Wydawca: WAB Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2008

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 513 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wilcza wyspa - Tomasz Konatkowski

Na jedną z warszawskich przystani Wisła wyrzuca ciało młodego mężczyzny. Gustav Rytterberg, syn szwedzkiego biznesmena, zaginął kilka tygodni wcześniej. Sprawców zbrodni próbuje odnaleźć komisarz Adam Nowak, sfrustrowany policjant w średnim wieku, znany z poprzedniej książki Konatkowskiego Przystanek Śmierć. Udaje się ustalić nie tylko tożsamość przestępców, przy okazji wychodzą na jaw mroczne tajemnice rodziny Rytterbergów – ich powiązania z mafią, a także niepokojące relacje między członkami klanu. Nowak bierze również udział w dochodzeniu w sprawie zaginięcia hinduskiego biznesmena, właściciela firmy pod Warszawą. Jakby tego było mało, gdy pod Zamkiem Królewskim zostają odnalezione szczątki ludzkie, tam też zostaje wezwany. Przy tych zagadkach prywatne problemy Nowaka – zbyt chętna do założenia rodziny partnerka i marne wyniki ulubionego klubu piłkarskiego – to pestka.

Z recenzji Przystanku Śmierć:

Podoba mi się skromność założenia tego kryminału – opisuje się tu świat, którego prawdziwość każdy może łatwo zweryfikować. No i policjant nazywa się Adam Nowak.

Jacek Szczerba

Od dawna czekałem na taką książkę – porządny, mięsisty, realistyczny kryminał, bez puszczania oka do czytelnika.

Wojciech Orliński, Gazeta Wyborcza

Opinie o ebooku Wilcza wyspa - Tomasz Konatkowski

Fragment ebooka Wilcza wyspa - Tomasz Konatkowski

TOMASZ

KONATKOWSKI

WILCZA WYSPA

Copyright © by Wydawnictwo W.A.B., MMVIII

Wydanie III

Warszawa MMXV

Wyjrzała oknem

– Tu już tak zostanie,

tu kurortu nie będzie.

Miron Białoszewski,

Przyszła Berbera na nowe mieszkanie,

z tomu Odczepić się

***

Chłopak zrozumiał, że zaraz umrze. Zobaczył ich twarze.

Ci dwaj byli z nim od początku. Wysoki i niski. Cały i połówka. Helan och Halvan. Tak ich nazwał, choć właściwie żaden z nich nie był przesadnie gruby lub chudy. To oni go tu przywieźli i wsadzili do małego pokoju bez okien. Ten wysoki, dziś ubrany w czarny sweter i dżinsy, był zawsze nieco łagodniejszy, pod warunkiem że się go nie denerwowało i że nie był naćpany. Znał kilka słów po angielsku. Eat. Drink. Toilet. W kominiarce na twarzy zawsze wyglądał trochę śmiesznie. Teraz już nie. Był poważny. Niższy mężczyzna, w szarym polarze z kapturem, miał z kolei obojętną, ponurą minę.

Trzeciego z nich, krótko ostrzyżonego faceta w skórzanej kurtce, nie widział wcześniej. Może go słyszał. Parę razy zza ściany dobiegały rozmowy kilku osób, więcej niż dwu. Tak mu się przynajmniej wydawało, rozpoznawał przytłumione głosy, intonację, lecz nie poszczególne słowa czy zdania. Rozmawiali przecież w tym dziwnym języku, z którego znał tylko parę słów, kilkanaście użytecznych zwrotów. Zdążył się też nauczyć przekleństw. Na pewno ich używali, kobieta również. Nie pamiętał, kiedy usłyszał ją za ścianą. Wczoraj? Ale kiedy się skończyło wczoraj? Nie wiedział zresztą nawet, ile dni tu spędził. Wiedział jedynie, że na zewnątrz wciąż wieje silny wiatr. Zbyt silny jak na ten kraj.

Skrępowali mu ręce taśmą i podnieśli z krzesła. Popchnęli lekko w stronę drzwi. Potem korytarzem, do następnych drzwi.

Wysoki włączył światło na schodach. Zeszli, minęli kotłownię z oliwkowozielonym piecem. Kątem oka chłopak zarejestrował uchylone okienko, tuż nad metalowym regałem zawalonym jakimiś torbami i pojemnikami. Wejście dla kota. Zdał sobie z tego sprawę w nagłym przebłysku zrozumienia. Zawsze cieszyły go takie małe odkrycia, ale to było już nikomu niepotrzebne. Weszli do ostatniego pomieszczenia. Znowu ktoś włączył światło, z sufitu zwisała goła żarówka w oprawce. Tu nie było okien. Na podłodze leżała płachta czarnej folii. Jak w tamtym horrorze, który oglądał w zeszłym roku. Niższy przyniósł lampę bez klosza, właściwie mały reflektor na czarnym statywie. Podłączył go do gniazdka w kącie.

Ten w kurtce założył czarne rękawiczki i wyjął coś z torby. Małe srebrne urządzenie. Kamera. Wysoki spojrzał na niego ze zdziwieniem. Nie, może to tylko jakaś drobna wątpliwość. Wyglądało na to, że wie, co ma się wydarzyć. Chyba się po prostu bał. Samego faktu, który za chwilę miał nastąpić, a może tego, co będzie potem. Powiedział coś, wskazując kamerę. Mężczyzna w skórze wzruszył ramionami i rzucił kilka zdań. Wyciągnął z torby foliowy worek, a z niego pistolet i podał wysokiemu. Ten wziął go po chwili wahania. A może wcale się nie wahał? Facet z kamerą stanął przy lampie i nacisnął włącznik na kablu. Chłopak zerknął jeszcze raz. Zanim oślepił go blask reflektora, zobaczył pomarańczową diodę na obudowie kamery.

Niski, który go przez cały czas przytrzymywał, popchnął go mocniej. Młody człowiek upadł na kolana. Usłyszał kolejne zdanie w języku, którego nie znał. Podniósł głowę, spojrzał przed siebie. Dlaczego ściany w tym pomieszczeniu są czyste i białe? Dlaczego nie są to stare cegły, tynk ociekający wodą, jak w tamtym głupim filmie?

– Det är för tidigt – powiedział chłopak. – Inte nu.

Ciało

1

Pałac Kultury powinien zostać zburzony – powiedział komisarz Adam Nowak, odwracając wzrok od Wisły.

Siedzieli na zarośniętym drzewami, dzikim brzegu. Dzikim, ale oddalonym zaledwie o kilkadziesiąt metrów od wału, którym biegła ścieżka, równoległa w tym miejscu do ulicy Nowodworskiej. Naprzeciwko, po drugiej stronie leniwie płynącej rzeki, znajdował się Park Młociński.

Rowery stały nieopodal, oparte o drzewa. Ten, który dostał od Kasi w prezencie, Nowak nazywał „komunijnym”. Sam zresztą zażądał taniego modelu z supermarketu. Nie jeździł od wielu lat, więc nie chciał zaczynać od czegoś „wypasionego”.

– Momencik – odparła Kasia. – Czy możesz przybliżyć mi skomplikowany proces myślowy, który doprowadził cię do tej zaskakującej konkluzji?

– Z wielką przyjemnością, kobieto mego życia. Wróciliśmy niedawno z wycieczki do Paryża, prawda?

– No. Podobało ci się, ale zanim wyjechaliśmy, musiałam ci przypominać trzy razy dziennie, żebyś wreszcie poprosił tego twojego Michalskiego o urlop.

– Już nie Michalskiego, tylko Morawskiego. M za M. Michalski pracuje teraz w CBŚ – wyjaśnił. – Nieważne. Chodzi mi o to, że w Warszawie jest dziura. W przestrzeni i w czasie. W środku miasta i w historii, tak to sobie wykoncypowałem. Powiem więcej, ta dziura z sowieckim pałacem wynika z tej dziury w historii.

– Co takiego? Czyli według ciebie ta dziura w czasie to powstanie?

– Tak... Nie. Nie to miałem na myśli. Raczej to, że Hitler i Stalin zakłócili ciągłość istnienia miasta. A samo powstanie... Zobacz, to jest wydarzenie, które stanowi punkt odniesienia w historii. Jeżeli mieszkasz w Warszawie, ma na ciebie wpływ, czy tego chcesz, czy nie, niezależnie od tego, co sądzisz o słuszności jego rozpoczęcia. To coś, co jest symbolem tego miasta i zawsze nim pozostanie. Podobnie pałac jest punktem orientacyjnym na planie Warszawy. Czyli również punktem odniesienia, ale takim zwykłym, w sensie topograficznym. Zwykłym i niezbyt urodziwym.

– Ciekawe. Ale jeszcze niedawno mówiłeś, że to interesująca budowla, ładniejsza od nowych biurowców.

– Masz rację, od tego hotelu z otworem na samolot pałac na pewno jest ładniejszy – odparł. – Ja go nawet lubię, jako ciekawostkę, ale czasami trzeba coś całkowicie zniszczyć, żeby móc wszystko zacząć od nowa. Rozumiesz, o co mi chodzi?

– Nie – mruknęła. – Wyjaśnij.

– Pałac to symbol naszej bezsilności. Przyzwyczailiśmy się do niego, psioczymy na niego, myślimy o wielkomiejskim centrum, które tam było przed wojną... I nie możemy nic zrobić, żeby zagospodarować przestrzeń wokół niego. Taka proteza z martwą tkanką dookoła. Dlatego czasami myślę, że dobrze by było, gdyby tak nagle... pffff... – Pstryknął palcami. – Gdyby zniknął. Można by wtedy zacząć od zera. Jak w Paryżu z planem Hausmanna.

