Wigilijne psy i inne opowieści - Łukasz Orbitowski - ebook + książka

Wigilijne psy i inne opowieści ebook

Łukasz Orbitowski

4,6

Opis

Książka laureata Paszportu POLITYKI 2015

Kultowe opowieści Łukasza Orbitowskiego

Niewyjaśnione samobójstwa taksówkarzy. Droga widziana tylko przez nielicznych. Spalony blok z lokatorem, którego nie powinno w nim być. Przekręt wystawiający przyjaźń na próbę. Przesyłka na zawsze odmieniająca życie doręczyciela…

Łukasz Orbitowski w sposób, w jaki nie zrobił tego nikt przed nim, pokazuje świat, w którym rodzą się współczesne koszmary: świat polskich blokowisk, miejskiego brudu, pierwszych poważnych związków, porannej wódki. Krwisty, podszyty czarnym humorem język tych opowieści, a także niezwykła wyobraźnia autora sprawiają, że Wigilijne psy hipnotyzują i niepokoją od pierwszych stron.

Oto drugie wydanie, gruntownie zredagowane oraz wzbogacone o dodatkowe teksty.

E-book zawiera dodatkowe opowiadanie "Objawienia", niedostępne w papierowym wydaniu książki.

***

Gawędy niesamowite XXI wieku: czasami przerażające, czasami zaskakujące, czasami śmieszne. Opowieści Łukasza Orbitowskiego zawsze jednak brzmią prawdziwie…
Jacek Dukaj

Z wielką frajdą czytam wczesne opowiadania Orbitowskiego. Dobrze mu służy ta forma. Jest i groza, i młodzieńcze wtajemniczenia, jest i polska prowincjonalna. Niektóre motywy czy bohaterów rozpoznamy w jego późniejszych książkach. Orbitowski z tamtych czasów nie był tak znany, ale już był ukształtowanym pisarzem, który potrafił trzymać w napięciu. A przy takich opowiadaniach jak Pan Śnieg i Pan Wiatr  ciarki przechodzą po plecach.
Justyna Sobolewska, „Polityka”

Lektura Orbitowskiego to czysta przyjemność! W katalogu licznych jego zalet ważne miejsce zajmuje szczerość – w tym, co mówi, w tym, co pisze, i w tym, jak pisze. Proszę sięgnąć i samemu się przekonać! 
Michał Nogaś, Program 3 Polskiego Radia

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 533

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,6 (7 ocen)
5
1
1
0
0

Popularność




Wstęp

Zawsze śmiałem się z autorów, którzy piszą wstępy do własnych książek. Książka powinna się obronić sama – tak sądziłem. Wigilijne psy poradziłyby sobie bez wstępu. Ale żal pewnych historii.

Oryginalne wydanie zbioru ukazało się równo dziesięć lat temu (pamiętam zimowy przelew od wydawcy, opiewający na dwa tysiące złotych, sumę wówczas dla mnie oszałamiającą). Teksty powstawały wcześniej. Miałem dwadzieścia parę lat i tylko jedno marzenie: chciałem, żeby świat spłonął.

OpowiadanieAutostrada mówi o maturzystach, którzy spotykają późniejsze wersje samych siebie. Podczas pisania naprawdę nie wierzyłem, że dożyję trzydziestki. Wydawało mi się to niemożliwe, a nawet nieprzyzwoite. Ciekaw jestem, co młody, wściekły Orbitowski powiedziałby mnie dzisiejszemu, na rok przed moimi czterdziestymi urodzinami.

Przed wydaniem Psów miałem na koncie dwa niskonakładowe tomiki prozatorskie (ich obecność w notkach encyklopedycznych rozszerza i tak nazbyt opasłą bibliografię), może dziesięć opowiadań ogłoszonych w czasopismach i kilka innych w szufladzie. Bardzo chciałem je złożyć w zbiorek, taki prawdziwy, z kolorową okładką, który będzie można kupić w księgarniach. Aby zrealizować ten zamiar, rozpocząłem negocjacje z wydawnictwem Fabryka Słów.

Fabryka Słów odgrywała wówczas czołową rolę na rynku książki fantastycznej i może dlatego rozmowy tak się ślimaczyły. Na domiar złego pracowałem na budowie w Bostonie i nie bardzo miałem głowę do ustalania spisu treści i stawek procentowych. Negocjacje znalazły się w impasie, więc napisałem do pewnego młodego pisarza, który niewiele wcześniej wydał książkę w Fabryce. Spotkaliśmy się raz w okolicznościach knajpianych i wydał się miłym facetem. Zapytałem, jak mu się pracowało. Zaczęliśmy gadać o różnych rzeczach, nie tylko o literaturze, aż młody pisarz wpadł na wspaniały pomysł: sam wyda moją książkę!

Plan miał ręce i nogi. Młody pisarz pracował w wielkim wydawnictwie, zajmującym się podręcznikami informatycznymi czy czymś podobnym. Namówił prezesa, założyli imprint i ruszyło. Młoda polonistka, Joasia Mika, podjęła się redakcji tekstów i Wigilijne psy ukazały się drukiem, odnosząc tak zwany sukces artystyczny. Książka zebrała świetne recenzje, otwierając drzwi do dalszej kariery. Mówiąc po ludzku, była komercyjną katastrofą. Wydawnictwo nie wydało już żadnej beletrystyki. Przynajmniej na to wygląda.

Młodym pisarzem był Szczepan Twardoch. Nasza przyjaźń zaczęła się od klęski, co należało uznać za dobrą wróżbę. Joasia Mika po dziesięciu latach, na potrzeby tego wydania, powróciła do pracy nad Wigilijnymi psami, kierując się rozumną potrzebą zarobku, ale i przyjaźnią. Jeśli zastanawiacie się czasem, czy książki są ważne, chętnie odpowiem: otóż są. Właśnie dlatego.

Opowiadania z Wigilijnych psów przynależą do fantastyki zmieszanej z realizmem, mówiąc inaczej – horroru. O większości z nich zdołałem zapomnieć, a gdy wreszcie zasiadłem do lektury, poczułem się, jakbym przeglądał stare zdjęcia. Pal sześć te nawiedzone bloki, demony i duchy łaknące zemsty. Lwia część postaci i opisanych sytuacji ma wyraźne odbicie w rzeczywistości, podług zasady „im dziwniejsze, tym prawdziwsze”. Niekiedy przykładałem nawet jeden do jednego, jakbym cykał fotkę. Droga do modlichy jest przecież galerią postaci naprawdę istniejących, łącznie z mistykiem, który twierdził, że sypia z Matką Boską. Pamiętam też, jak stałem w nocy na Stanisława ze Skalbmierza w Krakowie, próżno wyglądając zamówionej taryfy. W cudownym błysku objawiła mi się Opowieść taksówkarska.

Podczas pracy redaktorskiej nalegałem, aby zmieniać jak najmniej. Zależało mi na zachowaniu drapieżnego, młodzieńczego charakteru tekstów, nawet jeśli oznaczało to zgodę na nieporadność. Jestem już duży i naprawdę nie uważam, by zaczynanie opowiadania od: „Zimno jak w dupie u pingwina” było dobrym posunięciem. Wtedy sądziłem inaczej. Te i inne rzeczy pozostały niezmienione. Dodałem też trzy opowiadania pochodzące mniej więcej z tego okresu. Tylko jedno, Nie umieraj przede mną, ukazało się po premierze książki. Myślę jednak, że pasuje.

I to już wszystko. Zapraszam na spotkanie z rozjuszonym smarkaczem, którym kiedyś byłem.

Czytajcie. A świat niech spłonie.

Łukasz Orbitowski

Serce kolei

Wtedy zobaczył u wylotu wagonowego przedsionka znikającą postać nagiegoolbrzyma; ciało jego, zasmolone sadzą, zlane brudnym od węgla potem, wydzielałoduszny odór: był w nim zapach włoskiego kopru, swąd dymu i woń mazi.

Stefan Grabiński, Smoluch

I

Kibel wyrusza ze stacji Kraków Główny. Jest grudzień, czarny i śnieżny, gołębie przypominają duchy. Ludzie o czerwonych nosach i zimnych oczach, otuleni w płaszcze, wytaczają się z metalowego brzucha budynku dworcowego. Kibel piszczy na pożegnanie, spręża swoje ciało wiernej maszyny, pociętej i poranionej, zrodzonej w czarnym śnie lat sześćdziesiątych. Światła na moment nabierają mocy, jakby żyły, a kierpoć daje znak do odjazdu i kibel rusza. Gołębie zrywają się do lotu, mkną pod sufitem peronu. Tuf-tuf, tuf-tuf…

Nie ma jeszcze osiemnastej, a na dworze już jest ciemno i kibel rozświetla sobie drogę przez grudniowy brud. Mijamy kamienice, podobne teraz do samego kibla – długie, niekształtne, czekające swojego dnia. Gołębi już nie ma, tylko śnieg wściekle tłucze o okna. Kibel zaprzyjaźnił się z mrozem. Jutro będzie lepiej, jutro mamy Gwiazdkę i kibel odpocznie na bocznicy. Żadnych wymiocin obok ubikacji, żadnego piwa rozlanego między fotelami, żadnych noży tnących do kości czerwoną tapicerkę. Maszynista kibla myśli właśnie o świętach.

Maszynista ma czterdzieści osiem lat i nosi imię Józef. Kiedyś je lubił, kojarzyło mu się z Biblią, z dojrzałą mądrością, ale potem Staszek Miętus, ten kutas bez szkoły, nazwał imieniem Józef swojego kundla, a że Miętus nie pracował, miał całe dnie, by łazić z bydlęciem puszczonym samopas i ryczeć zdartym od jabcoków głosem: „Józef! Józef! Do nogi!”.

No i jutro, w samą Wigilię też wyjdzie, też otworzy mordę, a maszynista będzie siedział w domu, sam jak pedał na dworcu, walił wódkę, słuchał, liczył lata i użalał się nad sobą. Maszynista pilnuje kursu, jedzie wolniej niż zwykle i myśli, że zamiast wracać do domu, mógłby się zaszyć w trzewiach kibla i pić w spokoju. Na bocznicy nigdy nie ma świąt.

Obok maszynisty przysiada kierpoć, który cieszy się na święta. Jest dumny, bo wszystko, co ma, osiągnął ciężką pracą. Zamyka dłonie na deklach w teczce. Teczka jest z cielęcej skóry. Kiedy inni zapisywali się do partii, on tyrał na kolei. Kiedy wiara synchronicznie ciskała legitymacje, tyrał na kolei. A gdy trzeba było całować księdza po rękach, został już kierpociem i wiedział, że wyżej nie podskoczy, ale też nie spadnie. Kolej jest jak Tatry, jak krzyż na Giewoncie, przedwieczna i niezmienna. Będzie jeździć, nawet kiedy zabraknie pasażerów, przeżyje swojego kierpocia. Kibel będzie dudnił i tłukł się po torach, być może pusty, na pewno zniszczony. Ale będzie. Kierpoć zastanawia się nad tym wszystkim. Zanurza ręce w wieczności i wieczność śpiewa. Tuf-tuf, tuf-tuf…

Kanar patrzy na kierpocia. Splata dłonie na zmiętej cegle, zagina rogi kartek. Wolno wyjmuje papierosa, ułamuje filtr. Zaciąga się i odchyla głowę, na karku tworzą się grube fałdy. Wydmuchuje dym nosem. Kibel toczy się przez Kraków. Tuf-tuf, tuf-tuf… Kibel jest prawie pusty. Kto może, siedzi w domu, inni wybierają szybsze połączenia.

Dwa pierwsze przedziały są wolne, w trzecim siedzi trzech pijaków, schylonych nad butelką. Jeden nic sobie nie robi z zakazu palenia – między kciukiem a środkowym palcem trzyma zmiętego klubowego. Brakuje mu palca wskazującego. Zabrał go na pamiątkę tartak.

