Więźniowie miłości - Grace Burrowes - ebook
Opis

Mężczyźni, którzy zamknęli swe serca przed miłością, i kobiety, które potrafią je otworzyć, w nowym cyklu mistrzyniUwięzione serca.


Książę Christian Severn ma za sobą kilka strasznych lat we francuskiej niewoli. Przy życiu trzymało go jedynie pragnienie zemsty. Teraz jest wolny i gotowy wymierzyć swym wrogom własną sprawiedliwość.
Lecz spotkanie z hrabiną Gillian Greendale uświadamia mu, że są rzeczy ważniejsze niż zemsta…
Piękna Gillian ma za sobą kilka strasznych lat u boku brutalnego męża.
Spotkanie z Christianem budzi w niej zapomniane uczucia i nadzieję.
Lecz czy dwoje ludzi, którzy tyle wycierpieli, ma szanse na wspólną przyszłość? Zwłaszcza, że ktoś pragnie zniszczyć ich szczęście. I nie cofnie się przed niczym…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 435

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Korekta

Halina Lisińska

Magdalena Stachowicz

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

© Vitaly Shokhan/Shutterstock

Tytuł oryginału

The Captive

Copyright © 2014 by Grace Burrowes

All rights reserved

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana

ani przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu

bez zgody właściciela praw autorskich.

For the Polish edition

Copyright © 2018 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-6774-6

Warszawa 2018. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-954 Warszawa, ul. Królowej Marysieńki 58

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja

Waleczni

1

W swoim prywatnym piekle Christian Donatus Severn, ósmy książę Mercji, uważał dni „pedagogiczne” za najgorsze z okropnych – ale także za najcenniejsze. Dni, kiedy oprawcy wykorzystywali jego cierpienie, żeby nauczać zawiłych arkanów sztuki przesłuchiwania – mógł od tego postradać rozum, a nawet honor, zyskiwał jednak pewność, że pewnego dnia, pewnej nocy, może za wieczność, zdobędzie satysfakcję najsłodszą z możliwych: zemstę.

– Masz przed sobą ziemską powłokę niegdyś wielkiego i potężnego człowieka, kapralu – oznajmił Girard, spacerując powoli między stołem, do którego przywiązano więźnia, a wilgotną ścianą, pod którą stał wyprężony na baczność kapral.

Girard nie znosił pośpiechu – cecha niezbędna u kogoś, kto zadaje tortury. Wysoki, ciemnowłosy, szczupły, oddany żołnierz Napoleona – w umyśle Christiana zajmował takie miejsce, jak gruźlica w umysłach tych, których zabija.

– Nasz książę, moim zdaniem, wciąż jest wielki, ponieważ Jego Wysokość, jak powiadają Anglicy, nie dał się złamać.

Girard plótł dalej swoim subtelnie akcentowanym francuskim, a Christian, chcąc nie chcąc, rozumiał każde słowo. Podczas gdy ironiczne pochwały Girarda i jego patriotyczne frazesy zamieniały się w dziwnie hipnotyzującą paplaninę, jego przełożony i dzisiejszy adresat jego nauk, Henri Anduvoir, ukrywał się w cieniu.

Pech do przełożonych nie był wyłączną przypadłością armii Wellingtona. Girard uczynił naukę z wydobywania prawdy z tych, którzy nie chcieli się nią dzielić, a ból był tylko jednym z narzędzi służących do celu.

Anduvoir, dusza prosta i, jak się wydaje, przejęta większym złem, lubił po prostu zadawać ból dla przyjemności.

Christian wypełnił głowę cudownymi myślami o tym, że pewnego dnia Anduvoir także dozna cierpienia – jeszcze większego, i jeszcze większego cierpienia.

– Jeszcze. Nasz książę nie załamał się jeszcze – ciągnął Girard. – Rzucam ci wyzwanie, kapralu, żebyś odkrył torturę albo przynętę, która go złamie, ale pamiętaj, że wyzwanie staje się tym poważniejsze, im dłużej Jego Wysokość milczy. Kiedy dobry Bóg zechciał oddać Mercję w nasze ręce wiele miesięcy temu, chcieliśmy się dowiedzieć, którą przełęczą przemieszczą się wojska Wellingtona. Teraz wiemy, więc, pytam, po co to wszystko? Dlaczego po prostu nie rzucić tego żywego trupa wilkom?

Tak, miłościwy Boże, czemu nie?

A potem inna myśl przeszkodziła Christianowi odciąć się od tego, co działo się w jego celi: czy Girard dawał do zrozumienia, że Wellington wszedł ze swoim wojskiem do samej Francji? Girard prowadził diaboliczną grę w kotka i myszkę, trzymając go między nadzieją a rozpaczą, pełniąc rolę ni to kata, ni to opiekuna; człowieka z pełnym żołądkiem subtelność tej gry mogłaby zafascynować.

– Cieszymy się czarującą obecnością Jego Wysokości, ponieważ osoba księcia służy jeszcze innemu celowi – perorował Girard. – Nie załamał się, narzuca się zatem wniosek, że zesłano go nam, żebyśmy się nauczyli, jak złamać silnego człowieka. Można by powiedzieć, człowieka o nadludzkiej sile. A zatem…

Christian wyczuł w powietrzu zapach mocnego, tureckiego tytoniu, przebijający się przez woń ulubionej lawendy Girarda i stęchliznę panującą w podziemiach Château.

Ta mieszanina zapachów groziła, że nędzne śniadanie podejdzie mu do gardła, w gruncie rzeczy po jego myśli. Skupił się nie na śpiewnym, filozoficznym francuskim Girarda, ale na powstrzymywaniu mdłości, ponieważ doświadczenie mu mówiło, że człowiek może się udusić własnymi wymiocinami.

Zaskrzypiał but, zmysły inne niż wzrok dały Christianowi znać, że Anduvoir wyszedł z cienia – gad zwabiony swoim ulubionym rodzajem ciepła.

– Dość wykładu, pułkowniku Girard. Twój pupilek nie pisnął słówka o ruchach wojsk. W istocie on w ogóle nie mówi, nieprawdaż, mon duc? – Anduvoir zaciągnął się mocno cygarem, a potem jego wilgotnym końcem dotknął ust Christiana. – Tęsknię choćby za jednym, pojedynczym wrzaskiem Anglika. Tęsknię rozpaczliwie.

Christian w odpowiedzi odwrócił głowę; Girard, który z pewnością nie był głupcem, mógłby to przewidzieć. Anduvoir należał jednak do rzadkich gości i Girard, jak dobry gospodarz – albo przezorny podwładny – zostawiał dla gościa najlepszą rozrywkę.

Anduvoir stanął na linii wzroku Christiana – zły znak, biorąc pod uwagę pozbawioną wyrazu twarz Girarda. Niski, ciemnowłosy, o topornych rysach twarzy Anduvoir – na oko Gal jak z obrazka – aż kipiał z radości, jaką dawało zadawanie cierpienia bezbronnej ofierze.

– Spokojny człowiek, ten nasz książę. – Anduvoir wydmuchnął dym nosem. – A może nie taki spokojny.

Żarzący się koniec cygara przytknął do wrażliwej skóry wewnątrz łokcia Christiana, równie powoli i starannie, jak przedtem do ust więźnia, czekając w milczeniu, aż w powietrzu uniesie się zapach przypalonej skóry.

