Wydawca: Wydawnictwo Albatros Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 480 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Więzienny prawnik - John Grisham

Historia Stanów Zjednoczonych notuje tylko cztery przypadki zabójstwa sędziego federalnego w okresie pełnienia tej funkcji. Podwójne morderstwo, którego ofiarami padają sędzia Raymond Fawcett i jego osobista sekretarka, właśnie powiększyło tę statystykę. W domku letniskowym nad jeziorem, obok pustego sejfu, agenci FBI odnajdują dwa ciała z kulami w głowach. Śledztwo utyka w martwym punkcie. Malcolm Bannister, czarnoskóry prawnik odsiadujący w zakładzie karnym o złagodzonym rygorze wyrok dziesięciu lat za przestępstwo, w które został nieświadomie wplątany, wyczerpał już wszelkie możliwości apelacji. Zabija czas, pomagając współwięźniom w potyczkach z wymiarem sprawiedliwości, w przygotowywaniu testamentów i wniosków rozwodowych. Marzy o opuszczeniu murów więziennych i spotkaniu z jedenastoletnim synem, którego nie widział od pięciu lat. Szansa nadchodzi jak grom z jasnego nieba. Malcolm wie, kim jest zabójca sędziego Fawcetta, zna motyw zbrodni. Wykorzysta tę wiedzę, by odzyskać wolność, zmienić wygląd i tożsamość. I niczym Edmund Dantes z powieści Dumasa przystąpi do realizacji precyzyjnego planu zemsty na tych, którzy fałszywym oskarżeniem zrujnowali mu życie...

Opinie o ebooku Więzienny prawnik - John Grisham

Fragment ebooka Więzienny prawnik - John Grisham

Wydanie elektroniczne

John Grisham

Autor 28 powieści (w tym trzech dla młodzieży), fabularyzowanego reportażu oraz zbioru opowiadań. Jego książki ukazują się w 40 językach, a ich łączny nakład osiągnął 275 milionów egzemplarzy. Aż dziewięć powieści Grishama zostało zekranizowanych. W 2011 pisarz otrzymał prestiżową nagrodę literacką Harper Lee Prize.

Tego autora w Wydawnictwie Albatros

FIRMA

KANCELARIA

ZAKLINACZ DESZCZU

KRÓL ODSZKODOWAŃ

WIĘZIENNY PRAWNIK

CALICO JOE

NIEWINNY CZŁOWIEK

RAPORT PELIKANA

KOMORA

OSTATNI SĘDZIA PRZYSIĘGŁY

PODARUJMY SOBIE ŚWIĘTA

CZAS ZABIJANIA

TRENER

UŁASKAWIENIE

Theodore Boone

OSKARŻONY

AKTYWISTA

www.jgrisham.com

Tytuł oryginału:

THE RACKETEER

Copyright © Belfry Holdings Inc. 2012

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz 2013

Polish translation copyright © Lech Z. Żołędziowski 2013

Cover photo © Clayton Bastiani/Trevillion Images 2012

Redakcja: Marta Bogacka Konsultacja prawnicza: prof. Tadeusz Tomaszewski

Projekt graficzny okładki: Andrzej Kuryłowicz

ISBN 978-83-7885-069-4

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

rekieter– przestępca wymuszający okup od podróżnych, sprzedawców itp.

Uniwersalny słownik języka polskiego PWN

Rozdział 1

Jestem prawnikiem i siedzę w więzieniu. To skomplikowana historia.

Mam czterdzieści trzy lata i jestem w połowie dziesięcioletniego wyroku, który wymierzył mi świętoszkowaty sędzia federalny w Waszyngtonie. Wszystkie moje apelacje spełzły na niczym. W moim opustoszałym arsenale nie została już ani jedna procedura, mechanizm, sztuczka, kruczek prawny czy choćby zdrowaśka. Nie mam już nic. Ponieważ znam prawo, mógłbym postąpić jak wielu skazanych i zasypać sąd lawiną bezużytecznych wniosków, pozwów i innych świstków, ale wiem, że to na nic. W mojej sprawie już nic nie da się zrobić. Prawda jest taka, że nie mam szans na opuszczenie tych murów przez następne pięć lat, jeśli nie liczyć kilku żałosnych tygodni, które darują mi za dobre zachowanie. A zachowuję się przykładnie.

Nie powinienem nazywać siebie prawnikiem, bo właściwie już nim nie jestem. Wkrótce po wyroku Rada Adwokacka Stanu Wirginia pozbawiła mnie uprawnień. Uzasadnienie było proste: wyrok za ciężkie przestępstwo oznacza skreślenie z listy osób uprawnionych do wykonywania zawodu prawnika. Cofnięto mi licencję, a mój przypadek opisano w fachowym czasopiśmie „Virginia Lawyer Register”. Tamtego miesiąca trzech z nas straciło licencje – to przeciętny wynik.

Niemniej w moim małym światku jestem znany jako więzienny prawnik i co dzień spędzam kilka godzin, pomagając współwięźniom w ich potyczkach z wymiarem sprawiedliwości. Badam ich odwołania i składam za nich wnioski. Sporządzam uproszczone testamenty i czasami cesje nieruchomości. Analizuję kontrakty białych kołnierzyków. Pisałem nawet pozwy przeciwko władzom, ale tylko z rozsądnych powodów, bo nie wdaję się w pieniactwo. No i trafia do mnie wiele spraw rozwodowych.

Osiem miesięcy i sześć dni po rozpoczęciu odsiadki otrzymałem grubą kopertę. Więźniowie uwielbiają przesyłki, ale bez tej mógłbym się obejść. Przyszła z kancelarii prawniczej w Fairfax w Wirginii, reprezentującej moją żonę, która – cóż za niespodzianka – postanowiła wystąpić o rozwód. W ciągu paru tygodni Dionne zmieniła się ze wspierającej żony, gotowej trwać przy moim boku, w znękaną ofiarę, która pragnie tylko uciec jak najdalej. Nie mogłem w to uwierzyć. Wstrząśnięty czytałem pozew, kolana się pode mną ugięły, oczy napełniły łzami. Wystraszyłem się, że wybuchnę płaczem, i popędziłem do celi, żeby nikt mnie nie widział. W więzieniu płynie dużo łez, ale zawsze w ukryciu.

Gdy opuszczałem dom, Bo miał sześć lat. Był naszym jedynakiem, ale planowaliśmy więcej dzieci. Równanie jest proste, wykonałem je z milion razy. Gdy wyjdę, będzie miał szesnaście lat i będzie w pełni ukształtowanym nastolatkiem, a mnie ominie dziesięć najcenniejszych lat, jakie ojciec może spędzić z synem. Mniej więcej do dwunastego roku życia chłopcy uwielbiają swoich ojców i nie wierzą, żeby mogli oni uczynić coś złego. Uczyłem Bo gry w T-ball1 i piłkę nożną dla dzieci, a on towarzyszył mi jak wierny psiak. Chodziliśmy na ryby i biwakowaliśmy, a w niektóre sobotnie poranki po męskim śniadaniu we dwóch zabierałem go do biura. Był moim światem i próba wyjaśnienia, że nie będzie mnie przez długi czas, złamała serca nam obu. Od kiedy trafiłem za kratki, nie godziłem się na jego odwiedziny. Tak bardzo chciałem go przytulić, ale nie mogłem pogodzić się z myślą, że ten chłopiec zobaczy swojego ojca w więzieniu.

