuły węch, to może potrafię zmieniać się w wilka tak jak Max?

Tylko jak to zrobić? Oto jest pytanie. Może po prostu trzeba o tym intensywnie pomyśleć?

„Chcę być wilkiem” ‒ pomyślałam.

Nic.

Może spróbuję to powiedzieć.

‒ Chcę być wilkiem ‒ wyszeptałam, zerkając niepewnie na drzwi.

I… znowu nic.

‒ Chcę być wilkiem! ‒ powtórzyłam trochę głośniej.

Ciągle nic.

Zamknęłam drzwi na klucz i włączyłam na cały regulator The Calling.

‒ Chcę być wilkiem! ‒ wrzasnęłam.

No i… nic.

Choroba, coś muszę robić nie tak.

Nagle usłyszałam głośne łomotanie w drzwi i krzyk:

‒ Margo!

Szybko wyłączyłam odtwarzacz i nacisnęłam klamkę. W progu stała mama.

‒ O co chodzi? ‒ spytałam jak gdyby nigdy nic.

‒ Co ty wyprawiasz?!

‒ Przypadkiem potrąciłam odtwarzacz i włączyłam muzykę. Przepraszam, już schodzę ‒ odpowiedziałam i zamknęłam jej drzwi przed nosem.

No fajnie, teraz zacznie coś podejrzewać. Lepiej poczekam z tą przemianą do spotkania z Maksem. Tak będzie bezpieczniej.

Przy śniadaniu od razu zaatakował mnie tata. Super, mama już mu się na mnie poskarżyła.

‒ Córeczko ‒ zaczął tak jak zawsze, gdy próbował na mnie swego daru perswazji ‒ chciałbym z tobą o czymś porozmawiać.

‒ Jasne, tato ‒ mruknęłam i spojrzałam oskarżycielsko na mamę, ale nie zareagowała.

‒ Stwierdziliśmy, że jeśli chodzi o tę twoją… muzę, to może powinnaś troszkę przystopować. ‒ Biedaczek, myśli, że jeśli będzie używał młodzieżowego slangu, łatwiej się ze mną dogada. ‒ Przeszkadza nam, że nie uznajesz żadnych norm. Owszem, rozumiemy twoje potrzeby. Usiłujesz w ten sposób odreagować swoje emocje, ale może powinnaś…

I tak dalej, i tak dalej.

Rany, nawet nie wolno już puścić głośno muzyki, bo od razu się czepiają!

Jakoś przetrwałam to śniadanie, ale łatwo nie było. Podczas całej przemowy ojca zerkałam na zegarek. Gadał prawie pół godziny! Jak ja to wytrzymałam?

Około dwunastej (jak ostatnio codziennie, gdy rodzice wychodzili do pracy) przed dom zajechał Max.

Wyszłam na zewnątrz. Już nie mogłam się doczekać, kiedy opowiem mu o swoim dzisiejszym odkryciu.

Max stał przy motocyklu i przekładał coś w bagażniku.

Szłam sobie najzwyczajniej w świecie do furtki, gdy nagle poczułam straszliwą chęć ucieczki. Aż przystanęłam. O co chodzi? W mojej głowie zabrzęczał ostrzegawczy dzwonek: „Uciekaj!”. Nie wiedziałam, co robić.

Poczułam mocne uderzenie w plecy i padłam jak długa. Głuche warczenie nad moją głową stawało się coraz głośniejsze. Zwinęłam się w kłębek, żeby ochronić twarz, tak jak uczą tego w telewizji edukacyjnej.

Zrozumiałam, że zaatakował mnie Sweter! Rzucił się na mnie i teraz ciągnął za nogawkę spodni!

‒ Sweter, to ja! ‒ krzyknęłam. ‒ Zostaw mnie!

Mój pies nie reagował. Zachowywał się tak, jakby mnie nie poznawał! I nagle mnie oświeciło: przecież przez ostatni tydzień prawie go nie widziałam. Pewnie wyczuł, że dzieje się ze mną coś złego, i schodził mi z drogi.

Na szczęście szczekanie usłyszał Max. Błyskawicznie przeskoczył ogrodzenie, złapał Swetra za obrożę i odciągnął go ode mnie. Gdy tylko pies puścił moją nogawkę, odczołgałam się na bok.

‒ Margo! Uciekaj za ogrodzenie! ‒ krzyknął Max, wlokąc psa w stronę domu.

Błyskawicznie podniosłam się i puściłam biegiem do furtki. Gdy znalazłam się za nią bezpieczna, zobaczyłam, jak szarpiący się z psem Max otwiera jedną ręką drzwi do domu i wpycha do środka szamoczące się wściekle zwierzę. Następnie szybko je zatrzasnął i przybiegł do mnie na ulicę.

Przez chwilę słyszeliśmy gwałtowne drapanie pazurami o drewno. Sweter wybiegł przez klapkę w kuchennych drzwiach na tyłach domu, okrążył go i zaczął wściekle obszczekiwać nas zza ogrodzenia. Aż odskoczyłam, gdy całym ciężarem ciała rzucił się na sztachety. Bogu dzięki, że są za wysokie, by przez nie przeskoczył!

‒ Nic ci się nie stało?

‒ Nie, nic ‒ odpowiedziałam roztrzęsiona.

Pies rozdarł mi co prawda dżinsy, ale na szczęście nie naruszył skóry. Zerknęłam szybko na Maksa. Wpatrywał się uważnie w szalejącego Swetra.

‒ Margo, twój pies zachowuje się naprawdę dziwnie ‒ zaczął Max. ‒ Czy coś się stało? Wiesz, ten wirus…

‒ Właśnie! Miałam ci powiedzieć! Rano, zaraz po przebudzeniu, poczułam na górze intensywny zapach śniadania, a przecież do tej pory nigdy mi się to nie zdarzyło.

‒ To jeszcze o niczym nie świadczy ‒ mruknął Max. ‒ Ludzie czują zapachy. To całkiem normalne.

‒ Jak to?! Przecież wiesz, gdzie u mnie w domu jest kuchnia. Do mojego pokoju nie docierają stamtąd żadne zapachy. Przed tym… tym… zakażeniem nigdy nie czułam u siebie zapachu śniadania ani żadnego innego posiłku! Coś się ze mną dzieje! ‒ nie ustępowałam.

‒ A czy udało ci się… przemienić w wilka?

‒ Nie ‒ mruknęłam. ‒ Próbowałam, ale nie potrafię. Nie mam pojęcia, jak się do tego zabrać. W jaki sposób ty się zmieniasz?

‒ Po prostu o tym myślę i już ‒ powiedział po chwili zastanowienia. ‒ Chociaż w zasadzie… teraz chyba już nawet o tym nie myślę. To przychodzi samo, kiedy tego potrzebuję.

‒ Aha ‒ westchnęłam ciężko. ‒ W każdym razie próbowałam dzisiaj rano, ale nic z tego.

Musiało to zabrzmieć naprawdę żałośnie, bo Max zareagował ostro:

‒ Nie masz czego żałować. Instynkty wilka są trudne do opanowania. Czasami mam na przykład ogromną ochotę zmienić się i na kogoś rzucić, ale jednocześnie wiem, że jeśli to zrobię, cały świat dowie się, że nie jestem normalnym człowiekiem. Na twoim miejscu cieszyłbym się, że nie mam takich dylematów.

Odkąd jesteśmy ze sobą naprawdę blisko, Max przestał być milczkiem. Co prawda nadal uważa, że nie warto mówić, jeśli nie ma takiej potrzeby, ale już nie mruczy pod nosem ani nie wykręca się półsłówkami od odpowiedzi na ważne pytania.

Teraz dotarło do mnie, dlaczego Max i inni metalowcy są z reguły tacy milczący. Oni po prostu nie chcą rzucać się w oczy. Zrobiło mi się ich żal. Mogli być sobą tak naprawdę tylko we własnym towarzystwie.

*

Resztę dnia spędziłam u Maksa; uczył mnie grać na swojej elektrycznej gitarze. Wiem, że założył z innymi wilkami zespół rockowy. Nie rozumiem tylko, czemu zawsze kiedy pytam go, czy mogłabym przyjść na próbę, odpowiada, że nie ma w ogóle żadnego zespołu. Tak… jasne.

Popołudnie minęło cudownie, ale nurtowało mnie teraz jedno pytanie: jak dostanę się z powrotem do własnego domu? Sweter znowu może się na mnie rzucić! To straszne, wychowałam go od szczeniaka, a on mnie nie poznaje. Muszę go jakoś do siebie przekonać.

‒ Jak sądzisz, co powinnam zrobić, żeby Sweter znowu mnie polubił? ‒ spytałam Maksa, gdy odprowadzał mnie do domu.

‒ Nie mam bladego pojęcia ‒ odpowiedział i bezwiednie potarł kark.

