Wilczy szlak - Misja przetrwanie - Bear Grylls - ebook
Opis

"Kolejna po Złocie bogów bestsellerowa powieść dla młodzieży o niebezpiecznej wyprawie Becka Grangera.

Trzymająca w napięciu akcja, od której nie można się oderwać.

W katastrofie lotniczej na Alasce ginie pilot, a wuj Al zostaje ciężko ranny. Beck wraz ze swym przyjacielem Tikaanim musi jak najszybciej sprowadzić pomoc. Chłopcy wyruszają w niebezpieczną podróż przez pierwotne iglaste lasy, mroźne pustkowia i zasypane śniegiem góry. W ślad za nimi podąża ktoś jeszcze...

Jak przejść przez skute lodem jezioro...

Jak wykopać jamę w śniegu, by przetrwać nawałnicę...

Jak odeprzeć atak niedźwiedzia...

Beck walczy z czasem i żywiołami. Czy uda mu się przejść przez niebezpieczne góry i sprowadzić pomoc?

Przeczytaj fragment:

Beck złapał pędraka grubości palca i przyjrzał mu się z bliska. Robak wił się i kręcił jak ożywiony kawałek sznurka. Chłopiec zastanawiał się przez chwilę.

– Zawsze, kiedy je jem, w ramach zemsty robią mi kupę na język.
– Zawsze? Chcesz mi powiedzieć, że jadłeś to więcej niż raz i jeszcze ci nie zbrzydło?

Beck uśmiechnął się, odgryzł pędrakowi główkę, szybko ją wypluł i połknął resztę robaka.

– Wiesz, że ten robal ma osiemdziesiąt procent białka? A wołowina tylko dwadzieścia.
– Mniam! – Tikaani podniósł kilka larw, przyjrzał się im z filozoficzną miną i włożył je sobie do ust. Skrzywił się. – Mamy do tego frytki?
–Smakują lepiej, jeśli się im najpierw odgryzie głowę.
–Teraz mi to mówisz?! "

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 192

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © Bear Grylls 2001, 2005, 2007, 2008, 2009, 2010, 2011

Translation copyright © Wydawnictwo Pascal 2011. Wszelkie prawa zastrzeżone. Żaden fragment niniejszej publikacji nie może być reprodukowany, przechowywany, bądź rozpowszechniany w żaden sposób (w formie elektronicznej, mechanicznie, kserograficznie lub w jakiejkolwiek innej postaci) bez uprzedniej zgody wydawcy.

Tytuł: Misja przetrwanie: Wilczy szlak

Tytuł oryginalny: Mission Survival: Way of the Wolf

Autor: Bear Grylls

Tłumaczenie: Arkadiusz Belczyk

Redakcja: Ewa Kosiba

Korekta: Dorota Dąbrowska

Projekt graficzny okładki: Panczakiewicz Art.Design

Redaktor prowadzący: Agnieszka Marekwica

Redaktor naczelna: Agnieszka Hetnał

Zdjęcie na okładce: Discovery (s. 4; okładka przód), Dreamstime.com (ilustracja; okładka przód) Shutterstock.com (okładka przód, tył)

Wydawnictwo Pascal sp. z o.o.

ul. Zapora 25

43-382 Bielsko-Biała

www.pascal.pl

Bielsko-Biała 2014

ISBN 978-83-7642-515-3

eBook maîtrisé par

O Autorze

Bear Grylls od za­wsze ko­cha przy­go­dy. Alpi­ni­sta, od­kryw­ca, ma czar­ny pas w ka­ra­te. Prze­szedł szko­le­nie w bry­tyj­skich od­dzia­łach spe­cjal­nych SAS, gdzie na­uczył się sztu­ki prze­trwa­nia. W wie­ku 21 lat prze­żył cięż­ki wy­pa­dek pod­czas sko­ku spa­do­chro­no­we­go – zła­mał krę­go­słup w trzech miej­scach. Mimo to po dwóch la­tach re­ha­bi­li­ta­cji zre­ali­zo­wał swe dzie­cię­ce ma­rze­nie i jako naj­młod­szy Bry­tyj­czyk w hi­sto­rii sta­nął na szczy­cie Mo­unt Eve­re­stu. Wy­czyn ten od­no­to­wa­no w Księ­dze re­kor­dów Gu­in­nes­sa. Jest zna­ny dzię­ki swym fa­scy­nu­ją­cym wy­pra­wom oraz z pro­gra­mu te­le­wi­zyj­ne­go Szko­ła prze­trwa­nia pre­zen­to­wa­ne­go na ka­na­le Di­sco­ve­ry Chan­nel.

Mojemu najstarszemu synowi Jessemu, niezwykłemu chłopcu.

Roz­dział pierw­szy

Awio­net­ka peł­zła po nie­bie ni­czym owad po ob­ru­sie.

Da­le­ko w dole Beck Gran­ger uj­rzał ko­lo­ro­wą mo­zai­kę ala­skich pust­ko­wi. Pora roz­to­pów nie­mal zu­peł­nie ustą­pi­ła już wio­śnie. Nie tak daw­no cały kra­jo­braz po­kry­wa­ła jed­no­li­ta, śnież­no-lo­do­wa po­wło­ka. Te­raz oczom chłop­ca uka­za­ły się jo­dły, tra­wa i mech, prze­ple­cio­ne stru­mie­nia­mi i rze­ka­mi o kry­sta­licz­nie czy­stej wo­dzie – nie­koń­czą­ce się po­ła­cie o róż­nych od­cie­niach zie­le­ni, zszy­te w jed­ną ca­łość cien­ki­mi srebr­ny­mi nit­ka­mi.

Beck przy­ci­snął nos do szy­by i przez chwi­lę ob­ser­wo­wał mgli­sty za­rys wi­ru­ją­ce­go śmi­gła. Znaj­do­wał się na po­kła­dzie lek­kie­go, jed­no­skrzy­dło­we­go sa­mo­lo­tu Ces­sna 180, któ­ry – jak ob­ja­śnił sie­dzą­cy obok pi­lo­ta wuj Al – wy­ko­rzy­sty­wa­no do naj­cięż­szych prac na da­le­kiej Pół­no­cy. Opły­wo­wy ka­dłub kształ­tem przy­po­mi­nał gru­bą rybę. Prze­stron­na sze­ścio­oso­bo­wa ka­bi­na tym ra­zem mie­ści­ła za­le­d­wie trzech pa­sa­że­rów, nie li­cząc pi­lo­ta. Tyl­ne sie­dze­nia zaj­mo­wa­ły ba­ga­że i ekwi­pu­nek.

Wszy­scy na po­kła­dzie mie­li na uszach duże, wy­ście­ła­ne słu­chaw­ki. Bez nich roz­mo­wa by­ła­by nie­moż­li­wa z uwa­gi na prze­raź­li­wy war­kot sil­ni­ka. Mimo to wi­bra­cje ma­szy­ny za­mie­ni­ły żo­łą­dek chłop­ca w bę­ben wi­ru­ją­cej pral­ki.