Oślepiający, przejmujący ból przeszył ramię Christiana, odzywając się w jego mózgu, gdzie połączył się ze wspomnieniem tysięcy podobnie bolesnych tortur i przeradzając się w wewnętrzny, porażający krzyk:

Zemsta!

– Lord Greendale był człowiekiem o dużych wpływach – oświadczył doktor Martin, odchrząkując w sposób, który Gilly zdążyła znienawidzić, tak samo jak nienawidziła widoku Greendale’a zapalającego śmierdzące cygaro w jej prywatnym saloniku.

– Jego lordowska mość cieszył się bardzo znaczącymi wpływami – odparła Gilly, spuszczając oczy, jak przystało kobiecie u progu wdowieństwa.

Złe wieści, jak się spodziewała, nie dały na siebie czekać.

– Powinna się pani przygotować na dochodzenie.

– Dochodzenie? – Gilly wskazała gościowi gestem, żeby usiadł; po ośmiu latach małżeństwa z Greendale’em nauczyła się zachowywać spokojny wyraz twarzy w każdej sytuacji. – Theophilusie, człowiek o dużych wpływach, powszechnie nielubiany, pod siedemdziesiątkę, padł ofiarą apopleksji podczas kolacji wydanej dla dwudziestu ośmiu spośród jego najbardziej zaufanych popleczników. Czemu miałoby służyć śledztwo?

Od czasu apopleksji Greendale’a Gilly odważyła się nakazać, aby ogień na kominku w jej salonie palił się przez cały dzień, a jednak słowa medyka zmroziły ją bardziej, niż zrobiłoby to chłodne powietrze, gdyby okno nagle się otworzyło.

– Lady Greendale… – Martin przełożył czarną torbę z prawej ręki do lewej; jej zawartość zagrzechotała cicho. Gilly nie wątpiła, że jedyne przedmioty, jakie miały jakąś wartość w tej torbie, to kolekcja kieszonkowych flaszek.

– Hrabino, nie może pani wypowiadać się tak swobodnie, nawet w mojej obecności. Z pewnością zostanę przesłuchany pod przysięgą. Boję się myśleć, jaką szkodę, za sprawą prawników, mogą niewłaściwe słowa wyrządzić twojej reputacji.

Jego niewłaściwe słowa, nad którymi nie będzie miał, rzecz jasna, kontroli. Sprawiedliwy Bóg powinien zesłać na takiego doktora powolną, bolesną śmierć.

– Reputacja nie ma znaczenia dla kogoś, kto ma zawisnąć za morderstwo.

– Nie dojdzie do tego – stwierdził Martin, pozostał jednak przy drzwiach z torbą w ręku, jakby przebywanie w obecności Gilly mogło go splamić nie jej winą – była całkowicie niewinna wobec zmarłego męża – ale bólem wywołanym oskarżeniami. – Poprosiłem Harrisona o konsultację, potwierdził moją diagnozę listownie wkrótce po apopleksji.

Doktor Theophilus Martin podjął środki ostrożności nie dlatego, że chciał koniecznie chronić młodą wdowę po Greendale’u, ale dlatego, że jej zmarły, nieopłakiwany mąż stworzył atmosferę nieufności na tyle gęstą, żeby przeniknąć każdy kąt domu.

– O co miałabym zostać oskarżona? – O głupotę, bez wątpienia, ponieważ poślubiła Greendale’a; jednak jej rodzina nie ustępowała – zostaniesz hrabiną! – a ona była taka młoda…

Dr Martin przygładził miękką dłonią śnieżnobiałe włosy.

– Nie jest pani o nic oskarżona.

Długo, w milczeniu, przyglądał się wiszącym nad komodą, oprawionym w ramkę wersom Psalmu 23, potwierdzając przypuszczenia, że na Gilly, w istocie, ciążą podejrzenia. Jej życie stało się ciągiem oskarżeń, wynikających jedynie z chorej wyobraźni starego człowieka, a rzucał owe oskarżenia zawsze tam, gdzie mogły dotrzeć do uszu służby.

– Powiedzą, że przydusiłam go poduszką, nieprawdaż?

– Nie mogą. W pokoju cały czas przebywała pielęgniarka, czyż nie? Piękny haft, szanowna pani.

Gilly, jak tylko się dało, towarzyszyły dwie pielęgniarki, a hafty chciała przekazać do przytułku dla biednych, jak tylko skończy się sprawa sądowa.

– Jeśli przebywałam z jego lordowską mością, to zawsze w obecności jego pielęgniarki – albo pańskiej. Czy pielęgniarki także staną wobec podejrzeń?

Nie zapytała, czy Martin jest podejrzany, ponieważ, w gruncie rzeczy, za bardzo się bała, żeby o to dbać. Wzywano go wiele razy do rezydencji Greendale'a i utrzymywał z lordem Greendale stosunki towarzyskie, ilekroć go leczył. Jego troska o Gilly wiązała się teraz zapewne z troską o własną, pokaźną zapłatę.

– Wynająłem pielęgniarki, które znam, więc nie, nie sądzę, żeby stanęły wobec jakichkolwiek podejrzeń – powiedział Martin.

Doktor zerkał uporczywie w stronę drzwi, więc Gilly zadała najważniejsze pytanie – i do diabła z godnością.

– Kto za tym stoi, Theophilusie? Mojego męża jeszcze nie złożono do grobu, a pan już mi mówi o śledztwie.

Dzięki miłościwej sile wyższej uśpione zazwyczaj ludzkie odruchy Martina skłoniły go przynajmniej do tego, żeby ją ostrzec. Ponownie przygładził swoją lwią grzywę, zaciskając znacząco dłoń na rączce czarnej torby.

– Myślałem, że taktownie w tej sytuacji będzie nie zadręczać pani przedwcześnie tą wiadomością, ale wydaje się, że sam lord Greendale nakazał swojemu spadkobiercy dopilnować formalności.

I pomyśleć, że Gilly modliła się o zdrowie swojego męża.

– Easterbrook to nakazał? Wciąż przebywa we Francji, w Hiszpanii czy jeszcze gdzie indziej, służąc Koronie.

– Jako dziedzic tytułu i majątku lorda Greendale, Marcus Easterbrook zostawił instrukcje swoim radcom prawnym, a ci z kolei porozumiewają się z Radą Królewską i miejscowym sędzią.

Mężczyźni. Zawsze tak zorganizowani, kiedy chcieli kogoś o coś oskarżyć czy oczernić.

– Greendale był sędzią. Komu obecnie przypada ten wątpliwy honor?

– Zapewne szanownemu panu Gordonowi.

Gordon uwielbiał psy i konie, i nigdy nie schlebiał Greendale’owi. Panika Gilly odrobinę złagodniała.

– Napije się pan herbaty, Theophilusie? Dobrej, gorącej herbaty? – A także, dla odmiany, mocnej. Kolejny akt wyzwolenia Gilly spod narzuconych przez Greendale’a piekielnych reguł oszczędności.

– Nie, dziękuję, szanowna pani. – Martin odwrócił się do drzwi, po czym zawahał się z ręką na klamce.

– Nie będę pana zatrzymywać, Theophilusie. Służył pan rodzinie z oddaniem, a to nie było w żaden sposób łatwe. – Służył jej także dyskretnie. Bardzo dyskretnie. – Przypuszczam, że zobaczymy się podczas dochodzenia.