– Co? Te wielkie aleje, burzenie wszystkiego i zaczynanie od zera? Nie powiesz mi, że Place de la Concorde to szczyt ludzkiego geniuszu i planowania. – Wzruszyła ramionami. – To jest dopiero dziura, pałac przy tym to pikuś. Ogromna przestrzeń, nikomu do niczego niepotrzebna, chyba że do parad wojskowych. Nie lubię takich miejsc, wolę wąskie uliczki, w których można się zagubić. I wiesz co? Nie czepiaj się już pałacu, bo cię przestanę lubić. Pogadaj z moim tatą. Uważa, że z tym budynkiem trzeba się nauczyć żyć. I mówi, że z dokładnością do detali to porządny amerykański drapacz chmur z lat dwudziestych. Poza tym Pekin to już oficjalnie zabytek. Możesz go sobie znikać.

– No dobra, nie będę przecież kłócić się z nie-teściem... Wiem, wiem, mam tak nie mówić. Ale to go śmieszy.

– Tak – rzuciła jakoś bez przekonania. – Śmieszy... Wiesz co? – Oczy Kasi zalśniły nagle. – Uruchomiłam wyobraźnię. Film katastroficzny: taka wielka baba, kula na grubym łańcuchu, i ziuuuu...

– Sama jesteś baba. To się nazywa... No... Nie wiem. Po angielsku wrecking ball, w każdym razie. Neil Young napisał taką piosenkę.

– Neil Young, jasne. Twój jedyny idol. Napisał piosenkę, opłynął świat dookoła, poleciał w kosmos i jako pierwszy wyhodował brokuły. Następne skojarzenie będzie z futbolem, tak?

– Oczywiście. Do prac rozbiórkowych najlepiej nadawałby się Zidane. – Nowak pochylił głowę. – Bum!

Kasia westchnęła. Odgarnęła włosy z czoła, od dwu tygodni rude i proste, sięgające szyi. Fajna zmiana. Nie zmieniły się za to oczy, które zawsze wyglądały na lekko zmrużone i wesołe. Odkręciła bidon i wypiła kilka łyków napoju izotonicznego. Popatrzyła na Adama Nowaka, mężczyznę jej życia, miejmy nadzieję.

– No, rusz cielsko. Wyłazimy z tych krzaczorów i jedziemy do domu. Głodna jestem.

„Rusz-cie dupy!”. Nowak przypomniał sobie okrzyk ze stadionu przy Konwiktorskiej. Kasia chwyciła kierownicę. Zanim ruszyła z rowerem, spojrzała jeszcze na Nowaka.

– Czekaj. A palma?

– Co? Jaka palma?

– Palma na rondzie de Gaulle’a – wyjaśniła. – Też ci się podobała. Już przestała?

– Tak – burknął. – To łysa pała, nie żadna palma. Kwiatkami obsadzić. Francuzi tak robią, każde rondo to dzieło sztuki, nawet w małych miasteczkach. Widzieliśmy koło lotniska, prawda?

Jesienią ubiegłego roku Nowak przeprowadził się na Białołękę (no dobrze, na Tarchomin, a właściwie Nowodwory... dla większości mieszkańców nowych osiedli i tak to nie ma żadnego znaczenia). Do Nowego Miasta, jak mówił. A przede wszystkim do Kasi. Zabrał ze sobą ciuchy, większość książek i wszystkie płyty. Całą resztą zaopiekowało się młode małżeństwo z dwuletnim synkiem – telefon od nich odebrał dwie godziny po umieszczeniu ogłoszenia w internecie. Opłata za wynajem z nawiązką pokrywała miesięczną ratę kredytu, który ciągle spłacał. Miał nadzieję, że sąsiadka z dołu nie znienawidzi go do końca życia za tupiącego dzieciaka nad głową.

Przeprowadzka od Wicka do Wacka, jak mawiała jego babcia, z osiedla Piaski w okolice piaskarni. Długo rozmawiał z Kasią, zanim zdecydował się na ten krok. Nie, nie „zdecydował się”, to była wspólna decyzja, wspólna odpowiedzialność. Wiedział, co będzie się działo w pierwszych tygodniach i miesiącach: dopasowywanie się do przyzwyczajeń, podział przestrzeni na prywatne kawałki, drobne konflikty terytorialne – widelce źle włożone do suszarki, linia demarkacyjna w szafie z ubraniami. Półeczka w łazience. Połączenie księgozbiorów. Za to płyty to zupełnie inna sprawa. Nie zamierzali ich ustawiać we wspólnych regałach, są w końcu jakieś granice. Ale kiedyś, jeżeli Bóg pozwoli, nastąpi ten moment, w którym ich przestrzeń nie będzie podzielona na osobne księstwa, jak Włochy przed zjednoczeniem, lecz stanie się czymś wspólnym, bo nie ona jest w końcu najważniejsza.

Przestrzeń... Te drzewa, ulice i bloki były teraz jego miejscem na ziemi. Kolejnym w granicach Warszawy, całkiem fajnym. Dobrym do życia. Ciekawe, że rzadko spotykało się tu ludzi starszych. Większość mieszkańców miała najwyżej trzydzieści, trzydzieści pięć lat – znacznie więcej niż budynki, w których żyli. Peryferie miały jednak swoją historię, deweloperzy nie stawiali bloków na ziemi niczyjej. Jakieś drewniane płoty, stare chałupy jeszcze tu i ówdzie można znaleźć, choćby na Mehoffera. Opuszczone pasieki, szklarnie i fabryczki. Krzyż wotywny z 1906 roku. A niedaleko cmentarz. Nowak uczył się tych ulic, miejsc, oswajał je, poznawał, nawet odkrywał. Dobrze, że nie robił tego sam, i nie chodziło tylko o Kasię. Nie-teść uwielbiał zaskakiwać ich różnymi ciekawymi informacjami o Warszawie i okolicach, przy dowolnej okazji zresztą. Wyczytał na przykład co nieco o drewnianym dworze i o pałacu, w którym teraz mieściło się seminarium duchowne, o jego poprzednich lokatorach. Jednym z nich był carski oberpolicmajster, a innym administrator tramwajów konnych. Tak, komunikacja szynowa zawsze musiała powrócić w rozmowie, w końcu ojciec Kasi, Jan Żurek, był emerytowanym pracownikiem Tramwajów Warszawskich. O policmajstrach Nowak wolał z nim nie gadać.

– I love Kasia – przeczytał na blaszanym pawiloniku przy Nowodworskiej. – To nie ja! Wprawdzie zgadzam się z treścią, ale nie jestem autorem.

– Nie podejrzewam cię o to, komisarzu. Jesteś zwolennikiem prawa i...

– ...i porządku – dokończył. – Ale jestem również zdolny do odczuwania głębszych emocji. Wzruszyłem się tym kocim grobem, który odkryliśmy między drzewami.

– Ja też.

Jechali powoli, obok siebie, bo ruch był niewielki. Minęli krzyż, skręcili w Książkową, potem Topolową. Na pustym trójkącie zieleni spokojnie łaziły gadatliwe kawki i ponure wrony. Po drugiej stronie był ich dom. Blok. Dom.

– Wiesz co? – rzucił. – Skoczę jeszcze po zakupy.

– Rozumiem. Zainspirowała cię ta sterta śmieci w lesie. Duża sterta, ze dwadzieścia butelek. Jak się nazywało to, za przeproszeniem, wino?

– „Keleris”. Kultowa pozycja, ma wiernych wyznawców.

– Hm. Ale kupisz coś innego, prawda?

– Jasne. „Komandosa” czy „Goliata”?

2

Jak to: nie ma postępów? – spytał podinspektor Morawski.

Nowak wkurzył się. Od rana był zły. Najpierw nieduża, „hormonalna” kłótnia z Kasią o jakiś drobiazg. Potem poszukiwanie kluczyków do jego służbowej octavii. A potem to, co zwykle, czyli cholerny, pieprzony, znienawidzony korek na moście Grota. „Zrób coś, Hania, bo to nie do wytrzymania”. Jedyny pożytek z korka to możliwość wysłuchania płyty do końca. Dziś była to Ecstasy Lou Reeda. Z premedytacją nie przepuścił faceta, który usiłował wepchnąć się przed niego swoim służbowym seicento, oklejonym reklamami jakiegoś soczku, z sąsiedniego pasa, oddzielonego w tym miejscu linią ciągłą. Przez półotwarte okno usłyszał kilka „kurew”, opatrzonych przymiotnikami. A może to są imiesłowy? Nieważne, na pewno pochodziły od czasowników.

A teraz jeszcze ten dziadyga. Skąd oni go wytrzasnęli? Nagle zaczęły być istotne statystyki, liczby i metryka produktywności sekcji na jednostkę czasu. Słupki mają ładnie wyglądać. Powerpoint rulez.

– Dlaczego nie możemy znaleźć tego Hindusa?

Nowak postanowił nieco podrażnić się z przełożonym.

– Trzeba przy nich uważać z mówieniem „Hindus”. To staroświeckie słowo. Nie każdy obywatel Indii jest wyznawcą hinduizmu.

– A ten biznesmen... – Morawski wymówił to słowo z wyraźną ironią, jakby przypuszczał, że wszyscy biznesmeni, zwłaszcza zagraniczni, to złodzieje. – Ten biznesmen jest muzułmaninem? Żydem?

– Nie. Hindusem. Ale nie mówi w hindi, tylko w malajalam...

Morawski nie był w najlepszym humorze, od razu poczerwieniał na twarzy. Nie przeklinał, może zabraniał mu tego światopogląd. Musiał zatem zdusić złość w sobie. Cóż, najkrótsza droga do wrzodów. A może nawet do raka.

– Dobrze. Dlaczego zatem nie możemy znaleźć tego obywatela Indii... przypomnijcie, jak się nazywa?

Z tym był pewien problem. We wszystkich dokumentach służbowych biznesmen podpisywał się V.S. Srinivasan, w paszporcie miał wpisane Srinivasan Visvanathan Sankaran. W dokumentach dochodzeniowych ktoś go wpisał pod imieniem Viswanathan (przez „w”), Srinivasan podano jako nazwisko.

Nowak zaryzykował i zaczął to wyjaśniać.

