Wydawca: Wydawnictwo Agape Kategoria: Religia i duchowość Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 458 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Więźniowie Iranu - Maryam Rostampour, Marziyeh Amirizadeh, John Perry

Więźniowie Iranu to niezwykle potuszająca historia o działaniu Bozej łaski, opowiedziana przez Marię i Marcelinę - dwie chrześcijanki osadzone w najgorszym teherańskim więzieniu.

Zatłoczony zakład karny Ewin stał się ich kościołem, w którym gromadziła się na modlitwie wspólnota sponiewieranych przez reżim kobiet i uwięzionych z nimi dzieci. Świadectwo nadziei, pokoju i prawdziwie chrześcijańskiego życia było czymś, co łamało zatwardziałe serca muzułmanek, otwierając je dla Chrystusa.

Najbardziej zaskakujące w zachowaniu osadzonych w więzieniu chrześcijanek było dla muzułmańskich współtowarzyszek to, że Maria i Marcelina nie chciały zaprzeć się swojej wiary w Pana Jezusa nawet pozornie, po to, by uratować swoje życie. W islamie istnieje bowiem pojęcie takijja – jest to kłamstwo dopuszczalne dla ratowania życia lub w celu szerzenia islamu. Kobiety wolały jednak umrzeć niż wyrzec się Jezusa. Potrafiły też przebaczyć swoim krzywdzicielom, odwołując się do Jego męki i śmierci za grzechy wszystkich ludzi.

Opinie o ebooku Więźniowie Iranu - Maryam Rostampour, Marziyeh Amirizadeh, John Perry

Fragment ebooka Więźniowie Iranu - Maryam Rostampour, Marziyeh Amirizadeh, John Perry

MaryamRostampour

MarziyehAmirizadeh

oraz John Perry

Wydawnictwo Agape

Poznań 2013

Originally published in the U.S.A. under the title:

Captive in Iran, by Maryam Rostampour & Marziyeh Amirizadeh with John Perry

Copyright © 2013 by Maryam Rostampour & Marziyeh Amirizadeh

Polish edition © 2013 by Publishing House Agape Ltd. with permission

of Tyndale House Publishers, Inc. All rights reserved.

Zdjęcie na okładce: © Hongqi Zhang (aka Michael Zhang), zdjęcie autorek: © Hung H. Le

© dla wydania polskiego Wydawnictwo Agape sp. z o.o., Poznań 2013

ISBN oryginału: 978-14-143830-4-0

ISBN polskiego wydania: 978-83-63759-26-1

ISBN ePUB:978-83-63759-90-2

ISBN MOBI:978-83-63759-89-6

Redaktor: Bartłomiej Grysa

Tłumaczenie: Mirosław Rucki

Korekta i redakcja tekstu: Iveta Rucka

Konsultacje iranistyczne: dr Marcin Rzepka

Projekt okładki: Paweł Fiszer

Skład: Aldona Walkowiak

Wydawnictwo Agape

ul. Panny Marii 4; 60-962 Poznań

e-mail: wydawnictwo@agape.org.pl

tel./fax (+48) 61 852 32 82

www.agape.org.pl; www.milujciesie.org.pl

Dział Handlowy

tel./fax (+48) 61 852 32 80

e-mail: sklep@milujciesie.org.pl

Księgarnia internetowa:

Przedmowa

Dopiero wróciłam z podróży misyjnej do Indii, a już po 36 godzinach znów byłam w drodze. Tym razem celem moim były rekolekcje dla kobiet w odległości około półtorej godziny drogi z Atlanty (Georgia). Wieczorem przemawiałam, a następnego ranka organizator rekolekcji przyszła do mojego pokoju z dwiema Irankami, przekonana, że będę zainteresowana rozmową z nimi. Usłyszałam zachodnią wersję ich imion: Marcelina i Maria.

Rozmawiałyśmy przez chwilę, po czym, świadoma ich muzułmańskiego pochodzenia, zapytałam, jak to się stało, że zaufały Jezusowi Chrystusowi. Nie byłam przygotowana na to, jak przejmującym błogosławieństwem będzie dla mnie ich opowieść o osobistej drodze wiary. To nie było jedynie wyzwolenie z grzechów. To nie było zwyczajne przejście na chrześcijaństwo. Obydwie były zakochane w Jezusie! Przez kilka następnych godzin Iranki dzieliły się ze mną swoją miłością do Jezusa, która była naznaczona płomieniem bólu i prześladowań.

Pod koniec rozmowy, ze łzami biegnącymi po policzkach, te sympatyczne kobiety powiedziały coś, co mnie uderzyło szczególnie. Powiedziały, że dla nich o wiele łatwiej było doświadczać Bożego pokoju, obecności i mocy w więzieniu Ewin niż później w USA. Więzienie Ewin! Teherańskie więzienie cieszące się sławą gorszą niż amerykańskie więzienia Alcatraz czy Angola. Miejsce, którego sama nazwa przeraża nawet najmocniejszych. Jak to możliwe?

Ponieważ musiałam trzymać się planu rekolekcji, nie miałam czasu zapytać, dlaczego moje nowe znajome tak uważają, ani usłyszeć o ich przeżyciach w więzieniu Ewin czy o tym, jak spotkały tam Boga, jak ich wiara nie tylko przetrwała to straszne doświadczenie, ale dzięki niemu rozkwitła. Dlatego gdy po kilku tygodniach otrzymałam od nich list z pytaniem, czy mogą przesłać mi rękopis swojej książki z prośbą o napisanie przedmowy, od razu się zgodziłam. Z niecierpliwością oczekiwałam chwili, gdy będę mogła zagłębić się w ich historię. Nie zawiodłam się.

Czytałam, nie mogąc się oderwać, strona po stronie, rozdział po rozdziale. Ale największe wrażenie wywierały na mnie nie słowa, jakimi Iranki opisywały życie za murami więzienia, ale to, co odczytywałam między wierszami. Uderzał mnie hart ich ducha, ich moc i niezłomna wiara w Jezusa Syna Bożego, Zbawiciela świata, zmartwychwstałego Pana i Króla. Z miłością i odwagą świadczyły o Nim wobec złamanych współwięźniarek, które odpowiadały łzami desperacji; wobec kobiet próbujących je zmanipulować i wykorzystać do swoich celów; wobec wrogo nastawionych urzędników i strażników więziennych i nawet wobec sędziów mających władzę uwolnić je z więzienia, jeśli tylko wykażą chęć porzucenia wiary chrześcijańskiej.

Wśród piekielnego mroku więzienia Ewin Marcelina i Maria rozpaliły światło! Swoją miłością do najgorszych, dobrocią dla złych, delikatnością dla najbardziej brutalnych, swoją gotowością służyć innym w największym wyobrażalnym brudzie złożyły one najwspanialsze świadectwo o Jezusie, którego kochały, udowadniając, że jest On obecny również w tym okropnym miejscu. On nie tylko jakoś przeprowadził je przez to doświadczenie – On przeprowadził je zwycięsko!

Zastanawiałam się... Czy Bóg przyprowadził je tutaj, do Stanów, by podzieliły się swoim doświadczeniem, aby przygotować swój lud na to, co ma niedługo nastąpić? By nauczyć nas, że Bóg jest wierny i godny zaufania, niezależnie od okoliczności, w jakich się znajdziemy? Przecież każdy z nas ma jakieś osobiste doświadczenie uwięzienia. Więzieniem może być ból fizyczny, klęska finansowa, rozbicie emocjonalne, kłótnia małżeńska czy zdrada...

Książka Uwięzione w Iranie umocniła moją wiarę. Jestem przekonana, że po jej przeczytaniu również Twoja wiara zostanie umocniona!

Anne Graham Lotz

ROZDZIAŁ 1

Nie ma czym się przejmować

Maria &

Wróciłam od dentysty do pustego mieszkania. Moja żuchwa nie dawała mi spokoju, więc nalałam wody do szklanki, by zażyć lek przeciwbólowy. Nagle zadzwonił telefon. To była moja siostra Szirin.

„Cieszę się, że zastałam cię w domu” – powiedziała strwożonym głosem. „W nocy miałam o tobie okropny sen. Śniło mi się, że zniknęłaś, a jakiś głos wyjaśnił, że znalazłaś się w przerażającym ciemnym miejscu i się bardzo boisz. Nagle nad twoją głową otworzyło się niebo i zostałaś za włosy wyciągnięta do góry i umieszczona w pięknym miejscu, pełnym zieleni. Wtedy głos powiedział: «To stanie się z twoją siostrą»”.

„Nie myśl o tym” – odpowiedziałam beztrosko. „Niepotrzebnie przejmujesz się błahostkami. Wszystko jest dobrze. Marcelina i ja jedziemy na wakacje w te dwutygodniowe święta Nowego Roku. Gdy będziemy w drodze, będziemy mogły znowu porozmawiać”.

W rzeczywistości miałyśmy z Marceliną plany związane z podróżą, ale nie chodziło o wakacje. Mówiłyśmy tak krewnym i przyjaciołom dla ich własnego bezpieczeństwa. Tak naprawdę miałyśmy odwiedzić miasta Iranu, by rozdawać tam Nowy Testament.

Prawdę mówiąc, sen Szirin zmartwił mnie o wiele bardziej, niż mogłam się przyznać. Parę dni wcześniej sama miałam pełen trwogi sen. W moim śnie razem z Marceliną i innymi chłopcami i dziewczętami staliśmy na pagórku, a przed nami stał starszy mężczyzna, lśniący światłem, i wypowiadał proroctwo o każdym z nas. Kiedy spojrzał na mnie i Marcelinę, powiedział: „Wy dwie zostaniecie zatrzymane”.

Biorąc pod uwagę planowaną podróż, te dwa sny były bardzo niepokojące.

Stanie się tak, jak Bóg zaplanował.

***

Drzemałam na tapczanie, kiedy rozległ się dźwięk dzwonka u drzwi. Usłyszałam głos Marceliny za drzwiami oraz inne głosy, których nie poznawałam.