Skinął głową i wyśliznął się za drzwi, potwierdzając, że nie pojawi się więcej, nawet w roli medyka, póki kwestie prawne nie zostaną uregulowane. O ile zależało mu na zachowaniu pozorów i bezstronności. O ile nie chciał, żeby urzędnicy króla na nim skupili uwagę.

Gilly dorzuciła węgla do ognia – spoczywaj w pokoju, lordzie Greendale – i przez długą chwilę wpatrywała się w płomienie, rozważając swoje skromne możliwości na tyle, na ile można się zastanawiać nad wyborem drogi w stanie nieznośnej paniki.

Podczas gdy jej mocna gorąca herbata stygła w dzbanku, sięgnęła po pióro i atrament i napisała z prośbą o spotkanie do Gervaise'a Stoneleigha, najbardziej wyrachowanego, najsprytniejszego i najdroższego prawnika, jaki kiedykolwiek obracał pieniędzmi Greendale’a.

Ta decyzja najprawdopodobniej ocaliła jej życie.

– Dostałem od Girarda ostateczne rozkazy dotyczące twojego losu.

Christian powoli odwrócił głowę. Wciąż dochodził do siebie po ostatnim dniu „nauki”, po żałosnych wysiłkach kaprala, który poddał go starym torturom z zapałem mającym wywrzeć wrażenie na Anduvoirze, podczas gdy Girard stał obok, kipiąc tłumioną złością.

Girard nie pochwalał brutalnego traktowania, które nie przynosiło żadnych efektów, i można było tylko podziwiać jego praktycyzm.

– Nie obchodzi cię, że Girard mógł mi kazać cię zabić?

W głosie strażnika pobrzmiewał irlandzki akcent, a czasami, jeśli nikogo nie było w pobliżu, szkocki; Christian musiał przyznać – sam przed sobą, w najgłębszych zakamarkach umysłu – że z wdzięcznością słuchał angielskiego z każdym akcentem, z wyjątkiem francuskiego.

Dzięki sprytowi Girarda strażnik sprawiał więźniowi drobne przyjemności, torturując go najokrutniejszą bronią: nadzieją.

– Girard powiedział, że nie wolno mi narażać cię na cierpienie w związku z tym, co stało się wcześniej. Powiedział, że wyszedłeś z tej bitwy z honorem, choć łaską byłoby pozwolić ci połączyć się z żoną i z synem. Według niego jesteś człowiekiem, który nie może nikomu ufać, a życie, które cię czeka, nie będzie warte, aby je ciągnąć dłużej, o ile wrogowie nie osaczą cię gdzieś w Surrey.

Stare kłamstwo; Christian nie miał żadnych wrogów w Surrey, a jego żona i syn mieli się doskonale w domu, w Anglii. Severn było prawdziwą twierdzą, pełną służby wiernej rodzinie od pokoleń. A Girard to tylko mały szatan, któremu pozwolono rozkwitać w trzewiach Wielkiej Armii, na przyczółku na zboczach Pirenejów, zaś mówienie o śmierci Helene i Evana to była tępa broń w arsenale Girarda.

Girard zapłaci za to, że po nią sięga.

Christian skupił się na tym, żeby ignorować mężczyznę, który się do niego zwracał: wielkiego, jasnowłosego draba o zielonych, bystrych oczach, oddanego Girardowi. Girard nazywał go „Michel”, pozostali strażnicy używali mniej serdecznych określeń.

Strażnik dzierżył lśniący nóż z kościaną rączką; ten fakt nie budził w Christianie żadnych uczuć, poza obojętnością – prawie.

Nóż stał się dla Christiana czymś w rodzaju przyjaciela – przez pewien czas, póki Anduvoir nie zrobił z niego użytku, o jakim żaden człowiek o zdrowych zmysłach nie miałby ochoty myśleć.

– Orthez padł w lutym – powiedział strażnik, wciąż stojąc przy otwartych drzwiach. Czysta drwina, pozostawiać drzwi otwarte, podczas gdy Christian nie był w stanie uciec. – Parę tygodni temu, ale skąd miałbyś o tym wiedzieć, nieszczęśniku. Bordeaux w zeszłym miesiącu. Tuluzę wzięto, a Napoleon podobno abdykował. Girard wyjechał.

Nic z tego nie było prawdą. Takie czy podobne bajki strażnik opowiadał mu od czasu do czasu, żeby wzbudzić w nim nadzieję. Christian był jednak mądrzejszy: nie można odebrać człowiekowi nadziei, którą ten gasi w zarodku.

Strażnik nie zbliżał się.

– Widziałem, co się tutaj działo i bardzo mi z tego powodu przykro – powiedział z wyraźnym szkockim akcentem i jak się wydawało, całkiem szczerze. – Girard także żałuje. Prawda, była wojna, ale kiedy pojawił się Anduvoir…

Trudno. Christiana przywiązano do pryczy – niedogodność, jakiej doznawał od czasu do czasu i na którą dawno zdołał się uodpornić. Największe okrucieństwo Girarda polegało na tym, żeby okazać więźniowi tylko tyle troski, żeby ten nie umarł. Cienki, ale czysty materac i zapewne więcej koców niż miaa piechota zakwaterowana w starym zamku.

Karmiono go.

Jeśli odmawiał jedzenia, karmiono go siłą. Jeśli odmawiał kąpieli, także kąpano go siłą. Jeśli odmawiał rzadkich spacerów na dziedzińcu zamku, gdzie świeże powietrze i słońce atakowały jego zmysły równie brutalnie, jak oprawcy ciało, również wyprowadzano go siłą.

W końcu siła przestała być potrzebna, bo człowiek na tyle silny, żeby uciec, był człowiekiem, który pielęgnował nadzieję na zemstę i Christian chciał tę siłę zachować. Znosił świeże powietrze i słońce, przyjmował jadło z rąk katów, żywiąc nie siebie, ale marzenia o zemście.

Girard to także rozumiał i wiedział, jak manipulować tą ostatnią, najwspanialszą nadzieją.

Christian zatem musiał obowiązkowo dochodzić do siebie między sesjami z Girardem albo różnymi kapralami i otrzymywał pomoc medyczną, kiedy kaprale – albo częściej Anduvoir – tracili panowanie nad sobą. Teraz zasłużył na zwykłą, stosunkowo bezbolesną śmierć.

Usiłował wzbudzić w sobie wdzięczność, strach, ulgę, cokolwiek.

Cokolwiek, poza dojmującym żalem, że zemsta zostanie mu odebrana.

– Przykro mi – powiedział strażnik. – Tak strasznie mi przykro.

Girard mówił to samo, zawsze cicho, zawsze szczerze, kiedy ostrożnie kładł Christiana na pryczy, gdzie zaczynało się leczenie.

Christian poczuł, jak nóż przecina więzy wokół jego nadgarstków i kostek. Nagły przepływ krwi w dłoniach i stopach sprawił ból.

– Przykro mi – powtórzył strażnik.

A potem Christian już nie czuł… nic.

2

Rozkazy tylko fruwają w tę i we w tę, odkąd działa umilkły.

Devlin St. Just — pułkownik St. Just, chwalić Boga – narzekał na pokój, rzadki przywilej zawodowego żołnierza.

– Podczas działań wojennych papierkową robotę odwalano tylko po jednej stronie frontu – ciągnął. – Teraz galopujemy wzdłuż i wszerz Europy, bo gołębie po prostu nie wystarczą.

