Wydawca: Albatros Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 480 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 14 godz. 1 min Lektor: Wiktor Zborowski

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 14 godz. 1 min Lektor: Wiktor Zborowski

Opis ebooka Więzienny prawnik - John Grisham

Historia Stanów Zjednoczonych notuje tylko cztery przypadki zabójstwa sędziego federalnego w okresie pełnienia tej funkcji. Podwójne morderstwo, którego ofiarami padają sędzia Raymond Fawcett i jego osobista sekretarka, właśnie powiększyło tę statystykę. W domku letniskowym nad jeziorem, obok pustego sejfu, agenci FBI odnajdują dwa ciała z kulami w głowach. Śledztwo utyka w martwym punkcie. Malcolm Bannister, czarnoskóry prawnik odsiadujący w zakładzie karnym o złagodzonym rygorze wyrok dziesięciu lat za przestępstwo, w które został nieświadomie wplątany, wyczerpał już wszelkie możliwości apelacji. Zabija czas, pomagając współwięźniom w potyczkach z wymiarem sprawiedliwości, w przygotowywaniu testamentów i wniosków rozwodowych. Marzy o opuszczeniu murów więziennych i spotkaniu z jedenastoletnim synem, którego nie widział od pięciu lat. Szansa nadchodzi jak grom z jasnego nieba. Malcolm wie, kim jest zabójca sędziego Fawcetta, zna motyw zbrodni. Wykorzysta tę wiedzę, by odzyskać wolność, zmienić wygląd i tożsamość. I niczym Edmund Dantes z powieści Dumasa Hrabia Monte Christo przystąpi do realizacji precyzyjnego planu zemsty na tych, którzy fałszywym oskarżeniem zrujnowali mu życie...

Opinie o ebooku Więzienny prawnik - John Grisham

Fragment ebooka Więzienny prawnik - John Grisham

Wydanie elektroniczne

John Gri­sham

Au­tor 28 po­wie­ści (w tym trzech dla mło­dzie­ży), fa­bu­la­ry­zo­wa­ne­go re­por­ta­żu oraz zbio­ru opo­wia­dań. Jego książ­ki uka­zu­ją się w 40 ję­zy­kach, a ich łącz­ny na­kład osią­gnął 275 mi­lio­nów eg­zem­pla­rzy. Aż dzie­więć po­wie­ści Gri­sha­ma zo­sta­ło ze­kra­ni­zo­wa­nych. W 2011 pi­sarz otrzy­mał pre­sti­żo­wą na­gro­dę li­te­rac­ką Har­per Lee Pri­ze.

Tego au­to­ra w Wy­daw­nic­twie Al­ba­tros

FIR­MA

KAN­CE­LA­RIA

ZA­KLI­NACZ DESZ­CZU

KRÓL OD­SZKO­DO­WAŃ

WIĘ­ZIEN­NY PRAW­NIK

CA­LI­CO JOE

NIE­WIN­NY CZŁO­WIEK

RA­PORT PE­LI­KA­NA

KO­MO­RA

OSTAT­NI SĘ­DZIA PRZY­SIĘ­GŁY

PO­DA­RUJ­MY SO­BIE ŚWIĘ­TA

CZAS ZA­BI­JA­NIA

TRE­NER

UŁA­SKA­WIE­NIE

The­odo­re Bo­one

OSKAR­ŻO­NY

AK­TY­WI­STA

www.jgri­sham.com

Ty­tuł ory­gi­na­łu:

THE RAC­KE­TE­ER

Co­py­ri­ght © Bel­fry Hol­dings Inc. 2012

All ri­ghts re­se­rved

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Ku­ry­ło­wicz 2013

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Lech Z. Żo­łę­dziow­ski 2013

Co­ver pho­to © Clay­ton Ba­stia­ni/Tre­vil­lion Ima­ges 2012

Re­dak­cja: Mar­ta Bo­gac­ka Kon­sul­ta­cja praw­ni­cza: prof. Ta­de­usz To­ma­szew­ski

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: An­drzej Ku­ry­ło­wicz

ISBN 978-83-7885-069-4

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

re­kie­ter – prze­stęp­ca wy­mu­sza­ją­cy okup od po­dróż­nych, sprze­daw­ców itp.

Uni­wer­sal­ny słow­nik ję­zy­ka pol­skie­go PWN

Roz­dział 1

Jes­tem praw­ni­kiem i sie­dzę w wię­zie­niu. To skom­pli­ko­wa­na hi­sto­ria.

Mam czter­dzie­ści trzy lata i je­stem w po­ło­wie dzie­się­cio­let­nie­go wy­ro­ku, któ­ry wy­mie­rzył mi świę­tosz­ko­wa­ty sę­dzia fe­de­ral­ny w Wa­szyng­to­nie. Wszyst­kie moje ape­la­cje speł­zły na ni­czym. W moim opu­sto­sza­łym ar­se­na­le nie zo­sta­ła już ani jed­na pro­ce­du­ra, me­cha­nizm, sztucz­ka, kru­czek praw­ny czy choć­by zdro­waś­ka. Nie mam już nic. Po­nie­waż znam pra­wo, mógł­bym po­stą­pić jak wie­lu ska­za­nych i za­sy­pać sąd la­wi­ną bez­u­ży­tecz­nych wnio­sków, po­zwów i in­nych świst­ków, ale wiem, że to na nic. W mo­jej spra­wie już nic nie da się zro­bić. Praw­da jest taka, że nie mam szans na opusz­cze­nie tych mu­rów przez na­stęp­ne pięć lat, je­śli nie li­czyć kil­ku ża­ło­snych ty­go­dni, któ­re da­ru­ją mi za do­bre za­cho­wa­nie. A za­cho­wu­ję się przy­kład­nie.

Nie po­wi­nie­nem na­zy­wać sie­bie praw­ni­kiem, bo wła­ści­wie już nim nie je­stem. Wkrót­ce po wy­ro­ku Rada Ad­wo­kac­ka Sta­nu Wir­gi­nia po­zba­wi­ła mnie upraw­nień. Uza­sad­nie­nie było pro­ste: wy­rok za cięż­kie prze­stęp­stwo ozna­cza skre­śle­nie z li­sty osób upraw­nio­nych do wy­ko­ny­wa­nia za­wo­du praw­ni­ka. Cof­nię­to mi li­cen­cję, a mój przy­pa­dek opi­sa­no w fa­cho­wym cza­so­pi­śmie „Vir­gi­nia La­wy­er Re­gi­ster”. Tam­te­go mie­sią­ca trzech z nas stra­ci­ło li­cen­cje – to prze­cięt­ny wy­nik.

Nie­mniej w moim ma­łym świat­ku je­stem zna­ny jako wię­zien­ny praw­nik i co dzień spę­dzam kil­ka go­dzin, po­ma­ga­jąc współ­więź­niom w ich po­tycz­kach z wy­mia­rem spra­wie­dli­wo­ści. Ba­dam ich od­wo­ła­nia i skła­dam za nich wnio­ski. Spo­rzą­dzam uprosz­czo­ne te­sta­men­ty i cza­sa­mi ce­sje nie­ru­cho­mo­ści. Ana­li­zu­ję kon­trak­ty bia­łych koł­nie­rzy­ków. Pi­sa­łem na­wet po­zwy prze­ciw­ko wła­dzom, ale tyl­ko z roz­sąd­nych po­wo­dów, bo nie wda­ję się w pie­niac­two. No i tra­fia do mnie wie­le spraw roz­wo­do­wych.

Osiem mie­się­cy i sześć dni po roz­po­czę­ciu od­siad­ki otrzy­ma­łem gru­bą ko­per­tę. Więź­nio­wie uwiel­bia­ją prze­sył­ki, ale bez tej mógł­bym się obejść. Przy­szła z kan­ce­la­rii praw­ni­czej w Fa­ir­fax w Wir­gi­nii, re­pre­zen­tu­ją­cej moją żonę, któ­ra – cóż za nie­spo­dzian­ka – po­sta­no­wi­ła wy­stą­pić o roz­wód. W cią­gu paru ty­go­dni Dion­ne zmie­ni­ła się ze wspie­ra­ją­cej żony, go­to­wej trwać przy moim boku, w znę­ka­ną ofia­rę, któ­ra pra­gnie tyl­ko uciec jak naj­da­lej. Nie mo­głem w to uwie­rzyć. Wstrzą­śnię­ty czy­ta­łem po­zew, ko­la­na się pode mną ugię­ły, oczy na­peł­ni­ły łza­mi. Wy­stra­szy­łem się, że wy­buch­nę pła­czem, i po­pę­dzi­łem do celi, żeby nikt mnie nie wi­dział. W wię­zie­niu pły­nie dużo łez, ale za­wsze w ukry­ciu.

Gdy opusz­cza­łem dom, Bo miał sześć lat. Był na­szym je­dy­na­kiem, ale pla­no­wa­li­śmy wię­cej dzie­ci. Rów­na­nie jest pro­ste, wy­ko­na­łem je z mi­lion razy. Gdy wyj­dę, bę­dzie miał szes­na­ście lat i bę­dzie w peł­ni ukształ­to­wa­nym na­sto­lat­kiem, a mnie omi­nie dzie­sięć naj­cen­niej­szych lat, ja­kie oj­ciec może spę­dzić z sy­nem. Mniej wię­cej do dwu­na­ste­go roku ży­cia chłop­cy uwiel­bia­ją swo­ich oj­ców i nie wie­rzą, żeby mo­gli oni uczy­nić coś złe­go. Uczy­łem Bo gry w T-ball1 i pił­kę noż­ną dla dzie­ci, a on to­wa­rzy­szył mi jak wier­ny psiak. Cho­dzi­li­śmy na ryby i bi­wa­ko­wa­li­śmy, a w nie­któ­re so­bot­nie po­ran­ki po mę­skim śnia­da­niu we dwóch za­bie­ra­łem go do biu­ra. Był moim świa­tem i pró­ba wy­ja­śnie­nia, że nie bę­dzie mnie przez dłu­gi czas, zła­ma­ła ser­ca nam obu. Od kie­dy tra­fi­łem za krat­ki, nie go­dzi­łem się na jego od­wie­dzi­ny. Tak bar­dzo chcia­łem go przy­tu­lić, ale nie mo­głem po­go­dzić się z my­ślą, że ten chło­piec zo­ba­czy swo­je­go ojca w wię­zie­niu.

Kie­dy sie­dzisz w kry­mi­na­le bez per­spek­ty­wy ry­chłe­go wyj­ścia na wol­ność, pró­ba ra­to­wa­nia mał­żeń­stwa jest wła­ści­wie bez szans. Nasz ma­ją­tek – i tak nie­zbyt duży – po­szedł na osiem­na­sto­mie­sięcz­ną wal­kę z wła­dza­mi fe­de­ral­ny­mi. Stra­ci­li­śmy wszyst­ko poza dziec­kiem i na­szym związ­kiem. Dziec­ko było jak ska­ła, ale zwią­zek za­czy­nał się kru­szyć. Dion­ne wy­gło­si­ła parę fra­ze­sów o wy­trwa­niu i ra­dze­niu so­bie, ale gdy tyl­ko mnie za­bra­kło, wkro­czy­ła rze­czy­wi­stość. Dion­ne w na­szym ma­łym mia­stecz­ku po­czu­ła się sa­mot­na i opusz­czo­na przez wszyst­kich. „Lu­dzie na mój wi­dok za­czy­na­ją szep­tać”, na­pi­sa­ła w jed­nym z pierw­szych li­stów. „Czu­ję się taka sa­mot­na”, ża­li­ła się w in­nym. Wkrót­ce li­sty zro­bi­ły się wy­raź­nie krót­sze i rzad­sze. Rzad­sze sta­ły się też od­wie­dzi­ny.

Dion­ne do­ra­sta­ła w Fi­la­del­fii i wła­ści­wie nig­dy nie po­lu­bi­ła pro­win­cji. Któ­ryś z wuj­ków za­pro­po­no­wał jej pra­cę, a ona skwa­pli­wie ją przy­ję­ła i wró­ci­ła do ro­dzin­ne­go mia­sta. Dwa lata temu po­now­nie wy­szła za mąż, a Bo – te­raz już je­de­na­sto­let­ni – ma in­ne­go ta­tu­sia do tre­nin­gów. Moje ostat­nie dwa­dzie­ścia li­stów do syna po­zo­sta­ło bez od­po­wie­dzi. Je­stem pew­ny, że na­wet do nie­go nie tra­fi­ły.

Czę­sto się za­sta­na­wiam, czy w ogó­le go jesz­cze zo­ba­czę. My­ślę, że po­dej­mę pró­bę, ale nie je­stem pew­ny. Bo jak sta­nąć twa­rzą w twarz z dziec­kiem, któ­re tak bar­dzo ko­chasz, a któ­re cię nie po­zna? Już nig­dy nie bę­dzie­my żyć ra­zem jak zwy­kły oj­ciec i syn. Więc czy to uczci­we wo­bec Bo, żeby w jego ży­ciu po­ja­wił się daw­no utra­co­ny oj­ciec i pró­bo­wał znów stać się jego czę­ścią?

Mam aż za dużo cza­su, żeby się nad tym za­sta­no­wić.

Je­stem więź­niem nu­mer 44861-127 w Fe­de­ral­nym Obo­zie Kar­nym we Fro­st­bur­gu, w sta­nie Ma­ry­land. „Obóz” w na­zwie ozna­cza za­kład kar­ny o zła­go­dzo­nym ry­go­rze dla więź­niów, któ­rych uzna­je się za nie­agre­syw­nych, od­sia­du­ją­cych do dzie­się­ciu lat. Z po­wo­dów, któ­rych nig­dy do koń­ca nie zro­zu­mia­łem, pierw­sze dwa­dzie­ścia dwa mie­sią­ce spę­dzi­łem w za­kła­dzie o śred­nim ry­go­rze pod Lo­uisvil­le w Ken­tuc­ky. Na dłu­giej li­ście żar­go­no­wych skró­tów sto­so­wa­nych przez Za­rząd Wię­zien­nic­twa za­kład ten wy­stę­pu­je jako FZK – Fe­de­ral­ny Za­kład Kar­ny – i róż­ni się od mo­je­go „obo­zu” pod Fro­st­bur­giem. FZK jest prze­zna­czo­ny dla agre­syw­nych więź­niów z wy­ro­ka­mi od dzie­się­ciu lat w górę. Wa­run­ki są tam dużo cięż­sze, choć mnie aku­rat uda­ło się unik­nąć fi­zycz­nych na­pa­ści. Bar­dzo mi w tym po­mo­gła prze­szłość w kor­pu­sie ma­ri­nes.

W po­rów­na­niu z ty­po­wy­mi wię­zie­nia­mi nasz za­kład to ist­ny ośro­dek wy­po­czyn­ko­wy. Nie ma tu mu­rów, że­la­znych ogro­dzeń, zwo­jów ży­let­ko­we­go dru­tu ani wież straż­ni­czych, a uzbro­jo­nych straż­ni­ków jest tyl­ko paru. Wię­zie­nie pod Fro­st­bur­giem zo­sta­ło zbu­do­wa­ne sto­sun­ko­wo nie­daw­no i jest le­piej wy­po­sa­żo­ne niż wie­le pu­blicz­nych szkół śred­nich. I trud­no się temu dzi­wić, sko­ro w Sta­nach na jed­ne­go więź­nia wy­da­je się czter­dzie­ści ty­się­cy do­la­rów rocz­nie, a na jed­ne­go ucznia w szko­le pod­sta­wo­wej za­le­d­wie osiem ty­się­cy. Mamy tu do­rad­ców, le­ade­rów, pra­cow­ni­ków so­cjal­nych, pie­lę­gniar­ki, se­kre­tar­ki, roz­ma­itych asy­sten­tów i dzie­siąt­ki pra­cow­ni­ków ad­mi­ni­stra­cji, któ­rzy mie­li­by trud­no­ści z od­po­wie­dzią na py­ta­nie, czym każ­de­go dnia wy­peł­nia­ją swo­je osiem go­dzin. W koń­cu to in­sty­tu­cja pod­le­gła wła­dzom fe­de­ral­nym. Pra­cow­ni­czy par­king pe­łen jest dro­gich li­mu­zyn i SUV-ów.