Wtem w słu­chaw­kach roz­legł się szum, co ozna­cza­ło, że za chwi­lę ode­zwie się pi­lot.

– Prze­dłu­żam czas lotu o go­dzi­nę.

Pi­lo­tem była we­so­ła, krę­pa ko­bie­ta w śred­nim wie­ku, któ­rej rysy zdra­dza­ły, że po­cho­dzi z tych te­re­nów.

– Przed nami fa­tal­na po­go­da. To zbyt wiel­kie wy­zwa­nie dla na­sze­go sa­mo­lo­ci­ku. Mu­szę omi­nąć te góry.

Gdy tyl­ko ucichł szum in­ter­ko­mu, sa­mo­lot za­czął się prze­chy­lać.

– Do­bra – za­wo­łał Beck, ale po­nie­waż za­po­mniał włą­czyć mi­kro­fon, jego głos uto­nął w ryku sil­ni­ka.

Sa­mo­lot wy­ko­nał zwrot, uka­zu­jąc pa­sa­że­rom wi­dok na góry. Beck chło­nął ich po­tę­gę spoj­rze­niem peł­nym re­spek­tu. Od­wilż do­tar­ła tu je­dy­nie do niż­szych par­tii – być może wy­żej śnieg ni­g­dy nie top­nie­je. Rów­nież drze­wa po­ra­sta­ły tyl­ko dol­ną część sto­ków, two­rząc po­strzę­pio­ną li­nię gra­nicz­ną z na­gi­mi, skal­ny­mi szczy­ta­mi, otu­lo­ny­mi cien­ką war­stwą śnie­gu i lodu. Wy­glą­da­ło to tak, jak­by w po­cząt­ko­wej fa­zie wy­pię­trza­nia się gór­skie ma­sy­wy otrze­pa­ły się z ro­ślin.

Góry przy­kry­wa­ła ciem­na, spię­trzo­na chmu­ra bu­rzo­wa, ni­czym po­twór po­że­ra­ją­cy skal­ne grzbie­ty. Była to praw­dzi­wa, nie­okieł­zna­na siła na­tu­ry i Beck ro­zu­miał już, dla­cze­go pani pi­lot nie chcia­ła po­dej­mo­wać ry­zy­ka w tak ma­łym sa­mo­lo­cie. To tak, jak­by czło­wiek miał się zmie­rzyć z na­po­tka­nym w le­sie niedź­wie­dziem. Nie trze­ba ku­sić losu, le­piej omi­jać nie­bez­pie­czeń­stwo i po pro­stu da­lej żyć.

W słu­chaw­kach po­now­nie roz­legł się szum i głos pi­lo­ta.

– Do­bra wia­do­mość, bu­rza od­da­la się, ale nie chcia­ła­bym jej do­go­nić. Tro­chę opóź­ni nas ten okręż­ny lot. Mam na­dzie­ję, że Ana­kat jest tego wart.

– Na pew­no – stwier­dził z prze­ko­na­niem wuj Al. – Pro­szę mi za­ufać.

Ce­lem wy­pra­wy była wio­ska Ana­kat, po­ło­żo­na nad Mo­rzem Be­rin­ga, na za­chod­nim wy­brze­żu Ala­ski.

– By­łam tam raz czy dwa – cią­gnę­ła ko­bie­ta za ste­ra­mi sa­mo­lo­tu. – Pod­trzy­mu­ją tam wie­lo­wie­ko­we tra­dy­cje ust­ne­go prze­ka­zu. Po­tra­fią bez za­jąk­nię­cia wy­re­cy­to­wać całą swą hi­sto­rię. Zna­ją te zie­mie na wy­lot.

– Nie mogę się do­cze­kać tego spo­tka­nia – po­wie­dział wuj Al, po czym od­wró­cił się, pusz­cza­jąc oko do sie­dzą­ce­go za nim Bec­ka, a ten uśmiech­nął się w od­po­wie­dzi. Obaj wie­dzie­li, że nie lecą na zwy­kłą wy­ciecz­kę.

Wuj Al nie jeź­dził na zwy­kłe wy­ciecz­ki. Każ­da z jego po­dró­ży mia­ła okre­ślo­ny cel. Dla resz­ty świa­ta był to sir pro­fe­sor Alan Gran­ger – ar­che­olog zna­ny z wy­stę­pów w pro­gra­mach te­le­wi­zyj­nych oraz z ogrom­ne­go za­in­te­re­so­wa­nia ochro­ną przy­ro­dy. Nie­ży­ją­cy już ro­dzi­ce Bec­ka za­bie­ra­li go swe­go cza­su na wy­pra­wy po ca­łym świe­cie, or­ga­ni­zo­wa­ne przez Jed­nost­kę Zie­lo­ną, dzia­ła­ją­cą na rzecz ochro­ny śro­do­wi­ska. Te­raz Al z za­pa­łem kon­ty­nu­ował pra­cę swo­je­go młod­sze­go bra­ta, ojca Bec­ka.

– Oczy­wi­ście nie mam nic prze­ciw­ko pro­gra­mom edu­ka­cyj­nym w szko­łach – po­wie­dział kie­dyś Bec­ko­wi. – Ale w ten spo­sób na­uczysz się znacz­nie wię­cej.

Było to, jak przy­po­mniał so­bie chło­piec, pod­czas wy­pra­wy do od­le­głych re­jo­nów Au­stra­lii, gdzie mie­li za­miesz­kać wśród Abo­ry­ge­nów.

Beck po­now­nie przy­kle­ił nos do szy­by. Choć z po­zo­ru wszyst­ko tu wy­glą­da­ło ina­czej niż spa­lo­na słoń­cem pu­sty­nia Au­stra­lii Za­chod­niej, coś łą­czy­ło oba świa­ty. Była to wszech­po­tęż­na Mat­ka Na­tu­ra – pięk­na, ale jed­no­cze­śnie su­ro­wa i nie­przy­ja­zna. To ona usta­na­wia­ła pra­wo. W ta­kich wa­run­kach przy­pad­ko­wy czło­wiek zgi­nął­by mar­nie.

Co in­ne­go czło­wiek od­po­wied­nio przy­go­to­wa­ny. Taki ktoś może żyć w har­mo­nii z tu­tej­szą przy­ro­dą, nie pra­gnąc ni­cze­go wię­cej – jak Inu­ici, od ty­się­cy lat za­miesz­ku­ją­cy dzi­kie pust­ko­wia da­le­kiej Pół­no­cy, od Ala­ski aż po Gren­lan­dię. W ich świe­cie nie­zmier­nie waż­ną rolę od­gry­wa­ją kul­tu­ra i tra­dy­cja, prze­ka­zy­wa­ne ust­nie z po­ko­le­nia na po­ko­le­nie – jak w Ana­ka­cie. Tego nie moż­na wy­czy­tać z ksią­żek ani In­ter­ne­tu – to po pro­stu trze­ba prze­żyć.