Mężczyźni piją w milczeniu, tylko ten bez palca zbiera się, żeby coś powiedzieć (tuf-tuf, tuf-tuf), rozchyla usta, w kąciku pojawia się bąbelek śliny; kiedy pęka, grdyka pijaka zaczyna chodzić pionowo i nagle nieruchomieje.

– Jutro święta – mówi pijak, a my jedziemy dalej.

Przedział czwarty. Tu zgromadzili się ludzie. Siedzą razem, choć inne przedziały są wolne. Tyle się mówi o tragediach w pociągach. Wszyscy siedzą na pociętych, popisanych czerwonych fotelach. Najbliżej drzwi rozłożył się Bielak, szesnastoletni metalowiec o prawie białych włosach. Pucułowata twarz kontrastuje z chudymi ramionami. Dżinsy opinają się na udach. Zapadniętą klatkę zakrywa bluza z rysunkiem kobiety ubranej tylko w pentagram. Przed zimnem chroni go skórzana kurtka, którą nosi niezależnie od pogody, pełna wpinek i naszywek. Na szyi Bielak ma rzemyk, a na rzemyku odwrócony krzyżyk; zawsze go zdejmuje, nim wejdzie do domu. Słucha muzyki i czyta książkę. Co jakiś czas zamyka oczy, podrzemuje, by za moment wrócić do Tolkiena. Czytał go wielokrotnie, niektóre strony zna na pamięć, a w domu na półce ma wszystkie trzy tłumaczenia. Nienawidzi pociągów, to czysta strata czasu. Nie lubi też ludzi. Ale teraz, z nimi, jest lepiej. Tylko ten stukot, słychać go nawet przy zamkniętych oknach. Zabija muzykę.

Plecami do Bielaka siedzi starsze małżeństwo z córką. Ojciec drzemie. Przyłożył twarz do okna, od szyby oddziela go stary program telewizyjny z „Dziennika Polskiego”. Mężczyzna rozchyla usta i bezwiednie wysuwa język. Co chwilę podnosi powieki, stwierdza, że wciąż jest w kiblu i do Mysłowic jeszcze kawał drogi. Na nowo zapada w sen, tak płytki, że ledwo w nim brodzi. Sen jest zimny jak grudzień na zewnątrz. Zimny i bezbarwny. Ojciec świszczy, język odpełza w głąb ust i zaraz wraca na miejsce.

– Nie zimno ci? – pyta kobieta i z troską patrzy na policzek przyklejony do gazety.

Mężczyzna wierci się i daje znak ręką, że wszystko w porządku, więc jego żona może wrócić do krzyżówki. Kibel zatrzymuje się co chwilę i wtedy błyskawicznie wypełnia kolejne pola. Nie może tego robić, gdy pociąg jedzie – za bardzo trzęsie – więc gryzie końcówkę jednorazowego długopisu i układa w głowie kolejne hasła. Krzyżówkę trzyma na masywnych kolanach. Jest potężna, szersza od męża, na grubych palcach ma pierścionki, jej twarz wygląda jak wyciosana z kamienia. Na nogach wiją się żylaki.

Córka ma na imię Barbara, ma dwadzieścia pięć lat i mieszka z dwójką dzieci pod Mysłowicami. Mąż robi na tirach i Basia ma nadzieję, że zdąży wrócić przed pierwszą gwiazdką. To dobry facet i prawdziwie ją kocha. Basia uwielbia prowadzić dom i wyobraża sobie, co przyrządzi na Wigilię. Nie może się doczekać, aż siądą całą rodziną przy choince, niczym w szklanej szczęśliwej kuli. Basia nie wie, że ktoś zabrał kutię i barszcz z uszkami, ukradł prezenty, zostawił drzewko nieubrane, bo to już ostatnia godzina jej życia. Tuf-tuf, tuf-tuf…

Po przeciwnej stronie siedzi facet ze studentem. Student patrzy w okno, otwiera tatrę mocną. Piana cieknie po spodniach, więc ściera ją rękawem, klnie cicho i natychmiast milknie. Na siedzeniu obok trzyma plecak. Jedzie do domu, do Katowic. W Krakowie studiuje filozofię i ma dziewczynę Monikę na drugim roku Politechniki. Zastanawia się właśnie, czy wygrałby więcej, zostawiając ją i nurkując w studenckie życie, bo są razem od matury i student ma przeczucie, że coś mu umyka. Lubi siadać w Jaszczurach, pić piwo i patrzeć na tańczące dziewczyny. Latem, wracając do domu, obchodzi kurwi kwadrat (od ulicy Szlak, przez Politechnikę, potem dworzec, Filipa i plac Biskupi), zagląda panienkom w dekolty, ale nigdy nie podchodzi. Boi się. Żałuje, że nie ma samochodu.

Facet obok studenta często jeździ tym pociągiem i zawsze siada w tym wagonie. Nie wybiera się nigdzie. Wie, że kibel ma numer 1272 i jest bardzo szczególny. Dojedzie do końca, wróci na nowe tory i razem pojadą do Krakowa. Facet dobiega siedemdziesiątki. Jest niski, szeroki w barach, z grubymi dłońmi, które bezustannie bębnią w tapicerkę. Ma wąsy, które przypominają szron i dumnie opadają na ogoloną brodę. Papierosy zabarwiły je na brunatno. Facet zerka na zegarek i nagle zrywa się na nogi, przylepia twarz do szyby. Kibel mija się z drugim pociągiem. Facet unosi rękę, jakby w geście pozdrowienia, i opada na siedzenie.

Na drugim końcu wagonu siedzą Stefan i Bartek. Stefan ma trzydzieści siedem lat i jest bramkarzem w dyskotece. Kark przechodzi mu w kaptur. Szary sweter wygląda jak zbroja, na kciuku lśni sygnet. Ogromna dłoń zamyka się na przedramieniu Bartka. Ojciec głaszcze syna po głowie, a ten wypluwa deszcz kropelek śliny. Jest upośledzony. Klaszcze w dłonie, raptownie wybija się z siedzenia i uderza głową w tapicerkę, „uuuuu, uuuuu”, krzyczy, znów pluje, a ojciec odciąga go delikatnie, sadza sobie na kolanach, całuje w czoło, tuli, uspokaja.

Czuje się nagi i kruchy – skóra staje się jak z wosku, a mięśnie ze szkła, tak że gdyby go teraz trącić, zmieniłby się w worek kości. Delikatnie odstawia syna, wpycha mu zabawkę w ręce i idzie między przedziały. Wyjmuje papierosa i pali. „Uuuuu, uuuuu”, dobiega znowu z przedziału i stary dobry Stefek nie wie, czy to naprawdę, czy tylko w jego głowie. Tuf-tuf, tuf-tuf…

Minęliśmy już Kraków Mydlniki. Kierpoć grzebie w papierach z dekla. Kanar dotarł do trzech pijaków, cierpliwie coś tłumaczy, w pełni świadom, że wszystko na nic, bo to w końcu nie Orient Express, ale kibel. Stefan spalił papierosa. Ojciec brodzi we śnie. Matka wypełniła w Mydlnikach osiem długich haseł. „I am immortal, I am strong, I am godforsaken”,brzmi w walkmanie Bielaka.

– Nie miałby pan odsprzedać jednego piwa? – zwraca się facet do studenta.

Chłopak odkleja nos od szyby. Ojciec prycha przez sen. Student z wahaniem sięga do plecaka, wyjmuje kolejną tatrę i wkłada w dłonie staremu mężczyźnie. Facet otwiera pulares w kształcie podkowy, znajduje pięciozłotówkę, ale jego wzrok pada na Historię filozofii Tatarkiewicza. Student wzbrania się przed przyjęciem pieniędzy.

– Nie zdążyłem kupić na dworcu – tłumaczy się staruszek. – W podmiejskich nie ma faceta z piwem.

– Mówię, że żaden problem – odpowiada student, a facet z wąsem nachyla się do jego plecaka, bębni palcem w grzbiet Tatarkiewicza i cofa rękę.

– Znałem profesora – mówi. – Wspaniały człowiek, bardzo go skrzywdzili.

Student kiwa głową. Staruszek ostrożnie otwiera piwo. Student myśli, że powinien go ostrzec, bo piana na pewno się wyleje. Żałuje, że spędzi podróż w towarzystwie starego pierdoły. Staruszek ostrożnie otwiera puszkę i nie cieknie ani kropla.

– Słyszałem o facecie, który otwierał puszkę coli uściskiem dłoni – rzuca.

– Niemożliwe – odpowiada chłopak i przesuwa plecak. Staruszek patrzy na zegarek, podrywa się gwałtownie i spogląda przez okno. Kibel mija się z innym pociągiem. Staruszek unosi rękę, niepewnie, jakby wiedział, że wszyscy na niego patrzą, i opada na siedzenie.

Rozlega się głos zza oparcia:

– Masz jeszcze piwo? – To Stefan. – Jeśli macie piwo, pokażę wam coś ciekawego.

Student patrzy na niego z niechęcią, ale boi się odmówić. Podaje ostatnią tatrę, wściekły, bo do Katowic daleko, a Stefan gestem dłoni zachęca, by wyszli z przedziału. Staruszek podnosi się bez oporu, ale idzie z widocznym trudem.

Student się waha. W końcu wstaje, idzie za staruszkiem i Stefanem, przypomina sobie o plecaku, wraca, narzuca go na ramię i opuszcza wagon. Omal nie potyka się o Bartka. Spogląda na niego z obrzydzeniem, by zaraz wbić spojrzenie w podłogę. Stefan głaszcze syna po głowie, uśmiechem uspokaja, że wszystko jest w porządku. Rozgląda się, ale niepotrzebnie, kanar jeszcze nie skończył z pijakami, a kierpoć tonie w dokumentach. Nikt im nie przeszkodzi.

– Wziąłbyś go za rękę? – prosi Stefan studenta. Bartek natychmiast przypada do chłopaka, rozwiera usta w bezrozumnym uśmiechu. Stefan zna ten wzrok. – Tylko na chwilę – dodaje łagodnie i student ujmuje dłoń chłopca.

Staruszek opiera się o drzwi ubikacji. Stefan obraca tatrę w dłoni, przygryza wargę, odkłada puszkę, zdejmuje kurtkę i daje staruszkowi do potrzymania. Teraz widać wyraźnie, że ramiona ma grube jak krowie udo. Bierze puszkę, przykłada do niej obie dłonie, łokcie ma rozstawione szeroko. Staje w rozkroku, wysuwa prawą nogę, pochyla się i napiera na puszkę. Twarz natychmiast nabiega mu czerwienią, czoło przecinają grube żyły, kark pęcznieje niczym u gada, a ramiona wydają się teraz dwa razy szersze, tylko czekać, aż trzaśnie sweter. Trwa to bardzo długo. Stefan przymyka oczy. Palce na puszce nabiegają fioletem i nagle z tatry tryska złoty strumień. Stefan natychmiast zwalnia uścisk, prostuje puszkę. Otwiera, piwo wciąż się leje, więc upija łyka i oddaje studentowi. Dyszy, opiera się o ścianę. Staruszek bije brawo. Stefan zdobywa się na uśmiech. Student wypuszcza Bartka i dziecko obejmuje ojca w pasie.

– Zawsze mówię, że… – Stefan dyszy z wysiłku – jak mnie już z roboty całkiem wypieprzą, to… to stanę na ulicy i będę wygrywał zakłady.

– Siłownia? – próbuje zgadnąć student. Staruszek zapala papierosa. Paczka krąży.

Stefan odmawia, student się częstuje.