Morawski walnął pięścią w stół już po podaniu pierwszej wersji.

– Do rzeczy! Co zrobiliśmy?!

– Wysłaliśmy do niej naszego psychologa. Psycholożkę...

– Daj spokój z polityczną poprawnością. Do rzeczy, powtarzam.

– Psycholog próbuje ustalić, jak się układało w ich małżeństwie, czy nie było powodów do rozstania. Zdrady, przemocy domowej. Pamiętacie, jak w zeszłym roku szukaliśmy jednego Turka? Analiza powiązań gospodarczych, przesłuchiwanie wspólników, podsłuch... – Nowak westchnął. – Wszystko bez sensu. Okazało się, że facet zainscenizował porwanie. Chciał po prostu uciec od żony. Nie możemy sobie po raz drugi pozwolić na marnowanie czasu i środków.

Odpowiednio przekazany banał potrafi uspokoić każdego szefa.

– I co?

– I nic. Nie był to idealny związek, ale żaden w końcu nie jest. Oczywiście sprawdzaliśmy też, czy kobieta nie ukrywa tego, że kontaktowali się z nią porywacze. Nic na to nie wskazuje. Nawet mówiła o tym: boi się, że z jej mężem stało się to, co z ich wspólnym znajomym trzy lata temu.

Właśnie dlatego policja nie potraktowała tej sprawy jak zwykłego zaginięcia. W kwietniu 2004 roku bandyci udający funkcjonariuszy porwali pod Raszynem młodego biznesmena z Indii. Żądali dwóch milionów euro okupu, w czasie negocjacji udało się obniżyć kwotę do ośmiuset tysięcy. Nic to nie dało, porywacze nie zgłosili się po pieniądze. Przesłali za to trzy palce porwanego. Znaleziono je w butelkach, we wskazanych miejscach na terenie Warszawy. Żona porwanego w dramatycznym apelu zwracała się do bandytów z prośbą o uwolnienie męża. Bez skutku.

Większość podejrzanych tworzących wówczas gang obcinaczy palców znalazła się w areszcie. Zorganizowali blisko dwadzieścia porwań. Dwadzieścia? Tak naprawdę znacznie więcej, bo nie we wszystkich przypadkach zastraszone rodziny uprowadzonych zgłaszały się na policję. Proces bandytów trwał. Nie, właściwie to nie trwał, ciągnął się od miesięcy, wstrzymywany przez spory proceduralne i małą wojnę między sądem i prokuraturą. Nikt z policjantów nie wątpił, że Hindus nie żyje, mimo że oskarżeni ani słowem nie zająknęli się w zeznaniach na ten temat. Nic dziwnego. Pozbawienie wolności, nawet ze szczególnym udręczeniem, jest cokolwiek łagodniej karane niż zabójstwo.

– Przesłuchaliście tych, których złapaliśmy?

– Tak – wtrącił Zakrzewski. – Niczego nie udało się z nich wyciągnąć. Ani o tym zdarzeniu, ani o porwaniu z 2004. Wydaje się, że o tym Sriva... o tym Hindusie, nic nie wiedzą.

– Zaginął raptem dwa tygodnie temu, więc to nie oni. W końcu interes z porwaniami może prowadzić każdy gang. Chyba że ktoś przejął ten biznes. Oczywiście jeżeli w ogóle mamy tu do czynienia z porwaniem.

Morawski spojrzał spode łba na policjantów biorących udział w spotkaniu.

– Macie kontakt z wywiadem kryminalnym?

– Tak. – Nowak powoli przyzwyczajał się do tego, że musiał udzielać odpowiedzi na oczywiste pytania. – Przekazałem pytanie podinspektorowi Gruszczyńskiemu.

– Może Hindus zalazł komuś za skórę w tych... gdzie on mieszkał?

– W Falentach.

– No właśnie. Może wyrzucił kogoś z fabryki, nie wiem, uwiódł żonę, przejechał psa? Zabić człowieka można z byle powodu. Kto jak kto, ale wy o tym doskonale wiecie.

– Sprawdzamy to, oczywiście. Policjanci z komisariatu w Raszynie pomogli nam zrobić wywiad. Ale...

– Ale jak to pod Warszawą, nowi mieszkańcy, ci „miastowi”, są obcy – przerwał Nowakowi Zakrzewski. – Tacy, którzy tylko pobudowali domy, codziennie jeżdżą do pracy, wożą dzieci do szkół w Warszawie. Rzadko utrzymują kontakty z miejscowymi, z ludźmi, którzy mieszkają tam od lat. Chyba że miejscowi prowadzą warsztat samochodowy, sklep... Albo wynajmują się jako ogrodnicy.

– Jasne, i zabił ogrodnik – parsknął Morawski. – Pytajcie zatem innych „miastowych”.

– Robimy to – rzucił Zakrzewski ostro. – Wiemy, co powinniśmy robić.

– Nie jestem tego pewien.

– To już nie nasz problem, podinspektorze – Zakrzewski zaakcentował przedrostek „pod”.

Nowak postanowił rozładować konflikt.

– Rozpoczęliśmy też badanie jego interesów. To delikatna kwestia, jak zwykle, bo chodzi nie tylko o kontakty z polskimi firmami, ale także z innymi biznesmenami z Azji, w szczególności z Indii. Ta społeczność jest dosyć zamknięta, a większość nie ma do nas w ogóle zaufania. Uważają, że pozwoliliśmy umrzeć ich porwanemu rodakowi. Według nich polska policja i w ogóle nasze państwo, czyli urzędnicy na każdym szczeblu, są skorumpowani do szpiku kości.

– I co, nie mają racji? – rzucił pod nosem Zakrzewski.

– Słucham? – warknął podinspektor.

– Nie, nic. Przepraszam.

– Na szczęście pomaga nam kilka osób, z którymi współpracowaliśmy już przy okazji poprzedniego porwania, więc nie działamy w próżni – dodał Nowak. – Ale to, co kolega powiedział o miejscowych i miastowych, potwierdza się. Sąsiedzi to akurat „miastowi”, ludzie, którzy wyprowadzili się z Warszawy góra pięć lat temu. Pamiętają, że krytycznego dnia, czyli w środę 9 maja, pan Srinivasan wyjechał swoim samochodem do siedziby firmy w Sękocinie. Dzwonił potem do żony, jechał na spotkanie w Warszawie, w restauracji na Marszałkowskiej, a właściwie na Armii Ludowej. Spotkał się z innymi Hindusami, którzy akurat przylecieli do Polski z Frankfurtu. Frankfurtu nad Menem, dla ustalenia uwagi. Potem miał wrócić do pracy, ale tam nie dotarł. Jego samochodu również nie znaleziono.

– Jaki to był samochód? Wprowadziliście jego dane do bazy?

Zakrzewski otwierał już usta, ale Nowak go ubiegł.

– Oczywiście. Nowa toyota RAV4.

– Niezłe auto. Czyli mogli go napaść tylko po to, żeby ukraść samochód. Ale żeby od razu zabijać? – Morawski pokiwał głową. Szykował się do wypowiedzenia kolejnej odkrywczej uwagi. – Takich spraw może być coraz więcej. Polska to nie ziemia obiecana. Jeżeli nawet ktoś tu przyjeżdża po to, żeby zarobić pieniądze, trafia na zdeterminowanych bandytów, którzy gotowi są na wszystko. Jak w Ameryce sto lat temu. Biedny imigrant, a tym bardziej bogaty, musiał oddać część zysku makaroniarzom.

Nowak westchnął cicho. Nie chciał wyprowadzać przełożonego z błędu. To nie Sycylijczycy stworzyli zorganizowaną przestępczość w Stanach Zjednoczonych. Wprost przeciwnie, musieli sami zdobywać miejsce na terenie już częściowo opanowanym przez inne grupy etniczne.

Po spotkaniu Zakrzewski nie był w zbyt dobrym nastroju.

– Co się stało?

– Daj spokój. Dobrze wiesz, co się dzieje. Jestem na wylocie. Morawski chce się mnie pozbyć przy najbliższej okazji. Tylko czeka na pretekst. Szukanie haka już się zaczęło. Na pewno znajdzie się powód, żeby mnie wykopać. Nic się nie zmieniło.

– Wszystko musiało się zmienić, żeby nic się nie zmieniło.

– Co? – parsknął Zakrzewski. – Tak... W sumie masz rację. Wszystko i nic. Morawski to ten sam typ człowieka co kiedyś. Spolegliwy, nijaki, bierny, mierny, wierny. Taki, co pośle policjantów z hamburgerami, gdy poproszą go o to kumple z podstawówki.

Nowak nawet nie protestował przeciw użyciu słowa „spolegliwy”. Zresztą i tak nikt go już nie używa poprawnie.

– Chwała nam i naszym kolegom? – rzucił tylko.

– Tak. – Zakrzewski machnął ręką. – Kurde, przecież nigdy nie byłem pierdolonym esbekiem! Nie mam sobie nic do zarzucenia. A cholera wie, co ten facet robił dwadzieścia lat temu. Może się okazać, że i na niego jest teczka. Że są zdjęcia z jakiejś demonstracji. Że podpisał coś... albo nie podpisał wtedy, kiedy powinien. W końcu ten prokurator, który teraz jest komendantem głównym, podobno też nie ma czystych rąk. Niektórzy tak mówią, w każdym razie. W tym jeden z twoich ulubionych oszołomów, więc... – Karol przerwał. – No i sam widzisz, kurwa, o czym ja tu ci opowiadam. Gry i gierki. Jak zwykle. Kurwa, nie mogę się denerwować. Wiesz, że przytyłem trzy kilo przez ostatni tydzień?!

Nowak spojrzał na kolegę. Trzy kilogramy dla tak zwalistego faceta nie znaczyły zbyt wiele.

– Nie widać tego po tobie – odpowiedział dyplomatycznie. – Chcesz przejść na emeryturę?