Beck z wuj­kiem Alem przy­le­cie­li z Lon­dy­nu do Se­at­tle du­żym, wy­god­nym sa­mo­lo­tem pa­sa­żer­skim. Su­per­no­wo­cze­sne lot­ni­sko Se­at­tle-Ta­co­ma lśni­ło czy­sto­ścią, przy­po­mi­na­jąc ra­czej mia­stecz­ko z ery ko­smicz­nej. Stam­tąd uda­li się mniej­szym i bar­dziej za­tło­czo­nym sa­mo­lo­tem do An­cho­ra­ge, by wresz­cie za­jąć miej­sca na po­kła­dzie ma­lut­kiej ces­sny i od­być czte­ro­go­dzin­ny lot nad dzi­kim, nie­zmie­nio­nym od ty­się­cy lat kraj­ob­ra­zem. Po każ­dym eta­pie po­dró­ży Beck czuł, jak gdy­by zrzu­cał nie­po­trzeb­ny ba­last – ko­lej­ną war­stwę dwu­dzie­ste­go pierw­sze­go wie­ku.

Ktoś po­cią­gnął go za rę­kaw. Beck od­wró­cił się od okna do sie­dzą­ce­go obok trze­cie­go pa­sa­że­ra sa­mo­lo­tu – naj­bar­dziej za­pa­lo­ne­go en­tu­zja­sty dwu­dzie­ste­go pierw­sze­go wie­ku.

Trzy­na­sto­let­ni Ti­ka­ani był ró­wie­śni­kiem Bec­ka i choć mó­wił po an­giel­sku z czy­stym ame­ry­kań­skim ak­cen­tem, rysy twa­rzy oraz lśnią­ce ciem­ne wło­sy od razu zdra­dza­ły jego po­cho­dze­nie – na­le­żał do jed­ne­go z lu­dów inu­ic­kich zwa­nych Ana­ka­mi. Co wię­cej, był sy­nem wo­dza Ana­ka­tu, czło­wie­ka pa­trzą­ce­go w przy­szłość, któ­ry pew­ne­go dnia stwier­dził, że izo­la­cja wio­ski nie może dłu­żej trwać. Ktoś mu­siał opu­ścić osa­dę, by zo­ba­czyć, jak się żyje w cy­wi­li­zo­wa­nym świe­cie. Wy­bra­no więc Ti­ka­anie­go i wy­eks­pe­dio­wa­no go do szko­ły w An­cho­ra­ge. Tam też po wy­lą­do­wa­niu wuj Al otrzy­mał wia­do­mość od zna­jo­mych z Ana­ka­tu z proś­bą o za­bra­nie chłop­ca do wio­ski.

Za­miast sko­rzy­stać z in­ter­ko­mu, Ti­ka­ani przy­su­nął się do ucha Bec­ka, od­chy­lił słu­chaw­kę i krzyk­nął:

– Na co pa­trzysz?

Beck od­po­wie­dział w ten sam spo­sób, prze­chy­la­jąc gło­wę w kie­run­ku ko­le­gi.

– Po­dzi­wiam kra­jo­braz! – krzyk­nął. – Jest nie­sa­mo­wi­ty.

– Aha – Ti­ka­ani wy­cią­gnął szy­ję, by spoj­rzeć przez okno, uprzej­mie uda­jąc za­cie­ka­wie­nie. W rze­czy­wi­sto­ści wi­dy­wał to wszyst­ko nie­mal każ­de­go dnia.

– Taak – za­ma­chał cien­kim iPo­dem w sre­brzy­stej pla­sti­ko­wej obu­do­wie, któ­ry po­ży­czył od Bec­ka w An­cho­ra­ge. – Jak się w tym włą­cza od­twa­rza­nie lo­so­we?

Beck z tru­dem po­wstrzy­mał się, by nie prze­wró­cić ocza­mi. Za­miast tego de­li­kat­nie za­brał iPo­da z rąk Ti­ka­anie­go i po­ka­zał mu, jak się prze­wi­ja opcje na ekra­nie.

– Dzię­ki!

Ti­ka­ani wró­cił na swo­je miej­sce. Cien­kie prze­wo­dy iPo­da zni­ka­ły pod gru­by­mi słu­chaw­ka­mi. Beck uśmiech­nął się do swo­ich my­śli i po­trzą­snął gło­wą. Plan za­po­zna­nia Ti­ka­anie­go z osią­gnię­cia­mi no­wo­cze­snej cy­wi­li­za­cji po­wiódł się aż za­nad­to. Beck po­dej­rze­wał, że gdy­by tyl­ko mło­dy Anak mógł to zro­bić, pew­nie z ra­do­ścią po­rzu­cił­by cały ba­gaż kul­tu­ry i tra­dy­cji swe­go ludu.

Wkrót­ce zresz­tą mia­ła się ku temu nada­rzyć oka­zja. Świat Ti­ka­anie­go cze­ka­ła zmia­na tak ra­dy­kal­na, że wy­ra­sta­ła na­wet poza naj­śmiel­sze wy­obra­że­nia jego ojca. Dwa lata temu geo­lo­dzy z mię­dzy­na­ro­do­wej kor­po­ra­cji Lu­mos Pe­tro­leum od­kry­li pod Ana­ka­tem ol­brzy­mie zło­ża ropy naf­to­wej.

* * *

Oczy­wi­ście wy­da­rze­nie to wy­wo­ła­ło sze­reg dys­ku­sji w wio­sce. Na­le­ża­ło się bo­wiem za­sta­no­wić, jak za­re­ago­wać na pró­by prze­sie­dle­nia miesz­kań­ców, ode­bra­nia im zie­mi przod­ków i znisz­cze­nia tra­dy­cyj­ne­go spo­so­bu ży­cia przez ol­brzy­mi kon­cern naf­to­wy, któ­ry na osło­dę za­ofe­ro­wał każ­de­mu Ana­ko­wi nowy dom z wszel­ki­mi no­wo­cze­sny­mi udo­god­nie­nia­mi oraz pie­nią­dze na kon­cie ban­ko­wym, po­zwa­la­ją­ce na za­kup na­wet naj­droż­sze­go mo­de­lu iPo­da...

Beck wie­dział, że Ti­ka­ani jest ca­łym ser­cem za tą zmia­ną. Nie mógł się już do­cze­kać prze­sie­dle­nia. Ale dla do­ro­słych miesz­kań­ców Ana­ka­tu spra­wa nie była taka pro­sta. Pie­nią­dze ofe­ro­wa­ne przez Lu­mos zna­czy­ły tyle co nic dla ko­goś, kto i tak ni­g­dy nie po­trze­bo­wał zbyt wie­le. Co in­ne­go tra­dy­cja i zwy­cza­je ple­mien­ne, któ­re dla więk­szo­ści Ana­ków sta­no­wi­ły bez­cen­ną war­tość, opie­ra­ją­cą się wszel­kim kal­ku­la­cjom księ­go­wych z Lu­mo­su.