– Też – odpowiada Stefan. – Najpierw tartak, wyrąb drewna. Kopalnia. Łamanie rąk o chodniki.

Wybucha śmiechem.

– Ale odkąd mam małego, zmieniło się wszystko.

– Przegrałbyś kupę pieniędzy – mówi staruszek do studenta.

– Miałem kolegę, który umiał poddusić się w specyficzny sposób – mówi student. – Zaciskał ręce na szyi i twarz robiła mu się dwa razy większa. Normalnie jak słońce. Czerwona i ogromna. Potem śmiesznie wyglądał, bo mu na czole i policzkach żyłki popękały.

– Głupota – stwierdza Stefan. – Zwykła głupota, nic więcej. A ty co potrafisz?

– Mam na imię Marcin – odpowiada chłopak i liczy, że Stefan jakoś zareaguje. Ale ten wodzi oczyma za synem. Mija ich pociąg, staruszek unosi rękę. – Umiem pierdzieć z napletka – wyznaje w końcu – ale to obrzydliwe.

Staruszek kiwa głową ze zrozumieniem, a Stefan zaczyna się śmiać.

– Dawaj!

– Mówiłem, że to obrzydliwe. Poza tym pociąg musi stanąć. Nie będzie nic słychać. Staruszek spogląda na zegarek.

– Za minutę będziemy w Zabierzowie – stwierdza. – Możesz się szykować!

Kibel hamuje ze zgrzytem, staje w pomarańczowym blasku stacji. Marcin obrzuca zebranych spojrzeniem, myśli, że to kompletny idiotyzm, ale co robić, pakuje rękę do spodni, przez moment jest zupełnie cicho.

Widać, jak dłoń chłopaka rusza się w kroczu i nagle słychać dźwięk podobny do odgłosu wydawanego przez otwierany słoik. Pierwszy zaczyna rechotać staruszek, za nim słychać niski, dudniący śmiech Stefana. Kibel rusza ospale, student wyjmuje rękę z gaci i też się śmieje.

– W życiu nie słyszałem niczego takiego – przyznaje Stefan. – Nieźle!

Staruszek już się nie śmieje. Patrzy na zegarek, wbija ręce w kieszenie, by zaraz je wyjąć, drapie się po brodzie i orientuje się, że pozostali na niego patrzą. Ociera usta.

– Mogę pokazać wam coś ciekawego – obiecuje – ale musimy wrócić do przedziału. – Milknie na moment. – Musicie dobrze patrzeć i uważać. To coś naprawdę niezwykłego.

Stefan bierze Bartka za rękę i cała czwórka wraca na miejsca. Staruszek prosi, aby wszyscy usiedli obok niego. Ojciec przebudził się na moment, rozgląda się po sąsiednich siedzeniach i widzi, że student, staruszek i Stefan tkwią nieruchomo i patrzą w szybę. Wzrusza ramionami i odchyla głowę. Basia zerka w krzyżówkę matki. Siedzenie dalej Bielak wyjmuje wyładowaną baterię z walkmana. Zamyka ją w dłoniach i ogrzewa, żeby grało jeszcze parę minut.

– Co jest? – pyta Stefan. Patrzą w okno od kilku minut i nic się nie dzieje.

– Zaraz – uspokaja staruszek. – Przejedzie drugi pociąg, to zobaczycie.

Rzeczywiście, mijają się z innym pociągiem. W jego oknach odbija się wnętrze kibla.

Staruszek unosi rękę, szepcze, wskazuje na szybę. Oczy całej trójki utkwione są w oknie. Student na moment odwraca głowę, za nim Stefan, i znów patrzą na przemykające szyby. Czoło Stefana nabiega krwią. Student blednie. Nie mogą oderwać wzroku. Patrzą.

Patrzą na mnie.

II

Trzebinia. Mieszkanie rewizora Płatka. Rewizor Płatek zbiera się do wyjścia, goli się starannie, wklepuje krem w policzki, wycina włosy z nosa, ociera łzę. Siada na brzegu wanny. Jest w samych szortach, przez przedramię biegnie świeża blizna. Rewizor Płatek przygryza wargę. Ma starannie obcięte paznokcie, poza jednym, na prawym kciuku.

Podważa brzeg strupa i delikatnie odrywa. Rana idzie do mięsa, strup odchodzi jak płat lakieru, a rewizor Płatek podtrzymuje go palcem. Odrywa powoli, bieleją mu wargi. W łazience jest cicho. Rana ma kolor świeżego owocu. Rewizor Płatek wpycha strup do ust, połyka i przyciska wargi do rany. Odchyla się, o mało nie wpada do wanny, dyszy, opuszcza rękę, śledzi wzrokiem strumyczek krwi sunący po kafelkach do kratki ściekowej.

Przez kilka minut rewizor Płatek siedzi nieruchomo. Powinien się spieszyć, jest już spóźniony. Wstaje niechętnie. Widać teraz, że na ciele ma dziesiątki blizn, w większości świeżych. Wygląda jak naznaczony plagą. Przez jego brzuch biegnie szachownica nacięć, szerokie strupy suną w dół i nikną w szortach, wewnętrzne strony ud nabiegły czernią, łydki i stopy znaczą rany.

Rewizor Płatek ubiera się bardzo powoli, dotyk szorstkiego materiału spodni sprawia ból. Wkłada gruby podkoszulek, dopiero na niego ciemną koszulę. Zapina guziki. Odzież jest przebraniem. Rewizor Płatek wraca do lustra, nabiera na palec grubą warstwę kremu i znów smaruje całą twarz. Lśni niczym woskowa świeca, a głowa płonie mu od środka.

Rewizor Płatek ma wrażenie, że żyje w teatralnej rekwizytorni. Idzie przez mieszkanie. Butelkę nałęczowianki zamiast wody wypełnia plastik. Rzędy książek na półkach to atrapa, kartki są niezadrukowane, a okładki puste. Gdyby włączyć telewizor, poleciałby ten sam film, nadawany w kółko, odkąd pamięta. Przygląda się licznym zdjęciom na ścianach, wiszącym w równych rzędach. Wydają mu się bardziej wyblakłe niż zwykle, to pewno wina słońca, które pada na tę ścianę. Rewizor podchodzi, zdjęcia bledną, a gdy staje tuż przy nich, okazuje się, że w ramkach tkwią puste kartki. Rewizor Płatek odskakuje gwałtownie. Musi iść. Trzeba się spieszyć, inaczej będzie za późno.

Narzuca marynarkę, klucze uderzają o ranę na boku, boli nawet przez ubranie. Rewizor Płatek chce wyjść, ale zapomniał teczki. Musi zabrać wszystko, co będzie mu potrzebne w pracy. Teczka jest pusta i podobna do tej, jaką ma kierpoć kibla. Rewizor Płatek krąży po mieszkaniu. Pod telewizorem znajduje blankiety biletów, wciska je w kieszeń i biegnie dalej. Identyfikator leży w łazience, pod folię dostała się woda. Rewizor Płatek trzyma go w ustach. Cegła jest na biurku, dobrze, zgarnia ją do teczki. Jeszcze tylko taryfy i druki wezwań do zapłaty. Te pierwsze odnalazł na kuchennym parapecie, drugie leżały rozsypane koło łóżka. Teraz ma już wszystko.

Chowa papiery do teczki, część druków spada na podłogę, rewizor Płatek schyla się, zbiera. Teczka wreszcie jest zamknięta, rewizor Płatek już może iść. Mimo to tkwi nieruchomo, zgarbiony nad gazetą z programem telewizyjnym. Zaplątała się wśród służbowych dokumentów.

Kładzie dłoń na gazecie, dziewczyna na okładce bardzo mu się podoba. Chciałby przewrócić stronę i zobaczyć więcej zdjęć, ale za bardzo się boi. Cofa dłoń, przełyka ślinę, musi już iść. Zawraca spod drzwi i otwiera pismo. Żadnych zdjęć. Tylko równe linijki tekstu. Rewizor Płatek, rewizor Płatek, rewizor Płatek. Gazeta leci w kąt, kartki szeleszczą: rewizor Płatek. Tak zgrzyta klucz w zamku, tak tłucze się winda.

Rewizor Płatek jest już przed blokiem, w powietrzu tańczą grube płatki śniegu. Rusza szybkim krokiem. Do dworca ma pięć minut marszu. Grupki chłopców stoją w zaciszu bram i śmietników, jakiś facet ciągnie na smyczy skarlałego psa, kobieta targa siaty i rewizor Płatek wyraźnie widzi, że wszyscy zwalniają, jakby byli częścią jednego mechanizmu. Ich głowy obracają się ze zgrzytem i choć sypie śniegiem, rewizor Płatek widzi ich bagniste oczy. Patrzą na niego, patrzą pod nogi, czekają na kamień i upadek. Chłopcy wybuchają śmiechem. Rewizor Płatek orientuje się, co może być nie tak. Facet z psem ma długi płaszcz prochowy à la Colombo; takie sprowadzało się z Niemiec dwie dekady temu. Chłopcy noszą puchówki, podobnie jak kobieta z siatami. Tylko rewizor Płatek idzie przez grudzień w samej koszuli i lekkiej marynarce. Ale nie jest mu zimno. Przeciwnie.

Blizny znaczą ciało ogniem. Przyjemny płomień zbiega się pod pachami i wędruje w głąb ciała. Serce bije szybciej. Rewizor Płatek zaczyna biec.

– Co by się stało, gdyby maszynista usnął? – pyta nagle Basia.

Ojciec odkleja głowę od szyby, ale matka nie podnosi oczu znad krzyżówki. Nie widzi, że dwa siedzenia dalej student, staruszek i Stefan nie mogą oderwać wzroku od okna. Ojciec wzdycha.

– Jesteś jak dziecko – mówi.

Basia zerka w okno.

– Pogoda mi się nie podoba – stwierdza. – Maszynista może być zmęczony. Ojciec garbi się, krzyżuje dłonie między kolanami.

– Mamy coś, co w skrócie nazywamy SHP – brzmi głos kanara.

Matka podnosi głowę, ojciec grzebie w kieszeni na piersi. Basia się uśmiecha. Ojciec znalazł już bilety, kanar obraca je w dłoniach i mówi dalej:

– SHP, czyli system samoczynnego hamowania pociągu. Maszynista musi naciskać guzik w określonych miejscach trasy. Jeśli tego nie zrobi, pociąg samoczynnie hamuje. – Kasuje bilety i zwraca je ojcu. – Ale nie ma takiej potrzeby. To w końcu kolej.

– Słyszałem – mówi ojciec przeciągle – że maszyniści umieją to obchodzić. Drzemać po dziesięć–piętnaście minut. Tak mi mówiono.

– Tato, przestań – ruga go Basia.

Matka wraca do krzyżówki. Kanar wzrusza ramionami.

– Nie ma takiej możliwości – stwierdza, odwraca się i zmierza w stronę Stefana, staruszka i studenta. Zza pleców słyszy głos ojca:

– A prądu wam nie wyłączą?

Kanar na moment tężeje, zaciska wargi, staje, chce się odwrócić i coś powiedzieć lecz, jak za dotknięciem różdżki, znów się uspokaja. Takimi pasażerami można by obsiać błonia. Jadą z nory do nory i myślą, że są w przedziale samego kardynała. Nienawidzą wszystkiego, co ich otacza, i czekają na śmierć kolei. A kolej będzie wieczna, przeżyje jednego buca z drugim i nigdy nie odłączą jej prądu. Nie ze względu na kanara, maszynistę czy kierpocia, ale właśnie po to, by tabuny buców mogły gnieździć się na fotelach, pluć na nie i pierdzieć. Kanar uśmiecha się do własnych myśli i staje nad Stefanem i Bartkiem.

– Dzień dobry, bilety do kontroli.