W Instytucie wszczepiono mu tam mikronadajnik i pod wpływem emocji Max odruchowo dotykał tego miejsca.

‒ Ja nigdy nie miałem psa, bo żaden nie chciał mnie zaakceptować. Zresztą tak samo jest z nami wszystkimi.

‒ To jednak dziwne ‒ nie ustępowałam. ‒ Nie rozumiem, dlaczego Sweter tak się zachowuje? Czyżbym inaczej pachniała, skoro już mnie nie poznaje?

‒ Nie wiem, Margo ‒ mruknął Max. ‒ Psy chyba podświadomie wyczuwają nasze pochodzenie i uważają nas za wrogów.

‒ Świetnie, tylko jak ja teraz wejdę do domu?

Bezradnie wzruszył ramionami. Kiedy dotarliśmy do ogrodzenia, Sweter od razu do nas podbiegł. I zaczął warczeć.

‒ Może powinnaś go oddać? ‒ zaproponował nieśmiało Max. ‒ Jest niebezpieczny. Może zrobić ci krzywdę.

‒ Nie! ‒ zaprotestowałam gwałtownie. Ten pomysł wydał mi się po prostu okropny. ‒ Ja go kocham!

‒ Ale on ciebie chyba już nie ‒ mruknął pod nosem Max.

‒ Słyszałam ‒ obruszyłam się i spojrzałam na niego ostro, ale on zrobił najniewinniejszą minę, na jaką było go stać.

‒ Przepraszam ‒ powiedział i położył mi dłoń na ramieniu.

Kucnęłam przy ogrodzeniu na wprost Swetra i zbliżyłam rękę do krat. Pies oczywiście usiłował mnie ugryźć, dlatego przezornie nie przysunęłam jej bliżej.

‒ Sweter, Sweterku ‒ przemówiłam cicho i łagodnie. ‒ To ja, twoja pani. Nie pamiętasz mnie?

Może chociaż przypomni sobie mój głos?

‒ Sweter, siad!

Zdezorientowany pies odwrócił się, jakby sprawdzając, czy przypadkiem za nim nie stoję, ale zaraz znowu się ku mnie odwrócił i zaczął warczeć. No, to już było coś. Chyba rozpoznał mój głos.

‒ Sweter, siad! Uspokój się! ‒ spróbowałam znowu.

Tym razem osiągnęłam pożądany efekt, bo Sweter naprawdę usiadł! Teraz już wyglądał na nieźle zdezorientowanego.

‒ Dobry piesek!

‒ No, coś takiego…. ‒ W głosie Maksa usłyszałam prawdziwy podziw. ‒ Myślałem, że cię nie posłucha. Brawo, Margo!

‒ Sweter, to ja. Grzeczny piesek ‒ zaszczebiotałam i wsadziłam rękę pomiędzy sztachety,

‒ Nie wiem, czy to dobry pomysł! ‒ zaprotestował Max.

Mimo strachu cały czas mówiłam uspokajająco do Swetra i zbliżyłam dłoń do jego pyska.

‒ Sweter, to ja. To ja, piesku.

Starałam się nie okazywać lęku. Wiedziałam, że gdyby pies wyczuł mój strach, mógłby mnie ugryźć. Nadal jednak czułam się, jakbym wkładała rękę w paszczę lwa.

Ale Sweter tylko cicho warknął i nieufnie powąchał moją dłoń.

W końcu, po paru minutach mojego czułego przemawiania, Sweter polizał mnie po ręce! Teraz już miałam pewność. Zaakceptował mnie taką, jaka jestem.

Podniosłam się z ulgą i spojrzałam na Maksa.

‒ Powinnaś być treserką w cyrku ‒ stwierdził ze śmiechem. ‒ To było niesamowite!

‒ Nic bym nie zdziałała, gdyby Sweter nie pamiętał mojego głosu ‒ odrzekłam skromnie, przytulając się do Maksa.

‒ Chyba już pójdę ‒ westchnął, obejmując mnie. ‒ Ale poczekam, aż wejdziesz do domu, tak na wszelki wypadek…

‒ Dobrze, mój ty rycerzu. ‒ Uśmiechnęłam się i pocałowałam go w usta.

W tym momencie Sweter zaczął warczeć.

‒ Ale ciebie chyba nadal nie lubi ‒ zauważyłam.

‒ I wzajemnie ‒ mruknął. ‒ Dzisiaj spotykamy się w lesie. Pójdziesz ze mną?

‒ Jasne.

‒ O której po ciebie wpaść? Może byłbym gdzieś tak przed północą, co?

‒ Będę czekać przy tylnej furtce ‒ odparłam i znów go pocałowałam, ignorując głuche warczenie Swetra.

Muszę go przekonać do Maksa. To po prostu okropne, że pies, którego kocham, nienawidzi chłopaka, któremu oddałam serce. Muszę to naprostować.

Ostrożnie weszłam do ogrodu, starając się nie wykonywać żadnych gwałtownych ruchów. Ale Sweter nie rzucił się na mnie, tylko cały czas nieufnie obwąchiwał.

Pomachałam Maksowi i weszłam do domu, przepuszczając przed sobą psa. Tak, muszę zorganizować im obydwu terapię: Maksa przekonać do Swetra, a Swetra do Maksa.

2

Wieczór minął już bez większych emocji.

Rodzice nie interesowali się, co robię, więc miałam spokój.

Próbowałam zmienić się w wilka, ale wciąż mi to nie wychodziło. A przecież naprawdę się starałam!

Przypomniałam sobie to dziwne uczucie, którego doznałam na chwilę przed atakiem Swetra. Co to było? Instynkt? Muszę spytać Maksa.

Zastanawiałam się też, czy pozostałe wilki wreszcie mnie kiedyś polubią? Na razie poznałam dopiero czworo z nich: Maksa, Akiego, Adrienne i Marka. Innych znam tylko z widzenia. A co, jeśli nigdy się do mnie nie przekonają? W końcu jestem dla nich kimś obcym.

Dobrze przynajmniej, że Sweter przestał już na mnie warczeć. Nie przyszedł jednak do mnie w czasie kolacji ‒ aż tak bardzo mi jeszcze nie ufa. A szkoda, bo dzisiaj znowu był kurczak…

Czekając niecierpliwie na spotkanie z Maksem, padałam na twarz, tak bardzo chciało mi się spać. Gdy więc dotrwałam do umówionej godziny, miałam ochotę krzyczeć ze szczęścia. Oczywiście tego nie zrobiłam, bo zdecydowanie nie warto byłoby budzić rodziców. Gdyby się dowiedzieli, że wymykam się dokądś w nocy, i to na dodatek z Maksem, to nie skończyłoby się na kolejnej umoralniającej gadce, ale dostałabym szlaban chyba aż do śmierci. Naprawdę lepiej ich nie budzić…

Cichutko przeszłam przez barierkę na balkonie i zaczęłam schodzić po pergoli. Wiedziałam, że jest nowa, ale wciąż się trochę bałam, że znowu się pode mną załamie.

Wyszłam za ogrodzenie i oparłam się o parkan. O ile jeszcze jakiś miesiąc temu las napawał mnie strachem, o tyle teraz czułam, jakby mnie przyzywał. Nie potrafię tego wyjaśnić. Przez cały wieczór, kiedy siedziałam u siebie w pokoju, ciągle spoglądałam w stronę otwartego okna i miałam ochotę wybiec na zewnątrz. Nie mogłam się oprzeć pragnieniu, by wejść między drzewa.

Już jakiś czas temu zauważyłam, że gdziekolwiek bym się znalazła, musiałam otworzyć okno. Bez tego czułam, że brakuje mi powietrza. Zamknięte pomieszczenia mnie denerwowały. Miałam wrażenie, że jestem w klatce.

Teraz stałam nieopodal linii lasu i czułam się wspaniale! Wreszcie wolna! Miałam ochotę biec. Nie wiem dokąd ani po co. Po prostu chciałam biec, dla samej przyjemności biegu. A przecież ja nienawidzę biegać!

Ten wirus naprawdę mnie zmieniał.

‒ Sorry, że się spóźniłem ‒ usłyszałam za sobą głos Maksa.

Jak zwykłe wyglądał wspaniale. Mówiłam już, że w czarnym jest mu bardzo do twarzy? Bo na przykład Ivette wyglądałaby w czerni okropnie ‒ próbowała się już tak ubierać ze względu na Akiego, ale bądźmy szczerzy, zdecydowanie lepiej jej w różowym.

‒ Co robiłaś? ‒ spytał Max, przerywając moje rozmyślania.

Wziął mnie za rękę i razem weszliśmy do lasu.

‒ Nie wiem ‒ odpowiedziałam. ‒ Właściwie nic.

Naprawdę trudno mi było wyrazić to słowami. Bo rzeczywiście nie wiem, co robiłam.

