Wydawca: Armoryka Kategoria: Języki obce Język: polski Rok wydania: 2014

Wigilia Bożego Narodzenia. A Christmas Carol ebook

Charles Dickens

(0)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 234 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wigilia Bożego Narodzenia. A Christmas Carol - Charles Dickens

Charles Dickens: Wigilia Bożego Narodzenia. A Christmas Carol. Książka w dwóch wersjach językowych: polskiej i angielskiej. A dual Polish-English language edition.

Opowiadanie Karola Dickensa jest moralitetem w stylu wiktoriańskim. Pokazuje głębokie doświadczenie i przemianę skąpca Ebenezera Scrooge’a, zachodzącą w czasie nocy wigilijnej. Jest on samotnikiem, nielubiącym ludzi, a dbającym jedynie o pomnażanie swojego majątku. W noc wigilijną ukazuje mu się duch Jakuba Marleya – jego zmarłego partnera w interesach, cierpiącego pod ciężarem łańcucha win który wykuł sobie za życia. A co było dalej, dowiesz się czytelniku przeczytawszy opowieść do końca. (http://pl.wikipedia.org/wiki/Opowieść_wigilijna)

A Christmas Carol is a novella by English author Charles Dickens, first published by Chapman & Hall on 19 December 1843. It tells the story of bitter old miser Ebenezer Scrooge and his transformation resulting from supernatural visits by Jacob Marley and the Ghosts of Christmases Past, Present and Yet to Come. The novella met with instant success and critical acclaim. (http://en.wikipedia.org/wiki/A_Christmas_Carol)

Opinie o ebooku Wigilia Bożego Narodzenia. A Christmas Carol - Charles Dickens

Fragment ebooka Wigilia Bożego Narodzenia. A Christmas Carol - Charles Dickens

Charles Dickens

Wigilia Bożego Narodzenia A Christmas Carol

Książka w dwóch wersjach językowych: polskiej i angielskiej A dual Polish-English language edition

na język polski przełożyła Cecylia Niewiadomska

Armoryka

Sandomierz

Projekt okładki: Juliusz Susak 

Tekst polski wg edycji z roku 1909. Tekst angielski wg edycji z roku 1843 

Copyright © 2014 by Wydawnictwo „Armoryka”

Wydawnictwo ARMORYKA

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

tel +48 15 833 21 41

e-mail:wydawnictwo.armoryka@interia.pl

http://www.armoryka.pl/

Wigilia Bożego Narodzenia

I. W KANTORZE

Marley umarł. Umarł przed 7 laty. Nikt o tym nie mógł wątpić, gdyż akt jego śmierci podpisali doktór i proboszcz, pisarz parafialny, a co najważniejsza, wspólnik jego Scrooge [czyli Chciwiec], którego podpis, zdaniem wszystkich kupców i bankierów, był pewniejszą gwarancją, niż najlepsza kasa ogniotrwała. 

Scrooge i Marley byli wspólnikami od niepamiętnych czasów. Po śmierci Marleya Scrooge został jego spadkobiercą i wykonawcą testamentu, a jak przez całe życie był jedynym jego towarzyszem, tak po śmierci sam jeden szedł na cmentarz za jego trumną. 

Nie należy sobie tylko wyobrażać, że ten wypadek zgnębił przykładnego wspólnika lub zamącił mu spokój umysłu, – bynajmniej, – właśnie podczas pogrzebu obmyślił plan doskonałego interesu, który przyniósł mu piękny dochód. 

Piszemy o tym wszystkim jedynie dlatego, aby czytelnik wiedział i pamiętał, że Marley dawno umarł, gdyż inaczej cała historia, którą opowiedzieć zamierzam, nie miałaby w sobie nic nadzwyczajnego. 

Scrooge nie starł z szyldu nazwiska wspólnika i nade drzwiami kantoru błyszczał zawsze napis: ˝Scrooge et Marley˝. Dom handlowy znany był wszystkim pod tą firmą. Mniej świadomi interesanci nazywali niekiedy pana Scrooge, Marleyem; on odpowiadał na oba nazwiska – nic mu to nie szkodziło. 

A ściskał też wszystko w garści ten pan Scrooge, stary grzesznik; był to skąpiec nad skąpce, umiał on wyrwać, wykręcić, wydusić, a nigdy nie wypuścił, co raz dostał w swoje pazury. Twardy i ostry, jak krzemień, był przy tym milczący i zamknięty w sobie. Lodowaty chłód serca skurczył mu oblicze, ścisnął spiczasty nos, pomarszczył czoło, zapalił oczy zimnym blaskiem stali, zacisnął mocno wąskie, sine usta Sztywna postawa, głos suchy i skrzypiący, białawy szron na głowie, brwi i podbródek spiczasty, czyniły go podobnym do ostrego gwoździa. Wszędzie wnosił z sobą lodowatą atmosferę, studził swą obecnością nawet kantor podczas upałów. 