Dla Stefana i studenta ten głos brzmi jak z innego świata. Student podskakuje gwałtownie, Stefan wygląda, jakby właśnie oberwał między oczy. Podaje bilet kanarowi, student swój wyjmuje z legitymacji. Nerwowo patrzą w okno. Staruszek się nie odzywa, kanar nie zwraca na niego uwagi. Zerka w szybę, spogląda po twarzach całej trójki, uśmiecha się, oddaje bilety i idzie dalej. On także o mnie wie.

– Ma ktoś lusterko? – pyta staruszek. Stefan kręci głową, student zaprzecza.

Staruszek wstaje. Utyka na lewą nogę, utyka poważnie, tak że musi podpierać się o poręcze przy siedzeniach. Nachyla się nad Basią, mówi coś spokojnie i wraca z okrągłym lusterkiem. Wkłada je w dłonie Stefana.

– Zobacz – mówi.

Stefan ogląda przedział w lusterku, mruży oczy ze zdziwienia, przekazuje przedmiot studentowi. Student patrzy przez chwilę. Chce go oddać staruszkowi, ale cofa rękę, wstaje i zwraca lusterko Basi.

– Próbowałem z szybką od zegarka – mówi staruszek – i kilkoma lusterkami. Ale on odbija się tylko w szybach innego pociągu – sprawdza godzinę. – Za półtorej minuty zobaczymy go znowu.

– Dlaczego ten gość nie chciał od ciebie biletu? – chce wiedzieć student. Gryzie się w język; siwy facet jest starszy o co najmniej pięćdziesiąt lat. Tajemnica zniosła formalności.

– Jeżdżę tędy codziennie od czterech lat – odpowiada staruszek. – Studiujesz filozofię, prawda? Jeszcze dziesięć lat temu spotkalibyśmy się na uczelni. Zajmowałem się logiką – kaszle – a teraz jeżdżę podmiejskim pociągiem i wszyscy mnie tu znają.

– A ten facet?

– Kanar wie o nim. Myślę, że wiedzą wszyscy. Przywykli do niego, on chyba też. Na początku bardzo się mnie bał. Ale was chyba się nie przestraszył? Myślę, że w jakiś sposób nabrał do mnie zaufania.

– Jak to? – dziwi się Stefan.

– Świetnie cię rozumiem – odpowiada staruszek. – Na początku też myślałem, że on jest kimś w rodzaju… No, nie wiem, zagubionego kawałka filmu. Ale nie…

Unosi rękę.

– On myśli i czuje. Jakoś… – Opiera dłonie o szybę, podnosi głos: – Uważajcie, nadjeżdża.

Kibel mija się z pospiesznym z Kołobrzegu. Żółte okna przemykają jak klatki filmowe. Widać w nich przedział, staruszka, Stefana i studenta, dalej Barbarę, jej matkę oraz nogi chrapiącego ojca. Tamci nie mają pojęcia, co się dzieje, ale trójka przy oknie widzi mnie wyraźnie. Siedzę w kucki na wolnym siedzeniu, tuż obok pogrążonego w marzeniach Bielaka. Kolana przyciskam do piersi. Długie białe stopy wystają mi ze spodni. Mam luźną koszulę rozpiętą pod szyją i chude ciało – myślę, że ktoś mógłby uznać je za odrażające. Nigdy nie widziało słońca, a skóra jest cienka, napięta. Moja twarz przypomina trochę białe kowadło. Szeroki nos wtapia się w policzki, pod wysokim czołem tlą się oczy, wielkie jak światła pociągu. Najbrzydsze mam usta, bardzo szerokie, spękane, jak świeżo zaszyta blizna. Włosy szczęśliwie zasłaniają odstające uszy, opadając rzadkimi strąkami na kościste ramiona. Staruszek podnosi rękę i mnie pozdrawia. Odpowiadam mu tym samym gestem. Pociąg zaraz nas minie i zniknę im z oczu. I nagle Stefan macha do mnie, więc wyrzucam w powietrze obie dłonie i pozdrawiam całą trójkę. Basia patrzy na nich i chyba myśli, że są popieprzeni.

Pospieszny z Kołobrzegu przepadł, kibel znów sunie samotnie. Staruszek uśmiecha się jak cyrkowiec zdumiewający publiczność starą sztuczką. Stefan bierze Bartka na kolana, chłopiec chichocze. Mężczyzna głaszcze syna po głowie, ale wzrok małego błądzi gdzieś daleko.

Student mówi, że musi zapalić. Wychodzą wszyscy czterej. Tym razem pali także staruszek.

– Czytałem kiedyś o tym – zaczyna student. – To nazywa się postać nadliczbowa. Pojawiają się czasem na zdjęciach. Widziałem jedno takie. To było zdjęcie klasy i jak je wywołali, zobaczyli, że jest na nim jeszcze dziewczynka. Z tego, co czytałem, nie żyła od jakiegoś roku.

– To prosta sztuczka – Stefan opiera się o drzwi ubikacji. – Taki efekt uzyskasz poprzez dwukrotne naświetlenie kliszy.

Student wzrusza ramionami.

– To też było naświetlenie?

– Nie ma co kombinować – stwierdza Stefan. – Myślę, że po prostu widzieliśmy ducha. Co, że nie dzwoni łańcuchami? Posłuchaj – zwraca się do staruszka – przecież badasz tę historię. Może stało się coś złego, tu, w tym przedziale? Może ten duch jest tu uwięziony. Może… Czy moglibyśmy mu jakoś pomóc?

– Nie sądzę, żeby potrzebował naszej pomocy. – Staruszek wydmuchuje dym nosem. – I nie jest duchem, to pewne.

Bartek gramoli się na Stefana. Ten podnosi go, całuje w czoło, ale nie odrywa wzroku od staruszka.

– Ten człowiek, którego widzieliśmy w odbiciu… – zaczyna staruszek – cóż, dziś nic nie zabrzmi za dziwnie, prawda? Otóż myślę, panowie, że ten człowiek jest naszym pociągiem.

Rewizor Płatek stoi na peronie w Trzebini. Wiatr rozdyma mu marynarkę, ale na czole rewizora błyszczą krople potu. Wargi ma wilgotne i drżące, ociera je ręką. Drepcze w miejscu, zatacza małe kółka, wreszcie siada z teczką między kolanami. Z kieszeni wyjmuje chusteczkę, chce przetrzeć rozpaloną twarz i orientuje się, że pot przemieszał się ze łzami. Nagle świat wstrzymuje oddech. Nie słychać już wiatru, ptaków ani ludzi.

Komunikat z głośnika o nadjeżdżającym pociągu osobowym urywa się w pół słowa. Rewizor Płatek przeciera oczy i widzi, że gołąb znieruchomiał w locie i wisi wysoko, jakby na sznurku, otoczony równie nieruchomym śniegiem.

Na drugim peronie zamarli ludzie. Facet przy kiosku zastygł z ręką wyciągniętą po paczkę czerwonych marlboro. Rewizor Płatek z niedowierzaniem zaciska i rozczapierza palce.

Oto ma czas darowany, kawałek tortu wykrojony przez Boga złotym nożem. Czas, w którym dopełniają się decyzje. Rewizor Płatek odchyla się na oparcie, prostuje ramiona. Co dalej? Co powinien ze sobą zrobić? Do rewizora Płatka dociera straszliwa prawda, że lepiej już nigdy nie będzie. Ma czterdzieści pięć lat, za sobą rozwód. Ma też córeczkę, o której wie tyle, że w tym roku idzie do gimnazjum i chyba ma bardzo jasne włosy. Rewizor Płatek nie znajdzie już nowej kobiety i stetryczeje w samotności.

A gdyby rzucić się na tory? Przecież dalej będzie tylko gorzej. Rewizor Płatek jednak boi się śmierci. Co jeśli pociąg będzie jechał zbyt wolno i zamiast do piachu pośle Płatka na wózek inwalidzki? Albo gorzej – przemieni w roślinę? Nie wolno tak myśleć. To czas darowany, czas nadziei.

Rewizor Płatek wie, co powinien zrobić. Przeprowadzi kontrolę najlepiej, jak umie, wróci do domu i upije się porządnie, tak na dobry początek. Od jutra wielką gumką myszką zacznie wymazywać przeszłość. Sprzeda mieszkanie, wyjmie oszczędności, kupi stary samochód i pojedzie, gdzie go oczy poniosą. Pojedzie na południe, tam, gdzie zawsze jest ciepło. Może zacznie pracować na plantacji winorośli? Może kogoś pozna? Głosy wkoło umilkną… Tak, rewizor Płatek pojmuje, że jeszcze nie wszystko jest stracone. Ale najpierw praca. Ostatni dzień.

Rewizor Płatek podnosi się z ławki i świat rusza razem z nim. Gołąb mknie nad peronem w śnieżnej zawierusze, facet odbiera paczkę marlboro, rozrywa celofan i wpycha papierosa do ust. Ludzie krążą na drugim peronie. Rewizor Płatek rozpina marynarkę, zaciska palce na teczce, drugą ręką strzepuje z siebie śnieg.

Kibel ze zgrzytem wtacza się na peron, staje, otwierają się drzwi. Rewizor Płatek patrzy w okna, widzi staruszka i Stefana, wzrusza ramionami, przyspiesza kroku. Wsiada do pierwszego wagonu, w przejściu zderza się z kierpociem. Kierpoć obdarza go zdumionym spojrzeniem, podają sobie ręce. Rewizor Płatek idzie do maszynisty, a kierpoć sunie za nim, bo w oczach rewizora Płatka dostrzegł coś niepokojącego.

Józef spogląda przez ramię, widzi rewizora. Uśmiecha się do niego, ale gdy rewizor Płatek odwraca wzrok, Józef i kierpoć wymieniają porozumiewawcze spojrzenia.

– Nie jest ci zimno? – pyta Józef rewizora Płatka.

Rewizor Płatek nie odpowiada. Siada w rogu i kładzie sobie teczkę na kolanach. Kierpoć idzie na peron zobaczyć, czy ktoś wsiada. Józef nie podejmuje prób rozmowy i patrzy przed siebie. Rewizor Płatek otwiera walizkę, chce wyjąć bloczki i przypiąć sobie identyfikator. Zagląda do środka, zaskoczony i zdumiony. Odruchowo zamyka walizkę, by zaraz otworzyć ją ponownie.

Pamięta, że brał wszystkie potrzebne papiery. Gdyby się skupił, przypomniałby sobie, skąd co zabierał. Może teczki zostały podmienione? Nie, przecież nie wypuszczał jej z rąk, zresztą to jego teczka, poznaje naddarty grzbiet i zadrapanie na rogu. Przełyka cierpką ślinę, podnosi głowę i stwierdza, że nie wzbudził niczyjego zainteresowania. W teczce zamiast papierów leży długi nóż kuchenny. Rewizor Płatek ostrożnie dotyka zimnej stali i wodzi palcem po ostrzu. Sprawia mu to przyjemność.

– Nikt nie może być pociągiem – mówi student. Kuca i zadziera głowę.

– Nie istnieją też same odbicia – zwraca uwagę Stefan.

– To tylko hipoteza – uściśla staruszek. – Trudno mi ją zweryfikować w jakikolwiek sposób. Myślę, że właśnie po to wam go pokazałem: aby potem podzielić się wątpliwościami.

– Dawaj – zachęca Stefan.

Staruszek zaczyna mówić.

– Kiedy zobaczyłem go pierwszy raz, myślałem, że to złudzenie optyczne. Potem, że jakiś dziwaczny efekt. Słyszałem, że jeśli ktoś długo patrzy przez okno, jego odbicie zostaje utrwalone na szybie. Szybko okazało się, że nasz przyjaciel reaguje na moje ruchy, i to bardzo żywiołowo. Myślałem później, że widzę fragment przeszłości, że stałem się świadkiem jakiegoś czasowego paradoksu, ale znowu nie, z tego samego powodu co wcześniej. Wówczas pomyślałem sobie, że ten człowiek jest pociągiem.