‒ Nie wiesz? ‒ powtórzył Max i się uśmiechnął.

‒ No… wsłuchiwałam się w las. ‒ Zaśmiałam się niepewnie. ‒ Wydaje mi się inny. Już się go nie boję. Może to głupio zabrzmi, ale czuję, jakby mnie przyzywał.

Myślałam, że Max roześmieje się razem ze mną, jednak on spoważniał.

‒ Co się stało? ‒ spytałam zaniepokojona.

‒ Wciąż miałem nadzieję, że to wszystko się nie wydarzy. Ale z tego, co mówisz, wynika, że stajesz się taka jak ja. Zaczynasz żyć lasem.

‒ Żyć lasem? ‒ mruknęłam i przeskoczyłam przez wystający korzeń.

‒ Teraz nie będziesz mogła bez niego żyć. Sama powiedz, siedziałaś dzisiaj przy otwartym czy zamkniętym oknie?

‒ Przy otwartym.

‒ No właśnie, bo przy zamkniętym czułaś się tak, jakbyś się dusiła, prawda? A ten korzeń, przez który właśnie przeskoczyłaś? Nawet na niego nie spojrzałaś. Przed zakażeniem potknęłabyś się o niego, nawet gdybyś go widziała.

Wiem, że jestem skończoną ofiarą losu, ale nie musi mi o tym przypominać.

‒ Może masz rację…

‒ Margo, właśnie stajesz się jedną z nas ‒ stwierdził ze smutkiem Max.

‒ Ale ja się z tego cieszę. Teraz lepiej cię rozumiem. Poza tym i tak nie umiem zmieniać się w wilka, a to, że wreszcie nie potykam się o korzenie w lesie, uważam raczej za dużą zaletę.

‒ Nie mów tak! To, co zrobili ci w Instytucie, nie jest darem, to jest przekleństwo! ‒ przerwał mi gwałtownie Max. ‒ Oni zabrali ci cząstkę ciebie!

‒ Ale mi jej wcale nie brakuje! ‒ zaprotestowałam. ‒ Ja naprawdę się cieszę, że jestem taka jak ty.

‒ Margo, oni zmienili twoją tożsamość! Ty już nie jesteś człowiekiem. Jesteś mutantem! ‒ podniósł głos. ‒ Jak możesz się z tego cieszyć? Ja oddałbym wszystko, żeby być normalny…

Zamilkłam. Max naprawdę nienawidził ludzi z Instytutu. A od czasu gdy dopadli także i mnie, ta nienawiść potężniała z każdym dniem. Przytuliłam się do niego.

‒ Najważniejsze, że żyjemy i mamy siebie ‒ wyszeptałam.

‒ Ale…

‒ Spokojnie. Wszystko będzie dobrze ‒ mówiłam, głaszcząc go po plecach.

Czułam, jak powoli opada z niego napięcie.

‒ Tak… ‒ mruknął niechętnie i objął mnie ramieniem.

Ruszyliśmy przez las. Chwilę potem dotarliśmy do polany. Dookoła ogniska zebrała się już większość metalowców, a raczej wilków. Usiadłam obok Maksa na zwalonym pniu.

Obok mnie przycupnęła Adrienne. Przywitałam ją uśmiechem.

‒ Cześć. Jak się czujesz? ‒ spytała.

‒ Czy ja wiem, tak sobie ‒ odparłam.

‒ Zaraz wrócę ‒ powiedział Max i podszedł do stojącego nieco dalej Akiego.

‒ Czy ty… czy potrafisz się zmieniać w wilka? ‒ rzuciła Adrienne.

Widocznie nie mogła już powstrzymać ciekawości. Ależ wieści szybko się rozchodzą…

‒ Nie, ale jak twierdzi Max, tracę już swoje człowieczeństwo ‒ odpowiedziałam.

‒ Nie rozumiem.

‒ Zaczęłam czuć różne zapachy i słyszeć dźwięki, które normalnie za nic by do mnie nie dotarły. Poza tym dzisiaj rzucił się na mnie mój pies.

‒ A więc zaczynasz się już zmieniać ‒ mruknęła jakby do siebie Adrienne. ‒ A co z lasem i pełnią? Czujesz coś?

Chcą wiedzieć, czy las zaczyna na mnie działać. No cóż, muszę przyznać, że te wszystkie zmysły wilka dają niezłego kopa. Kiedy człowiek nagle zaczyna słyszeć czyjś puls, to może się nieźle przestraszyć. Zapewniam.

Postanowiłam zagadnąć Adrienne o to dziwne uczucie, jakiego dziś doświadczyłam.

‒ Powiedz mi, co to jest. Tuż przed atakiem Swetra poczułam nagłą chęć ucieczki i coś mi mówiło, żebym uciekała. Co to było? Też ci się coś takiego zdarza? Jakby przeczucie, że zaraz przydarzy się coś złego.

‒ Nie wiem, ale prawdę mówiąc, nikt mnie dotychczas nie gonił ‒ powiedziała Adrienne.

‒ Mówisz, że kiedy to poczułaś? ‒ spytał stojący niedaleko Aki.

Nagle zauważyłam, że przy ognisku zapadła kompletna cisza. Widocznie od jakiegoś czasu wszyscy przysłuchiwali się naszej rozmowie. No fajnie…

‒ Dzisiaj rano, zanim mój pies się na mnie rzucił ‒ wyjaśniłam.

‒ I nigdy wcześniej tego nie czułaś? ‒ spytał tym razem Mark.

‒ No nie, tylko w tych snach, które miałam w ubiegłym roku. Ale one pojawiały się po tym środku, którym faszerował mnie Instytut.

‒ A teraz niczego ci nie dają? ‒ spytał Max.

‒ Eee, o niczym nie wiem ‒ mruknęłam.

Kurczę, speszyło mnie to, że wszyscy się we mnie wpatrywali. Zawsze mam tremę przed publicznymi wystąpieniami, a tu miałam całkiem liczne audytorium.

‒ A może to się pokłóciło! ‒ krzyknął nagle Mark.

‒ Co się pokłóciło? ‒ spytała Adrienne. ‒ Wyrażaj się z łaski swojej troszkę jaśniej. Nie wszyscy jesteśmy tacy wszechwiedzący jak ty.

Adrienne potrafi być wredna! Chyba trafiłam na kogoś podobnego do mnie. Spróbuję się z nią zaprzyjaźnić.

‒ No… tamten preparat, który Margo brała wcześniej, z tym… wilczym wirusem ‒ wyjaśnił jej Mark takim tonem, jakby miał do czynienia z człowiekiem co najmniej opóźnionym w rozwoju.

Zaczynam ich lubić.

Cały wieczór minął całkiem miło. Wszyscy mi współczuli, a ja powoli przyzwyczajałam się do nowej sytuacji. Wciąż tylko nie wiedziałam, dlaczego nie umiem zmieniać się w wilka. Tego wieczoru próbowałam wielokrotnie, ale za każdym razem nic z tego nie wychodziło. Choć każdy chętnie doradzał i mówił, co mam robić, nic to nie dawało. Byłam na serio wkurzona.

Gdzieś tak koło trzeciej w nocy zaczęliśmy się żegnać. Padałam z nóg, ale żałowałam, że już musieliśmy się rozejść. Wszyscy okazali się naprawdę bardzo sympatyczni. Nie to co głupawe cheerleaderki. O mało nie zasnęłam oparta o Maksa, podczas gdy Mark opowiadał o swoim nowym odkryciu naukowym i kolejnych eksperymentach.

Wkrótce Max stwierdził, że czas już wrócić do domów. No i bardzo dobrze, bo rzeczywiście strasznie chciało mi się spać. Pożegnaliśmy się więc ze wszystkimi i ruszyliśmy w drogę powrotną.

W pewnym momencie Max się zatrzymał.

‒ Czemu nie powiedziałaś mi o tym swoim przeczuciu? ‒ spytał.

‒ Zupełnie wyleciało mi to z głowy. Przypomniałam sobie dopiero teraz ‒ odpowiedziałam.

‒ To dziwne ‒ stwierdził Max. ‒ Ja nigdy czegoś takiego nie miałem.

‒ Za to ja nie umiem zmieniać się w wilka. Może dlatego mam trochę inne… zdolności.

‒ Może… ‒ powiedział i objął mnie ramieniem. ‒ Przepraszam, że tak się o to dopytuję, ale martwię się o ciebie.

Przytuliłam się do niego mocniej.

Gdy doszliśmy do ogrodzenia mojego domu, Max przyciągnął mnie do siebie i delikatnie pocałował. Przez chwilkę jeszcze rozmawialiśmy, ale zmęczenie wzięło górę i się pożegnaliśmy.

Pergola nie stanowiła już dla mnie żadnej trudności. Przeszkadzały mi tylko róże, strasznie się o nie podrapałam.