– Jeśli przywozisz rozkazy Łysego, muszą być ważne – zauważył Marcus Easterbrook, teraz w końcu lord Greendale. Nie zamierzał się obnosić z tytułem, póki nie dostanie wiadomości, na czym, ostatecznie, stanęło dochodzenie; złe maniery pośród oficerów Wellingtona traktowano na równi ze zdradą.

Easterbrook pociągnął łyk brandy i podał butelkę koledze oficerowi, jako że zwycięska armia powinna być radosna i wesoła – również dlatego, że, podobnie jak wielu, którzy jeździli z rozkazami, St. Just miał dostęp do ucha generałów. Niestety poza brandy w namiocie Easterbrooka brakowało jakichś szczególnych dóbr, jeśli nie liczyć obozowych dziwek – okazjonalnie.

Pułkownik St. Just miał budowę ciała jak dragon – wielki, muskularny; potrafił używać broni palnej i białej z morderczą precyzją. Easterbrook nie zazdrościł jednak wielkoludowi jego wypadów. Ze względu na konia jeździec podróżował lekko, bez obciążenia, ale ze względu na rozkazy podróże bywały ciężkie, ponieważ wybierał drogi krótsze, ale mniej bezpieczne.

– Nie powinno się upijać dobrą brandy, Easterbrook. – St. Just nalał sobie brandy do szklanki na palec. – Złe maniery.

St. Just przyszedł na świat jako dziecko z nieprawego łoża, ale tak czy inaczej, było to książęce łoże. Easterbrook nalał trzy palce do wyszczerbionej szklanki, zastanawiając się nad stosowną odpowiedzią.

– Podczas wojny człowiek wyrabia w sobie pewną tolerancję na brak manier.

– Żeby to było możliwe, niech to diabli. – St. Just zakręcił płynem w szklance, podetknął ją pod swój raczej niezbyt delikatny nos i odstawił na stół, nie spróbowawszy. – Opowiedz mi o tym zaginionym księciu. Cały obóz o nim gada, chociaż w Paryżu nic o nim nie słyszeliśmy.

Dzięki Bogu za tę drobną łaskę.

– Zaginiony książę to legenda tutaj, na południu i przy przełęczach – odparł Easterbrook, zastanawiając się, dlaczego ze wszystkich wad St. Just przejawia skłonność do plotek. – Ósmy książę Mercji należał do armii Wellingtona na Półwyspie, służąc głównie w sztabie Jego Wysokości. Spłodził dziedzica i kupił patent oficerski, zgodnie z tradycją rodzinną.

– Jedno dziecko nie zapewnia sukcesji.

Nie, nie zapewniało, na nieszczęście dla biednego księcia, chociaż, o ile pamięć go nie zawodziła, St. Just miał całe mnóstwo rodzeństwa uprawnionego do dziedziczenia.

– Szkoda, że nie znałeś Mercji – powiedział Easterbrook. – Miał wszystkie bogactwa świata. Zarozumiały i wyniosły, jaki może być tylko urodzony książę, a jako jego kuzyn mogę cię zapewnić, że jego sukcesja nie była zagrożona. Mój ojciec był młodszym bratem książęcego dziedzica, chociaż papa przyjął nazwisko żony, jako jeden z warunków umowy małżeńskiej. Jestem Severn w każdym calu.

– Znasz Jego Wysokość?

Jakby książę nie mógł utrzymywać stosunków ze zwykłym kuzynem.

– Był moim jedynym żyjącym krewnym ze strony ojca, jego ojciec był moim najstarszym wujem. W każdym razie Mercja kupił patent i służył z honorem, po czym po prostu zniknął pewnego ranka zeszłego lata. Znaleźliśmy jego mundur, przybory do golenia i konia przy strumieniu na północ od obozu, więc doszliśmy do wniosku, że utopił się podczas kąpieli.

Chociaż w dzieciństwie Christian pływał jak foka. Easterbrook powiedział o tym nawet oficerom prowadzącym śledztwo, którzy zastanawiali się nad możliwością dezercji.

Dezercji para królestwa i oficera. Śledczy nie byli zadowoleni ze swojego książęcego kompana. Co za szkoda.

Na St. Juście brandy najwyraźniej nie zrobiła wrażenia, bo tylko wodził palcem po krawędzi szklanki, zamiast uraczyć się zawartością.

– Dorosły mężczyzna utopił się w strumieniu?

– Służyłeś w Hiszpanii?

– Latami, a potem znowu w Portugalii – odparł St. Just; jego palec zatrzymał się na krawędzi. – Tak, wiem: nagłe powodzie, rzezimieszki, miejscowi sympatyzujący z Francuzami, francuscy dezerterzy… Jego Wysokość miałby szczęście zginąć w topieli.

– Mógłby się z tobą zgodzić, gdyby żył. Zapalisz? – Easterbrook z pewnością się z nim zgadzał.

– Nie folguję takim przyjemnościom. – Nie folgował przyjemnościom, ale na koniu gnał jak wicher i zamierał na chwilę z zamkniętymi oczami, zanim spożył w środku dnia wieśniaczy posiłek złożony z czarnego chleba, masła, gotowanych ziemniaków i rozgotowanej wołowiny. Wobec towarzystwa bekających, puszczających wiatry oficerów w mesie, taki ideał powinien stanowić przyjemną odmianę, jednak Easterbrook nie cieszył się jego obecnością.

Easterbrook odciął koniec cygara, ponieważ on folgował przyjemnościom.

– Parę tygodni po zniknięciu Mercji doszły nas słuchy, że Francuzi schwytali wysokiego rangą angielskiego oficera bez munduru.

St. Just przysunął stołek o stopę bliżej wejścia do namiotu, odsłoniętego, żeby wiatr wpadał do środka.

– Biedny człowiek.

– Znam oficerów, którzy wolą się nie kąpać, żeby nie stracić ochrony, jaką zapewnia mundur. Ponieważ Francuzi uważają każdego oficera schwytanego bez munduru za szpiega i przesłuchują z użyciem tortur bez cienia litości.

– Ja z pewnością zawsze miałem mundur pod ręką – mruknął w zamyśleniu St. Just.

Easterbrook przesunął końcem cygara pod nosem, wciągając zapach przywileju i przyjemności, choćby drobnych.

– Sam rzadko rozstawałem się z mundurem. Kiedy sprawa już przyschła, jednemu z przybocznych Wellingtona dostarczono niepodpisany list, podobno autorstwa francuskiego doktora. Donosił, że utytułowany angielski oficer jest przetrzymywany w niewoli i torturowany, i sugerował, żeby owego oficera po cichu wykupić.

St. Just znieruchomiał ze szklanką w połowie drogi do ust.

– To niezwykłe.

Okup był czymś niezwykłym i oficjalnie niedostępnym; obie strony zdecydowały, że będą przetrzymywać więźniów do końca działań wojennych. W efekcie niektórzy Anglicy korzystali z wątpliwej gościnności Francuzów w Verdun przez ponad dziesięć lat.

– Podejrzanie niezwykłe – zgodził się Easterbrook, chociaż Christian był w czepku urodzony, a od protokołu dotyczącego więźniów często robiono odstępstwa. – List zaginął w kanałach dyplomatycznych, ale wysłano szpiegów, którzy, jak się wydaje, donieśli Wellingtonowi, że niczego nie znaleźli, niczego nie widzieli, niczego nie słyszeli.