Wła­śnie te wy­da­rze­nia przy­cią­gnę­ły do wio­ski wuja Ala. Po­sta­no­wił na­krę­cić film do­ku­men­tal­ny o tra­dy­cyj­nym sty­lu ży­cia w Ana­ka­cie. Je­śli wszyst­ko mia­ło­by się tu zmie­nić, przy­naj­mniej po­zo­sta­nie ja­kiś ślad nie­ist­nie­ją­ce­go już świa­ta. Co wię­cej, dzię­ki ta­kie­mu pro­gra­mo­wi lu­dzie po­zna­li­by los wio­ski.

* * *

Na­gle roz­legł się po­tęż­ny huk i sa­mo­lot za­chy­bo­tał. Beck kur­czo­wo ści­snął pod­ło­kiet­ni­ki fo­te­la. Po chwi­li awio­net­ka od­zy­ska­ła rów­no­wa­gę. Sil­nik wciąż pra­co­wał pra­wi­dło­wo. Ti­ka­ani sie­dział wy­pro­sto­wa­ny jak stru­na i z po­bla­dłą twa­rzą pa­trzył przed sie­bie. Beck skrzy­wił usta w wy­mu­szo­nym uśmie­chu. „O rany! Chy­ba tra­fi­li­śmy na tur­bu­len­cje, i to ja­kie!”, po­my­ślał.

Na­gle sil­nik za­czął się dła­wić i kasz­leć, co znów wy­wo­ła­ło gwał­tow­ne drga­nia sa­mo­lo­tu. I wte­dy Beck uj­rzał przez okno smuż­kę ciem­ne­go dymu. Wy­do­by­wa­ła się z sil­ni­ka. Po chwi­li za­mie­ni­ła się w pa­skud­ną, czar­ną chmu­rę, któ­ra co­raz bar­dziej wy­peł­nia­ła lo­do­wa­te po­wie­trze za okna­mi ces­sny.

Sa­mo­lot za­czął wy­raź­nie prze­chy­lać się na jed­ną stro­nę. I choć po chwi­li od­zy­skał rów­no­wa­gę, Bec­ka ob­lał zim­ny pot. Ces­sna spa­da­ła, i to z dużą pręd­ko­ścią.

– Mamy awa­rię – jak do­tąd uspo­ka­ja­ją­cy ton gło­su pi­lo­ta stał się chłod­ny, służ­bo­wy.

– Wy­sia­dło po­da­wa­nie ole­ju i sil­nik się prze­grze­wa. Usta­wiam sa­mo­lot dzio­bem w dół. Mam na­dzie­ję, że w ten spo­sób po­wie­trze ochło­dzi sil­nik na tyle, by mógł na nowo za­star­to­wać.

„Mam na­dzie­ję?!” – miał ocho­tę krzyk­nąć Beck. Jako pa­sa­żer spa­da­ją­ce­go samo­lotu chciał­by usły­szeć coś bar­dziej kon­kret­ne­go...

Szum w słu­chaw­kach ucichł i Beck sły­szał te­raz je­dy­nie bu­zo­wa­nie wła­snej krwi. Sil­nik zgasł. Uci­chły wszel­kie dźwię­ki, usta­ły wi­bra­cje. Ścią­gnął słu­chaw­ki. Na ze­wnątrz po­wie­trze sma­ga­ło ka­dłub sa­mo­lo­tu.

Przez przed­nie okna wi­dać było zbli­ża­jącą się zie­mię. Beck usły­szał ko­mu­ni­kat, wy­po­wia­da­ny opa­no­wa­nym, choć na­glą­cym to­nem:

– May­day, may­day, may­day, tu Golf, Mike, Oscar...

– Beck...

Beck le­d­wo sły­szał. Wzrok miał wbi­ty w zbli­ża­ją­ce się drze­wa. „To mu­sia­ło wy­glą­dać wła­śnie tak...”.

– Beck! – tym ra­zem krzyk wuja Ala przy­wo­łał chłop­ca do rze­czy­wi­sto­ści. – I ty, Ti­ka­ani.

Ten ostat­ni rów­nież pa­trzył przed sie­bie jak za­hip­no­ty­zo­wa­ny. Al pstryk­nął pal­ca­mi przed ocza­mi Ti­ka­anie­go, by go wy­rwać z transu.

– Na­tych­miast przy­jąć po­zy­cję ra­tun­ko­wą! Wie­cie, jak wy­glą­da.

Chłop­cy spoj­rze­li po so­bie, po czym bez sło­wa zgię­li się wpół, ob­ję­li rę­ka­mi ko­la­na i cze­ka­li. Beck nie miał po­ję­cia, co w tej chwi­li cho­dzi­ło po gło­wie Ti­ka­anie­mu, ale sam my­ślał go­rącz­ko­wo.

„Te­raz już wiem, co czu­li mama i tata”.

Trzy lata wcze­śniej ro­dzi­ce Bec­ka le­cie­li po­dob­ną awio­net­ką, któ­ra roz­bi­ła się w dżun­gli. Sa­mo­lot zo­stał od­na­le­zio­ny, oni nie. Uzna­no ich za zmar­łych.

Do tej pory Bec­ko­wi nie przy­szło do gło­wy, że ka­ta­stro­fa lot­ni­cza może trwać dłu­żej niż uła­mek se­kun­dy, a prze­cież spa­da­ją­cy sa­mo­lot nie od razu się roz­bi­ja. Sie­dząc na po­kła­dzie, moż­na tyl­ko cze­kać i pró­bo­wać nie my­śleć o zbli­ża­ją­cej się zie­mi...

Wtem po­now­nie roz­legł się war­kot sil­ni­ka i zde­cy­do­wa­ne ścią­gnię­cie drąż­ka ste­ro­we­go po­de­rwa­ło sa­mo­lot w górę. Siła cią­że­nia wci­snę­ła Bec­ka w sie­dze­nie, Ti­ka­ani wy­dał trium­fal­ny okrzyk. Beck uniósł gło­wę, gdy po­czuł, że ma­szy­na wy­rów­nu­je po­ziom, ale w tej sa­mej chwi­li tuż przed dzio­bem sa­mo­lo­tu zo­ba­czył drze­wa.

Roz­dział dru­gi

Pa­mię­tał za­le­d­wie uryw­ki tego, co się wy­da­rzy­ło. Wi­ru­ją­ca za okna­mi sa­mo­lo­tu zie­mia zle­wa­ją­ca się w roz­ma­za­ną ca­łość, po­twor­ne ude­rze­nie, jak­by za­da­ne pię­ścią ol­brzy­ma, ból i ha­łas... A po­tem tyl­ko ciem­ność.

„Żyję!” – to była pierw­sza świa­do­ma myśl Bec­ka. Nie był na­wet pe­wien, czy w mo­men­cie zde­rze­nia stra­cił przy­tom­ność. Gło­wę chłop­ca prze­szy­wał kłu­ją­cy ból, cia­ło miał po­ra­nio­ne i po­si­nia­czo­ne, ale naj­waż­niej­sze, że było już po wszyst­kim, a on mógł od­dy­chać.