Ten dzień, to znaczy… ta noc ‒ była świetna. Zasnęłam z uśmiechem na ustach.

*

Jajecznica.

Na śniadanie jest jajecznica. Czuję ją.

Strasznie trudno było mi zwlec się z łóżka. Co z tego, że rodzice z okazji wakacji też później wstają, dziesiąta rano to dla mnie zdecydowanie za wcześnie. Jednak jeśli nie zejdę na dół, to znowu zaczną się niewygodne pytania: „Czemu nie wstajesz?”, „Coś ci jest?”, „Nie spałaś w nocy?”, „Jesteś chora?”.

I tak dalej. W dodatku tak brzmiałoby przesłuchanie w wykonaniu mamy, tata byłby o wiele bardziej dociekliwy.

Musiałam więc zwlec się na śniadanie, chociaż miałam na to taką samą ochotę jak na zajęcia z Pijawką. Swoją drogą, to ciekawe, co u niej słychać? Zresztą, kogo ja chcę oszukać? Czy mnie to naprawdę interesuje? Moim najskrytszym marzeniem było (oczywiście pomijając te związane z Maksem ‒ czyli prawie wszystkie) więcej jej nie spotkać.

A niech to licho! Ależ ja mam podkrążone oczy! Choroba! Już słyszę te zatroskane pytania matki. No, to się wkopałam…

Hej! A gdybym zrobiła sobie makijaż? Chociaż nie, to wyda im się jeszcze bardziej podejrzane. Może to głupie, ale w ogóle nie potrafię się malować! Tragedia. Jedyne, co umiem, to narysować sobie w miarę prostą kreskę pod okiem. I na tym moje zdolności się kończą. Chyba więc po prostu nazmyślam, że miałam w nocy koszmary.

To niesamowite, ale uwierzyli! Oni są jak dzieci.

Z apetytem zaczęłam jeść jajecznicę, była wyjątkowo smaczna.

‒ Przed chwilą dzwoniła mama Ivette ‒ powiedziała nagle mama.

‒ Naprawdę? ‒ spytałam i od razu zapomniałam o śniadaniu. ‒ Co mówiła?

‒ Przyjechali wczoraj do Wolftown i zapraszają cię dzisiaj do siebie na cały dzień.

‒ Tak?! ‒ krzyknęłam i poderwałam się z krzesła. ‒ To ja już idę!

‒ Poczekaj! ‒ zatrzymała mnie mama. ‒ Dokończ śniadanie.

Skończyłam w dwie minuty. Od razu chciałam też zadzwonić do Maksa, żeby po mnie nie przyjeżdżał, bo cały dzień spędzę z Ivette. Ale pomyślałam, że pewnie ‒ jak każdy normalny człowiek w czasie wakacji ‒ jeszcze śpi. Wysłałam mu więc SMS-a, powinien go odebrać, jak się obudzi.

Wsiadłam na swój nowy rower, który niedawno kupili mi rodzice, i pojechałam szybko do Iv. Dotarłam na miejsce w rekordowym czasie.

Drzwi otworzyła mi Ivette.

‒ Iv! ‒ krzyknęłam i rzuciłam jej się na szyję. ‒ Jak dobrze cię znowu widzieć!

‒ Och, cześć, Margo ‒ mruknęła lekko przyduszonym głosem, najwyraźniej miała mały kłopot ze złapaniem oddechu.

‒ Poznajesz mnie! ‒ zawyłam, kiedy już się ode mnie uwolniła.

‒ Tak… ‒ odpowiedziała. ‒ Trochę. Tęskniłam za tobą, chociaż nie przypominam sobie, żebyś była taka… taka spontaniczna.

Roześmiałam się głośno, a ona razem ze mną. Moja Iv wróciła!

Gdy tylko dotarłyśmy do pokoju Iv, rozwaliłam się na jej olbrzymim łóżku z baldachimem (tak jest, z baldachimem!) i od razu ruszyłam do ataku.

‒ Opowiadaj, co sobie przypomniałaś!

Nie chciałam jej niczego sugerować. W końcu Aki prosił mnie (a raczej zażądał, jeśli już wdajemy się w szczegóły), bym jej nic nie mówiła o wilkach, bo to mogłoby znowu narazić ją na niebezpieczeństwo. Całkowicie się z nim zgodziłam. W końcu o mało jej nie zabili! O nie, dla niej będę milczeć jak grób!

‒ Pamiętam, jak się poznałyśmy ‒ zaczęła.

‒ To świetnie! ‒ wykrzyknęłam. ‒ Na początku wakacji w ogóle mnie nie pamiętałaś.

‒ Tak, przepraszam ‒ mruknęła cicho.

‒ Nie szkodzi, przecież miałaś prawo nie pamiętać ‒ odpowiedziałam. ‒ Gdybym to ja wpakowała się pod samochód, też bym pewnie nikogo nie poznawała.

‒ Ale za to doskonale pamiętam nasz wyjazd na koncert i to, że skończyła się nam benzyna ‒ powiedziała Iv i się roześmiała. ‒ To głupie, że człowiek zapamiętuje tylko swoje porażki. A w ogóle nie pamiętam tego, że wreszcie nauczyłam się pływać.

‒ Ivette, przecież ty nie umiesz pływać ‒ stęknęłam zakłopotana i uważnie się jej przyjrzałam.

Zdradziły ją dołeczki na policzkach.

‒ No wiesz, a już miałam cichą nadzieję, że umiem ‒ rzuciła ze śmiechem.

Przez następną godzinę przypominałyśmy sobie różne historie z naszego życia ‒ przeważnie te najbardziej głupie i śmieszne.

‒ A Petera pamiętasz? ‒ spytałam.

‒ Tak, Peter to świnia! ‒ oznajmiła i znowu wybuchnęłyśmy śmiechem.

‒ A Max? ‒ spytałam ostrożnie.

‒ Taa… jego pamiętam ‒ odpowiedziała i uśmiechnęła się ironicznie. ‒ Myślałam, że z tobą nie wytrzymam, jak się z nim pokłóciłaś. Zachowywałaś się niemożliwie.

‒ No… ‒ mruknęłam, ‒ A pamiętasz, co się działo dalej? Po tej kłótni?

‒ A wiesz, to głupie ‒ stwierdziła. ‒ Bo pamiętam tylko jakieś urywki.

‒ Jak to?

‒ Pamiętam, że pogodziłaś się z Maksem, ale nie mam pojęcia jak i kiedy. Nie pamiętam też, o co się pokłóciliście. Poza tym wiem, że dużo czasu spędziłyśmy razem w bibliotece. Czegoś szukałyśmy, ale za żadne skarby nie mogę sobie przypomnieć czego.

Wycięli jej z pamięci wszystko, co było związane z wilkami. To po prostu okropne! I niesamowite.

‒ Pisałyśmy referat na temat sekt ‒ powiedziałam szybko, uciekając przed jej pytającym spojrzeniem.

‒ Naprawdę? ‒ zdziwiła się. ‒ Tego nie pamiętam. No cóż, może i to kiedyś sobie przypomnę?

No… nie sądzę. Instytut na pewno zadbał o to, żebyś nigdy sobie tego nie przypomniała.

Przesiedziałam z Ivette w jej domu calutki dzień. Obgadałyśmy wszystko i wszystkich. Opowiadałam jej o Maksie i o naszych randkach. Nie wspomniałam jednak ani słowem o wilkach czy o Akim. Sama nie poruszyła tego tematu, więc chyba nie pamięta swojej wielkiej platonicznej miłości.

Już od dobrych dwudziestu minut żegnałyśmy się przy furtce, kiedy Iv zaskoczyła mnie pytaniem:

‒ Przypomnij mi, dlaczego przemalowałam swój samochód? Przecież miał taką ładną różową karoserię.

I tu mnie miała. Nie mogę jej powiedzieć, że zrobiła to, bo podobał się jej Aki. Po prostu nie mogę!

‒ Eee, znudził ci się ten różowy ‒ bąknęłam.

‒ Aha ‒ westchnęła. ‒ Ale wiesz co? Chyba go znowu przemaluję. Czarny to taki ponury kolor. Wrócę do poprzedniej wersji.

‒ Jasne. Różowy nie jest zły.

‒ Przecież ty nie cierpisz różowego ‒ zauważyła Iv.

Jasne.

‒ No tak, ale to przecież twój samochód ‒ brnęłam bez sensu.

A niech to! Zaczynam się plątać. Ivette jest bystra, zaraz zauważy, że coś przed nią ukrywam.

‒ Dziewczynki, kończcie już! ‒ usłyszałyśmy za sobą wołanie pani Reno. ‒ Stoicie tam już ponad pół godziny! Przecież jutro też się zobaczycie!

Uratowała mnie!