We Fro­st­bur­gu prze­by­wa sze­ściu­set osa­dzo­nych i z nie­licz­ny­mi wy­jąt­ka­mi wszy­scy za­cho­wu­je­my się nie­na­gan­nie. Ci, któ­rzy w prze­szło­ści skłon­ni byli do prze­mo­cy, do­sta­li na­ucz­kę i te­raz do­ce­nia­ją cy­wi­li­zo­wa­ne wa­run­ki. Ci, któ­rych ży­cie upły­wa­ło w wię­zie­niach, w koń­cu zna­leź­li wy­ma­rzo­ny dom. Wie­lu z tu­tej­szych re­cy­dy­wi­stów wca­le nie ma­rzy o wyj­ściu na wol­ność. Są już cał­ko­wi­cie prze­siąk­nię­ci ży­ciem za kra­ta­mi i nie po­tra­fią funk­cjo­no­wać po dru­giej stro­nie. Tu mają cie­płe łóż­ko, trzy po­sił­ki dzien­nie i opie­kę zdro­wot­ną. Nie ma szans, by ży­jąc na uli­cy, mo­gli mieć to samo.

Nie chcę przez to po­wie­dzieć, że to miłe miej­sce. Nie jest miłe. Jest tu wie­lu ta­kich, któ­rym, po­dob­nie jak mnie, na­wet się nie śni­ło, że upad­ną tak ni­sko. Fa­chow­ców, któ­rzy zro­bi­li ka­rie­ry i mie­li wła­sne fir­my. Lu­dzi z pie­niędz­mi, ro­dzi­na­mi i kar­ta­mi człon­kow­ski­mi co­un­try clu­bu. W moim Bia­łym Gan­gu jest na przy­kład Carl, le­karz opto­me­tryk, któ­ry za­nad­to kom­bi­no­wał z ra­chun­ka­mi dla Me­di­ca­re; i jest Ker­mit, han­dlarz nie­ru­cho­mo­ści, któ­ry wpadł na wie­lo­krot­nym za­sta­wia­niu tej sa­mej nie­ru­cho­mo­ści w róż­nych ban­kach; i jest We­sley, były se­na­tor z Pen­syl­wa­nii, któ­ry dał się prze­ku­pić; i Mark, ma­ło­mia­stecz­ko­wy ma­cher od kre­dy­tów hi­po­tecz­nych, któ­ry po­szedł na skró­ty.

Carl, Ker­mit, We­sley i Mark. Wszy­scy bia­li, wszy­scy oko­ło pięć­dzie­siąt­ki, wszy­scy przy­zna­ją się do winy.

No i je­stem ja. Mal­colm Ban­ni­ster, czar­ny, lat czter­dzie­ści trzy, ska­za­ny za coś, o czym na­wet nie mia­łem po­ję­cia.

W tej chwi­li je­stem je­dy­nym czar­no­skó­rym we Fro­st­bur­gu, któ­ry od­by­wa karę za prze­stęp­stwo ty­po­we dla bia­łych koł­nie­rzy­ków. Nie­złe wy­róż­nie­nie.

W moim Czar­nym Gan­gu spra­wy nie są tak ja­sno okre­ślo­ne. Więk­szość chło­pa­ków po­cho­dzi z Wa­szyng­to­nu i Bal­ti­mo­re, sie­dzą za nar­ko­ty­ki. Gdy stąd wyj­dą, wró­cą na uli­ce swo­ich miast, a ich szan­sa na unik­nię­cie po­now­nej wpad­ki wy­nie­sie dwa­dzie­ścia pro­cent. Nie mają wy­kształ­ce­nia, nie mają za­wo­du i są już no­to­wa­ni. Jak może im się po­wieść w nor­mal­nym ży­ciu?

Tak na­praw­dę nie ma u nas gan­gów ani prze­mo­cy. Je­śli wdasz się w bój­kę albo bę­dziesz ko­muś gro­ził, po pro­stu cię stąd za­bio­rą i umiesz­czą w znacz­nie gor­szym za­kła­dzie. Wy­bu­cha mnó­stwo kłót­ni, głów­nie przy oglą­da­niu te­le­wi­zji, ale jesz­cze nie wi­dzia­łem, żeby ktoś ko­goś ude­rzył. Wie­lu tu­tej­szych więź­niów ma za sobą wy­ro­ki w wię­zie­niach sta­no­wych i ich opo­wie­ści by­wa­ją prze­ra­ża­ją­ce. Nikt nie chciał­by zmie­niać miej­sca po­by­tu.

Dla­te­go za­cho­wu­je­my się przy­zwo­icie i li­czy­my dni. Dla bia­łych koł­nie­rzy­ków po­byt w wię­zie­niu to upo­ko­rze­nie i utra­ta po­zy­cji, sty­lu ży­cia, sta­tu­su. Dla czar­nych jest tu bez­piecz­niej niż tam, skąd się wy­wo­dzą i do­kąd wró­cą. Od­siad­ka to tyl­ko ko­lej­ny punkt od­ha­czo­ny na kar­cie prze­stęp­cy. A tak­że ko­lej­ny krok na dro­dze do ka­rie­ry kry­mi­na­li­sty.

I dla­te­go czu­ję się tu bar­dziej bia­ły niż czar­ny.

Poza mną karę we Fro­st­bur­gu od­sia­du­je jesz­cze dwóch by­łych praw­ni­ków. Ron Na­po­li był od lat czo­ło­wym spe­cja­li­stą od pra­wa kar­ne­go w Fi­la­del­fii, ale znisz­czy­ła go ko­ka­ina. Spe­cja­li­zo­wał się w pra­wie nar­ko­ty­ko­wym i re­pre­zen­to­wał przed są­dem wie­lu du­żych de­ale­rów i bos­sów nar­ko­ty­ko­wych ze środ­ko­wej czę­ści Wschod­nie­go Wy­brze­ża, od New Jer­sey po obie Ka­ro­li­ny. Wo­lał ho­no­ra­ria pła­co­ne w go­tów­ce i w ko­ka­inie, aż w koń­cu stra­cił wszyst­ko. Urząd skar­bo­wy do­padł go za uni­ka­nie po­dat­ków i te­raz Ron jest mniej wię­cej w po­ło­wie dzie­wię­cio­let­nie­go wy­ro­ku. Nie wie­dzie mu się tu naj­le­piej. Znaj­du­je się w sta­nie cią­głej de­pre­sji, ab­so­lut­nie nie chce ćwi­czyć i na­wet nie pró­bu­je o sie­bie dbać. Robi się co­raz grub­szy, co­raz po­wol­niej­szy, co­raz bar­dziej hu­mo­rza­sty i co­raz bar­dziej cho­ry. Kie­dyś ra­czył nas fa­scy­nu­ją­cy­mi opo­wie­ścia­mi o swo­ich klien­tach i ich przy­go­dach w nar­ko­biz­ne­sie, te­raz tyl­ko sie­dzi na dzie­dziń­cu, chru­pie ko­lej­ną tor­bę chip­sów Fri­to i wy­glą­da na co­raz bar­dziej za­gu­bio­ne­go. Ktoś przy­sy­ła mu pie­nią­dze, a on je wy­da­je głów­nie na śmie­cio­we żar­cie.

Trze­cim by­łym praw­ni­kiem jest wa­szyng­toń­ski re­kin Amos Kapp, któ­ry la­ta­mi pły­wał w tam­tej­szych męt­nych wo­dach i uczest­ni­czył w nie­mal wszyst­kich więk­szych afe­rach po­li­tycz­nych sto­li­cy. Kapp i ja by­li­śmy są­dze­ni w jed­nym pro­ce­sie i obaj do­sta­li­śmy po dzie­sięć lat od tego sa­me­go sę­dzie­go. W pro­ce­sie wy­stę­po­wa­ło ośmiu oskar­żo­nych – sied­miu z Wa­szyng­to­nu i ja. Kap­pa za­wsze moż­na było o coś oskar­żyć i tym ra­zem przy­się­gli tak­że bez tru­du uwie­rzy­li w jego winę. Do­brze wie­dział, że nie mam nic wspól­ne­go z całą afe­rą, ale był zbyt wiel­kim tchó­rzem i sza­chra­jem, by coś po­wie­dzieć. Prze­moc jest we Fro­st­bur­gu ści­śle za­bro­nio­na, ale daj­cie mi pięć mi­nut sam na sam z Amo­sem Kap­pem, a wyj­dzie z tego ze skrę­co­nym kar­kiem. On to zresz­tą wie i są­dzę, że już daw­no zwie­rzył się straż­ni­ko­wi ze swo­ich obaw. Trzy­ma­ją go w za­chod­nim skrzy­dle, moż­li­wie naj­da­lej ode mnie.

Spo­śród trzech by­łych praw­ni­ków tyl­ko ja je­stem go­tów po­ma­gać in­nym w ich praw­ni­czych pro­ble­mach. Na­wet to lu­bię. Sta­wia to przede mną wy­zwa­nia i za­po­mi­nam o nu­dzie. Przy oka­zji ćwi­czę swój praw­ni­czy umysł. Choć wąt­pię, bym mógł jesz­cze kie­dyś wró­cić do za­wo­du. Po wyj­ściu z wię­zie­nia mogę wy­stą­pić do rady ad­wo­kac­kiej o przy­wró­ce­nie upraw­nień, ale to dłu­ga i uciąż­li­wa pro­ce­du­ra. A praw­da jest taka, że w tym za­wo­dzie zu­peł­nie się nie do­ro­bi­łem. Pra­co­wa­łem w ma­łym mia­stecz­ku, a do tego by­łem czar­ny, nie­wie­lu spo­śród mo­ich klien­tów mo­gło mi przy­zwo­icie za­pła­cić za pra­cę. A na Brad­dock Stre­et urzę­do­wa­ło jesz­cze kil­ku­na­stu praw­ni­ków, któ­rzy po­lo­wa­li na tych sa­mych klien­tów, i kon­ku­ren­cja była ostra. Jesz­cze nie wiem, co będę ro­bił po wyj­ściu, ale mam po­waż­ne wąt­pli­wo­ści co do wzno­wie­nia ka­rie­ry praw­ni­czej.

Będę czter­dzie­sto­ośmio­let­nim sin­glem, mam na­dzie­ję, w do­brym zdro­wiu.

Pięć lat to wiecz­ność. Co­dzien­nie od­by­wam dłu­gi sa­mot­ny spa­cer po pa­sie zie­mi do jog­gin­gu, któ­ry oka­la wię­zie­nie, wy­zna­cza jego gra­ni­cę i jest na­zy­wa­ny „kre­chą”. Gdy tyl­ko prze­kro­czysz kre­chę, uzna­ją cię za ucie­ki­nie­ra. Cho­ciaż to wię­zie­nie, oko­li­ca jest pięk­na, a wi­do­ki im­po­nu­ją­ce. Cho­dząc po bież­ni i pa­trząc na da­le­ki łań­cuch wzgórz, czę­sto mam ocho­tę prze­kro­czyć kre­chę i iść da­lej przed sie­bie. Nie ma ogro­dze­nia, któ­re mo­gło­by mi prze­szko­dzić, nie ma straż­ni­ka, któ­ry by za mną krzyk­nął. Mógł­bym się ukryć w le­śnym gąsz­czu i znik­nąć na za­wsze.

Wła­ści­wie wo­lał­bym, żeby ogra­ni­czał mnie trzy­me­tro­wy mur z so­lid­nych ce­gieł, ze zwo­jem po­ły­sku­ją­ce­go w słoń­cu ży­let­ko­we­go dru­tu. Nie po­zwa­lał­by mi pa­trzeć na da­le­kie wzgó­rza i ma­rzyć o wol­no­ści. Do dia­bła, to w koń­cu wię­zie­nie! Nie wol­no nam go opu­ścić, więc po­staw­cie mur i prze­stań­cie nas ku­sić.

Ale po­ku­sa mnie nie opusz­cza i cho­ciaż z nią wal­czę, czu­ję, że z każ­dym dniem sta­je się sil­niej­sza.

Roz­dział 2

Fro­st­burg leży parę ki­lo­me­trów na za­chód od mia­stecz­ka Cum­ber­land w sta­nie Ma­ry­land, na wą­skim pa­sie zie­mi wci­śnię­tym mię­dzy Pen­syl­wa­nię od pół­no­cy i Wir­gi­nię Za­chod­nią od po­łu­dnia i za­cho­du. Pa­trząc na mapę, moż­na od­gad­nąć, że ten nie­fo­rem­ny frag­ment te­re­nu po­ja­wił się w wy­ni­ku błęd­nych po­mia­rów geo­de­zyj­nych i tak na­praw­dę nie po­wi­nien na­le­żeć do Ma­ry­lan­du, choć trud­no stwier­dzić, do kogo miał­by na­le­żeć. Czę­sto pra­cu­ję w bi­blio­te­ce, na ścia­nie nad moim biur­kiem wisi ogrom­na mapa Ame­ry­ki. Spę­dzam aż za dużo cza­su, ga­piąc się na nią, śniąc na ja­wie i du­ma­jąc, jak to się sta­ło, że je­stem więź­niem fe­de­ral­nym w od­le­głym za­kąt­ku Ma­ry­lan­du.

Sto ki­lo­me­trów da­lej na po­łu­dnie, w Wir­gi­nii, leży dwu­dzie­sto­pię­cio­ty­sięcz­ne mia­stecz­ko Win­che­ster. Tam się uro­dzi­łem, spę­dzi­łem dzie­ciń­stwo, zdo­by­łem wy­kształ­ce­nie i pra­co­wa­łem, aż w koń­cu tam na­stą­pił mój Upa­dek. Mó­wią mi, że od mo­je­go wy­jaz­du nie­wie­le się w Win­che­ste­rze zmie­ni­ło. Kan­ce­la­ria praw­ni­cza Co­pe­land & Reed nadal jest w tym sa­mym miej­scu, gdzie nie­gdyś pra­co­wa­łem. Przy Brad­dock Stre­et na sta­rym mie­ście, tuż obok knaj­py. Kie­dyś na­zwa wy­pi­sa­na czar­ny­mi li­te­ra­mi na szy­bie brzmia­ła Co­pe­land, Reed & Ban­ni­ster i ozna­cza­ła je­dy­ną zu­peł­nie czar­ną kan­ce­la­rię praw­ni­czą w pro­mie­niu stu pięć­dzie­się­ciu ki­lo­me­trów. Po­dob­no pa­no­wie Co­pe­land i Reed nie­źle so­bie ra­dzą i choć na pew­no nie ro­bią ka­rie­ry i nie zbi­ja­ją ma­jąt­ku, star­cza im na opła­ce­nie dwóch se­kre­ta­rek i czyn­szu. Za mo­ich cza­sów było tak samo, ja­koś uda­wa­ło nam się za­ro­bić na ży­cie. Krót­ko przed Upad­kiem za­czy­na­łem po­waż­nie się za­sta­na­wiać, czy prze­trwam w tak ma­łym mia­stecz­ku.