Dzięki Bogu.

– A jednak zaczęliście mieć nadzieję?

– Nadzieję na co? W tamtym czasie to już były miesiące od zniknięcia Mercji. Książę wyrastał wśród przywilejów i niczego sobie nie żałował. Nawet w oficerskim areszcie w Verdun źle by sobie radził. Jak tego rodzaju człowiek dawałby sobie radę z torturami? Jak ktokolwiek stawiłby czoło takiej sytuacji? A po takim czasie można by się zastanawiać, czy Mercja w ogóle chciałby, żeby go uwolnić.

St. Just przyglądał się płynowi w szklance; większość oficerów dawno wychyliłaby jej zawartość i sięgnęła po więcej.

– Jego Wysokość miał żonę i syna. Dlaczego miałby nie chcieć uwolnienia?

– Kiedy sprzątaliśmy po Soulcie, uwolniliśmy kilku więźniów wojennych – źle znosili francuską niewolę.

– Francuzi też nie radzili sobie dobrze – odparował St. Just, studiując pilnie etykietkę na butelce brandy, jakby czytał, co tam napisano – po francusku, oczywiście. – Trudno oczekiwać, żeby więźniowie otrzymywali pełne racje, niezależnie od tego, kto ich przetrzymuje.

– Takie ograniczenia to nie wszystko. – Easterbrook zapalił cygaro od lampy naftowej na stole, a potem dolał sobie brandy; usiłował zmienić temat. – Czy jest większa przyjemność, niż porządna libacja, pożądliwa dziwka i dobre cygaro?

– Trwały, sprawiedliwy pokój – stwierdził St. Just, kierując spojrzenie na północny zachód, ku ni mniej, ni więcej, tylko starej, wesołej Anglii. – Ale opowiadałeś mi o swoim kuzynie.

Pułkownik wolał rozmawiać o zaginionym księciu niż o łatwych kobietach. Wojna wywierała dziwny wpływ na niektórych mężczyzn.

– O zaginionym księciu, który, jak sądzę, przebywa obecnie ze swoim Stwórcą. Kiedy Tuluza padła parę tygodni temu, jakiś irlandzki moczymorda, który nie wiadomo komu służył, dał znać, że utytułowany angielski oficer jest więziony w na pół zrujnowanym zamku u podnóża gór. Postawiono go, zdaje się, na miejscu prawdziwego średniowiecznego zamku, z lochami do kompletu. Twierdził, że został uwolniony, kiedy zamek opuścili rycerscy Francuzi.

– Teraz to są pokonani Francuzi.

– Tak jest. – Easterbrook uniósł szklankę jakby w toaście i zaciągnął się mocnym tytoniem.

I podjął kolejny wysiłek, żeby zmienić temat.

– Jedziesz do Kanady z pozostałymi?

– Mam pewne zobowiązania rodzinne, ale wątpię, żebym się wymigał. Uznaliście, że Irlandczyk kłamał?

To dzięki takiemu uporowi rozkazy powierzone St. Justowi docierały na miejsce wbrew wszelkim przeszkodom. Świeża nienawiść Easterbrooka do gościa zaczynała dorównywać jego szacunkowi.

– Irlandczyk był… – Easterbrook urwał, wypuszczając gryzący dym pod dach namiotu. Co miał powiedzieć? Pragnienie posiadania bogatego księstwa to nie grzech, nieprawdaż? – Irlandczyk nie był trzeźwy i jego motywy wydawały się wątpliwe. Co on robił w tym zamku, hę? I gdzie się teraz podziewa ten zaginiony książę, kiedy wszyscy wiedzą, że cesarz abdykował?

St. Just poruszył połą namiotu, jakby chciał wpuścić do środka więcej światła, jednak Easterbrook odczuł drobną satysfakcję, że dym męczy gościa.

– Jeśli Mercję poddawano torturom przez dłuższy czas, jego zdolności umysłowe mogą nie być w najlepszym stanie – zauważył St. Just. – I co by zyskał, maszerując nawet na taką odległość na północ, zamiast kierować się prosto do domu z wybrzeża?

– Jak mógłby sobie pozwolić na podróż do domu? Jak mógłby człowiek znoszący przez dłuższy czas głód i tortury wędrować tak daleko na własnych nogach? Przyjmując, że żyje – a nie sądzę – jest prawdziwym bohaterem. A jeśli chodzi o tych, którzy podszywają się pod Mercję, twierdząc, że są zaginionym księciem, dajemy im ciepły posiłek i dobrze traktujemy, póki nie uda mi się przekonać generałów, że trafił nam się kolejny łgarz i oszust. Wtedy wypędzamy drania, żeby szukał szczęścia gdzie indziej.

Dociekliwy łajdak tylko usiadł wygodniej, złożył ramiona na szerokiej piersi i patrzył na unoszący się w powietrzu dymek.

– Dla francuskiego doktora… zawierzyć coś takiego papierowi… Rozstrzelano by go jako zdrajcę Republiki, gdyby list wpadł w niepowołane ręce.

Tytoń podobno koi nerwy. Easterbrook zaciągnął się głęboko, aż koniec cygara rozjarzył się na czerwono, potem wypuścił dym nosem.

– Mercja mógł dostać się do niewoli, ale jakie są szanse, że Francuzi pojmali nagiego człowieka w kąpieli, nie pozwolili mu włożyć munduru, zdali sobie sprawę, że to książę i zatrzymali go, żeby przesłuchać, wbrew wszelkim przyjętym zasadom? To stanowczo więcej niż w złym tonie.

– Poza tym – Easterbrook podniósł się, ponieważ nadeszła pora, żeby pożegnać gościa – żaden szpieg nie doniósł, że Mercja może być tym więźniem. Mercja uczestniczył we wszystkich naradach, strategicznych konsultacjach, robił nawet wypady w niektóre przełęcze. To kawał spryciarza – był spryciarzem, przy całym swoim zarozumialstwie. Francuzi dobrze by na tym wyszli, gdyby dostali go w swoje ręce.

– Jeśliby się załamał.

Easterbrook przechylił butelkę, podnosząc ją do ust; należało ją opróżnić tak czy inaczej, niezależnie od poczucia zwycięstwa i wdzięczności.

– Ja bym się załamał – odezwał się cicho. Może przesadził z brandy, a może spędził za dużo czasu w towarzystwie Pułkownika Idealnego St. Justa. – Starałbym się wytrzymać, ale słyszy się takie historie… Wybacz, St. Just, powiem jak oficer do oficera, nie wytrzymałbym.

– Nie wiesz tego. – St. Just podniósł się zbyt lekko, jak na człowieka, który przebył konno całą drogę z Paryża. – Dzięki za gościnę, posiłek, brandy i twoje towarzystwo. Pójdę zajrzeć do konia.

Błogosławione zwierzę.

– Konia?

– Jeżdżę na własnych wierzchowcach. Tak jest bezpieczniej, a w ciągu ostatnich paru dni przebyliśmy taki szmat drogi, że muszę go wyprowadzić, żeby rozprostował nogi, i żeby nie zesztywniał. Chodź ze mną, jeśli masz ochotę.

– Proszę wybaczyć, pułkowniku Easterbrook, pułkowniku St. Just… – Młodszy oficer, który miał wkrótce osiągnąć wiek, w którym mężczyźni się golą, zatrzymał się zadyszany przed namiotem; zasalutował z przesadnym entuzjazmem młodych i niedoświadczonych na polu walki.