Upał i zimno zresztą nie wywierało nań żadnego wpływu. Gorąco letnie nie grzało go, mrozy nie mroziły. Żaden wiatr nie był od niego ostrzejszy. Niepogoda nie mogła mu dokuczyć; najstraszliwsze ulewy, śniegi, grad, zawieruchy, nie zwracały jego uwagi. Było mu to wszystko jedno, byle interes szedł dobrze. Nikt też nie zatrzymał go nigdy na ulicy, aby mu powiedzieć z uśmiechem: ˝Kochany Scrooge, jak się masz? Co tam słychać? Przyjdźże nas odwiedzić?˝ Nigdy żebrak nie poprosił go o jałmużnę, dziecko nie zapytało o godzinę, ani zbłąkany przechodzień o kierunek drogi. Zdawało się, że znają go psy, prowadzące niewidomych, ponieważ gdy nadchodził, odciągały swych panów, poruszając znacząco ogonem, jakby chciały powiedzieć: ˝Biedny mój panie, lepiej nie widzieć czasem, niż mieć oczy!˝ 

Lecz cóż to obchodziło p. Scrooge? On tego właśnie pragnął. Wydeptać sobie ścieżkę obok szerokiego gościńca, którym cały świat biegnie, i ostrzec przechodniów, aby mu nigdy nie włazili w drogę, było jego zadaniem. 

Pewnego dnia, a był to najpiękniejszy ze wszystkich dni roku, wigilia Bożego Narodzenia, stary Scrooge, bardzo zajęty, siedział w kantorze. Zimno było dotkliwe i przenikające, czas mglisty; Scrooge mógł wyraźnie słyszeć, jak przechodnie chuchali w palce, rozcierali ręce, tupali o bruk, aby się cokolwiek rozgrzać. Na wieży wybiła trzecia, a noc była już zupełna. Cały dzień było ciemno; – światła, ukazujące się w oknach, wyglądały, jak rude plamy na czarnym tle gęstego, dotykalnego prawie powietrza. Przez wszystkie szpary i dziurki od klucza mgła wciskała się do wnętrza domostw, a w najciaśniejszej uliczce przeciwległe budynki wyglądały, jak widma. 

Drzwi od kantoru Scrooge'a były otwarte, aby mógł mieć na oku buchaltera, siedzącego w małej sąsiedniej izdebce, gdzie przepisywał listy. W pokoju Scrooge'a tlał maleńki ogień – lecz w izbie buchaltera na garstce popiołu tlał zaledwie jeden węgielek. Nie śmiał biedak położyć więcej, ponieważ kosz z węglami stał w pokoju pryncypała, a ilekroć poważył się wnijść z łopatką po węgle, Scrooge wyrzucał mu, że go rujnuje, i groził, że będzie go musiał oddalić. To też nieszczęśliwy buchalter zawiązał na szyi wełniany szalik i próbował ogrzać się przy świecy. 

– Wesołych świąt, wujaszku – niech cię Bóg błogosławi! – ozwał się nagle głos młody i dźwięczny. Był to głos siostrzeńca Scrooge'a, który wpadł niespodzianie, zacierając ręce. 

– Ba – rzekł Scrooge – głupstwo! 

– Święta Bożego Narodzenia! wujaszku, to nie głupstwo. Nie chciałeś tego zapewne powiedzieć? 

– Owszem. Tak jest – rzekł Scrooge. – Wesołych świąt! Jakim prawem masz być wesoły? Co za powód, abyś się oddawał rujnującej wesołości? I tak jesteś dosyć ubogi. 

– No, no! – odpowiedział siostrzeniec – jakim–że prawem ty, wujaszku, jesteś smutny i kwaśny? Dlaczego się zatapiasz w tych nudnych rachunkach? I tak jesteś dosyć bogaty. 

– Głupstwo – zawołał Scrooge, nie mając lepszej odpowiedzi – głupstwo! 

– Nie gniewaj się, wujaszku! 

– Jakże się tu nie gniewać, żyjąc na świecie pełnym głupców i takich, jak ty, wariatów? Wesołych świąt! Idźcież do licha z waszą wesołością! Czymże jest dla was Boże Narodzenie? Chwilą płacenia długów i rachunków, na które często nie macie pieniędzy. Musi wam przypominać, że jesteście o rok starszymi, a nie bogatszymi o szeląg. Po sprawdzeniu książek handlowych, przekonywacie się w tym dniu dowodnie, że w ciągu upłynionych dwunastu miesięcy żaden interes nie przyniósł wam zysku. Gdyby to zależało ode mnie – dodał z wzrastającym oburzeniem – to każdego głupca, biegającego od domu do domu z okrzykiem ˝wesołych świąt˝ na ustach, wsadziłbym w kocioł, w którym się gotuje budyń, a potem pochował z gałązką choiny na sercu. Tak jest. 