– Widzisz, cały problem polega na tym, że jeszcze nie. Mogę, ale nie chcę. Sam nie wiem, co mnie tu trzyma.

– Dobre wynagrodzenie. Szacunek w społeczeństwie. Ciekawi ludzie, których możesz codziennie spotkać.

– Aleś się dowcipny zrobił, jak szczypiorek na wiosnę. – Zakrzewski machnął ręką. – Idę do kibla, rzeczywiście muszę pomyśleć o emeryturze.

Na biurku Nowaka zadzwonił telefon.

– Jest zgłoszenie z komisariatu rzecznego – powiedział sierżant Piotr Kwiatkowski. – Na Wiśle pływa ciało. Klub żeglarski przy Wale Miedzeszyńskim.

W taki upał jak dziś miasto potrafiło człowieka nienawidzić. Jak widać, inni mieli jeszcze mniej szczęścia.

3

Nowak nie musiał pytać, dlaczego wzywają „terror”, jak niektórzy nazywali Wydział do Walki z Terrorem Kryminalnym i Zabójstw. Nie do każdego ciała pływającego w wodzie przyjeżdża ekipa z Komendy Stołecznej Policji. Musiało istnieć podejrzenie popełnienia przestępstwa. I to zapewne najcięższego z opisanych w kodeksie karnym przestępstw przeciwko życiu.

– Wał Miedzeszyński 375. Co to jest, Yacht Klub? – spytał Nowak, który przypominał sobie charakterystyczny budynek z wieżą, położony naprzeciw bloku, w którym kiedyś pomieszkiwał z Elą, swoją byłą małżonką.

– Nie, harcerska stanica wodna „Nurt” – odparł Drzyzga. – Nieco dalej. Pięćset dziesiąty kilometr biegu Wisły.

– Skąd wiesz?

Marcin uśmiechnął się.

– Spędziłem tam kawałek młodości. Potem ci opowiem.

Nowak wyglądał przez okno radiowozu, patrząc na ponure betonowe klocki, które w sezonie zmieniały się w restauracje i kluby. Pamiętał, że kiedy tu mieszkał, fala powodziowa regularnie zalewała większość basenów i ośrodków wypoczynkowych. Pamiętał również, że w pobliżu jednego z nich zastrzelono byłego ministra sportu. Westchnął i spojrzał na prawo. Wille Saskiej Kępy były zasłonięte przez niedawno postawione ekrany dźwiękochłonne. Postanowił, że przyjadą tu z Kasią na spacer. Odczarują te okolice, w końcu nie można wciąż żyć wspomnieniami, trzeba z żywymi naprzód iść, i tak dalej.

Minęli gustowny budyneczek przystani „Neptun” i dojechali do Yacht Klubu. Blok po drugiej stronie nie zmienił się zbytnio, tylko balkony zostały osłonięte różowopomarańczowymi płytami. Za to na budynku klubu wielki transparent reklamował restaurację „Róża Wiatrów” i koncert zespołu The Doorsz. Drzyzga skręcił i zjechali po stromym, brukowanym podjeździe, ich auto zatrzęsło się na wystających kostkach.

– Jak w supermarkecie – mruknął. – Niedawno na takiej jodełce oderwała mi się rura wydechowa.

Skręcili w lewo przy niebieskim baraczku. Harcerze wynajmowali sporą część budynku sklepom specjalizującym się w sprzęcie motorowodnym oraz warsztatom naprawiającym motocykle. Szybkie łodzie, motory... Fajnie, jak w Miami Vice. Jakie Miami, taki vice. Obok zobaczyli reklamy hurtowni materiałów budowlanych oraz instalacji sanitarnych.

Zaparkowali za bramą, obok oznakowanego radiowozu i volkswagena prokuratora Jerzego Jackiewicza, wezwanego z Pragi Północ, z Jagiellońskiej. Stał razem z dwoma policjantami, tuż przy pomoście. Jeden z funkcjonariuszy był w mundurowej koszuli, a drugi, młodszy i niższy stopniem, w czarnej koszulce i czapce z daszkiem. Na wodzie kołysała się łódź... motorówka, ponton? Nowak nie wiedział, jak to nazwać. W każdym razie coś z kabiną. Wzdęte, sinoszare ciało pływało kilka metrów od końca pomostu, do którego zostało przywiązane liną. Zgodnie z procedurą – i zdrowym rozsądkiem – trzeba było zabezpieczyć zwłoki przed przemieszczaniem się.

Drzyzga najwyraźniej czuł się tu jak u siebie w domu. Po zdawkowej wymianie uprzejmości z prokuratorem serdecznie przywitał się z aspirantem z komisariatu rzecznego i z drugim policjantem, chyba sternikiem.

– Aspirant Piotr Brzozowski – przedstawił się funkcjonariusz. Był to sympatyczny gość z brodą, może nieco młodszy od Nowaka. Od razu wzbudzał zaufanie.

– Adam Nowak. Dlaczego nas wezwaliście?

– Rana postrzałowa na potylicy. Zwłoki pływają plecami do góry, więc nie widać, czy są inne obrażenia. Właściwie rzecz ujmując: nie widać, które ze śladów na plecach są wynikiem użycia przemocy.

– Kto zauważył ciało?

– Administrator ośrodka, czyli bosman. Zobaczył, że na wodzie unosi się jakiś rozdęty obiekt. Tak się przynajmniej wyraził, kiedy do nas zadzwonił. Wysłałem łódź, żeby sprawdzili, czy to znowu nie jest martwa świnia, jak parę dni temu. Niestety, tym razem nie. To ciało mężczyzny. Jest nagie, nie będziemy musieli go rozbierać.

– O której je zauważył?

– Dziś, około dziesiątej, kiedy przyszedł do pracy. Sprzątał teren.

– To harcerze sami nie mogą posprzątać? – spytał Drzyzga.

– Nie ma ich tu codziennie. Na szczęście dziś nie było żadnych dzieciaków. Miałyby dodatkową atrakcję. Sprawność patologa.

– Właśnie, kiedy przyjedzie medyk? – rzucił prokurator, trochę zniecierpliwiony. – Zróbmy to szybko. Jest niemiłosiernie gorąco.

– Wyjechali razem z nami. Powinni już tu być. – Nowak odruchowo spojrzał na zegarek. W tym momencie usłyszeli turkot opon na podjeździe. Po chwili pojawiła się furgonetka z technikami i dyżurnym lekarzem.

– O, jest twój imiennik. Znaczy, hm, sąsiad z listy płac...

Przywitali się z Robertem Nowackim i doktorem Krzysztofem Marczakiem. Drugi z techników przygotował foliową płachtę i rozłożył ją na pomoście.

– Panowie, rękawiczki i maski.

Policjant w bluzie wsiadł do łodzi i podpłynął do zwłok. Popychał je lekko, podczas gdy technik ciągnął linę w stronę brzegu. Z trudem wciągnęli nabrzmiałe ciało na pomost. Nowak otarł pot z czoła i spojrzał w niebo. Brzozowski to zauważył.

– Ma być gorąco aż do przyszłego tygodnia. Dziś może będzie burza. Wiecie, że trupy często wypływają po burzy?

Fotograf robił zdjęcia wyłowionego z rzeki ciała, zaczynając od kilku ogólnych ujęć. Zwłoki ciemniały, nabierały powoli koloru niewiele jaśniejszego od czarnej płachty, na której leżały.

– Dobrze, że jest dzień. Mamy zepsuty reflektor – powiedział Brzozowski.

– Nie pierwszy raz – odparł Drzyzga. – Pamiętasz, jak kiedyś musieliście przenieść ciało do komisariatu, żeby zrobić zdjęcia? Lekkie naruszenie procedury.

– Nie żadne naruszenie, ale elastyczne dopasowanie się do sytuacji. Tego oczekuje od nas społeczeństwo – mruknął aspirant. – Oczywiście, że pamiętam. Nieźle to wyglądało w holu. Zgroza. Trzeba było potem przez całą noc wietrzyć komisariat.

Lekarz przystąpił do oględzin.

– Piątek, 25 maja 2007 roku – powiedział. – Zwłoki młodego mężczyzny rasy białej. Długość ciała... – spojrzał na technika mierzącego trupa.

– 183 centymetry.

– Wiek w chwili śmierci: wstępnie, podkreślam: wstępnie, można oszacować na siedemnaście do dwudziestu dwu lat. Włosy ciemne, krótkie. Ślady długotrwałego przebywania w wodzie. Uszkodzenia na całej powierzchni ciała, zwłaszcza na brzuchu i przedniej części kończyn dolnych.

Przebieg oględzin nie był nagrywany, lecz patolog starał się mówić równoważnikami, by prokurator mógł łatwo sporządzić notatki. Lekarz ujął dłoń trupa.

– Brak paznokci. Brak małego i serdecznego palca lewej dłoni. Odcięte. Ciemniejsze zabarwienie kikutów świadczy o tym, że amputacji dokonano niedawno.

Nowacki pobrał odciski palców i dłoni, śliskich, od dawna pozbawionych naskórka. Medyk przykucnął przy głowie trupa. Ujął zwłoki za prawe ramię i przechylił je lekko na bok, tak by widać było twarz. Przytrzymał lekko głowę i przyjrzał się uważnie.

– Rana postrzałowa na czole, prawdopodobnie wylotowa. – Odwrócił głowę trupa. – Tak, zgodnie ze wstępnymi obserwacjami, rana wlotowa w potylicy. Broń przyłożono bezpośrednio do ciała. Prawdopodobnie pistolet, kaliber... 9 milimetrów.

Wskazał palcem otwór u podstawy czaszki, jakieś dziesięć centymetrów powyżej karku.

– Widzicie? Egzekucja jak z NKWD, strzał w tył głowy – lekarz pozwolił sobie na osobisty komentarz. Odczekał, aż fotograf zrobi zdjęcia ran, po czym kontynuował: – Odróżnienie podbiegnięć krwawych od naturalnego zabarwienia zwłok oraz uszkodzeń mechanicznych od ran tłuczonych niemożliwe bez dodatkowych badań histopatologicznych.