‒ Dobrze, pani Reno, już idę! Dobranoc! ‒ odkrzyknęłam z ulgą. ‒ No dobra, rzeczywiście muszę lecieć, bo moi rodzice zwariują ‒ powiedziałam ciszej do Ivette i jeszcze raz ją uścisnęłam. ‒ To jak, jutro u mnie czy u ciebie?

‒ Raczej ty wpadnij do mnie ‒ odpowiedziała i gorzko się uśmiechnęła. ‒ Rodzice szybko mnie samej nigdzie nie puszczą. Boją się, że znowu wpakuję się komuś pod samochód.

Biedna Iv, miała ten sam problem co ja w Nowym Jorku. Kiedy tam mieszkaliśmy, też nie wolno mi było nigdzie wychodzić samej. Tam jest naprawdę niebezpiecznie, nie to co w Wolftown… Oho, przestałam już nazywać to miasto zapadłą dziurą!

Ale nawet w spokojnym Wolftown rodzice mogą pielęgnować swoje fobie. W domu czekała mnie awantura: niby zginęłam na cały dzień. W ogóle nie rozumiem, o co oni się czepiają, w końcu wiedzieli, gdzie jestem.

Po kolacji już miałam zadzwonić do Maksa, gdy usłyszałam cichutkie stuknięcie w szybę. Po chwili dźwięk się powtórzył. To on! Pewnie rzucał w moje okno małymi kamyczkami.

Odsunęłam zasłonkę i wyszłam na balkon. Kiedy jeszcze byłam zwykłą nastolatką, potrzebowałam kilku sekund, by przyzwyczaić wzrok do ciemności. A teraz? Teraz widziałam bez problemów.

‒ Możesz zejść? ‒ spytał cicho.

‒ Jasne. Poczekaj chwileczkę.

Wyłączyłam odtwarzacz i zgasiłam światło. No i oczywiście zamknęłam drzwi na klucz. Oby rodzice pomyśleli, że już śpię, i nie usiłowali do mnie zajrzeć.

Niedawno zostałam pochwalona przez mamę. Otóż bardzo ją cieszy, że stałam się doroślejsza i nie słuchani już tak głośno muzyki. Faktycznie, do tej pory potrafiłam rozwalać radio na cały regulator. A teraz? Teraz mój superwyczulony zmysł słuchu nie wytrzymałby tego. Głośne dźwięki po prostu ranią moje uszy, więc słucham już dużo ciszej. Mama zaś cały czas powtarza, że dorośleję i staję się coraz bardziej odpowiedzialna. Nie mam serca wyprowadzać jej z błędu.

Narzuciłam sweter na T-shirt (wieczorem robi się już chłodno) i zaczęłam schodzić po pergoli.

Na dole rozejrzałam się szybko. Nie wiem czemu. Po prostu mam teraz taki odruch. Mojego pieska nigdzie nie było widać. Możliwe, że to obecność Maksa trochę go spłoszyła.

Przywitaliśmy się, a potem ruszyliśmy przez ciemny las na spacer.

‒ Co słychać u Ivette?

W skrócie opowiedziałam mu, o czym rozmawiałyśmy; o tym, co Iv pamięta, i że nic nie wie o Instytucie.

Pokiwał głową. Nie dziwiły nas luki w jej pamięci. Ludzie z Instytutu nie popełniają dwa razy tych samych błędów.

Później Max znowu usiłował mnie nauczyć, jak mam przeobrazić się w wilka, ale bądźmy szczerzy, jestem kompletnym beztalenciem! To po prostu przekracza moje możliwości, a najgorsze jest to, że nie wiem nawet, co robiłam źle.

Otoczeni blaskiem księżyca stanęliśmy naprzeciwko siebie. Max wziął mnie za ręce. Na jego ustach błąkał się ledwie dostrzegalny uśmiech.

‒ Spróbuj jeszcze raz ‒ poprosił tak cicho, że jego słowa utonęły w szumie wiatru. ‒ Zamknij oczy.

Zacisnęłam powieki.

Puścił moje ręce. Chciałam zaprotestować, jednak nie odezwałam się. Przed oczami miałam widok Maksa zmieniającego się w wilka. Skupiłam się na tym obrazie.

‒ Poczuj to ‒ szepnął Max.

Zrozumiałam, że krąży dookoła mnie.

‒ Poczuj księżyc. Poczuj go w sobie.

Nagle wyostrzyły mi się zmysły. Usłyszałam donośny stukot własnego pulsu. Wiedziałam, że Max chodzi cicho jak kot, a jednak docierał do mnie ledwo wyczuwalny, gdzieś na granicy świadomości, szelest poszycia, skrzypnięcie podeszwy. Poczułam jego ciepły oddech na moim policzku, gdy jeszcze raz szepnął:

‒ Poczuj to.

Nic więcej.

Otworzyłam oczy.

Max znowu stał naprzeciwko mnie. Patrzył na mnie swoimi zagadkowymi zielonymi oczami. Nie umiałabym odgadnąć, o czym myślał.

‒ Nie mogę ‒ wyszeptałam. ‒ Nie potrafię.

Pochylił się w moją stronę. Staliśmy, dotykając się czołami i wsłuchując w odgłosy lasu.

‒ To dobrze ‒ powiedział w końcu z wyraźną ulgą.

3

Resztę wakacji spędziłam bardzo miło. W dzień przesiadywałam u Ivette i podziwiałam jej świeżo przemalowany samochód (Boże, jak można lubić różowy?), a wieczorami i oczywiście w nocy spotykałam się z Maksem i wilkami.

Niestety, w końcu nastąpiło to, na co narzeka każdy normalny nastolatek na tej planecie. Zaczął się rok szkolny.

Tego dnia najbardziej obawiałam się spotkania z Pijawką. I oczywiście właśnie to mnie nie ominęło…

Naprawdę próbowałam jej uciec, przysięgam. Po uroczystym apelu, kiedy wszyscy ruszyliśmy do domów, a ja usiłowałam jak najszybciej wymknąć się z terenu szkoły razem z Ivette, usłyszałam za sobą okropny krzyk:

‒ Margo Cook! Natychmiast zatrzymaj się i wracaj!

Tak, to wydzierała się Pijawka.

‒ Szybko ‒ szepnęłam do Iv. ‒ Udajemy, że nie słyszymy, i zwiewamy! Jeśli tylko dostaniemy się na parking, będziemy bezpieczne!

Przyspieszyłyśmy, jednak Pijawka (ta kobieta naprawdę mnie zadziwia) ruszyła w pogoń. Tak! Biegła za nami, a raczej za mną, cały czas wykrzykując moje imię i nazwisko! Jej oddanie szkole i chęć zdobycia jak największej liczby medali są wręcz podejrzane.

‒ Margo Cook! Natychmiast się zatrzymaj i nie udawaj, że mnie nie słyszysz! ‒ wrzasnęła, łapiąc mnie za ramię.

Nie! Od bramy parkingu dzieliło mnie zaledwie pięć metrów! Byłam tak blisko!

Rzuciłam ostatnie spojrzenie na moją ziemię obiecaną ‒ miejsce, z którego tak łatwo mogłabym przed nią uciec, i… kogo tam zobaczyłam?

Tuż za bramą obok swojego motoru stał Max. Pomachał do mnie i oparł się o motocykl. Najwyraźniej świetnie się bawił, patrząc, jak Pijawka się nade mną znęca za to, że nie przyszłam na żadne wakacyjne spotkanie drużyny. Ale bądźmy szczerzy, na te zajęcia nikt nie przychodził!

Max uśmiechał się drwiąco. Gdyby to jego Pijawka dorwała… Zaraz? A czemu Pijawka go nie ściga?! Przecież on też jest w drużynie!

W tym momencie nauczycielka spojrzała w tym samym kierunku co ja.

‒ Max Stone! ‒ wrzasnęła.

Uśmiech natychmiast znikł z twarzy Maksa. Spojrzał na mnie przepraszająco, jednym susem wskoczył na motor, obiecał gestem, że zadzwoni, i odjechał, zostawiając na ulicy ślady spalonej gumy. Bardzo mu się, choroba, spieszyło…

Przez następne pół godziny stałam i słuchałam, jak Pijawka robi mi wyrzuty o to, że jestem nieodpowiedzialna i nie dbam o dobro szkoły, drużyny i w ogóle całego świata. Moje wyjaśnienia, że miałam grypę, nie zrobiły na niej wrażenia; grypa nie trwa dwa miesiące. No niby racja…

Widziałam dzisiaj Petera. Podobno ma nową dziewczynę. Jakąś cheerleaderkę z ich grona. Biedna, nie wie, w co się pakuje.

Mój nowy plan lekcji wcale mi się nie podoba. Jest po prostu okropny! Myślałam, że na historii sztuki znowu będę siedziała z Maksem. A tu co? Wpisano mnie do grupy Akiego i tego durnego Petera. Ja się tak nie bawię! Nawet zajęcia na basenie Max ma kiedy indziej. To nie fair! Teraz będę go widywać tylko na przerwach i po lekcjach. Jak ja to zniosę?! Przecież przez te dwa miesiące wakacji całkowicie się od niego uzależniłam! Nie potrafię już bez niego żyć!