– Wujaszku! – zawołał siostrzeniec – chcąc bronić sprawy Bożego Narodzenia. 

– Siostrzeńcze! – przerwał surowo starzec – obchodź sobie święta, jak ci się podoba, i pozwól mi, ażebym je obchodził na swój sposób. 

– Ależ ty ich wcale nie obchodzisz, wuju. 

– Tym lepiej – zostaw mnie tak, jak jestem. Wiele twoja wesołość przyniosła ci w życiu! 

– Przyznaję, że nie zawsze umiałem korzystać z okoliczności, ale mniejsza o to. Wracając do świąt Bożego Narodzenia (oprócz poszanowania, należnego świętej pamiątce, jaką w tym dniu obchodzimy) jest to dla mnie najpiękniejsza chwila w roku: chwila dobroci, przebaczenia uraz, zabawy, przyjemności; jest to dzień, w którym wszyscy, mężczyźni, kobiety i dzieci cieszą się i radują, zapominając o różnicy majątku i stanowiska, w bliźnich widzą tylko braci i towarzyszów pracy. Dlatego też chociaż dzień ten nie przyniósł mi nigdy złota ani srebra, wiele mu winien jestem, i z radością wołam: ˝Niech będą pochwalone święta Bożego Narodzenia!˝ 

Buchalter, przysłuchujący się ze swej izdebki tej rozmowie, mimowolnie przyklasnął, lecz spostrzegłszy natychmiast, że popełnił niedorzeczność, schwycił w pomieszaniu cęgi, chcąc niemi poprawić ogień, i zagasił niechcący ostatnią iskierkę. 

– Niech no raz jeszcze posłyszę coś podobnego – zawołał rozgniewany Scrooge, zwracając się w stronę buchaltera – to zamiast świątecznej kolędy dostaniesz pan dymisję! Co do pana – rzekł do siostrzeńca – jesteś znakomitym mówcą, i dziwię się, że nie zasiadasz w parlamencie. 

– Nie gniewaj się, wujaszku – oto, wiesz co, lepiej przyjdź do nas jutro na obiad. 

Scrooge się zaperzył. – Idź do diabła! Tak, idź do diabła! – zawołał z uniesieniem. 

– Ależ dlaczego, wujaszku?... dlaczego?... 

– Po coś się ożenił? zapytał Scrooge. 

– Byłem zakochany. 

– Byłeś zakochany! – mruknął Scrooge. – Głupstwo – głupstwo! Dobranoc. 

– Mój wujaszku, wszakże i przed ożenieniem nigdy mię nie odwiedzałeś? 

– Dobranoc – rzekł Scrooge. 

– Nic od ciebie nie żądam, o nic cię nie proszę, czemuż nie możemy być przyjaciółmi? 

– Dobranoc! 

– Boli mnie, bardzo mię boli twoja zaciętość, wuju. Cóż mi możesz zarzucić? Przyszedłem dziś do ciebie dla uczczenia święta Bożego Narodzenia i pomimo przykrości, jaka mię tu spotkała, będę się cieszył i radował. Tak więc, wuju, życzę ci świąt wesołych! 

– Dobranoc! syknął Scrooge. 

Siostrzeniec wyszedł z pokoju, nie wyrzekłszy już ani słowa. Zatrzymał się jeszcze chwilkę przed drzwiami buchaltera, aby powtórzyć mu swoje życzenia, a biedny człowiek, choć do szpiku kości przemarznięty, goręcej je przyjął od starego Scrooge'a, i dziękując serdecznie, wyprowadził gościa aż do sieni. 

– Masz tu drugiego głupca, szaleńca! – mruknął Scrooge z gniewem. – Mój buchalter, nędzarz, zarabiający 15 szylingów tygodniowo, obarczony żoną i dzieciakami, mówi o wesołych świętach! Dalibóg, w domu wariatów są chyba rozsądniejsi ludzie. 

Ów szaleniec tymczasem, pożegnawszy w sieni młodzieńca, wprowadził dwie nowe osoby. Byli to dwaj panowie, ujmującej postawy; zdjąwszy kapelusze, stanęli przed biurkiem Scrooge'a, trzymając w ręku jakieś papiery i regestra. 

– Dom handlowy, Scrooge et Marley? – rzekł jeden z nich, zajrzawszy w listę, i składając głęboki ukłon bankierowi. Czy mam zaszczyt mówić z panem Scrooge, czy z panem Marley? 

– Pan Marley nie żyje od lat siedmiu – odpowiedział mrukliwie Scrooge. – Dzisiejszej nocy będzie lat siedem, jak umarł. 