Kiedy siedzisz w kryminale bez perspektywy rychłego wyjścia na wolność, próba ratowania małżeństwa jest właściwie bez szans. Nasz majątek – i tak niezbyt duży – poszedł na osiemnastomiesięczną walkę z władzami federalnymi. Straciliśmy wszystko poza dzieckiem i naszym związkiem. Dziecko było jak skała, ale związek zaczynał się kruszyć. Dionne wygłosiła parę frazesów o wytrwaniu i radzeniu sobie, ale gdy tylko mnie zabrakło, wkroczyła rzeczywistość. Dionne w naszym małym miasteczku poczuła się samotna i opuszczona przez wszystkich. „Ludzie na mój widok zaczynają szeptać”, napisała w jednym z pierwszych listów. „Czuję się taka samotna”, żaliła się w innym. Wkrótce listy zrobiły się wyraźnie krótsze i rzadsze. Rzadsze stały się też odwiedziny.

Dionne dorastała w Filadelfii i właściwie nigdy nie polubiła prowincji. Któryś z wujków zaproponował jej pracę, a ona skwapliwie ją przyjęła i wróciła do rodzinnego miasta. Dwa lata temu ponownie wyszła za mąż, a Bo – teraz już jedenastoletni – ma innego tatusia do treningów. Moje ostatnie dwadzieścia listów do syna pozostało bez odpowiedzi. Jestem pewny, że nawet do niego nie trafiły.

Często się zastanawiam, czy w ogóle go jeszcze zobaczę. Myślę, że podejmę próbę, ale nie jestem pewny. Bo jak stanąć twarzą w twarz z dzieckiem, które tak bardzo kochasz, a które cię nie pozna? Już nigdy nie będziemy żyć razem jak zwykły ojciec i syn. Więc czy to uczciwe wobec Bo, żeby w jego życiu pojawił się dawno utracony ojciec i próbował znów stać się jego częścią?

Mam aż za dużo czasu, żeby się nad tym zastanowić.

Jestem więźniem numer 44861-127 w Federalnym Obozie Karnym we Frostburgu, w stanie Maryland. „Obóz” w nazwie oznacza zakład karny o złagodzonym rygorze dla więźniów, których uznaje się za nieagresywnych, odsiadujących do dziesięciu lat. Z powodów, których nigdy do końca nie zrozumiałem, pierwsze dwadzieścia dwa miesiące spędziłem w zakładzie o średnim rygorze pod Louisville w Kentucky. Na długiej liście żargonowych skrótów stosowanych przez Zarząd Więziennictwa zakład ten występuje jako FZK – Federalny Zakład Karny – i różni się od mojego „obozu” pod Frostburgiem. FZK jest przeznaczony dla agresywnych więźniów z wyrokami od dziesięciu lat w górę. Warunki są tam dużo cięższe, choć mnie akurat udało się uniknąć fizycznych napaści. Bardzo mi w tym pomogła przeszłość w korpusie marines.

W porównaniu z typowymi więzieniami nasz zakład to istny ośrodek wypoczynkowy. Nie ma tu murów, żelaznych ogrodzeń, zwojów żyletkowego drutu ani wież strażniczych, a uzbrojonych strażników jest tylko paru. Więzienie pod Frostburgiem zostało zbudowane stosunkowo niedawno i jest lepiej wyposażone niż wiele publicznych szkół średnich. I trudno się temu dziwić, skoro w Stanach na jednego więźnia wydaje się czterdzieści tysięcy dolarów rocznie, a na jednego ucznia w szkole podstawowej zaledwie osiem tysięcy. Mamy tu doradców, leaderów, pracowników socjalnych, pielęgniarki, sekretarki, rozmaitych asystentów i dziesiątki pracowników administracji, którzy mieliby trudności z odpowiedzią na pytanie, czym każdego dnia wypełniają swoje osiem godzin. W końcu to instytucja podległa władzom federalnym. Pracowniczy parking pełen jest drogich limuzyn i SUV-ów.

We Frostburgu przebywa sześciuset osadzonych i z nielicznymi wyjątkami wszyscy zachowujemy się nienagannie. Ci, którzy w przeszłości skłonni byli do przemocy, dostali nauczkę i teraz doceniają cywilizowane warunki. Ci, których życie upływało w więzieniach, w końcu znaleźli wymarzony dom. Wielu z tutejszych recydywistów wcale nie marzy o wyjściu na wolność. Są już całkowicie przesiąknięci życiem za kratami i nie potrafią funkcjonować po drugiej stronie. Tu mają ciepłe łóżko, trzy posiłki dziennie i opiekę zdrowotną. Nie ma szans, by żyjąc na ulicy, mogli mieć to samo.

Nie chcę przez to powiedzieć, że to miłe miejsce. Nie jest miłe. Jest tu wielu takich, którym, podobnie jak mnie, nawet się nie śniło, że upadną tak nisko. Fachowców, którzy zrobili kariery i mieli własne firmy. Ludzi z pieniędzmi, rodzinami i kartami członkowskimi country clubu. W moim Białym Gangu jest na przykład Carl, lekarz optometryk, który zanadto kombinował z rachunkami dla Medicare; i jest Kermit, handlarz nieruchomości, który wpadł na wielokrotnym zastawianiu tej samej nieruchomości w różnych bankach; i jest Wesley, były senator z Pensylwanii, który dał się przekupić; i Mark, małomiasteczkowy macher od kredytów hipotecznych, który poszedł na skróty.

Carl, Kermit, Wesley i Mark. Wszyscy biali, wszyscy około pięćdziesiątki, wszyscy przyznają się do winy.

No i jestem ja. Malcolm Bannister, czarny, lat czterdzieści trzy, skazany za coś, o czym nawet nie miałem pojęcia.

W tej chwili jestem jedynym czarnoskórym we Frostburgu, który odbywa karę za przestępstwo typowe dla białych kołnierzyków. Niezłe wyróżnienie.

W moim Czarnym Gangu sprawy nie są tak jasno określone. Większość chłopaków pochodzi z Waszyngtonu i Baltimore, siedzą za narkotyki. Gdy stąd wyjdą, wrócą na ulice swoich miast, a ich szansa na uniknięcie ponownej wpadki wyniesie dwadzieścia procent. Nie mają wykształcenia, nie mają zawodu i są już notowani. Jak może im się powieść w normalnym życiu?

Tak naprawdę nie ma u nas gangów ani przemocy. Jeśli wdasz się w bójkę albo będziesz komuś groził, po prostu cię stąd zabiorą i umieszczą w znacznie gorszym zakładzie. Wybucha mnóstwo kłótni, głównie przy oglądaniu telewizji, ale jeszcze nie widziałem, żeby ktoś kogoś uderzył. Wielu tutejszych więźniów ma za sobą wyroki w więzieniach stanowych i ich opowieści bywają przerażające. Nikt nie chciałby zmieniać miejsca pobytu.

Dlatego zachowujemy się przyzwoicie i liczymy dni. Dla białych kołnierzyków pobyt w więzieniu to upokorzenie i utrata pozycji, stylu życia, statusu. Dla czarnych jest tu bezpieczniej niż tam, skąd się wywodzą i dokąd wrócą. Odsiadka to tylko kolejny punkt odhaczony na karcie przestępcy. A także kolejny krok na drodze do kariery kryminalisty.

I dlatego czuję się tu bardziej biały niż czarny.

