Wij - Nikolai Gogol - ebook
Opis

Na początku wypada ostrzec, by osoby o słabych nerwach nie czytały książki przed snem. Kim jest tytułowy Wij, autor informuje już w słowie wstępnym, z pierwszych stron powieści dowiadujemy się też o dziwnych zwyczajach ukraińskich seminarzystów. Następnie obserwujemy niezwykłą wędrówkę trzyosobowej grupki tych młodych mężczyzn przez ukraińskie stepy. Teolog, filozof i krasomówca w warunkach nocnych, kiedy rzekomo nie dało się widzieć nawet własnej pięści, kiedy głos ich ginął, ale słyszeli jęki podobne do wilczego wycia, zgubili namiastkę drogi i trafili do samotnego chutoru. W chutorze, biednemu filozofowi słowa zamarły na ustach, kiedy w nocy do niego zaczęła zbliżać się starucha, której oczy błyszczały jakimś dziwnym blaskiem. Dopiero, gdy wskoczyła mu na plecy i jak rumaka zmusiła do galopowania po stepie, zrozumiał, że ma do czynienie z wiedźmą. Po ciężkich zmaganiach, zdołał ją zrzucić, ale najgorsze miało dopiero nastąpić. Nie zdołał umknąć kozakom, mimo swych dobrych nóg, chociaż ich powóz zatrzymywał się przed każdą karczmą. Na koniec, trzy kolejne noce miał spędzić w zamkniętej cerkwi, ale razem z trupem… Po pierwszej nocy serce filozofa drżało i pot spływał strumieniami... Po drugiej nocy posiwiał…


Gogol Nikołaj Wasiliewicz (1809 – 1852) urodził się w Połtawskiej guberni – obecnie w granicach Ukrainy. Jest wielkim rosyjskim pisarzem, ale w wielu utworach wraca do stepów Ukrainy, chutorów, kozaków. Przedstawia nam atmosferę kraju i narodu, ale często ubarwia całość urokiem dziwnej atmosfery pełnej różnych duchów, wiedźm i zjawisk o nadprzyrodzonej mocy. Pomysły czerpie z ludowych opowieści.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 61

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Nikołaj Gogol

Wij

Tłumaczenie – Zenon Ciechanowicz

© Copyright by

Nikołaj Gogol & Zenon Ciechanowicz & e-bookowo

Grafika na okładce: freeimages.com

Projekt okładki:

e-bookowo

Tłumaczenie z języka rosyjskiego: Zenon Ciechanowicz

ISBN 978-83-7859-433-8

Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo

www.e-bookowo.pl

Kontakt: [email protected]

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości

bez zgody wydawcy zabronione

Wydanie I 2014

Konwersja do epub A3M Agencja Internetowa

Wprowadzenie1

 

Na początku wypada ostrzec, by osoby o słabych nerwach nie czytały książki przed snem. Kim jest tytułowy Wij, autor informuje już w słowie wstępnym, z pierwszych stron powieści dowiadujemy się też o dziwnych zwyczajach ukraińskich seminarzystów. Następnie obserwujemy niezwykłą wędrówkę trzyosobowej grupki tych młodych mężczyzn przez ukraińskie stepy. Teolog, filozof i krasomówca w warunkach nocnych, kiedy rzekomo nie dało się widzieć nawet własnej pięści, kiedy głos ich ginął, ale słyszeli jęki podobne do wilczego wycia, zgubili namiastkę drogi i trafili do samotnego chutoru. W chutorze, biednemu filozofowi słowa zamarły na ustach, kiedy w nocy do niego zaczęła zbliżać się starucha, której oczy błyszczały jakimś dziwnym blaskiem. Dopiero, gdy wskoczyła mu na plecy i jak rumaka zmusiła do galopowania po stepie, zrozumiał, że ma do czynienie z wiedźmą. Po ciężkich zmaganiach, zdołał ją zrzucić, ale najgorsze miało dopiero nastąpić. Nie zdołał umknąć kozakom, mimo swych dobrych nóg, chociaż ich powóz zatrzymywał się przed każdą karczmą. Na koniec, trzy kolejne noce miał spędzić w zamkniętej cerkwi, ale razem z trupem… Po pierwszej nocy serce filozofa drżało i pot spływał strumieniami...

Po drugiej nocy posiwiał…

 

O Autorze

Gogol Nikołaj Wasiliewicz (1809 – 1852) urodził się w Połtawskiej guberni – obecnie w granicach Ukrainy. Jest wielkim rosyjskim pisarzem, ale w wielu utworach wraca do stepów Ukrainy, chutorów, kozaków. Przedstawia nam atmosferę kraju i narodu, ale często ubarwia całość urokiem dziwnej atmosfery pełnej różnych duchów, wiedźm i zjawisk o nadprzyrodzonej mocy. Pomysły czerpie z ludowych opowieści.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wij

W chwili, gdy uderza w Kijowie dość głośny poranny dzwon na seminaryjnej dzwonnicy Brackiego klasztoru, z całego miasta podążają grupkami uczniowie i seminarzyści. Gramatycy, krasomówcy, filozofowie i teolodzy z zeszytami pod pachami, wszyscy spieszą się do klas. Gramatycy są bardzo mali; idąc przepychają się i sprzeczają wysokim dyszkantem; ubrani są w prawie podarte lub ubrudzone szaty, w ich kieszeniach zawsze pełno różnych świństw, na przykład: kości do gry, gwizdki z piórek, pierogi, a czasami nawet maleńki wróbelek. Jeden z nich zaćwierkał pośród największej ciszy w klasie. Opiekun wróbelka dostał za to porządne lanie w obie dłonie, mógł też otrzymać wiśniowe rózgi.