Jęki tuż obok po­wie­dzia­ły mu, że prze­żył tak­że Ti­ka­ani. On rów­nież mu­siał na nowo po­zbie­rać cały swój świat w jed­ną ca­łość.

– Jak się czu­jesz? – za­py­tał Beck.

W od­po­wie­dzi Ti­ka­ani tyl­ko jęk­nął i zła­pał się za gło­wę. Spo­sób, w jaki się po­ru­szał, bez wrza­sków i gwał­tow­nych od­de­chów, ozna­czał, że wszyst­kie ko­ści miał całe.

Po chwi­li do Bec­ka do­tar­ło, że leżą przy­sy­pa­ni drob­ny­mi frag­men­ta­mi sa­mo­lo­tu, ka­wał­ka­mi plek­si­gla­su... i chy­ba jesz­cze drew­na.

Po­wo­li uniósł gło­wę i spoj­rzał przed sie­bie.

Sa­mo­lot wbił się w plą­ta­ni­nę ga­łę­zi i mar­twych, po­wa­lo­nych drzew. Ude­rza­jąc o zie­mię, jego przed­nia część roz­trza­ska­ła się na drob­ne ka­wał­ki, któ­re spa­dły desz­czem na pa­sa­że­rów w środ­ku.

– Wuj­ku? – za­py­tał nie­pew­nie Beck.

Al i pi­lot sie­dzie­li na przed­nich miej­scach, nie­ru­cho­mo, z opa­dły­mi gło­wa­mi. Ser­ce Bec­ka prze­szył lo­do­wa­ty dreszcz – sko­ro naj­bar­dziej ucier­pia­ła przed­nia część sa­mo­lo­tu, to i ich ży­ciu za­gra­ża­ło naj­więk­sze nie­bez­pie­czeń­stwo. Wy­gra­mo­lił się ze swe­go fo­te­la i nie zwa­ża­jąc na ukłu­cia bólu, ja­kie od­czu­wał w ca­łym cie­le, po­wo­li prze­su­nął się na przód ka­bi­ny. Szyb­ko po­wtó­rzył so­bie w my­ślach czte­ry klu­czo­we ele­men­ty nie­zbęd­ne przy udzie­la­niu pierw­szej po­mo­cy: „od­dech, krwa­wie­nie, zła­ma­nia, opa­rze­nia”, na­stęp­nie przy­ło­żył dwa pal­ce do szyi Ala, tuż obok jabł­ka Ada­ma i... ode­tchnął z ulgą. Tęt­no było sła­be, ale mia­ro­we.

Te­raz przy­szła ko­lej na pi­lo­ta. Beck chwy­cił ko­bie­tę za wło­sy, by od­chy­lić gło­wę i od­sło­nić szy­ję. Tym ra­zem nie wy­czuł tęt­na. Spró­bo­wał po­now­nie, ale po chwi­li stra­cił na­dzie­ję, bo zdał so­bie spra­wę, że jej cia­ło robi się co­raz zim­nej­sze. Rad nie­rad, wy­cią­gnął gło­wę nie­co bar­dziej do przo­du, by spraw­dzić, co się sta­ło. W wy­ni­ku ude­rze­nia sa­mo­lo­tu o zie­mię drą­żek ste­ro­wy prze­chy­lił się z całą siłą do tyłu i ude­rzył ko­bie­tę w pierś, co praw­do­po­dob­nie spo­wo­do­wa­ło na­tych­mia­sto­wą śmierć.

Pa­nel ste­ro­wa­nia był kom­plet­nie znisz­czo­ny. Ra­dio nie nada­wa­ło się do na­wią­za­nia łącz­no­ści ze świa­tem – zo­sta­ła z nie­go je­dy­nie plą­ta­ni­na ka­bli.

Po chwi­li Beck na­chy­lił się nad Alem – nogi wuja były po­kry­te czer­wo­ny­mi pla­ma­mi. Tuż nad ko­la­nem zia­ła głę­bo­ka rana, z któ­rej cały czas są­czy­ła się krew. Trze­ba było szyb­ko za­ta­mo­wać krwa­wie­nie.

Oczy Ti­ka­anie­go były szkli­ste – naj­wy­raź­niej wciąż nie do­tar­ło do nie­go, co się sta­ło. Beck po­my­ślał na­gle z prze­ra­że­niem, że chło­piec mógł do­znać wstrzą­su mó­zgu. Na­wet przy bra­ku ob­ra­żeń we­wnętrz­nych i zła­ma­nych ko­ści uszko­dze­nie mó­zgu mo­gło go za­bić.

Pa­mię­tał lek­cje pierw­szej po­mo­cy pod­czas szko­le­nia ka­de­tów, w któ­rym nie­gdyś uczest­ni­czył.

– Pa­no­wie, ist­nie­ją czte­ry pod­sta­wo­we ob­ja­wy wstrzą­su mó­zgu – in­struk­tor prze­mie­rzał salę tam i z po­wro­tem, wy­rzu­ca­jąc z sie­bie sło­wa ni­czym po­ci­ski z ka­ra­bi­nu. – Roz­ko­ja­rze­nie! Pro­ble­my z pa­mię­cią! Brak kon­cen­tra­cji! Za­bu­rze­nia neu­ro­lo­gicz­ne! Pro­szę po­wtó­rzyć, pa­nie Gran­ger.

– Eee – wy­ją­kał za­sko­czo­ny Beck.

In­struk­tor uśmiech­nął się szy­der­czo.

– Utra­ta pa­mię­ci lub roz­ko­ja­rze­nie, a może po pro­stu brak kon­cen­tra­cji. Pa­no­wie, pan Gran­ger wła­śnie do­znał wstrzą­śnie­nia mó­zgu. Fa­tal­nie się za­czy­na...

Te­raz Beck na­praw­dę po­trze­bo­wał po­mo­cy Ti­ka­anie­go i miał wiel­ką na­dzie­ję, że z chłop­cem jest wszyst­ko w po­rząd­ku. Mu­siał to na­tych­miast spraw­dzić. Przy­su­nął się więc do nie­go i ujął go za gło­wę, by przyj­rzeć jego oczom. Źre­ni­ce mia­ły tę samą wiel­kość – do­bry znak. Na tym po­le­ga­ło pierw­sze roz­po­zna­nie za­bu­rzeń neu­ro­lo­gicz­nych.

– Jak się na­zy­wasz? – py­ta­nie spraw­dza­ją­ce zdol­ność ko­ja­rze­nia.

– Eee... Ti­ka­ani...

Te­raz kon­cen­tra­cja:

– Wy­mień od tyłu mie­sią­ce w roku, za­czy­na­jąc od grud­nia.

– Eee... – twarz chłop­ca zmarsz­czy­ła się z wy­sił­ku. – Gru­dzień... li­sto­pad... wrz... nie, paź­dzier­nik...

– Wy­star­czy – Beck pu­ścił gło­wę Ti­kaa­nie­go. – Za­mknij oczy i do­tknij nosa. To ko­lej­ny etap ba­da­nia neu­ro­lo­gicz­ne­go.