Poza mną karę we Frostburgu odsiaduje jeszcze dwóch byłych prawników. Ron Napoli był od lat czołowym specjalistą od prawa karnego w Filadelfii, ale zniszczyła go kokaina. Specjalizował się w prawie narkotykowym i reprezentował przed sądem wielu dużych dealerów i bossów narkotykowych ze środkowej części Wschodniego Wybrzeża, od New Jersey po obie Karoliny. Wolał honoraria płacone w gotówce i w kokainie, aż w końcu stracił wszystko. Urząd skarbowy dopadł go za unikanie podatków i teraz Ron jest mniej więcej w połowie dziewięcioletniego wyroku. Nie wiedzie mu się tu najlepiej. Znajduje się w stanie ciągłej depresji, absolutnie nie chce ćwiczyć i nawet nie próbuje o siebie dbać. Robi się coraz grubszy, coraz powolniejszy, coraz bardziej humorzasty i coraz bardziej chory. Kiedyś raczył nas fascynującymi opowieściami o swoich klientach i ich przygodach w narkobiznesie, teraz tylko siedzi na dziedzińcu, chrupie kolejną torbę chipsów Frito i wygląda na coraz bardziej zagubionego. Ktoś przysyła mu pieniądze, a on je wydaje głównie na śmieciowe żarcie.

Trzecim byłym prawnikiem jest waszyngtoński rekin Amos Kapp, który latami pływał w tamtejszych mętnych wodach i uczestniczył w niemal wszystkich większych aferach politycznych stolicy. Kapp i ja byliśmy sądzeni w jednym procesie i obaj dostaliśmy po dziesięć lat od tego samego sędziego. W procesie występowało ośmiu oskarżonych – siedmiu z Waszyngtonu i ja. Kappa zawsze można było o coś oskarżyć i tym razem przysięgli także bez trudu uwierzyli w jego winę. Dobrze wiedział, że nie mam nic wspólnego z całą aferą, ale był zbyt wielkim tchórzem i szachrajem, by coś powiedzieć. Przemoc jest we Frostburgu ściśle zabroniona, ale dajcie mi pięć minut sam na sam z Amosem Kappem, a wyjdzie z tego ze skręconym karkiem. On to zresztą wie i sądzę, że już dawno zwierzył się strażnikowi ze swoich obaw. Trzymają go w zachodnim skrzydle, możliwie najdalej ode mnie.

Spośród trzech byłych prawników tylko ja jestem gotów pomagać innym w ich prawniczych problemach. Nawet to lubię. Stawia to przede mną wyzwania i zapominam o nudzie. Przy okazji ćwiczę swój prawniczy umysł. Choć wątpię, bym mógł jeszcze kiedyś wrócić do zawodu. Po wyjściu z więzienia mogę wystąpić do rady adwokackiej o przywrócenie uprawnień, ale to długa i uciążliwa procedura. A prawda jest taka, że w tym zawodzie zupełnie się nie dorobiłem. Pracowałem w małym miasteczku, a do tego byłem czarny, niewielu spośród moich klientów mogło mi przyzwoicie zapłacić za pracę. A na Braddock Street urzędowało jeszcze kilkunastu prawników, którzy polowali na tych samych klientów, i konkurencja była ostra. Jeszcze nie wiem, co będę robił po wyjściu, ale mam poważne wątpliwości co do wznowienia kariery prawniczej.

Będę czterdziestoośmioletnim singlem, mam nadzieję, w dobrym zdrowiu.

Pięć lat to wieczność. Codziennie odbywam długi samotny spacer po pasie ziemi do joggingu, który okala więzienie, wyznacza jego granicę i jest nazywany „krechą”. Gdy tylko przekroczysz krechę, uznają cię za uciekiniera. Chociaż to więzienie, okolica jest piękna, a widoki imponujące. Chodząc po bieżni i patrząc na daleki łańcuch wzgórz, często mam ochotę przekroczyć krechę i iść dalej przed siebie. Nie ma ogrodzenia, które mogłoby mi przeszkodzić, nie ma strażnika, który by za mną krzyknął. Mógłbym się ukryć w leśnym gąszczu i zniknąć na zawsze.

Właściwie wolałbym, żeby ograniczał mnie trzymetrowy mur z solidnych cegieł, ze zwojem połyskującego w słońcu żyletkowego drutu. Nie pozwalałby mi patrzeć na dalekie wzgórza i marzyć o wolności. Do diabła, to w końcu więzienie! Nie wolno nam go opuścić, więc postawcie mur i przestańcie nas kusić.

Ale pokusa mnie nie opuszcza i chociaż z nią walczę, czuję, że z każdym dniem staje się silniejsza.

Rozdział 2

Frostburg leży parę kilometrów na zachód od miasteczka Cumberland w stanie Maryland, na wąskim pasie ziemi wciśniętym między Pensylwanię od północy i Wirginię Zachodnią od południa i zachodu. Patrząc na mapę, można odgadnąć, że ten nieforemny fragment terenu pojawił się w wyniku błędnych pomiarów geodezyjnych i tak naprawdę nie powinien należeć do Marylandu, choć trudno stwierdzić, do kogo miałby należeć. Często pracuję w bibliotece, na ścianie nad moim biurkiem wisi ogromna mapa Ameryki. Spędzam aż za dużo czasu, gapiąc się na nią, śniąc na jawie i dumając, jak to się stało, że jestem więźniem federalnym w odległym zakątku Marylandu.

Sto kilometrów dalej na południe, w Wirginii, leży dwudziestopięciotysięczne miasteczko Winchester. Tam się urodziłem, spędziłem dzieciństwo, zdobyłem wykształcenie i pracowałem, aż w końcu tam nastąpił mój Upadek. Mówią mi, że od mojego wyjazdu niewiele się w Winchesterze zmieniło. Kancelaria prawnicza Copeland & Reed nadal jest w tym samym miejscu, gdzie niegdyś pracowałem. Przy Braddock Street na starym mieście, tuż obok knajpy. Kiedyś nazwa wypisana czarnymi literami na szybie brzmiała Copeland, Reed & Bannister i oznaczała jedyną zupełnie czarną kancelarię prawniczą w promieniu stu pięćdziesięciu kilometrów. Podobno panowie Copeland i Reed nieźle sobie radzą i choć na pewno nie robią kariery i nie zbijają majątku, starcza im na opłacenie dwóch sekretarek i czynszu. Za moich czasów było tak samo, jakoś udawało nam się zarobić na życie. Krótko przed Upadkiem zaczynałem poważnie się zastanawiać, czy przetrwam w tak małym miasteczku.