Nie wątpimy, że pozostały wspólnik w swoim i nieboszczyka imieniu zechce wesprzeć nas hojnym datkiem – rzekł nieznajomy, podając Scrooge'owi pełnomocnictwo do zbierania składek. Na ten niemiły dźwięk wyrazu: hojny Scrooge zmarszczył brwi, potrząsnął głową i oddał nieznajomemu papiery. 

– W tej radosnej chwili, szanowny panie Scrooge – rzekł tamten, biorąc pióro – mamy niepłonną nadzieję zebrać dla biednych i niezamożnych braci naszych tak bardzo potrzebne wsparcie. Jest tysiące takich, którym zbywa na pierwszych potrzebach, setki tysięcy innych, walczących sił ostatkiem dla zapewnienia bytu swym rodzinom. 

– Czy to niema więzień? – zapytał Scrooge. 

– Och! jest ich aż zanadto – odparł nieznajomy, upuszczając pióro. 

– A domy przytułku? – mówił dalej Scrooge – czyż byłyby zamknięte? 

– Przeciwnie, panie – rzekł drugi – i niech Bóg broni, aby to miało nastąpić. 

– A domy zarobkowe! – A prawa o ubogich i żebrakach? – zawołał Scrooge. 

– Domy są pełne, a prawo obmyśla środki ratunku i pomocy. 

– A ja się tak przeraziłem tym, coś mi pan powiedział, sądziłem bowiem, że jakieś nieszczęście powstrzymało działalność tych pożytecznych zakładów. Niewymownie cieszę się z mojej pomyłki. 

– Niestety, instytucje te nie są w możności zaspokojenia potrzeb strasznej nędzy. Dlatego staramy się, korzystając z radosnej chwili, zebrać trochę pieniędzy na mięso, chleb i węgiel dla tych nieszczęśliwych, którym trzeba koniecznie przyjść z pomocą, ponieważ przykra pora roku najdotkliwiej i najboleśniej odczuwać każe niedostatek. 

– Ileż pan dobrodziej każe wpisać? 

– Nic! – odpowiedział Scrooge. 

– Zapewne pragnie pan ukryć nazwisko? 

– Pragnę, żebyście mi, panowie, dali pokój. Ponieważ zapytujecie mnie, czego sobie życzę, taka jest moja odpowiedź. Ja sam nie weselę się wcale na Boże Narodzenie, skądże więc dziwne żądanie, żebym dostarczał próżniakom środków do zabawy i rozrywki? Płacę podatki, przyczyniam się więc do utrzymania zakładów, o których mówiłem – kosztują one bardzo dużo; – a ci, którym tam jest niedogodnie, niech sobie szukają gdzie indziej przytułku. 

– Są tacy, którzy się docisnąć nie mogą – są inni, którzy woleliby raczej umrzeć, niż.. 

– Ach, jeżeli wolu umrzeć – przerwał Scrooge – tym lepiej, – tym sposobem uniknie się przeludnienia. Zresztą, wybaczą mi panowie, nie znam się na tym i nie mam czasu. – Gdyby pan sobie życzył obznajmić się – 

– To do mnie nie należy; człowiek ma dosyć zajęcia z własnymi interesami. Dobranoc panom! 

Zrozumiawszy na koniec, iż wszelkie przedstawienia są daremne i żadnego nie przyniosą rezultatu, nieznajomi odeszli. – Scrooge wziął się na nowo do pracy, zadowolony z siebie i w daleko lepszym niż zwykle humorze. 

Tymczasem mgła gęstniała, i ciemność stała się prawie nieprzejrzaną; na ulicy widać było ludzi z zapalonymi pochodniami i latarniami, migających tu i owdzie i ofiarujących swe usługi woźnicom, aby biec przed końmi i prowadzić je po drodze. Odwieczna wieżyca kościelna, z której starożytny dzwon zdawał się wyglądać ciekawie przez gotyckie okno na Scrooge'a, siedzącego przy biurku, znikła zupełnie we mgle, a zegar kościelny bił godziny, pół godziny i kwadranse z tak przedłużonym jękiem, jak gdyby szczękał zębami. Zimno wzrastało. Gromadka rzemieślników, zajętych nitowaniem rur gazowych, rozpaliła na rogu ulicy wielkie ognisko, około którego cisnął się tłum obdartych i drżących z zimna ludzi dorosłych i dzieci. Grzali sobie ręce i pożerali niebieski płomień wzrokiem zachwycenia, wdzięczności i chciwości. Zamarzł kran od wodociągu, a wiszące wkoło niego grube, lodowate sople, przystroiły go w lodowatą brodę, komiczną i przerażającą. 