Od strony baraku dobiegły jakieś głosy. Nowak spojrzał w tamtą stronę. Dwu facetów w roboczych kombinezonach z ożywieniem dyskutowało, gapiąc się na policjantów. Umilkli, kiedy spostrzegli wzrok komisarza. Po chwili wrócili do przerzucania paczek z wełną mineralną.

Nowacki musiał pomóc lekarzowi przewrócić ciało na drugi bok. Przyjrzał się dokładniej pociemniałej skórze na ramieniu.

– Tatuaż – powiedział.

Popatrzyli uważnie.

– Pentagram. Bez żadnych napisów.

Fotograf zrobił kilka dodatkowych zbliżeń fragmentu skóry.

Policjanci milczeli. Pierwszy odezwał się prokurator Jackiewicz.

– Jak pan ocenia, kiedy mógł nastąpić zgon? A raczej, jak długo zwłoki przebywały w wodzie?

– Trudno powiedzieć – odparł lekarz. – Jest bardzo gorąco, więc ciało wrzucone do wody powinno wypłynąć po paru dniach, najdalej po tygodniu. Z drugiej strony jednak widać, że musiało przebywać w wodzie kilka tygodni. Sądzę, że co najmniej cztery, może sześć. Oczywiście mogło pływać znacznie dłużej i po prostu nikt go wcześniej nie zauważył.

– Czy mogło być tak, że ciało wrzucono do wody w jakimś worku, który został po pewnym czasie rozdarty przez gałęzie, ostre kamienie?

– Raczej gałęzie niż kamienie – zauważył Brzozowski.

– Tak, mogło tak być. – Medyk skinął głową. – Nie znalazłem żadnych uszkodzeń spowodowanych krępowaniem zwłok, nie mówiąc o śladach lin czy fragmentach worka, w który były owinięte.

– Te palce... – powiedział prokurator Jackiewicz. – Sądzą panowie, że to ofiara porwania? Gang obcinaczy?

Nowak próbował dopasować wygląd chłopaka, a raczej to, co z tego wyglądu pozostało, do zdjęć porwanych ludzi, tych do dziś nieodnalezionych. Nie znalazł w pamięci nikogo podobnego.

– Może. To bardzo prawdopodobne – przyznał. – Sprawdzimy.

– Porwanie zakończone zabójstwem. Ktoś nie zapłacił okupu. Drugie przypuszczenie: mord rytualny. Satanistyczny? Ten tatuaż...

– Mord rytualny? Z użyciem broni palnej? I ucinaniem palców? – Mina Drzyzgi wyrażała powątpiewanie. – Nie wydaje mi się to prawdopodobne.

– Dlaczego nie? Pistolet jest tylko rekwizytem. Chora wyobraźnia, zwłaszcza skrzywiona przez alkohol czy narkotyki, może się posłużyć dowolnym narzędziem. Porachunki subkultur...

– To już nie te czasy, kiedy punki lały się z metalowcami, a metalowcy z depeszami. – Nowak przypomniał sobie młodość i ściany pomazane hasłami i kontrhasłami.

– Sataniści jednak istnieją. W Rudzie Śląskiej kilka lat temu zamordowali dwie osoby – zauważył Jackiewicz.

– Ale zabójstwo było znacznie bardziej okrutne. A to tutaj wygląda na robotę profesjonalistów.

– Cóż, skoro pan uważa, że szatan przegrał na całej linii... Sprawdźcie jednak to środowisko.

– Nie przegrał. Wprost przeciwnie, odniósł zwycięstwo: udało mu się przekonać świat, że nie istnieje – Nowak zacytował kwestię z ulubionego filmu.

To nie był jednak dzień na inteligentne żarty. Prokurator zignorował odpowiedź komisarza. Popatrzył w górę, nad ich głowami zaskrzeczała znużona upałem rybitwa.

– Skoro bandyci postanowili pozbyć się zwłok przez wrzucenie ich do Wisły, jak mogli je zabezpieczyć przed wypłynięciem?

– Kamienie... – powiedział Nowak. – Głośno myślę: a może ciało zostało wrzucone do rzeki w worku razem z jakimś dodatkowym obciążeniem, na przykład właśnie kamieniami. Kiedy gazy gnilne wzdęły ciało, kamienie pozostały na dnie. Nurt wody mógł łatwiej rozerwać worek, torbę czy płachtę, w której były zwłoki.

– Może – odparł Drzyzga. – Na razie wiemy tylko, że ten chłopak został wrzucony do wody martwy.

– Tak... Oczywiście o tym, czy ofiara była wcześniej duszona lub torturowana, dowiemy się dopiero w trakcie sekcji i dalszych badań.

Nowak wzdrygnął się. Miał nadzieję, że to nie on zostanie wydelegowany do Zakładu Medycyny Sądowej. Udział w sekcji nigdy nie należy do przyjemności, nawet jeżeli widziało się wcześniej kilkadziesiąt trupów. Sekcja zwłok wyciągniętych z rzeki jest wyjątkowo koszmarna. Ten kolor ciała, ten smród, wyczuwalny mimo maski na twarzy... Nic dziwnego, że prokurator się spieszył. Jego również czeka jeszcze jedno spotkanie ze zwłokami, przecież będzie musiał się pojawić na sekcji.

Podjechała karetka, odgniatając ślady w zielonej, niedawno skoszonej trawie. Ciało zostało ostrożnie zapakowane w foliowy worek.

– Dobra. Marek, możesz wracać na patrol – aspirant Brzozowski wydał dyspozycję swojemu człowiekowi.

– Fajne te riby – rzucił Drzyzga, patrząc na odpływającą łódź.

– Riba? Śmieszna nazwa.

Brzozowski nie odpowiedział od razu. Spojrzał tylko na Drzyzgę z miną: „Kogo mi tu przyprowadziłeś?!”.

– Nie riba, tylko rib. Ponton o wzmacnianej konstrukcji.

– Aaa, jasne... – Nowak przyjrzał się łodzi.

– Lepsze niż zwykła motorówka, prawda? – powiedział Brzozowski. – Zamknięta, ogrzewana kabina. No i silnik, 150 koni.

– Łapiecie ścigantów? Na Wiśle?

Drzyzga westchnął ciężko.

– Przepraszam, kolega niezorientowany. Adam, kiedy ostatnio widziałeś na Wiśle ślizgacze albo skutery?

– No, kiedyś były zawody, między mostami. Marszałek chyba też w nich startował... Waldemar Marszałek... – Nowak przypomniał sobie czytane z wypiekami na twarzy w bardzo wczesnej młodości komiksy z kapitanem Żbikiem. Dwanaście kanistrów, Zakręt śmierci.

– Zawody ciągle są, w lipcu, między Gdańskim a Śląsko-Dąbrowskim – odparł aspirant. – Na Wiśle to nie bardzo da się pościgać, jest za płytka, zwłaszcza w lecie. Jeżeli ktoś się spieszy, nie wybierze właściwej trasy. A jeżeli nie wybierze właściwej trasy, może łatwo zamulić śrubę. Czasami znajdują się miłośnicy wyścigów na Zalewie Zegrzyńskim, ale zawsze ich łapiemy. Zresztą na zalewie nie bardzo jest dokąd uciec.

Nowak popatrzył na łódź, odpływającą już powoli w stronę komisariatu na Wybrzeżu Szczecińskim.

– Jak to? Ten rib nie ma śruby?

– Ano nie ma – pospieszył z wyjaśnieniem Drzyzga. – Turbina, jet. Działa na zasadzie odrzutu. Silnik strugowodny, tak się to nazywa w katalogach.

– Dobra, panowie, spotkajmy się w komisariacie. – Aspirant sięgnął po marynarkę, która dziś służyła mu chyba tylko do przechowywania dokumentów. – Nie wiem, czy będzie czas na rozmowę o silnikach. Traficie do mnie?

– Weź nie żartuj – rzucił Drzyzga. – Chyba że się po drodze rozpuścimy.

Skąd go znasz? – spytał Nowak, kiedy jechali wzdłuż Wisły, w drugą stronę, na Wybrzeże Szczecińskie. Sięgnął po butelkę z wodą, ale zaraz ją odłożył. Miała już temperaturę wyższą niż temperatura otoczenia i zaczynała się odkształcać.

– Kogo? Piotra Brzozowskiego? Kumplujemy się od dawna – powiedział Drzyzga. – Czasami razem pływamy. Na zalewie, na Mazurach. Mamy plan na dłuższą morską wyprawę, ale jakoś nie udaje się zgrać urlopów.

– Nie wiedziałem, że jesteś żeglarzem.

– Nie wiesz o mnie wielu rzeczy. Nie musisz.

Nowak spojrzał ze zdziwieniem na kolegę. Kolegę? Co to dziś oznacza? A co to znaczy dla policjantów? Diabła tam, policjantów, ludzie potrafią kłamać i mieć swoje sekrety nawet wtedy, gdy ze sobą mieszkają od kilkudziesięciu lat. Drzyzga czasami potrafił rzucić ledwie kilka zdań w ciągu godziny, choć z reguły nie były to głupie zdania. A teraz, kiedy był w jakimś sensie na swoim terenie, stał się pewny siebie, gadał więcej.

– No, co się tak naburmuszyłeś? – Marcin roześmiał się. – Znowu filozofujesz? Myślisz o mrocznych tajemnicach oficerów policji?

– Sorry. Nie wyspałem się – burknął Nowak, zły, że tak łatwo go rozpracować. Ale w końcu jest tylko prostym człowiekiem.

– Ruszyłbyś tyłek i też gdzieś z nami popłynął.

– Jakiś taki nieżeglowny jestem.

– Taaa... Jak Wisła w Warszawie. Czekaj... Przecież ty urodziłeś się w Radzyminie, prawda? Nie mów, że nie jeździłeś nad zalew!