– Pociągiem w ogóle? – chce wiedzieć student.

– Nie, skąd, tym konkretnym. Naszym poczciwym pociągiem podmiejskim – ciągnie staruszek. – Zwróćcie uwagę, jak chętnie nadajemy ludzkie cechy martwym przedmiotom. Kiedy jakiś tabor ma opóźnienie, mówimy, że „pociąg się spóźnia”, a nie „jest opóźniony” czy „maszynista pociągu tego a tego się spóźnia”. Kiedy się spieszymy, nasze słowa i myśli stają się nacechowane emocjami. Mówiąc nieco uczenie, nasz przyjaciel jest efektem ubocznym semantyki. Innymi słowy, samiśmy go sobie zrobili.

– Nie bardzo nadążam – przyznaje Stefan. – To w końcu człowiek czy pociąg?

– Pociąg – stwierdza staruszek. – Mogę założyć, że ma pewne cechy ludzkie, ale nie jest człowiekiem. Choćby dlatego, że nie przeszedł normalnej, ludzkiej drogi. Nie urodził się, nie dojrzewał. Ma emocje, którymi go obdarzyliśmy. Myślę, że w jakiś sposób jest świadomy, ale nie tak jak ty czy ja.

Oczy staruszka błądzą chaotycznie po wagonie, zatrzymują się dopiero na Bartku.

– Przepraszam, że to mówię. Jest trochę jak twój syn.

Stefan kiwa głową.

– Mów dalej – prosi.

– Kontakt z nim jest bardzo ograniczony. Ma własny świat, niekompatybilny z naszym. To znaczy coś tam nas łączy, ale żyjemy w dwóch różnych rzeczywistościach.

– Dlaczego? – pyta student. – Przecież odpowiada, gdy pomachasz ręką. W oczach Stefana widać, że świetnie wie, o co chodzi staruszkowi.

– Nauczył się. Ale jest niekompletny, jak układanka ze zgubionymi elementami. Ma tylko te cechy, którymi ludzie go obdarzyli. Przybrał ludzką formę, bo tylko człowiek może się spóźniać albo spieszyć, prawda?

Student kiwa głową.

– Więc on może być złośliwy albo przyjazny, czysty albo brudny. Jest czyścioszkiem albo brudaskiem, jeśli wolicie. Może nawet być mądry albo głupi, wiecie: „Czemu ten głupi pociąg tak się wlecze?”. Ale nie jest czuły, nie jest zatroskany, nie ma na nic nadziei i tak dalej. Dlatego mówię, że on nie jest człowiekiem, tylko pociągiem. Gdyby stanął tu przed nami, nie porozumiałbyś się z nim. Byłby…

– Jak Bartek – uzupełnia Stefan.

– Właśnie – przyznaje staruszek.

– To po co zawracasz sobie nim głowę? – pyta student.

Staruszek uśmiecha się szeroko. Jego zęby są brązowe, przypominają korę.

– Całe życie zajmowałem się logiką – odpowiada. – Świat był dla mnie zbiorem przyczyn i skutków, takim wielkim drzewem z mnóstwem rozwidleń. Potem zobaczyłem jego. Anomalię. Coś, czego nigdy nie powinienem wiedzieć. I nagle pojąłem, że wkoło nas bije sekretne życie – zatacza koło ręką – wszędzie.

– W innych pociągach jest podobnie? – pyta Stefan.

– Wszędzie – powtarza staruszek. – Jeśli z pociągiem się udało, to czemu nie z komputerem? Z samochodem, telewizorem, pralką? Tworzymy cienie wokół wszystkiego, co nas otacza. I te cienie ożywają. Ale nie mamy nad nimi kontroli.

– Indianie – stwierdza student. – Manitou.

– Możliwe – przyznaje staruszek. – Ale Indianie nie wyszli poza prostą magię, poza totemiczne kulty. My żyjemy w epoce postreligijnej. I na przekór wszystkiemu, kiedy przejedzie następny pociąg, człowiek, którego nie ma, nam pomacha.

III

Rewizor Płatek idzie przedziałem w stronę kabiny maszynisty i zostawia za sobą przeszłość. Gubi plany i marzenia jak drobne. W śniegu ląduje ostatni paproch nadziei. Wiem, co dzieje się w rewizorze Płatku, i rozpoznaję pustkę, która w nim gości. Pustka przychodzi zawsze na krótko i woła, aby ją wypełnić. Płatek przystaje. Zerka na okno i nagle staje się mocniejszy, jakby urosły mu kości. Jeśli jeszcze przed chwilą miał wątpliwości – one już zniknęły.

Śnieżyca się wzmogła i Józef jedzie ostrożnie. Kibel dudni i burczy, tory giną w śniegu. Niebo jest fioletowe, chmury wiszą nisko – prawdziwy grudzień, ścięty mrozem, rozpruty przez lód, przyprószony bielą. Myśli Józefa biegną w stronę domu, który jest, jaki jest i lepszy już nie będzie, ale należy tylko do niego. Kolej uczy pokory, kolej uczy stabilności, jeśli pracujesz na kolei, wiesz dobrze, co przemija, a co pozostaje niezmienne.

Józef krzyżuje nogi, ma ochotę na papierosa. Nie odrywa oczu od torów i przetrzepuje kieszenie w poszukiwaniu klubowych. Podnosi się lekko, chce sprawdzić, czy nie ma ich w tylnej kieszeni, i nagle coś sprawia, że musi usiąść. Jakby potężna dłoń wbiła go w fotel. Wszystko wkoło nabiera barw, tory stają się tęczowe, szyba przechodzi w kryształ, lśni w nowym słońcu. Józef podnosi rękę, dotyka karku, z którego sterczy coś zimnego; ostrze przeszło na wylot i wystaje z szyi. Maszynista zastyga, krew z nosa i ust bucha na sweter. Mężczyzna charczy, barwa torów przechodzi w czerwień i nagle światło gaśnie, jest ciemno i ciepło, tak ciepło jak nigdy w grudniu. Józef osuwa się na podłogę, szklane oczy patrzą w sufit. Rewizor Płatek nachyla się nad ciałem, wyjmuje nóż, wyciera ostrze o koszulę zmarłego. Jest skupiony i spokojny.

Prostuje się, sztywnym krokiem opuszcza kabinę maszynisty. Przy drzwiach się odwraca. Myśl, że pociąg pędzi przez Polskę niekierowany przez nikogo, napawa go optymizmem. Tuf-tuf, tuf-tuf…

W służbowym przedziale kierpoć dochodzi do ładu z papierami. Teczkę trzyma na kolanach, bierze świstek za świstkiem, czyta, odkłada na równe kupki, jego palce krążą szybko, zlewają się w smugę. Podnosi głowę i widzi rewizora Płatka szybkim krokiem idącego przez przedział, z prawą ręką schowaną za plecami. W jego oczach dostrzega coś, co każe mu się zerwać na nogi, teczka zsuwa się z kolan, cenne papierzyska lądują białą ławicą na podłodze. Kierpoć cofa się o krok, zahacza o fotel, tylko refleks chroni go przed upadkiem. Rewizor Płatek wyrasta tuż przed nim, zza pleców wyjmuje nóż. Kierpoć widzi za nim puste siedzenie maszynisty i dobrze wie, co się wydarzyło.

Rewizor Płatek wznosi nóż, lecz kierpoć podbija mu rękę i ostrze wchodzi głęboko w przedramię. Kierpoć krzyczy, ale zaraz poprawia z łokcia i twarz rewizora Płatka niknie za obłokiem krwi. Kopniak w krocze, Płatek kuli się, opada na kolana, a ręka z ostrzem wybiega do przodu, uderza kierpocia w udo.

Tętnica jest przecięta, kierpoć pada i leży już na plecach, pobladły, gorączkowo łapie powietrze. Rewizor Płatek wpełza na kierpocia i raz za razem zagłębia nóż w jego piersi. Kierpoć jeszcze chwyta Płatka za głowę, szarpie, w palcach zostaje mu garść włosów. Wreszcie kierpoć nieruchomieje.

Rewizor Płatek podnosi się znad ciała i opiera o ścianę. Zdejmuje marynarkę – najchętniej rozebrałby się do naga, tak mu gorąco. Musi odpocząć. Wsłuchuje się w rytm pociągu, zamyka oczy, a kiedy otwiera je na powrót, ciało na podłodze wygląda nierzeczywiście. Nie ma prawa tu leżeć, przecież nic się nie stało. Rewizor Płatek orientuje się, że krwawi. Chwyta się za przedramię, robi krok do przodu, lecz pozbawiony oparcia, natychmiast pada na kolana. Pluje krwią, pełznie, chwyta klamkę i podnosi się do pionu. Tuf-tuf, tuf-tuf…

– Teraz żałuję, że wam go pokazałem – stwierdza staruszek – ale bardzo chciałem to zrobić. Wiecie, czasem myślę, że zwariowałem.

– To jest nas trójka – mówi miękko Stefan.

– Coś takiego zmienia człowieka – ciągnie staruszek, jego oczy błądzą po oparciu, głos zlewa się z dudnieniem pociągu – i nic nie jest już takie samo. Orientujesz się, że świat nie jest taki, jakim go znałeś. Jakby zamieniono ci oczy. Patrzysz inaczej na swój dom, na bliskich. Cień za tobą ukrywa nóż, słyszysz, jak coś się skrada. Dlatego teraz żałuję, że wam go pokazałem.

Student z powagą kiwa głową. Stefan patrzy na biegającego po przedziale Bartka, marszczy czoło i kładzie rękę na ramieniu staruszka.

– Eee, nie będzie aż tak źle.

Bielak słucha muzyki z zamkniętymi oczyma. Nie może się doczekać, kiedy już dojedzie na miejsce. Czuje się zmęczony pociągiem, ludzie za nim śmierdzą, a ci dalej poszaleli zupełnie, to gapią się w okno, to jeden przesłuchuje drugiego. I jeszcze ten okropny bachor ganiający po przedziale. Bielak odwraca twarz do okna i pogłaśnia muzykę. Ogrzana bateria sprawuje się nad wyraz dobrze. Do domu już niedaleko. „Let it rain a day, a week, a year”,brzmi w słuchawkach. Za oknem wiatr miota śniegiem.

Kibel pędzi przez las. Bielak przykłada twarz do szyby i natychmiast ją cofa. Zbyt zimno. Nie może się doczekać Katowic, żałuje, że nie wziął piwa. Zdejmuje słuchawki i podnosi się z fotela. Nie cierpi ubikacji w miejscach publicznych, wolałby się odlać do gnojówy.

Kibel zwolnił. Bielak otwiera drzwi ubikacji, robi niepewny krok. Jest gorzej, niż myślał. W ocalałej połowie lustra Bielak widzi własną bladą twarz. Zaciska usta, mruży oczy i podoba się sobie. Poniżej jest muszla, z pęknięcia wylewa się woda. Opuszczoną klapę sedesu pokrywają wymiociny podobne do jajecznicy. Bielak wycofuje się i zamyka drzwi.