Błyszczące światła z okien magazynów rzucały czerwonawy odblask na blade twarze przechodniów. Sklepy kolonialne, rzeźników i przekupniów drobiu wyglądały wspaniale, i trudno było przypuszczać, aby tylko dla zysku nęcił oko artystyczny przepych tych wystaw. Lord-Major w potężnym zamku Mansion-House wydawał rozkazy kucharzom i piwniczym, co do przygotowania uroczystej wigilii, jak wypada na Lorda-Majora; a biedny krawiec, skazany przez niego w przeszłym tygodniu na pięć szylingów kary za pijaństwo, przygotowywał na poddaszu budyń, i chuda jego małżonka z dzieckiem na ręku biegła do sąsiedniego rzeźnika, aby kupić kawałek mięsa. 

Mgła się powiększa – mróz wzrasta! Mróz trzaskający, srogi. 

Mały ulicznik, właściciel zsiniałego noska, pochylił się pod drzwi Scrooge'a, chcąc go uczcić piosenką, – lecz po pierwszych wyrazach: 

Hej, kolęda – kolęda! 

Scrooge porwał leżącą linię z gestem tak wyrazistym, że przerażony śpiewak zemknął, jak oparzony. 

Nadeszła wreszcie chwila zamknięcia kantoru. 

Scrooge podniósł się z krzesła, dając tym sposobem niemy znak buchalterowi zamknięcia czynności i pozwolenie wyjścia, na co biedak już od dawna wyczekiwał. Zgasił więc szybko świecę i wziął do ręki kapelusz. 

– Pewnie byś pan sobie życzył jutro nie zajrzeć nawet do kantoru? – rzekł Scrooge z nieukrywaną zgryźliwością. 

– Jeżeli pan niema nic przeciwko temu... 

– Mam bardzo wiele. A gdybym tez wytrącił panu ten dzień z pensji, dopiero byś się dąsał, żem cię skrzywdził! Och! – jestem o tym jak najmocniej przekonany. Buchalter gorzko się uśmiechnął. 

– A jednak wcale cię nie obchodzi moja krzywda i strata, jaką ponoszę, płacąc za dzień, w którym nie będę miał z pana żadnego użytku. 

Buchalter ośmielił sit; zrobić uwagę, że to się zdarza tylko raz do roku. 

– Wielka mi racja! Dziwne usprawiedliwienie bezkarnego sięgania do cudzej kieszeni, dlatego, że to jest 25 grudnia – odpowiedział Scrooge, zapinając surdut pod górę. – No, cóż robić, muszę darować dzień jutrzejszy, proszę tylko wynagrodzić mi tę stratę i następnego dnia przyjść do kantoru wcześniej, niż zwykle. 

Buchalter przyrzekł uroczyście, a Scrooge wyszedł, ruszając ramionami i pomrukując o lenistwie i próżniactwie urzędników. W mgnieniu oka zamknięto kantor, buchalter, pociągnąwszy aż do pasa końce wełnianego szalika, skurczył się we czworo i spieszył, o ile pozwalała ciemność, potykając się na szklistym chodniku, wyszlifowanym przez uliczników. Wreszcie skręcił w zaułek, ciągle przyspieszając kroku, żeby miał jeszcze czas zagrać z dziećmi w ślepą babkę. 

II. W DOMU

Scrooge zjadł lichy obiad w lichej restauracji, gdzie się zwykle stołował. Przeczytawszy wszystkie dzienniki i uprzyjemniwszy sobie wieczór notowaniem w pugilaresie zysków, w ciągu dnia osiągniętych, oraz nowych planów i pomysłów na pojutrze, wstał na koniec koło północy i poszedł do siebie, aby się spać położyć. 

Zajmował on lokai nieboszczyka wspólnika, w którym niegdyś mieszkali razem. Lokal ten składał się z kilku ciemnych pokoi, mieszczących się w dawnym, ponurym budynku, w zakręcie wąskiej uliczki, tak dziwnie odosobnionym, że mimowolnie nasuwało się każdemu na myśl, iż ukrył się tu niegdyś w odległej młodości, grając w chowanego z innymi domami, a zmyliwszy drogę, nie mógł się już wydostać. Dziś budynek ten był stary i tym bardziej ponury, że nikt w nim nie mieszkał, oprócz Scrooge'a, inne bowiem lokale wynajmowano na kantory i biura kupieckie. Dziedziniec był tak ciemny, że nawet Scrooge, który znał doskonale niemal każdy kamyk, musiał iść po omacku, pomagając sobie rękami. Mgła i gołoledź zawisły na ponurych drzwiach domu, zdawało się, iż duch zimy rozsiadł się na progu, pogrążony w smutnym zamyśleniu. 

Ale wróćmy do rzeczy. Młotek do kołatania, znajdujący się u drzwi zamiast dzwonka, był sobie jak wszystkie młotki, może tylko nieco za gruby. 