Podobno panowie Copeland i Reed odmawiają rozmowy na mój temat i nie chcą się wypowiadać o moich kłopotach. Sami omal nie stanęli przed sądem i ich reputacja mocno ucierpiała. Prokurator federalny, który sporządził akt oskarżenia, rykoszetem ostrzeliwał wszystkich, którzy mogli mieć związek z wykrytą przez niego aferą, i niemal doprowadził firmę do upadku. Moja wina polegała na reprezentowaniu niewłaściwego klienta i dwaj byli wspólnicy nie byli z tym w żaden sposób powiązani. Żałuję tego, co stało się ze mną, ale myśl o tym, jak obrzucano ich błotem, do dziś spędza mi sen z powiek. Obaj mają pod siedemdziesiątkę i jako młodzi prawnicy nie tylko walczyli o to, żeby utrzymać się z kancelarii prawnej w małym miasteczku, ale też staczali ostatnie bitwy z ery Jima Crowa2. Zdarzało się, że sędziowie ignorowali ich na sali rozpraw i wydawali przeciwko nim bezzasadne orzeczenia. Inni prawnicy odnosili się do nich arogancko i nieprofesjonalnie. Okręgowe stowarzyszenie adwokatów nie zaproponowało im członkostwa. Urzędnicy sądowi często gubili ich wnioski. Biali przysięgli im nie wierzyli. I co najgorsze, klienci ich unikali. Oczywiście mam na myśli czarnych klientów. W latach siedemdziesiątych białemu nawet nie przyszłoby do głowy nająć czarnego prawnika, przynajmniej na Południu. I tak naprawdę do dziś pod tym względem niewiele się zmieniło. W początkach swojego istnienia kancelaria Copeland & Reed omal nie padła, bo czarni uważali białych prawników za lepszych i szli do nich. Ciężką pracą i nieustępliwym profesjonalizmem Copelandowi i Reedowi udało się to zmienić, ale musiało upłynąć dużo czasu.

Winchester nie był wymarzonym miejscem na rozpoczęcie kariery prawniczej. Studiowałem prawo na uczelni George’a Masona w Wirginii, na obrzeżach Dystryktu Kolumbii. Podczas letnich wakacji po drugim roku poszczęściło mi się i dostałem pracę w biurze ogromnej waszyngtońskiej firmy prawniczej przy Pennsylvania Avenue, o rzut beretem od Kapitolu. Był to gigant z tysiącem prawników, filiami rozsianymi po całym świecie, nazwiskami byłych senatorów zdobiącymi papier firmowy, ekskluzywną klientelą i zapierającym dech w piersi tempem pracy, które strasznie mi się podobało. Punktem kulminacyjnym mojej pracy była funkcja gońca podczas procesu byłego kongresmana (i naszego klienta), którego oskarżono o konszachty z bratem hochsztaplerem i branie łapówek od dostawcy uzbrojenia. Cały proces okazał się jednym wielkim cyrkiem, a ja byłem zachwycony, że mam miejsce tak blisko areny.

Jedenaście lat później znalazłem się w tej samej sali rozpraw sądu federalnego im. E. Barretta Prettymana w śródmieściu Waszyngtonu, tyle że w roli oskarżonego.

Tamtego lata byłem jednym z siedemnastu praktykantów w firmie. Cała pozostała szesnastka – sami studenci prestiżowych uczelni prawniczych – dostała na koniec oferty pracy. Ja nie dostałem, a ponieważ tak bardzo się wtedy zaangażowałem, zostałem trochę na lodzie. Trzeci rok studiów poświęciłem na kołatanie do różnych drzwi na terenie Dystryktu, ale żadne się przede mną nie otworzyły. Po ulicach musi tu stale krążyć kilka tysięcy bezrobotnych prawników i łatwo się w tym tłumie zgubić. Potem poszerzyłem pole zainteresowania o okolice, gdzie firmy są dużo mniejsze i o pracę jeszcze trudniej.

W końcu, pokonany, wróciłem do domu. Moje marzenia o grze w pierwszej lidze legły w gruzach. Panowie Copeland i Reed sami cienko przędli i z całą pewnością nie potrzebowali nikogo nowego, zlitowali się jednak i opróżnili dla mnie magazynek na górze. Starałem się, jak mogłem, choć siedzenie godzinami w biurze przy tak niewielu klientach było często trudne do uzasadnienia. Całkiem nieźle nam się pracowało i po pięciu latach wspaniałomyślnie uznali mnie za wspólnika i dodali moje nazwisko do nazwy firmy. Moje zarobki prawie nie uległy zmianie.

Podczas śledztwa z bólem obserwowałem, jak ich nieskalane dotąd imiona są mieszane z błotem. Było to kompletnie pozbawione sensu. Kiedy już przyparli mnie do muru, prowadzący sprawę agent FBI oznajmił, że jeśli się nie przyznam i nie zacznę współpracować z prokuraturą federalną, Copeland i Reed też zostaną postawieni w stan oskarżenia. Sądziłem, że blefuje, ale nie miałem pewności. Mimo to odesłałem go do diabła.

Na szczęście blefował.

Napisałem do nich kilka listów. Długich, płaczliwych listów z przeprosinami, ale na żaden nie odpowiedzieli. Poprosiłem, żeby mnie odwiedzili, żebyśmy mogli wszystko sobie wyjaśnić w bezpośredniej rozmowie, ale też nie zareagowali, chociaż do mojego rodzinnego miasteczka jest stąd raptem sto kilometrów. Tylko jeden jego mieszkaniec regularnie mnie odwiedza.

***

Mój ojciec Henry był jednym z pierwszych czarnoskórych funkcjonariuszy policji stanowej we Wspólnocie Wirginii. Przez trzydzieści lat patrolował szosy i lokalne drogi w okolicach Winchesteru i nie zamieniłby tej pracy na żadną inną. Kochał ją, a także związane z nią poczucie władzy i historię, możliwość egzekwowania prawa i okazję do niesienia pomocy potrzebującym. Kochał swój mundur, swój radiowóz – właściwie wszystko z wyjątkiem pistoletu przy pasie. Parę razy był zmuszony go wyjąć, ale nigdy z niego nie wystrzelił. Zakładał, że biali będą mu okazywać niechęć, a czarni będą liczyć na wyrozumiałość, ale on postanowił traktować wszystkich jednakowo sprawiedliwie. Był typem twardego gliniarza, który nie uznaje szarości. Jeśli coś nie było zgodne z prawem, to musiało być wbrew prawu. Nie widział miejsca na naciąganie oceny ani uciekanie się do technicznych kruczków.

Od pierwszej chwili ojciec uznał, że jestem winny, choć nie do końca wiedział czego. Dla niego nie istniała zasada domniemania niewinności i moich zapewnień o niewinności też nie słuchał. Jako dumny funkcjonariusz sił porządku przez lata ścigający złoczyńców został w pełni zaprogramowany. Jeśli oświeceni federalni w stustronicowym akcie oskarżenia uznali mnie za winnego, musieli mieć rację. Jestem pewny, że mi współczuł i modlił się, bym jakoś się wykaraskał, ale nie potrafił mi tego okazać. Czuł się upokorzony i wcale się z tym nie krył. Jak jego syn prawnik mógł się zadawać z taką podłą bandą oszustów?

Sam z tysiąc razy zadawałem sobie to pytanie. I jak dotąd nie znalazłem dobrej odpowiedzi.

Henry Bannister z trudem skończył liceum i po kilku drobnych zatargach z prawem, w wieku dziewiętnastu lat, wstąpił do marines. W korpusie szybko stał się mężczyzną i żołnierzem, pokochał dyscyplinę i nauczył się być dumnym z munduru. Odbył trzy tury w Wietnamie, gdzie został postrzelony i poparzony, a nawet na krótko trafił do niewoli. Jego odznaczenia wiszą na ścianie gabinetu w niewielkim domku, w którym dorastałem. Ojciec mieszka tam sam, bo mama zginęła w wypadku, zabita przez pijanego kierowcę dwa lata przed moim procesem.

Henry przyjeżdża do Frostburga raz w miesiącu na godzinne widzenie. Jest już na emeryturze, nie ma wielu zajęć i gdyby chciał, mógłby przyjeżdżać co tydzień. Ale nie chce.