Krasomówcy szli solidnie: ich odzież była często nawet cała, ale za to na twarzy zawsze znajdowało się jakieś upiększenie w postaci krasomówczej siekiery: albo jedno oko uciekało pod czoło, albo zamiast wargi widziało się cały pęcherz albo jakaś inna odznakę. Ci rozmawiali i przysięgali między sobą tenorem.

Filozofowie brali na całą oktawę wyżej; w kieszeniach, prócz mocnych tytoniowych okruchów, nic więcej nie mieli. Nie robili żadnych zapasów i wszystko, co do nich trafiało było zjadane natychmiast. Od nich niosło tytoniem i gorzałką – czasami z takiej odległości, że przechodzący obok rzemieślnicy zatrzymywali się i wąchali powietrze, jak myśliwski pies.

Rynek o tej porze dopiero zaczynał się ruszać i handlarki z obwarzankami, pestkami z arbuzów i makownikami szarpały za poły tych seminarzystów, u których poły były z cienkiego sukna albo z jakiegoś papierowego materiału.

– Paniczowie! Paniczowie! Do mnie! Do mnie! – krzyczeli ze wszystkich stron. – Tu obwarzanki, makowniki, bułeczki wspaniałe! Tu najlepsze! Na miodzie! Sama piekłam!

Inna unosiła coś długiego, upieczonego z ciasta i krzyczała:

– Tu sopelek, panicze, kupcie sopelek!

– Nie kupujcie nic od niej. Popatrzcie, jaka wstrętna – jaki u niej nos i ręce nie czyste...

Filozofów i teologów bali się zaczepiać, bo filozofowie i teologowie zawsze lubili brać tylko na próbę i do tego całą garścią.

Po przybycia do seminarium, cały tłum rozchodził się po klasach, znajdujących się w niziutkich, ale dość obszernych pokojach z niewielkimi oknami, z szerokimi drzwiami i zabrudzonymi ławkami. Klasa zaczynała nieoczekiwanie huczeć na różne głosy: audytorzy wysłuchiwali swych uczni. Głośny dyszkant gramatyka właśnie dopasowywał się do dzwonienia szyb wstawionych w małe okna, a szyby odpowiadały prawie takim samym dźwiękiem. W rogu ryczał krasomówca, którego usta i grube wargi powinny były należeć przynajmniej do filozofa. Ryczał basem i jedynie z daleko dolatywało: bu, bu, bu...

Audytorzy, słuchając lekcji, patrzyli jednym okiem pod ławkę, gdzie z kieszeni podporządkowanego seminarzysty wyłaziła bułka albo pierożek, albo pestki z dyni.

Jeśli cały ten wyuczony tłum potrafił przyjść trochę wcześniej albo, jeśli wiedzieli, że profesorowie będą później niż zwykle, wtedy, za powszechną zgodą, zaczynali bójkę. Uczestniczyć musieli w niej wszyscy, nawet cenzorzy, których obowiązkiem było pilnowanie porządku i obyczajowości wszystkich uczących się.

Dwaj teologowie zwykle decydowali, jak będzie się odbywała bitwa: czy każda klasa będzie walczyła o swój honor samodzielnie czy wszyscy powinni się rozdzielić na dwie połowy: na bursę i seminarium. W każdym przypadku, gramatycy rozpoczynali pierwsi. Kiedy wtrącali się krasomówcy, to uciekali precz i ustawiali się na czymś wyższym, żeby obserwować bitwę. Potem wkraczała filozofia z czarnymi długimi wąsami, w końcu teologowie, w przerażających szarawarach z najgrubszymi szyjami. Zwykle kończyło się tym, że teologowie zwyciężali wszystkich i filozofowie, trzymając się za boki, uciekali do klasy, usadawiali się odpoczywać na ławkach. Profesor, po wejściu do klasy, uczestnik takich samych bójek w przeszłości, w ciągu jednej chwili, na podstawie rozpalonych twarzy poznawał, że walka była nie najgorsza. W tym czasie, kiedy tłukł rózgami po palcach krasomówców, w innej klasie, inny profesor rozdzielał uderzenia drewnianą łopatką po dłoniach filozofów. Z teologami postępowano całkiem inaczej: dla nich według słów profesora teologii odsypywano po miarce wielkiego grochu.

Podczas dni uroczystych i świątecznych seminarzyści i bursowie szli z domu do domu z szopką. Czasami robili komedie, a w takim przypadku zawsze wyróżniał się jakiś teolog, wielkiego wzrostu, jak dzwonnica. W nagrodę otrzymywali kawałek płótna, albo worek prosa, albo połowę gotowanej gęsi, lub coś podobnego.

Cały ten uczony naród, jak seminarium i bursa, którzy nawzajem z nieznanego powodu nienawidzili się, byli nadzwyczajnie biedni w środki spożywcze i nadzwyczaj żarłoczni. Czasami ciężko było policzyć ile klusek każdy z nich pożarł w ciągu wieczerzy. Z tego powodu dobrowolne datki bogatszych mieszkańców nie mogły być wystarczające.

Wtedy