Kiedy następnego dnia weszłam na zajęcia z historii sztuki, myślałam, że się rozpłaczę. Nie dość, że już nie siedzę obok Maksa, to jedyne wolne miejsce zostało koło… Akiego.

Nie żebym miała coś do niego. To przecież bardzo miły, gburowaty, wkurzający chłopak. Problem w tym, że on najwyraźniej nadal skrycie tęskni za Iv. Gdy mnie zobaczył, zareagował bardzo gwałtownie.

‒ Co ty tu robisz?! A gdzie Ivette?!

Taaa… też cię lubię, mój ty promyczku słońca.

‒ Iv ma zajęcia z Maksem ‒ mruknęłam. ‒ Pomieszali nam grupy.

‒ Dlaczego?! To nie w porządku! ‒ wykrzyknął, ale zaraz się połapał, że chyba za dużo powiedział, bo dodał: ‒ Eee… to znaczy szkoda, że to zrobili, fajnie się z nią pracowało.

‒ Tak, z Maksem też było świetnie ‒ westchnęłam i się zamyśliłam.

Aki także popadł w głęboką zadumę. Współczuję mu, biedaczek zakochał się nieszczęśliwie. I to nawet bardzo.

‒ Margo… Max mówił mi, że spotkałaś się z Ivette ‒ usłyszałam w którymś momencie żałosne jęczenie. Profesor Hawk zaczął właśnie kolejny nudny wykład o starożytnej Grecji. ‒ Czy ona mnie pamięta? Pamięta cokolwiek?

Zatkało mnie.

Aki, który prosto w twarz mówi szalonemu naukowcowi, co o nim myśli. Ten gwałtowny Aki, który wygląda, jakby należał do mafii. Aki Niezwyciężony, dowódca watahy wilków. I bądźmy szczerzy, Aki ‒ kryminalista, który okradł szpital i ma jakieś dziwne konszachty z posterunkiem policji w Lorat. Co robił ten Aki? Skamlał! No dobra, może do jego gatunku to nawet pasuje, ale nie do tego chłopaka, na litość boską!

Musiał się o wiele mocniej zaangażować w ten związek, niż podejrzewałam. Oczywiście o ile istniał jakikolwiek związek.

‒ Już mówiłam ‒ szepnęłam półgębkiem, starając się przynajmniej sprawiać wrażenie, że słucham ględzenia profesora. ‒ Nie pamięta niczego, co wiąże się z Instytutem. Kojarzy, że spotykam się z Maksem i że się kłóciliśmy, ale za nic nie może sobie przypomnieć czemu. Nie wie też, z jakiego powodu przemalowała swój samochód.

‒ A dlaczego to wtedy zrobiła? ‒ zainteresował się Aki.

‒ Eee, to poufna sprawa ‒ mruknęłam.

Jeszcze by tego brakowało, żebym mu powiedziała, jak była w nim szaleńczo zakochana.

‒ A co ze mną? Wspominała o mnie? ‒ spytał niecierpliwie Aki. Oho, o wilku mowa.

‒ Niestety, nie ‒ odpowiedziałam i spojrzałam na niego ze współczuciem. ‒ Zupełnie jakby tę część wspomnień całkiem jej wymazali. Nawet nie wie, że istniejesz.

To go chyba zraniło, ale przecież musiał poznać prawdę. Poza tym sądzę, że powinien zostawić ją w spokoju. Gdyby znowu zaczął się z nią spotykać, mógłby narazić ją na niebezpieczeństwo.

W jego spojrzeniu krył się jeszcze cień nadziei. Chciałam postawić sprawę zupełnie jasno, więc dodałam:

‒ Nie pamięta nawet tamtego dnia, kiedy odwiedziliśmy ją po jej powrocie ze szpitala.

Wiem, może to nie było zbyt taktowne, ale po co miał się łudzić? Jeszcze wpadłby na jakiś głupi pomysł i narobiłby kłopotów nie tylko sobie, ale także nam i jej.

‒ To dlaczego pamięta Maksa, a mnie nie? ‒ zajęczał.

No nie, ależ on się mazgai! To już robi się niesmaczne.

Ktoś zapukał do naszej klasy i poprosił profesora na korytarz. Znak z niebios! Czyżbym to ja miała być tym kimś, kto będzie pocieszał Akiego? Czy on nie ma przyjaciela? Takiego od serca? Od czego, do diaska, jest w takim razie Max?!

‒ Posłuchaj ‒ zaczęłam i przysunęłam się z krzesłem tak, żeby siedzieć dokładnie naprzeciwko niego. ‒ Czy ty ją kochasz?

‒ Eee, chyba… tak ‒ odpowiedział niechętnie i od razu zaatakował: ‒ A bo co?

Nie rozumiem chłopców. Najpierw mi tu jęczy, że Iv go nie pamięta, a teraz nie chce dać się pocieszyć.

‒ Nie przerywaj mi! Jeżeli ją kochasz, to dlaczego nie zrobisz czegoś, żeby sobie o tobie przypomniała?!

‒ Nie chcę jej narażać. Gdyby w Instytucie odkryli, że się z nią kontaktuję, to znów mogłoby jej się coś stać.

‒ Ale przecież ona nie musi wiedzieć, że jesteś wilkiem. Nie potrafisz utrzymać tego w tajemnicy?

‒ Max próbował i widzisz, jak to się skończyło! ‒ rzucił ze złością.

No, nareszcie wrócił dawny Aki ‒ wredny i złośliwy. Takiego go lubię!

‒ Jeśli kochasz Iv, to sprawisz, że sobie o tobie przypomni, i będziecie szczęśliwi. Ale skoro wolisz ją chronić i przy okazji chcesz zostać męczennikiem, to z łaski swojej nie zawracaj mi głowy i naucz się z tym żyć.

Aki przygasł. Najwyraźniej zastanawiał się nad tym, co mu powiedziałam. No i bardzo dobrze! Bo to jest sprawa do dogłębnego przemyślenia. Ładna byłaby z nich para, ale z drugiej strony wolałabym, żeby Iv nie była narażona na niebezpieczeństwo.

*

Minął wrzesień, a potem październik. Spacery z Maksem, nudy z Akim i ciągłe słuchanie jego wkurzających westchnień (ostatnio coś się strasznie uczuciowy zrobił), wspólne z Ivette wypady do sklepów ‒ tak, było całkiem przyjemnie.

Pewnego dnia po długich narzekaniach Akiego na wredne życie mogłam odsapnąć w miłym towarzystwie Ivette. Dopiero teraz zrozumiałam, dlaczego tak ją wkurzało, gdy w zeszłym roku szkolnym przeżywałam swoją nieszczęśliwą miłość. To musiał być koszmar! Na szczęście zaraz miała zacząć się biologia i mogłam spokojnie poplotkować z przyjaciółką.

‒ Margo, chciałabym, żebyś któregoś dnia u mnie przenocowała. I mama cię zaprasza ‒ powiedziała Iv.

‒ Jasne ‒ ucieszyłam się. ‒ Może w ten weekend, co?

‒ Dobra. Mama pewnie przygotuje jakiś obiad czy coś.

Nie dowiedziałam się, jakie to francuskie paskudztwo będę zmuszona zjeść za parę dni, ponieważ do klasy weszła nieznana mi dziewczyna i podeszła do nauczycielki.

Po chwili Bakteria, jak nazywamy panią profesor od biologii (pasuje do niej, zapewniam), przedstawiła nam nieznajomą.

‒ To nowa uczennica. Nazywa się Caroline i od dzisiaj będzie chodziła do waszej klasy ‒ powiedziała, a następnie zwróciła się do dziewczyny: ‒ Usiądź na wolnym miejscu.

Dopiero teraz zauważyłam, że jedyne wolne miejsce jest obok nas, obok mnie i Iv. Przy naszym stoliku jako jedynym odosobnionym, na samym końcu klasy, stało wolne krzesło.

‒ Margo, ona usiądzie obok nas ‒ ostrzegła ponuro Ivette w tym samym momencie, w którym i ja o tym pomyślałam. ‒ A niech to, teraz nie będzie można swobodnie rozmawiać.

‒ Tak… ‒ mruknęłam i zaczęłam przyglądać się dziewczynie, która nieuchronnie zbliżała się do naszego stolika.

Hm, była naprawdę ładna. Miała długie, czarne włosy, opadające delikatnymi falami, sięgające jej chyba aż do pasa (poczułam się głupio z tą moją krótką czupryną), niesamowicie czarne oczy, delikatną porcelanową cerę i nienaganną sylwetkę: wypukłą w tych miejscach, w których ja byłam żenująco płaska. Przypominała mi bardzo Królewnę Śnieżkę, tę z filmu Disneya, z tym że Caroline miała dłuższe włosy.

‒ Królewna Śnieżka ‒ wymknęło mi się.

‒ Masz rację ‒ powiedziała Iv, także przypatrując się nowej.

‒ Cześć ‒ odezwała się tamta, gdy dotarła już do naszej ławki. ‒ Możecie mi mówić Carol.

‒ Jestem Margo ‒ odpowiedziałam i uścisnęłam jej rękę.

‒ A ja Ivette, ale wszyscy mówią mi Iv.

‒ Och, cieszę się, że was poznałam ‒ odpowiedziała Carol i dodała beztrosko: ‒ Strasznie się bałam, że wszyscy będą się na mnie gapić.

No i miała rację. Gdy przechodziła pomiędzy stolikami, oglądali się za nią wszyscy chłopcy. Cheerleaderki ją znienawidzą, chociażby za sam wygląd.

‒ Przyjechałam tydzień temu z Nowego Jorku ‒ paplała dalej.

‒ Z Nowego Jorku? ‒ podchwyciłam. ‒ Ja też się stamtąd przeprowadziłam, tyle że przed rokiem!

‒ Naprawdę? ‒ rzuciła radośnie. ‒ A ty? ‒ zwróciła się do Iv. ‒ Mieszkasz tu od urodzenia?

‒ Niecałe dwa lata temu przyjechałam do Stanów z Francji.

‒ Z Francji? Tak właśnie mi się wydawało, że masz ciekawy akcent! ‒ powiedziała Carol.

‒ Ciekawy? ‒ spytała mile połechtana Ivette.

‒ Tak! ‒ odparła Królewna Śnieżka z mocą. ‒ Tam, gdzie ja mieszkałam…

Podczas jednej lekcji biologii poznałyśmy całą biografię Carol, z detalami. Dokładnie opisała nam swój poprzedni dom i swojego byłego chłopaka, który okazał się świnią. Był diabelnie przystojny ‒ w stylu Enrique Iglesiasa ‒ ale równocześnie niezbyt uprzejmy. Typ narcyza. Ale czemu się dziwić, przy takiej prezencji… Pokazała nam jego zdjęcie ‒ aż dziwne, że jeszcze nie jest sławnym aktorem albo gwiazdą rocka.

Zdążyła nam również udzielić dokładnych wskazówek, jak powinnyśmy się ubierać, mówić i zachowywać…

Nie można o Carol powiedzieć, że jest małomówna.

Do końca dnia trzymała się z nami. Kiedy oprowadzałyśmy ją po szkole, ktoś zaczepił nas tuż przed angielskim. Ktoś, kogo nie lubię i ‒ nie, nie była to Pijawka. Ktoś, kto bardzo lubi ładne dziewczyny. Tak! Brawo, oczywiście Peter!

Podszedł do nas jak gdyby nigdy nic.

‒ Cześć, nazywam się Peter, a ty? ‒ Ani mnie, ani Iv nawet nie zaszczycił spojrzeniem.

‒ Jestem Carol ‒ odpowiedziała nasza nowa koleżanka i zachichotała.

Nie chcę obrazić żadnej blondynki, ponieważ znam świetne dziewczyny o tym kolorze włosów (Iv jest blondynką!), ale w tym momencie Carol, z tą swoją burzą czarnych loków, zachowała się jak blondynka z dowcipów. Słodka idiotka. Może przesadzam, ale jak słyszę chichotanie, to coś aż mi się przewraca w żołądku.

Spojrzałam wymownie na Ivette, ale chyba nie załapała, o co mi chodzi. No cóż, pewnie jednak jestem przewrażliwiona.

‒ Jesteś tu nowa, prawda? ‒ spytał Peter i posłał Carol jeden ze swoich olśniewających uśmiechów.

Zaraz, skąd ja znam ten tekst? No coś takiego, ale facet się powtarza!

‒ Tak, przeprowadziłam się z Nowego Jorku… ‒ zaczęła snuć swoją opowieść.

‒ No dobra, Carol ‒ wtrąciłam się przytomnie. ‒ My idziemy do klasy. Dogonisz nas, okej?

‒ Oczywiście ‒ powiedziała wyraźnie wdzięczna, że zostawiamy ją samą z tym przystojnym chłopakiem.

Trzeba jej będzie potem uświadomić, że świnią, o której jej opowiadałam niecałe dwie godziny wcześniej, jest właśnie Peter. Ale teraz chciałyśmy z Iv przez chwilę pobyć same.

‒ Ta Carol jest nawet całkiem fajna ‒ zaczęła Ivette.

No… nie wiem.

‒ Tak, być może ‒ odpowiedziałam jednak i dodałam zamyślona: ‒ Ciekawe, czy farbuje włosy?

‒ Oj, no wiesz? Na pewno nie są farbowane. Przecież powiedziała nam, że to jej naturalny kolor.

‒ To jeszcze o niczym nie świadczy. ‒ Wzruszyłam ramionami.

‒ Jesteś strasznie nieufna ‒ westchnęła Iv.

‒ Przykro mi ‒ mruknęłam. ‒ Mania prześladowcza.

Ivette zaśmiała się, bo uznała to za żart. No cóż, raczej nie miałam ochoty żartować. Doświadczenia z Instytutem nauczyły mnie ostrożności.

Poza tym coś mi się nie podobało w Carol. Nie wiem co. To nie było tak silne przeczucie jak wtedy, kiedy zaatakował mnie Sweter, ale jednak coś podobnego. Głupie, no nie? Eee, to pewnie nic takiego. Bo w końcu co może mi zrobić siedemnastoletnia dziewczyna? Raczej nie rzuci mi się do gardła jak mój pies.

Weszłyśmy do klasy i usiadłyśmy na naszych krzesłach. Tu na szczęście nie ma ławek, tylko każdy ma własne miejsce.

‒ Co robisz dzisiaj po lekcjach? ‒ zapytała Iv.

‒ Mam randkę z Maksem. ‒ Uśmiechnęłam się na samą myśl o tym.

‒ Och, super! ‒ ucieszyła się.

I właśnie za to kocham Iv. Jest szczera i zawsze cieszy się szczęściem innych. Nie to co ja. Gdy tylko zobaczyłam włosy Carol, od razu zaczęłam mieć kompleksy.

‒ Wiesz co? Muszę cię o coś spytać. O coś bardzo ważnego ‒ dodała poważnie, a w mojej głowie rozległ się dzwonek alarmowy.

Czyżby zaczęła coś podejrzewać? Coś sobie przypomniała o mnie i o wilkach?

‒ Bo widzisz, ja znalazłam wiersz. Napisany przeze mnie jakiś czas temu. Leżał wciśnięty pomiędzy łóżko a szafkę nocną. Odkryłam go przez czysty przypadek. Po prostu wpadł mi tam długopis i zaczęłam go szukać. Ten wiersz był o miłości. Margo, czy ja jestem w kimś zakochana?

O choroba…

Co będzie, jeśli Ivette prowadziła pamiętnik?! Co my wtedy zrobimy?

‒ Margo, odpowiedz mi, czy jestem, a raczej byłam, w kimś zakochana? ‒ Iv przerwała moje rozmyślania.

‒ Czy byłaś w kimś zakochana? ‒ powtórzyłam za nią bezmyślnie.

‒ Tak. Może i nie pamiętam, co się działo, ale znam samą siebie i wiem, że ot tak nie napisałabym czegoś takiego. No powiedz, o kogo chodzi?

‒ Eee… ‒ bąknęłam.

Choroba, przecież obiecałam Akiemu, że nie wspomnę jej o nim nawet słowem. Wiem, czym mogłoby to się dla niej skończyć. Co mam zrobić?! Skłamać? A jeśli się połapie, że kłamię?

‒ Wiesz… to było dawno i w zasadzie to nieprawda ‒ powiedziałam wymijająco.

‒ Kto to był? ‒ spytała, patrząc na mnie uważnie. ‒ Czemu nie chcesz mi powiedzieć?

‒ Bo stare rany mogłyby się otworzyć! ‒ rzuciłam poetycko.

Hej! Niezłe! Muszę to zapamiętać.

‒ Kto to był? ‒ wycedziła z naciskiem Iv.

‒ Och, no dobra… ‒ westchnęłam. ‒ Zakochałaś się w takim jednym chłopaku, ale on cię nie zauważał. Traktował cię jak powietrze.

‒ Jak się nazywał? ‒ spytała zaciekawiona.

‒ To sportowiec ‒ skłamałam gładko i przywołałam w pamięci obraz Davida, kumpla Petera, który kiedyś prawie mnie przejechał samochodem. ‒ Wysoki blondyn, niebieskie oczy, szerokie usta i bary.

No co? To chyba dobrze, że oddalam się z tym opisem od Akiego. Może dzięki temu nie przypomni go sobie?

‒ A jak się nazywa? ‒ przerwała mi Ivette.

‒ David, ale szczerze mówiąc, nie pamiętam, jak ma na nazwisko.

‒ Blondyn? ‒ mruknęła do siebie. ‒ Nie pamiętam nikogo takiego. Poza tym raczej nie podobają mi się blondyni. Wolę brunetów.

Co ty powiesz…

Chyba coraz bardziej skłaniam się ku aktorstwu. Jestem do tego po prostu stworzona. Najpierw podczas wakacji namieszałam w głowie temu strażnikowi, który pilnował wejścia do Instytutu, a którego chłopcy obezwładnili tylko dlatego, że zdołałam wywabić go ze stróżówki. A teraz na moje brednie dała się nabrać moja najlepsza przyjaciółka. A przecież udawało mi się też z rodzicami i z lekarzem. Tak, z całą pewnością mam wielki talent. I jestem skromna jak diabli.

‒ No cóż, dzięki ‒ odpuściła w końcu. ‒ Wiesz tylko, co mnie ciekawi? Znalazłam tę kartkę za łóżkiem, bo wpadł mi tam długopis. A za nic nie mogę znaleźć mojego pamiętnika. Szukałam już wszędzie. Nie wiesz, gdzie mogłam go wsadzić?

‒ Nie mam pojęcia ‒ wyjąkałam wstrząśnięta.

Więc jednak Ivette prowadziła pamiętnik! To koniec! No bo co by się stało, gdyby go przypadkiem znalazła?! Zaraz zaczęłyby się niewygodne pytania. I pewnie obraziłaby się na mnie do końca życia. A co by było, gdyby Instytut się o tym dowiedział! Przecież mogliby ją nawet zamordować!

Iv za żadne skarby świata nie może znaleźć swojego pamiętnika!

Chociaż z drugiej strony to dziwne, że go zgubiła. Ivette jest strasznie uporządkowana, zawsze wszystko ma równiutko poukładane, wszystko dokładnie notuje. Zupełnie inaczej niż ja. Mam więcej ubrań na krześle i podłodze niż w szafie.

Po lekcji Ivette zatrzymała mnie na korytarzu.

‒ Wiesz, nie potrafię zrozumieć, jak to się stało, że rodzice pozwalają ci jeździć z Maksem do szkoły na motocyklu.

‒ O, to bardzo proste ‒ odpowiedziałam. ‒ Nic o tym nie wiedzą.

‒ Aaa, to wyjaśnia sprawę. ‒ Roześmiała się. ‒ A co będzie, jeśli się dowiedzą?

‒ Wtedy zacznę się martwić ‒ odparłam filozoficznie.

‒ O co się będziesz martwić? ‒ spytała Carol, siadając obok nas.

‒ Nieważne ‒ mruknęłam.

‒ No o co? To jakaś tajemnica? ‒ spytała i uśmiechnęła się wesoło.

‒ Rodzice Margo nie wiedzą, że ona codziennie jeździ do szkoły ze swoim chłopakiem na motorze ‒ wyjaśniła beztrosko Iv.

No, dzięki. A może nie chciałam, żeby ona to wiedziała? Chociaż z drugiej strony, co za różnica…

‒ Masz chłopaka? ‒ od razu podchwyciła Carol. ‒ Jak się nazywa?

‒ Max ‒ mruknęłam. ‒ Max Stone.

‒ Och, muszę go koniecznie poznać ‒ stwierdziła. ‒ Musisz, po prostu musisz mi go przedstawić!

Miałam wielką ochotę zapytać ją, dlaczego jest taka ciekawa mojego chłopaka. Ale ostatecznie nie zadałam tego pytania. Po co zrażać do siebie ludzi na samym początku?

‒ Jasne ‒ westchnęłam tylko.

Carol wciąż trzymała się blisko nas i nieustannie o coś wypytywała. Czy ja też byłam tak upierdliwa, kiedy się tu przeprowadziłam? Spytam o to później Ivette.

Ależ zmęczył mnie ten dzień w szkole! Kiedy wreszcie wyszłyśmy po lekcjach na dwór, myślałam, że zacznę krzyczeć z radości. Chłodny wiatr owiewał moją twarz, a ciepłe promienie zachodzącego powoli słońca ogrzewały skórę. Kocham to uczucie. Szkoda, że na Wschodnim Wybrzeżu jest w zimie tak zimno. Z radością zamieszkałabym na przykład w Kalifornii. Wciąż słońce i słońce ‒ to coś dla mnie.

Gdyby jeszcze nie ciągnęła się za nami ta rozszczebiotana Carol, osiągnęłabym pełnię szczęścia.

‒ Patrzcie, jaki przystojniak! ‒ Z błogiego zamyślenia wyrwał mnie podekscytowany pisk Carol.

Otworzyłam oczy i spojrzałam przed siebie.

Naprzeciwko nas stał Max. W skórzanej kurtce, oparty o swój czarny motor, patrzył w stronę zachodzącego słońca. Wiatr rozwiewał mu włosy, co nadawało jego zamyślonej twarzy taki… urok. Co tu dużo mówić ‒ wyglądał fantastycznie!

Może to głupie, ale widząc spojrzenia innych dziewczyn, poczułam niesamowitą dumę. W końcu Max nie zwracał uwagi na gesty i słowa żadnej poza mną. A teraz po prostu stał tam i czekał.

Czekał na mnie!

‒ Ciekawe, czy ma dziewczynę, no nie? ‒ spytała Carol.

‒ Ma ‒ odpowiedziałam i dodałam dumnie: ‒ Ja jestem jego dziewczyną.

‒ Ty? ‒ spytała z niedowierzaniem.

‒ Ja. ‒ Rzuciłam jej wściekłe spojrzenie. ‒ Czy coś ci się nie podoba?

‒ Po prostu to aż dziwne, że ty masz takiego chłopaka ‒ stwierdziła.

‒ A dlaczego miałabym nie mieć takiego chłopaka?! ‒ warknęłam, akcentując słowo „takiego”. Kłótnia wisiała w powietrzu.

Ivette dyplomatycznie milczała. Już ja się jej odwdzięczę za to milczenie. Nie może mi pomóc?! W końcu jest moją najlepszą przyjaciółką.

‒ Ponieważ… bo… On jest od ciebie wyższy ‒ wypaliła w końcu bez sensu.

‒ A co ma do tego wzrost?!

Wyraźnie chciała wyplątać się z tego, co powiedziała, ale było już za późno. Wiem z całą pewnością, że się z nią nie zaprzyjaźnię. O nie!

Milczała, więc dałam jej spokój. Zresztą zatrzymałyśmy się właśnie obok Maksa.

‒ Cześć. ‒ Uśmiechnął się szeroko i pocałował mnie w usta. ‒ Stęskniłem się za tobą… ‒ szepnął mi prosto do ucha.

Spojrzał na Iv.

‒ Cześć, Ivette. Cieszę się, że już lepiej się czujesz.

‒ Dzięki ‒ odpowiedziała i się uśmiechnęła. ‒ To Carol. Jest nowa w naszej szkole ‒ dodała, widząc jego pytające spojrzenie skierowane na Królewnę Śnieżkę.

Mruknął do Carol coś, co można było uznać za niewyraźne „cześć”.

‒ Miło mi cię poznać! Margo wiele o tobie opowiadała ‒ powiedziała i uśmiechnęła się zalotnie.

Jak mogła się tak uśmiechać? Zabiję ją, jeśli zrobi to jeszcze raz, obiecuję.

‒ No dobra ‒ rzuciła Iv, wreszcie zauważając moje spojrzenie. ‒ Chodź, Carol, zostawmy ich samych.

Gdy wreszcie się oddaliły, Max zapytał:

‒ Kto to był?

‒ Nowa. Przeprowadziła się tutaj z Nowego Jorku ‒ mruknęłam.

‒ Co, nie lubisz jej? ‒ spytał, uśmiechnął się i spojrzał mi prosto w oczy.

‒ Coś mi się w niej nie podoba ‒ westchnęłam i odwzajemniłam uśmiech. ‒ Poza tym za dużo mówi.

‒ Masz przynajmniej odmianę po całych wakacjach spędzonych w moim towarzystwie ‒ odparł ze śmiechem.

Max dobrze wie o tym, że jest milczkiem. Mnie to nawet odpowiada. Uzupełniamy się, bo ja mówię, a on słucha. Pewnie dlatego Carol mnie zmęczyła, ona nie dawała nikomu dojść do słowa.

‒ Przebywanie z Carol to prawdziwe piekło. Z tobą jest za to więcej niż wspaniale ‒ odpowiedziałam. ‒ Już nie mogę się doczekać naszej dzisiejszej randki.