– Anders. – Easterbrook zaciągnął się raz jeszcze, rzucił niedopałek na ziemię i rozgniótł go butem. – Czy to Łysy cię przysłał?

– Generał Baldridge ma dla pana kolejnego odnalezionego księcia. Zaprowadziliśmy go do mesy oficerskiej.

– Wspaniale. – Easterbrook dopił resztki z butelki i odrzucił ją na bok. – Czy ten chociaż mówi po angielsku?

– On w ogóle prawie nie mówi, sir, ale ma przerażająco niebieskie oczy.

– Cóż, przynajmniej to się u biedaka zgadza. Przyprowadź mojego konia, Anders. Razem z St. Justem wyrwiemy się stąd na chwilę, po spotkaniu z Najnowszą Wysokością. Chodź, St. Just. Książęta odnajdują się w tych rejonach mniej więcej raz na tydzień. Dają nam rozrywkę, odkąd żabojady się wycofały.

Christian stał przed namiotem; pod wpływem wiosennej bryzy szczękał zębami, ale i tak nie umknęło mu ani jedno słowo, które padło wewnątrz.

– To kolejny odnaleziony książę. – Podoficer starał się zachować obojętny ton głosu, przekazując tę wiadomość generałom. – Już trzeci w tym miesiącu, ale posłaliśmy już po pułkownika Easterbrooka.

– Biedny Easterbrook. – Starszy oficer westchnął głęboko. Christian usłyszał jakiś dźwięk – jakby rzucono pióro na stół – a potem skrzypnęło krzesło. – Przypuszczam, że ten też ma jakąś historyjkę?

– Nie słyszałem, sir. On wygląda… cóż…

– Możesz mówić swobodnie, Blevins.

– Gdybym twierdził, że wędrowałem miesiącami po wyżynie, prawie nie jedząc, na pół oszalały od ciosu w głowę, albo od niewoli żabojadów, byłbym bardziej wiarygodny, wyglądając tak jak on.

– Rozwiń to.

– Jest chudy jak upiór, a oczy ma, jakby siedział w piekle w pierwszym rzędzie. Nie paple bez opamiętania jak dwaj poprzedni.

– Ostatni czterej, chcesz powiedzieć. Przypuszczam, że Easterbrook będzie zmuszony zdemaskować i tego, ale odrobina chrześcijańskiego miłosierdzia będzie jak najbardziej na miejscu. Zabierz go do mesy, bądź uprzejmy i nakarm go porządnie. Nigdy nie wiadomo, a nie należy obrażać księcia, zwłaszcza jeśli nie jest szalony.

Interesujące podejście, świadczące o tym, że oficerowi nieobca jest sztuka strategii.

– Tak jest, sir.

Blevins wyszedł z namiotu, starannie umocowując połę namiotu, chociaż i tak nie przestała łopotać hałaśliwie.

Dźwięki były czymś, do czego Christian na nowo się przyzwyczajał. Do dźwięków innych niż szczęk otwieranych i zamykanych kajdan, bieganie szczurów, filozofowanie Girarda, smętna paplanina strażnika, mówiącego ni to irlandzkim, ni to szkockim akcentem.

– Masz zostać nakarmiony, zanim otrzymamy dalsze rozkazy – oznajmił jasnowłosy, o rumianej twarzy Blevins. Sądząc po nienagannym mundurze, chłopak pochodził z zamożnej rodziny, albo był szczególnie dbały o swój wygląd, rzednące włosy mogły skłonić do tego młodego człowieka, albo niedawno nabył patent.

Christian wydobył z siebie dwa słowa:

– Wasza Wysokość.

– Słucham? – Angielska uprzejmość kazała się Blevinsowi pochylić, ponieważ piąty zaginiony książę mówił wyłącznie cicho.

Kiedy w ogóle coś mówił.

– Ma pan zostać nakarmiony, Wasza Wysokość – powiedział Christian powoli; każde słowo stanowiło wynik gimnastyki umysłowej, przypominającej rzucanie kamyków w środek spokojnego stawu.

– Och, racja, łaskawy panie, eee… Wasza Wysokość. – Uszy młodego mężczyzny poczerwieniały; odmaszerował żwawym krokiem, musiał jednak zwolnić, ponieważ Christian nie przyśpieszył. Zakłopotanie Blevinsa wynikało nie z braku manier, ale ze współczucia dla człowieka, który rozstał się zarówno z rozumem, jak i – dawno temu – z przyborami do golenia.

– Obawiam się, że posiłek będzie skromny, Wasza, eee… Wysokość. Porządnie ugotowana wołowina, ziemniaki z masłem i solą, czarny chleb, ale to wszystko daje nam siłę. Poprawiło się, odkąd stary Wellie pokazał Soultowi, gdzie jego miejsce. Miejscowi z radością nas zaopatrują, bo płacimy im za jedzenie, w przeciwieństwie do ich własnej armii.

Słowa, angielskie słowa, przepływały koło uszu Christiana niczym śpiew ptaków w letni poranek. Easterbrook miał się zjawić, a Easterbrook mógł wysłać Christiana do Anglii, w ramiona oddanej, choć może niezbyt kochającej księżnej i do dzieci. Evan powinien już chodzić i mówić, wyrasta już zapewne z dziecinnych loczków, może nawet dałby się zabrać na spokojną przejażdżkę konną w siodle przed ojcem.

Christian rozmawiał często ze swoim maleńkim synkiem, kiedy musiał znosić gościnność Girarda. Wybrał chłopcu pierwszego kucyka – tłustego, kudłatego srokacza, czytał mu ulubione bajki na dobranoc i sprowadził jednego czy dwa szczeniaki.

W wyobraźni wyjaśniał dziecku łagodnie, że papa musi zabić paru Francuzów, ale potem szybko wróci do domu.

Zapach pieczonej wołowiny przerwał rozmyślania Christiana, jak fizyczne uderzenie. Musiał zapanować nad zmysłami, uporządkować dźwięki i zapachy, żeby nie dać się zatopić nadmiarowi rozmaitych doznań. Zapachy były angielskie albo wiejskie, albo francuskie. Gotowana wołowina była z pewnością angielska. Wszechobecne błoto pachniało po prostu wsią. Przeklęte rude kocisko o zbitym futrze, ocierające się o buty Christiana, było niewątpliwie francuskie.

Schylił się ostrożnie i odsunął kota – nie rzucił nim tak mocno, jakby chciał, ani nie skręcił mu karku. Koty były zdecydowanie francuskie.

– Czy przynieść panu herbatę, Wasza Wysokość? – Blevins używał tytułu z entuzjazmem, chociaż z ironią. – Żony dbają, żebyśmy mieli herbatę, nawet jeśli kwatermistrze o tym zapominają.

– Gorąca woda wystarczy. Dziękuję. – Sama myśl o herbacie wprawiała układ trawienny Christiana w panikę.

Tym razem Blevins zdołał zachować poważny wyraz twarzy, mówiąc:

– Doskonale, Wasza Wysokość.

Czyżby książęta nie dziękowali już służbie? Twarz Blevinsa rozjaśniła się; odszedł pośpiesznie. Może pomyślał, że Christian wreszcie się ogoli.

Już niedługo przyjdzie Easterbrook, potem podróż do Anglii, gdzie Christian obmyśli właściwy los dla Anduvoira i Girarda i w końcu wszystko znowu będzie dobrze.