Ti­ka­ani wy­ko­nał po­le­ce­nie bez­błęd­nie i bez wy­sił­ku, a po­tem otwo­rzył oczy i dźgnął Bec­ka w nos. Beck uśmiech­nął się bla­do. Wy­da­wa­ło się, że wszyst­kie pro­cesy my­ślo­we Ti­ka­anie­go prze­bie­ga­ją właś­ci­wie.

– OK, nic ci nie jest – ode­tchnął z ulgą. – Mu­si­my wy­do­stać stąd wuj­ka Ala. Zo­bacz­my, co jest na ze­wnątrz.

Aby się do­stać do wyj­ścia, Beck mu­siał się prze­ci­snąć obok wuja. Drzwi ani drgnę­ły. Na­parł moc­niej, ale wkrót­ce sta­ło się ja­sne, że blo­ko­wa­ły je od ze­wnątrz za­ro­śla. Drzwi od stro­ny pi­lo­ta rów­nież za­kli­no­wa­ły się na do­bre. Z sa­mo­lo­tu moż­na się było wy­do­stać tyl­ko przez roz­bi­tą, przed­nią szy­bę.

Beck po­wo­li wy­gra­mo­lił się przez okno i sta­nął na ka­dłu­bie. Gdy tyl­ko wy­do­stał się z cia­snej ka­bi­ny, po­czuł prze­ni­kli­wy, zim­ny wiatr. Przy­po­mniał so­bie, że wszy­scy za­bra­li płasz­cze – te­raz będą im bar­dzo po­trzeb­ne. Ro­zej­rzał się wo­kół, pró­bu­jąc zo­rien­to­wać się w te­re­nie.

Sa­mo­lot był do po­ło­wy za­ko­pa­ny w plą­ta­ni­nie ob­umar­łych za­ro­śli. Znaj­do­wa­li się na skra­ju nie­wiel­kiej po­la­ny oto­czo­nej tun­drą i kar­ło­wa­ty­mi so­sna­mi. Wo­kół wy­ora­nego w zie­mi rowu le­ża­ły roz­rzu­co­ne szcząt­ki ma­szy­ny. Pod­wo­zie od­pa­dło pod wpły­wem ude­rze­nia, a ze skrzy­deł po­zo­sta­ły po­szar­pa­ne ki­ku­ty. W sty­gną­cym sil­ni­ku coś py­ka­ło.

Z dołu do­bie­gło gwiz­da­nie. Ti­ka­ani wy­chy­lił gło­wę przez roz­bi­te okno, obej­mu­jąc spoj­rze­niem ob­raz znisz­cze­nia, po czym wy­jął nie­wiel­ką, zie­lo­ną skrzyn­kę.

– Zna­la­złem ap­tecz­kę.

– Świet­nie, dzię­ki.

Beck po­now­nie za­nur­ko­wał do sa­mo­lo­tu.

– Po­móż mi za­jąć się wuj­kiem Alem.

Mar­twa ko­bie­ta w ka­bi­nie wciąż sie­dzia­ła przy­pię­ta do sie­dze­nia pi­lo­ta. Beck spoj­rzał na nią jak­by prze­pra­sza­ją­co. Nie wy­pa­da­ło jej tak po pro­stu zo­sta­wić, przy­krył więc cia­ło zna­le­zio­nym obok ko­cem ga­śni­czym. Te­raz obaj chłop­cy mo­gli sku­pić całą uwa­gę na Alu.

Od­pię­cie pa­sów po­szło spraw­nie, ale po­tem trze­ba było, moż­li­wie jak naj­de­li­kat­niej, wy­cią­gnąć do­ro­słe­go męż­czy­znę z sa­mo­lo­tu przez wą­ski otwór, któ­ry kie­dyś wy­peł­nia­ła przed­nia szy­ba.

Dziób ces­sny był sta­now­czo za mały, by po­ło­żyć na nim Ala. Z ko­lei na zie­mi le­ża­ło zbyt wie­le po­ła­ma­nych ga­łę­zi. Mu­sie­li go ja­koś wy­nieść na grzbiet sa­mo­lo­tu. Naj­pierw ra­zem prze­wró­ci­li nie­przy­tom­ne­go męż­czy­znę na ple­cy, na­stęp­nie Ti­ka­ani zo­stał w ka­bi­nie, by go pchać, pod­czas gdy Beck cią­gnął wuja z ze­wnątrz. Po wie­lu pró­bach w koń­cu wy­wle­kli go przez roz­bi­tą przed­nią szy­bę na ka­dłub wra­ku. Kie­dy Ti­ka­ani pod­trzy­my­wał Ala, Beck ze­śli­zgnął się na zie­mię po tyl­nej czę­ści sa­mo­lo­tu. Za­rzu­cił so­bie wuja na bar­ki i uło­żył go na ka­wał­ku twar­de­go grun­tu, któ­ry oczy­ścił no­ga­mi z się­ga­ją­cych do ko­lan za­ro­śli.

Te­raz wresz­cie moż­na było po­rząd­nie zba­dać ranę Ala.

– Za­sa­dy pierw­szej po­mo­cy są bar­dzo pro­ste do za­pa­mię­ta­nia – mó­wił in­struk­tor. – Po wde­chu na­stę­pu­je wy­dech. Krew krą­ży w ży­łach. Wszel­kie od­stęp­stwa od tych za­sad ozna­cza­ją, że coś jest nie tak i trze­ba pod­jąć od­po­wied­nie dzia­ła­nia.

Naj­pierw na­le­ża­ło umie­ścić opa­skę uci­sko­wą nad roz­cię­ciem na no­dze Ala. Zwy­czaj­ny opa­tru­nek nie zdo­łał­by po­wstrzy­mać ta­kie­go upły­wu krwi. Beck otwo­rzył ap­tecz­kę i wy­jął ka­wa­łek ban­da­ża, któ­rym owi­nął nogę wuja po­je­dyn­czą war­stwą tuż nad raną. Na­stęp­nie zwią­zał oba koń­ce w zwy­kły wę­zeł i za­czął się roz­glą­dać za tym, cze­go te­raz po­trze­bo­wał.

Ti­ka­ani przy­glą­dał się temu wy­raź­nie za­fa­scy­no­wany.

– Po­trzeb­ny mi jest krót­ki pa­tyk – po­wie­dział Beck.

Ti­ka­ani na­tych­miast zna­lazł od­po­wied­ni ka­wa­łek drew­na wśród ob­umar­łych ga­łę­zi i po­dał go swe­mu to­wa­rzy­szo­wi. Pa­tyk był tro­chę za dłu­gi, Beck zła­mał go więc na ko­la­nie, po czym umie­ścił oko­ło pięt­na­sto­cen­ty­me­tro­wy ka­wa­łek na węź­le ban­da­ża, a na­stęp­nie za­wią­zał na nim ko­lej­ny wę­zeł. Wresz­cie prze­krę­cił pa­tyk, by w ten spo­sób za­ci­snąć opa­skę.