Po­dob­no pa­no­wie Co­pe­land i Reed od­ma­wia­ją roz­mo­wy na mój te­mat i nie chcą się wy­po­wia­dać o mo­ich kło­po­tach. Sami omal nie sta­nę­li przed są­dem i ich re­pu­ta­cja moc­no ucier­pia­ła. Pro­ku­ra­tor fe­de­ral­ny, któ­ry spo­rzą­dził akt oskar­że­nia, ry­ko­sze­tem ostrze­li­wał wszyst­kich, któ­rzy mo­gli mieć zwią­zek z wy­kry­tą przez nie­go afe­rą, i nie­mal do­pro­wa­dził fir­mę do upad­ku. Moja wina po­le­ga­ła na re­pre­zen­to­wa­niu nie­wła­ści­we­go klien­ta i dwaj byli wspól­ni­cy nie byli z tym w ża­den spo­sób po­wią­za­ni. Ża­łu­ję tego, co sta­ło się ze mną, ale myśl o tym, jak ob­rzu­ca­no ich bło­tem, do dziś spę­dza mi sen z po­wiek. Obaj mają pod sie­dem­dzie­siąt­kę i jako mło­dzi praw­ni­cy nie tyl­ko wal­czy­li o to, żeby utrzy­mać się z kan­ce­la­rii praw­nej w ma­łym mia­stecz­ku, ale też sta­cza­li ostat­nie bi­twy z ery Jima Cro­wa2. Zda­rza­ło się, że sę­dzio­wie igno­ro­wa­li ich na sali roz­praw i wy­da­wa­li prze­ciw­ko nim bez­za­sad­ne orze­cze­nia. Inni praw­ni­cy od­no­si­li się do nich aro­ganc­ko i nie­pro­fe­sjo­nal­nie. Okrę­go­we sto­wa­rzy­sze­nie ad­wo­ka­tów nie za­pro­po­no­wa­ło im człon­ko­stwa. Urzęd­ni­cy są­do­wi czę­sto gu­bi­li ich wnio­ski. Bia­li przy­się­gli im nie wie­rzy­li. I co naj­gor­sze, klien­ci ich uni­ka­li. Oczy­wi­ście mam na my­śli czar­nych klien­tów. W la­tach sie­dem­dzie­sią­tych bia­łe­mu na­wet nie przy­szło­by do gło­wy na­jąć czar­ne­go praw­ni­ka, przy­najm­niej na Po­łu­dniu. I tak na­praw­dę do dziś pod tym wzglę­dem nie­wie­le się zmie­ni­ło. W po­cząt­kach swo­je­go ist­nie­nia kan­ce­la­ria Co­pe­land & Reed omal nie pa­dła, bo czar­ni uwa­ża­li bia­łych praw­ni­ków za lep­szych i szli do nich. Cięż­ką pra­cą i nie­ustę­pli­wym pro­fe­sjo­na­li­zmem Co­pe­lan­do­wi i Re­edo­wi uda­ło się to zmie­nić, ale mu­sia­ło upły­nąć dużo cza­su.

Win­che­ster nie był wy­ma­rzo­nym miej­scem na roz­po­czę­cie ka­rie­ry praw­ni­czej. Stu­dio­wa­łem pra­wo na uczel­ni Geo­r­ge’a Ma­so­na w Wir­gi­nii, na obrze­żach Dys­tryk­tu Ko­lum­bii. Pod­czas let­nich wa­ka­cji po dru­gim roku po­szczę­ści­ło mi się i do­sta­łem pra­cę w biu­rze ogrom­nej wa­szyng­toń­skiej fir­my praw­ni­czej przy Pen­n­sy­lva­nia Ave­nue, o rzut be­re­tem od Ka­pi­to­lu. Był to gi­gant z ty­sią­cem praw­ni­ków, fi­lia­mi roz­sia­ny­mi po ca­łym świe­cie, na­zwi­ska­mi by­łych se­na­to­rów zdo­bią­cy­mi pa­pier fir­mo­wy, eks­klu­zyw­ną klien­te­lą i za­pie­ra­ją­cym dech w pier­si tem­pem pra­cy, któ­re strasz­nie mi się po­do­ba­ło. Punk­tem kul­mi­na­cyj­nym mo­jej pra­cy była funk­cja goń­ca pod­czas pro­ce­su by­łe­go kon­gres­ma­na (i na­sze­go klien­ta), któ­re­go oskar­żo­no o kon­szach­ty z bra­tem hochsz­ta­ple­rem i bra­nie ła­pó­wek od do­staw­cy uzbro­je­nia. Cały pro­ces oka­zał się jed­nym wiel­kim cyr­kiem, a ja by­łem za­chwy­co­ny, że mam miej­sce tak bli­sko are­ny.

Je­de­na­ście lat póź­niej zna­la­złem się w tej sa­mej sali roz­praw sądu fe­de­ral­ne­go im. E. Bar­ret­ta Pret­ty­ma­na w śród­mie­ściu Wa­szyng­to­nu, tyle że w roli oskar­żo­ne­go.

Tam­te­go lata by­łem jed­nym z sie­dem­na­stu prak­ty­kan­tów w fir­mie. Cała po­zo­sta­ła szes­nast­ka – sami stu­den­ci pre­sti­żo­wych uczel­ni praw­ni­czych – do­sta­ła na ko­niec ofer­ty pra­cy. Ja nie do­sta­łem, a po­nie­waż tak bar­dzo się wte­dy za­an­ga­żo­wa­łem, zo­sta­łem tro­chę na lo­dzie. Trze­ci rok stu­diów po­świę­ci­łem na ko­ła­ta­nie do róż­nych drzwi na te­re­nie Dys­tryk­tu, ale żad­ne się przede mną nie otwo­rzy­ły. Po uli­cach musi tu sta­le krą­żyć kil­ka ty­się­cy bez­ro­bot­nych praw­ni­ków i ła­two się w tym tłu­mie zgu­bić. Po­tem po­sze­rzy­łem pole za­in­te­re­so­wa­nia o oko­li­ce, gdzie fir­my są dużo mniej­sze i o pra­cę jesz­cze trud­niej.

W koń­cu, po­ko­na­ny, wró­ci­łem do domu. Moje ma­rze­nia o grze w pierw­szej li­dze le­gły w gru­zach. Pa­no­wie Co­pe­land i Reed sami cien­ko przę­dli i z całą pew­no­ścią nie po­trze­bo­wa­li ni­ko­go no­we­go, zli­to­wa­li się jed­nak i opróż­ni­li dla mnie ma­ga­zy­nek na gó­rze. Sta­ra­łem się, jak mo­głem, choć sie­dze­nie go­dzi­na­mi w biu­rze przy tak nie­wie­lu klien­tach było czę­sto trud­ne do uza­sad­nie­nia. Cał­kiem nie­źle nam się pra­co­wa­ło i po pię­ciu la­tach wspa­nia­ło­myśl­nie uzna­li mnie za wspól­ni­ka i do­da­li moje na­zwi­sko do na­zwy fir­my. Moje za­rob­ki pra­wie nie ule­gły zmia­nie.

Pod­czas śledz­twa z bó­lem ob­ser­wo­wa­łem, jak ich nie­ska­la­ne do­tąd imio­na są mie­sza­ne z bło­tem. Było to kom­plet­nie po­zba­wio­ne sen­su. Kie­dy już przy­par­li mnie do muru, pro­wa­dzą­cy spra­wę agent FBI oznaj­mił, że je­śli się nie przy­znam i nie za­cznę współ­pra­co­wać z pro­ku­ra­tu­rą fe­de­ral­ną, Co­pe­land i Reed też zo­sta­ną po­sta­wie­ni w stan oskar­że­nia. Są­dzi­łem, że ble­fu­je, ale nie mia­łem pew­no­ści. Mimo to ode­sła­łem go do dia­bła.

Na szczę­ście ble­fo­wał.

Na­pi­sa­łem do nich kil­ka li­stów. Dłu­gich, płacz­li­wych li­stów z prze­pro­si­na­mi, ale na ża­den nie od­po­wie­dzie­li. Po­pro­si­łem, żeby mnie od­wie­dzi­li, że­by­śmy mo­gli wszyst­ko so­bie wy­ja­śnić w bez­po­śred­niej roz­mo­wie, ale też nie za­re­ago­wa­li, cho­ciaż do mo­je­go ro­dzin­ne­go mia­stecz­ka jest stąd rap­tem sto ki­lo­me­trów. Tyl­ko je­den jego miesz­ka­niec re­gu­lar­nie mnie od­wie­dza.

***

Mój oj­ciec Hen­ry był jed­nym z pierw­szych czar­no­skó­rych funk­cjo­na­riu­szy po­li­cji sta­no­wej we Wspól­no­cie Wir­gi­nii. Przez trzy­dzie­ści lat pa­tro­lo­wał szo­sy i lo­kal­ne dro­gi w oko­li­cach Win­che­ste­ru i nie za­mie­nił­by tej pra­cy na żad­ną inną. Ko­chał ją, a tak­że zwią­za­ne z nią po­czu­cie wła­dzy i hi­sto­rię, moż­li­wość eg­ze­kwo­wa­nia pra­wa i oka­zję do nie­sie­nia po­mo­cy po­trze­bu­ją­cym. Ko­chał swój mun­dur, swój ra­dio­wóz – wła­ści­wie wszyst­ko z wy­jąt­kiem pi­sto­le­tu przy pa­sie. Parę razy był zmu­szo­ny go wy­jąć, ale nig­dy z nie­go nie wy­strze­lił. Za­kła­dał, że bia­li będą mu oka­zy­wać nie­chęć, a czar­ni będą li­czyć na wy­ro­zu­mia­łość, ale on po­sta­no­wił trak­to­wać wszyst­kich jed­na­ko­wo spra­wie­dli­wie. Był ty­pem twar­de­go gli­nia­rza, któ­ry nie uzna­je sza­ro­ści. Je­śli coś nie było zgod­ne z pra­wem, to mu­sia­ło być wbrew pra­wu. Nie wi­dział miej­sca na na­cią­ga­nie oce­ny ani ucie­ka­nie się do tech­nicz­nych krucz­ków.

Od pierw­szej chwi­li oj­ciec uznał, że je­stem win­ny, choć nie do koń­ca wie­dział cze­go. Dla nie­go nie ist­nia­ła za­sa­da do­mnie­ma­nia nie­win­no­ści i mo­ich za­pew­nień o nie­win­no­ści też nie słu­chał. Jako dum­ny funk­cjo­na­riusz sił po­rząd­ku przez lata ści­ga­ją­cy zło­czyń­ców zo­stał w peł­ni za­pro­gra­mo­wa­ny. Je­śli oświe­ce­ni fe­de­ral­ni w stu­stro­ni­co­wym ak­cie oskar­że­nia uzna­li mnie za win­ne­go, mu­sie­li mieć ra­cję. Je­stem pew­ny, że mi współ­czuł i mo­dlił się, bym ja­koś się wy­ka­ra­skał, ale nie po­tra­fił mi tego oka­zać. Czuł się upo­ko­rzo­ny i wca­le się z tym nie krył. Jak jego syn praw­nik mógł się za­da­wać z taką pod­łą ban­dą oszu­stów?

Sam z ty­siąc razy za­da­wa­łem so­bie to py­ta­nie. I jak do­tąd nie zna­la­złem do­brej od­po­wie­dzi.

Hen­ry Ban­ni­ster z tru­dem skoń­czył li­ceum i po kil­ku drob­nych za­tar­gach z pra­wem, w wie­ku dzie­więt­na­stu lat, wstą­pił do ma­ri­nes. W kor­pu­sie szyb­ko stał się męż­czy­zną i żoł­nie­rzem, po­ko­chał dys­cy­pli­nę i na­uczył się być dum­nym z mun­du­ru. Od­był trzy tury w Wiet­na­mie, gdzie zo­stał po­strze­lo­ny i po­pa­rzo­ny, a na­wet na krót­ko tra­fił do nie­wo­li. Jego od­zna­cze­nia wi­szą na ścia­nie ga­bi­ne­tu w nie­wiel­kim dom­ku, w któ­rym do­ra­sta­łem. Oj­ciec miesz­ka tam sam, bo mama zgi­nę­ła w wy­pad­ku, za­bi­ta przez pi­ja­ne­go kie­row­cę dwa lata przed moim pro­ce­sem.

Hen­ry przy­jeż­dża do Fro­st­bur­ga raz w mie­sią­cu na go­dzin­ne wi­dze­nie. Jest już na eme­ry­tu­rze, nie ma wie­lu za­jęć i gdy­by chciał, mógł­by przy­jeż­dżać co ty­dzień. Ale nie chce.

***

Wie­lo­let­ni wy­rok nie­sie z sobą wie­le okrut­nych do­znań. Na przy­kład to, że się jest po­wo­li za­po­mi­na­nym przez świat i wszyst­kich, któ­rych się ko­cha i po­trze­bu­je. Rze­ka li­stów, za­le­wa­ją­ca cię w pierw­szych mie­sią­cach, stop­nio­wo za­mie­nia się w cien­ki stru­my­czek, któ­ry przy­no­si je­den albo dwa li­sty w ty­go­dniu. Przy­ja­ciół i krew­nych, któ­rzy po­cząt­ko­wo chęt­nie cię od­wie­dza­li, nie wi­du­jesz ca­ły­mi la­ta­mi. Mój star­szy brat Mar­cus wpa­da dwa razy w roku na go­dzin­kę, żeby po­in­for­mo­wać mnie o swo­ich naj­śwież­szych pro­ble­mach. Każ­dy z jego trzech na­sto­let­nich sy­nów jest na in­nym eta­pie mło­dzień­cze­go bun­tu prze­ciw pra­wu, a żona jest zde­kla­ro­wa­ną świ­ru­ską. Tak że chy­ba nie mam co się skar­żyć. Mimo to lu­bię te jego wi­zy­ty. Mar­cus od za­wsze pa­ro­dio­wał Ri­char­da Pry­ora, robi to na­praw­dę ko­micz­nie i zwy­kle śmie­je­my się przez całą go­dzi­nę z jego na­rze­kań na sy­nów. Moja młod­sza sio­stra Ruby miesz­ka na Za­chod­nim Wy­brze­żu i ją wi­du­ję raz w roku. Ale pi­sze do mnie co ty­dzień i bar­dzo ce­nię so­bie jej li­sty. Mam też da­le­kie­go ku­zy­na, któ­ry od­sie­dział sie­dem lat za na­pad z bro­nią w ręku (by­łem jego obroń­cą), i on od­wie­dza mnie dwa razy do roku – głów­nie dla­te­go, że ja od­wie­dza­łem jego, kie­dy sie­dział.

Po trzech la­tach po­by­tu we Fro­st­bur­gu czę­sto mi­ja­ją całe mie­sią­ce bez od­wie­dzin, je­śli nie li­czyć wi­zyt ojca. Za­rząd Wię­zien­nic­twa sta­ra się umiesz­czać ska­za­nych nie da­lej niż osiem­set ki­lo­me­trów od domu. Mam szczę­ście, że Win­che­ster jest tak bli­sko, ale rów­nie do­brze mógł­by być dwa ty­sią­ce ki­lo­me­trów da­lej. Mam paru przy­ja­ciół z dzie­ciń­stwa, któ­rzy nig­dy nie zdo­by­li się na od­wie­dzi­ny, i kil­ku zna­jo­mych, któ­rzy od dwóch lat nie dali zna­ku ży­cia. Więk­szość mo­ich daw­nych ko­le­gów praw­ni­ków jest zbyt za­ję­ta. Naj­bliż­szy ko­le­ga ze stu­diów praw­ni­czych pi­sze do mnie co dwa mie­sią­ce, ale nie uda­je mu się wy­rwać i mnie od­wie­dzić. Miesz­ka w Wa­szyng­to­nie, dwie­ście czter­dzie­ści ki­lo­me­trów na wschód, i po­dob­no pra­cu­je sie­dem dni w ty­go­dniu w wiel­kiej kan­ce­la­rii praw­ni­czej. Mój naj­lep­szy kum­pel z ma­ri­nes miesz­ka w Pit­ts­bur­ghu, dwie go­dzi­ny dro­gi stąd, i jak do­tąd od­wie­dził mnie do­słow­nie raz.

Pew­nie po­wi­nie­nem być wdzięcz­ny ojcu, że jemu wciąż się chce.

Jak za­wsze sie­dzi sam w ma­łej sali wi­dzeń, na sto­li­ku przed nim leży brą­zo­wa pa­pie­ro­wa tor­ba. Na pew­no cia­stecz­ka, kru­che albo cze­ko­la­do­we z orze­cha­mi, upie­czo­ne przez ciot­kę Ra­ci­ne, sio­strę ojca. Po­da­je­my so­bie ręce, ale się nie obej­mu­je­my – Hen­ry Ban­ni­ster nig­dy w ży­ciu nie ob­jął żad­ne­go męż­czy­zny. Przy­glą­da mi się, czy nie uty­łem, i jak zwy­kle wy­py­tu­je o moje co­dzien­ne za­ję­cia. On sam przez czter­dzie­ści lat nie przy­tył ani o ki­lo­gram i nadal mie­ści się w sta­ry mun­dur ma­ri­ne. Jest prze­ko­na­ny, że jeść mniej zna­czy żyć dłu­żej, a Hen­ry boi się umrzeć mło­do. Jego oj­ciec i dzia­dek zmar­li przed sześć­dzie­siąt­ką. Cho­dzi po dzie­sięć ki­lo­me­trów dzien­nie i uwa­ża, że ja też po­wi­nie­nem. Już po­go­dzi­łem się z tym, że nig­dy nie prze­sta­nie mnie po­uczać, jak mam żyć, czy to na wol­no­ści, czy to w wię­zie­niu.

– To od Ra­ci­ne – mówi, po­trzą­sa­jąc pa­pie­ro­wą tor­bą.

– Po­dzię­kuj jej ode mnie – od­po­wia­dam. Sko­ro tak się mar­twi o mój brzuch, dla­cze­go za każ­dym ra­zem przy­no­si mi tor­bę na­są­czo­nych tłusz­czem cia­stek? Zjem dwa albo trzy i resz­tę roz­dam.

– Roz­ma­wia­łeś ostat­nio z Mar­cu­sem? – pyta.

– W ostat­nim mie­sią­cu nie. A co?

– Ma kło­po­ty. Del­mon zro­bił dziec­ko ja­kiejś dziew­czy­nie. On ma pięt­na­ście lat, a ona czter­na­ście. – Krę­ci gło­wą i marsz­czy twarz. Jako dzie­się­cio­la­tek Del­mon już był na ba­kier z pra­wem i ro­dzi­na oba­wia­ła się, że w przy­szło­ści zo­sta­nie kry­mi­na­li­stą.

– Bę­dziesz miał pierw­sze­go pra­wnu­ka – pró­bu­ję żar­to­wać.

– Też mi po­wód do dumy. Bia­ła czter­na­sto­lat­ka w cią­ży z pięt­na­sto­let­nim kre­ty­nem, któ­ry przy­pad­kiem na­zy­wa się Ban­ni­ster.

Przez chwi­lę o tym du­ma­my. Tre­ścią na­szych spo­tkań jest czę­sto nie to, co mó­wi­my, ale to, co prze­mil­cza­my. Mój oj­ciec ma sześć­dzie­siąt dzie­więć lat i za­miast roz­ko­szo­wać się je­sie­nią ży­cia, więk­szość cza­su po­świę­ca li­za­niu ran i uża­la­niu się nad sobą. Nie wi­nię go za to. Jego uko­cha­na po czter­dzie­stu dwóch la­tach mał­żeń­stwa ode­szła w mgnie­niu oka. Wciąż roz­pa­czał po jej stra­cie, gdy oka­za­ło się, że FBI się mną in­te­re­su­je i spra­wa gwał­tow­nie na­bie­ra roz­pę­du. Mój pro­ces trwał trzy ty­go­dnie i oj­ciec był co­dzien­nym go­ściem na sali roz­praw. Pa­trze­nie, jak sto­ję przed sę­dzią ska­zu­ją­cym mnie na dzie­sięć lat wię­zie­nia, mu­sia­ło być dla nie­go strasz­ne. Po­tem obu nam za­bra­no Bo, a te­raz dzie­ci Mar­cu­sa są na tyle duże, by bo­le­śnie ra­nić ro­dzi­ców i dal­szą ro­dzi­nę.

Na­szej ro­dzi­nie z pew­no­ścią na­le­ży się tro­chę szczę­ścia, ale na ra­zie się na to nie za­no­si.

– Roz­ma­wia­łem wczo­raj z Ruby – zmie­nia te­mat oj­ciec. – Mówi, że u niej wszyst­ko w po­rząd­ku. Po­zdra­wia cię. Po­wie­dzia­ła, że twój ostat­ni list był cał­kiem za­baw­ny.

– Po­wiedz Ruby, że jej li­sty dużo dla mnie zna­czą. Od pię­ciu lat nie prze­ga­pi­ła ani jed­ne­go ty­go­dnia. – Ruby jest ja­snym punk­tem w na­szej roz­sy­pu­ją­cej się ro­dzi­nie. Pra­cu­je w po­rad­ni mał­żeń­skiej, jej mąż jest pe­dia­trą. Mają trój­kę wspa­nia­łych dzie­cia­ków i trzy­ma­ją je z da­le­ka od nie­sław­ne­go wuj­ka Mala.

Po dłuż­szej chwi­li mil­cze­nia mó­wię:

– Jak za­wsze dzię­ku­ję za czek.

– Cie­szę się, że mogę ci po­móc – od­po­wia­da oj­ciec, wzru­sza­jąc ra­mio­na­mi.

Co mie­siąc przy­sy­ła mi sto do­la­rów, któ­re bar­dzo się przy­da­ją. Pie­nią­dze tra­fia­ją na moje kon­to i po­zwa­la­ją na kup­no nie­zbęd­nych rze­czy: dłu­go­pi­sów, blo­ków do pi­sa­nia, ksią­żek i lep­sze­go je­dze­nia. Pra­wie wszy­scy w moim Bia­łym Gan­gu do­sta­ją z domu cze­ki, a nikt z Czar­ne­go Gan­gu nie do­sta­je gro­sza. W wię­zie­niu za­wsze wia­do­mo, kto do­sta­je pie­nią­dze.

– Masz już pra­wie po­ło­wę za sobą – mówi oj­ciec.

– Do pię­ciu lat bra­ku­je dwóch ty­go­dni – uści­ślam.

– Czas szyb­ko leci.

– Może na ze­wnątrz. Za­pew­niam cię, że po tej stro­nie muru ze­ga­ry cho­dzą dużo wol­niej.

– I tak trud­no uwie­rzyć, że mi­nę­ło już pięć lat.

Rze­czy­wi­ście, trud­no. Jak moż­na wy­trzy­mać lata za krat­ka­mi? Nie my­śląc o la­tach, mie­sią­cach ani na­wet ty­go­dniach. My­śli się o upły­wa­ją­cym dniu. O tym, jak do­trwać do wie­czo­ra, jak go prze­żyć. I kie­dy bu­dzisz się na­stęp­ne­go ran­ka, masz za sobą ko­lej­ny dzień. Dni ukła­da­ją się w ty­go­dnie, mie­sią­ce za­mie­nia­ją się w lata. Uzmy­sła­wiasz so­bie, jaki z cie­bie twar­dziel, jak po­tra­fisz funk­cjo­no­wać i trzy­mać się przy ży­ciu, bo nie masz wy­bo­ru.

– Masz ja­kiś po­mysł, co bę­dziesz ro­bił? – pyta.

Za­da­je mi to py­ta­nie co mie­siąc, zu­peł­nie jak­bym za chwi­lę miał wyjść na wol­ność. Za­cho­waj cier­pli­wość, na­po­mi­nam sie­bie. Pa­mię­taj, że to twój oj­ciec. I jest tu­taj! A to bar­dzo się li­czy.

– Jesz­cze nie. Mam jesz­cze dużo cza­su.

– Na two­im miej­scu już bym za­czy­nał o tym my­śleć – mówi to­nem świad­czą­cym o tym, że na moim miej­scu miał­by już wszyst­ko do­kład­nie prze­my­śla­ne.

– Wła­śnie skoń­czy­łem trze­ci po­ziom hisz­pań­skie­go – od­po­wia­dam z lek­ką dumą w gło­sie. W Brą­zo­wym Gan­gu mam kum­pla Mar­co, któ­ry jest świet­nym na­uczy­cie­lem ję­zy­ka. Sie­dzi za nar­ko­ty­ki.

– Wy­glą­da na to, że nie­dłu­go wszy­scy bę­dzie­my mó­wić po hisz­pań­sku. – Oj­ciec pry­cha.

Hen­ry nie lubi imi­gran­tów. W ogó­le ni­ko­go, kto mówi z ob­cym ak­cen­tem, tak­że lu­dzi z No­we­go Jor­ku czy New Jer­sey; lu­dzi na za­sił­kach i bez­ro­bot­nych. Jego zda­niem wszyst­kich bez­dom­nych na­le­ża­ło­by wy­ła­pać i za­mknąć w obo­zach typu Gu­an­ta­na­mo, tyl­ko gor­szych.

Kil­ka lat temu ścię­li­śmy się w tej spra­wie i oj­ciec za­gro­ził, że prze­sta­nie mnie od­wie­dzać. Wy­kłó­ca­nie się z nim to stra­ta cza­su. Wiem, że go nie zmie­nię. Przy­jeż­dża do mnie, więc po­wi­nie­nem być dla nie­go miły. W koń­cu to ja je­stem ska­zań­cem, nie on. On jest zwy­cięz­cą, ja prze­gra­nym. Wy­da­je się, że dla Hen­ry’ego to waż­ne, choć nie bar­dzo wiem dla­cze­go. Może dla­te­go, że mam za sobą col­le­ge i stu­dia praw­ni­cze, coś, o czym on nie mógł na­wet ma­rzyć.

– Chy­ba wy­ja­dę z kra­ju – mó­wię. – Po­ja­dę gdzieś, gdzie mó­wią po hisz­pań­sku. Do Pa­na­my albo Ko­sta­ry­ki.

Cie­pło, pla­ża, lu­dzie o śnia­dej skó­rze. Im jest obo­jęt­ne, czy je­steś no­to­wa­ny albo sie­dzia­łeś w wię­zie­niu.

– Tam gdzie tra­wa za­wsze zie­leń­sza, co?

– Tak, tato. Jak się sie­dzi w wię­zie­niu, to tra­wa wszę­dzie jest zie­leń­sza. Co miał­bym tu ro­bić? Wró­cić do domu, zo­stać praw­ni­kiem bez li­cen­cji i wy­ko­ny­wać zle­ce­nia dla ja­kiejś fi­rem­ki, któ­rej na mnie nie stać? Za­jąć się kau­cja­mi do wa­run­ko­wych zwol­nień? A może zo­stać pry­wat­nym de­tek­ty­wem? Mam nie­wie­le moż­li­wo­ści.

Słu­cha mnie, ki­wa­jąc gło­wą. Roz­ma­wia­li­śmy o tym już kil­ka­na­ście razy.

– A ty w do­dat­ku nie­na­wi­dzisz wła­dzy – mówi ze smut­kiem.

– O tak, nie­na­wi­dzę władz fe­de­ral­nych. FBI, pro­ku­ra­tu­ry, sę­dziów fe­de­ral­nych, dur­ni rzą­dzą­cych wię­zie­nia­mi. Nie­na­wi­dzę w nich tak wie­lu rze­czy. Od­sia­du­ję dzie­sięć lat tyl­ko dla­te­go, że pie­przo­ny pro­ku­ra­tor chciał po­pra­wić so­bie sta­ty­sty­kę. A wła­dze fe­de­ral­ne są go­to­we mnie tu trzy­mać przez dzie­sięć lat bez cie­nia do­wo­du. Wy­obraź so­bie te wszyst­kie moż­li­wo­ści, ja­kie sto­ją przed kimś, kto ma na czo­le wy­pi­sa­ne „kry­mi­na­li­sta”. Wy­no­szę się stąd, tato, naj­szyb­ciej jak się da.

Pa­trzy na mnie z uśmie­chem i kiwa gło­wą. Ja­sne, Mal.

Roz­dział 3

Jeśli wziąć po uwa­gę kon­se­kwen­cje po­dej­mo­wa­nych de­cy­zji, to­wa­rzy­szą­ce im emo­cje i skłon­ność do prze­mo­cy u tych, któ­rych do­ty­czą, aż dziw, że w hi­sto­rii tego kra­ju za­mor­do­wa­no tyl­ko czte­rech czyn­nych sę­dziów fe­de­ral­nych.

Sza­cow­ny Ray­mond Faw­cett wła­śnie stał się ofia­rą nu­mer pięć.

Jego cia­ło zna­le­zio­no w su­te­re­nie cha­ty nad je­zio­rem, któ­rą sam zbu­do­wał i w któ­rej czę­sto spę­dzał week­en­dy. Gdy w po­nie­dzia­łek rano nie po­ja­wił się w są­dzie, jego lu­dzie wpa­dli w pa­ni­kę i za­wia­do­mi­li FBI, a agen­ci szyb­ko usta­li­li miej­sce zbrod­ni. Cha­ta sta­ła w gę­sto za­le­sio­nej po­łu­dnio­wo-za­chod­niej czę­ści Wir­gi­nii, na zbo­czu góry nad brze­giem czy­ste­go je­zior­ka, zwa­ne­go przez miej­sco­wych Lake Hig­gins. Jest tak małe, że nie ma go na więk­szo­ści map dro­go­wych.

Na miej­scu nie było śla­dów wła­ma­nia, awan­tu­ry ani wal­ki o ży­cie. Ot, po pro­stu dwa mar­twe cia­ła w su­te­re­nie, oba z dziu­ra­mi od kul w gło­wach, a obok pu­sty me­ta­lo­wy sejf. Sę­dzie­mu Faw­cet­to­wi dwu­krot­nie strze­lo­no w gło­wę, jak­by to była eg­ze­ku­cja. Cia­ło le­ża­ło w du­żej ka­łu­ży za­krze­płej krwi. Agent, któ­ry je zna­lazł, oce­nił, że sę­dzia nie żył od co naj­mniej dwóch dni. Je­den z urzęd­ni­ków ze­znał, że sę­dzia opu­ścił biu­ro w pią­tek oko­ło pięt­na­stej i za­mie­rzał udać się do cha­ty i spę­dzić w niej week­end na wy­tę­żo­nej pra­cy.

Dru­gie zwło­ki na­le­ża­ły do Na­omi Cla­ry, trzy­dzie­stocz­te­ro­let­niej roz­wód­ki z dwoj­giem dzie­ci, któ­rą Faw­cett nie­daw­no za­trud­nił na sta­no­wi­sku se­kre­tar­ki. Sę­dzia miał sześć­dzie­siąt sześć lat, pię­cio­ro do­ro­słych dzie­ci i nie był roz­wie­dzio­ny. Pań­stwo Faw­cet­to­wie od lat żyli osob­no, ale przy szcze­gól­nych oka­zjach wciąż po­ka­zy­wa­li się ra­zem. Wszy­scy w Ro­ano­ke wie­dzie­li, że są w se­pa­ra­cji, ale po­nie­waż sę­dzia był w oko­li­cy pro­mi­nent­ną po­sta­cią, ich ży­cie nadal sta­no­wi­ło przed­miot plo­tek i do­my­słów. Dzie­ciom i przy­ja­cio­łom wy­zna­li, że nie po­tra­fią zdo­być się na roz­wód. Pani Faw­cett mia­ła pie­nią­dze, sę­dzia Faw­cett po­zy­cję. Wy­glą­da­ło na to, że ten układ oboj­gu od­po­wia­da i obo­je zo­bo­wią­za­li się nie an­ga­żo­wać w inne związ­ki. Za­war­li nie­pi­sa­ną umo­wę, że roz­wio­dą się tyl­ko wte­dy, gdy jed­no z nich bę­dzie chcia­ło się zwią­zać z kimś na sta­łe.

Naj­wy­raź­niej on ko­goś so­bie zna­lazł, bo za­raz po za­trud­nie­niu pani Cla­ry w gma­chu sądu ro­ze­szły się plot­ki, że sę­dzia znów fi­glu­je. Kil­ku pra­cow­ni­ków do­brze wie­dzia­ło, że trud­no mu trzy­mać roz­po­rek za­pię­ty.

Cia­ło Na­omi zna­le­zio­no na so­fie, w po­bli­żu miej­sca, w któ­rym za­mor­do­wa­no sę­dzie­go. Było na­gie. Nogi w kost­kach okle­jo­no jej srebr­ną ta­śmą uszczel­nia­ją­cą. Le­ża­ła na wznak z rę­ka­mi wy­krę­co­ny­mi do tyłu i skrę­po­wa­ny­mi w nad­garst­kach taką samą ta­śmą. Do­sta­ła dwie kule w czo­ło, na jej skó­rze były śla­dy przy­pa­leń. Po kil­ku­go­dzin­nej dys­ku­sji i ana­li­zie śled­czy do­szli do wnio­sku, że tor­tu­ro­wa­no ją, by wy­mu­sić na sę­dzim otwar­cie sej­fu. Jak wi­dać – po­skut­ko­wa­ło. Drzwicz­ki sej­fu otwar­to, w środ­ku było pu­sto. Na­past­nik go opróż­nił, po czym do­ko­nał eg­ze­ku­cji ofiar.

Oj­ciec Faw­cet­ta był bu­dow­lań­cem i sę­dzia od dziec­ka maj­ster­ko­wał, ani na chwi­lę nie roz­sta­jąc się z młot­kiem. Wciąż coś bu­do­wał i po­pra­wiał – a to nowy ga­nek z tyłu cha­ty, a to al­ta­nę czy szo­pę na na­rzę­dzia. Gdy dzie­ci były małe, a mał­żeń­stwo kwi­tło, cał­ko­wi­cie wy­pa­tro­szył i od­no­wił sta­rą ro­dzin­ną re­zy­den­cję w cen­trum Ro­ano­ke, bio­rąc na sie­bie obo­wiąz­ki głów­ne­go wy­ko­naw­cy i spę­dza­jąc każ­dy week­end na dra­bi­nie. Po la­tach wy­re­mon­to­wał loft, któ­ry naj­pierw stał się jego mi­ło­snym gniazd­kiem, a po­tem do­mem. Dla nie­go przy­bi­ja­nie, pi­ło­wa­nie i wy­ci­ska­nie z sie­bie siód­mych po­tów było te­ra­pią umy­sło­wą i uciecz­ką od stre­su­ją­cej co­dzien­no­ści. Sam za­pro­jek­to­wał cha­tę w kształ­cie li­te­ry A i w cią­gu czte­rech lat nie­mal w ca­ło­ści wła­sno­ręcz­nie ją zbu­do­wał. Jed­na ścia­na w su­te­re­nie była za­bu­do­wa­na ele­ganc­kim re­ga­łem z drew­na ce­dro­we­go, na któ­re­go pół­kach sta­ły opa­słe księ­gi praw­ni­cze. Frag­ment re­ga­łu otwie­rał się, da­jąc do­stęp do spryt­nie ukry­te­go we wnę­ce sej­fu. Te­raz ten frag­ment zna­le­zio­no otwar­ty, sejf był od­cią­gnię­ty metr od ścia­ny i opróż­nio­ny.

Sta­lo­wo-oło­wia­na szaf­ka na czte­rech dwu­na­sto­cen­ty­me­tro­wych kół­kach zo­sta­ła wy­pro­du­ko­wa­na przez fir­mę Vul­can Safe Com­pa­ny w Ke­no­sha w Wi­scon­sin i sprze­da­na przez in­ter­net sę­dzie­mu Faw­cet­to­wi. Zgod­nie ze spe­cy­fi­ka­cją pro­du­cen­ta sejf miał sto sie­dem­na­ście cen­ty­me­trów wy­so­ko­ści, dzie­więć­dzie­siąt je­den cen­ty­me­trów sze­ro­ko­ści i sto je­den cen­ty­me­trów głę­bo­ko­ści, co da­wa­ło użyt­ko­wą po­jem­ność nie­co po­nad ćwierć me­tra sze­ścien­ne­go. Sejf wa­żył dwie­ście trzy­dzie­ści ki­lo­gra­mów, kosz­to­wał dwa ty­sią­ce sto do­la­rów i po od­po­wied­nim uszczel­nie­niu był ognio­od­por­ny, wo­do­od­por­ny oraz – przy­najm­niej teo­re­tycz­nie – od­por­ny na wła­ma­nia. Żeby otwo­rzyć drzwicz­ki, na­le­ża­ło wpro­wa­dzić sze­ścio­cy­fro­wy kod na szy­fra­to­rze.

Agen­tów FBI na­tych­miast za­sta­no­wi­ło, po co sę­dzie­mu fe­de­ral­ne­mu za­ra­bia­ją­ce­mu sto sie­dem­dzie­siąt czte­ry ty­sią­ce do­la­rów rocz­nie po­trzeb­ny był tak za­awan­so­wa­ny tech­nicz­nie i prze­myśl­nie ukry­ty sejf. W chwi­li śmier­ci miał pięt­na­ście ty­się­cy do­la­rów na oso­bi­stym kon­cie ban­ko­wym, sześć­dzie­siąt ty­się­cy na jed­no­pro­cen­to­wej lo­ka­cie ban­ko­wej, pięt­na­ście ty­się­cy do­la­rów w ob­li­ga­cjach i czter­dzie­ści sie­dem ty­się­cy w fun­du­szu in­we­sty­cyj­nym, któ­ry od bli­sko dzie­się­ciu lat nie przy­no­sił żad­nych zy­sków. Do tego do­cho­dził fun­dusz eme­ry­tal­ny i do­dat­ko­we pro­fi­ty, ja­kie przy­słu­gu­ją wy­so­kim urzęd­ni­kom fe­de­ral­nym. Nie miał pra­wie żad­nych dłu­gów, więc jego sy­tu­ację fi­nan­so­wą moż­na było uznać za do­brą. Ale głów­nym za­bez­pie­cze­niem Faw­cet­ta było sta­no­wi­sko. Kon­sty­tu­cja po­zwa­la­ła mu pia­sto­wać je do koń­ca ży­cia, więc pen­sja mia­ła cha­rak­ter do­ży­wot­ni.

Ro­dzi­na żony po­sia­da­ła całe fury ak­cji ban­ków, ale sę­dzia od po­cząt­ku nie mógł się na­wet do nich zbli­żyć, a se­pa­ra­cja jesz­cze bar­dziej go od nich od­da­li­ła. W su­mie moż­na go było uznać za do­brze sy­tu­owa­ne­go i za­bez­pie­czo­ne­go na sta­rość, ale na pew­no nie za kre­zu­sa. I dla­te­go nie na­le­żał do lu­dzi po­trze­bu­ją­cych prze­myśl­nie ukry­te­go sej­fu, by trzy­mać w nim swo­je skar­by.

Więc co sę­dzia trzy­mał w sej­fie? Albo in­a­czej mó­wiąc – cze­mu zgi­nął? Póź­niej­sze prze­słu­cha­nia człon­ków ro­dzi­ny i przy­ja­ciół wy­ka­za­ły, że nie miał kosz­tow­nych hob­by, nie ko­lek­cjo­no­wał zło­tych mo­net ani rzad­kich bry­lan­tów – ni­cze­go, co wy­ma­ga­ło­by ta­kich za­bez­pie­czeń. Poza im­po­nu­ją­cą ko­lek­cją kart z ba­se­bal­li­sta­mi, zgro­ma­dzo­ną w mło­do­ści, nic nie wska­zy­wa­ło na to, by sę­dzia w ogó­le miał skłon­ność do zbie­rac­twa.

Cha­ta była tak głę­bo­ko ukry­ta po­śród wzgórz, że przy­pad­ko­we na­tknię­cie się na nią było nie­mal wy­klu­czo­ne. Ota­czał ją ga­nek, a wo­kół wi­dać było tyl­ko zie­leń i wodę: żad­nych lu­dzi, żad­nych po­jaz­dów, żad­nych do­mów, chat czy szop, żad­nych ło­dzi. Zu­peł­ne od­lu­dzie. Sę­dzia trzy­mał pod gan­kiem ka­jak i łódź wio­sło­wą. Po­dob­no całe go­dzi­ny spę­dzał na je­zio­rze, ło­wiąc ryby, du­ma­jąc i pa­ląc cy­ga­ra.

Nie był sa­mot­ni­kiem ani od­lud­kiem, lecz czło­wie­kiem po­waż­nym i skłon­nym do roz­my­ślań.

Dla agen­tów FBI było ja­sne, że nie mogą li­czyć na żad­nych świad­ków, bo w pro­mie­niu wie­lu ki­lo­me­trów nie było ży­wej du­szy. Cha­ta wy­da­wa­ła się wy­ma­rzo­nym miej­scem dla ko­goś, kto chce do­ko­nać zbrod­ni i znik­nąć, na dłu­go za­nim zo­sta­nie ona od­kry­ta. Od pierw­szej chwi­li po przy­by­ciu na miej­sce śled­czy wie­dzie­li, że już stra­ci­li mnó­stwo cen­ne­go cza­su. A cze­ka­ły ich ko­lej­ne złe no­wi­ny. Nie zna­leź­li ani jed­ne­go od­ci­sku pal­ca, śla­du sto­py albo opo­ny, wło­ska czy włó­kien­ka, któ­re po­słu­ży­ły­by za punkt za­cze­pie­nia. W cha­cie nie było in­sta­la­cji alar­mo­wej ani tym bar­dziej ka­mer. Bo i po co? Do naj­bliż­sze­go po­ste­run­ku po­li­cji było pół go­dzi­ny dro­gi. Na­wet gdy­by po­li­cjant tu tra­fił, co mógł­by zro­bić? Choć­by naj­głup­szy wła­my­wacz już daw­no zdą­żył­by znik­nąć.

Przez trzy dni śled­czy prze­szu­ki­wa­li cha­tę cen­ty­metr po cen­ty­me­trze, a tak­że szes­na­ście ty­się­cy me­trów kwa­dra­to­wych wo­kół niej, ale ni­cze­go nie zna­leź­li. Mor­der­ca mu­siał być do­kład­ny i ostroż­ny, a to ni­ko­mu nie po­pra­wia­ło hu­mo­ru. Mie­li do czy­nie­nia z kimś zna­ją­cym się na rze­czy – spryt­nym za­bój­cą, któ­ry nie zo­sta­wia śla­dów. Nie było od cze­go za­cząć.

Z De­par­ta­men­tu Spra­wie­dli­wo­ści w Wa­szyng­to­nie za­czę­ły pły­nąć pierw­sze na­ci­ski i dy­rek­tor FBI po­wo­łał spe­cjal­ną gru­pę śled­czą, któ­ra mia­ła zja­wić się w Ro­ano­ke i pil­nie roz­wi­kłać spra­wę mor­der­stwa sę­dzie­go.

***

Jak było do prze­wi­dze­nia, bru­tal­ne za­mor­do­wa­nie roz­wią­złe­go sę­dzie­go i jego mło­dej przy­ja­ciół­ki sta­ło się wy­ma­rzo­nym te­ma­tem dla me­diów elek­tro­nicz­nych i ta­blo­idów. Gdy trzy dni po zna­le­zie­niu ciał od­był się po­grzeb Na­omi Cla­ry, po­li­cja w Ro­ano­ke mu­sia­ła usta­wić ba­rier­ki, by utrzy­mać tłum re­por­te­rów w przy­zwo­itej od­le­gło­ści od cmen­ta­rza. Pod­czas uro­czy­sto­ści ża­łob­nych Ray­mon­da Faw­cet­ta, któ­re od­by­ły się na­stęp­ne­go dnia w ko­ście­le epi­sko­pal­nym, nad bu­dyn­kiem ko­ścio­ła za­wisł he­li­kop­ter, za­głu­sza­ją­cy mu­zy­kę. W koń­cu szef miej­sco­wej po­li­cji i przy­ja­ciel sę­dzie­go mu­siał wy­słać wła­sny he­li­kop­ter, żeby prze­pę­dził in­tru­za. Pani Faw­cett wraz z dzieć­mi i wnu­ka­mi za­sia­dła w pierw­szym rzę­dzie, ale nie uro­ni­ła ani jed­nej łzy i ani razu nie spoj­rza­ła w stro­nę trum­ny. Na te­mat sę­dzie­go wy­po­wie­dzia­no wie­le cie­płych słów, ale nie­któ­rzy – szcze­gól­nie męż­czyź­ni – za­sta­na­wia­li się, ja­kim cu­dem taki sta­ruch zdo­był taką mło­dą du­pecz­kę.

Kie­dy obo­je już po­cho­wa­no, uwa­gę wszyst­kich znów przy­ku­ło śledz­two. FBI od­ma­wia­ło pu­blicz­nych wy­po­wie­dzi – głów­nie dla­te­go, że nie mie­li nic do po­wie­dze­nia. Ty­dzień po zna­le­zie­niu ciał je­dy­ną po­szla­ką w śledz­twie był ra­port ba­li­stycz­ny, z któ­re­go wy­ni­ka­ło, że do ofiar wy­strze­lo­no czte­ry po­ci­ski z wy­drą­żo­ny­mi czub­ka­mi. Uży­to bro­ni ręcz­nej ka­li­ber.38, jed­nej z mi­lio­nów, któ­ra te­raz pew­nie leży na dnie du­że­go je­zio­ra gdzieś w gó­rach Wir­gi­nii Za­chod­niej.

Prze­ana­li­zo­wa­no też inne mo­ty­wy. W 1979 roku sę­dzie­go Joh­na Wo­oda za­strze­lo­no przed jego wła­snym do­mem w San An­to­nio. Spraw­cą oka­zał się za­wo­do­wy ki­ler wy­na­ję­ty przez po­tęż­ne­go han­dla­rza nar­ko­ty­ków, któ­re­go Wood wła­śnie są­dził i miał wkrót­ce wy­dać wy­rok. Nie­na­wiść sę­dzie­go do ca­łe­go prze­my­słu nar­ko­ty­ko­we­go była po­wszech­nie zna­na, a jego pseu­do­nim John Mak­si­mum mó­wił sam za sie­bie. Śled­czy FBI w Ro­ano­ke prze­wer­to­wa­li do­ku­men­ta­cję wszyst­kich spraw kar­nych i cy­wil­nych z wo­kand sę­dzie­go Faw­cet­ta i spo­rzą­dzi­li krót­ką li­stę po­ten­cjal­nie po­dej­rza­nych, z któ­rych nie­mal wszy­scy byli za­mie­sza­ni w han­del nar­ko­ty­ka­mi.

W 1988 sę­dzia Ri­chard Da­ron­co zo­stał śmier­tel­nie po­strze­lo­ny na po­dwó­rzu swo­je­go domu w Pel­ham, w sta­nie Nowy Jork. Za­bój­cą oka­zał się roz­wście­czo­ny oj­ciec ko­bie­ty, któ­rą sę­dzia Da­ron­co krót­ko przed­tem ska­zał. Męż­czy­zna za­strze­lił sę­dzie­go, po czym po­peł­nił sa­mo­bój­stwo. Śled­czy w Ro­ano­ke przej­rze­li pod tym ką­tem do­ku­men­ta­cję sę­dzie­go Faw­cet­ta i prze­py­ta­li jego urzęd­ni­ków. W są­dach za­wsze tra­fia­ją się sza­leń­cy, któ­rzy wy­stę­pu­ją z nie­do­rzecz­ny­mi rosz­cze­nia­mi. Spo­rzą­dzo­no li­stę ta­kich spraw. Zna­la­zło się na niej kil­ka na­zwisk, ale nikt na­praw­dę po­dej­rza­ny.

W 1989 sę­dzia Ro­bert Smith Van­ce zgi­nął we wła­snym domu w Mo­un­ta­in Bro­ok w Ala­ba­mie, kie­dy otwo­rzył prze­sył­kę z bom­bą. Jego za­bój­ca zo­stał wy­kry­ty i tra­fił do celi śmier­ci, ale nig­dy do koń­ca nie wy­ja­śnio­no mo­ty­wu. Pro­ku­ra­to­rzy uwa­ża­li, że cho­dzi­ło o ze­mstę za nie­daw­ny wy­rok. Gru­pa śled­cza w Ro­ano­ke prze­słu­cha­ła set­ki ad­wo­ka­tów wy­stę­pu­ją­cych w spra­wach, któ­re tra­fi­ły na wo­kan­dę sę­dzie­go Faw­cet­ta, ak­tu­al­nie lub w nie­da­le­kiej prze­szło­ści. Każ­dy ad­wo­kat mie­wa stuk­nię­tych klien­tów lub za­wzię­tych na tyle, by się mścić, i paru ta­kich prze­wi­nę­ło się przez salę sę­dzie­go Faw­cet­ta. Wszyst­kich po ko­lei od­na­le­zio­no, prze­słu­cha­no i skre­ślo­no z li­sty po­dej­rza­nych.

W stycz­niu 2011, mie­siąc przed śmier­cią Faw­cet­ta, sę­dzia John Roll zgi­nął w strze­la­ni­nie w po­bli­żu Tuc­son – tej sa­mej, w któ­rej zra­nio­no człon­ki­nię Kon­gre­su, Ga­briel­le Gif­fords. Sę­dzia Roll zna­lazł się w nie­wła­ści­wym miej­scu o nie­wła­ści­wej po­rze, ale nie był ce­lem ata­ku. Oko­licz­no­ści jego śmier­ci w ni­czym nie po­mo­gły śled­czym w Ro­ano­ke.

Z każ­dym mi­ja­ją­cym dniem trop co­raz bar­dziej stygł. Bra­ko­wa­ło na­ocz­nych świad­ków, śla­dów na miej­scu zbrod­ni i po­tknięć mor­der­cy. FBI mia­ło tyl­ko garst­kę bez­u­ży­tecz­nych po­szlak i po­ten­cjal­nych po­dej­rza­nych z wo­kand sę­dzie­go, więc śledz­two co rusz uty­ka­ło w śle­pym za­uł­ku.

Ogło­szo­no na­gro­dę stu ty­się­cy do­la­rów za po­moc w uję­ciu spraw­cy, ale te­le­fo­ny FBI ja­koś się nie roz­dzwo­ni­ły.

Roz­dział 4

Ponie­waż we Fro­st­bur­gu nie pa­nu­je ostry ry­gor, mamy lep­szy kon­takt ze świa­tem ze­wnętrz­nym niż zwy­kli więź­nio­wie. Na­sza ko­re­spon­den­cja może być otwie­ra­na i czy­ta­na, ale w rze­czy­wi­sto­ści rzad­ko tak bywa. Mamy ogra­ni­czo­ny do­stęp do pocz­ty elek­tro­nicz­nej, ale nie do in­ter­ne­tu. Jest tu kil­ka­dzie­siąt te­le­fo­nów i co naj­mniej tyle samo re­guł do­ty­czą­cych ko­rzy­sta­nia z nich, ale w za­sa­dzie wol­no nam dzwo­nić na koszt abo­nen­ta, ile razy chce­my. Te­le­fo­ny ko­mór­ko­we są su­ro­wo za­bro­nio­ne. Wol­no nam pre­nu­me­ro­wać cza­so­pi­sma z li­sty do­zwo­lo­nych. Kil­ka ga­zet co rano tra­fia na stół w ką­cie sali ja­dal­nej, zwa­nym ka­wiar­nią.

To wła­śnie tam któ­re­goś ran­ka wi­dzę na­głó­wek w „Wa­shing­ton Post”.

MOR­DER­STWO SĘ­DZIE­GO FE­DE­RAL­NE­GO

POD RO­ANO­KE

Nie po­tra­fię ukryć uśmie­chu. Wła­śnie na to cze­ka­łem.

Od trzech lat mia­łem ob­se­sję na punk­cie sę­dzie­go Ray­mon­da Faw­cet­ta. Nig­dy w ży­ciu go nie spo­tka­łem, nig­dy nie sta­wa­łem przed nim w są­dzie, nig­dy nie skła­da­łem po­zwu w pod­le­głym mu sek­to­rze po­łu­dnio­wym Wir­gi­nii. Nie­mal wszyst­kie moje spra­wy to­czy­ły się w są­dzie sta­no­wym i bar­dzo rzad­ko mie­wa­łem do czy­nie­nia z są­dem fe­de­ral­nym, a je­śli już, to za­wsze w sek­to­rze pół­noc­nym Wir­gi­nii, obej­mu­ją­cym te­re­ny na pół­noc od Rich­mond. Sek­tor po­łu­dnio­wy obej­mu­je Ro­ano­ke, Lynch­burg i ogrom­ny ob­szar me­tro­po­li­tal­ny od Vir­gi­nia Be­ach po Nor­folk. Do chwi­li śmier­ci Faw­cet­ta w sek­to­rze po­łu­dnio­wym pra­co­wa­ło dwu­na­stu sę­dziów fe­de­ral­nych, w pół­noc­nym – trzy­na­stu.

We Fro­st­bur­gu po­zna­łem kil­ku od­sia­du­ją­cych wy­ro­ki wy­da­ne przez sę­dzie­go Faw­cet­ta. Sta­ra­łem się nie oka­zy­wać nad­mier­ne­go za­in­te­re­so­wa­nia, ale tro­chę ich po­py­ta­łem. Uda­wa­łem, że znam go oso­bi­ście i wy­stę­po­wa­łem przed nim jako ad­wo­kat. Wszy­scy strasz­nie na nie­go plu­li, uwa­ża­li, że wy­da­wał zbyt su­ro­we wy­ro­ki. Wy­glą­da­ło na to, że szcze­gól­nie lu­bił się wy­ży­wać na bia­łych koł­nie­rzy­kach, któ­rych naj­pierw ra­czył umo­ral­nia­ją­cy­mi ty­ra­da­mi, a po­tem ska­zy­wał na wie­lo­let­nie wię­zie­nie. Ta­kie pro­ce­sy zwy­kle bu­dzi­ły żywe za­in­te­re­so­wa­nie pra­sy, a sę­dzia Faw­cett miał wy­jąt­ko­wo roz­dę­te ego.

Sam skoń­czył naj­pierw Duke’a, po­tem wy­dział pra­wa na Co­lum­bii i przez kil­ka lat pra­co­wał w fir­mie praw­ni­czej przy Wall Stre­et. Po­nie­waż jego żona i jej ma­ją­tek po­cho­dzi­ły z Ro­ano­ke, prze­pro­wa­dzi­li się tam, gdy był już po trzy­dzie­st­ce. Pod­jął pra­cę w naj­więk­szej kan­ce­la­rii praw­ni­czej w mie­ście i szyb­ko wspiął się na sam szczyt dra­bi­ny. Jego teść od lat zna­czą­co wspie­rał de­mo­kra­tów i w re­zul­ta­cie w 1993 roku pre­zy­dent Clin­ton mia­no­wał Faw­cet­ta do­ży­wot­nim sę­dzią fe­de­ral­ne­go sądu re­jo­no­we­go w sek­to­rze po­łu­dnio­wym Wir­gi­nii.

W ame­ry­kań­skim sys­te­mie są­dow­ni­czym taka no­mi­na­cja to ogrom­ny pre­stiż, ale nie nie­sie z sobą wiel­kich pie­nię­dzy. Faw­cett na no­wym sta­no­wi­sku po­cząt­ko­wo za­ra­biał sto dwa­dzie­ścia pięć ty­się­cy do­la­rów rocz­nie, a więc bli­sko trzy­sta ty­się­cy mniej niż jako wspól­nik w do­brze pro­spe­ru­ją­cej fir­mie praw­ni­czej. W wie­ku czter­dzie­stu ośmiu lat stał się jed­nym z naj­młod­szych sę­dziów fe­de­ral­nych w kra­ju, a jako oj­ciec pię­cior­ga dzie­ci tak­że jed­nym z naj­uboż­szych. Wkrót­ce jed­nak teść za­czął po­ma­gać mu fi­nan­so­wo i do­mo­wy bu­dżet się po­pra­wił.

Kie­dyś roz­ga­dał się o po­cząt­kach swo­jej ka­rie­ry sę­dzie­go w wy­wia­dzie dla jed­ne­go z praw­ni­czych pe­rio­dy­ków, któ­rych pra­wie nikt nie czy­ta. Na­tkną­łem się na nie­go przy­pad­kiem w wię­zien­nej bi­blio­te­ce, w ster­cie cza­so­pism do wy­rzu­ce­nia. Nie­wie­le ksią­żek czy cza­so­pism umy­ka mo­jej uwa­dze i czę­sto się zda­rza, że czy­tam po pięć czy sześć go­dzin dzien­nie. Tu­tej­sze kom­pu­te­ry to zwy­kłe pe­ce­ty sprzed kil­ku lat, pra­cu­ją non stop i nie­źle do­sta­ją w kość. Po­nie­waż peł­nię funk­cję bi­blio­te­ka­rza i kom­pu­te­ry po­zo­sta­ją w mo­jej ge­stii, mam do nich nie­mal nie­ogra­ni­czo­ny do­stęp. Mamy abo­na­ment do dwóch in­ter­ne­to­wych wi­tryn praw­ni­czych i dzię­ki nim prze­czy­ta­łem wszyst­kie ar­ty­ku­ły au­tor­stwa świę­tej pa­mię­ci sę­dzie­go Faw­cet­ta.

Coś się z nim sta­ło pod ko­niec wie­ku, oko­ło roku 2000. Pod­czas pierw­szych sied­miu lat pra­cy ja­wił się jako le­wi­cu­ją­cy obroń­ca praw jed­nost­ki i nie­jed­no­krot­nie oka­zy­wał współ­czu­cie bied­nym i po­krzyw­dzo­nym, da­wał po ła­pach or­ga­nom ści­ga­nia, oka­zy­wał nie­chęć wo­bec wiel­kie­go biz­ne­su i kar­cił nie­sfor­nych pod­sąd­nych ostry­mi wy­ro­ka­mi. Jed­nak w roku 2000 coś za­czę­ło się zmie­niać. Jego orze­cze­nia sta­ły się krót­sze, dużo sła­biej uza­sad­nio­ne i cza­sa­mi wręcz na­pa­stli­we, a on sam zde­cy­do­wa­nie prze­su­nął się na pra­wo.

W roku 2000 pre­zy­dent Clin­ton mia­no­wał go na wa­ku­ją­ce sta­no­wi­sko sę­dzie­go w są­dzie ape­la­cyj­nym czwar­te­go okrę­gu w Rich­mond. Taka no­mi­na­cja to spo­dzie­wa­ny awans sę­dzie­go sądu re­jo­no­we­go, któ­ry jest uta­len­to­wa­ny lub od­po­wied­nio usto­sun­ko­wa­ny. W czwar­tym okrę­gu miał być jed­nym z pięt­na­stu sę­dziów, do któ­rych tra­fia­ją wy­łącz­nie od­wo­ła­nia, a wy­żej było już tyl­ko sta­no­wi­sko sę­dzie­go Sądu Naj­wyż­sze­go. Trud­no po­wie­dzieć, czy Faw­cett miał tego ro­dza­ju am­bi­cje, choć więk­szość sę­dziów fe­de­ral­nych prę­dzej czy póź­niej je ma. Tym­cza­sem Bill Clin­ton od­cho­dził ze sta­no­wi­ska w na­pię­tej at­mos­fe­rze i jego no­mi­na­cje utknę­ły w se­na­cie. Po wy­bo­rze Geo­r­ge’a W. Bu­sha spra­wa ro­ze­szła się po ko­ściach i Faw­cett po­zo­stał w Ro­ano­ke.

Miał pięć­dzie­siąt pięć lat, dzie­ci były już do­ro­słe lub wła­śnie opusz­cza­ły dom. Może pod­dał się cze­muś w ro­dza­ju kry­zy­su wie­ku śred­nie­go. A może po pro­stu jego mał­żeń­stwo za­czę­ło się roz­pa­dać. Teść zmarł, nie uwzględ­niw­szy go w te­sta­men­cie. Jego daw­ni wspól­ni­cy zbi­ja­li ma­jąt­ki, a on żył ze sto­sun­ko­wo ni­skiej pen­sji czło­wie­ka pra­cy. Nie­za­leż­nie od przy­czy­ny, sę­dzia Faw­cett ra­dy­kal­nie się zmie­nił. W spra­wach kar­nych jego wy­ro­ki sta­ły się cha­otycz­ne i mniej wy­ro­zu­mia­łe. W spra­wach cy­wil­nych ule­cia­ło gdzieś współ­czu­cie dla zwy­kłe­go czło­wie­ka, a wy­da­wa­ne przez nie­go wy­ro­ki za­czę­ły fa­wo­ry­zo­wać moż­nych tego świa­ta. Sę­dzio­wie czę­sto zmie­nia­ją się z wie­kiem, ale rzad­ko tak bar­dzo jak Ray­mond Faw­cett.

Naj­gło­śniej­szym pro­ce­sem w jego ka­rie­rze sta­ła się woj­na o ko­pal­nie ura­nu, któ­ra wy­bu­chła w 2003 roku. Pra­co­wa­łem jesz­cze wte­dy w kan­ce­la­rii i dość do­brze zna­łem przed­miot spo­ru. Zresz­tą trud­no go było nie znać. W ga­ze­tach nie­mal co­dzien­nie uka­zy­wa­ły się sąż­ni­ste ar­ty­ku­ły.

Przez środ­ko­wą i po­łu­dnio­wą część Wir­gi­nii bie­gnie bo­ga­ta żyła rudy ura­nu. Po­nie­waż ko­pal­nia ura­nu to kosz­mar eko­lo­gicz­ny, wła­dze sta­no­we wy­da­ły za­kaz eks­plo­ata­cji zło­ża. Oczy­wi­ście wła­ści­cie­le i na­jem­cy te­re­nu, a tak­że fir­my wy­do­byw­cze od daw­na ma­rzy­ły o roz­po­czę­ciu wy­do­by­cia i wy­da­wa­ły mi­lio­ny na lob­bing, by prze­ko­nać de­cy­den­tów do znie­sie­nia za­ka­zu. Ale Zgro­ma­dze­nie Ogól­ne sta­nu Wir­gi­nia było nie­ugię­te. W 2003 roku ka­na­dyj­ska fir­ma wy­do­byw­cza Ar­man­na Mi­nes zło­ży­ła po­zew w są­dzie re­jo­no­wym sek­to­ra po­łu­dnio­we­go sta­nu Wir­gi­nia, za­skar­ża­jąc obo­wią­zu­ją­cy za­kaz jako nie­kon­sty­tu­cyj­ny. Pod­ję­ła zma­so­wa­ny, po­zba­wio­ny wszel­kich skru­pu­łów atak, prze­zna­cza­jąc nań ogrom­ne fun­du­sze i za­pew­nia­jąc so­bie po­moc naj­tęż­szych umy­słów praw­ni­czych.

Jak się wkrót­ce oka­za­ło, pod na­zwą Ar­man­na Mi­nes kry­ło się kon­sor­cjum firm wy­do­byw­czych ze Sta­nów Zjed­no­czo­nych, Au­stra­lii, Ro­sji i Ka­na­dy. War­tość złóż w Wir­gi­nii oce­nia­no wstęp­nie na pięt­na­ście do dwu­dzie­stu mi­liar­dów do­la­rów.

Na za­sa­dzie obo­wią­zu­ją­ce­go wów­czas lo­so­we­go przy­dzia­łu spraw ta tra­fi­ła do sę­dzie­go McKaya z Lynch­bur­ga, któ­ry miał wte­dy osiem­dzie­siąt czte­ry lata i cier­piał na star­czą de­men­cję. Po­wo­ław­szy się na wzglę­dy zdro­wot­ne, sę­dzia zre­zy­gno­wał i spra­wa tra­fi­ła do na­stęp­ne­go w ko­lej­ce, któ­rym oka­zał się Ray­mond Faw­cett. Ten nie miał na co się po­wo­łać i mu­siał ją przy­jąć. Po­zwa­ną była Wspól­no­ta Wir­gi­nii, ale do li­sty wkrót­ce do­łą­czy­ło wie­le in­nych pod­mio­tów: wła­dze miast, mia­ste­czek i po­wia­tów le­żą­cych na te­re­nach złóż, a tak­że ci wła­ści­cie­le grun­tów, któ­rzy sprze­ci­wia­li się de­wa­sta­cji te­re­nu. Pro­ces na­brał gi­gan­tycz­nych roz­mia­rów i sama tyl­ko licz­ba praw­ni­ków uczest­ni­czą­cych w po­stę­po­wa­niu prze­kro­czy­ła set­kę. Sę­dzia Faw­cett od­rzu­cił wnio­sek o od­da­le­nie po­wódz­twa i za­rzą­dził zbie­ra­nie ma­te­ria­łów do­wo­do­wych. Wkrót­ce spra­wa za­czę­ła po­chła­niać dzie­więć­dzie­siąt pro­cent jego cza­su.

W 2004 roku w moim ży­ciu po­ja­wi­ło się FBI i oczy­wi­ście prze­sta­łem in­te­re­so­wać się wy­do­by­ciem rudy ura­nu. Na­gle mia­łem znacz­nie pil­niej­sze spra­wy. Mój pro­ces przed są­dem w Wa­szyng­to­nie ru­szył w paź­dzier­ni­ku 2005 roku. W tam­tym cza­sie pro­ces Ar­man­na Mi­nes już od mie­sią­ca to­czył się w wy­peł­nio­nej po brze­gi sali są­do­wej w Ro­ano­ke. Tyle że losy złóż rudy ura­nu prze­sta­ły mnie wte­dy ob­cho­dzić.

Po trwa­ją­cym trzy ty­go­dnie pro­ce­sie zo­sta­łem uzna­ny za win­ne­go i do­sta­łem wy­rok dzie­się­ciu lat wię­zie­nia. Po dzie­się­cio­ty­go­dnio­wym pro­ce­sie sę­dzia Faw­cett wy­dał wy­rok po my­śli Ar­man­na Mi­nes. Obu tych spraw nic z sobą nie łą­czy­ło, a w każ­dym ra­zie z ta­kim prze­świad­cze­niem roz­po­czą­łem od­sia­dy­wa­nie wy­ro­ku.

Nie­dłu­go po­tem ze­tkną­łem się z czło­wie­kiem, któ­ry po­sta­no­wił za­bić sę­dzie­go Faw­cet­ta. Dla­te­go wiem, kto jest mor­der­cą, i znam jego mo­ty­wy.

***

Naj­więk­sze wąt­pli­wo­ści wśród śled­czych FBI bu­dzi mo­tyw. Po paru ty­go­dniach od mor­der­stwa gru­pa śled­cza sku­pia się na spra­wie Ar­man­na Mi­nes i za­czy­na prze­słu­chi­wać dzie­siąt­ki zwią­za­nych z nią osób. Pod­czas pro­ce­su ujaw­ni­ły się dwie gru­py ra­dy­kal­nych obroń­ców śro­do­wi­ska i obie sta­ły się ce­lem ści­słe­go mo­ni­to­rin­gu FBI. Faw­cet­to­wi kil­ka­krot­nie gro­żo­no śmier­cią i na czas pro­ce­su przy­dzie­lo­no na­wet oso­bi­stą ochro­nę. Groź­by do­kład­nie spraw­dzo­no i uzna­no za nie­wia­ry­god­ne, ale ochro­nia­rze przez cały czas pro­ce­su nie od­stę­po­wa­li go na krok.

Pró­ba za­stra­sze­nia jest mało praw­do­po­dob­nym mo­ty­wem. Faw­cett wy­dał wy­rok i choć jego na­zwi­sko zo­sta­ło wy­klę­te przez obroń­ców śro­do­wi­ska, szko­da już się sta­ła. Zresz­tą w roku 2009 jego de­cy­zję pod­trzy­mał sąd czwar­te­go okrę­gu i ape­la­cja cze­ka już tyl­ko na roz­pa­trze­nie przez Sąd Naj­wyż­szy. Do cza­su upra­wo­moc­nie­nia wy­ro­ku zło­ża rudy ura­nu po­zo­sta­ją nie­tknię­te.

Mo­ty­wem może być też ze­msta, ale FBI o tym nie wspo­mi­na. Re­por­te­rzy prze­bą­ku­ją wpraw­dzie o „mor­der­stwie na zle­ce­nie”, ale poza pro­fe­sjo­na­li­zmem za­bój­cy nic na to nie wska­zu­je.

Z uwa­gi na miej­sce zbrod­ni i opróż­nio­ny sejf za naj­bar­dziej praw­do­po­dob­ny mo­tyw uzna­je się więc ra­bu­nek.

Mam plan, któ­ry od daw­na ukła­dam so­bie w gło­wie. To dla mnie je­dy­na szan­sa.

Roz­dział 5

We Fro­st­bur­gu każ­dy spraw­ny fi­zycz­nie wię­zień musi wy­ko­ny­wać ja­kąś pra­cę, a wy­so­kość wy­na­gro­dze­nia usta­la Za­rząd Wię­zien­nic­twa. Ja od dwóch lat pra­cu­ję jako bi­blio­te­karz i do­sta­ję trzy­dzie­ści cen­tów za go­dzi­nę. Mniej wię­cej po­ło­wa za­ro­bio­nych pie­nię­dzy i cze­ki od ojca wę­dru­ją na kon­to Pro­gra­mu Od­po­wie­dzial­no­ści Osa­dzo­nych, z któ­re­go Za­rząd Wię­zien­nic­twa czer­pie środ­ki na po­kry­cie szkód, grzy­wien i od­szko­do­wań. Mnie poza dzie­się­cio­let­nim wy­ro­kiem za­są­dzo­no pra­wie sto dwa­dzie­ścia ty­się­cy do­la­rów kosz­tów i grzyw­ny. Przy staw­ce trzy­dzie­stu cen­tów za go­dzi­nę będę to spła­cał do koń­ca stu­le­cia i jesz­cze tro­chę.

Pra­co­wać moż­na jako ku­charz, po­my­wacz, sprzą­tacz sto­łów, czy­ści­ciel pod­łóg, hy­drau­lik, elek­tryk, sto­larz, biu­ra­li­sta, po­słu­gacz, pracz, ma­larz, ogrod­nik albo na­uczy­ciel. Uwa­żam się za szczę­ścia­rza. Moja pra­ca jest jed­ną z naj­lep­szych, bo nie wy­ma­ga sprzą­ta­nia po in­nych. Cza­sem pro­wa­dzę dla więź­niów za­ję­cia z hi­sto­rii, któ­re po­kry­wa­ją się z pro­gra­mem na­ucza­nia w li­ceum. Za pra­cę na­uczy­cie­la pła­cą mi trzy­dzie­ści pięć cen­tów za go­dzi­nę, ale nie ro­bię tego z uwa­gi na wyż­sze staw­ki. Ra­czej dla­te­go, że przy­gnę­bia mnie po­ziom wie­dzy wśród osa­dzo­nych – czar­nych, bia­łych i śnia­dych, bez róż­ni­cy. Wie­lu z nich le­d­wo umie czy­tać i pi­sać. Czło­wiek, gdy na nich pa­trzy, za­czy­na się za­sta­na­wiać, co robi nasz sys­tem oświa­ty.

Ale nie je­stem tu od na­pra­wia­nia sys­te­mu oświa­to­we­go ani sys­te­mu praw­ne­go, ani sys­te­mu wię­zien­nic­twa. Moim za­da­niem jest po­myśl­ne do­trwa­nie do koń­ca dnia z za­cho­wa­niem god­no­ści i sza­cun­ku dla sie­bie. Bo je­ste­śmy tu ni­czym. Je­ste­śmy śmie­cia­mi, kry­mi­na­li­sta­mi, któ­rych na­le­ża­ło od­se­pa­ro­wać od spo­łe­czeń­stwa, a nasi straż­ni­cy pil­nu­ją, by­śmy ani na chwi­lę o tym nie za­po­mi­na­li. Straż­nik na­zy­wa­ny jest tu funk­cjo­na­riu­szem wię­zien­nym3, w skró­cie FW, i nie wol­no na­zwać go straż­ni­kiem. W żad­nym ra­zie. FW to ktoś znacz­nie waż­niej­szy, to bar­dziej ty­tuł niż za­ję­cie. Więk­szość FW to daw­ni po­li­cjan­ci albo woj­sko­wi, któ­rzy nie od­nie­śli suk­ce­su i za­trud­ni­li się w służ­bie wię­zien­nej. Jest wśród nich paru przy­zwo­itych go­ści, ale więk­szość to ży­cio­wi nie­udacz­ni­cy. Tyl­ko kim my je­ste­śmy, by im o tym mó­wić? Choć­by byli kre­ty­na­mi, są od nas nie­po­rów­na­nie waż­niej­si i z sa­tys­fak­cją nam o tym przy­po­mi­na­ją.

Wśród FW obo­wią­zu­je ro­ta­cja, któ­ra ma za­po­bie­gać spo­ufa­la­niu się z osa­dzo­ny­mi. Być może to się zda­rza, ale kar­dy­nal­na za­sa­da prze­trwa­nia w wię­zie­niu za­ka­zu­je bliż­szych kon­tak­tów z FW. Od­noś się do nie­go z sza­cun­kiem, wy­ko­nuj jego po­le­ce­nia, nie stwa­rzaj mu pro­ble­mów, ale nade wszyst­ko go uni­kaj.

Mój obec­ny FW nie za­li­cza się do tych naj­lep­szych. Na­zy­wa się Dar­rel Ma­rvin i jest zwa­li­stym, brzu­cha­tym bia­łym pro­sta­kiem oko­ło trzy­dziest­ki, któ­ry pró­bu­je cho­dzić dum­nym, sprę­ży­stym kro­kiem, ale jest na to o wie­le za gru­by. Jest też za­wzię­tym ra­si­stą i nie lubi mnie, bo je­stem czar­ny i mam dwa dy­plo­my wyż­szych uczel­ni, czy­li o dwa wię­cej niż on. Ile razy mam z nim ja­kąś stycz­ność, mię­dzy nami aż iskrzy. Ale zwy­kle nie mam wyj­ścia. Cza­sem jest mi po pro­stu po­trzeb­ny, wła­śnie tak jak te­raz.

– Dzień do­bry, pa­nie funk­cjo­na­riu­szu – mó­wię z przy­kle­jo­nym do twa­rzy uśmie­chem, za­trzy­mu­jąc się obok nie­go koło sto­łów­ki.

– Co jest, Ban­ni­ster? – pry­cha.

Wrę­czam mu ofi­cjal­ny dru­czek proś­by osa­dzo­ne­go. Ma­rvin bie­rze go ode mnie i uda­je, że czy­ta. Kor­ci mnie, żeby mu po­móc przy czy­ta­niu dłuż­szych słów, ale gry­zę się w ję­zyk.

– Mu­szę się wi­dzieć z pa­nem na­czel­ni­kiem – do­da­ję.

– Cze­go chcesz od na­czel­ni­ka? – pyta, nadal zma­ga­jąc się z od­czy­ta­niem mo­je­go pro­ste­go po­da­nia.

Oczy­wi­ście FW ani nikt inny nie ma pra­wa py­tać o po­wód wi­dze­nia z na­czel­ni­kiem, ale przy­po­mi­na­nie o tym Dar­re­lo­wi to jak szu­ka­nie guza.

– Moja bab­cia jest umie­ra­ją­ca i chciał­bym udać się na jej po­grzeb. To tyl­ko dzie­sięć ki­lo­me­trów stąd.

– Kie­dy, we­dług cie­bie, ma umrzeć? – pyta, bo wy­da­je mu się to sza­le­nie spryt­ne.

– Nie­dłu­go. Pro­szę, pa­nie funk­cjo­na­riu­szu. Od lat jej nie wi­dzia­łem.

– Na­czel­ni­ka nie na­bie­rzesz na ta­kie gów­na, Ban­ni­ster. Po­win­neś to wie­dzieć.

– Wiem, ale pan na­czel­nik ma wo­bec mnie dług wdzięcz­no­ści. Parę mie­się­cy temu udzie­li­łem mu po­ra­dy praw­nej. Pro­szę tyl­ko, żeby pan mu to prze­ka­zał.

Skła­da kart­kę i cho­wa do kie­sze­ni.

– Do­bra, prze­ka­żę. Ale tra­cisz czas.

– Dzię­ku­ję.

Obie moje bab­cie nie żyją od wie­lu lat.

***

W wię­zie­niu ni­cze­go nie robi się z my­ślą o więź­niu. Przy­ję­cie lub od­rzu­ce­nie pro­ste­go po­da­nia nie po­win­no trwać dłu­żej niż parę go­dzin, ale to by było za pro­ste. Do­pie­ro czte­ry dni póź­niej Dar­rel mnie in­for­mu­je, że mam się sta­wić w ga­bi­ne­cie na­czel­ni­ka ju­tro, osiem­na­ste­go lu­te­go, o dzie­sią­tej rano.

– Dzię­ki – mó­wię z ko­lej­nym fał­szy­wym uśmie­chem. Na­czel­nik jest wład­cą tego nie­wiel­kie­go im­pe­rium i w swo­im mnie­ma­niu rzą­dzi wszyst­kim i wszyst­ki­mi przez wy­da­wa­nie edyk­tów. Tacy jak on przy­cho­dzą i od­cho­dzą, aż trud­no po­jąć sens ich wiecz­nych trans­fe­rów. Ale tak jak mó­wi­łem, nie je­stem tu po to, by re­for­mo­wać sys­tem wię­zien­nic­twa, więc to, co się dzie­je w bu­dyn­ku ad­mi­ni­stra­cji, spe­cjal­nie mnie nie ob­cho­dzi.

Obec­nie na­czel­ni­kiem jest nie­ja­ki Ro­bert Earl Wade, za­wo­do­wy funk­cjo­na­riusz wię­zien­ny, któ­ry bar­dzo se­rio trak­tu­je swo­ją mi­sję. Jest świe­żo po dru­gim roz­wo­dzie i rze­czy­wi­ście kie­dyś udzie­li­łem mu po­ra­dy w spra­wie obo­wiąz­ku ali­men­ta­cyj­ne­go w sta­nie Ma­ry­land. Wcho­dzę do jego ga­bi­ne­tu, a on nie wsta­je ani nie wy­cią­ga ręki. Nie wda­je się w żad­ne uprzej­mo­ści czy oka­zy­wa­nie sza­cun­ku.

– Cześć, Ban­ni­ster – mówi i ma­cha ręką w stro­nę pu­ste­go krze­sła.

– Wi­tam, pa­nie na­czel­ni­ku. Co u pana? – Sia­dam na krze­śle.

– Je­stem już wol­nym czło­wie­kiem, Ban­ni­ster. Mój nu­mer dwa prze­szedł do hi­sto­rii, a ja już nig­dy się nie oże­nię.

– Miło to sły­szeć. Cie­szę się, że mo­głem panu po­móc.

Cie­plej­szy ton szyb­ko zni­ka z jego gło­su. Na­czel­nik prze­su­wa no­tat­nik i mówi:

– Nie mogę was wy­pusz­czać na każ­dy po­grzeb, Ban­ni­ster. Mu­sisz to zro­zu­mieć.

– Nie cho­dzi o po­grzeb – od­po­wia­dam. – Moje obie bab­cie od daw­na nie żyją.

– To co, u dia­bła?

– Sły­szał pan o śledz­twie w spra­wie mor­der­stwa sę­dzie­go Faw­cet­ta w Ro­ano­ke?

Marsz­czy czo­ło i od­rzu­ca gło­wę do tyłu, jak­bym go ob­ra­ził. Wy­stą­pi­łem o roz­mo­wę pod fał­szy­wym pre­tek­stem, a nie­wąt­pli­wie w któ­rejś z licz­nych in­struk­cji dla funk­cjo­na­riu­szy fe­de­ral­nej służ­by wię­zien­nej opi­sa­no to jako wy­kro­cze­nie. Sta­ra się od­na­leźć w gło­wie od­po­wied­nią re­ak­cję i po­trzą­sa gło­wą, ale po­wta­rza tyl­ko:

– Co, u dia­bła?

– Mam na my­śli mor­der­stwo sę­dzie­go fe­de­ral­ne­go. Pi­szą o tym w ga­ze­tach. – Trud­no so­bie wy­obra­zić, żeby to prze­oczył, ale wszyst­ko jest moż­li­we. Nie każ­dy czy­ta po kil­ka ga­zet dzien­nie tak jak ja.

– Sę­dzie­go fe­de­ral­ne­go?

– Wła­śnie. Zna­leź­li go z ko­chan­ką w cha­cie nad je­zio­rem w po­łu­dnio­wo-za­chod­niej Wir­gi­nii. Obo­je za­strze­le­ni…

– Ja­sne, ja­sne, czy­ta­łem. Ale co to ma wspól­ne­go z tobą? – Jest wku­rzo­ny, że go okła­ma­łem, i ob­my­śla od­po­wied­nią dla mnie karę. Tak wszech­wład­ny i po­tęż­ny pan jak on nie może so­bie po­zwo­lić, żeby ja­kiś wię­zień nim ma­ni­pu­lo­wał. Roz­bie­ga­nym wzro­kiem roz­glą­da się po ga­bi­ne­cie, pró­bu­jąc zde­cy­do­wać, jak po­wi­nien za­re­ago­wać na moją bez­czel­ność.

Dla­te­go mu­szę przy­brać naj­bar­dziej dra­ma­tycz­ny ton, bo gdy Wade usły­szy moją od­po­wiedź, za­pew­ne par­sk­nie śmie­chem. Osa­dze­ni mają o wie­le za dużo wol­ne­go cza­su, któ­ry po­zwa­la im wy­my­ślać nie­stwo­rzo­ne hi­sto­rie na do­wód nie­win­no­ści albo ob­my­ślać teo­rie spi­sko­we na te­mat nie­roz­wią­za­nych prze­stępstw, albo też gro­ma­dzić se­kret­ną wie­dzę, za któ­rą chcą ku­pić przed­ter­mi­no­we zwol­nie­nie. Krót­ko mó­wiąc, osa­dze­ni wiecz­nie kom­bi­nu­ją, jak się stąd wy­rwać, i je­stem pew­ny, że Ro­bert Earl ma to wszyst­ko w ma­łym pal­cu.

– Wiem, kto za­bił sę­dzie­go – oznaj­miam naj­bar­dziej uro­czy­stym to­nem, na jaki mnie stać.

Z ulgą stwier­dzam, że nie wy­bu­cha śmie­chem. Od­chy­la się do tyłu, roz­ma­so­wu­je so­bie pod­bró­dek i za­czy­na ki­wać gło­wą.

– I skąd masz taką in­for­ma­cję? – pyta.

– Bo po­zna­łem za­bój­cę.

– Tu czy na wol­no­ści?

– Tego nie mogę po­wie­dzieć, pa­nie na­czel­ni­ku. Ale pro­szę mi wie­rzyć, że nic nie zmy­ślam. Z tego, co czy­tam w ga­ze­tach, wy­ni­ka, że śledz­two FBI stoi w miej­scu. I bę­dzie sta­ło.

Moja kar­ta uwag jest czy­sta jak łza. Nie zda­rzy­ło się, że­bym choć raz na­py­sko­wał ko­muś ze służ­by wię­zien­nej. Nig­dy nie za­wra­cam gło­wy skar­ga­mi. W mo­jej celi nie ma nic nie­le­gal­ne­go, na­wet jed­nej to­re­becz­ki cu­kru ze sto­łów­ki. Nie upra­wiam ha­zar­du i od ni­ko­go nie po­ży­czam pie­nię­dzy. Bez­in­te­re­sow­nie po­mo­głem kil­ku­dzie­się­ciu osa­dzo­nym i paru in­nym oso­bom – w tym na­czel­ni­ko­wi – w ich kło­po­tach z pra­wem. W bi­blio­te­ce pa­nu­je wzo­ro­wy po­rzą­dek. Krót­ko mó­wiąc, jak na więź­nia, je­stem dość wia­ry­god­ny.

Pod­pie­ra się łok­cia­mi, po­chy­la do przo­du i szcze­rzy po­żół­kłe zęby. Oczy ma pod­krą­żo­ne i jak zwy­kle za­łza­wio­ne. Ty­po­we oczy ochla­pu­sa.

– Niech zgad­nę, Ban­ni­ster – mówi. – Chciał­byś po­dzie­lić się tą in­for­ma­cją z FBI, za­wrzeć z nimi układ i wyjść z wię­zie­nia. Tak?

– Ab­so­lut­nie tak, pa­nie na­czel­ni­ku. Wła­śnie taki mam plan.

Wresz­cie par­ska śmie­chem. Wy­so­kim, pi­skli­wym chi­cho­tem, któ­ry sam daje po­wód do śmie­chu. Po chwi­li prze­sta­je się śmiać i pyta:

– Kie­dy koń­czy ci się wy­rok?

– Za pięć lat.

– A, czy­li to ma być taki wię­cej za­je­bi­sty układ, tak? Da­jesz im na­zwi­sko i wy­cho­dzisz pięć lat przed ter­mi­nem.

– W naj­więk­szym uprosz­cze­niu.

– I cze­go ode mnie ocze­ku­jesz, Ban­ni­ster? – bur­czy. Śmiech na­le­ży już do od­le­głej prze­szło­ści. – Chcesz, że­bym za­dzwo­nił do FBI i po­wie­dział, że mam tu go­ścia, któ­ry zna za­bój­cę i chce za­wrzeć układ? Ta­kich te­le­fo­nów mają co­dzien­nie na pęcz­ki, głów­nie od róż­nych świ­rów, któ­rzy tyl­ko kom­bi­nu­ją, jak do­brać się do na­gro­dy. Dla­cze­go mam ry­zy­ko­wać swo­je do­bre imię?

– Po­nie­waż znam praw­dę, a pan wie, że nie je­stem świ­rem ani żad­nym na­cią­ga­czem.

– To sam do nich na­pisz. Mnie w to nie mie­szaj.

– Na­pi­szę, je­śli pan so­bie ży­czy. Ale w koń­cu i tak zo­sta­nie pan w to włą­czo­ny, bo przy­się­gam, że ich prze­ko­nam. Za­wrę z FBI umo­wę i się stąd wy­nio­sę, a pan bę­dzie mu­siał za­jąć się re­ali­za­cją.

Opa­da ple­ca­mi na opar­cie fo­te­la, jak­by przy­tło­czo­ny wagą swo­jej funk­cji, i dłu­bie kciu­kiem w no­sie.

– Wiesz, co ci po­wiem, Ban­ni­ster? Mam we Fro­st­bur­gu sze­ściu­set dwóch osa­dzo­nych, a ty je­steś ostat­nim, któ­re­go bym po­dej­rze­wał, że wśli­zgnie się do mo­je­go ga­bi­ne­tu z taką kre­tyń­ską opo­wie­ścią. Ab­so­lut­nie ostat­nim.

– Dzię­ku­ję, pa­nie na­czel­ni­ku.

– Nie ma za co.

Po­chy­lam się do przo­du i wpa­tru­ję się w jego oczy.

– Niech pan po­słu­cha, na­czel­ni­ku. Wiem, co mó­wię. Wiem, że nie moż­na ufać osa­dzo­ne­mu, ale niech mnie pan wy­słu­cha. Mam in­for­ma­cje nie­zwy­kłej wagi i FBI bar­dzo bę­dzie chcia­ło je po­siąść. Pro­szę ich o tym po­wia­do­mić.

– No, nie wiem, Ban­ni­ster. Mo­że­my obaj się wy­głu­pić.

– Pro­szę.

– Za­sta­no­wię się. A te­raz zmy­kaj i po­wiedz panu Ma­rvi­no­wi, że nie wy­ra­zi­łem zgo­dy na wyj­ście na po­grzeb.

– Tak jest, pa­nie na­czel­ni­ku. Dzię­ku­ję.

Czu­ję, że na­czel­nik nie oprze się ta­kiej oka­zji. Pro­wa­dze­nie wię­zie­nia ze zła­go­dzo­nym ry­go­rem dla nie­na­gan­nie za­cho­wu­ją­cych się więź­niów musi być cho­ler­nie nud­ne. Więc cze­mu tro­chę nie na­mie­szać w gło­śnym na cały kraj śledz­twie w spra­wie mor­der­stwa?

***

Wy­cho­dzę z bu­dyn­ku ad­mi­ni­stra­cji i idę przez cen­tral­ny dzie­dzi­niec. Po za­chod­niej stro­nie sto­ją dwa blo­ki wię­zien­ne, w każ­dym miesz­ka po stu pięć­dzie­się­ciu lu­dzi. Iden­tycz­ne dwa sto­ją na­prze­ciw­ko. Skrzy­dło za­chod­nie i wschod­nie, zu­peł­nie jak na bez­tro­skim kam­pu­sie uczel­nia­nym.

FW mają po­kój so­cjal­ny w po­bli­żu sto­łów­ki i tam od­naj­du­ję funk­cjo­na­riu­sza Ma­rvi­na. Je­śli po­sta­wię sto­pę w po­ko­ju so­cjal­nym, pew­nie od razu mnie roz­strze­la­ją lub po­wie­szą. Ale sta­lo­we drzwi do po­ko­ju są otwar­te, więc za­glą­dam do środ­ka. Ma­rvin sie­dzi roz­par­ty na skła­da­nym krze­śle, trzy­ma­jąc ku­bek kawy w jed­nej ręce i wiel­ką droż­dżów­kę w dru­giej. Roz­ma­wia z dwo­ma in­ny­mi FW i wszy­scy trzej co chwi­la par­ska­ją śmie­chem. Gdy­by ich na­dziać na hak i po­wie­sić na wa­dze ma­sar­ni­czej, wska­zów­ka ła­two do­szła­by do czte­ry­stu pięć­dzie­się­ciu kilo.

– Cze­go, Ban­ni­ster? – bur­czy Dar­rel na mój wi­dok.

– Chcia­łem tyl­ko po­dzię­ko­wać, pa­nie funk­cjo­na­riu­szu. Na­czel­nik mi od­mó­wił, ale i tak dzię­ku­ję.

– Nie ma spra­wy, Ban­ni­ster. Przy­kro mi z po­wo­du bab­ci.

Po tych sło­wach je­den ze straż­ni­ków ko­pie w drzwi, któ­re z hu­kiem za­trza­sku­ją się tuż przed moim no­sem. Przez chwi­lę bla­cha zgrzy­ta i wi­bru­je, a mnie ten dźwięk prze­szy­wa do szpi­ku ko­ści. Już kie­dyś go sły­sza­łem.

***

Moje aresz­to­wa­nie. Człon­ko­wie Miej­skie­go Klu­bu Oby­wa­tel­skie­go spo­ty­ka­li się na lun­chu w każ­dą śro­dę w re­stau­ra­cji hi­sto­rycz­ne­go ho­te­lu Geo­r­ge Wa­shing­ton, pięć mi­nut spa­ce­rem od mo­je­go biu­ra. Klub li­czył sie­dem­dzie­się­ciu pię­ciu człon­ków i poza trze­ma wszy­scy byli bia­li. Tak się zło­ży­ło, że tam­te­go dnia by­łem je­dy­nym czar­no­skó­rym uczest­ni­kiem spo­tka­nia, choć aku­rat nie mia­ło to żad­ne­go zna­cze­nia. Sie­dzia­łem przy dłu­gim sto­le, zma­ga­jąc się ze zwy­cza­jo­wo gu­mo­wa­tym ka­wał­kiem kur­cza­ka i por­cją wy­sty­głe­go grosz­ku, ga­wę­dząc z bur­mi­strzem z jed­nej stro­ny i agen­tem ubez­pie­cze­nio­wym Sta­te Farm z dru­giej. Roz­ma­wia­li­śmy jak zwy­kle o po­go­dzie i fut­bo­lu, do­tknę­li­śmy też po­li­ty­ki, ale z za­cho­wa­niem zwy­kłej ostroż­no­ści. Ot, ty­po­we spo­tka­nie klu­bo­we – pół go­dzi­ny na je­dze­nie i pół­go­dzin­ne prze­mó­wie­nie wy­zna­czo­ne­go mów­cy, pew­nie jak zwy­kle nie­zbyt cie­ka­we. Tyle że tym ra­zem na­wet do nie­go nie do­trwa­łem.

Przy wej­ściu zro­bi­ło się za­mie­sza­nie, po czym do sali ban­kie­to­wej wpa­ro­wa­ła bry­ga­da an­ty­ter­ro­ry­stycz­na uzbro­jo­na po zęby. Zro­bi­li to z ta­kim im­pe­tem, jak­by chcie­li nas wszyst­kich roz­strze­lać. Funk­cjo­na­riu­sze SWAT byli w peł­nym rynsz­tun­ku wo­jow­ni­ków nin­ja: czar­ne kom­bi­ne­zo­ny, ku­lo­od­por­ne ka­mi­zel­ki, groź­nie wy­glą­da­ją­ca broń i heł­my zna­ne z fo­to­gra­fii hi­tle­row­skich od­dzia­łów. Je­den z nich wrza­snął na całą salę: „Mal­colm Ban­ni­ster!”, a ja in­stynk­tow­nie ze­rwa­łem się na nogi i wy­mam­ro­ta­łem: „Co, u dia­bła?”. Co naj­mniej pię­ciu wy­ce­lo­wa­ło we mnie au­to­ma­ty. „Ręce do góry!”, ryk­nął ich nie­ustra­szo­ny do­wód­ca, a ja bez wa­ha­nia po­słu­cha­łem. W cią­gu se­kun­dy moje ręce zo­sta­ły ścią­gnię­te w dół i sku­te na ple­cach kaj­dan­ka­mi, ja zaś po raz pierw­szy w ży­ciu po­czu­łem to nie­po­rów­ny­wal­ne z ni­czym szczy­pa­nie sta­lo­wych bran­so­le­tek na nad­garst­kach. To strasz­ne uczu­cie, któ­re­go się nie za­po­mi­na. Po­pchnię­to mnie wą­skim przej­ściem mię­dzy sto­li­ka­mi i wy­pro­wa­dzo­no z sali. Ostat­nim dźwię­kiem, jaki usły­sza­łem, był krzyk bur­mi­strza: „To nie­do­pusz­czal­ne!”.

Nie mu­szę do­da­wać, że dra­ma­tycz­na in­ter­wen­cja od­dzia­łu SWAT moc­no ze­psu­ła hu­mo­ry po­zo­sta­łych uczest­ni­ków spo­tka­nia Klu­bu Oby­wa­tel­skie­go.