– Musi być ciężko wyzbyć się nadziei – zauważył St. Just, kiedy wraz z Easterbrookiem zmierzali do mesy. Namiot stał wysoko i roztaczał taki sam urzekający, przesycony dymem zapach, jak każda mesa, do której St. Just miał przyjemność zbliżać się z wiatrem. – Mercja jest, ostatecznie, twoim kuzynem.

Powiedział to obojętnym tonem, bo w reakcji Easterbrooka było coś dziwnego. Gdyby ktoś z rodziny St. Justa zaginął, a potem niespodziewanie wrócił, on sam tańczyłby w najbliższej fontannie i wrzeszczał z radości pod niebiosa.

Podczas gdy zachowanie Easterbrooka zdradzało strach.

– Mercja to młody człowiek – odparł Easterbrook. – Jeśli to on i jeśli zachował rozum, a jego zdrowie nie zostało całkiem zrujnowane, może wrócić do dawnego życia, albo do takiego, które będzie je przypominało.

Każdy, kogo Francuzi przetrzymywali miesiącami, musiał posiadać niezwykłą odporność, której St. Just mógł tylko pozazdrościć, choć człowiek, jakiego zastali w namiocie, był istotnie w żałosnym stanie.

Siedział sam przy stole; brał do ust kawałeczki gotowanych kartofli, odkładał widelec, żuł starannie, a potem brał kolejny kawałeczek. Wołowina pozostawała nietknięta. Wyglądał niechlujnie, twarz o ostrych rysach zarastała broda – przypominał świętego, który właśnie wrócił z odosobnienia w dziczy, gdzie modlił się i walczył z demonami.

– Prawdziwy książę ma świetne maniery – powiedział Easterbrook, podchodząc do stołu – ale rzuciłby się na mięso, gdyby miesiącami nie oglądał przyzwoitego steku. Jestem Easterbrook.

Usiadł naprzeciwko wychudzonego, cichego mężczyzny o lśniących niebieskich oczach i skrzyżował ramiona na piersi.

– Moje zęby się ruszają, pułkowniku – odparł mężczyzna. – Nie dam rady wołowinie, bo Francuzi skąpili mi pomarańczy. Albo może sami ich nie mieli.

– Ach, oczywiście… hańba pazernym Francuzom.

Easterbrook rzucił wyrażające anielską cierpliwość spojrzenie w stronę paru oficerów, którzy dwa stoły dalej udawali, że nie zwracają na nich uwagi.

– Może powinniśmy przenieść tę dyskusję na zewnątrz.

St. Just wolałby pozbyć się publiczności, ponieważ rześkie górskie powietrze mogłoby przewiać na wskroś zjawę przy stole.

– Powinniśmy przenieść dyskusję na zewnątrz, Wasza Wysokość, Marcusie – poprawiła go zjawa cicho. Zdaniem znającego się na rzeczy St. Justa – w sposób książęcy.

– Proszę wybaczyć – powiedział Easterbrook. – Wasza Wysokość, faktycznie. – Mówił tonem tak wyszukanie uprzejmym, że aż kpiącym.

Mężczyzna podniósł się powoli – może nie mógł się pogodzić z porzuceniem niedojedzonych ziemniaków – ale nikt się nie ruszył, żeby mu pomóc. St. Just powstrzymał odruch na widok determinacji w błękitnych oczach.

– Posłuchaj – powiedział Easterbrook, kiedy odeszli parę kroków od namiotu. – Gdybyś był Christianem Severnem, księciem Mercji, nie nosiłbyś tej brody. Wyglądasz tak, jakbyś się nie golił od tygodni, masz brudne ręce i mówiąc bez ogródek, nie chciałbym stać obok ciebie w gorący dzień, gdyby wiatr wiał w moją stronę.

Żadna z tych rzeczy, zdaniem St. Justa, nie miała znaczenia w obecnej sytuacji.

– Ręce za bardzo mi się trzęsą, żebym mógł utrzymać brzytwę, kuzynie, chociaż teraz trochę mniej. – Jego Wysokość – dlaczego, do czorta, nie zwracać się do niego w ten sposób? – wyciągnął prawą rękę, która istotnie lekko drżała. – Francuzi mnie nie golili, bo mogłoby mi się udać poderżnąć sobie gardło na brzytwie, niezależnie od zręczności balwierza. Zamiast tego od czasu do czasu przycinali mi brodę.

To brzmiało logicznie, ale Easterbrook machnął niecierpliwie – również lekko niepewną – ręką.

– Książę Mercji był człowiekiem w kwiecie wieku, na Boga. Ty zaś składasz się ze skóry i kości, nie masz munduru ani sygnetu.

Obie te rzeczy Francuzi zgarnęliby natychmiast, kiedy ów człowiek wpadłby w ich ręce. Pomruki i szuranie w namiocie wskazywały, że publiczność przysunęła się bliżej, żeby lepiej słyszeć.

– Karmiono mnie na tyle, żebym pozostał przy życiu, nie dość, żebym zachował siły. Obrażasz swojego kuzyna, Easterbrook. – Mężczyzna mówił cicho, jakby nie chciał dostarczać rozrywki znudzonym oficerom, którzy w środku dnia nie zdążyli się jeszcze upić.

– Pół obozu wie, że jestem kuzynem Mercji – parsknął Easterbrook, kiedy Anders przyprowadził jego konia. – Wszyscy żartują z tego, że przypadło mi demaskować oszustów. Mój kuzyn był leworęczny, ty jadłeś, posługując się jedynie prawą ręką. Wyjaśnij to.

Wyjaśnienie sprawiło, że St. Just miał ochotę wskoczyć na siodło i pogalopować dokądkolwiek – do Paryża, Moskwy, Rzymu – byle jak najdalej. Jego Wysokość podniósł lewą rękę, na końcu której zwisały palce – dwa ostatnie, dziwacznie powykręcane, nosiły ślady licznych skaleczeń.

– W charakterze prezentu dla oficera prowadzącego strażnicy postanowili, że napiszę, pod jego nieobecność, zeznanie, które przekażą zwierzchnikowi, jak tylko ten wróci z Tuluzy. Strażnicy nie zdawali sobie sprawy, że jestem leworęczny. – Zaginiony książę mówił powoli, każde słowo miało nieść jak największe znaczenie, przy oszczędnej liczbie sylab.

– Strażnicy ograniczyli uwagę do ręki, którą, w ich przekonaniu, nie mogłem niczego napisać – ciągnął. – W każdym razie nie napisałem zeznania. Kiedy pułkownik Girard skończył bić strażników za ich czelność, przeprosił mnie wylewnie. – Ostatnie zdanie było zaprawione subtelną ironią, a ostatnie zgłoski wymówione tak perfekcyjnie, że St. Just odszedł parę kroków, żeby cicho zakląć.

– Każdy czytelnik „Timesa” zna historię zaginionego księcia – stwierdził Easterbrook tonem, który w uszach St. Justa zabrzmiał nieco rozpaczliwie. – Mój kuzyn był dobrze zbudowanym mężczyzną, przystojnym, dbałym o własny wygląd. O jego powiązaniach rodzinnych można przeczytać w Debrecie, są znane każdemu, kto obraca się w dobrym towarzystwie. Ty jesteś chudy, brudny, obdarty…

Plótł tak dalej, podnosząc głos, zapewne na użytek oficerów w namiocie, ale St. Just usłyszał dość.

– Easterbrook, uważaj na konia.

Anders trzymał wodze wielkiego, kasztanowego ogiera, który jednak miał w sobie coś z hiszpańskiej gracji i wdzięku. Zwierzę przebierało przednimi kopytami, odchylając górną wargę i wyciągając do przodu szyję.

W stronę zaginionego księcia.

– Aragon? – Easterbrook widać nie był aż taki sprytny. Obok Aragona klacz St. Justa stała zupełnie spokojnie.

– Nie Aragon – oznajmił zaginiony książę, podchodząc do konia. – Chesterton. Wziąłeś mojego konia, kuzynie, i zmieniłeś mu imię. Sądzę, że winien ci jestem wdzięczność za to, żeś się nim zaopiekował, bo Bóg raczy wiedzieć, co by się z nim stało, gdyby pozostał w rękach Francuzów.

Koń tłukł kopytami, wydając niski, powitalny pomruk.

Miłość niemego zwierzęcia w oczach St. Justa stanowiła lepszy dowód, niż te, jakich mogłoby dostarczyć przesłuchanie.

– Odnalazł swojego księcia – stwierdził St. Just. – Albo koń czytał Debretta i wszedł w spółkę z oszustem, albo to jego pan, co wydaje się jasne jak słońce. – Pół tuzina oficerów wysunęło się z namiotu – sądząc po mundurach, kawalerzyści – i żaden nie próbował podważyć wniosku St. Justa.

Easterbrook skrzywił się, kiedy koń dobierał się do kieszeni księcia – najpierw jednej, potem drugiej. Książę podrapał konia po grzbiecie. Gdyby zwierzę było w stanie, zamruczałoby pewnie z rozkoszy jak kot i objęło swojego pana.

– Na Boga… – Easterbrook postąpił krok w stronę mężczyzny, którego śmierć, choć tragiczna, byłaby mu na rękę. Książę jednak podniósł rękę – zdrową rękę.

– Nie stawiaj nas obu, proszę, w kłopotliwej sytuacji okazywaniem uczuć, jak u tego bezrozumnego stworzenia. Jeśli chcesz okazać mi serdeczność na powitanie, każ przynieść przybory do pisania, żebym mógł szybko napisać do księżnej. Ucieszyłbym się również ze zmiany ubrania, a także wiadra wody, szmat i mydła.

Koń przestał dobierać się do pustych kieszeni, ale był zbyt dobrze ułożony albo za mądry, żeby ocierać się mocniej o pana, który od takiej pieszczoty mógłby się przewrócić.

Po raz pierwszy na twarzy Easterbrooka odbiło się zmieszanie i… szok.

– A zatem nic nie wiesz. Niech Bóg ma cię w swojej opiece… nikt ci nie powiedział o Helene?

3

Wasza Wysokość, ma pan gościa.

Christian przebywał w swojej londyńskiej rezydencji od trzech dni i nocy, a cała służba, od naczelnego kamerdynera po czyścibuta, nie mogła powstrzymać promiennych uśmiechów na jego widok.

Torturowano go miesiącami, wciąż i wciąż, a oni teraz szczerzyli zęby jak półgłówki. To, że byli szczęśliwi, że uśmiechali się do niego na każdym kroku, wprawiało go we wściekłość, a to z kolei – nieracjonalność tej reakcji – budziło w nim niepokój.

Zaproszenie, na Boga, przysłano nawet z Carlton House[1], ale dworski strój Christiana wisiałby na nim żałośnie, jak całun.

Kamerdyner odchrząknął.

Prawda. Gość.

– O tak później porze?

– Pani powiada, że ma pilną sprawę.

W porze wiosennej, w Londynie, koło dziewiątej wieczorem robiło się najprzyjemniej, ale gości już nie przyjmowano.

– Kim ona jest?

Meems przeszedł przez salon ze srebrną tacką w ręku, na której leżała jedna wizytówka na kremowym, welinowym papierze.

– Nie przypominam sobie lady Greendale. – Mimo że majątek Greendale leżał parę godzin jazdy od Severn. Lord Greendale był nadętym, starym gburem, który w Izbie Lordów wciąż zrzędził o szacunku i przyzwoitości w społeczeństwie. Róg wizytówki przecinał wytłoczony, czarny pasek, wskazujący, że kobieta była wdową, prawdopodobnie nadal w żałobie.

– Nie przyjmuję żadnych gości, Meems. Wiesz o tym.

– Tak, oczywiście, Wasza Wysokość. Musi pan odzyskać siły. Oczywiście. Mówi, że należy do rodziny. – Za uśmiechem, który Meems z trudem usiłował stłumić, kryło się coś jeszcze gorszego: nadzieja. Stary służący miał nadzieję, że Jego Wysokość przyjmie wreszcie w progach Mercja House kogoś, kto nie zajmuje się zarządem majątku ani nie jest posłańcem.

Christian przesunął palcem wzdłuż krawędzi wizytówki. Gillian, hrabina Greendale, prosiła o posłuchanie. Może jakaś stara kuzynka jego zmarłych rodziców. Nie mógł polegać na swojej pamięci.

Obowiązki wymagały przedziwnych działań. Na przykład konieczności podpisywania dziesiątek papierów tylko po to, żeby pieniądze, jakie przynosiło księstwo, mogły być wydane na potrzeby księstwa. Nauka składania podpisu prawą ręką była męczącą częścią tych obowiązków.

Christian na ogół poprzestawał na zgniataniu papierów w kulę i wrzucaniu ich do kominka, zamiast sięgać po kałamarz.

– Wprowadź ją do bawialni.

– Nie ma potrzeby. – Nieduża, jasnowłosa kobieta przepchnęła się obok Meemsa i energicznym krokiem podeszła do biurka Christiana. – Dobry wieczór, Wasza Wysokość. Gillian, lady Greendale.

Dygnęła leciutko, zdradzając, że nie pojmuje w pełni, jaki szacunek należy się jego pozycji, a także tego, że to do Meemsa należy odpowiedzialna funkcja zapowiadania gości.

– Musimy porozmawiać o sprawach rodzinnych.

Nie, poprawił się w duchu Christian, nie pojmuje w najmniejszym stopniu, a sądząc po wdowim stroju, nie ma też męża, który mógłby ją w tym względzie oświecić.

Jednakże dama była w żałobie, a grymas jej ust świadczył o straszliwym zmęczeniu. Nie uśmiechała się, co więcej robiła wrażenie, jakby nie pamiętała, jak to się robi.

Przyjemna odmiana w stosunku do zachowania służby.

– Meems, przynieś tacę i zamknij, proszę, drzwi, wychodząc.

Christian podniósł się zza biurka, chcąc stanąć bliżej ognia, ale dama ściągnęła kubrak z ramion i podała mu go. Piękny żakiet z czarnego jedwabiu ozdobiono wzdłuż brzegów fioletowym haftem. Jego dotyk był niezwykle przyjemny – miękki, gładki, dający poczucie luksusu, ciepły od jej ciała. Miał ochotę go trzymać, po prostu trzymać i podnieść do nosa, ponieważ wydawał delikatny, kwietny zapach, nie kobiety, ale damy.

Wspomnienia niedawnych cierpień nabierały z upływem czasu większej intensywności, zamiast blednąć.

– A zatem… – odezwała się, wodząc wzrokiem po pokoju.