– Jeździłem... Oczywiście, że jeździłem. Z rodzicami i z kolegami. Z koleżankami też.

– Na tak zwane łono?

– Zgadza się. Ale głównie po to, żeby popływać albo poleżeć.

– Poleżeć, jasne. Przecież mówiłeś o koleżankach.

– Żeglować jakoś mi się nigdy nie chciało.

– Nic straconego. Zastanów się w każdym razie. – Drzyzga spojrzał na Nowaka. – Planujemy jakiś wyjazd we wrześniu. Może jeszcze zrobimy z ciebie mężczyznę.

4

Jak to? Nie dość, że znasz połowę personelu komisariatu rzecznego, to jeszcze na dodatek bywałeś na tej przystani?

– Pewnie. Przecież ci mówiłem, że to moje okolice. Nie przypominasz sobie?

– Nie.

– No, chyba ci wspominałem, że chodziłem do Władysława IV. Ostatnio mówiłem, na pewno, przy okazji tego faceta, którego zgarnęliśmy w Piasecznie.

– A! Czekaj, przypominam sobie. Tego, który chciał wymusić dwadzieścia tysięcy haraczu w sklepie?

– Tak. Okazało się, że to nauczyciel z Władka. Dokładniej mówiąc: z gimnazjum. Prowadził zajęcia z wuefu... I werbował członków swojego gangu. Kurde, za moich czasów dyrektor mawiał: „nie ma przeciętniaków wśród władysławiaków”. Rozumiesz, od Korczaka do Broniarka. A tu proszę. Jak widać, nie ma przeciętniaków w żadnej dziedzinie.

Siedzieli w obszernej sali odpraw komisariatu rzecznego. Przystawili kilka niebieskich krzeseł do stolika umieszczonego pod ścianą, na której wisiało wielkie godło państwowe.

– I co? Byłeś harcerzem? W czasach licealnych?

– Ano tak.

– Czyli mundurowy od wczesnej młodości.

– Nie takiej wczesnej. – Drzyzga skrzywił się. – Byliśmy faktycznie jedyną drużyną w normalnych harcerskich mundurkach, tylko zamiast czapek mieliśmy berety. Drużyną lądowo-wodną. Niektórzy się z nas śmiali i mówili „ziemno-wodną”. Inni harcerze mieli jednakowe żeglarskie bluzy, a reszta to już co kto lubi. Na apelach wyglądali jak zbieranina ze statku wielorybniczego.

– Cztery piwka na stół... – rzucił Nowak.

– Harcerz nie pije. – Marcin roześmiał się. – Tak, rozumiem, o co ci chodzi. Ale raczej, kurde, „suchego przestwór oceanu”. Bo to była właściwie drużyna z Mickiewicza, ja trafiłem tam trochę po znajomości.

– Zaraz, ale przecież nie żeglowaliście po Wiśle. – Nowak był kompletnie niezwiązany z wodą, ale nie przypominał sobie, by kiedykolwiek widział na Wiśle żaglówkę.

– Nie no, jasne. Pływało się po zalewie. Albo na Mazurach. Robiliśmy taki mały konwój: do jednej łódki doczepiało się silnik i taka niby-motorówka ciągnęła jeszcze jedną, dwie łodzie. Jezu, co to się działo, zanim udało się nam dopłynąć. Silnik się męczył, woda go zalewała, urywała się śruba... Radzieckie ustrojstwa, oczywiście. Jak one się nazywały? Czekaj... Wietieroki. Żeby toto ponownie odpalić, trzeba było wykonać parę magicznych sztuczek...

Do sali wszedł Brzozowski razem z prokuratorem.

– Mam już protokół oględzin.

Nowak i Drzyzga szybko przeczytali podsunięty formularz i złożyli swoje podpisy.

– Zastanawialiśmy się, gdzie mogły zostać wrzucone zwłoki. Co o tym sądzisz?

Brzozowski potarł brodę.

– Nie mam pojęcia. Nie da się tego określić. Kiedyś zwłoki faceta, który utonął przy ujściu Świdra, wypłynęły koło Bydgoszczy. Przedostały się nawet przez tamę we Włocławku.

– Kawał drogi... Czy coś może zatrzymać ciało płynące rzeką?

– Dowolna przeszkoda naturalna. Złamany konar, filar mostu – wyliczał policjant. – No i pogłębiarki, a raczej ich refulery. To takie pływające rurociągi do odprowadzania piasku na brzeg.

Prokurator wydawał się nieco znudzony tą rozmową.

– Panowie! Spotykamy się dziś na sekcji. O szesnastej na Oczki. Postanowienie o wszczęciu śledztwa dotrze do was wkrótce. Sprawdźcie, czy uda się wam już teraz określić tożsamość tego człowieka.

Drzyzga lekko wzruszył ramionami, jakby nie chciał słuchać rzeczy oczywistych.

– Wyjdziemy na papierosa? – spytał, kiedy prokurator już odjechał.

– Palisz? – zdziwił się Nowak. – Od kiedy?

– Od wczoraj – odparł Drzyzga. – Idziemy? Piotr?

– Ja rzuciłem. Ale dobra, wyjdę na pięć minut. Powiem tylko dyżurnemu, żeby wiedział, gdzie mnie znaleźć.

Wyszli przed budynek komisariatu, a raczej na jego tyły, od strony Portu Praskiego. Przy hangarach stało kilka terenowych quadów i przykryty płachtą poduszkowiec. Mała policyjna motorówka odpływała w stronę jednego z basenów portowych, między ponure baraki magazynów. W oddali pracowały żurawie budowlane, stawiające nowe bloki przy Jagiellońskiej.

Drzyzga otworzył paczkę silk cutów.

– Wiesz, co to jest? – wskazał na mały drewniany budynek, stojący na pomoście po drugiej stronie.

– Nie.

– Dawna przystań statków pasażerskich.

– O... kiedy przestały pływać? Już po wojnie, prawda?

– Tak, ale nie wiem dokładnie kiedy – odparł Brzozowski. – Pojedź sobie na Czerniakowską, na ogrodzeniu komendy Straży Miejskiej jest wystawa starych zdjęć znad Wisły. Może tam coś przeczytasz.

– Jak się domyślam, w porcie nie ma żadnego ruchu?

– Na wodzie raczej nie. Tylko kaczki. W dzikiej części portu żyją dwa bobry i jeden chudy lis, który czasami do nas przyłazi.

– A na lądzie?

– Hurtownie, magazyny – powiedział aspirant. – Wietnamskie przede wszystkim. Wjazd jest od Zamoyskiego. Od Sokolej parkingi i znów budy z towarem. A, jest też Urząd Żeglugi Śródlądowej. Tylko z samą żeglugą trochę gorzej.

– Czasami coś przepłynie – dodał Drzyzga. Zaciągnął się i kaszlnął. – Parę lat temu płynęły zbiorniki do browaru w Leżajsku. Tankofermentatory, takie ogromne beki.

– W przyszłym tygodniu mają przypłynąć flisacy. Wyruszyli tratwą... nie, nie tratwą, galarem, spod Oświęcimia, mają dotrzeć do Gdańska. Taka okazjonalna atrakcja, na nic więcej nie można liczyć. Co najwyżej na tramwaj wodny, ma ruszyć w czerwcu.

Nowak przypomniał sobie Sekwanę w Paryżu, barki towarowe, przepływające co chwila statki wycieczkowe. No i barki mieszkalne. Opowiedział o tym.

– Paryż... – westchnął Brzozowski. – Wiecie co? Czasem myślę, że policja to jedyna instytucja w Warszawie, która zdaje sobie sprawę z istnienia Wisły. No, może jedyna oprócz wodociągów.

– Nie gadaj. Każdy kierowca ma do czynienia z rzeką. Zwłaszcza jeżeli los go rzucił na Białołękę, jak mnie.

– No tak – roześmiał się aspirant. – Ale nie myślisz wtedy o Wiśle, tylko o mostach. A raczej o ich braku.

Nowak i Drzyzga wrócili do wyjścia przez schludny budynek komisariatu. Marcin zapukał jeszcze po drodze w szybę akwarium z rybkami, które niespecjalnie się tym przejęły. Brzozowski rzucił krótkie „do zobaczenia” i schował się w swoim biurze.

Słońce było wciąż bezlitosne. Za chwilę mieli wejść do rozgrzanego niemiłosiernie radiowozu; co z tego, że nie spędzą w nim zbyt wiele czasu.

Wybrzeżem Szczecińskim pędziły samochody, z hukiem wjeżdżając na... most? W zasadzie nawet dwa: dwie jezdnie rozpięte nad wejściem do portu i do przystani komisariatu. Skoro jest w Warszawie tunel wzdłuż Wisły, może istnieć także taki nieoczekiwany most, równoległy do rzeki. Po prawej, za zielonymi koronami drzew, kościuszkowiec wyciągał dramatycznym gestem rękę w kierunku lewego brzegu. „Pięć piw poproszę”, jak złośliwie mawiają mieszkańcy Pragi. Poniżej, u podnóża stromej skarpy, siedziało dwu półnagich wędkarzy w płóciennych czapkach. Twardziele.

– Wiesz co? – powiedział Drzyzga. – Kiedy będę już miał dosyć roboty w centrali, jeszcze przed emeryturą złożę podanie o przeniesienie właśnie tutaj. Przydam się do czegoś. A przynajmniej sobie popływam.

No proszę. Następny, który mówi o emeryturze.

– Albo zrobisz sobie rajd quadem między mostami.

– Tak – roześmiał się Drzyzga. – Zawsze to bardziej aktywny wypoczynek niż przejście szlaku orlich gniazd, nie? Zaliczyłeś go kiedyś?

– Co? W Jurze? A... rozumiem. Próbowałem, ale chyba nie dotarłem do ostatniego etapu. Już nie pamiętam. Byłem wtedy młody i nietrzeźwy.