Dziwne. Dlaczego po prostu nie wejdzie? Może zapomniała kluczy.

Wyjrzałam przez wizjer i zobaczyłam Marcelinę oraz inną dziewczynę w muzułmańskim ubiorze, a także dwóch młodych mężczyzn.

„Otwórz drzwi!” – rozkazała dziewczyna.

Bolały mnie zęby, a w dodatku umysł był niezupełnie jasny po zażytym leku przeciwbólowym. Przez chwilę się zastanawiałam.

„Proszę poczekać, muszę się ubrać” – powiedziałam przez zamknięte drzwi. Przed drzwiami stali mężczyźni nienależący do mojej rodziny – w tym przypadku prawo koraniczne wymagało ode mnie włożenia stroju zgodnego z przepisami religijnymi.

„Proszę się nie przejmować – odpowiedziała kobieta, – tylko ja wejdę do środka”.

Otworzyłam i w tej samej chwili do mieszkania zdecydowanym krokiem weszła młoda kobieta i skierowała się za mną do mojego pokoju, gdzie włożyłam odpowiednie ubrania. Kiedy wróciłyśmy do pokoju gościnnego, Marcelina siedziała na tapczanie z włosami starannie nakrytymi, a dwaj mężczyźni przetrząsali nasze mieszkanie. Przerażone patrzyłyśmy, jak szperają po zakamarkach każdego pokoju, wyrzucając wszystko z szuflad, półek i schowków, depcząc po naszych książkach i płytach CD. Przeryli nawet spiżarnię.

Oczywiście nie mieli oni żadnego dokumentu uprawniającego do przeszukiwania mieszkania. To byli basidżi, członkowie organizacji rewolucyjnej, którzy nie potrzebowali pozwolenia, by robić cokolwiek. Podobnie jak większość basidżi, ci mężczyźni, na oko około dwudziestoletni, zachowywali się arogancko i byli ubrani w sposób, podkreślający ich status – coś pomiędzy państwową milicją a pospolitymi zbirami. Nie nosili mundurów, a pragnąc nie wyróżniać się w tłumie, nie nakładali nawet szafie (chusty w czarno-białą kratkę symbolizującej wierność przywódcy Iranu ajatollahowi Alemu Chamenei). Ich ubrania były tak samo brudne, jak oni.

W ciągu ostatniego roku my z Marceliną mieszkałyśmy razem w tym niewielkim mieszkaniu w północnej części centralnego Teheranu. Znajdowało się ono w spokojnym miejscu na wzgórzu, miało kominek w pokoju gościnnym, białe ściany, ciemnoczerwone zasłony. Na nowoczesnych meblach w kolorze ciemnopomarańczowym leżały wielkie miękkie poduszki. Okna obu sypialni wychodziły na piękne góry Darke, popularne wśród amatorów górskich wspinaczek. Z balkonu w kuchni mogłyśmy widzieć ulicę na dole i potężny, wysoki mur więzienia naprzeciw.

To mieszkanie było naszym domem i schronieniem. Służyło też jako miejsce spotkań dla tajnych wyznawców Jezusa Chrystusa, którzy mogli być uwięzieni lub nawet zabici za swoją wiarę zgodnie z obowiązującym prawem. W każdej z naszych sypialni miałyśmy stos plastikowych krzeseł oraz chrześcijańskie wydania Nowego Testamentu i inne książki. Robiąc wypady z naszego schronienia, po kryjomu głosiłyśmy Ewangelię o Jezusie Chrystusie w tym rozległym, ponad siedmiomilionowym mieście. A teraz wdarli się tu bez uprzedzenia obcy ludzie i robią swoje porządki.

„Usiądź na tapczanie – rzucił jeden z basidżi – i nie rozmawiajcie ze sobą”.

Był chudy i nerwowy, wyglądał raczej jak chłopiec niż mężczyzna. Miał gęste brwi, czarne włosy, rzadką kędzierzawą bródkę. Pewny siebie i swojej władzy, nadanej mu przez prawo muzułmańskie (według prawa dziewczynki, które ukończyły dziewięć lat i jak się uważa, mogą już wychodzić za mąż, podlegają władzy mężczyzny), nie pozostawiał żadnych wątpliwości: lepiej, jeśli będziemy siedziały cicho i robiły, co on nam powie.

Drugi basidżi, starszy i wyższy, z jasną skórą i zielonymi oczami, wyglądał na przywódcę. Ten wybrał raczej pojednawcze podejście: „Nie przejmujcie się, panie” – powiedział. „Po prostu siedźcie sobie spokojnie”.

Mimo że obaj mężczyźni zajmowali ważne stanowiska, musieli przyjść w towarzystwie kobiety, ponieważ zgodnie z prawem islamu nie mogli wejść do naszego domu, nie będąc naszymi krewnymi. Młoda kobieta miała na sobie czador – długą, luźną, lekką suknię, którą muzułmańskie kobiety muszą nakładać, wychodząc w miejsca publiczne lub znajdując się w obecności mężczyzn niebędących ich krewnymi. Pod suknią było widać mundur. Prawdopodobnie była z policji.

Póki basidżi przeszukiwali mieszkanie, mnie i Marcelinie udało się, na szczęście, schować nasze telefony komórkowe. Listy adresów, teksty SMS-ów i fotografie mogły zdradzić naszych przyjaciół, sprowadzając na nich niebezpieczeństwo. W naszym komputerze były zdjęcia z wyjazdów misyjnych do Indii i Korei Południowej. Niestety, przed wdarciem się intruzów nie zdążyłam wyłączyć telewizora – miałyśmy nielegalne programy satelitarne, które stanowiły zagrożenie dla czystości religijnej tego muzułmańskiego kraju.

***

Marcelina &

Minuty ciągnęły się jak godziny. Młoda policjantka uważnie nas obserwowała, a mężczyźni zaczęli wrzucać nasze rzeczy do skrzynek stojących na podłodze. Znaleźli setki płyt CD o tematyce chrześcijańskiej i egzemplarzy Nowego Testamentu w języku perskim, którego używamy w Iranie. Zauważyli też napisy chrześcijańskie na lodówce.

„Czy zostałyście chrześcijankami?” – zapytał Marię starszy basidżi, który, jak się dowiedziałam, miał na imię Mohammadi.

„Tak” – odpowiedziała twardym i pewnym głosem. „Jestem chrześcijanką od jedenastu lat”.

Zwrócił się do mnie.

„Dlaczego zostałaś chrześcijanką? Co złego zrobił ci nasz imam Husejn?” – zapytał, mając na myśli jednego z liderów muzułmańskich.

„Zostałam chrześcijanką, ponieważ spotkałam Jezusa” – wyjaśniłam. „Nie odwróciłam się od nikogo. Zwróciłam się do Jezusa, bo On zamieszkał w moim sercu i powołał mnie”.

„Spotkałaś Jezusa?” – sarkastycznie zapytał Mohammadi. „Jak on wyglądał? Był blondynem czy brunetem? Czy miał brodę?”

Nie odpowiedziałam. Patrząc na postępujące zniszczenie naszego mieszkania, przypomniałam sobie, że kiedyś przyśniłam, iż miałam znaleźć się w więzieniu, walcząc o swoją wiarę. Powiedziałam tylko Marii i kilku przyjaciołom, że miałam wizję przyszłego uwięzienia. „Nie boisz się myśli o więzieniu?” – pytali mnie. „Nie boisz się, że będą cię torturować i gwałcić?”

Moja odpowiedź była zawsze taka sama: „Bóg jest moim Ojcem i On nie dopuści, by przydarzyły mi się te okropne rzeczy. A gdyby dopuścił, oznaczałoby to spełnienie Jego woli w sposób, którego ja nie jestem w stanie zrozumieć. To jest tajemnica, ale zawsze będę ufała Panu”.

Była godzina osiemnasta i basidżi plądrowali nasze mieszkanie już od ponad dwóch godzin. Prosząc o pozwolenie wstania z tapczanu, podałyśmy im płyty i egzemplarze Nowego Testamentu, których oni szukali, i nawet pomogłyśmy przeliczyć: 190 książek oraz 500 płyt.

Nie dając się zastraszyć, Maria powiedziała: „Musicie nam to wszystko później zwrócić”.

„Z pewnością otrzymacie to z powrotem” – niezbyt przekonującym tonem obiecał Mohammadi. Maria wzięła jeden Nowy Testament i podała mu ze słowami: „Powinieneś wziąć to i przeczytać”.

„Czytałem to – odparł – w wersji prawdziwej, a nie w takiej zafałszowanej, jak ta”.

Zapewne miał na myśli tak zwaną Ewangelię Barnaby, fałszywe Pismo, opublikowane w języku perskim w XVIII wieku, ukazujące Jezusa nie jako Syna Bożego i Zbawiciela świata, tylko jako mniejszego proroka, podobnie jak przedstawia Go Koran. Wielu muzułmanów uważa, że właśnie ta książka to chrześcijańska Ewangelia, ponieważ nigdy w życiu nie mieli możliwości przeczytania prawdziwej Ewangelii.

Mohammadi wziął do ręki inną książkę, Wyznania św. Augustyna.

„Na co ci ta książka?” – rzucił.

„Można ją kupić w każdym sklepie w kraju” – odparłam. „Myślałyśmy, że będzie ciekawa”.

Patrząc, jak Mohammadi przerzuca nasze książki, zastanawiałam się, czy on w ogóle potrafi czytać. Jeśli nawet posiadał tę umiejętność, miał co najwyżej powierzchowną wiedzę o książkach. Takich młodych ludzi o zamkniętych umysłach i niskim poziomie wykształcenia nasz rząd produkował na tysiące. Mohammadi nie był w stanie odróżnić chrześcijańskich książek od innych i nie widział różnicy między naszymi płytami a albumami muzyki popularnej.

„Wygląda na to, jakby Pan był obecny wszędzie w tym domu” – powiedział Mohammadi po chwili.

„Nie znajdziesz tu nic oprócz Pana – odparłam, – ponieważ żyjemy z Panem”.

Byłyśmy w niebezpieczeństwie. Ci ludzie przeszukiwali nasze mieszkanie bez nakazu władz. Najwyraźniej mieli zamiar nas aresztować, nie stawiając żadnych zarzutów. Teoretycznie prawo w Iranie nie zabrania być chrześcijaninem. Jednak w praktyce policjanci, Stróże Rewolucji, sędziowie i wszyscy, którzy trzymają władzę w tym kraju, interpretują prawo po swojemu i nie można na nich liczyć. Ci dwaj młodzieńcy i dziewczyna mogli oskarżyć nas o cokolwiek albo zatrzymać bez stawiania zarzutów. I chociaż bycie chrześcijaninem nie jest przestępstwem, przejście z islamu na inną wiarę oraz ewangelizacja innych muzułmanów są uważane za przestępstwo i karane śmiercią.

Wprawdzie Maria i ja byłyśmy wychowane w rodzinach muzułmańskich, jednak nie przyjęłyśmy islamu ani będąc dziećmi, ani już jako osoby dorosłe. Według nas nigdy nie „odeszłyśmy” od islamu, ponieważ nigdy nie byłyśmy prawdziwymi muzułmankami. Spotkałyśmy się na konferencji ewangelizacyjnej w Turcji i postanowiłyśmy pracować razem, po czym spędziłyśmy trzy ostatnie lata w Teheranie, po cichu ewangelizując każdego, kto był tym zainteresowany. Na mapie ściennej podzieliłyśmy miasto na duże sektory i przez dwa lata pomiędzygodziną dwudziestą a północą kolejno odwiedzałyśmy je. Rozdawałyśmy Nowy Testament ludziom w kawiarniach, taksówkarzom, zostawiałyśmy go w sklepach i podrzucałyśmy do skrzynek pocztowych. Po obejściu całego sektora zaznaczałyśmy go na naszej mapie krzyżem. W ciągu trzech lat rozprowadziłyśmy około 20 tysięcy egzemplarzy Nowego Testamentu.

Wyjeżdżałyśmy również poza Teheran, zawożąc Biblię do innych miast. Zostawiłyśmy nawet kilka egzemplarzy w Kom, najświętszym dla muzułmanów miejscu, do którego chrześcijanom nie wolno było nawet wchodzić. Ale czy istnieje lepsze miejsce, by podprowadzić ludzi do prawdy o Jezusie Chrystusie? Przez lata nauczyłyśmy się ostrożności i polegania na Bogu, który chronił nas, gdziekolwiek udawałyśmy się.

Mimo wszystko władze zaczęły nas podejrzewać. Nie miałyśmy zamiaru wyrzekać się naszej wiary ani ukrywać jej w żadnych okolicznościach. Ale od czasu, gdy władze miały nas na oku, było coraz trudniej zachowywać wierność Chrystusowi i kontynuować posługę tak, by nas nie schwytano.

Takie myśli i wspomnienia kotłowały się w mojej głowie, kiedy razem z Marią pomagałyśmy basidżi pakować wszystko, co chcieli zabrać: egzemplarze Nowego Testamentu, płyty CD, nasze czasopisma, rzeczy osobiste, dokumenty tożsamości itp. Kazali nam iść ze sobą, jednak nie pozwolili zabrać żadnych dodatkowych ubrań lub rzeczy. Nie miałyśmy pojęcia, dokąd nas zabierają i kiedy będziemy mogły wrócić do domu.

„Czy mamy zabrać ze sobą letnie lub zimowe ubrania?” – zapytała Maria, próbując wyjaśnić sytuację. Odpowiedzi nie było.

Młoda kobieta zaprowadziła nas z Marią do małego, obskurnego białego samochodu i usiadła między nami na tylnym siedzeniu. Za nami szli obaj mężczyźni ze skrzynkami pełnymi naszych rzeczy. Robiło się ciemno, wiatr stawał się coraz chłodniejszy. Na ulicy przed naszym domem było cicho, ale jadąc przez osiedle, widziałyśmy, jak tłumy ludzi wchodziły do sklepów i wychodziły z zakupami, przygotowując się do świąt irańskiego Nowego Roku, który miał nastąpić za jakieś dwa tygodnie. Wzdłuż jezdni było pełno zaparkowanych samochodów, a na chodnikach – ludzi.

Nasz samochód minął mury więzienia widoczne z naszej kuchni. Było to sławetne więzienie Ewin, zbudowane w czasach szacha do przetrzymywania przeciwników jego reżimu. Po odsunięciu szacha od władzy w 1979 roku Ewin wykorzystywano jako więzienie polityczne. Byli tu zamykani w pojedynczych celach i torturowani ludzie, uznani za wrogów państwa muzułmańskiego. Przechodziłyśmy obok jego murów z czerwonej cegły prawie codziennie. Często zastanawiałyśmy się, jak wygląda życie za tymi murami i kto może tam się znajdować. Teraz wyglądało na to, że wkrótce o tym się dowiemy...

W końcu podjechaliśmy do posterunku policji w dzielnicy Gisza. Był to dwupiętrowy budynek z cegły, do którego codziennie przychodziło mnóstwo ludzi po dokumenty rejestracyjne swoich pojazdów. Jak zwykle, przy wejściu głównym był duży ruch. Jednak nie wprowadzono nas przez drzwi frontowe. Basidżi kazali nam wejść przez tylne wejście, przy którym stali ochroniarze. Było to wejście do Oddziału 2, który zajmowały służby bezpieczeństwa, prowadzące sprawy przestępstw przeciwko państwu.

***

Początek naszej strasznej przygody miał miejsce wczesnym rankiem tego samego dnia, 5 marca 2009 roku. Kiedy razem z Marią przygotowywałyśmy się do wykonania swoich zadań, odebrałam dziwny telefon. Uprzejmy głos na drugim końcu linii poinformował mnie, że jest jakiś problem z rejestracją mojego samochodu i poprosił, bym przyszła dziś przed godziną drugą po południu na posterunek policji w Gisza w celu wyjaśnienia sprawy. Szybko zadzwoniłam do poprzedniego właściciela samochodu, by dowiedzieć się, czy on wie o jakimś problemie, ale on nie odebrał telefonu. Wtedy zadzwoniłam do znajomego prawnika, by zapytać, czy to może być coś poważnego.

„Nie – zapewniał mój przyjaciel, – nie ma się czym przejmować. Takie rzeczy się zdarzają co rusz”.

Mimo to nie mogłam przestać myśleć o tym, co się wydarzyło kilka dni wcześniej, kiedy składałam podanie o wymianę paszportu na nowy. W jednym z formularzy było pytanie o religię – w odpowiedzi zaznaczyłam „chrześcijanka”. Kiedy nadeszła moja kolej, urzędnik był oburzony.

„Jak to możliwe?” – dopytywał się. „Masz muzułmańskie imię, twoi rodzice są muzułmanami. Jak możesz być chrześcijanką?”

„U Pana wszystko jest możliwe” – odpowiedziałam.

Urzędnik spojrzał na mnie przenikliwym wzrokiem, ale nic więcej nie powiedział.

Rozmyślałam o porannej rozmowie, wykonując moje zadanie. Kiedy o wpół do dwunastej przyszłam na policję, przy wejściu zatrzymał mnie ochroniarz.

„Czego tu chcesz?” – zapytał.

„Dzwonili do mnie, że jest jakiś problem z rejestracją mojego samochodu” – wyjaśniłam.

„Nie powinnaś wchodzić ubrana w ten sposób”.

Miałam na sobie skromne ubrania, włosy były całkowicie zakryte, zgodnie z tym, co było wymagane w miejscach publicznych. Nie miałam jednak na sobie czadoru, ponieważ nie byłam muzułmanką.

„Ale moje ubrania zakrywają całe ciało” – odpowiedziałam.

„Powiedziałem to, co do mnie należy” – rzucił ochroniarz. „Reszta to twoja sprawa. Ale jeśli wejdziesz ubrana w ten sposób, nikt ci nie pomoże i zostaniesz zignorowana”.

Mając na uwadze konieczność wyjaśnienia tajemnicy dokumentów, wróciłam do domu, by się przebrać, a potem znowu przyszłam na posterunek. W tym momencie rozpoczęła się przerwa obiadowa, w czasie której są odprawiane modły wymagane przez prawo islamskie.

Wytłumaczyłam ochroniarzowi, że kazano mi przyjść nie później niż o godzinie czternastej. On powtarzał, że posterunek jest zamknięty i nikt nie zajmie się mną teraz. Po kilku minutach dyskusji przekonałam go, by mnie jednak wpuścił. Powtórzyłam urzędnikowi moją historię i treść dziwnej rozmowy telefonicznej.

„To niemożliwe” – odrzekł urzędnik. „Nie sądzę, byśmy do pani dzwonili. Musiała pani się pomylić”.

Podał mi jakiś adres: „Proszę udać się do tego biura”.

W tym momencie obok przechodził gruby mężczyzna w średnim wieku ubrany w mundur policyjny. „Nazywam się Hagigat” – powiedział uprzejmie. W języku perskim wyraz hagigat oznacza „prawda”. Policjanci na wysokich stanowiskach, sędziowie i inni ludzie, sprawujący władzę w Iranie, nie używają swoich prawdziwych imion, ale korzystają z pseudonimów. Jak wkrótce się okazało, imię mężczyzny niewiele miało wspólnego z rzeczywistością, którą on sobą reprezentował.

„Myślę, że mogę pani pomóc” – dodał. „Pani pozwoli za mną”.

Poszłam za nim po korytarzu, aż doszliśmy do pokoju, w którym było niewiele mebli. Przy biurku siedział krzepki mężczyzna z dużą kwadratową twarzą, pokrytą gęstym kilkudniowym zarostem. Jego ciemne, głęboko osadzone oczy wydawały się nieproporcjonalnie małe na jego twarzy, a krzaczaste brwi nadawały groźny wyraz spojrzeniu.

Ku mojemu zdziwieniu mężczyzna uśmiechnął się do mnie i powiedział: „Teraz pani dobrze trafiła. To ja dzwoniłem do pani dziś rano. Nazywam się Rasti (i ten wyraz też po persku znaczy „prawda”). Proszę usiąść”.

Pan Hagigat wyszedł z pokoju, zamykając za sobą drzwi i zostawiając nas sam na sam.

„Proszę mi pokazać pani dokumenty” – powiedział pan Rasti.

Podałam mu mój dowód osobisty, prawo jazdy i dowód rejestracyjny samochodu. Po dłuższym oglądaniu dokumentów pan Rasti zaczął zadawać pytania, nie podnosząc wzroku.

„Czy jest pani mężatką?”

„Nie”.

„Czy mieszka pani z rodzicami?”

„Nie, mieszkam razem z przyjaciółką”.

Zapytał mnie o adres i kilka szczegółów osobistych. Potem nastąpiła pauza.

„Czy jest pani chrześcijanką?”

Aha! Więc to o to cały czas chodziło! Samochód nie miał z tym nic wspólnego. Wezwali mnie z powodu mojego podania o nowy paszport.

„Tak, jestem chrześcijanką od jedenastu lat. A dlaczego pan o to pyta?”

„Czy zna pani Biblię?”

„Tak, oczywiście. Jestem chrześcijanką i znam Biblię. Mam własny egzemplarz. Czy to stanowi jakiś problem?”

Pan Rasti nie odpowiedział. Zamiast tego zapytał, czy byłam w pewnej restauracji któregoś konkretnego dnia. Chodziło o bardzo popularną restaurację, gdzie posiłki serwowano w sposób tradycyjny, na niskich stolikach, przy których leżało się na tapczanach. Dania i muzyka również były tradycyjne. To miejsce było zawsze pełne młodych ludzi i pracownicy służb bezpieczeństwa, ubrani po cywilnemu, zawsze je obserwowali.

„Nie pamiętam dokładnie” – odparłam. „Nie przypominam sobie nawet, co jadłam wczoraj. Ta restauracja jest mi znana, ale nie jestem pewna, czy akurat tego dnia tam byłam”.

Wreszcie pan Rasti podniósł oczy, wbijając we mnie wzrok.

„Nasi agenci bezpieczeństwa widzieli panią i pani przyjaciółkę w tej restauracji jakiś miesiąc temu. Rozdawałyście Biblie. Agenci zanotowali numer rejestracyjny samochodu i w ten sposób odnaleźliśmy panią. Czy rozdawała pani Biblie w restauracji?”

„Jestem chrześcijanką – odparłam – i wierzę w Biblię. Kiedy ktoś mnie pyta o Biblię, zawsze udzielam odpowiedzi. Jeśli ktoś prosi o egzemplarz Biblii, zawsze daję. Możliwe, że dałam komuś Nowy Testament w tej restauracji. Czy to stanowi jakiś problem?”

Wyraz twarzy pana Rastiego zupełnie się zmienił. W gniewie poderwał się ze swojego krzesła i krzyknął: „Ja ci pokażę, jaki to stanowi problem! Ochrona! Zawołać tu natychmiast dwie policjantki!”.

Nagła zmiana tonu była szokująca i przez chwilę odczuwałam strach. Nagle przypomniałam sobie obietnicę, jaką złożyłam Panu już dawno temu: „Nigdy nie zaprę się Ciebie. Ufam, że zawsze będziesz ze mną i przezwyciężysz mój strach”.

Do pokoju wbiegły dwie kobiety ubrane w czadory i długie welony. „Jest pani aresztowana” – oznajmił Rasti, kiedy jedna z policjantek skuwała moje ręce kajdankami. Wyszedł z pokoju i po chwili wrócił w towarzystwie dwóch młodych mężczyzn: jeden był bardzo młody i szczupły, drugi – nieco starszy, o jasnej karnacji.

„Mamy nakaz przeszukania pani mieszkania” – ogłosił pan Rasti. „Musi pani pójść z tymi dwoma mężczyznami i umożliwić im rewizję. A gdzie jest teraz pani współlokatorka?”

„Poszła do dentysty” – odpowiedziałam.

„Do dentysty czy rozdawać Biblie?” – rzucił pan Rasti z głupim uśmieszkiem.

Wciąż w kajdankach, zostałam wepchnięta do małego białego samochodu policyjnego. Razem ze mną wsiedli obaj młodzi mężczyźni i jedna z policjantek o imieniu Zahra. Patrzyła na mnie z pogardą. W drodze pochyliłam się ku niej i wyszeptałam: „Jestem chrześcijanką. Poza moją wiarą nie ma żadnego powodu, dla którego zakuliście mnie w kajdanki. Doznałam zaszczytu służenia Jezusowi w ten sposób i chcę, żebyś wiedziała, iż nie mam ci za złe, że tak ze mną postępujesz”. Bezczelny uśmiech Zahry zniknął i do końca podróży ona na mnie już nie spojrzała.

***

Maria &

Przed pójściem do dentysty spędziłam część poranka, robiąc zakupy na nadchodzące święta Nowego Roku. Z trudem przepychałam się przez zatłoczone ulice, oglądając witryny sklepów wypełnione towarem. Niektóre rzeczy – na przykład pisanki – można było kupić tylko w okresie świątecznym.

Przedzierając się przez tłum, pomyślałam: „Po wizycie u dentysty muszę kupić parę tradycyjnych noworocznych rybek – czerwoną kupię dla Marceliny, a czarną dla siebie”.

Rano słyszałam, jak Marcelina rozmawiała przez telefon na temat problemów z dokumentami na samochód oraz jak potem dzwoniła do prawnika. Ta historia wydała mi się podejrzana i nieco się martwiłam. Ale wtedy przypomniałam sobie: „Zdarzyć się może tylko to, co Bóg zaplanował w naszym życiu w celu realizacji swoich planów. Żaden człowiek i żadna władza nie może tego zmienić”.

Spędziłam pół godziny w fotelu dentystycznym i umówiłam się na kolejną wizytę za kilka dni. Zaniepokojona z powodu dziwnego porannego telefonu, zadzwoniłam do Marceliny.

„Jestem w domu – powiedziała – ale tylko po to, by się przebrać, inaczej urzędnik na policji mi nie pomoże”.

„Poczekaj, aż przyjdę” – poprosiłam. „Coś tu jest nie tak. Omówmy to spokojnie i zastanówmy się, co dalej robić”.

„Masz rację, powinnyśmy uważać” – odpowiedziała Marcelina. „Ale chcę pójść na policję i wyjaśnić tę sprawę, by potem dokończyć moje zadanie. Zostawię ci adres na kartce”.

Nie mogłam wiedzieć, że Marcelina trafi prosto do pułapki i wróci do domu aresztowana. Nasze zaufanie Bogu miało być poddane próbie.

Zaledwie dwa dni wcześniej rozważałyśmy z Marceliną historię życia św. Łukasza, który został chrześcijaninem w bardzo trudnych czasach i wiernie towarzyszył św. Pawłowi aż do jego męczeńskiej śmierci. Czy byłybyśmy w stanie być tak wierne i tak silne? Stwierdziłyśmy, że tak. Pójdziemy za Chrystusem wszędzie – do Arabii Saudyjskiej, do Moskwy lub gdziekolwiek, gdzie istnieje zagrożenie dla wyznawców Chrystusa.

Ale czy naprawdę jesteśmy do tego zdolne? Czy rzeczywiście będziemy w stanie podążać za Jezusem wszędzie i spełniać Jego wolę? Wszystko wydawało się proste i jednoznaczne, kiedy rozmawiałyśmy o tym same w naszym mieszkaniu. Teraz znalazłyśmy się w rękach policji i czekały na nas poważne problemy. Patrząc na twarz Marceliny, zrozumiałam, że czuje się ona tak samo, jak ja: stara się zachować pewność i spokój na zewnątrz, a wewnętrznie jest sparaliżowana strachem. Ściskało mi żołądek, w ustach czułam suchość jak na pustyni Daszt-e Lut, ale elektryzująca fala adrenaliny przepływała przez moje żyły.

Próbowałam zwalczyć paniczny strach, ale rozumiałam, że jesteśmy słabe i wcale nie odważne. Przecież nawet św. Piotr, najbliższy przyjaciel Jezusa, w obliczu niebezpieczeństwa zaparł się Pana. Czy możemy zaprzeć się Pana, by ratować życie? Jeśli nie damy rady i upadniemy jak św. Piotr, czy będziemy mogły sobie przebaczyć? Modliłam się, by Pan dodał nam sił. Możemy być odważne i okazać sprzeciw tylko i wyłącznie przez Jego moc, nie naszą własną. Bez Chrystusa jesteśmy niczym. Z Nim mamy siłę i jesteśmy bezpieczne.

Pocieszałam się tymi myślami, gdy razem z Marceliną byłyśmy prowadzone przez ten sam zatłoczony komisariat policji, gdzie ona była kilka godzin wcześniej. Mężczyźni, którzy przeszukiwali nasze mieszkanie, zaprowadzili nas po schodach do niewielkiego pomieszczenia z gołymi ścianami, dużym biurkiem przy oknie i czterema krzesłami. Na biurku i na podłodze leżały różne rzeczy, najwyraźniej skonfiskowane. Usiadłyśmy i patrzyłyśmy, jak oni układali na biurku razem z innymi rzeczy zabrane z naszego mieszkania.

„Siedźcie cicho i nie rozmawiajcie ze sobą” – rozkazała policjantka.

Zrobiłyśmy, jak ona kazała. Po pewnym czasie usłyszałyśmy kroki na korytarzu.

ROZDZIAŁ 2

Winne

Marcelina &

Do pokoju wszedł pan Rasti. Spojrzał na nas swoimi małymi ciemnymi oczami i zaczął przeglądać nasze rzeczy, wyłożone na biurku. Podniósł bliżej światła Nowy Testament, po czym zaczął grzebać w płytach CD. Nagle się skrzywił i zwrócił się surowo do Mohammadiego:

„Czy zabraliście wszystkie dowody?”

Mohammadi i jego kolega podnieśli swoje skrzynki i kiwnęli twierdząco.

„Czy one nie miały laptopa?”

Oczy Mohammadiego szeroko się otworzyły i przez chwilę patrzył jak baran. Następnie powiedział: „Przepraszam. Wydawało mi się, że go zabraliśmy. Chyba jednak został w ich mieszkaniu”.

„Weź jedną z tych winnych dziewczyn i natychmiast wracaj po niego”.

Byłyśmy zatrzymane zaledwie kilka minut temu, a już obwołano nas „winnymi dziewczynami”. Wciąż w kajdankach, Maria z Mohammadim i policjantką udała się po laptop. Jej żuchwa zaczynała drżeć z bólu, gdyż lek przestawał działać.

Zostałam pod strażą w tym pokoju, również w kajdankach. Od rana nic nie jadłam i drżałam z osłabienia. Poprosiłam o wodę, pragnąc pokazać, że jestem wyczerpana, ale nie przestraszona. Pan Rasti szybko wyszedł z pokoju, a kiedy wrócił, usiadł przy biurku, patrząc na mnie surowo.

„Od tego momentu będzie pani mówiła tylko prawdę” – rzucił.

„Cały czas mówię tylko prawdę” – odpowiedziałam ostro „Ale pan nie mówi prawdy! Dziś rano pan mnie okłamał z tym samochodem, by podstępnie mnie tutaj sprowadzić. Powiedziałam panu, że jestem chrześcijanką od jedenastu lat i że mogłam dać komuś Nowy Testament w tej restauracji. Mogłam wszystkiemu zaprzeczać, ale odpowiadałam uczciwie. A teraz pan mi każe mówić prawdę od tego momentu?”

Zauważyłam, że podnoszę głos.

„Byłem zmuszony okłamać panią” – zaczął tłumaczyć się pan Rasti.

„Przewróciliście do góry nogami moje mieszkanie, nie mając na to zezwolenia” – ciągnęłam dalej. „Nie mieliście do tego prawa. Czyż nie mam racji? Czy na tym polega praworządność?”

„Mamy nakaz przeszukania – odparł pan Rasti, – proszę”.

Rasti rzucił przez biurko jakiś papier. Ledwie zdążyłam na niego spojrzeć, ale zauważyłam, że ten dokument nie miał nic wspólnego z naszą sprawą. Tylko na marginesie było coś dopisane ręcznie na temat naszego mieszkania, z podpisem i pieczątką.

„To nie jest prawdziwy nakaz rewizji” – powiedziałam. „Ten papier nie ma mocy prawnej. To jest fałszerstwo”.

Nieco zmieszany z powodu mojego oporu pan Rasti przez chwilę zbierał się z myślami. „W naglących sytuacjach możemy otrzymać pozwolenie nawet przez telefon” – powiedział w końcu. „Nie mieliśmy czasu wypisywać go!” Najwyraźniej zdenerwowany, poderwał się z krzesła i wyszedł z pokoju.

Kiedy Maria wróciła w towarzystwie basidżi z laptopem, wyprowadzono nas przez piękny ogród wewnętrzny do innego pomieszczenia. Posadzono nas na krzesłach przy przeciwległych ścianach tak, byśmy nie mogły rozmawiać, i kazano czekać.

Trzy policjantki, które nas pilnowały, zaczęły gadać między sobą. „One zostały chrześcijankami!” – powiedziała jedna z nich. „Znaleźliśmy w ich mieszkaniu mnóstwo Biblii i innej chrześcijańskiej propagandy. Będą miały poważne kłopoty. A ponieważ są wciąż tutaj, pewnie nici będą z mojej popołudniowej drzemki!”

„Co zmusiło cię, byś została chrześcijanką?” – zapytała Marię jedna z policjantek ze złością w głosie. „Czy nie wiesz, że w ten sposób zaczęłaś należeć do kafarów?” – dodała, używając muzułmańskiego słowa, oznaczającego niewiernych.

Inna policjantka na głos czytała coś z Koranu. Podniosła oczy i powiedziała: „Chciałabym wiedzieć, dlaczego zostałyście chrześcijankami. Przecież my, muzułmanie, również wierzymy w Jezusa”.

Mimo że Maria była wyraźnie wyczerpana, z pewnością głodna i obolała, krótko wyjaśniła chrześcijańską wiarę w to, że Jezus jest Zbawicielem ludzkości. „On nie jest jedynie prorokiem, jak twierdzi Koran. On był wcielonym Bogiem, który wziął na siebie grzechy świata. Został ukrzyżowany, by zapłacić za nasze winy, za które my powinniśmy zapłacić. Na trzeci dzień po śmierci powstał z martwych i później wstąpił do nieba, by być z Bogiem Ojcem”.

Kobieta z Koranem rzuciła głośno: „Według Koranu, jesteś kafarem! Jezus nigdy nie był ukrzyżowany. On uciekł wcześniej. Był prorokiem, nie Zbawicielem; każdy, kto wierzy, że On jest Synem Bożym jest kafarem i będzie skazany na śmierć! Jest mi bardzo przykro z twojego powodu”.

Policjantki zaczęły mówić wszystkie na raz, wyśmiewając nasze słowa i śmiejąc się na myśl, że będziemy siedziały w więzieniu, dlatego że trzymamy się tak niedorzecznych wierzeń.

Weszła inna policjantka i wywołała moje imię. „Idź za mną” – rozkazała. Zostałam zaprowadzona z powrotem do biura pana Rastiego.

„Proszę usiąść” – powiedział pan Rasti. Usiadłam naprzeciwko jego biurka, na którym piętrzyły się nasze egzemplarze Nowego Testamentu i płyty. Moje nadgarstki bolały z powodu kajdanków; byłam już bardzo głodna, ale odmówiłam po cichu krótką modlitwę i byłam zdeterminowana, by zachowywać spokój.

„Jak długo, mówi pani, jest pani chrześcijanką?” – zaczął.

„Jedenaście lat”.

„I jak pani przeszła na tę religię?”

„Duch Chrystusa zamieszkał w moim sercu, czytałam też Biblię i inne książki”.

„Czy jest pani związana z jakimiś Kościołami w Iranie?”

„Nie”.

„Ilu chrześcijan pani zna?”

Prawda była taka, że znałam wielu chrześcijan. Ale gdybym się do tego przyznała, ten człowiek domagałby się nazwisk i adresów. Ich bezpieczeństwo, wolność, rodziny i nawet życie byłoby zagrożone, ponieważ nie miałyśmy z Marią żadnej możliwości ostrzec kogokolwiek z nich. Nigdy bym nie kłamała w sprawie mojej wiary, ile by mnie to nie kosztowało. Ale czułam, że muszę uchronić innych ludzi przed tym, co najwyraźniej groziło nam z Marią.

„Nikogo poza Marią”.

„Gdzie zostałaś chrześcijanką?”

„W Turcji”.

Znowu nie było to do końca zgodne z prawdą. Zostałam ochrzczona w Turcji siedem lat po tym, jak nawróciłam się w Iranie. Jednak wiedziałam, że jeśli powiem o moim nawróceniu w Iranie, padnie mnóstwo pytań, które sprowadzą problemy na głowy wielu ludzi.

„Również w Turcji spotkałam Marię po raz pierwszy” – dodałam.

„Chodziła pani w Turcji do kościoła?”

„Mieszkałam tam przez rok i czasami chodziłam do kościoła”.

„Dlaczego chodziła pani do kościoła?”

„Żeby się modlić, a także by mieć kontakt z innymi Irańczykami w Turcji”.

„Ilu ludziom dała pani Biblię?”

„Dawałam ją moim przyjaciołom, którzy zadawali pytania. Poza tym każdemu, kto chciał wiedzieć coś o mojej wierze w Chrystusa”.

„Czy dawała pani Biblię innym ludziom w czasie podróży?”

„Zawsze mam przy sobie kilka egzemplarzy Nowego Testamentu i jeśli ludzie mnie proszą, zawsze im daję”.

Pytania sypały się i sypały: „Dlaczego nie mieszkam z rodzicami? Ile zarabiam? Jak sprowadzam Nowy Testament do Iranu? Kim są ludzie na zdjęciach w naszym laptopie?”. W końcu pan Rasti przesunął do mnie stertę papierów.

„Proszę podpisać” – powiedział.

Nie miałam żadnej możliwości ich przeczytania i byłam zbyt zmęczona, by się sprzeciwiać. Kiedy podpisałam, policjantka zaprowadziła mnie z powrotem do pokoju, gdzie siedziała Maria, i zabrała ją na przesłuchanie do pana Rastiego.

***

Maria &

Kiedy usiadłam przed biurkiem pana Rastiego, usłyszałam tę samą litanię pytań, co Marcelina – jak się później dowiedziałam.

„Jak długo jest pani chrześcijanką?”

„Jedenaście lat”.

„Czy pani rodzice są też chrześcijanami?”

„Nie”.

„Dlaczego wierzy pani w Jezusa? Czy to oznacza, że pani już nie jest muzułmanką?”

„Wierzę w Jezusa, ponieważ Jego Duch wstąpił do mojego serca. Wiem, że On jest Synem Bożym i moim Zbawicielem” – wyjaśniłam.

„Kto namówił panią, by zostać chrześcijanką?”

„Nikt. Czytałam Biblię i Jezus sam odkrył mi prawdę”.

„Z jakimi jeszcze chrześcijanami utrzymuje pani kontakty, oprócz współlokatorki?”

„Z nikim więcej”.

„Kto dał pani te wszystkie egzemplarze Biblii i płyty CD, i inne materiały religijne?”

„Nikt. Są moją własnością. Sama przywiozłam je do Iranu”.

„Czy rozmawiała pani o Jezusie z kimkolwiek po swojej konwersji?”

„Tak. Z krewnymi, przyjaciółmi, z każdym, kto pytał”.

„Dawała im pani Biblię czy płyty?”

„Tak, jeśli o to prosili”.

„Pani Marcelina Amirizade zeznała, że dzisiaj we dwie jeździłyście samochodem w celu rozpowszechniania Biblii. Czy pani temu zaprzeczy?”

Co za wstrętny podstęp! Ta metoda jest często stosowana podczas przesłuchań: mówią ci, że inna osoba o czymś doniosła, w nadziei, że przyznasz się do czegoś, co miałaś zamiar ukryć, ponieważ zaczynasz myśleć, iż władze i tak wszystko wiedzą. Ale my z Marceliną zbyt dobrze znałyśmy się i zbyt mocno ufałyśmy sobie nawzajem, by taki numer się udał.

„Nie, nie rozdawałyśmy Biblii. Byłam rano u dentysty”.

„Pani przyjaciółka zeznała, że we dwie jeździłyście do różnych miast północnego Iranu w celu dystrybucji Biblii”.

„Tak powiedziała?”

„Tak” – potwierdził pan Rasti czerwieniąc się. „Tutaj jest wszystko spisane” – wskazał na jakieś papiery rozłożone przed nim.

„Nic takiego nie miało miejsca” – odpowiedziałam.

„Czy wie pani, że rozmawianie o Jezusie lub dawanie innym Biblii jest nielegalne?”

„Nie” – powiedziałam. „Nie wiedziałam, że mówienie o Bogu może kogoś skrzywdzić”.

„Z iloma ludźmi rozmawiała pani o Jezusie od czasu, kiedy została chrześcijanką?”

(„Chyba były ich tysiące” – pomyślałam, ale nie powiedziałam tego głośno).

„Może dziesięć czy dwanaście osób w ciągu roku i mniej więcej tyle dałam im ksiąg Nowego Testamentu”.

Są pytania, na które mogłam odpowiadać zgodnie z prawdą, nie narażając nikogo na niebezpieczeństwo. Jednak to pytanie mogło wywołać całą lawinę kolejnych pytań i sprowadzić nieszczęście na innych ludzi. Tak więc, nie mogłyśmy kłamać na temat naszej osobistej wiary, ale też nie mogłyśmy zdradzić naszych przyjaciół. Podjęłam tę samą decyzję, co Marcelina w czasie jej przesłuchania, mimo że tego nie uzgadniałyśmy wcześniej.

„Dlaczego pani to robi?” – dopytywał się szorstko pan Rasti. „Dlaczego chce pani odebrać młodym ludziom ich wiarę i religię?”

„Nigdy nie miałam takiego celu” – odpowiedziałam. „Nigdy nie próbowałam odebrać komuś jego wiarę. Kiedy ludzie zadawali pytania, odpowiadałam. Jeśli chcieli wiedzieć więcej, dawałam im taką możliwość, ponieważ chciałam się dzielić prawdą o miłości Pana i o Jezusie, który ich zbawił”.

„Czy nie wierzy pani w proroka islamu, w przywództwo imamów i w to, że islam jest religią najpełniejszą?”

„Nie, nie wierzę. Biblia mówi, że Jezus Chrystus jest pierwszym i ostatnim Zbawicielem ludzkości. Jezus mówi: «Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze Mnie» (J 14,6)”.

„Jest pani w błędzie!” – zmarszczył się pan Rasti. „W prawdziwej Biblii nie ma takich słów. Jezus obiecał, że po nim nadejdzie ostatni prorok, i nadszedł Mahomet. Przeprano pani mózg za pomocą jakiejś sfałszowanej wersji Biblii! Powinna pani przeczytać prawdziwą wersję, dostępną w sprzedaży w każdym sklepie w Iranie”.

„Panie Rasti – odpowiedziałam, – uwierzyłam w Jezusa nie dlatego, że przeczytałam jakąś książkę, usłyszałam czyjąś opinię, jakąś zachętę lub wykonałam jakieś badania. Jezus przemówił do mnie w moim sercu. Doświadczyłam Go, czuję Go, moja dusza dotyka Go i wie, że On żyje. Zanim uwierzyłam, zanim postawiłam moją nogę w kościele, usłyszałam Jego głos, wzywający mnie, i odpowiedziałam”.

Pan Rasti wziął do ręki stertę notatek, które robił w czasie przesłuchania. Pytania były na czerwono, odpowiedzi na czarno.

„Proszę postawić swój podpis i odcisk palca obok każdej odpowiedzi” – poinstruował.

„Ale nie przeczytałam żadnej z nich” – zaprotestowałam.

Pan Rasti zdenerwował się.

„Nie mam zamiaru narażać moje życie po śmierci z powodu jakichś kłamstw na tym papierze! Zapewniam panią, jestem uczciwym człowiekiem”.

Było już po dwudziestej trzeciej. Przesłuchiwano mnie ponad dwie godziny. Byłam na policji od popołudnia i czułam się zbyt zmęczona i obolała po wizycie u dentysty, by dyskutować. Zrobiłam, jak mi powiedział, po czym zaprowadzono mnie do pokoju, gdzie czekała Marcelina. Nie pozwolono nam rozmawiać, ale znałyśmy się na tyle dobrze, że mogłyśmy się porozumieć bez słów.

„Wszystko w porządku?” – zapytała oczami Marcelina.

„Tak” – zapewniłam ją.

Około północy przyszedł inny ochroniarz i oznajmił: „Pozostaniecie pod strażą. Zaprowadzę was do aresztu”.

Więźniów nie przetrzymywano na posterunku policji. Musiałyśmy wyjść na miasto, by mogli nas zamknąć. Zabrano nas do biura w celu przygotowania niezbędnych dokumentów. Siedział tam znudzony, senny żołnierz.

„O co was oskarżono?” – zapytał, sięgając po druki.

„O chrześcijaństwo” – odpowiedziałyśmy razem.

„Reklamowanie i promowanie chrześcijaństwa” – dodała eskortująca nas policjantka, która właśnie złączyła nas kajdankami.

Kiedy zobaczyłyśmy z Marceliną, że kajdanki nas łączą, wybuchłyśmy śmiechem. Marcelina podniosła nasze złączone ręce i ogłosiła: „Jesteśmy dumne z tych kajdanków, ponieważ nosimy je z powodu naszej wiary w Jezusa Chrystusa!”.

„Ja też wierzę w Jezusa – powiedział żołnierz – ale nigdy nie próbuję przekonywać kogokolwiek do mojej wiary. Jesteście pod strażą nie dlatego, że wierzycie w Jezusa, tylko dlatego, że narzucacie innym swoją wiarę”.

Wsadzono nas do innego brudnego białego samochodu i odwieziono do aresztu Wozara. Tam oficer zapytał naszego ochroniarza, jakie nam postawiono zarzuty. „Reklama i promocja chrześcijaństwa w Iranie” – padła odpowiedź.

Oficer nie mógł powstrzymać uśmiechu: „Naprawdę są podstawy prawne do stawiania takich zarzutów?”. Nasz ochroniarz nic nie powiedział. Inny oficer, gruby i nieuprzejmy, wyglądający na naczelnika, po przeczytaniu naszych papierów zaczął zadawać nam te same pytania, na które dzisiaj odpowiadałyśmy cały dzień: „Od jak dawna jesteście chrześcijankami? Czy jesteście mężatkami?”. I tak dalej.

„Czy wyznawanie Chrystusa jest przestępstwem?” – zapytałam.

„O to nas oskarżają” – dodała Marcelina.

„Nie” – odparł naczelnik. „Nie oskarżono was o to, że jesteście chrześcijankami. Najprawdopodobniej chodzi o sprawę polityczną. Jeśli sąd udowodni, że promując chrześcijaństwo, otrzymywałyście pomoc z zewnątrz, zostaniecie oskarżone o szpiegostwo”.

Długimi schodami odprowadzono nas na dół do piwnicy. Po ominięciu kilku stalowych drzwi znalazłyśmy się w małym pokoju z czerwoną wykładziną i grzejnikiem olejowym. Na podłodze wszędzie walały się resztki jedzenia. „Mamy tu zostać?” – zapytałam Marcelinę. Po raz pierwszy w życiu byłyśmy w więzieniu. Nie miałyśmy pojęcia, że pokój, który właśnie oglądałyśmy, był pokojem wypoczynku dla ochrony i zupełnie nie przypominał celi, w jakiej mieszkali więźniowie.

Odprowadzono nas do pokoju, gdzie czekały dwie zaspane, niezadowolone policjantki. „Oddajcie wszystkie swoje rzeczy” – rozkazała jedna z nich. Oddałyśmy im swoje zegarki i inne rzeczy, które miałyśmy ze sobą. „Teraz zdejmijcie wszystkie ubrania. Bieliznę również”. Zostałyśmy poddane poniżającej kontroli osobistej. Policjantki powiedziały, że to się robi w celu niedopuszczenia przemytu narkotyków do więzienia. Pozwolono nam się ubrać, ale nie zwrócono nam pończoch, szalików i butów, byśmy nie miały na czym się powiesić. Nie miałyśmy ciepłych ubrań i nieprzyjemny nocny chłód przenikał nasze ciała. Betonowa posadzka była jak lód pod naszymi bosymi stopami.

Przeszłyśmy przez kolejne metalowe drzwi i znalazłyśmy się w korytarzu, po obu stronach którego były wejścia do pomieszczeń. „Weźcie sobie koc ze sterty i poszukajcie jakiegoś miejsca” – powiedziała policjantka, zatrzaskując za nami drzwi. W słabym świetle mogłyśmy zobaczyć leżących na podłodze ludzi nakrytych kocami. Większość kobiet spała o tej późnej godzinie, ale kilka par oczu obserwowało, jak chodzimy po korytarzu, zastanawiając się, do którego pomieszczenia wejść. Nie potrzebowałyśmy światła, by przekonać się, jak okropnie brudne jest to miejsce – nasze nosy mówiły nam wszystko. Smród potu, wymiocin i odchodów przenikał wszystko. Musiałyśmy mocno się powstrzymywać, by nie zwymiotować – w tej sytuacji nasze puste żołądki okazały się błogosławieństwem. Podłoga w toalecie była zalana brudami przelewającymi się z przepełnionych sedesów; koszy na śmieci nie było widać spod wznoszących się stert brudnego papieru i podpasek.

Kiedy znalazłyśmy pomieszczenie, które wydawało się mniej zatłoczone, wróciłyśmy do wejścia po koce. Były ohydne – aż sztywne od brudu i mocno śmierdzące moczem, a niektóre nawet mokre. Prawie wszystkie koce były w takim samym stanie, ale było na tyle zimno, że musiałyśmy czymś się nakryć. Zabrałyśmy kilka z tych, co wydawały się najbardziej suche, i poszłyśmy do upatrzonego pomieszczenia. Zawinęłyśmy się w koce, jak tylko się dało, i położyłyśmy się na lodowatej podłodze, tuląc się do siebie nawzajem, by się trochę ogrzać.

Odczucia, które mnie przepełniały, wykraczały poza wszystko, czego dotychczas doświadczyłam: przemęczona, poniżona, głodna, spragniona, w obrzydliwym smrodzie. Jak nasze siostry i chrześcijańscy przyjaciele dowiedzą się, co się stało? Czy zostaniemy tutaj cały dzień? A może rok? Czy nasze życie jest w niebezpieczeństwie? Byłyśmy zbyt zmęczone, by się bać – te doświadczenia były zupełnie dla nas nowe – ale nawet nie wiedziałyśmy, co myśleć o naszej przyszłości. To przekraczało nasze możliwości rozumowania. Jedyne, co mogłyśmy zrobić, to powierzyć wszystko Panu.

Opowiedziałyśmy sobie o przebiegu przesłuchania u pana Rastiego, pomodliłyśmy się, by Jezus nas chronił, i zapadłyśmy w ciężki, głęboki sen. To była nasza pierwsza z ponad 250 nocy spędzonych za kratami...

ROZDZIAŁ 3

Droga do Wozary

Marcelina &

...NA BOGA, CZY KTOŚ DA MI PRZEKLĘTEGO PAPIEROSA?!

Głos, który wytrącił nas ze snu, był na pół wrzaskiem, na pół zwierzęcym wyciem, połączonym z brzęczącym hałasem krat, szarpanych u drzwi naszej wspólnej celi na końcu korytarza.

„Dajcie mi papierosa! Wiem, że wy macie. Miejcie litość!”

Słowa przechodziły w głośne zawodzenie i dźwięki, przypominające płacz dwóch kobiet.

Obudziłam się zdezorientowana, cała sztywna i obolała od spania na zimnej posadzce. Nie zdawałam sobie sprawy, gdzie jestem. Przez dłuższą chwilę przypominałam sobie, że razem z Marią zostałyśmy zatrzymane i zamknięte w tym więzieniu. Niestety, nie był to jakiś koszmarny sen, tylko najprawdziwsza rzeczywistość. Schowałyśmy głowy pod koce, by się ogrzać, i naszą świadomość przeszywał ten krzyk połączony ze smrodem koców cuchnących moczem. Jednak wszystko przebijał odór przepełnionych toalet.

„Dajcie! Mi! Papierosa!!!”

Cały czas słyszałyśmy błaganie przechodzące w skowyt, któremu towarzyszył brzęk szarpanych krat. Zaczęłyśmy z Marią cicho rozmawiać, przypominając sobie wydarzenia poprzedniego dnia i zdumiewając się, że w ogóle byłyśmy w stanie spać w takich warunkach.

Wtedy poczułyśmy kopnięcie. Wyjrzałyśmy spod koca i zobaczyłyśmy dziko wyglądającą kobietę, stojącą przed nami. Znów nas kopnęła. „Czy możecie mi dać papierosa?” Bez wątpienia, to był ten sam głos, który nas obudził. Teraz kobieta nas zauważyła i z nas uczyniła adresatów swoich żądań.

Była to całkiem młoda kobieta, ale wyglądała przerażająco. Jej brudne ubrania były do połowy rozpięte, odsłaniając jedną pierś, a czarne długie włosy, posklejane od brudu, zwisały dookoła jej twarzy. Miała czarne zęby, niektóre złamane, niektórych całkiem brakowało. Wyglądała jak wiedźma z jakiegoś dreszczowca. Powiedziałyśmy jej, że nie mamy papierosów – wtedy odwróciła się i poszła.

Nasze więzienie znajdowało się jakieś dwadzieścia stopni schodów poniżej poziomu ulicy. Ściany były wyłożone dużymi, ciemnymi i brudnymi blokami z kamienia. Cela, w której znajdowałyśmy się, była jedną z dziesięciu, połączonych wąskim korytarzem. Na końcu korytarza widziałyśmy drzwi z kratami, przez które weszłyśmy. Te drzwi prowadziły do niewielkiego pomieszczenia, mającego na drugim końcu inne drzwi z kratami w kierunku długiego korytarza. Po jego lewej stronie znajdowało się wejście ze schodami wiodącymi w górę, po prawej stronie było biuro czy pomieszczenie, gdzie mogli odpoczywać ochroniarze. W tym czasie drzwi do celi były otwarte. Potem dowiedziałyśmy się, że kiedy cele są przepełnione, drzwi są zamykane na noc. Wyjaśniało to tajemnicę zasikanych koców. Jeśli w nocy kobieta chciała i nie mogła wyjść do toalety, musiała załatwiać się pod siebie.

Drzwi na końcu korytarza otworzyły się z trzaskiem i weszły dwie policjantki w maseczkach chroniących je przed okropnym smrodem. Rozkazały nam poskładać koce i ułożyć je na stercie przy wejściu. Zobaczyłyśmy, że w naszym pomieszczeniu było około piętnastu kobiet w wieku od nastoletniego do średniego. Niektóre były dobrze ubrane, inne miały na sobie łachmany. W ciągu następnych kilku dni widziałyśmy niezliczoną liczbę kobiet, które były zamykane i potem zabierane, jak gdyby przekazywane do innego więzienia lub wypuszczane na wolność po krótkim zatrzymaniu.

W więzieniu nie podawali śniadania, o czym oczywiście nas nikt nie uprzedził. Na szczęście jedna z uwięzionych podzieliła się z nami biszkoptami. Kiedy zjadłyśmy, nadeszła nasza kolej korzystania z toalety. Były tu cztery sedesy, dwa z nich zepsute i przepełnione odchodami. Nie było ani mydła, ani ręczników, ani bieżącej wody do spłukiwania. Podłogi były tak zapaskudzone, że odpływ wody został zatkany, co doprowadzało toalety do stanu, którego nie musimy opisywać. A przecież cały czas pozostawałyśmy boso...

Mając za sobą te niezapomniane doświadczenia, postanowiłyśmy poznać inne więźniarki i dowiedzieć się więcej o tym miejscu. Zobaczyłyśmy kobietę, która tak okropnie wrzeszczała od rana i kopała nas. Teraz siedziała na środku korytarza, paląc papierosa otrzymanego od straży. Obok niej była piękna młoda dziewczyna. Obie płakały i krzyczały, co jakiś czas wzywając imion muzułmańskich proroków i prosząc ich o pomoc.

Usiadłyśmy obok, nic nie mówiąc. To wprawiło kobiety w zdumienie. Więzienie Wozara nie było miejscem, gdzie ludzie przyjaźnie witali nieznajomych, zwłaszcza takich, co każdego ranka budzili całą celę wrzaskami, domagając się papierosów. Przedstawiłyśmy się i zapytałyśmy je, dlaczego tu siedzą. Kobieta, która rano krzyczała, opowiedziała nam swoją historię, pierwszą z wielu poruszających historii, pełnych okrucieństwa i desperacji, które usłyszałyśmy za kratami.

Miała na imię Leila. Została zaaresztowana dwa dni temu za to, że próbowała kupić na ulicy narkotyki. Była mężatką i miała syna. Krótko po ślubie dowiedziała się, że jej mąż jest uzależniony od opium. Zmuszał ją, by zażywała narkotyki razem z nim, i wkrótce ona również się uzależniła. On wtedy przestał brać narkotyki i zażądał, by ona również przestała, grożąc jej rozwodem. Niestety ona nie potrafiła poradzić sobie ze swoim uzależnieniem i pogrążała się w nie coraz bardziej; sięgała też po kokainę i heroinę. Żeby zdobyć pieniądze na narkotyki, rzuciła rodzinę i została prostytutką. Zarabiała za każdym razem około 4 tysięcy tomanów (około dwóch dolarów), mieszkała w parku miejskim, spała w kartonowych pudłach.

„Modliłam się do Allaha o pomoc – skarżyła się, – ale on nie odpowiedział na moje prośby”.

Znowu zaczęła płakać.

Siedząca obok Leili dziewczyna, Sefida, miała dziewiętnaście lat. Jej oczy błyszczały, a jasne włosy przypominały złoto. Rodzice Sefidy rozwiedli się, matka zniknęła, a ojciec zapominał o niej, spędzając czas z przyjaciółmi. Odeszła z domu z chłopakiem, który nauczył ją brać kokainę i opium. Została zatrzymana już po raz drugi, kiedy próbowała kupić narkotyk w parku.

Leila i Sefida zapytały, z jakiego powodu my znalazłyśmy się w więzieniu.

„Za wiarę w Jezusa Chrystusa”.

Zdziwiły się, że chrześcijaństwo jest uważane za zbrodnię, i poprosiły, byśmy opowiedziały im o Jezusie. Usłyszawszy nasze świadectwa, Sefida zapytała, czy Chrystus może jej pomóc. Ze łzami w pięknych oczach błagała: „Proszę, módlcie się o moje uwolnienie. Jeśli mnie wypuszczą, przestanę brać narkotyki, wrócę do szkoły i poszukam dobrej pracy”.

Przez następne pół godziny modliłyśmy się razem z Leilą i Sefidą. Popłakiwały, kiedy wypowiadałyśmy słowa modlitwy wstawienniczej za nie, i uściskały nas po zakończeniu modlitwy. „Jesteście aniołami Pana” – powiedziała Leila z wdzięcznością. Wyglądało, że szczerze doceniały to, co dla nich zrobiłyśmy, i zachowywały się o wiele spokojniej. My z Marią również prosiłyśmy je o modlitwę za nas.

To doświadczenie podsunęło nam myśl, że inne kobiety w celi mogą również pozwolić nam modlić się za nie. Pożegnałyśmy się z naszymi nowymi przyjaciółkami i poszłyśmy wzdłuż korytarza.

Weszłyśmy do celi, w której było ciemno, a na podłodze leżały dwie postacie zawinięte w koce. Słysząc nasze kroki, usiadły. Były to dwie dziewczyny w wieku około dwudziestu lat – jedna z długimi czarnymi włosami, a druga z krótko ściętymi rozjaśnionymi włosami. Przywitałyśmy się z nimi i przedstawiłyśmy. Zdziwiły się, widząc nasze przyjazne nastawienie, i zapytały, dlaczego tu jesteśmy. Znowu podzieliłyśmy się swoim świadectwem, które przyniosło dziewczynom ulgę i wzbudziło zaufanie do nas. Okazało się, że są tu zamknięte od trzech dni i inne więźniarki znęcają się nad nimi.

Dziewczyna z rozjaśnionymi włosami opowiedziała, że szła na randkę z nowym przyjacielem i zabrała ze sobą koleżankę Sarę, ponieważ nie chciała spotykać się z nim sam na sam. Gdy dziewczyny przyszły po niego do jego mieszkania, chłopak powiedział, że nie jest jeszcze gotowy, poprosił, by weszły i poczekały na niego. Kiedy czekały, do mieszkania wdarli się basidżi i aresztowali je. Okazało się, że chłopak spotykał się w swoim mieszkaniu z różnymi dziewczynami, i to wywołało podejrzenia właściciela domu, który zawołał basidżi. Wszyscy zostali zatrzymani za utrzymywanie niewłaściwych dla muzułmanów kontaktów pomiędzy niespokrewnionymi osobami płci przeciwnej. Dziewczynom nie pozwolono nawet zadzwonić do rodziców, dlatego ich rodziny w ogóle nie wiedziały, co się z nimi dzieje. Były przerażone na myśl, co mogą im zrobić władze i co pomyślą krewni, kiedy się wszystkiego dowiedzą.

Wzięłyśmy je za ręce i modliłyśmy się razem z nimi. Zaproponowałyśmy dziewczynom, by zaufały Jezusowi, i to je nieco uspokoiło. One mogły nie widzieć wyjścia z zaistniałej sytuacji, ale On widział. Opowiedziałyśmy im, że Jezus kocha je bezwarunkowo i zawsze jest przy nich obecny. Dziewczyny zapytały, czy mogą pozostać z nami, i zanim zdążyłyśmy odpowiedzieć, zabrały swoje koce i poszły do naszej celi.

Weszłyśmy do kolejnej celi, największej w naszym oddziale. Było tam sześć czy siedem kobiet w średnim wieku – siedziały przytulone do siebie. Były dobrze ubrane i zupełnie nie pasowały do tego miejsca. Maria przywitała się i zapytała, dlaczego zostały aresztowane. Wyglądały na wystraszone i nie chciały z nami rozmawiać. Wolały usłyszeć naszą historię. Kiedy wytłumaczyłyśmy, dlaczego tu jesteśmy, ich milczenie zamieniło się w potok pytań.

„Czy naprawdę chrześcijaństwo to przestępstwo?”

„Od jak dawna jesteście chrześcijankami?”

„Jak oni się o tym dowiedzieli?”

„Co teraz z wami będzie?”

Kobiety były żywo zainteresowane religią, którą tak ostro potępiają władze. W miarę jak odpowiadałyśmy, ich nieufność znikała; w końcu jedna z pań opowiedziała ich historię. One wszystkie razem robiły zakupy w piekarni, kiedy nagle zebrał się tłum protestujących przeciwko wysokim cenom chleba. Protest zorganizowała grupa „Jesteśmy”, której członkowie zazwyczaj nie znają się nawzajem, czekają tylko na informację przekazywaną drogą internetową, gdzie i kiedy organizowana jest demonstracja. Wówczas ci ludzie pojawiają się w wyznaczonym czasie i miejscu, wykrzykują swoje żądania, klaskają w dłonie, wyrażając protest, po czym nagle znikają w tłumie.

Kiedy na miejsce demonstracji przybyli basidżi, schwytali każdego, kto im się trafił pod rękę, włącznie z kobietami robiącymi zakupy. Niewinne panie całą noc spędziły zamknięte w policyjnym samochodzie, w wielkim ścisku, zanim przywieziono je do więzienia Wozara. Jedną z nich dotkliwie pobił nastoletni basidżi, ale w ciągu trzech dni pobytu w więzieniu nie otrzymała ona żadnej pomocy medycznej. Wszystkie najbardziej się bały, co pomyślą o nich rodziny. Pomodliłyśmy się razem z nimi o rychłe zwolnienie i o to, by krewni zrozumieli, że one są niewinne.

W połowie dnia ochrona otworzyła drzwi i wsunęła do środka dużą patelnię z jedzeniem. To był obiad.

Wiele kobiet, z Leilą i Sefidą na czele, rzuciło się do patelni, nabierając pełne garście ryżu i fasoli lub zanurzając twarze w jedzeniu, jak robią to psy. Maria i ja stałyśmy zmrożone, patrząc na to „przedstawienie”. Leila spojrzała na nas. Na jej twarzy i włosach były resztki jedzenia. „Tak nas tu karmią” – wyjaśniła połykając strawę. „Żadnych talerzy, żadnych łyżek”. Widząc, że wciąż stoimy nieruchome, dodała: „Jeśli nie będziecie jeść w ten sposób, nie będziecie jeść wcale”.

Popatrzyłam na Marię i powiedziałam samymi oczami: „No to nie będziemy jadły. Przynajmniej jeszcze nie teraz. Jeszcze nie jesteśmy na tyle zdesperowane, by żreć jak zwierzęta w zoo”. Ten sposób podawania posiłków wyrażał stosunek władz więzienia do przetrzymywanych w nim ludzi: jesteście gorszym gatunkiem, odartym z godności, zamkniętym w brudnych klatkach, zepchniętym do poziomu zwierząt.

Nagle moją uwagę przykuł ruch na końcu korytarza. Dwie dziewczyny, zatrzymane za wizytę u młodego człowieka, waliły pięściami w drzwi celi, wołając straż. Jedna z nich desperacko potrzebowała podpaski, jej ubrania były zakrwawione. Po dłuższym czasie podeszła straż. Kiedy dziewczyna wytłumaczyła, że potrzebuje podpaski, policjantka odpowiedziała: „Weź jeden z koców”.

„Ależ proszę!” – błagała dziewczyna. „Ja krwawię!”

„No to zdychaj” – odparła policjantka. „To nie jest mój problem”.

„Proszę mi pomóc!”

„Zamknij się! Zamknij się! Zamknij się! Zamknij się!” – zawrzeszczała policjantka, po czym odwróciła się i poszła.

Godzinę później pojawiła się, niosąc jedną jedyną podpaskę. Rzuciła ją przez kraty: „Masz. I przestań się skarżyć”.

Tego wieczoru miało miejsce jeszcze jedno wydarzenie. Do naszej celi przyprowadzili piętnaście młodych dziewcząt, ładnych i pięknie ubranych, zatrzymanych przez basidżi w czasie rodzinnego przyjęcia za niezdrowe i niezgodne z normami islamu relacje z mężczyznami. Mimo że były Irankami, rozmawiały między sobą po angielsku, by się chronić przed innymi. Po kilku minutach niektóre z tych dziewcząt podeszły do Marii, ponieważ, jak wyjaśniły, wyglądałyśmy i zachowywałyśmy się inaczej niż inne więźniarki. Kiedy opowiedziałyśmy im, za co nas zamknięto, dziewczyny poprosiły nas o modlitwę, zwłaszcza za jedną z nich, która była w ciąży. Nie mogły się zmieścić wszystkie w małej celi, więc tłoczyły się w przejściu, póki modliłyśmy się o ich szybkie zwolnienie oraz o to, by ich rodziny nie doznały wstydu i szykan z powodu tego zajścia.

W ciągu całego dnia przyprowadzano nowych więźniów, a niektórych wyprowadzano. Pod koniec dnia za kratami było znacznie więcej kobiet niż rano. Przeszłyśmy do nieco większej celi, by można było wyciągnąć się na podłodze razem z naszymi dwiema nowymi przyjaciółkami. Straż dzienna odeszła, a na jej miejsce przyszła straż nocna. Mimo że strażnicy spali prawie całą noc, musieli być na miejscu, kiedy przybywali nowi więźniowie lub kiedy coś się działo. Światła zgaszono i pozostałyśmy same z naszymi myślami, pośród dźwięków nocnego więzienia.

Zasypiając słyszałam tu i ówdzie w ciemnościach rozmowy, przekleństwa, kaszel i płacz. Przez chwilę nad całym tym hałasem uniósł się jeden głos. Poznałam, że to Leila, ale tym razem ona nie wrzeszczała, tylko śpiewała – pięknie. Miała miękki, poruszający głos, a jej śpiew był pełen słodyczy z domieszką bólu. Z trudem mogłam sobie wyobrazić, że ten głos wydobywa się z ust z poniszczonymi zębami na strasznej twarzy Leili. Zapewne doszła do głosu głęboko ukryta część jej jaźni, która pozostała czysta i nietknięta przez wszystkie tragedie jej życia.

Co za dzień! Dla kogoś z zewnątrz nasza sytuacja wyglądała jak totalna klęska, ale z drugiej strony była ogromnym błogosławieństwem. W pewnym sensie byłyśmy przygotowywane do tego dnia od dłuższego czasu. Najpierw każda osobno, a potem razem, przez lata uczyłyśmy się dzielić prawdą o Jezusie z innymi w kraju, gdzie ewangelizacja muzułmanów karana jest śmiercią.

***

Maria &