Scrooge widywał go rano i wieczór codziennie, odkąd mieszkał w tym domu. Pamiętać też musimy, że Scrooge, jak przystało na prawdziwego mieszkańca Londynu, nie posiadał ani szczypty tego, co ludzie nazywają wyobraźnią; nie pomyślał też ani razu o Marley'u od chwili obojętnej wzmianki, jaką zrobił, mówiąc o śmierci wspólnika przed siedmiu laty. Proszę mi więc wytłumaczyć, jakim sposobem Scrooge, kładąc klucz w zamek, (nie używając żadnych czarodziejskich zaklęć), ujrzał w młotku nie młotek, ale... twarz Marley'a! 

Tak jest – powiadam wam, twarz Marley'a. Nie był to cień zamglony, niewyraźny, jak inne przedmioty, znajdujące się na dziedzińcu – przeciwnie, zjawisko okolone było przerażającym blaskiem, podobnym n. p. do zgniłego raka morskiego w kącie ciemnej piwnicy. Wyraz twarzy Marley'a nie miał ani śladu gniewu, – patrzała na Scrooge'a, jak to zwykle czynił Marley, z pod okularów, podniesionych na czoło widma. Włosy rozrzucone dziwacznie, jak gdyby za podmuchem wiatru, a choć oczy były otwarte, lecz stały słupem, najzupełniej nieruchome. – Te oczy, w połączeniu z grobową bladością, czyniły tę twarz straszną, lecz przerażenie, jakiego doznał Scrooge na ten widok, pochodziło raczej z jakiejś wewnętrznej przyczyny. Gdy się jednak dobrze wpatrzył w okropne widziadło, ujrzał po prostu – młotek. 

Byłoby kłamstwem twierdzić, że Scrooge nie zadrżał, że nie doznał bardzo przykrego wrażenia, jakiego nie doznawał już od lat najmłodszych, – wkrótce jednak ochłonął, nacisnął klucz, obrócił nim mocno i wszedł do sieni, zapaliwszy świeczkę, którą zwykle nosił przy sobie. 

Nim zamknął drzwi, stał przez chwilę w niepewności; obejrzał się, jak gdyby był przygotowany do nowego przerażenia, na widok cienkiego harcapa Marley'a, wsuwającego się przez dziurkę od klucza. Ale za drzwiami było ciemno: młotek wisiał na swoim miejscu. Scrooge ochłonął i wykrzyknąwszy: Głupstwo! gwałtownie trzasnął drzwiami. Łoskot i stuk wstrząsnął jak grom całym domem. Każdy pokój na piętrze, każda beczka w piwnicy handlarza win, wydały odgłos w tym olbrzymim koncercie huku. Scrooge atoli nie należał do ludzi, których echo może przerazić. Zamknął starannie drzwi, przeszedł sień i wszedł na schody, świecąc sobie po drodze cienką świeczką. 

Może widzieliście kiedy gościnne staroświeckie schody, po których sześciokonna kareta mogłaby przejechać wygodnie? Zapewniam was, że schody Scrooge'a tak były szerokie, iż nawet karawan mógłby się na nich pomieścić. – Może dlatego wydawało mu się, że przed nim postępuje orszak pogrzebowy. Sześć płomieni gazowych zaledwie mogłoby oświetlić sień i te schody, wyobraźcie więc sobie, jak tam było ciemno przy łojówce bankiera. 

Szedł dalej na górę, obojętny na to wszystko. Ciemność niewiele kosztuje, więc Scrooge bardzo ją szanował. Nim jednak zamknął drzwi od mieszkania, zlustrował cały lokal, aby się przekonać, czy wszystko jest w porządku. 

Salon, pokój sypialny, skład rupieci i gratów, wszystko było, jak należy. Zajrzał pod stół, – nikogo, – nikogo pod kanapą, – mały ogień na kominku, filiżanka i łyżeczka na stoliku, do ognia przystawiony garnuszek z kleikiem (od kilku dni Scrooge jakoś niedomagał). Nikogo pod łóżkiem, nikogo w szlafroku, zawieszonym na kołku w postawie, budzącej pewne podejrzenie. Skład rupieci, ja zwykle: stare cęgi, haczyki żelazne, kilka par zużytych butów, kosze połamane, zardzewiałe gwoździe, umywalnia, waliza, kuferek i t. p. 

Zupełnie uspokojony, popchnął zasuwkę, raz jeszcze obejrzał zamek, zakręcił klucz dwa razy; tak zabezpieczony od wszelkiej niespodzianki rozebrał się, zdjął krawat, włożył szlafrok, pantofle, szlafmycę i zasiadł przed kominkiem, aby wypić przygotowany kleik. 