***

Wieloletni wyrok niesie z sobą wiele okrutnych doznań. Na przykład to, że się jest powoli zapominanym przez świat i wszystkich, których się kocha i potrzebuje. Rzeka listów, zalewająca cię w pierwszych miesiącach, stopniowo zamienia się w cienki strumyczek, który przynosi jeden albo dwa listy w tygodniu. Przyjaciół i krewnych, którzy początkowo chętnie cię odwiedzali, nie widujesz całymi latami. Mój starszy brat Marcus wpada dwa razy w roku na godzinkę, żeby poinformować mnie o swoich najświeższych problemach. Każdy z jego trzech nastoletnich synów jest na innym etapie młodzieńczego buntu przeciw prawu, a żona jest zdeklarowaną świruską. Tak że chyba nie mam co się skarżyć. Mimo to lubię te jego wizyty. Marcus od zawsze parodiował Richarda Pryora, robi to naprawdę komicznie i zwykle śmiejemy się przez całą godzinę z jego narzekań na synów. Moja młodsza siostra Ruby mieszka na Zachodnim Wybrzeżu i ją widuję raz w roku. Ale pisze do mnie co tydzień i bardzo cenię sobie jej listy. Mam też dalekiego kuzyna, który odsiedział siedem lat za napad z bronią w ręku (byłem jego obrońcą), i on odwiedza mnie dwa razy do roku – głównie dlatego, że ja odwiedzałem jego, kiedy siedział.

Po trzech latach pobytu we Frostburgu często mijają całe miesiące bez odwiedzin, jeśli nie liczyć wizyt ojca. Zarząd Więziennictwa stara się umieszczać skazanych nie dalej niż osiemset kilometrów od domu. Mam szczęście, że Winchester jest tak blisko, ale równie dobrze mógłby być dwa tysiące kilometrów dalej. Mam paru przyjaciół z dzieciństwa, którzy nigdy nie zdobyli się na odwiedziny, i kilku znajomych, którzy od dwóch lat nie dali znaku życia. Większość moich dawnych kolegów prawników jest zbyt zajęta. Najbliższy kolega ze studiów prawniczych pisze do mnie co dwa miesiące, ale nie udaje mu się wyrwać i mnie odwiedzić. Mieszka w Waszyngtonie, dwieście czterdzieści kilometrów na wschód, i podobno pracuje siedem dni w tygodniu w wielkiej kancelarii prawniczej. Mój najlepszy kumpel z marines mieszka w Pittsburghu, dwie godziny drogi stąd, i jak dotąd odwiedził mnie dosłownie raz.

Pewnie powinienem być wdzięczny ojcu, że jemu wciąż się chce.

Jak zawsze siedzi sam w małej sali widzeń, na stoliku przed nim leży brązowa papierowa torba. Na pewno ciasteczka, kruche albo czekoladowe z orzechami, upieczone przez ciotkę Racine, siostrę ojca. Podajemy sobie ręce, ale się nie obejmujemy – Henry Bannister nigdy w życiu nie objął żadnego mężczyzny. Przygląda mi się, czy nie utyłem, i jak zwykle wypytuje o moje codzienne zajęcia. On sam przez czterdzieści lat nie przytył ani o kilogram i nadal mieści się w stary mundur marine. Jest przekonany, że jeść mniej znaczy żyć dłużej, a Henry boi się umrzeć młodo. Jego ojciec i dziadek zmarli przed sześćdziesiątką. Chodzi po dziesięć kilometrów dziennie i uważa, że ja też powinienem. Już pogodziłem się z tym, że nigdy nie przestanie mnie pouczać, jak mam żyć, czy to na wolności, czy to w więzieniu.

– To od Racine – mówi, potrząsając papierową torbą.

– Podziękuj jej ode mnie – odpowiadam. Skoro tak się martwi o mój brzuch, dlaczego za każdym razem przynosi mi torbę nasączonych tłuszczem ciastek? Zjem dwa albo trzy i resztę rozdam.

– Rozmawiałeś ostatnio z Marcusem? – pyta.

– W ostatnim miesiącu nie. A co?

– Ma kłopoty. Delmon zrobił dziecko jakiejś dziewczynie. On ma piętnaście lat, a ona czternaście. – Kręci głową i marszczy twarz. Jako dziesięciolatek Delmon już był na bakier z prawem i rodzina obawiała się, że w przyszłości zostanie kryminalistą.

– Będziesz miał pierwszego prawnuka – próbuję żartować.

– Też mi powód do dumy. Biała czternastolatka w ciąży z piętnastoletnim kretynem, który przypadkiem nazywa się Bannister.

Przez chwilę o tym dumamy. Treścią naszych spotkań jest często nie to, co mówimy, ale to, co przemilczamy. Mój ojciec ma sześćdziesiąt dziewięć lat i zamiast rozkoszować się jesienią życia, większość czasu poświęca lizaniu ran i użalaniu się nad sobą. Nie winię go za to. Jego ukochana po czterdziestu dwóch latach małżeństwa odeszła w mgnieniu oka. Wciąż rozpaczał po jej stracie, gdy okazało się, że FBI się mną interesuje i sprawa gwałtownie nabiera rozpędu. Mój proces trwał trzy tygodnie i ojciec był codziennym gościem na sali rozpraw. Patrzenie, jak stoję przed sędzią skazującym mnie na dziesięć lat więzienia, musiało być dla niego straszne. Potem obu nam zabrano Bo, a teraz dzieci Marcusa są na tyle duże, by boleśnie ranić rodziców i dalszą rodzinę.

Naszej rodzinie z pewnością należy się trochę szczęścia, ale na razie się na to nie zanosi.

– Rozmawiałem wczoraj z Ruby – zmienia temat ojciec. – Mówi, że u niej wszystko w porządku. Pozdrawia cię. Powiedziała, że twój ostatni list był całkiem zabawny.

– Powiedz Ruby, że jej listy dużo dla mnie znaczą. Od pięciu lat nie przegapiła ani jednego tygodnia. – Ruby jest jasnym punktem w naszej rozsypującej się rodzinie. Pracuje w poradni małżeńskiej, jej mąż jest pediatrą. Mają trójkę wspaniałych dzieciaków i trzymają je z daleka od niesławnego wujka Mala.

Po dłuższej chwili milczenia mówię:

– Jak zawsze dziękuję za czek.

– Cieszę się, że mogę ci pomóc – odpowiada ojciec, wzruszając ramionami.

Co miesiąc przysyła mi sto dolarów, które bardzo się przydają. Pieniądze trafiają na moje konto i pozwalają na kupno niezbędnych rzeczy: długopisów, bloków do pisania, książek i lepszego jedzenia. Prawie wszyscy w moim Białym Gangu dostają z domu czeki, a nikt z Czarnego Gangu nie dostaje grosza. W więzieniu zawsze wiadomo, kto dostaje pieniądze.

– Masz już prawie połowę za sobą – mówi ojciec.

– Do pięciu lat brakuje dwóch tygodni – uściślam.

– Czas szybko leci.

– Może na zewnątrz. Zapewniam cię, że po tej stronie muru zegary chodzą dużo wolniej.

– I tak trudno uwierzyć, że minęło już pięć lat.

Rzeczywiście, trudno. Jak można wytrzymać lata za kratkami? Nie myśląc o latach, miesiącach ani nawet tygodniach. Myśli się o upływającym dniu. O tym, jak dotrwać do wieczora, jak go przeżyć. I kiedy budzisz się następnego ranka, masz za sobą kolejny dzień. Dni układają się w tygodnie, miesiące zamieniają się w lata. Uzmysławiasz sobie, jaki z ciebie twardziel, jak potrafisz funkcjonować i trzymać się przy życiu, bo nie masz wyboru.