– Rany! To tak, jak­by za­krę­cić ku­rek – zdu­miał się Ti­ka­ani.

– Wła­śnie – od­po­wie­dział Beck. – Coś w tym sty­lu.

Ta­mo­wa­nie krwo­to­ku rze­czy­wi­ście przy­po­mi­na­ło za­krę­ca­nie kra­nu. Od cza­su do cza­su na­le­ża­ło tro­chę po­lu­zo­wać opa­skę; w prze­ciw­nym ra­zie Al stra­cił­by koń­czy­nę wsku­tek bra­ku do­pły­wu krwi. Na ra­zie jed­nak opa­tru­nek za­po­bie­gał wy­krwa­wie­niu.

– Przy­trzy­maj pa­tyk.

– Ja­sne – zgo­dził się ocho­czo Ti­ka­ani. Beck ob­wią­zał ka­wa­łek drew­na ostat­nią war­stwą ban­da­żu, by w ten spo­sób usztyw­nić opa­tru­nek i uśmiech­nął się do ko­le­gi.

– Chy­ba nie zbie­ra ci się na wy­mio­ty, co?

Ti­ka­ani tro­chę po­bladł, ale w tych oko­licz­no­ściach było to zro­zu­mia­łe. Spoj­rzał Bec­ko­wi pro­sto w oczy.

– Ra­czej nie.

– To do­brze.

Wy­ciął no­życz­ka­mi dziu­rę w spodniach wuja wo­kół rany, któ­ra wresz­cie uka­za­ła mu się w ca­ło­ści. Było to głę­bo­kie roz­cię­cie na do­bre osiem cen­ty­me­trów dłu­go­ści. Beck za­sta­na­wiał się, w jaki spo­sób po­wsta­ło. Być może noga za­ha­czy­ła o ja­kąś ostrą część roz­bi­tej ta­bli­cy przy­rzą­dów po­kła­do­wych. Rana bie­gła od ko­la­na w górę. Są­czy­ła się z niej ciem­na, gę­sta krew, któ­ra sama z sie­bie by za­krze­pła i utwo­rzy­ła strup, ale na zwy­kłym ska­le­cze­niu, tu­taj było jej po pro­stu zbyt dużo.

Beck sta­rał się jak naj­do­kład­niej zba­dać ranę, nie do­ty­ka­jąc jej. Aż za do­brze zda­wał so­bie spra­wę z tego, że śro­do­wi­sko nie jest ste­ryl­ne i na­le­ża­ło­by się po­słu­gi­wać rę­ka­wicz­ka­mi le­kar­ski­mi. Naj­gor­szą rze­czą, jaka mo­gła­by się te­raz przy­da­rzyć, by­ło­by wywo­ła­nie za­ka­że­nia.

Uwa­gę Bec­ka zwró­cił de­li­kat­ny brzęk me­ta­lu o szkło. W ap­tecz­ce znaj­do­wa­ła się bu­te­lecz­ka z pły­nem de­zyn­fe­ku­ją­cym, w któ­rej Ti­ka­ani wła­śnie za­nu­rzał pin­ce­tę.

– Ranę trze­ba oczy­ścić z wszel­kich za­nie­czysz­czeń, w tym bru­du, mar­twe­go na­skór­ka i frag­men­tów za­krze­płej krwi – wy­re­cy­to­wał. – W tym celu naj­le­piej za­sto­so­wać pin­ce­tę wy­ste­ry­li­zo­wa­ną w roz­two­rze de­zyn­fe­ku­ją­cym.

– Skąd to wiesz? – spy­tał Beck.

Ti­ka­ani uśmiech­nął się i ski­nął gło­wą w stro­nę ap­tecz­ki.

– In­struk­cja na wiecz­ku.

Po­dał pin­ce­tę Bec­ko­wi, któ­ry wziął ją ostroż­nie, uwa­ża­jąc, by nie do­tknąć jej zde­zyn­fe­ko­wa­nej czę­ści.

– Dzię­ki, bę­dzie­my też po­trze­bo­wać tro­chę wody.

– Wi­dzia­łem w środ­ku bu­tel­kę. Po­cze­kaj tu chwi­lę.

„A do­kąd niby miał­bym pójść?” – po­my­ślał Beck, gdy Ti­ka­ani wgra­mo­lił się po­now­nie do sa­mo­lo­tu. Jesz­cze raz przyj­rzał się ra­nie. Była w mia­rę wol­na od za­nie­czysz­czeń, ale usu­nął jesz­cze kil­ka skrze­pów krwi i coś, co wy­glą­da­ło jak skra­wek ma­te­ria­łu ze spodni Ala.

Ti­ka­ani wró­cił z bu­tel­ką wody.

– Zna­la­złem jesz­cze ten koc me­dycz­ny i po­dusz­kę na fo­tel. Na wiecz­ku ap­tecz­ki jest na­pi­sa­ne, że po­szko­do­wa­ne­mu na­le­ży za­pew­nić cie­pło, by nie do­znał szo­ku ter­micz­ne­go.

– Ni­g­dy nie na­le­ży kwe­stio­no­wać in­struk­cji na wiecz­ku – zgo­dził się Beck.

Ti­ka­ani pod­ło­żył po­dusz­kę pod gło­wę Ala, pod­czas gdy Beck ostroż­nie wy­lał jesz­cze tro­chę pły­nu de­zyn­fe­ku­ją­ce­go na ranę. Ti­ka­ani syk­nął i skrzy­wił się ze współ­czu­ciem.

Beck do­sko­na­le to ro­zu­miał. Wie­dział, jak bar­dzo śro­dek de­zyn­fe­ku­ją­cy może szczy­pać przy zwy­kłym ska­le­cze­niu; gdy­by Al był przy­tom­ny, pew­nie krzy­czał­by z bólu. Rana zo­sta­ła do­kład­nie oczysz­czo­na. Beck wziął wodę od Ti­ka­anie­go i po­lał nią miej­sce ura­zu, by spłu­kać reszt­ki środ­ka de­zyn­fe­ku­ją­ce­go.

– Te­raz po­wo­do­wał­by już tyl­ko po­draż­nie­nia – wy­ja­śnił, od­da­jąc bu­tel­kę.

Wresz­cie od­wi­nął ka­wa­łek gazy, po­pro­sił Ti­ka­anie­go, by po­sma­ro­wał jed­ną stro­nę kre­mem z an­ty­bio­ty­kiem, po czym przy­ło­żył opa­tru­nek do rany, owi­ja­jąc go ko­lej­ną war­stwą ban­da­ża. Ste­ryl­na biel na­tych­miast za­bar­wi­ła się na czer­wo­no, ale ogól­nie rzecz bio­rąc, krwo­tok zo­stał za­ta­mo­wa­ny, tak jak mó­wił in­struk­tor.

– Nie mo­że­my go tak po pro­stu zo­sta­wić na zie­mi – za­uwa­żył Ti­ka­ani. – Tu jest tun­dra – za­to­czył ręką krąg. – I wiecz­na zmar­z­li­na na gru­bo­ści kil­ku­na­stu cen­ty­me­trów. Twój wu­jek za­mar­z­nie.