Chce iść poszukać innej ubikacji, ale wpada na lepszy pomysł. Zerka do swojego wagonu, wszyscy są zajęci sobą. Kibel jedzie wolno. Bielak podchodzi do rozsuwanych drzwi na zewnątrz, szarpie za klamkę, do pociągu wpada chłód i zapach zimy. Chłopak staje w rozkroku, tuż nad najwyższym stopniem. Lewą ręką trzyma się uchwytu, prawą rozpina spodnie; dżinsy zsuwają mu się do kolan. Z białych slipów wysupłuje członek i daje ulgę pęcherzowi. Strumień moczu skręca. Bielak opuszcza głowę. Widzi ośnieżone czapy na drzewach i płytki rów na poboczu torów. Chce skończyć jak najszybciej, ale nie może przestać, jakby odlewał się za cały zespół Iron Maiden wraz z obsługą techniczną i szefem fanklubu. Boi się, że zaraz przyjdzie konduktor i wlepi mu mandat. Bielak świetnie wie, co zrobi – wysika się do końca, otworzy drzwi do ubikacji, wskaże na wymiociny i powie: „Z chęcią sikałbym gdzie indziej, ale gdzie?”.

Bielak słyszy, że ktoś nadchodzi, ale z pewnością nikt z obsługi pociągu. Kroki są słabe i niepewne. Może więc lać spokojnie, to kolej, miejsce, gdzie każdy interesuje się wyłącznie sobą. Za Bielakiem wyrasta rewizor Płatek. Zakrwawiona ręka wisi bezwładnie, na piersi i pod pachami widnieją ciemne plamy potu. Rewizor Płatek przymyka oczy, podpiera się ściany, by puścić się i zrobić pijacki krok do przodu. Bielak boi się narkomanów, wiele słyszał o strzykawkach z krwią zakażoną AIDS. Ma nadzieję, że Płatek pójdzie dalej, ale rewizor stoi tuż za nim, tak że czuć jego mdły oddech.

– Pomóc w czymś? – pyta Bielak. Chce odciągnąć uwagę Płatka, zapiąć spodnie i spadać.

Rewizor Płatek kręci głową i całym ciężarem opada na Bielaka. Pchnięcie jest bardzo silne. Nogi chłopaka tracą oparcie, kopią powietrze, Bielak wisi na jednej ręce, drugą usiłuje podtrzymać spodnie. Rewizor Płatek powinien wypaść za nim, ale stoi w drzwiach i teraz Bielak widzi nóż. Zaczyna krzyczeć. Wydaje mu się, że rewizor Płatek jest olbrzymem, z twarzą wielką i białą jak talerz satelitarny, dłońmi umorusanymi sadzą i plecami, które musi garbić, żeby się zmieścić w pociągu. To smoluch, zły duch powodujący katastrofy, kolejowe wcielenie diabła. Ma dłonie utkane z kolców i cienką skórę, pod którą obracają się tysiące trybików.

Nóż unosi się i opada, ostrze tnie dłoń Bielaka i chłopiec spada pod koła. Próbuje się odbić i wylądować w rowie, ale kibel jest nieubłagany, miażdży mu kolana. Wraz z Bielakiem krzyczy śnieg na drzewach. Chłopiec leży na plecach, nad biodrami sunie mu pociąg. Odwraca głowę i widzi ogromną twarz smolucha. Pociąg się oddala, ale ona nie maleje.

Ostatnim wysiłkiem Bielak próbuje się podnieść na łokciach. Kibel już przepadł w zimie. Chłopak nie czuje już bólu, głowę otula mu puchowy kożuch, niebo czernieje. Na twarz Bielaka pada śnieg. Śnieg jest ciepły.

Rewizor Płatek wchodzi do następnego wagonu. Przepełnia go rozkoszna siła. Pod skórą nagle wyrosły mięśnie, ma wrażenie, że urósł. Mógłby sięgnąć wzrokiem na koniec pociągu i łamać stal gołymi dłońmi. Bije w nim serce świata.

Wszyscy widzą, co się stało. Staruszek kuśtyka w głąb przedziału, Stefan chowa syna za siebie, student kamieniej – nie wierzy, że to dzieje się naprawdę. Najbliżej rewizora Płatka jest Basia z rodzicami. Ojciec zrywa się gwałtownie, próbuje osłonić córkę. Rewizor Płatek tnie go w pierś, niecelnie, ostrze wbija się w prawy bok i ojciec osuwa się na kolana, łapiąc powietrze. Rewizorowi Płatkowi przypomina rybę.

Dobry Boże, to dzieje się tak szybko! Matka pada na ziemię, obejmuje męża i próbuje zatkać ranę dłońmi. Szepcze mu coś do ucha, ale ojciec chyba nie słyszy. Odchyla głowę do tyłu, oddycha ciężko, przymyka oczy.

Basia zrywa się z fotela, popycha rewizora Płatka, odwraca się i gna w głąb wagonu. Ale rewizor Płatek nie upadł, nawet się nie zachwiał. Jest szybszy od dziewczyny, unosi rękę. Ostrze trafia w plecy, tuż pod łopatkę. Basia nieruchomieje. Szeroko otwiera oczy i widzi wszystko, co jej umknęło – Wigilię, prezenty, dorastanie dzieci, budowę drugiego domu, wakacje, starość. Przyszłość zamyka się w odgłosie upadku.

Stefan biegnie w stronę rewizora Płatka, a w kabinie maszynisty włącza się alarm. System samoczynnego hamowania pociągu uruchamia się automatycznie, maszynista Józef nie skasował przycisku przy czuwaku okresowym, zostało jeszcze pięć sekund, nim kibel rozpocznie hamowanie.

Rewizora Płatka ogarnia zwątpienie. Stefan jest ogromny, tu nóż nic nie pomoże, to jakby strzelać z wiatrówki do niedźwiedzia. Rewizor Płatek stoi z rozkrzyżowanymi ramionami. Stefan rośnie w jego oczach, a kibel hamuje gwałtownie, trzy wagony dalej ciało kierpocia przetacza się przez przedział przy akompaniamencie nieznośnego pisku hamulców. Student pada na fotel i uderza szczęką w poręcz. Staruszek, wagon dalej, osuwa się na kolana, chwyta za serce. Stefan leci bezładnie na wysunięty nóż.

I znów świat zamiera przed oczyma rewizora Płatka. Cisza, umilkł stukot kół.

Zupełnie jak chwilę wcześniej, na peronie w Trzebini. Stefan wisi w powietrzu. Student zastygł na siedzeniu, z kolanami podciągniętymi pod brodę. Plecy staruszka znieruchomiały z tyłu wagonu. To czas darowany i nie wolno go marnować. Rewizor Płatek idzie przez nieruchomy pociąg, staje przed Stefanem, przymierza się do ciosu. Otwiera mu gardło wolnym, precyzyjnym ruchem. Odsuwa się o krok. Krew na razie nie płynie. Rewizor Płatek wbija nóż w klatkę piersiową i prowadzi ostrze w dół, aż do brzucha. Nóż skręca, dochodzi do boku. Płatek wyciąga ostrze i świat ożywa.

Kibel mija się z innym pociągiem. Odbijam się w jego oknach.

Student, który trzyma się za rozbitą szczękę, widzi wyraźnie, jak wstaję z fotela i biegnę w stronę rewizora Płatka. Wybijam się w górę, mijam Stefana i wtedy rewizor Płatek odwraca głowę w stronę okna. Widzi mnie wyraźnie, jego oczy zwężają się, Stefan uderza o podłogę, a rewizor Płatek rzuca się do ucieczki. Jestem szybki, dopadam Płatka jeszcze przed drzwiami. Moje ręce wnikają w jego ciało i nagle rozumiem, że nie ma już odwrotu. Wewnątrz rewizora Płatka panuje chłód. Serce prawie nie bije, wchodzę głębiej, wypycham chory umysł Płatka cal po calu, zagnieżdżam się w palcach, spływam do kolan, tnę węże w jego głowie. Rewizor Płatek cofa się przede mną, naciskam, jestem silny, moje żelazne ciało nie znosi sprzeciwu. I rewizora już nie ma. Przepadł, nie wiedząc nawet, co się stało.

Patrzę na swoje dłonie. Opuszkami dotykam twarzy. Pociąg wyhamował. Odwracam się i patrzę na przedział. Basia leży bez życia, ojciec jest nieprzytomny. Ocaleje. Matka klęczy na podłodze, drży, nie wie, że rewizor Płatek przepadł i nie stanie się już nic złego. Student próbuje wstać, ale ból paraliżuje mu ruchy. Z tyłu słyszę tupot. To staruszek wraz z kanarem biegną sprawdzić, co z pozostałymi.

Pośrodku przedziału stoi Bartek, sparaliżowany strachem. Nie może oderwać wzroku od ciała Stefana. Dopiero kiedy się zbliżam, przenosi spojrzenie na mnie. Cofa się niezdarnie. Wyczuwam jego strach. Mam na sobie krew rozlaną przez rewizora Płatka, ale przecież nie jestem Płatkiem i nie chcę nikogo skrzywdzić. Zbliżam się do Bartka, kucam, wyciągam czerwone dłonie. Z oczu Bartka płyną łzy i nagle chłopiec zaczyna rozumieć, poznaje mnie. Z płaczem ląduje w moich ramionach.

Podnoszę go i całuję w czoło. Wychodzę. Kątem oka widzę, że student wstaje, w drzwiach pojawiają się kanar i staruszek. Staruszek jest bardzo blady, potrzebuje pomocnego ramienia, aby ustać. Otwieram drzwi, wybiegam z pociągu i nikt nie próbuje mnie gonić.

Staruszek staje w drzwiach, zeskakuje, ląduje w śniegu. Brnie na początek pociągu, podpiera się o wagon. Za nim wychodzą kanar i student. Kanar dopada staruszka, chce go powstrzymać, ale zamiast tego idą razem. Kanar puszcza się biegiem za niknącą sylwetką, wyciąga nogi, pot występuje mu na czoło, wreszcie rezygnuje. Stoi, dyszy i obserwuje, jak ciało rewizora Płatka biegnie równo i pięknie, bez śladów zmęczenia – biegnie z siłą maszyny.

Pędzę środkiem torów, nie czując bólu ani chłodu. Zostawiam kibel, tę martwą skorupę, zostawiam staruszka, studenta i kanara, mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze. I zaraz przestaję myśleć. Prowadzi mnie rytm torów i bicie serca chłopca. Ciało rewizora Płatka poddaje się mojej woli, biegnę szybciej i szybciej, nigdy nie zejdę z torów, nigdy się nie zatrzymam. Otacza mnie grudzień, śnieg i ptaki.

W piersi tłucze się żelazne serce. Jego rytm uspokaja chłopca, Bartek wie, że nigdy nie zrobię mu krzywdy. Dam mu cząstkę mojej stali, pokażę rzeczy, o których nawet nie śnił. Wyrzucam powietrze z płuc i wykrzykuję w noc:

– Tuf-tuf, tuf-tuf…

Autostrada

Wieczór był suchy i ciepły. Poklepałem Mirka w ramię.

– Mogę ci pomóc.

– We dwóch będziemy robili to rok. Popatrz, popatrz na ten sufit. Więcej grzyba niż farby. Jakbyś wyczarował paru chłopców, kupiłbym, co trzeba, i jakoś pchnął ten wózek. Śmiej się – jak przyszedłem, bałem się wejść. Serio mówię, stary. Kręciłem się wokół tej rudery chyba z pół godziny. Potem zamek nie chciał się otworzyć, a potem, Jezu… Zdrowie.

– Zdrowie.

– Zabrałem się do motelu. Myślałem, czy nie zadzwonić po dziwkę, ale popłakałbym się w jej cycki. Siedziałem tak przez dwa dni. Urządziłem tylko ten pokój i kuchnię, jak widzisz, da się spać, ale z jedzeniem gorzej.

– Śmierdzi – zauważył Mirek.

– Wiem. Myślałem, że zdechło tu jakieś zwierzę. Obszedłem dom, zszedłem nawet do piwnicy. Nawet nie wiesz, co tam się dzieje.

Mirek pociągnął nosem.

– To szambo. Wylało.

Kolejna radość,pomyślałem i usiadłem przy Mirku. Patrzyłem na ściany jak z bunkra, na gołą żarówkę i podłogę w kolorze grochówki. Znów chciało mi się płakać.

– Kiedy byłeś tu ostatnio? – zapytał Mirek.

– W dziewięćdziesiątym szóstym. Jak matkę odwoziliśmy do szpitala. Nie było cię jeszcze wtedy, prawda? Obiecałem jej, że będę przyjeżdżał trzy razy w tygodniu, karmił kury, czyścił meble i takie tam, wszystko na jej powrót. Nie pojechałem. Nie wierzyłem, że wróci. Cieszę się, że nie leży na tym cmentarzu tutaj, co go woda podmywa. Pamiętasz, jak Raba wylała? Trumny płynęły w dół, polami.

– Cieszyliśmy się. – Mirek napełnił szklanki. – A tobie, widzę, się powodzi.

Piliśmy finlandię.

– Stare zapasy. Teraz jest ciężko. Trzeba jakąś pracę znaleźć.

– Co robiłeś wcześniej?

– Kombinowałem, jak każdy. Czy, powiedz mi, da się tu żyć, nie kombinując? Ty kiedy wróciłeś?

– Cztery lata temu – odparł. – Nie skończyłem studiów. Żyło się studencko, a jakże. Jedna poprawka, druga, bania i do widzenia. Nie chciałem tutaj wracać, Boże, ty jeden wiesz jak bardzo nie chciałem wracać. Robiłem na budowie, byłem majstrem. Firma sprywatyzowała się i forsy było jak lodu. Zmiażdżyło mi stopę. Dlatego chodzę jak z gwoździem.

– Pech.

– Pech albo i szczęście. Jak w połowie lat dziewięćdziesiątych te czerwone skurwysyny przywaliły podatkami, firma padła, trzy miesiące po tym jak dostałem rentę. Mogę chodzić, choć w piłkę nie pogram, chyba że tak jak ty, jeszcze w podstawówce. Skakałeś jak kangur, na tej jednej nodze… W domu zrobię, ojcu pomogę, nim się wyprowadzi do Abrahamów. To małe miasto, nawet nowego osiedla nie wybudowali. Wszystko tanie. Da się żyć.

Zamilkliśmy. Byłem pewny, że myślimy o tym samym. Popatrzyłem poważnie na Mirka.

– Nie byłem tam – powiedział. – Ani razu nie poszedłem. Nawet nie wiem, czy drzewo jeszcze jest. A ty?

– Obiecaliśmy sobie przecież – odparłem.

Spojrzeliśmy na siebie i wszystko było jasne. Mirek spoważniał. Nalał. Butelka się kończyła.

– Co wiesz o naszych?

– Bartek jest dzieciaty i przeniósł się do Brzeska. Chyba robi w Tepsie albo coś z komputerami.

– Kulfon?

– Kulfona byś nie poznał. Biznesmen pełną gębą, fura, panie kochany, dziwne, że nie trąbi, jak jedzie przez miasto.

– Chujem był i chujem zdechnie.

– No.

Cisza.

– Beata też wróciła. Czekaliśmy tylko na ciebie. – Mirek roześmiał się. – Pamiętasz ją jeszcze? Pamiętasz wszystko?

Gdy masz dziewiętnaście lat, wierzysz, że można tylko wzrastać.

Pamiętam klasę pół roku przed maturą. Trudno pojąć panikę narastającą z dnia na dzień. Tymczasem maturę zdaje każdy, kto umie się podpisać. Przejdzie, przebrnie, przepchną go, a nawet przeniosą, byle nie podważyć imienia szkoły. Stworzono drażniącą fikcję, rozpisano role nauczycielom, rodzicom, kolegom, rodzeństwu. Kazano zakuwać i siedzieć jak na szpilkach.

Piękna wiosna, pogoda złamała się jak kij. Do marca padał śnieg, a potem pstryk, zapłonęło słońce. Popołudnia spędzałem u Beaty.

Po raz pierwszy kochaliśmy się szesnastego marca. Beata nie była dziewicą, ja tak. Kłamałem o kobietach, które sunąłem we wszystkie trzy dziurki, ale jak przyszło co do czego, nie wiedziałem, gdzie jest cipa. Zrobiliśmy to trzy razy i czułem się, jakbym wygrał na wszystkich loteriach świata. Leżałem przy niej i śmiałem się do świata. Pyk!,i Krzyś został mężczyzną. Szesnasty marca.

Pamiętam datę dlatego, że szesnastego marca zaginął pierwszy chłopiec ze szkoły. Następnego dnia Zimnik został postawiony na nogi. Michał Trzmiel, zwany Kulą, przepadł i nie chciał się znaleźć. Rozmawiałem z policją, ale nie pomogłem. Kula często włóczył się po okolicy. Mirek widział go kiedyś, jak trzepie konia w zagajniku za miastem.

Z Kulą było tak, że mało kto go znał, a jak znał, to nie lubił. Trudno polubić kolesia z jedną połową kanapki w dłoni i drugą rozsmarowaną na twarzy. Kula pętał się więc po mieście bez większego celu, potem zaczął wędrować po okolicznych polach. Wtedy, w marcu, przepadł na dobre.

Mirek był wściekły, bo przestaliśmy przychodzić na drzewo. Kazano nam siedzieć w domach – powróciły wszystkie opowieści o zboczeńcach i tylko Konrad opowiadał, że słyszał, jakoby Kulę porwało UFO. Ludzie z Zimnika kręcili się za miastem i nie chcieliśmy, by złapano nas siedzących na gałęzi, z papierosami i butelką. Kula nigdy się nie znalazł, sprawa przycichła i pod koniec miesiąca znów przyłaziliśmy pod drzewo i piliśmy wino.

Drzewo rosło na wzgórzu za miastem, a wino nazywało się Skat. Skat kosztował tyle co dwa ciastka w szkolnym sklepiku, tylko był słodszy i śmierdział. Szliśmy do sklepu w piątkę, braliśmy po jednym i wspinaliśmy się na szczyt. Drzewo było samotne, wysokie, ale po gałęziach można było wejść prawie na wierzchołek. Widzieliśmy cały Zimnik, z ryneczkiem, wieżą ratuszową i kolorowymi dachami wcinającymi się w morze gomułkowskich bloków. Na rynku od rana do zmroku przesiadywało stadko emerytów, między innymi dziadek Mirka. Niektórzy drzemali, inni rozprawiali o pogodzie i polityce, czasem któryś się podnosił, by przegonić cygańskie dzieci depczące kwietniki i bawiące się w nieczynnej fontannie.

Była nas piątka: Mirek, Mały, Konrad, Beata i ja. Zaczęliśmy tutaj przychodzić na początku wakacji. Liczyłem, że wypiliśmy tysiąc win. Przegadaliśmy wszystkie tematy, opowiadaliśmy sobie o planach i obawach. Przewałkowaliśmy każdą pierdołę i każdego znajomego. Nigdy nikogo nie zaprosiliśmy. Tylko Bożej dobroci zawdzięczamy, że żadne z nas nie spadło po pijaku na głupi łeb.

Nie pamiętam tak ciepłego marca. Dochodziła dziewiąta, miałem lekką bluzę z ohydnym nadrukiem. (Czego wtedy słuchałem? Zespół nazywał się Cannibal Corpse i miał okładki pełne trupów jedzących się nawzajem). Obok Beata kończyła wino. Niżej chłopaki pluły z nudów.

– Skończyłem – rzekł Mirek i rzucił butelkę. – Odda się następnym razem. Pijcie szybciej. Muszę spadać, bo stara się wkurwi.

Powiedziałem mu, że też kończymy, i chciałem dorzucić coś złośliwego, gdy Beata chwyciła mnie za rękę.

– Zobacz, ile samochodów.

Grzbietem wzgórza sunął sznur świateł.

– Auta jak auta – rzekł Konrad i splunął.

– No.

– Dużo ich – burknął Mirek – spadamy.

– Nie widziałam ich wcześniej – upierała się Beata.

Milczeliśmy chwilę. Auta sunęły niespiesznie i znikały za wzgórzem.

– Ja też ich nie widziałem – przypomniałem sobie. – Nie wiem nawet, czy tam jest droga.

– To po czym jadą, po trawie? – Mirek zeskoczył z drzewa. – Są auta, to i droga jest. Idziecie czy nie?

I poszedł. Konrad z nim.

Zostaliśmy we troje. Objąłem Beatę. Mały, cholerny głupol, też mógłby pójść. Patrzyłem na samochody i próbowałem sobie przypomnieć, czy w dzień widziałem drogę na wzgórzu, a także czemu nie zwróciłem uwagi na światła. Wypiłem na drzewie galon wina, trzeźwiałem na nim, gapiąc się bezmyślnie w ciemność, ale widywałem tylko światła latarń, nietoperze i wzgórza wydęte pod atramentowym niebem.

Siedzieliśmy w kucki na podłodze. Czułem się jak szczeniak.

– I co cię tu przygnało? – zagadnął Mirek. – Myślałem, że końmi cię tu nie zaciągną. Zapaliłem papierosa.

– Jezu, ciekawski jesteś. Wiesz, kombinowałem trochę. Nic legalnego, ale nikogo na sumieniu nie mam. Przyjechałem do Krakowa i nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. Znasz te klimaty z akademika: tu piwko, tu dupconko, tylko uczyć się nie ma jak. No a kasa topniała. Rodzice pomagali, dawali, co mogli, a tu mało, mało, mało. Jeszcze po jednym?

– Kończy się.

– Kończy się butelka, nie noc. Miło widzieć twój pijacki ryj. Więc zapisałem się na siłkę. Machałem ciężarami, sam nie wiem po co, chyba z jakiejś głupiej zawiści. Po sprawie z Beatą czułem się jak pół chłopa. No to pakowałem i miałem wrażenie, że tak nabiorę męskości. A że miałem oczy, to wymyśliłem sobie, że na kulturystyce można zrobić trochę grosza.

– Założyłeś siłownię.

Poklepałem Mirka, rozbawiony jego naiwnością.

– Suplementy, kolego. Tysiące kolesi dadzą sobie wtoczyć gówno w żyły, byleby buł im urósł. Więc zacząłem w tym robić. No i krok po kroku, rok po roku, od zera do oficera. Stałem się ważny w tym biznesie.

– Sterydy?

– Też. Człowieku, czego ludzie nie wymyślą. Mam w głowie anatomię, chemię, fizjologię, Bóg sam wie, co jeszcze. A czego nie sprzedawałem? Od mietka po przysadkę z mózgu niemowlaka. Rozumiesz? Ludzie jedli ludzi. Byleby przybrać.

Mirek popatrzył smutno na kieliszek.

– Co to takiego, ten mietek?

– Testosteron.

– Sam brałeś?

– Żadnego syfu. Miało to szereg plusów. Raz, że wyglądałem jak trzeba, dwa, że mogłem pieprzyć do świtu. Pała mi stała jak z ołowiu. A jak bierzesz, to i dziecka nie zrobisz, więc mogłem sunąć bez gumki, co chciałem. Potem się ożeniłem i byłem w porządku. Ja zawsze mówię: masz dziewczynę, kombinuj, jak możesz, masz żonę, to bądź w porządku. Inaczej to zwykłe kurewstwo.

– Nikt cię nie ścigał?

– Nie. Z konkurencją się człowiek ugadał, to spokój był. A kto miał mnie ścigać? Póki kolesie zdrowi byli, to po rękach mnie całowali. A potem, co, miał mnie do trumny wciągnąć albo wózkiem przejechać?

Mirek milczał. Patrzył na mnie jak na ducha.