– Masz jakiś pomysł, co będziesz robił? – pyta.

Zadaje mi to pytanie co miesiąc, zupełnie jakbym za chwilę miał wyjść na wolność. Zachowaj cierpliwość, napominam siebie. Pamiętaj, że to twój ojciec. I jest tutaj! A to bardzo się liczy.

– Jeszcze nie. Mam jeszcze dużo czasu.

– Na twoim miejscu już bym zaczynał o tym myśleć – mówi tonem świadczącym o tym, że na moim miejscu miałby już wszystko dokładnie przemyślane.

– Właśnie skończyłem trzeci poziom hiszpańskiego – odpowiadam z lekką dumą w głosie. W Brązowym Gangu mam kumpla Marco, który jest świetnym nauczycielem języka. Siedzi za narkotyki.

– Wygląda na to, że niedługo wszyscy będziemy mówić po hiszpańsku. – Ojciec prycha.

Henry nie lubi imigrantów. W ogóle nikogo, kto mówi z obcym akcentem, także ludzi z Nowego Jorku czy New Jersey; ludzi na zasiłkach i bezrobotnych. Jego zdaniem wszystkich bezdomnych należałoby wyłapać i zamknąć w obozach typu Guantanamo, tylko gorszych.

Kilka lat temu ścięliśmy się w tej sprawie i ojciec zagroził, że przestanie mnie odwiedzać. Wykłócanie się z nim to strata czasu. Wiem, że go nie zmienię. Przyjeżdża do mnie, więc powinienem być dla niego miły. W końcu to ja jestem skazańcem, nie on. On jest zwycięzcą, ja przegranym. Wydaje się, że dla Henry’ego to ważne, choć nie bardzo wiem dlaczego. Może dlatego, że mam za sobą college i studia prawnicze, coś, o czym on nie mógł nawet marzyć.

– Chyba wyjadę z kraju – mówię. – Pojadę gdzieś, gdzie mówią po hiszpańsku. Do Panamy albo Kostaryki.

Ciepło, plaża, ludzie o śniadej skórze. Im jest obojętne, czy jesteś notowany albo siedziałeś w więzieniu.

– Tam gdzie trawa zawsze zieleńsza, co?

– Tak, tato. Jak się siedzi w więzieniu, to trawa wszędzie jest zieleńsza. Co miałbym tu robić? Wrócić do domu, zostać prawnikiem bez licencji i wykonywać zlecenia dla jakiejś firemki, której na mnie nie stać? Zająć się kaucjami do warunkowych zwolnień? A może zostać prywatnym detektywem? Mam niewiele możliwości.

Słucha mnie, kiwając głową. Rozmawialiśmy o tym już kilkanaście razy.

– A ty w dodatku nienawidzisz władzy – mówi ze smutkiem.

– O tak, nienawidzę władz federalnych. FBI, prokuratury, sędziów federalnych, durni rządzących więzieniami. Nienawidzę w nich tak wielu rzeczy. Odsiaduję dziesięć lat tylko dlatego, że pieprzony prokurator chciał poprawić sobie statystykę. A władze federalne są gotowe mnie tu trzymać przez dziesięć lat bez cienia dowodu. Wyobraź sobie te wszystkie możliwości, jakie stoją przed kimś, kto ma na czole wypisane „kryminalista”. Wynoszę się stąd, tato, najszybciej jak się da.

Patrzy na mnie z uśmiechem i kiwa głową. Jasne, Mal.

Rozdział 3

Jeśli wziąć po uwagę konsekwencje podejmowanych decyzji, towarzyszące im emocje i skłonność do przemocy u tych, których dotyczą, aż dziw, że w historii tego kraju zamordowano tylko czterech czynnych sędziów federalnych.

Szacowny Raymond Fawcett właśnie stał się ofiarą numer pięć.

Jego ciało znaleziono w suterenie chaty nad jeziorem, którą sam zbudował i w której często spędzał weekendy. Gdy w poniedziałek rano nie pojawił się w sądzie, jego ludzie wpadli w panikę i zawiadomili FBI, a agenci szybko ustalili miejsce zbrodni. Chata stała w gęsto zalesionej południowo-zachodniej części Wirginii, na zboczu góry nad brzegiem czystego jeziorka, zwanego przez miejscowych Lake Higgins. Jest tak małe, że nie ma go na większości map drogowych.

Na miejscu nie było śladów włamania, awantury ani walki o życie. Ot, po prostu dwa martwe ciała w suterenie, oba z dziurami od kul w głowach, a obok pusty metalowy sejf. Sędziemu Fawcettowi dwukrotnie strzelono w głowę, jakby to była egzekucja. Ciało leżało w dużej kałuży zakrzepłej krwi. Agent, który je znalazł, ocenił, że sędzia nie żył od co najmniej dwóch dni. Jeden z urzędników zeznał, że sędzia opuścił biuro w piątek około piętnastej i zamierzał udać się do chaty i spędzić w niej weekend na wytężonej pracy.

Drugie zwłoki należały do Naomi Clary, trzydziestoczteroletniej rozwódki z dwojgiem dzieci, którą Fawcett niedawno zatrudnił na stanowisku sekretarki. Sędzia miał sześćdziesiąt sześć lat, pięcioro dorosłych dzieci i nie był rozwiedziony. Państwo Fawcettowie od lat żyli osobno, ale przy szczególnych okazjach wciąż pokazywali się razem. Wszyscy w Roanoke wiedzieli, że są w separacji, ale ponieważ sędzia był w okolicy prominentną postacią, ich życie nadal stanowiło przedmiot plotek i domysłów. Dzieciom i przyjaciołom wyznali, że nie potrafią zdobyć się na rozwód. Pani Fawcett miała pieniądze, sędzia Fawcett pozycję. Wyglądało na to, że ten układ obojgu odpowiada i oboje zobowiązali się nie angażować w inne związki. Zawarli niepisaną umowę, że rozwiodą się tylko wtedy, gdy jedno z nich będzie chciało się związać z kimś na stałe.

Najwyraźniej on kogoś sobie znalazł, bo zaraz po zatrudnieniu pani Clary w gmachu sądu rozeszły się plotki, że sędzia znów figluje. Kilku pracowników dobrze wiedziało, że trudno mu trzymać rozporek zapięty.

Ciało Naomi znaleziono na sofie, w pobliżu miejsca, w którym zamordowano sędziego. Było nagie. Nogi w kostkach oklejono jej srebrną taśmą uszczelniającą. Leżała na wznak z rękami wykręconymi do tyłu i skrępowanymi w nadgarstkach taką samą taśmą. Dostała dwie kule w czoło, na jej skórze były ślady przypaleń. Po kilkugodzinnej dyskusji i analizie śledczy doszli do wniosku, że torturowano ją, by wymusić na sędzim otwarcie sejfu. Jak widać – poskutkowało. Drzwiczki sejfu otwarto, w środku było pusto. Napastnik go opróżnił, po czym dokonał egzekucji ofiar.