– Zga­dza się.

Wiecz­na zmar­z­li­na ozna­cza­ła, że przez cały rok grunt ma tem­pe­ra­tu­rę co naj­wy­żej zera stop­ni. Dla czło­wie­ka le­żą­ce­go na zie­mi to za­bój­cze. Beck ro­zej­rzał się; jego uwa­gę przy­cią­gnę­ła le­żą­ca nie­opo­dal para skrzy­deł sa­mo­lo­tu.

– Ale ja­koś temu za­ra­dzi­my...

Skrzy­dła oka­za­ły się dość lek­kie. Wspól­ny­mi si­ła­mi chłop­cy zdo­ła­li je unieść i umie­ścić jed­no obok dru­gie­go, two­rząc w ten spo­sób plat­for­mę, na któ­rej mo­gli uło­żyć Ala. Po­sła­nie być może nie było zbyt wy­god­ne, ale za to su­che i sztyw­ne, zde­cy­do­wa­nie lep­sze od lo­do­wa­tej zie­mi.

W koń­cu uda­ło im się za­ło­żyć Alo­wi płaszcz i przy­kryć go ko­cem, któ­ry zna­lazł Ti­ka­ani. Beck przy­kuc­nął, żeby przyj­rzeć się wuj­ko­wi. Zro­bił dla nie­go wszyst­ko, co mógł. Przy­naj­mniej na tę chwi­lę.

– To co te­raz ro­bi­my? – spy­tał Ti­ka­ani.

Beck wes­tchnął i wstał.

– Te­raz spró­bu­je­my się stąd wy­do­stać – od­po­wie­dział.

* * *

Wzię­li płasz­cze z sa­mo­lo­tu i wy­ru­szy­li na roz­po­zna­nie te­re­nu. Nie trwa­ło to dłu­go.

Beck wie­dział, że ze wzglę­du na prze­ni­kli­wy wiatr i zbyt zmro­żo­ną zie­mię da­lej na pół­noc nie ma żad­nych drzew ani wy­so­kiej ro­ślin­no­ści. Tam była już tyl­ko tun­dra – bez­drzew­na rów­ni­na po­kry­ta twar­dą tra­wą, mchem i po­ro­sta­mi – aż do śnie­gów i lo­dów na bie­gu­nie pół­noc­nym. Tu, gdzie się znaj­do­wa­li, moż­na było jesz­cze zo­ba­czyć kępy drzew, któ­re po­łą­czy­ły swe siły w wal­ce z mro­zem. Tu drze­wa za­pusz­cza­ły ko­rze­nie w szcze­li­nach w wiecz­nej zmar­z­li­nie, co umoż­li­wia­ło im prze­trwa­nie.

Sa­mo­lot spadł na zie­mię tuż obok ta­kie­go za­gaj­ni­ka. Kil­ka me­trów da­lej, a ude­rzył­by w so­sny, po­wo­du­jąc nie­chyb­ną śmierć wszyst­kich na po­kła­dzie.

– Wy­ślą po nas eki­pę ra­tun­ko­wą, praw­da? – spy­tał Ti­ka­ani, kie­dy ba­da­li oko­li­cę. – Jak my­ślisz, ile cza­su im zaj­mie zna­le­zie­nie nas?

– Nikt nie wie, gdzie je­ste­śmy – od­rzekł Beck. – Zmie­ni­li­śmy kurs.

– Ale sły­sza­łem, jak pi­lot wzy­wał po­mocy!

– Ow­szem – zgo­dził się Beck. – Ale zmie­ni­li­śmy kurs. Nie sły­sza­łem, żeby o tym wspo­mi­na­ła.

Miał też spo­re wąt­pli­wo­ści co do tego, czy ktoś w ogó­le ode­brał ich sy­gnał SOS. O tym jed­nak po­sta­no­wił nie wspo­mi­nać Ti­ka­anie­mu.

– No tak... – przez krót­ką chwi­lę Ti­kaa­ni wy­glą­dał na za­my­ślo­ne­go. – Ale prze­cież mają sa­te­li­ty i... – wy­ko­nał nie­okre­ślo­ny ruch ręką – róż­ne inne urzą­dze­nia.

– To praw­da – zgo­dził się Beck.

Rze­czy­wi­ście Ti­ka­ani miał ra­cję. Ktoś w An­cho­ra­ge mógł za­uwa­żyć, że sa­mo­lot znik­nął z ra­da­ru, a wów­czas gru­py ra­tun­ko­we by­ły­by już pew­nie w dro­dze. Choć z dru­giej stro­ny mo­gło być zu­peł­nie ina­czej.

– Mu­si­my im uła­twić za­da­nie – po­wie­dział Ti­ka­anie­mu. – Zrób­my wiel­ki ko­piec: zbierz­my ka­mie­nie, ka­wał­ki drew­na, szcząt­ki sa­mo­lo­tu. Patrz, sa­mo­lot jest do po­ło­wy za­ko­pa­ny w zie­mi – nie zo­ba­czą go z po­wie­trza. Ułóż­my w tym miej­scu wiel­ki na­pis SOS.

– Ale li­te­ry z po­wie­trza będą ma­lut­kie – za­uwa­żył Ti­ka­ani.

Beck wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Dla­te­go uło­ży­my na­praw­dę WIE­EEL­KIE li­te­ry!

Uło­ży­li więc na zie­mi ol­brzy­mi na­pis SOS – dłu­gi na sześć, a może na­wet sie­dem me­trów. Za­ję­ło im to do­bre pół go­dzi­ny.

– To po­win­ni za­uwa­żyć – po­wie­dział z za­do­wo­le­niem Ti­ka­ani.

– Aha – Beck spoj­rzał na nie­bo. Nie było wi­dać ani śla­du ja­kiej­kol­wiek eki­py ra­tun­ko­wej. „Ale prze­cież jest jesz­cze za wcze­śnie” – po­cie­szał się w my­ślach.

– Do­bra, a te­raz...

W tym mo­men­cie znów na­wie­dzi­ła go myśl krą­żą­ca mu po gło­wie od chwi­li wy­pad­ku – a na­wet jesz­cze przed nim. Te­raz wresz­cie uda­ło jej się prze­ła­mać li­nie obron­ne Bec­ka i za­ata­ko­wać ze zdwo­jo­ną siłą.

„Czy mama i tata też przez to prze­cho­dzi­li?”

Ti­ka­ani za­uwa­żył je­dy­nie, że Beck od­pły­nął gdzieś w my­ślach i nie­obec­nym wzro­kiem spo­glą­da przed sie­bie.

– Beck? – za­wo­łał za­nie­po­ko­jo­ny. Ci­sza i jesz­cze jed­na pró­ba: – Beck?

Ale Beck nie re­ago­wał.

Czy prze­ży­li ka­ta­stro­fę w dżun­gli? Czy ro­bi­li wszyst­ko to, co on te­raz? Na­wet je­śli…

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej