46,00 zł
Detektyw Stilwell z biura szeryfa hrabstwa Los Angeles został „zesłany” na rajską wyspę Catalina po wewnętrznych przepychankach w kalifornijskim wydziale zabójstw. Od teraz czekają go sprawy dla podrzędnego gliniarza na prowincji: zakłócenia porządku publicznego, pijackie rozróby i drobne kradzieże. Jednak pewnego dnia Stilwell dostaje zgłoszenie o zwłokach znalezionych na dnie portu. Ofiarę można zidentyfikować tylko po włosach, które zdobi fioletowe pasemko w odcieniu wilczej jagody. W tym samym czasie śledztwo dotyczące kłusownictwa na terenie rezerwatu przyrody przeradza się w sprawę pełną przemocy i niebezpieczeństw z powodu mrocznej przeszłości pewnej wpływowej na wyspie osoby. Stilwell wielokrotnie przekracza uprawnienia, łamie protokół i zapuszcza się poza swoją jurysdykcję. Chociaż były współpracownik uparcie próbuje mu przeszkodzić, detektyw jest zdeterminowany, aby znaleźć sprawców morderstwa kobiety znanej jako „wilcza jagoda”. Jego śledztwo ujawnia pilnie strzeżone tajemnice i mroczną stronę rajskiej, spokojnej wyspy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 383
Rok wydania: 2026
Nightshade
Copyright © 2025 by Hieronymus, Inc.
This edition published by arrangement with Little, Brown and Company,
an imprint of Hachette Book Group, New York, New York, USA.
All rights reserved.
Copyright © 2026 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga
Copyright © 2026 for the Polish translation by Przemysław Hejmej
(under exclusive license to Wydawnictwo Sonia Draga)
Projekt graficzny okładki: otalia łysakowska
Grafika na okładce: © Gabriele Maltinti/iStock; © feedough/iStock
Zdjęcie autora: © Mark DeLong Photography
Redakcja: Mariusz Kulan
Korekta: Joanna Habiera, Iwona Wyrwisz, Aneta Drdzeń
ISBN: 978-83-68542-70-7
Książka ta nie jest oparta na faktach. Wszystkie zawarte w niej nazwiska, postacie oraz wydarzenia są wytworem wyobraźni autora, a jakiekolwiek podobieństwo do prawdziwych osób, żywych bądź martwych, jest czysto przypadkowe.
Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórców i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.
Szanujmy cudzą własność i prawo!
Polska Izba Książki
Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl
WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.
ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice
tel. 32 782 64 77, e-mail: [email protected]
www.soniadraga.pl
www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga
E-wydanie 2026
Dla Callie
Mgła morska, gruba niczym wata, tworzyła ponadtrzystumetrową ścianę zasłaniającą wejście do portu. Adjourned się spóźniał; Stilwell czekał na niego w swoim łaziku John Deere Gator przy nabrzeżu paliwowym za kasynem. Port był prawie pusty, na szklanej powierzchni wody unosiły się swobodnie rzędy czerwono-pomarańczowych boi cumowniczych. Stilwell nie miał wątpliwości, że gdy tylko morska warstwa zniknie, zaczną tu napływać amatorzy wypoczynku. Kapitanat portu informował, że w pierwszy długi weekend lata zabraknie miejsc. Stilwell był na to gotowy.
Usłyszał pojazd zatrzymujący się za nim. Elektryczny. Zaraz potem miejsce obok Stilwella zajął Lionel McKey.
– Dzień dobry, sierżancie – powiedział nowo przybyły. – Tak sądziłem, że tu pana znajdę. Czeka pan na Adjourned?
– Czym mogę służyć, Lionelu? – zapytał Stilwell.
– Są jakieś nowe wiadomości na temat tych masakr w rezerwacie? Do dedlajnu mam około czterech godzin.
– M a s a k r y, nie masakr. Jednej. Śledztwo jeszcze trwa i tym razem nie mam nic nowego do powiedzenia. Kiedy coś się pojawi, dowiesz się pierwszy.
– Słowo?
– Słowo…
Jego wypowiedź przerwał odgłos syreny mgłowej, dochodzący z głębi morskiej warstwy. Stilwell rozpoznał prom Catalina Express, który przebijał się przez zasłonę. Chciał być tam, na miejscu, i obserwować przybywających, jak robił to przez większość wolnych poranków; liczył turystów, którzy napływali w przekonaniu, że tutejsze kasyno to tylko zwykły dom gier hazardowych – dopiero potem dowiadywali się, że mieści ono również wielką salę balową oraz teatr. Lecz dziś od rachowania głupców ważniejsze było czekanie na Adjourned.
– Co napiszesz na ten temat w swojej gazecie? – zapytał.
– No cóż, niewiele – odrzekł McKey. – Nie chcę wyjść na idiotę, rozumie pan.
– Mądrze myślisz.
– A co? Pan coś wie, prawda?
– Nie. Chodziło mi o kierowanie się zdrowym rozsądkiem, Lionelu. Naprawdę sądzisz, że było to bliskie spotkanie z zielonymi ludzikami?
– Raczej nie.
– Otóż to. O której mija twój termin?
– O drugiej.
– Jeśli do tego czasu coś się zmieni, od razu dam ci znać.
– Okej, dzięki. Będę w redakcji „Call”.
– Mam numery do ciebie.
– Miłego weekendu.
– No nie wiem. Będę bardzo zajęty.
– Z pewnością.
McKey wyskoczył z Gatora i wrócił do swojego wózka. Kiedy odjeżdżał, Stilwell dostrzegł logo gazety „Catalina Call” złożone ze splecionych liter C, które wymalowano na boku pojazdu.
Kilka sekund później dziób Expressu przebił się przez mgłę i skierował do przystani promowej po drugiej stronie portu.
Czterdzieści metrów za nim jego kilwaterem płynął Adjourned. Sprytne posunięcie, by wykorzystać większą jednostkę jako przewodnika przez morską warstwę, zamiast brnąć na oślep. Express miał w wyposażeniu najnowocześniejsze instrumenty nawigacyjne.
Adjourned był czterdziestoletnim jachtem typu Viking 35. Sędzia Harrell dbał o niego, konserwował go, czyścił. Na tle białego poszycia kadłuba odznaczały się charakterystyczne niebieskie wykończenia, w podobnym kolorze wykonano też markizy nad oknami salonu. Stilwell patrzył, jak łódź przechodzi przez pierwszą linię boi cumowniczych, mija pływający dok za Klubem Czarnego Marlina i dociera do ostatniej pomarańczowej kuli. Harrell zgasił silniki i za pomocą haka zaczepił linę pod boją. Miał na sobie kombinezon do nurkowania, co oznaczało, że Stilwell nie musi odebrać sędziego pontonem. Tamten szybko zacumował jacht, wdrapał się na nadbudówkę rufową, a potem skoczył prosto do zimnej wody.
Sierżant wysiadł z wózka i podszedł do bagażnika. Otworzył go, wyjął dwa ręczniki w zielono-białe pasy, a następnie jeden rozłożył na siedzeniu dla pasażera. Kiedy skończył, Harrell wspinał się już po drabinie na nabrzeże paliwowe.
Stilwell rzucił mu drugi ręcznik.
– Nieźle to wyglądało, panie sędzio – powiedział.
– Koń trojański na kilwaterze Expressu – przyznał Harrell.
Zanim wsiadł do Gatora, dokładnie wytarł mokry kombinezon piankowy, a potem owinął sobie ręcznik wokół głowy.
– Widziałem – mruknął Stilwell. – Sprytnie.
– W każdy razie wybacz spóźnienie – przeprosił sędzia. – Dzwoniłem do Mercy. Wszystko przygotowane.
Harrell wsiadł do pojazdu i usiadł na ręczniku rozłożonym wcześniej przez Stilwella.
– No więc tak – powiedział sierżant. – Tylko parę przypadków naruszenia porządku publicznego pod wpływem alkoholu oraz jedno zdarzenie bez kwalifikacji. Albo wykroczenie, albo przestępstwo. Zależy.
– Powiedz mi o tym coś więcej – polecił sędzia.
Stilwell okrążył kasyno i skierował się do kompleksu sądowego w centrum miasta.
– Technicznie rzecz biorąc, doszło do włamania do lokalu z użyciem broni palnej. Tylko że mieszka tam była dziewczyna podejrzanego i on twierdzi, że tylko próbował odzyskać swojego Glocka. Bał się zostawić broń z tą kobietą, podobno mogłaby sobie coś zrobić.
– Jakże szlachetnie z jego strony – podsumował Harrell. – Znasz tego człowieka?
– To Kermit Henderson, miejscowy. Tu się urodził i wychował. Pracuje na polu golfowym, obsługuje kosiarki, zajmuje się konserwacją terenu. Jego dziewczyna nazywa się Becki Trower, też panna stąd. Pomyślałem, że może pójdzie pan z nim na ugodę, tak jak z Seanem Quinlanem, i załatwi nam kogoś do utrzymania porządku na komendzie. Zwłaszcza że Sean kończy już odsiadkę.
– Dobrze, przesłuchamy faceta. Jeśli to wszystko, to może później wyskoczę na ryby.
– Jest jeszcze coś.
Stilwell pochylił się, sięgnął do tylnej kieszeni i wyciągnął dokument, który wydrukował sobie rano i złożył tak, aby zmieścił się w spodniach. Wręczył go sędziemu. Ten zaczął czytać.
– Wniosek o nakaz przeszukania – powiedział Harrell.
W milczeniu zapoznawał się ze streszczeniem sprawy oraz uzasadnieniem prawdopodobnego motywu. Nagle pokręcił głową, ale nie dlatego, że nie zgadzał się z tekstem, lecz z czystej złości.
– Masz długopis? – zapytał.
Stilwell wyjął długopis z kieszeni koszuli i podał Harrellowi. Sędzia nabazgrał swój podpis we właściwym miejscu na kartce, po czym oddał oba przedmioty sierżantowi.
– Już dawno porzuciłem próby zrozumienia, dlaczego ludzie robią pewne rzeczy innym ludziom – oświadczył. – Jednak okrucieństwo wobec zwierząt wciąż mnie porusza. Jeśli ten facet dopuścił się tego, o co go podejrzewacie, lepiej niech znajdzie sobie dobrego prawnika i modli się, żebym to nie ja dostał jego sprawę.
– Jasne – mruknął Stilwell. – Też tak uważam.
Po paru minutach dotarli do kompleksu sądowego przy Sumner Avenue. Razem wkroczyli na posterunek, gdzie w zamkniętej szafce sędzia przechowywał swoje ubrania oraz czarną togę. Sierżant otworzył drzwi do aresztu, żeby Harrell mógł wziąć prysznic, a następnie przebrać się na rozprawę. Kermit Henderson, którego nie było stać na wniesienie kaucji, siedział w jednej z cel. Patrzył, jak sędzia, mijając go, pozostawia na szarym linoleum mokre ślady stóp.
Stilwell nigdzie nie dostrzegał Seana Quinlana. Wysłał mu więc esemesa, aby wytarł podłogę aresztu, kiedy sędzia skończy już swoją toaletę. Miało to być ostatnie zadanie dla Quinlana, ponieważ Harrell zamierzał wyrazić zgodę na jego warunkowe zwolnienie.
Po wejściu na salę sądową Stilwell stwierdził, że Monika Juarez jest już na miejscu, to znaczy w ławie oskarżyciela. Za stołem dla protokolanta tkwiła Mercy Chapa – raz w tygodniu pełniła poranny dyżur. Była kierowniczką, dyspozytorką i generalnie nadzorczynią całego posterunku, a także prawą ręką Stilwella.
Juarez, drobna kobieta o brązowej karnacji, miała szczupłą twarz otoczoną czarnymi lokami, które nie ukrywały jednak białawej blizny biegnącej wzdłuż lewej żuchwy. Stilwell nigdy ją o nią nie zapytał, ale sądził, że bez względu na genezę blizna musiała mieć coś wspólnego z decyzją Moniki, aby zostać prokuratorem. Kobieta była około trzydziestki, przydzielono ją do współpracy z sądem okręgowym w Long Beach. Podobnie jak sędzia Harrell pojawiała się w Catalinie raz w tygodniu, by zająć się sprawami prowadzonymi na wyspie, ale wolała przypływać dzień wcześniej Expressem. Noc spędzała w Hotelu Zane Grey na koszt hrabstwa i z samego rana udawała się do sądu.
– Sędzia już się przygotowuje – poinformował ją Stilwell. – Chyba zacznie od Hendersona. Potem pójdą wykroczenia. Będę ci wtedy potrzebny?
– Nie, wyglądają na rutynowe przypadki – odrzekła Juarez.
– Odebrałem sędziego w porcie. Rozmawiałem z nim o Hendersonie. Sądzę, że zaproponuje gościowi warunkowe zawieszenie kary, jeśli przez kilka miesięcy będzie prowadził u nas prace porządkowe.
– Ma zarzut posiadania broni.
– Teoretycznie tak. Ale chciał ją tylko zwinąć. Swoją własną zresztą. Nie przyniósł jej ze sobą.
– Wierzysz w to?
– Tak, ponieważ ofiara, jego eks, przyznała podczas przesłuchania, które prowadziłem, że była w posiadaniu tego pistoletu i nie chciała go oddać, gdy wywaliła chłopaka z domu. Mam tu jej zeznanie.
– Jeszcze go nie widziałam. Dopiero zaczynam przeglądać akta.
Stilwell od razu pojął, że Monika nie odrobiła pracy domowej w hotelu.
– Zaraz wszystko ogarniesz. Czytaj, nie przeszkadzam. Zajrzę do sędziego.
Lecz tak naprawdę sierżant pragnął jak najszybciej zająć się realizacją nakazu przeszukania podpisanego przez Harrella. Wrócił do tej części budynku, w której mieścił się posterunek szeryfa; we wspólnej przestrzeni biurowej siedział Ralph Lampley i zajadał jagodową babeczkę przy biurku, które dzielił z innymi zastępcami. Lampley miał najdłuższy staż pracy na posterunku w Catalinie: wynikało to z tego, że biuro szeryfa uważało go za osobę odpowiedzialną za działania wysokiego ryzyka w niebezpiecznych dzielnicach na stałym lądzie. Chociaż Ralph miał zaledwie dwadzieścia osiem lat, podczas patrolowania kontynentalnej części hrabstwa Los Angeles zdążył już wziąć udział w dwóch strzelaninach ze skutkiem śmiertelnym. Obie te sprawy poskutkowały pozwami o spowodowanie uszczerbku na zdrowiu, będącymi obecnie przedmiotem postępowań sądowych, w których stawką były dziesiątki milionów dolarów. Wewnętrzne śledztwo pozwoliło kierownictwu oczyścić Lampleya z zarzutów – w przeciwnym razie pozwy byłyby nie do obrony. Lampley mógł zachować odznakę, przeniesiono go jednak na Catalinę, bo uznano, że na wyspie nie będzie już tak chętnie sięgać po broń. Krążyła plotka, że gdy tylko zapadną wyroki lub dojdzie do ugody, Ralph wyleci z pracy.
– Lamp, dlaczego nie jesteś na mieście? – zapytał Stilwell.
– Bo cholerny Fernando nie zadał sobie trudu, żeby podładować mój wóz – odparł Lampley. – Więc czekam, aż nasyci się przynajmniej do połowy. Wtedy zacznę patrolować ulice.
Ralph miał na myśli elektryczny pojazd typu UTV, którego używał na spółkę z funkcjonariuszem nocnej zmiany. Normalnie Stilwell popadłby w irytację z powodu zaniedbania, którego dopuścił się dzisiejszego ranka Angel Fernando. Trzeci raz w tym miesiącu. Fernando był ich najnowszym nabytkiem przeniesionym ze stałego lądu, gdzie nie patroluje się ulic elektrycznymi wózkami golfowymi; miał zły nawyk zapominania o tak ważnej kwestii jak podładowanie akumulatora po zakończeniu dyżuru. Zamiast jednak skupiać się nie roztrzepaniu Fernanda oraz jego lekceważeniu dla norm współpracy, Stilwell skorzystał z okazji, by wymknąć się z posterunku.
– No dobra. Jak już tu skończysz, mógłbyś zająć się robotą w sądzie? – zwrócił się do Lampleya. – Ja muszę zrealizować nakaz przeszukania, a ktoś powinien zaprowadzić Kermita na ławę oskarżonych, zanim sędzia zajmie swoje miejsce.
Lampley przemówił ustami zapchanymi babeczką:
– No, da się zrobić. Ten nakaz to w sprawie okaleczenia?
– Tak – przyznał Stilwell. – Ale zachowaj to dla siebie.
– Jasne. Ruszaj, sierżancie. Poradzę sobie w tym sądzie.
– Powinienem niedługo wrócić. Podładuj wóz porządnie, a po rozprawie podejdź do sędziego i zapytaj, czy go odwieźć z powrotem na jacht.
– Tak jest.
Stilwell opuścił posterunek, zapisując sobie w myślach, by raz jeszcze przypomnieć Fernandowi, że po zakończeniu służby podłącza się akumulator do ładowarki. Jako detektyw przydzielony do służby w komendzie w Avalonie dowodził całą policją na wyspie. Z tym wyróżnieniem wiązało się też sporo obowiązków czysto administracyjnych oraz tworzenie harmonogramów pracy, czym niechętnie się zajmował. Konieczność ciągłego przypominania doświadczonemu funkcjonariuszowi o tak banalnej kwestii jak ładowanie środka transportu nie dawała Stilwellowi satysfakcji.
Wjechał do przemysłowej dzielnicy na południu miasta. Obok zakładu odsalania wody rozciągał się labirynt magazynów. Wśród nich znajdował się hangar dla wózków elektrycznych wykorzystywany przez firmę Island Mystery Tours. Główne drzwi garażowe stały otworem; Stilwell zaparkował Gatora tak, by żaden pojazd nie mógł opuścić hali. Z jednej z zatoczek dla wózków wyszedł mężczyzna w poplamionym niebieskim kombinezonie. Sierżant się domyślił, że facet jeszcze przed chwilą spał. Tamten miał włosy zmierzwione z jednej strony i sprawiał wrażenie, jakby przez tydzień się nie golił. Nabiegłe krwią oczy za okularami świadczyły o kacu.
– Hej, co jest? – rzucił mężczyzna.
– Jestem sierżant Stilwell z biura szeryfa. Mam nakaz przeszukania tego lokalu.
– Nakaz przeszukania? Niby, kurwa, dlaczego?
– Jak się pan nazywa?
Facet wskazał owalną naszywkę na lewej kieszeni swojego kombinezonu.
– Henry.
– Henry, a dalej?
– Gaston.
– Panie Gaston, oto rzeczony nakaz. Proszę się odsunąć i pozwolić mi wejść na teren obiektu.
Stilwell podał tamtemu podpisany przez sędziego dokument. Czytając, Gaston trzymał papier na odległość ramienia, mimo okularów.
– Tu pisze, że szukasz pan zwierzęcej krwi – mruknął. – Idiotyzm. Żadnej krwi nie ma.
– Tak czy owak, rewizja się odbędzie – zapewnił sierżant. – Sędzia autoryzował nakaz dziś rano.
– Pan to ten nowy, którego zrobili komendantem posterunku, tak?
– Jeśli przez „nowy” rozumieć kogoś, kto przyjechał tu rok temu, to tak.
– Wie pan, że będę musiał zadzwonić do Baby Heada?
Stilwell podszedł do swojego Gatora i otworzył bagażnik. Wyjął z niego parę gumowych rękawiczek, latarkę oraz buteleczkę spryskiwacza Bluespray, który włączył do niezbędnika, kiedy jeszcze pracował w wydziale zabójstw na kontynencie.
– Może pan dzwonić, do kogo zechce – poinformował Gastona, zbierając wszystkie rzeczy. – I tak przeprowadzę nakazane przez sąd przeszukanie.
Zamknął schowek, po czym ruszył wprost na mężczyznę, choć wejście do hangaru było na tyle szerokie, że mógł z łatwością go wyminąć. Wystraszony tym ruchem Gaston cofnął się, ustępując mu z drogi. Wyjął z kieszeni telefon komórkowy, po czym zaczął wyszukiwać numer.
Sierżant wszedł do wnętrza. Po lewej stronie dostrzegł szereg wolnych stanowisk do ładowania. Wszystkie wózki turystyczne były zapewne w użyciu albo w porcie, gdzie czekały na schodzących ze statków podróżnych. Po prawej stronie przeprowadzano ich naprawy bądź rozbierano je na części. Stały tam dwa sześcioosobowe pojazdy w różnym stopniu demontażu, w tym jeden pozbawiony kół, na podnośniku. Drugi pilnie wymagał nowej karoserii, ponieważ jego przód z włókna szklanego został rozbity na miazgę – jakby kierowca wjechał w jakąś przeszkodę.
W tylnym prawym narożniku hangaru umieszczono stół warsztatowy w kształcie litery L. Na perforowanej tablicy za nim wisiały różne narzędzia. Zwróciło to uwagę Stilwella, który obszedł dwa uszkodzone wozy, aby dokładniej się przyjrzeć. Gaston wsunął się za nim do hangaru, po czym zajął pozycję na samym środku pomieszczenia. Rozmawiał przez telefon.
– Ma nakaz przeszukania – mówił. – Nie mogłem go powstrzymać.
Sierżant uważnie lustrował tablicę. Jego wzrok padł na piłę ręczną z długim ostrzem i niebieskim plastikowym uchwytem.
– Hm, w tej chwili jest na zapleczu, obok narzędzi – ciągnął Gaston. – Przyjedzie pan?
Stilwell wyciągnął komórkę i zrobił zdjęcie wiszącej pile. Następnie włożył rękawiczki i ściągnął ją z wieszaka. W świetle latarki uważnie przyglądał się ostrzu. Na stwierdzenie, że piła jest nowa, nie potrzebował zbyt dużo czasu. Stalowa powierzchnia nie nosiła żadnych śladów eksploatacji – rys, zadrapań, oznak korozji wywołanej słonym powietrzem. Zęby były dziewicze. Nic nie świadczyło o tym, by cokolwiek tą piłą cięto, choćby kostkę masła.
Plastikowa rączka z kolei wyglądała na starą, naznaczoną upływem czasu. Nowe było tylko ostrze.
– To obcinak do rur – powiedział Gaston. – Wykorzystujemy go głównie do włókna szklanego i do PCW.
Stanął za Stilwellem. Już nie rozmawiał przez telefon.
– Tniecie nią też inne rzeczy? – zapytał sierżant.
– Tylko elementy wózków. Dostosowujemy je do naszych potrzeb. Czasem przecinamy elegancko na połówki, żeby uzyskać z jednego ośmiomiejscowego dwa pojazdy czteromiejscowe albo zrobić sześciopak. I tak dalej.
– Ta wygląda, jakby ostatnio nie była w ogóle używana. Ani razu. Ostrze jest nowiuteńkie. Zmieniałeś je, Henry?
– Hm, nie.
– Na pewno?
– Pewnie, że na pewno.
– Mam prośbę. Zamknij hangar i zgaś wszystkie światła.
– Że jak?
– Bo jeśli tego nie zrobisz, spróbuję sam, a wtedy mógłbym przycisnąć niewłaściwy guzik.
– W porządku.
Gaston ruszył wykonać polecenie. Stilwell ponownie spojrzał na piłę. Ostrze miało jakieś czterdzieści pięć centymetrów długości i bardzo drobne ząbki – idealne na gładkie cięcie rur z włókna szklanego lub PCW. Do uchwytu przytwierdzały je dwie nakrętki motylkowe. Kciukiem i palcem wskazującym spróbował je przekręcić, aby odłączyć ostrze. Gaston pociągnął za łańcuch połączony z kołem pasowym u góry bramy. Zaczęła opadać.
Gdy Stilwell wyjął ostrze, położył uchwyt na stole i w świetle latarki uważnie studiował najpierw jedną jego stronę, a potem drugą. Lampy sufitowe zgasły, w hangarze zapadł półmrok. Pomieszczenie nieco rozjaśniała jedynie latarka sierżanta oraz słabe światło dzienne sączące się spod okapu falistego dachu.
Stilwell spryskał uchwyt piły substancją chemiczną, która bladoniebieską poświatą sygnalizowała obecność hemoglobiny. Następnie wyłączył latarkę.
Czekał, obserwując.
– Co się dzieje?! – zawołał Gaston z mroku.
– Przeprowadzam wstępny test na domniemaną obecność krwi – poinformował sierżant.
Z miejsca, w którym stał mechanik, odpowiedziała mu cisza.
Minuta minęła, nic się nie wydarzyło. Stilwell pstryknął włącznik latarki, obrócił rączkę piły na drugą stronę i znów popryskał ją substancją. Promieniem światła omiótł wnętrze garażu, żeby zlokalizować Gastona. Ten zdążył odejść od bramy i stał teraz trzy metry od niego, próbując dojrzeć, co robi.
– Nie ruszaj się z miejsca, Henry.
– Niby dlaczego? – zaprotestował Gaston. – Ja tu pracuję. Wolno mi być, gdzie chcę.
– Muszę wiedzieć, gdzie się znajdujesz, kiedy wyłączę latarkę. Nie pogrywaj ze mną. Bo pożałujesz.
– Okej. Nigdzie się nie ruszam. Skoro to pana uszczęśliwi.
– Dzięki.
Sierżant wyłączył światło i skierował wzrok na stół warsztatowy. Otwory w uchwycie piły, do których montowano ostrze, jarzyły się bladoniebieską fosforyzującą poświatą. Oznaczało to, że krew tam wniknęła i nie została usunięta podczas czyszczenia narzędzia.
– Możesz już zapalić górne lampy, Henry.
Gaston podszedł do przełączników, światło wróciło. Stilwell ruszył ku bramie hangaru, trzymając w dłoni uchwyt piły.
– Otwórz – polecił.
Gaston pociągnął za łańcuch, drzwi zaczęły się unosić.
– Co to znaczy d o m i e m i a n y? – zapytał.
– D o m n i e m a n y – skorygował sierżant. – Że wygląda na to, że jest tu krew, ale musi to jeszcze potwierdzić właściwe laboratorium.
– Czyli pan to zabiera?
– Zgodnie z nakazem przeszukania, tak. Z kim rozmawiałeś przez telefon, Henry?
– Zadzwoniłem do Baby Heada, do pracy. Już tu jedzie.
– Nic nie wskóra. I tak to zabieram.
Stilwell podszedł do swojego pojazdu i wyjął z bagażnika woreczek na dowody rzeczowe. Umieścił w nim uchwyt piły, zamknął go, a następnie czerwonym markerem zapisał datę, godzinę oraz numer nakazu przeszukania. Wrzucił woreczek do bagażnika, który następnie zamknął na klucz.
Potem usiadł na fotelu wózka i z półki pod deską rozdzielczą wyciągnął podkładkę do pisania. Gaston stał w wejściu do hangaru i patrzył na Stilwella.
– Wypiszę ci pokwitowanie na ten uchwyt, który zabieram – rzucił sierżant.
– Po co niby?
– Dokumentacja łańcucha dowodowego.
– Ł a ń c u c h a d o w o d o w e g o?
– Chodzi o rejestr osób, które miały kontakt z materiałem dowodowym, oraz miejsc, do których ten materiał trafia.
– Na co niby dowody?
– Wiesz co, Henry? To nie jest tak, że Baby Head po prostu poszedł i sam pociął tego bizona. On jest na to za sprytny. Przypuszczam, że kazał to zrobić komuś innemu. Wyślę ten uchwyt do laboratorium centralnego. Jeśli krew, która się na nim znajduje, należała do zwierzęcia, wrócę tutaj. Te stworzenia są pod ochroną, ich zabijanie stanowi poważne przestępstwo. Przed nami pracowity weekend, będę miał pełne ręce roboty z pijanymi awanturnikami. Może we wtorek wezmę sobie wolne, żeby odetchnąć, a w środę albo w czwartek zawiozę ten materiał do badania. Zakładam, że potrwa to kilka tygodni, bo priorytet mają sprawy o zabójstwo ludzi. Ale kiedy już to dostarczę, nie będzie odwrotu. Dlatego daję wam czas do, powiedzmy, środy, żeby przyjść, porozmawiać ze mną i coś wymyślić. Bo potem wszystko się potoczy niezależnie ode mnie.
Zdjął pokwitowanie z podkładki, wyciągnął żółtą kopię i wysiadł z pojazdu. Podszedłszy do Gastona, wręczył mu papier.
– Do środy, Henry.
Wszystko to był blef. Stilwell wiedział, że laboratorium potraktuje jego zlecenie zbadania DNA jako najmniej istotne. Miałby szczęście, gdyby wyniki napłynęły przed końcem roku.
– Baby Head nie pozwoli na to całe gówno – odezwał się Gaston. – Ma znajomości.
– No, ja też – mruknął sierżant.
Wsunął się do Gatora, przekręcił kluczyk w stacyjce i wycofał spod hangaru. Na ulicy przestawił dźwignię do jazdy naprzód, lecz nagle został zablokowany przez inny wózek, który niespodziewanie pojawił się przed nim. Sześciomiejscowy, należący do Island Mystery Tours, z leżącym na dachu zielonym kosmitą z papier mâché, który trzymał się jego boków trójpalczastymi dłońmi, jakby walczył o swoje życie.
Z pojazdu wyskoczył Oscar „Baby Head” Terranova, właściciel i kierownik firmy, i podszedł do sierżanta.
– Co ty wyprawiasz, Stilwell? – zapytał ze złością.
– Jestem pewien, że Henry już ci to powiedział przez telefon. Dałem mu kopię nakazu przeszukania i kwit. Resztę sam sobie dośpiewaj.
Na gładko ogolonej głowie Baby Heada pojawiła się strużka potu. Na szyi poniżej lewego ucha miał tatuaż w kształcie pierścionka z brylantem, jego prawe ramię pokrywały wydziergane czaszki, kwiaty oraz trzycyfrowa liczba. Stilwell jej nie kojarzył – domyślał się jednak, że to numer kierunkowy miejscowości, w której tamten przyszedł na świat.
– Popełniasz błąd, koleś – oznajmił Baby Head.
– Możliwe – odrzekł sierżant. – Nie pierwszy i nie ostatni raz.
– Wiem sporo o tobie, facet. Wszyscy wiemy. Już kiedy tu przyjechałeś, stąpałeś po cienkim lodzie, ale teraz wpieprzysz się prosto do wody. Obyś miał wtedy rękawki do pływania.
– Może pan przestawić pojazd? Muszę wracać na posterunek.
– Pierdol się.
Terranova wskoczył z powrotem do wózka i nacisnął pedał. Autko ruszyło w stronę hangaru, zmuszając Gastona do błyskawicznego uskoczenia z drogi.
Stilwell skierował się do miasta. Na chwilę stanął na szczycie Mount Ada, aby chłonąć piękno gór oraz zatoki w kształcie półksiężyca. Kasyno wyglądało jak babeczka z czerwonym lukrem. Od chwili, kiedy odebrał sędziego, przypłynęło kilka kolejnych łodzi.
Przed posterunkiem sierżant natknął się na Lampleya, który miał właśnie wyruszyć na patrol w swoim świeżo podładowanym pojeździe. Zatrzymał się obok niego.
– Jak poszło? – zapytał Lampley.
– Znalazłem krew na uchwycie piły – odparł Stilwell. – Zawiozę go do laboratorium. Zobaczymy, co z tego wyniknie.
– Nie liczyłbym na wiele.
– Nie liczę. Zająłeś się sądem?
– Ta. Szybko poszło.
– A co z Kermitem?
– Harrell skazał go na trzy miesiące prac społecznych. Ma je wykonywać na naszym posterunku.
– Świetnie. Sporządzę listę rzeczy do zrobienia i powieszę na tablicy. Niech każdy dopisze, co uważa za stosowne.
– Okej.
– Dokąd teraz?
– Zwykła objazdówka. Jak dotąd żadnych wezwań. Cisza przed burzą.
– Rozumiem.
Stilwell żartobliwie zasalutował funkcjonariuszowi, po czym zaparkował wózek na wyznaczonym miejscu parkingowym. Zanim dotarł do drzwi, odebrał telefon z kapitanatu.
– Mówi Tash. Jesteś potrzebny w przystani jachtowej. Natychmiast.
Tash Dano była zastępczynią kapitana portu. Stilwell poznał ją podczas pełnienia obowiązków służbowych, zaraz po otrzymaniu przydziału na wyspę. Spotkał się ze wszystkimi osobami sprawującymi funkcje kierownicze w tej małej gminie, począwszy od burmistrza Avalonu aż po rzeczoną wiceszefową portu. Większość traktowała go z dystansem, ponieważ policjanci delegowani na Catalinę przychodzili i odchodzili; znikali, gdy tylko udało im się zrehabilitować w oczach dowództwa na stałym lądzie. Wyspa słynęła jako miejsce kwarantanny policyjnych świrów oraz nieudaczników, dlatego jej mieszkańcy nie mieli ochoty inwestować cennego czasu w utrzymywanie bliższych kontaktów z personelem posterunku. Tash zachowała się inaczej. Zaprosiła Stilwella na lunch, a nawet osobiście obwiozła po wyspie. Spędziła na niej całe życie i nie zamierzała nigdzie wyjeżdżać. Stilwell natychmiast poczuł do niej sympatię.
– Co się stało? – zapytał.
– Znasz Abbotta, tego czyściciela kadłubów?
– Wiem, kto to jest. Na imię ma Denzel, tak?
– Zgadza się. Przed chwilą dzwonił i powiedział, że pod Aurorą pływają zwłoki. Owinięte łańcuchem od kotwicy. Ludzkie ciało. Nie potrafił stwierdzić, czy to kobieta, czy mężczyzna.
Sierżant potrzebował kilku chwil, żeby przyswoić słowa Tash. Regularnie otrzymywał informacje o łodziach cumujących w porcie. Pamiętał, że Aurora to jacht pełnomorski zarejestrowany w Wenezueli. Przybył dwa dni temu, zacumował przy czwartej linii boi, tam, gdzie zwykle zatrzymują się większe jednostki.
– Dobra, już jadę – powiedział Stilwell. – Każ Abbottowi czekać na mnie na nabrzeżu dla jachtów.
– Zrobione.
– I, Tash… Do kiedy Aurora u nas zostaje?
– Dzisiaj wypływa.
– O której?
– W każdej chwili. Mają czas do szesnastej, ale mogą się odmeldować o dowolnej porze.
– Będziemy chyba musieli coś z tym zrobić. Wolałbym zatrzymać ich w porcie, jeśli informacja od Abbotta się potwierdzi.
– Mam wezwać Straż Przybrzeżną? Tylko oni mogą zastopować Aurorę.
– Zanim wezwiemy posiłki, chciałbym potwierdzić tę informację o zwłokach.
– Jasne. Jak to rozegrasz?
– Poproszę Abbotta, żeby mnie tam zabrał. Zejdę na dół.
– Och.
– Jakiś problem?
– Nie. Po prostu bądź ostrożny.
– Oczywiście. Będę.
Stilwell wszedł na posterunek po swój kombinezon piankowy.
Woda była zimna. Zanurzając się, odnosił wrażenie, jakby lód wbijał mu się w uszy. Większość ciała chronił kombinezon, który zachował z czasów, gdy pracował w zespole nurków w biurze szeryfa, jednak stopy, skóra głowy oraz małżowiny pozostawały narażone na skrajny chłód.
Doświadczył déjà vu. To zimno. Ten miarowy oddech w masce. Zwolnione ruchy, cisza podwodnego świata.
Podążył w dół za Denzelem Abbottem; obaj ciągnęli za sobą przewody oddechowe połączone z kompresorem na łodzi czyściciela kadłubów. Przepływające przez nie powietrze było stęchłe, cuchnące, gromadziło się oleiście w ustach i w płucach Stilwella. Pas balastowy, pożyczony od Abbotta, ułatwiał zanurzenie. Sierżant z trudem zwalczył atak nudności.
Gdy Stilwell, wezwany przez Tash Dano, pojawił się w porcie, słońce zdążyło już przegnać mgłę morską. Abbott oświadczył, że kiedy zeskrobywał z Aurory pąkle, w odległości około dwudziestu metrów dostrzegł jakby błysk metalu. Zbliżył się, by sprawę zbadać; to, co zobaczył, wzbudziło w nim odrazę. Prawie był pewien, że widzi zwłoki owinięte w coś czarnego i przymocowane do liny kotwicznej, ale wolał nie sprawdzać detali na własną rękę.
Do wody weszli jakieś dziesięć metrów od rufy Aurory. Przez wyrastający z dna potężny las wodorostów przebijały się promienie słońca. Wstęgi zielonych liści, jakby z innej planety, leniwie sięgały ku powierzchni, kołysząc się pod wpływem morskiego prądu niczym tancerze synchroniczni. Stilwell zauważył odbijającą światło, wypolerowaną metalową kotwicę.
Zsuwali się w cieniu kadłuba Aurory w głębiny portowe. Zwłoki – o ile to były zwłoki – znajdowały się dziesięć metrów niżej. Abbott się nie mylił: nabrzmiałe ludzkie ciało wysuwające się z otworu w czymś, co wyglądało na duży czarny worek owinięty plecioną liną kotwiczną oraz ciężkim cynkowanym łańcuchem, który sięgał metr głębiej, do kotwicy zaczepionej o wystającą skałę koralową. Z worka wystawały długie ciemne włosy falujące w morskim prądzie, które łączyły się z białą skórą głowy. Gdy podpłynął bliżej, uświadomił sobie, że wygląda to jak makabryczna kompozycja balonów targanych przez wir.
Na dłoniach miał rękawice nurkowe, które wyjął wraz z kombinezonem z szafki na posterunku. Rozciągnął sznurek zamykający otwór czarnego worka i ujrzał martwą twarz, woskową, zdeformowaną wzdęciem przez gazy rozkładowe. Trudno było rozpoznać w niej człowieka, wiedział jednak z doświadczenia w pracach pod wodą, że to z pewnością istota ludzka.
Zauważywszy fioletowe pasemko na ciemnych włosach, uznał, że to szczątki kobiety. Twarz pokrywały bruzdy, które mogły powstać wskutek rozkładu, działalności organizmów morskich bądź też ran odniesionych przed śmiercią. Obraz ten przywołał w jego umyśle wspomnienia ofiar, które widywał podczas pracy policyjnego nurka – okropności, o których sądził, że zostawił je już za sobą. Topielców w żargonie nazywano „pływakami” bądź „ciężarkami”, w zależności od sytuacji – terminy te służyły do dehumanizacji i klasyfikacji tego, co znajdowano w mrocznych głębinach. Tylko że Stilwell nie potrafił o tych ofiarach zapomnieć. O dziewczynie spoczywającej na dnie jeziora Piru, z oczami skierowanymi ku światłu, ku Bogu, który jej nie ocalił. O mężczyźnie w zbiorniku Bouquet, w garniturze, z krawatem i w okularach przeciwsłonecznych wciąż na miejscu oraz w betonowych „butach”. O niemowlęciu na tylnym siedzeniu samochodu, którego kierowca celowo wjechał rampą dla łodzi do jeziora Castaic. Wszyscy oni zostali znalezieni w głębinach podwodnego świata, cichego, spokojnego, a jednak śmiertelnie groźnego.
Wywnioskował, że kobieta przebywała w morzu dość długo. Co najmniej cztery dni. Oderwał spojrzenie od zmatowiałych oczu zmarłej i powiódł wzrokiem wzdłuż łańcucha do kotwicy, która uniemożliwiała ciału wypłynięcie na powierzchnię. Była to kotwica pługowa, mocno zaczepiona o skałę koralową.
Stilwell znał etapy rozkładu zwłok w zimnej wodzie. Ciało obciążono, zatopiono, przytwierdzono do dna. Po pewnym czasie mikroorganizmy jelitowe rozpoczęły wytwarzanie gazów, co z kolei spowodowało wzdęcie oraz zwiększenie wyporności zwłok – uniosły się mimo kotwicy i łańcucha. Ktokolwiek wrzucił tę kobietę do wody, nie przewidział tego.
Ostatecznie wyporność zwłok oraz łańcucha wzrosła na tyle, że prądy morskie przemieszczałyby je przez rafę koralową tudzież stanowiska wodorostów, aż wreszcie wychynęłyby na powierzchnię lub zaczepiłyby o coś na dnie. Stilwell wydobył kiedyś ciało z jeziora Apollo, które zaplątało się w starą pralkę wyrzuconą z jakiejś łodzi. Zaczepienie się kotwicy o rafę było tymczasowe; zmiana prądów wywołana kolejnym przypływem mogła ją w każdej chwili poluzować albo oderwać.
Odnotował, że kotwica nie pochodzi z dużego jachtu takiego jak Aurora. Jej ciężar oszacował na pięć kilogramów. Stal nierdzewna, której blask zwrócił uwagę Abbotta, stanowiła jedynie warstwę wierzchnią. Nie poddano jej galwanizacji przeciwko rdzy, nie przechowywano w komorze łodzi. Najprawdopodobniej leżała na dziobie, na gumowych rolkach, nieskazitelnie czysta, przymocowana do wciągarki – wystarczyło nacisnąć guzik w sterówce, aby ją spuścić lub podnieść. Z pewnością nie pochodziła z jednostki użytkowej, tylko z jakiegoś jachtu, być może żaglowca, które zapełniały miejscowy port w każdy kolejny weekend.
Stilwell zobaczył już dość. Musiał wydostać się na powierzchnię, żeby pozbyć się oparów gazowych z płuc oraz wezwać zespół płetwonurków, ludzi z wydziału zabójstw i śledczych od koronera. Tej sprawy nie przydzielą jemu i sierżant się z tego cieszył.
Odwróciwszy się, ujrzał Abbotta stojącego na dnie, kilka metrów od ciała. Za szybką jego maski dostrzegł wielkie przestraszone oczy. Stilwell odpiął pas balastowy i ponownie zerknął na zwłoki. Owinął pas wokół kotwicy, w nadziei, że powstrzyma to szczątki przed dryfowaniem z prądem, gdyby mocowanie oderwało się od półki skalnej. Rano nie sprawdził tabeli pływów, nie wiedział więc, kiedy prąd zmieni kierunek. Musiał dopilnować, by zwłoki nie wypłynęły w samym porcie już pierwszego dnia długiego weekendu przed Dniem Pamięci Narodowej.
Płuca paliły Stilwella od zanieczyszczonego paliwem powietrza. Wskazał w kierunku powierzchni; Abbott kiwnął głową i ruszył do góry. Sierżant podążył za nim. Wynurzyli się po obu stronach skiffa Abbotta. Stilwell przełożył ramię przez burtę, a potem zerwał maskę. Łapczywie łykał świeże powietrze, szukając wzrokiem czyściciela kadłubów, który znajdował się po drugiej stronie łodzi.
– Ma pan wyciek w kompresorze – powiedział.
– Wiem – przyznał Abbott. – Nie sądziłem, że aż tak poważny.
– No, i to bardzo. Łeb mi zaraz pęknie.
– Sorry. Ja już chyba przywykłem.
– Nie ma sprawy.
– I co teraz? Zostawi pan to ciało tam, gdzie jest?
– Chwilowo. Jak tylko znajdę swoją komórkę, wezwę grupę płetwonurków. Pas balastowy otrzyma pan z powrotem zaraz po wydobyciu zwłok.
– O niego się nie martwię.
Abbott podciągnął się i wskoczył do łodzi, która zakołysała się gwałtownie. Reling po przeciwnej stronie podniósł się tak, że omal nie uderzył Stilwella w brodę. Sierżant odczekał, aż jednostka się ustabilizuje, a potem sam wgramolił się na pokład.
– No proszę. A któż to na nas czeka… – rzucił Abbott.
Policjant odwrócił się, żeby popatrzeć na nabrzeże; Tash Dano stała obok Lionela McKeya. Towarzyszył im Doug Allen, burmistrz miasteczka Avalon od czterech kadencji.
– Wieści szybko się roznoszą – stwierdził czyściciel kadłubów.
Stilwell skinął głową.
– No to zaczyna się – mruknął pod nosem.
Burmistrz stał z rękami na biodrach, czekając na obu mężczyzn. Tash i Lionel zajęli pozycje w niewielkim oddaleniu od niego. Abbott podpłynął dziobem do pomostu. Stilwell z zielono-białym ręcznikiem zarzuconym na ramiona wyskoczył z łodzi.
– Będę jeszcze potrzebny? – zapytał Abbott.
Sierżant spojrzał na niego.
– Przypuszczam, że detektywi ze stałego lądu zechcą, aby pan złożył zeznania. Zadzwonimy. Wraca pan do domu czy pod wodę?
– Do domu. Po czymś takim nie mam już ochoty na żadną pracę.
Stilwell pokiwał głową. Rozumiał. Odwróciwszy się, zobaczył podchodzącą do niego Tash. Dziennikarz został na miejscu.
– Mamy zatrzymać Aurorę? – zapytała cicho. – Bo chcą odpłynąć.
– Niech płyną – odrzekł sierżant. – Znalezisko znajduje się w wodzie dłużej, niż ten jacht u nas cumuje. Każ im utrzymywać prędkość jałową, dopóki nie wyjdą z portu. Nie chcę, żeby dno zostało wzburzone.
– Zrobi się – odrzekła Tash.
Zbliżył się do nich McKey.
– Są zwłoki?
Zanim Stilwell zdążył odpowiedzieć, odezwał się burmistrz.
– Zaraz, zaraz. Chwileczkę. Nie udzielamy jeszcze żadnych informacji mediom. Sierżancie Stilwell, najpierw musimy porozmawiać na osobności. Dopiero potem wydam oświadczenie dla prasy.
– Okej – zgodził się wezwany. – Mam informacje tylko na tę chwilę.
– Proszę wracać na molo – zwrócił się Allen do dziennikarza.
– To miejsce publiczne, panie burmistrzu – zaprotestował McKey. – Mam takie samo prawo tu być jak pan.
– Właściwie to bez znaczenia – mruknął Allen. – Sierżancie, pozwoli pan?
Obaj przeszli na drugą stronę pływającego doku, gdzie nikt nie mógł ich usłyszeć.
– Potwierdził pan obecność zwłok? – zapytał cicho Allen. Był podekscytowany.
– Owszem – odszepnął Stilwell.
– Co teraz? Nie chcę, żeby wypłynęły na powierzchnię tuż przed Expressem. Jaki ma pan plan?
– Zadzwonię do wydziału zabójstw oraz zespołu płetwonurków. Ciało nie wypłynie, chyba że sami je wyciągniemy.
– Wydział zabójstw… Czyli pańskim zdaniem to morderstwo?
– Zwłoki znajdują się w worku ściągniętym sznurkiem, obciążonym kotwicą z łańcuchem. Moim zdaniem to zabójstwo.
Allen zbliżył się do Stilwella. Jego nerwowy szept stał się nieco głośniejszy.
– Musi pan zrozumieć jedno. Promy są pełne, wszystkie miejsca w porcie zarezerwowane. To drugi najdłuższy weekend w roku, po Święcie Niepodległości. Nie chcę, żeby nasza wyspa zmieniła się w cyrk wokół miejsca zbrodni.
– Jasne, panie burmistrzu. Ale dochodzenie i tak przeprowadzimy, jest uzasadnione i konieczne. Postaramy się wydobyć zwłoki możliwie najdyskretniej, bez udziału osób postronnych. Są na to sposoby. Ale jeśli sugeruje pan, żeby wszystkie czynności odłożyć do poniedziałku, to…
– Oczywiście, że tego nie sugeruję. Mówię tylko, że morderstwo nie służy interesom wyspy. Tak, bądźcie dyskretni. I proszę niczego nie mówić temu dziennikarzowi, chyba że już po terminie oddania materiałów w redakcji. Niech sobie coś tam pisze, ale w przyszłym tygodniu, guzik mnie to obchodzi. Byle nie jutro.
– Zrobię, co się da. A teraz muszę zadzwonić w parę miejsc.
Stilwell odsunął się i ruszył w kierunku przejścia prowadzącego na molo.
– Sierżancie?
Odwrócił się.
– Tak? – rzucił niecierpliwie.
– Dziś rano wpłynęła skarga na pana – oznajmił Allen. – Od jednego z naszych przedsiębiorców. Oscara Terranovy.
– Serio? Szybki jest.
– Przeszukał pan jego firmę?
– Miałem nakaz podpisany przez sędziego Harrella. Wszystko zgodnie z prawem.
– Twierdzi, że był pan niegrzeczny.
– Nie wiem, o co mu chodzi. Miałem nakaz przeszukania. Przeprowadziłem je. Baby Head zjawił się dopiero po fakcie, nie był zadowolony. I tyle.
– Okej, rozumiem. Wolno wiedzieć, co to za sprawa?
– Nie, nie wolno, panie burmistrzu. Śledztwo jest w toku. Nie mogę o nim rozmawiać.
– Urodziłem się i wychowałem na tej wyspie, sierżancie. Burmistrzem jestem od szesnastu lat. Pan pewnie stąd odejdzie, jak wielu innych funkcjonariuszy przed panem. A ja zostanę. Kocham to miejsce i chcę je chronić. Nie lubię niespodzianek, zwłaszcza gdy mogą mieć negatywny wpływ na wizerunek naszej pięknej wyspy.
Wykonał gest w stronę akwenu, gdzie w wodzie tkwiły przyczepione do kotwicy zwłoki.
– Dobrze to rozumiem – odrzekł Stilwell.
– Świetnie. Czyli wszystko jasne.
Policjant kiwnął głową i się odwrócił. Wolał nie spierać się z burmistrzem na temat jego końcowego wniosku. Zobaczył, że McKey nadal tkwi na nabrzeżu, a Tash wraca molem do kapitanatu portu.
– Nie mogę z tobą teraz gadać – poinformował dziennikarza, mijając go.
– Co to znaczy? Są te zwłoki czy nie?
– Jeszcze nic nie wolno mi zdradzić. Pomów z Abbottem. Może ci powie, co widział. Ja nie mogę.
– Pozwala pan dyktować burmistrzowi, co powinien pan robić?
– Nie. Sprawy toczą się według ustalonych procedur, bez względu na to, czego chce burmistrz. Ja je po prostu realizuję. Realizuję procedury obowiązujące biuro szeryfa, przecież wiesz.
Zostawił McKeya i ruszył dalej przejściem na molo. Kilka osób obserwowało go zza balustrady. Stilwell większość rozpoznał – to byli miejscowi, którzy pracowali na stoiskach z pamiątkami na molu. Plotki o podwodnym znalezisku rozeszły się błyskawicznie.
Przeciął Crescent Avenue i skręcił w Sumner, w stronę posterunku. Tam udał się prosto do szatni, zdjął kombinezon, szybko umył się pod prysznicem, a potem włożył zwykłe robocze ubranie i pas z bronią. Jego pozbawione okien biuro wielkości garderoby znajdowało się obok wspólnej przestrzeni do pracy. Wszedł i najpierw zadzwonił do wydziału zabójstw. Numer znał na pamięć. Nie rozpoznawszy głosu osoby, która odebrała, poprosił o połączenie z kapitanem.
– Corum, słucham.
– Kapitanie, tu Stil. Mam u siebie zabójstwo. W porcie znaleziono zwłoki. Wygląda na to, że kobiety.
– Pływak?
– Jest dziesięć metrów pod wodą, przytrzymywana przez kotwicę.
– To potwierdzone?
– Widziałem na własne oczy, zszedłem na dół. Jest tam od jakichś czterech dni, sądząc po stanie rozkładu. Trudno jednak stwierdzić z całą pewnością, bo temperatura wody wynosi około piętnastu stopni. Potrzebni są płetwonurkowie oraz kilku pańskich ludzi.
– Jezu Chryste… I to w piątek.
– No tak. Burmistrz już na mnie wsiadł, bo dzisiaj zaroi się tu od turystów. Morderstwo psuje biznes.
– Dobra, posłuchaj. Ahearn i Sampedro są wolni. Mogę ich wysłać. Będziesz dla nich miły?
– A mam inne wyjście?
– Nie masz.
– W takim razie proszę ich wysłać. Dopieszczę ich, jeśli zajdzie potrzeba.
Corum długo milczał. Stilwell pomyślał o swoim ostatnim spotkaniu z Reksem Ahearnem: w pewien niedzielny poranek, gdy przyszedł do wydziału zabójstw, aby posprzątać biurko. Z zaskoczeniem stwierdził, że siedzi za nim Ahearn, i sytuacja szybko stała się nieprzyjemna. Także pod względem fizycznym.
– Wiesz co, Stil, nie sądzę, żebyś musiał ich dopieszczać – odezwał się Corum. – Po prostu wskaż im właściwy kierunek, a potem pozwól wykonywać robotę.
– Ich robota polega na rozwiązaniu tej sprawy, kapitanie. Oby udało się panu ich do tego nakłonić.
– Nie zamierzam o tym z panem dyskutować, sierżancie detektywie.
To, że Corum przywołał jego stopień, uświadomiło Stilwellowi, iż posunął się odrobinę za daleko. Spróbował naprawić swój błąd.
– Panie kapitanie, czy pańscy ludzie mogliby zorganizować ekipę płetwonurków oraz sprowadzić koronera? Czy mam się tym zająć sam?
– Nie, my to załatwimy. Twoim zadaniem jest ochrona miejsca zdarzenia w możliwie najlepszy sposób. Potem przejmiemy sprawę.
– Tak jest.
Corum rozłączył się bez słowa. Stilwell żałował, że podniósł kwestię konfliktu z Ahearnem, ale odsunął od siebie tę myśl i wyszedł z pokoju. Mercy Chapa siedziała samotnie za biurkiem. Niedawno przekroczyła pięćdziesiątkę, miała siwe włosy, których farbowaniem nie zawracała sobie głowy. Pasowały do jej nieoficjalnej funkcji matki pracowników posterunku. Zajmowała się wszystkimi obowiązkami niezwiązanymi bezpośrednio z egzekwowaniem prawa.
– Mercy, skontaktuj się przez radio z Lampleyem i powiedz mu, żeby spotkał się ze mną na nabrzeżu dla małych łodzi.
– Jasne. O ile wiem, właśnie zawiózł Kermita na pole golfowe.
– To niech wraca do portu. Będę tam czekał.
– Już się robi, sierżancie.
Z ładowarki zamontowanej na ścianie niedaleko biurka Mercy Stilwell zdjął krótkofalówkę.
– Były jakieś zgłoszenia o osobach zaginionych, o których nie słyszałem? – zapytał. – Cokolwiek?
– Nie. Przecież dostaje pan wszystkie raporty.
– No tak. A może znasz kogoś w miasteczku, kto nosi długie, ciemne włosy z fioletowym pasemkiem? No wiesz, farbowane?
– Hm, nie. Więc tam w wodzie naprawdę są zwłoki?
– Są. Ale nikomu o tym nie mów.
– Nie opowiadam o swojej pracy. Nikomu. To dziewczyna?
– Kobieta, tak, jestem prawie pewny. Słyszałaś może o kimś, kto nie stawił się do pracy, do szkoły czy coś w tym stylu? O kimś, kto podobno wyjechał do Los Angeles, ale nie wrócił na czas?
Rodzina Mercy zamieszkiwała wyspę od trzech pokoleń; zaraz na początku służby na catalińskim posterunku Stilwell przekonał się, że ma ona rozległe koneksje w całej tutejszej społeczności.
– Nie, nic takiego.
– Okej. Daj mi znać, gdybyś się czegoś dowiedziała.
– Oczywiście.
– Jadę do portu czekać na ludzi z wydziału zabójstw.
Zespół płetwonurków policyjnych przybył łodzią i przywiózł ze sobą śledczego od koronera. Gdy helikopter z biura szeryfa nadleciał znad stałego lądu, nurkowie znajdowali się już w wodzie; śmigłowiec zatoczył krąg nad portem i wylądował obok kasyna. Stilwell posłał Lampleya, żeby odebrał Ahearna i Sampedra, postanowiwszy spędzać z tamtymi jak najmniej czasu.
Było późne popołudnie, port niemal po brzegi wypełniały jednostki pływające różnych rozmiarów, zacumowane jedna przy drugiej wzdłuż trzech linii boi. Tash Dano udało się utrzymać czwartą linię wolną. Zatelefonowała do sierżanta z informacją, że ostatnie łodzie mające rezerwacje zatrzyma w zatoce, dopóki on nie da jej zielonego światła. Stilwell odparł, że prace dochodzeniowe w porcie zostaną zakończone przed zmrokiem.
Z zaskoczeniem stwierdził, że widzi tylko Ahearna idącego ku nabrzeżu dla małych jachtów w towarzystwie Lampleya. Sampedro najwyraźniej został w metropolii. Ahearn się odwrócił i zaczął ciężko, powoli schodzić po trapie. Miał na sobie garnitur i krawat, dlatego przyciągał uwagę wielu turystów zgromadzonych na molu.
Trwał odpływ i poziom wody od rana spadł o metr i dwadzieścia centymetrów. Pomost i przystań dla małych łodzi dryfowały swobodnie; ten pierwszy przechylił się pod ostrym kątem. Ahearn był dużym białym mężczyzną o szerokich barach i grubej szyi wspierającej baniastą głowę. Szedł, niebezpiecznie nabierając pędu. Stilwell się cofnął, by nie stać mu na drodze.
Pomost pokrywała gumowa wykładzina z antypoślizgowym żebrowaniem, ale dok dla łodzi obudowano niedawno płytami pilśniowymi, więc był śliski od wilgoci nanoszonej przez fale. W chwili, w której twarde podeszwy butów Ahearna spoczęły na deskach, facet wpadł w poślizg. Jego stopy wystrzeliły w górę, zamachał ramionami, po czym wylądował na plecach. Garnitur z jedwabiu tylko ułatwił rajd po pozostałych dwóch metrach doku. Detektyw wpadł do wody między pontonami Zodiac.
– Cholera! – wrzasnął Lampley, schodząc po trapie.
Stilwell ruszył szybko na koniec pomostu, gotów ratować Ahearna, lecz ten już wynurzył się spomiędzy pontonów w reakcji na zimną wodę Pacyfiku.
– Kurwa mać!
Sierżant pochylił się i podał tamtemu rękę. Lampley zrobił to samo, jednak Ahearn był zbyt wściekły i zawstydzony, by przyjąć pomoc. Odepchnął ich dłonie.
– Odwalcie się, kurwa!
Stilwell i Lampley się odsunęli, unosząc ręce w geście kapitulacji. Patrzyli, jak wielki mężczyzna podciąga tułów nad krawędź doku. Ciemny garnitur oraz opadające na tył głowy włosy nadawały mu wygląd foki, jednej z tych, które wygrzewały się tu często nad ranem. Wreszcie wyszedł na ląd, a potem przewrócił się na plecy, całkowicie wyczerpany wysiłkiem.
– Niech to szlag! – wrzasnął. – Niezły miałeś ubaw, co, Stillborn1?
– Właściwie to nie – odrzekł Stilwell. – Bo teraz musimy się jeszcze martwić o suche ubrania dla ciebie, zamiast pracować nad sprawą.
– Pierdol się.
– Chętnie.
Stilwell odwrócił się do Lampleya, który wciąż miał wielkie oczy po tym, czego przed chwilą był świadkiem.
– Kiedy wstanie, zabierz go na posterunek – polecił. – Niech weźmie gorący prysznic. Załatw mu jakieś ciuchy z garderoby w sądzie, o ile cokolwiek będzie pasować. Ja zostanę tutaj. Potem do mnie zadzwoń. Przyjadę, jak nurkowie skończą robotę.
Ahearn wyciągał z tylnej kieszeni spodni mokry portfel.
– Jezu Chryste! – jęknął. – Powinieneś był mnie ostrzec, Stillborn.
– Żebyś nie paradował po pomoście w tych oksfordach Men’s Wearhouse? – dopytał sierżant. – No tak, mogłem to zrobić.
Ahearn zaczął z wolna wstawać, woda skapywała z każdej nitki jego garnituru. Od razu znów się potknął i opadł na jedno kolano.
– Do diabła, pomóżcie mi wstać!
Lampley podał detektywowi rękę, a ten ją złapał i spróbował celowo ściągnąć funkcjonariusza w dół, lecz młody zastępca szeryfa zdołał utrzymać równowagę. Ahearn go puścił, po czym wstał sam. Rozejrzawszy się po molu, zobaczył kilku turystów z telefonami wycelowanymi w nabrzeże dla małych łodzi.
– Super – mruknął. – Tylko tego brakowało. Macie zarekwirować te wszystkie komórki, filmiki skasować.
– Niewykonalne – odparł Stilwell. – Jedź na posterunek, wykąp się i przebierz w suche ciuchy. Potem pogadamy. – Zerknął na Lampleya i ruchem głowy wskazał pomost. – Zabierz go.
Lampley wyciągnął rękę, żeby pomóc Ahearnowi, ale detektyw znów ją odtrącił. Drobnymi kroczkami ruszył naprzód, jak ktoś, kto po raz pierwszy w życiu ma na nogach łyżwy. Po dotarciu do gumowej wykładziny poczuł się bezpieczniej, odwrócił się i spojrzał na sierżanta; wyglądało na to, że chce coś powiedzieć, jednak najwyraźniej zrezygnował i podjął wędrówkę. Jedną dłonią przytrzymał się poręczy, a drugą uniósł, pokazując środkowy palec tym, którzy wciąż nagrywali jego kompromitację.
Stilwell obserwował, jak obaj policjanci odchodzą, dopóki nie zabrzęczał jego telefon. Dzwoniła Tash Dano. Widziała ślizg Ahearna z portowej wieży kontrolnej.
– Rany, żenująca sytuacja – powiedziała. – To był facet z wydziału zabójstw?
– Owszem – odrzekł sierżant. – Wreszcie się doigrał. Co się dzieje, Tash?
– Kąpiel tego jegomościa opóźni czynności? Kiedy będę mogła wpuścić ostatnie łodzie z zatoki? Niedługo się ściemni, a oni zaczynają się trochę denerwować.
– Poczekaj.
Stilwell schował komórkę do kieszeni koszuli, a potem wyjął zza paska krótkofalówkę. Była nastawiona na częstotliwość używaną przez zespół płetwonurków, nie musiał więc użyć kodu, żeby porozmawiać z ich szefem na powierzchni, Garym Saundersem, którego znał od lat.
– Gary, ile to jeszcze potrwa?
Czekał na odpowiedź.
– Hm, no, już ją wyciągają. Jest zapakowana, zasłona stoi, więc żadne wścibskie oczy niczego nie wypatrzą. Tylko położymy ją na pokładzie i gotowe. Chuck przeszukał dno. Nic nie znalazł. Wrzucono ją gdzieś indziej, pewnie w zatoce, przypływ sprowadził ciało tutaj.
– Przyjąłem. Tak sądziłem.
– Ten pas balastowy jest twój?
– Pożyczony.
– Okej, oddamy ci.
– Dzięki.
– Hej, czy to nie A-Cham wpierdzielił się do wody?
Była to jedna z ksywek Reksa Ahearna. Druga łączyła w sobie jego imię i nazwisko: Król A-Cham.
– Owszem.
– Wreszcie się doigrał. – Saunders się zaśmiał.
– To samo powiedziałem.
– Na pewno zrobi furorę w internecie. Na molu stało sporo osób z telefonami.
– Widziałem.
– Dobra, skończymy tutaj i podpłyniemy do ciebie.
– Zrozumiałem. Bez odbioru.
Stilwell wyciągnął komórkę i przekazał informacje Tash.
– Dobrze byłoby ich trochę ponaglić, jeśli się da – skomentowała.