Ojciec Fawcetta był budowlańcem i sędzia od dziecka majsterkował, ani na chwilę nie rozstając się z młotkiem. Wciąż coś budował i poprawiał – a to nowy ganek z tyłu chaty, a to altanę czy szopę na narzędzia. Gdy dzieci były małe, a małżeństwo kwitło, całkowicie wypatroszył i odnowił starą rodzinną rezydencję w centrum Roanoke, biorąc na siebie obowiązki głównego wykonawcy i spędzając każdy weekend na drabinie. Po latach wyremontował loft, który najpierw stał się jego miłosnym gniazdkiem, a potem domem. Dla niego przybijanie, piłowanie i wyciskanie z siebie siódmych potów było terapią umysłową i ucieczką od stresującej codzienności. Sam zaprojektował chatę w kształcie litery A i w ciągu czterech lat niemal w całości własnoręcznie ją zbudował. Jedna ściana w suterenie była zabudowana eleganckim regałem z drewna cedrowego, na którego półkach stały opasłe księgi prawnicze. Fragment regału otwierał się, dając dostęp do sprytnie ukrytego we wnęce sejfu. Teraz ten fragment znaleziono otwarty, sejf był odciągnięty metr od ściany i opróżniony.

Stalowo-ołowiana szafka na czterech dwunastocentymetrowych kółkach została wyprodukowana przez firmę Vulcan Safe Company w Kenosha w Wisconsin i sprzedana przez internet sędziemu Fawcettowi. Zgodnie ze specyfikacją producenta sejf miał sto siedemnaście centymetrów wysokości, dziewięćdziesiąt jeden centymetrów szerokości i sto jeden centymetrów głębokości, co dawało użytkową pojemność nieco ponad ćwierć metra sześciennego. Sejf ważył dwieście trzydzieści kilogramów, kosztował dwa tysiące sto dolarów i po odpowiednim uszczelnieniu był ognioodporny, wodoodporny oraz – przynajmniej teoretycznie – odporny na włamania. Żeby otworzyć drzwiczki, należało wprowadzić sześciocyfrowy kod na szyfratorze.

Agentów FBI natychmiast zastanowiło, po co sędziemu federalnemu zarabiającemu sto siedemdziesiąt cztery tysiące dolarów rocznie potrzebny był tak zaawansowany technicznie i przemyślnie ukryty sejf. W chwili śmierci miał piętnaście tysięcy dolarów na osobistym koncie bankowym, sześćdziesiąt tysięcy na jednoprocentowej lokacie bankowej, piętnaście tysięcy dolarów w obligacjach i czterdzieści siedem tysięcy w funduszu inwestycyjnym, który od blisko dziesięciu lat nie przynosił żadnych zysków. Do tego dochodził fundusz emerytalny i dodatkowe profity, jakie przysługują wysokim urzędnikom federalnym. Nie miał prawie żadnych długów, więc jego sytuację finansową można było uznać za dobrą. Ale głównym zabezpieczeniem Fawcetta było stanowisko. Konstytucja pozwalała mu piastować je do końca życia, więc pensja miała charakter dożywotni.

Rodzina żony posiadała całe fury akcji banków, ale sędzia od początku nie mógł się nawet do nich zbliżyć, a separacja jeszcze bardziej go od nich oddaliła. W sumie można go było uznać za dobrze sytuowanego i zabezpieczonego na starość, ale na pewno nie za krezusa. I dlatego nie należał do ludzi potrzebujących przemyślnie ukrytego sejfu, by trzymać w nim swoje skarby.

Więc co sędzia trzymał w sejfie? Albo inaczej mówiąc – czemu zginął? Późniejsze przesłuchania członków rodziny i przyjaciół wykazały, że nie miał kosztownych hobby, nie kolekcjonował złotych monet ani rzadkich brylantów – niczego, co wymagałoby takich zabezpieczeń. Poza imponującą kolekcją kart z baseballistami, zgromadzoną w młodości, nic nie wskazywało na to, by sędzia w ogóle miał skłonność do zbieractwa.

Chata była tak głęboko ukryta pośród wzgórz, że przypadkowe natknięcie się na nią było niemal wykluczone. Otaczał ją ganek, a wokół widać było tylko zieleń i wodę: żadnych ludzi, żadnych pojazdów, żadnych domów, chat czy szop, żadnych łodzi. Zupełne odludzie. Sędzia trzymał pod gankiem kajak i łódź wiosłową. Podobno całe godziny spędzał na jeziorze, łowiąc ryby, dumając i paląc cygara.

Nie był samotnikiem ani odludkiem, lecz człowiekiem poważnym i skłonnym do rozmyślań.

Dla agentów FBI było jasne, że nie mogą liczyć na żadnych świadków, bo w promieniu wielu kilometrów nie było żywej duszy. Chata wydawała się wymarzonym miejscem dla kogoś, kto chce dokonać zbrodni i zniknąć, na długo zanim zostanie ona odkryta. Od pierwszej chwili po przybyciu na miejsce śledczy wiedzieli, że już stracili mnóstwo cennego czasu. A czekały ich kolejne złe nowiny. Nie znaleźli ani jednego odcisku palca, śladu stopy albo opony, włoska czy włókienka, które posłużyłyby za punkt zaczepienia. W chacie nie było instalacji alarmowej ani tym bardziej kamer. Bo i po co? Do najbliższego posterunku policji było pół godziny drogi. Nawet gdyby policjant tu trafił, co mógłby zrobić? Choćby najgłupszy włamywacz już dawno zdążyłby zniknąć.

Przez trzy dni śledczy przeszukiwali chatę centymetr po centymetrze, a także szesnaście tysięcy metrów kwadratowych wokół niej, ale niczego nie znaleźli. Morderca musiał być dokładny i ostrożny, a to nikomu nie poprawiało humoru. Mieli do czynienia z kimś znającym się na rzeczy – sprytnym zabójcą, który nie zostawia śladów. Nie było od czego zacząć.

Z Departamentu Sprawiedliwości w Waszyngtonie zaczęły płynąć pierwsze naciski i dyrektor FBI powołał specjalną grupę śledczą, która miała zjawić się w Roanoke i pilnie rozwikłać sprawę morderstwa sędziego.

***

Jak było do przewidzenia, brutalne zamordowanie rozwiązłego sędziego i jego młodej przyjaciółki stało się wymarzonym tematem dla mediów elektronicznych i tabloidów. Gdy trzy dni po znalezieniu ciał odbył się pogrzeb Naomi Clary, policja w Roanoke musiała ustawić barierki, by utrzymać tłum reporterów w przyzwoitej odległości od cmentarza. Podczas uroczystości żałobnych Raymonda Fawcetta, które odbyły się następnego dnia w kościele episkopalnym, nad budynkiem kościoła zawisł helikopter, zagłuszający muzykę. W końcu szef miejscowej policji i przyjaciel sędziego musiał wysłać własny helikopter, żeby przepędził intruza. Pani Fawcett wraz z dziećmi i wnukami zasiadła w pierwszym rzędzie, ale nie uroniła ani jednej łzy i ani razu nie spojrzała w stronę trumny. Na temat sędziego wypowiedziano wiele ciepłych słów, ale niektórzy – szczególnie mężczyźni – zastanawiali się, jakim cudem taki staruch zdobył taką młodą dupeczkę.

Kiedy oboje już pochowano, uwagę wszystkich znów przykuło śledztwo. FBI odmawiało publicznych wypowiedzi – głównie dlatego, że nie mieli nic do powiedzenia. Tydzień po znalezieniu ciał jedyną poszlaką w śledztwie był raport balistyczny, z którego wynikało, że do ofiar wystrzelono cztery pociski z wydrążonymi czubkami. Użyto broni ręcznej kaliber.38, jednej z milionów, która teraz pewnie leży na dnie dużego jeziora gdzieś w górach Wirginii Zachodniej.