Mówiłem już, że ogień był niewielki, – rzeczywiście był tak maleńki, iż nie miał żadnego znaczenia, zwłaszcza w noc. tak zimną. Musiał więc Scrooge bardzo blisko się przysunąć, nim zdołał odczuć trochę ciepła z tak małego węgielka, że każdy utrzymałby go na dłoni. Stary komin składał się z kafli flamandzkich, przedstawiających ustępy z Pisma Świętego. Na jednym był Kair na drugim Abel, dalej córka Faraona – królowa Saba, aniołki, spadające z nieba na chmurach, podobnych do piernatów; Abraham, – król babiloński, Baltazar, apostołowie w łódkach, mających kształt salaterek i półmisków, słowem mnóstwo postaci, zdolnych przyjemnie rozerwać i zająć; pomimo to twarz Marley'a, od lat siedmiu zmarłego, przyćmiewała dziś wszystko. Widział ją teraz ciągle, już nie jako zjawisko, ale jako wspomnienie, którego pozbyć się nie mógł. 

Głupstwo! – zawołał nagle – eh! głupstwo! I zaczął chodzić wzdłuż i wszerz pokoju. Powtórzywszy ten spacer kilkanaście razy, siadł znowu. W chwili, kiedy spuszczał głowę na tylne oparcie fotela i podniósł oczy w górę, wzrok jego padł przypadkiem na nieużywany od dawna dzwonek nad kominkiem, który dla niewiadomych mu celów połączony był drutem z piwnicą. Z nadzwyczajnym zdziwieniem i przerażeniem ujrzał, że dzwonek zaczął się teraz poruszać, z początku bardzo wolno, wydając dźwięk cichy, stłumiony, potem coraz silniej, gwałtowniej, wreszcie w całym mieszkaniu zaczęły wszystkie dzwonki dzwonić na gwałt. 

Trwało to krótko – może pół minuty, najwyżej minutę; ale ta minuta była dla Scrooge'a godziną. Dzwonki nagle zatrzymały się wszystkie naraz. Ale ciszę przerwał teraz inny odgłos, wydobywający się głucho z otchłani, jak gdyby ktoś przeciągał długi żelazny łańcuch po wszystkich beczkach, złożonych w piwnicy winiarza. Przypomniał sobie Scrooge opowiadanie niańki, iż w domach, gdzie się ukazują duchy, ciągną one za sobą więzy i okowy. 

Słyszał, jak drzwi piwnicy otwarły się z łoskotem, słyszał dokładnie zgrzytliwy odgłos łańcuchów, posuwających się w górę, szurających w sieni, odgłos, rosnący wyraźnie na schodach, prowadzących do jego mieszkania. 

– Głupstwo! – głupstwo! – wszystko to głupstwo. Zdaje mi się! 

Zbladł jednak, gdy straszne widmo bez żadnej przeszkody przecisnęło się znowu przez zamknięte drzwi, wsunęło do pokoju i ukazało jego oczom. W chwili, gdy duch się zjawił, maleńki ogień na kominku wzmógł się gwałtownie, a w trzasku węgli dało się wyraźnie słyszeć: ˝Poznaję go, poznaję: to widmo Marley'a˝. Potem ogień zgasł nagle. 

Taż sama twarz – ta sama. Marley z długim harcapem, w zwykłej kamizelce, w codziennych krótkich spodniach, w butach węgierskich, których jedwabne chwasty poruszały się w takt z harcapem, w zaplamionym surducie. Długi łańcuch, przytwierdzony u bioder – okręcał go kilkakrotnie i tworzył rodzaj ogona, składającego się z dziwacznej mieszaniny skutych razem ryglów, kłódek, kluczy, ksiąg buchalteryjnych, opatrzonych mosiężnymi klamrami, i z ciężkich, brudnych worków. Ciało widma było tak przezroczyste, że Scrooge widział wyraźnie dwa guziki, przyszyte z tyłu u stanu surduta. 

Scrooge słyszał często, że Marley nie miał serca i wnętrzności, lecz nigdy temu nie wierzył; dziś przekonał się jednak o tym naocznie. 

Przekonał i nie – albowiem jeszcze nie wierzył; chociaż wzrokiem przenikał widmo, chociaż je widział przed sobą, chociaż czuł lodowaty wzrok zastygłych źrenic, chociaż poznał wyraźnie deseń jedwabnej chustki, pokrywającej głowę i związanej pod brodą (kupili niegdyś razem cały tuzin tych chustek), – jeszcze nie chciał uwierzyć, walcząc z własnymi zmysłami. 

– Co to ma znaczyć? – rzekł na koniec zimno. – Czego ode mnie żądasz? 

– Wiele! bardzo wiele! 

To głos Marley'a! – niema żadnej wątpliwości. 

– Kto jesteś? 

– Zapytaj, kim byłem? 

– Kimże więc byłeś? – rzekł Scrooge, podnosząc głos. – Jak na upiora, zbyt dowcipnie chwytasz za słówka. 

– Za życia byłem twoim wspólnikiem – zwałem się Jakub Marley. 

– Czy mógłbyś... czy możesz usiąść? – zapylał Scrooge, patrząc wciąż z niedowierzaniem. 

– Mogę. 

– Więc siadaj. 

Stawiając to żądanie, Scrooge miał nadzieję, iż tak przezroczyste widmo nie będzie mogło spełnić lej prostej czynności, skutkiem czego nastąpi zaraz wyjaśnienie całego zjawiska. Lecz widmo siadło naprzeciw niego, po drugiej stronie kominka, bez najmniejszej trudności. 

– Jeszcze nie wierzysz? – rzekł duch. 

– Nie wierzę – odpowiedział Scrooge. 

– Jakiegoż więc chcesz dowodu, oprócz świadectwa zmysłów? 

– Sam nie wiem. 

– Czy wątpisz o dokładności swego wzroku, słuchu? 

– Wątpię, ponieważ najmniejsza rzecz może spowodować złudzenie: lekka niestrawność oddziaływa na zmysły, i może ty jesteś tylko niedogotowanym kawałkiem wołowiny, niestrawioną cząsteczką tłuszczu, sera – nie wiem czego? Nie czuć cię jakoś trumną. 

Scrooge nigdy nie dowcipkował, tym razem uciekł się do tego środka, aby zyskać na czasie, zebrać myśli, przezwyciężyć strach, gdyż głos widma przejmował go dreszczem i ścinał mu szpik w kościach. 

Patrzeć z musu w te nieruchome, szkliste oczy było dla Scrooge'a straszliwą męczarnią. Oprócz tego w powietrzu, otaczającym widmo, było coś nieziemskiego. Scrooge nie tylko czuł, ale widział to powietrze, bo chociaż widmo siedziało nieruchomo, lecz włosy jego, chwościki od butów, cały ubiór w ciągłym były poruszeniu, jakby pod wpływem pary, wydobywającej się z kotła. 

– Czy widzisz to pióro? – rzekł nagle Scrooge do ducha, chcąc na chwilę odwrócić od siebie jego wzrok nieruchomy. 

– Widzę – odpowiedział upiór. 

– Kiedy nie patrzysz w tę stronę? – zauważył Scrooge. 

– To mi nie przeszkadza widzieć go dokładnie. 

– Niech więc i tak będzie – mówił dalej Scrooge – przypuśćmy, że je połknąłem. Ileż z tego wywiąże się cierpień, gorączki, widziadeł. A wszystkie mego własnego utworu. Głupstwo! powtarzam – głupstwo!... 

Na ten wyraz duch zawył przeraźliwie i wstrząsnął łańcuchami, które wydały szczęk przeciągły, grobowy, straszny. Scrooge, aby nie upaść, wpił się paznokciami w poręcz fotela. Lecz nie dość na tym, – duch, któremu widocznie za gorąco było w pokoju, zdjął chustkę, związaną pod brodą, a wtedy dolna szczęka z suchym chrzęstem opadła mu na piersi. Scrooge padł na kolana i zakrył twarz rękoma. 

– Litości! – zawołał – litości! straszny cieniu! Dlaczego przyszedłeś mię dręczyć? 

– Duszo znikczemniała, – odpowiedziało widmo – wierzysz, czy nie wierzysz teraz? 

– Wierzę – jęknął Scrooge – muszę wierzyć. Choć nie rozumiem, poco duchy włóczą się po ziemi i dlaczego mię prześladują? 

– Przeznaczeniem człowieka – mówiło widmo – jest żyć wspólnym życiem z braćmi swymi, ludźmi; razem z nimi pracować dla wspólnego dobra, razem cierpieć w niedoli, dzielić ich radość i cieszyć się ich szczęściem. Kto się od swych bliźnich odłącza za życia, ten po śmierci skazany na wieczne tułactwo (jak ja, nieszczęsny!), staje się martwym świadkiem tych wszystkich spraw i rzeczy, w których nigdy nie brał udziału. 

Duch jęknął znowu, zadzwonił łańcuchami i rozpaczliwie ręce załamał. 

– Jesteś w kajdanach! – rzekł Scrooge, drżąc – i za co? 

– Dźwigam ten ciężki łańcuch, który sam kowałem dla siebie całe życie – odpowiedziało widmo. – 

Tak jest, sam spajałem ogniwo z ogniwem, sani dorabiałem łokieć za łokciem, sam dobrowolnie skrępowałem nim ciało moje i dźwigać go będę przez całą wieczność. Dziwnymi ci się wydają te więzy, – przypatrz im się bliżej. 

Scrooge