– Wiem, co chcesz powiedzieć. Zawsze mówię, że nóż może służyć do morderstwa i do krojenia chleba. Nie wińmy noża ani tego, co go sprzedał. A czemu wróciłem? Żyło mi się dobrze. Miałem ładną żonę, furę, mieszkanie. Studiów nie skończyłem. Po co mi one, myślałem. Porobię jeszcze parę lat, odłożę i wezmę się do czegoś legalnego. Żona nalegała. Zwlekałem, zwlekałem i coś zaczęło się psuć. Patrzyła na mnie jak na handlarza śmiercią, jak na pieprzonego dilera. Wreszcie: „Odchodzę”, mówi. Idź w cholerę. Wypieprzyłem jej rzeczy i myślałem, że mam spokój.

Mirek rozlał resztkę finlandii. Odłożył butelkę. Podrzuciłem ją w dłoni i cisnąłem o ścianę.

– Jezu, człowieku!

Roześmiałem się.

– No i żoneczka pokazała pazur. Rozwód, prokurator i wyczyścili mnie do gołej skóry. Zacząłem pić. Wypadłem z biznesu. Nie miałem gdzie się podziać, to przyjechałem tu. Chciałeś historii, to ją masz.

– Co będziesz teraz robił?

Wypiłem. Szklanka poszła za butelką.

– Srał i dzielił. Nie wiem. Pustka, człowieku. Zimnik jest jak czarna dziura.

Przez dłuższą chwilę siedzieliśmy w milczeniu.

– Byłeś tam, prawda? – zapytał Mirek.

– Trzy razy. Raz pierwszej nocy po powrocie. Wyszedłem z hotelu się przewietrzyć. Wlazłem nawet na drzewo. Myślałem, że gałąź się urwie. Ale nie widziałem ich. A ty?

– Raz widziałem – przyznał. – Chodzę pod drzewo, odkąd wróciłem. Raz na miesiąc, dwa.  – Bawił się szklanką. – Przez pierwszy rok myślałem, że już się nie pojawiają. Ale są. Jak ich zobaczyłem, Jezu, myślałem, że mi jaja ktoś oblał wrzątkiem. Wciąż jeżdżą, skurwysyny. Bardzo rzadko, ale jeżdżą.

Podszedłem do okna. Zegarek wskazywał dziesiątą. Nad Zimnikiem wysypały się gwiazdy.

– Chodź – powiedziałem. – Postawię.

– Nie wiem, czy chcę.

– Chcenie nie ma tu nic do gadania. – Chwyciłem go za ramię.

– Zlecimy z drzewa – prychnął.

Zawtórowałem mu. Śmialiśmy się długo, pijackim śmiechem, a potem wyszliśmy w noc.

– Rodzice tego nie przełkną, kochanie – tłumaczyłem Beacie. – Nie na pierwszym roku.

– Po pierwsze jest szansa, że nie zdam. Nawet duża. Wtedy wyląduję w Krakowie na filmoznawstwie. Mam nadzieję, że przynajmniej tam mnie przyjmą. Staszek mówił, że zamiana miejsc w akademiku to żaden problem.

Siedzieliśmy u niej w pokoju. Beata miała rozpiętą koszulę. Sutki sterczały zadziornie.

Niżej matka krzątała się w kuchni.

– Rodzice nie pójdą na to, żebym studiował w Łodzi – tłumaczyłem. – Nie dadzą forsy, i tyle. Zdasz, zobaczysz, że zdasz. Podojeżdżam do ciebie przez rok, dwa. Na trzecim roku będzie mi już łatwiej. Postaram się przepisać na Politechnikę Łódzką, ty rozejrzysz się za jakąś pracą. Będzie dobrze.

Beata marzyła, by zostać aktorką. Nigdy nie wierzyłem, że jej się uda. Doradzałem, by poczekała parę lat, pochodziła na korepetycje i wystartowała z lepszej pozycji. Ale ona wiedziała swoje.

– Zatęsknię się na śmierć – powiedziałem. Zrobiłem głupią, smutną minę i wybuchnęliśmy śmiechem.

Widzieliśmy się z Beatą codziennie. Była moją pierwszą dziewczyną i nie wyobrażałem sobie rozstania.

Pocałowaliśmy się. Ścisnąłem jej piersi. Teraz myślę, że wyglądałem idiotycznie, jak pijak przy jednorękim bandycie ogłupiony wygraną. Beata włożyła mi rękę pod koszulę, zjechała niżej, zgrzytnął zamek. Zniżyła głowę.

– Matka – wydyszałem. – Usłyszysz ją?

– Nie – szepnęła spomiędzy moich kolan. – Ty musisz nasłuchiwać.

Idę o zakład, że właśnie to ją bawiło. Opadłem na łóżko, nogi naprężyłem jak struny. Miałem wrażenie, że zbliżam się do słońca, że złoto wlewa mi się pod powieki. Podłoga skrzypiała. Tonąłem i nie przestawałem słuchać.

Jako drugi przepadł pewien pijak z osiedla, pan Kazio, czy jak mu tam było (Mirek twierdzi, że każdy pijak jest panem Kaziem), co żył z renty i włóczył się po lasach. Zbierał jagody, kradł jabłka, jesienią wyruszał na grzyby. Wszystko sprzedawał na drogach. Spotykałem go często, jak dreptał na krzywych nóżkach ze słoikiem i brudnym zielonym plecakiem.

Pewnego dnia pan Kazio znikł.

Do matury został równy miesiąc. Chodziłem się uczyć do Mirka, w tym czasie Mirek chodził się uczyć do mnie i wieczory witaliśmy na drzewie.

Beata ćwiczyła role, robiła miny przed lustrem i daję głowę, że widziała siebie na bankietach z Lindą. Im bliżej matury, tym częściej drzewo gościło tylko czwórkę.

Mirek rozprawiał o Kaziu:

– Taki to wypłynie jak gówno – wtedy, gdy najmniej się go spodziewasz. Na wsi u babci wiecie, co się stało? Był taki pijaczek, co też się włóczył po okolicy, przygłupi trochę. Wyglądał jak koza, z brodą i takim tępym, złośliwym spojrzeniem. I też zniknął. A wtedy trawę wypalali. Rozumiecie?

– Kurwa – mruknął Konrad.

Konrad chciał robić w literaturze. Nosił przy sobie skoroszyt pełen wydruków i podrywał dziewczyny na Kafkę. Nie szło mu dobrze, więc pił z nami na drzewie.

– Czemu Beaty nie ma? – chciał wiedzieć Mały.

– Uczy się.

– Nie martwisz się tą Łodzią, stary?

– Martwię się, jasne. Ale poradzimy sobie.

– Pewno nie zda.

– Zda. To zdolna bestia i najtwardsza dziewczyna, jaką znam. Przebidujemy. Na czwartym roku będzie lżej.

– Poważnie myślisz – zauważył Mirek – ty z nią tak do końca, obrączka, gromnica?

– Pieprzę obrączki. Ale na poważnie.

– Nie myślisz, że coś tracisz? Jest kupę kobiet na świecie. Nie chciałbyś zamoczyć jeszcze w paru dziurkach? – dociekał Konrad. – Twój mały się nie obrazi?

– Mój mały ma lepiej niż twój.

– Kiedyś się nią znudzisz. Będziesz chciał przeżyć coś jeszcze – zauważył Mirek.

– Nie będę – zapewniałem.

– Zastanów się, stary – odezwał się Mały z najwyższej gałęzi – czy ona myśli tak samo. Rozważałeś to kiedyś? Nie? No to pomyśl.

Jak łatwo o zawiść, myślałem, nawet wśród przyjaciół.Zbierałem się na odpowiedź, gdy Konrad znów dostrzegł światła.

– Jest ich więcej – stwierdził Mirek.

– Na moje oko tyle samo co wtedy. Zresztą, co to kogo obchodzi? – Wciąż byłem zły na Małego.

– Co innego mnie gnębi – rzekł Konrad. – Przecież tam nie ma drogi.

– Roztrząsaliśmy to – przypomniał Mały.

– Pamiętasz je ostatnim razem? Sunęły równo grzbietem wzgórza. Wyjeżdżały zza lasu, potem po szczycie, jak kolej na kreskówce, i znikały w drzewach. Przypatrzcie się im.

Światła wspinały się po zboczu i przepadały po drugiej stronie.

– Faktycznie – przyznałem. – Jadą inną trasą.

– Jadą przez pola. Na szczycie mogła być jeszcze jakaś droga, ale nie na zboczu – gorączkował się Konrad – przecież tam są pieprzone pola. Widzieliśmy je milion razy!

– Napisz o tym – burknął Mały.

– I jeszcze – Mirek patrzył na światła w skupieniu – to jest droga, tak? Tak. I auta na tej drodze? Tak. To dlaczego, psia mać, wszystkie jadą w jedną stronę?

Miał rację. Wcześniej tego nie dostrzegliśmy.

– Może to UFO, to, co zabrało Kulę? – zastanawiał się Konrad.

– Może to ognie świętego Elma? – spekulował Mały.

– Albo taniec świętego Wita – uciąłem. – Czy wyście poszaleli? Droga jak droga i auta jak auta. Może wojsko coś kombinuje. Jak chcecie, możemy się tam jutro wybrać. Ale w dzień.

– W dzień.

– Znajdziemy drogę. Zobaczycie.

Siedzieliśmy chyba do północy, patrząc, jak samochody suną po wzgórzu niczym wielkie płonące owady. Pomyślałem, że po drugiej stronie jest drugie drzewo i czterech facetów, takich samych jak my.

– Boże, jak tu cicho!

– Jak w trumnie – powiedziałem.

– Zimnik – mruknął Mirek i oparł się o pień.

Drzewo okrzepło. Chwyciłem gałąź i spróbowałem się podciągnąć. Mirek śmiał się za moimi plecami.

– Daj spokój, stary.

– Jeszcze niedawno wszedłem.

– Miałeś więcej krwi w alkoholu.

Mirek oparł się o pień. Dołączyłem do niego. Wyjąłem butelkę, odbiłem i pocałowałem szyjkę. Wiejska wódka, tania, niedobra.

– Widać je stąd? – podałem mu butelkę. Pociągnął solidny łyk.

– Nie wiem. Jak znajdę siłę, by dojść aż tutaj, to na drzewo też się wdrapię. Tobie trudniej. Spasłeś się, stary.

– Szkoda, że nie widziałeś mnie pięć lat temu. A Beata? Jak wygląda Beata? – Nie tęskniłem. Po prostu chciałem wiedzieć.

– Było jasne, że się ładnie zestarzeje. Trochę wychudła, oczy ma podkrążone. Swoje przeszła w tej Łodzi. Pali, pewno trochę pije. Załapała się na dom kultury, prowadzi zajęcia teatralne. I jeździ z przedstawieniami. Nie o to chyba jej szło, co, stary? – Trącił mnie ze śmiechem. Pewnie liczył, że stare żale nie umarły.

– Czemu wróciła?

– Tego nie wie nikt. Mam swoje zdanie i jest takie, że każdy tyłek ma określoną wyporność na kurewstwo. I jej chyba pękł.

Kiwnąłem smutno głową. Patrzyłem na wzgórze i wyobrażałem sobie, że to twarz Beaty. Gdzie będą zmarszczki? Ma kurze łapki w kącikach oczu czy wargi jak cięte nożem? Czy dołeczki wciąż pojawiają się na jej policzkach, gdy się uśmiecha?

– Chcesz ją zobaczyć? – zapytał Mirek.

Następnego dnia nie poszliśmy na wzgórze. Chciałem wyciągnąć Beatę, ale powiedziała, że po szkole musi wracać do domu, siedzieć nad historią i ćwiczyć rolę. Tłumaczyłem, że przed nami ostatnie wspólne miesiące i żal, by tak minęły.

– Do czerwca jakoś wytrzymamy – usłyszałem – a potem wakacje. Przejedziemy się z namiotami po Polsce.