5

Nowak pamiętał za to, że gdy pierwszy raz pojawił się w budynku na Oczki pod numerem 1, zastanawiał się, co było wcześniej w tym ładnym neoklasycystycznym pałacyku. Zdziwił się, kiedy udało mu się odcyfrować rzymskie cyfry nad wejściem do kaplicy. 1928. Budynek był znacznie młodszy, niż na to wyglądał. Od samego początku mieścił się w nim Zakład Medycyny Sądowej.

Komisarz pamiętał również, że zachował się wówczas jak student na pierwszych zajęciach w prosektorium. Po prostu zwymiotował. Nie był w stanie znieść nie tylko widoku ludzkich wnętrzności. Najbardziej wstrząsnął nim odgłos towarzyszący przecinaniu ciała, jazgot podczas piłowania czaszki, wreszcie mokry, groteskowy dźwięk przy wyciąganiu poszczególnych organów przez lekarza. W końcu dawno temu zakwalifikował siebie jako tak zwanego słuchowca.

Od tego czasu widział dziesiątki ludzkich zwłok. Często znacznie większe obrzydzenie niż to, co było w środku, budził ich stan zewnętrzny. Wnętrzności są tylko wnętrznościami, nie są ani dobre, ani złe. Widok ran zadanych przez człowieka to kontakt ze złem w stanie czystym.

Sekcja musiała odbyć się jak najszybciej, zwłoki wyciągnięte z wody rozkładają się bardzo łatwo. Smród gnijącego ciała jest tak nieznośny, że nawet intensywnie działająca wentylacja nic tu nie pomoże. Dlatego ciała topielców badane są dopiero pod koniec dnia.

– Przejrzeli panowie listę zaginionych? – spytał prokurator Jackiewicz. – Jest ktoś podobny?

– Zbieramy nazwiska z komend wojewódzkich. Z całej Polski. W końcu możemy być pewni tylko jednego: ciało wrzucono do Wisły poniżej... – Nowak przypomniał sobie szkolne lekcje geografii – ... powyżej Saskiej Kępy. Oczywiście odsiewamy wszystkich spoza przedziału wiekowego, ale na razie nikogo nie dopasowaliśmy.

– Tatuaż?

Nowak pokręcił głową.

– Nie.

– A sataniści, sekty? – Prokuratora ciągle najbardziej interesowała ta możliwość. Byłaby okazja do nagłośnienia sprawy w mediach. Do zabłyśnięcia, do wyrobienia sobie nazwiska.

– Jakie sekty? – komisarz żachnął się. – Najpierw musimy ustalić tożsamość ofiary.

– Tak, oczywiście. Nalegam jednak na zwrócenie uwagi na taką możliwość.

Przeszli do dużej, starej sali sekcyjnej. Dominował tu kolor zielony, szarozielony właściwie, no i biały. Białe ściany i białe, zimne, energooszczędne światło. Ciekawe, ilu prokuratorów, sędziów, policjantów (nie mówiąc o milicjantach) przewinęło się przez to pomieszczenie. Ile ciał wyłowionych z Wisły leżało na stołach. Dziś publiczność przybyła w komplecie: oprócz Nowaka i prokuratora byli Drzyzga, Brzozowski, Robert Nowacki z laboratorium. Za chwilę miał się rozpocząć ponury i fascynujący spektakl z udziałem doktora Marczaka i jego asystenta. Nowak nie zapamiętał nazwiska młodego mężczyzny w okularach.

Zwłoki leżały już na stole z kwasoodpornej stali, przytrzymywane metalowymi szynami. Pozostałe trzy stanowiska były wolne. Było zimno, wentylacja pracowała dość głośno, mimo to odór rozkładającego się ciała był trudny do zniesienia.

– Wydał pan decyzję co do badań dodatkowych? – Medyk spojrzał na prokuratora.

– To są zwłoki NN – powiedział Jackiewicz. – Śledztwo może potrwać wiele miesięcy. Sugerowałbym pobranie wycinków do badań histopatologicznych i zabezpieczenie narządów do badań toksykologicznych. No i przeprowadzenie badań identyfikacyjnych, to jest ustalenie kodu genetycznego.

– Zabezpieczenie organów... Możemy je przechowywać przez sześć miesięcy. Proszę o tym pamiętać. Chciałbym uniknąć zapytań o udostępnienie materiałów w czasie procesu, który jak się domyślam, może rozpocząć się nawet za kilka lat. Jeżeli w ogóle kiedykolwiek się rozpocznie.

Doktor Marczak miał powody do takich wątpliwości. Zdarzały się różne przypadki: poza takimi, o jakich wspomniał, większość wiązała się z błędnym ustaleniem tożsamości. Kiedyś na przykład zidentyfikowano zmarłego mężczyznę tylko na podstawie okazania. Facet wrócił do domu cały i zdrowy parę dni później, już po własnym pogrzebie. Na tyle zdrowy, żeby złożyć pozew przeciwko zakładowi o zadośćuczynienie za utratę zdrowia związaną z traumatycznymi przeżyciami.

– Proszę wpisać okres przechowywania narządów do protokołu sekcji.

– Bez wątpienia to uczynię... – Doktor wydawał się nieco poirytowany. – Coś więcej?

– Zdjęcia rentgenowskie czaszki, uzębienia i klatki piersiowej. Resztę pozostawiam panu.

– Dobrze. Badanie mózgu, jak przypuszczam, odpada. Jeżeli zwłoki długo przebywały w wodzie, niewiele z niego zostało. Z oczywistych powodów pobierzemy fragmenty skóry wokół rany wlotowej. Powinniśmy znaleźć ślady prochu.

Doktor Marczak umieścił głowę ofiary na podpórce. Wykonał pierwsze cięcie, od ucha do ucha poprzez czoło, po czym odsunął dwa płaty skóry, jeden na twarz, drugi w kierunku potylicy.

– Brak podbiegnięć krwawych – oznajmił. – Brak ran tłuczonych. Przystępuję do badania mózgu.

Suchy głos medyka ustąpił teraz miejsca nieprzyjemnemu wizgowi elektrycznej piłki. Lekarz odłożył sklepienie czaszki do metalowej rynienki i zajął się opisywaniem wyglądu zewnętrznego mózgu. Zgodnie z przypuszczeniami nie było właściwie czego opisywać, z czaszki wylała się tylko lepka maź. Nie trzeba było odcinać mózgu od rdzenia kręgowego, nie mówiąc o wykonaniu przekroju i pomiarze kanału wydrążonego przez kulę. Technik robił szczegółowe zdjęcia głowy zamordowanego.

– Ciekawe, jak zginął ten człowiek – powiedział Nowak. – Jak wyglądały jego ostatnie chwile. W czasie oględzin powiedział pan „egzekucja jak z NKWD”. Może też kazali mu uklęknąć nad rowem...

Lekarz oderwał wzrok od trupa i spojrzał na komisarza.

– No, rzeczywiście, takie są opowieści i relacje z drugiej ręki, tak to sobie wszyscy wyobrażają, ale pewności żadnej nie ma. Być może miejscem egzekucji w Katyniu była willa zajmowana przez enkawudzistów. Tak przynajmniej wyczytałem w pewnym artykule – wyjaśnił. – Podobno jeńcy byli rozstrzeliwani w piwnicy, a do lasku wożono już tylko trupy.

– Willa, powiada pan? – odezwał się komisarz. – Zabijanie w zamkniętym pomieszczeniu jest kłopotliwe. A co z krwią?

– Krwi może być, o dziwo, stosunkowo mało, zwłaszcza jeżeli kula wyjdzie ustami. Oczywiście wszystko zależy od rodzaju użytej broni, pocisku, odległości od ciała. Tutaj jednak otwór wylotowy jest w czole, pistolet musiał być przyłożony pod kątem.

Doktor odstawił na bok naczynie z tym, co było kiedyś mózgiem. Pojemnik z formaliną okazał się niepotrzebny.

– Jakiś czas temu znaleziono zwłoki żołnierza GROM-u, z dziurą w potylicy. Pierwsze podejrzenie: zabójstwo. I wiecie, co się okazało? To był otwór wylotowy. Pistolet był trzymany w ustach.

– Samobójstwo?

– Nieumyślne. Chłopcy bawili się w pewną odmianę rosyjskiej ruletki.

Pod plecy ofiary trafiła plastikowa podkładka. Doktor Marczak dokonał kolejnego cięcia, w kształcie litery Y, od uszu z obu stron szyi do mostka. Zbadał stan mięśni, stan krtani i tchawicy. Nie stwierdził żadnych uszkodzeń, nie wykrył obecności ciał obcych. Kość gnykowa nie była złamana. Nic nie wskazywało na to, że ofiara została uduszona przed otrzymaniem strzału w głowę.

Nowak wiedział, co będzie dalej. Badanie klatki piersiowej i jamy brzusznej. Odwrócił wzrok, kiedy lekarz wydobywał z ciała i wykładał na metalową nadstawkę kolejne organy, a raczej to, co z nich zostało.

No jak Boga kocham, nie mogę w to uwierzyć. Nie i już. Kurwa mać! – Nowak walnął pięścią w stół. W życiu kibica sacrum miesza się z profanum. Sobota, dzień sądu. To gorsze niż wczorajsza sekcja.

– Przestań. Zniszczysz mi notebooka.

– Przepraszam. Widzisz to? – wskazał na ekran. – Cztery do zera. Cztery do zera!

Kasia popatrzyła na stronę z relacją z meczu Miedź Legnica– Polonia Warszawa.

– Cóż, dwa lata związku z tobą nauczyły mnie wiele o futbolu. Wciąż nie uważam się za eksperta, ale wydaje mi się, hm, że Miedź Legnica nie jest potęgą, prawda?

Spojrzał na nią złym wzrokiem.

– Nie ma szans na utrzymanie, jest ostatnia w lidze. Nie licząc Zawiszy, który i tak spada. Ostatnia! Na jesieni było w Warszawie 5:0, nie mieli wtedy nic do powiedzenia. Teraz w Polonii grali w zasadzie ci sami piłkarze co wtedy. Najlepsza paka, jaką można zebrać. No, i jak to się mogło stać?! Nie chcieli wygrać? Obstawili wynik u buka? Byli pijani? Sponsor nie chce ekstraklasy?

– A może po prostu zlekceważyli przeciwnika?

– Może. Chciałbym w to wierzyć. Matko Boska...

– Robisz się religijny, kiedy mówisz o piłce nożnej.

– Bo trzeba wierzyć w cuda. I nie tracić czujności, bo wtedy, kiedy wierzysz, że szczęście jest blisko, tak jak teraz, pojawia się archanioł z mieczem. I to, psiakrew, nie ognistym, ale miedzianym.

– Fatalizm to stała cecha twojej osobowości. Pamiętam twój stosunek do świata i ludzi sprzed dwu lat, kiedy się poznaliśmy. Nic się nie zmieniło.

– Pieprzyć fatalizm! Od paru tygodni rysuję sobie tabelkę, przeliczam punkty, patrzę, jaki jest układ spotkań w ostatnich kolejkach, rozważam warianty, a tu proszę: gówno. Po cholerę te zwycięstwa z Lechią, Jagiellonią i Zagłębiem! No ja się pytam: po co? – Nowak westchnął ciężko. – Może przerzucić się na inny sport? Curling? O, wiem, rugby! Kurde... Pamiętasz Turniej Sześciu Narodów?

Najważniejszą zmianą w ich wspólnym mieszkaniu było zainstalowanie Cyfry+. Kasia nie miała pojęcia, że po to, by oglądać wszystkie możliwe mecze, potrzebne są aż trzy dekodery. Nowak po namyśle zdecydował się na tę platformę, która nadaje Premier League. No i polską ekstraklasę, do której przecież miała awansować Polonia po niesamowitym pościgu rozpoczętym z ostatniego miejsca w tabeli.

– Pamiętam. Byłam przerażona – westchnęła. – Do tej pory nic cię nie było w stanie oderwać od meczu ligi angielskiej czy francuskiej. Teraz gapiłeś się zafascynowany przez dwie godziny na trzydziestu facetów o wyglądzie... powiedziałabym, drwali, ale obraziłabym drwali. Raczej kloców. Mogę z tobą raz na kilka tygodni pójść na Polonię, mimo że czasami uszy mi więdną, ale jeżeli teraz zaczniesz chodzić na rugby, to wybacz, nie zamierzam ci towarzyszyć.

– Nie znasz się. Ta gra nabiera znacznie więcej sensu, jeżeli tylko zrozumiesz jej zasady.

– A rozumiesz, na czym polega spalony?

– Jeszcze nie – odparł. – Ale to bardzo mądra, ciekawa gra, wymagająca niesamowitej kondycji i umiejętności współpracy w zespole. Taktyka jest tam ważniejsza niż w futbolu.

Rugbiści Folc AZS AWF pojawili się jako goście na meczu Polonii z Lechią. Grają na AWF-ie, niedaleko od poprzedniego mieszkania Nowaka. Spacerował przecież tyle razy z Kasią po Lesie Bielańskim, widział boisko za ogrodzeniem. Może kiedyś?

– Ty masz jakąś obsesję – zawyrokowała Kasia. – Piłki różnego kształtu. Kule. Balony. A teraz jajo. Nie wiem, co o tym sądzić. Zgłoś się do policyjnego psychologa.

– Tere fere – rzucił Nowak i przyciągnął Kasię do siebie. – Nie mam żadnej obsesji.

– Pewnie, że nie.

Nie była jakoś ani specjalnie przekonana co do tego, co mówił, ani też zainteresowana jego czułościami.

– Co się dzieje? – Nowak odsunął się nieco i popatrzył na Kasię.

– Nic.

– Jak to: nic? Jak zwykle jakieś nic przez wielkie „N”? Znowu chcesz mi coś powiedzieć?

Milczała przez chwilę.

– Wiesz, właśnie mi się przypomniało to, co kiedyś powiedziałeś. Mówiłeś, że chciałbyś pójść na mecz z synem, że wyobrażasz sobie taką sytuację, że by ci się to podobało. Zrealizowałbyś się jako mężczyzna. Coś się zmieniło? Dalej tak uważasz?

Dzieci. Temat, którego zawsze się bał, zwłaszcza w poprzednim życiu, w małżeństwie z Elą zakończonym spokojnym rozwodem. Przynajmniej w chwili podjęcia zgodnego postanowienia o rozstaniu wydawało się, że jest to spokojny rozwód. Wyważona, nieco bezduszna decyzja o zerwaniu kontraktu, o przerwaniu projektu, w którym zmaterializowały się wszystkie możliwe czynniki ryzyka i który nie miał już szans na sukces. Chyba bali się wtedy rozmawiać o dzieciach. Zresztą Bogiem a prawdą oboje bali się rozmawiać o czymkolwiek, zaczynać dyskusję, wymianę myśli.

Ale w tym związku, z Kasią, wszystko musiało się udać. Pora kiedyś przejść od rozmów niezobowiązujących do bardziej poważnych. Trudno, nawet teraz.

– Dlaczego milczysz?

– Po prostu nie wiem, co ci odpowiedzieć. Wydaje się zresztą, że odpowiedź tak właśnie brzmi: nie wiem.

– Jasne. A kiedy będziesz wiedział? Nie chciałabym powtarzać banalnych zdań typu „mój zegar biologiczny tyka”, ale tak niestety jest.

– Jestem policjantem – powiedział po chwili. – To nie jest dobry zawód dla... dla ojca.

– Co ty wygadujesz?! Nie masz kolegów, którzy są szczęśliwymi mężami i ojcami?

– Mam – przyznał.

– To zacznij jeszcze raz, próbując nie opowiadać głupot o tym, że możesz któregoś dnia nie wrócić do domu, bo stracisz życie na służbie. Albo o tym, że w każdej chwili mogą do ciebie zadzwonić i przeszkodzić w czytaniu synkowi powieści o Indianach.

– Ale to wszystko prawda – zaprotestował.

– Może, ale ten argument mi nie wystarcza. Próbuj dalej.

– Co mam próbować?! – Nowak wybuchnął w końcu. – Nie chcę unieszczęśliwiać kolejnego człowieka. Nie mam pojęcia, czy byłbym dobrym ojcem, starałbym się, to jasne, ale nie ma żadnej pewności, żadnej gwarancji. O tym, jak wygląda dobra rodzina, wiem tylko z filmów. Mówiłem ci, że mój ojciec nie dostałby nagrody za całokształt. Matka zresztą też. Nie widzę konieczności posiadania potomstwa, podobnie jak nie muszę budować domu na wsi ani kupować nowego samochodu. Po co? Świat jest wystarczająco zaludniony. W Warszawie też jest tłok. Nie widzę takiej potrzeby, rozumiesz?

Kasia popatrzyła na niego z wyrzutem.

– Nie krzycz.

– Przepraszam – zreflektował się. – Nie chciałem...

– I nie gadaj głupot. Ani ty, ani twój brat nie skończyliście chyba najgorzej, prawda? Nie jesteście rodziną Soprano.

– Cóż, dziewięćdziesiąt procent gospodyń domowych nie wydałoby swojej córki za policjanta... – Nowak skrzywił się. – Ale ja rzeczywiście nie narzekam. Brat też. Ale on, w odróżnieniu ode mnie, od początku miał pewność, że chce założyć rodzinę. I zrobił to, chociaż poza Polską.

– Pewności, gwarancji nie ma nigdy. W moim poprzednim związku... – Kasia machnęła dłonią. – W małżeństwie nie byłam tego pewna. Odkładaliśmy tę decyzję.

– To rozumiem. My mieliśmy tak samo.

– A skoro nie wiedziałam, skoro nie byłam pewna, to dla dobra wszystkich, także tych jeszcze nienarodzonych, decyzja mogła być tylko jedna. Myślałam więc trochę podobnie jak ty. Teraz za to uważam, że mógłbyś być ojcem mojego dziecka. Nadajesz się na ojca. Chciałabym, żebyś to wiedział.

– To miłe.

– Tylko tyle masz do powiedzenia?

– Mówię zupełnie szczerze – popatrzył na nią. – A ty? Czego chcesz naprawdę? Jesteś przekonana, że chcesz mieć dzieci, czy nie chcesz po prostu wykluczyć takiej możliwości?

– Możliwości! – Żachnęła się. – Cóż, ja też nie mogę powiedzieć, że wiem. Ale chciałabym, żebyśmy się nad tym zastanowili. I na pewno nie „dzieci”. Jeżeli już, to dziecko. Byle nie zdarzyły się bliźniaki. – Uśmiechnęła się. – I niech ci się to za bardzo nie kojarzy z polityką. Pamiętasz Agnieszkę, którą kiedyś zaprosiliśmy z mężem na włoszczyznę? Niedawno urodziła bliźniaki po zapłodnieniu in vitro. Jej życie dość gwałtownie zmieniło się w lekki koszmar. Właściwie to nawet nielekki: wszystko podwójnie.

Umilkła. Wstała, podeszła do okna i przymknęła drzwi na taras. W zasadzie to na balkon, bo trochę jednak wystawał.

– Wiesz, nie lubię takich rozmów – powiedział Nowak i od razu zdał sobie sprawę, że popełnił błąd.

– Co mnie to obchodzi, że nie lubisz! – krzyknęła. – Chcesz, jak zwykle, uciec od odpowiedzialności. Wiem, że masz jej dużo na co dzień, może to cię przytłacza.

– Nie, dlaczego tak...

– W ogóle nie lubisz rozmawiać – przerwała mu. – Pewnie dlatego, że musisz przesłuchiwać tych wszystkich bandziorów, że użerasz się z przełożonymi. Adam, nieważne, pamiętaj: teraz rozmawiasz ze mną! Ze swoją kobietą. Prawie ślubną.