Przeanalizowano też inne motywy. W 1979 roku sędziego Johna Wooda zastrzelono przed jego własnym domem w San Antonio. Sprawcą okazał się zawodowy kiler wynajęty przez potężnego handlarza narkotyków, którego Wood właśnie sądził i miał wkrótce wydać wyrok. Nienawiść sędziego do całego przemysłu narkotykowego była powszechnie znana, a jego pseudonim John Maksimum mówił sam za siebie. Śledczy FBI w Roanoke przewertowali dokumentację wszystkich spraw karnych i cywilnych z wokand sędziego Fawcetta i sporządzili krótką listę potencjalnie podejrzanych, z których niemal wszyscy byli zamieszani w handel narkotykami.

W 1988 sędzia Richard Daronco został śmiertelnie postrzelony na podwórzu swojego domu w Pelham, w stanie Nowy Jork. Zabójcą okazał się rozwścieczony ojciec kobiety, którą sędzia Daronco krótko przedtem skazał. Mężczyzna zastrzelił sędziego, po czym popełnił samobójstwo. Śledczy w Roanoke przejrzeli pod tym kątem dokumentację sędziego Fawcetta i przepytali jego urzędników. W sądach zawsze trafiają się szaleńcy, którzy występują z niedorzecznymi roszczeniami. Sporządzono listę takich spraw. Znalazło się na niej kilka nazwisk, ale nikt naprawdę podejrzany.

W 1989 sędzia Robert Smith Vance zginął we własnym domu w Mountain Brook w Alabamie, kiedy otworzył przesyłkę z bombą. Jego zabójca został wykryty i trafił do celi śmierci, ale nigdy do końca nie wyjaśniono motywu. Prokuratorzy uważali, że chodziło o zemstę za niedawny wyrok. Grupa śledcza w Roanoke przesłuchała setki adwokatów występujących w sprawach, które trafiły na wokandę sędziego Fawcetta, aktualnie lub w niedalekiej przeszłości. Każdy adwokat miewa stukniętych klientów lub zawziętych na tyle, by się mścić, i paru takich przewinęło się przez salę sędziego Fawcetta. Wszystkich po kolei odnaleziono, przesłuchano i skreślono z listy podejrzanych.

W styczniu 2011, miesiąc przed śmiercią Fawcetta, sędzia John Roll zginął w strzelaninie w pobliżu Tucson – tej samej, w której zraniono członkinię Kongresu, Gabrielle Giffords. Sędzia Roll znalazł się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze, ale nie był celem ataku. Okoliczności jego śmierci w niczym nie pomogły śledczym w Roanoke.

Z każdym mijającym dniem trop coraz bardziej stygł. Brakowało naocznych świadków, śladów na miejscu zbrodni i potknięć mordercy. FBI miało tylko garstkę bezużytecznych poszlak i potencjalnych podejrzanych z wokand sędziego, więc śledztwo co rusz utykało w ślepym zaułku.

Ogłoszono nagrodę stu tysięcy dolarów za pomoc w ujęciu sprawcy, ale telefony FBI jakoś się nie rozdzwoniły.

Rozdział 4

Ponieważ we Frostburgu nie panuje ostry rygor, mamy lepszy kontakt ze światem zewnętrznym niż zwykli więźniowie. Nasza korespondencja może być otwierana i czytana, ale w rzeczywistości rzadko tak bywa. Mamy ograniczony dostęp do poczty elektronicznej, ale nie do internetu. Jest tu kilkadziesiąt telefonów i co najmniej tyle samo reguł dotyczących korzystania z nich, ale w zasadzie wolno nam dzwonić na koszt abonenta, ile razy chcemy. Telefony komórkowe są surowo zabronione. Wolno nam prenumerować czasopisma z listy dozwolonych. Kilka gazet co rano trafia na stół w kącie sali jadalnej, zwanym kawiarnią.

To właśnie tam któregoś ranka widzę nagłówek w „Washington Post”.

MORDERSTWO SĘDZIEGO FEDERALNEGO

POD ROANOKE

Nie potrafię ukryć uśmiechu. Właśnie na to czekałem.

Od trzech lat miałem obsesję na punkcie sędziego Raymonda Fawcetta. Nigdy w życiu go nie spotkałem, nigdy nie stawałem przed nim w sądzie, nigdy nie składałem pozwu w podległym mu sektorze południowym Wirginii. Niemal wszystkie moje sprawy toczyły się w sądzie stanowym i bardzo rzadko miewałem do czynienia z sądem federalnym, a jeśli już, to zawsze w sektorze północnym Wirginii, obejmującym tereny na północ od Richmond. Sektor południowy obejmuje Roanoke, Lynchburg i ogromny obszar metropolitalny od Virginia Beach po Norfolk. Do chwili śmierci Fawcetta w sektorze południowym pracowało dwunastu sędziów federalnych, w północnym – trzynastu.

We Frostburgu poznałem kilku odsiadujących wyroki wydane przez sędziego Fawcetta. Starałem się nie okazywać nadmiernego zainteresowania, ale trochę ich popytałem. Udawałem, że znam go osobiście i występowałem przed nim jako adwokat. Wszyscy strasznie na niego pluli, uważali, że wydawał zbyt surowe wyroki. Wyglądało na to, że szczególnie lubił się wyżywać na białych kołnierzykach, których najpierw raczył umoralniającymi tyradami, a potem skazywał na wieloletnie więzienie. Takie procesy zwykle budziły żywe zainteresowanie prasy, a sędzia Fawcett miał wyjątkowo rozdęte ego.

Sam skończył najpierw Duke’a, potem wydział prawa na Columbii i przez kilka lat pracował w firmie prawniczej przy Wall Street. Ponieważ jego żona i jej majątek pochodziły z Roanoke, przeprowadzili się tam, gdy był już po trzydziestce. Podjął pracę w największej kancelarii prawniczej w mieście i szybko wspiął się na sam szczyt drabiny. Jego teść od lat znacząco wspierał demokratów i w rezultacie w 1993 roku prezydent Clinton mianował Fawcetta dożywotnim sędzią federalnego sądu rejonowego w sektorze południowym Wirginii.

W amerykańskim systemie sądowniczym taka nominacja to ogromny prestiż, ale nie niesie z sobą wielkich pieniędzy. Fawcett na nowym stanowisku początkowo zarabiał sto dwadzieścia pięć tysięcy dolarów rocznie, a więc blisko trzysta tysięcy mniej niż jako wspólnik w dobrze prosperującej firmie prawniczej. W wieku czterdziestu ośmiu lat stał się jednym z najmłodszych sędziów federalnych w kraju, a jako ojciec pięciorga dzieci także jednym z najuboższych. Wkrótce jednak teść zaczął pomagać mu finansowo i domowy budżet się poprawił.

Kiedyś rozgadał się o początkach swojej kariery sędziego w wywiadzie dla jednego z prawniczych periodyków, których prawie nikt nie czyta. Natknąłem się na niego przypadkiem w więziennej bibliotece, w stercie czasopism do wyrzucenia. Niewiele książek czy czasopism umyka mojej uwadze i często się zdarza, że czytam po pięć czy sześć godzin dziennie. Tutejsze komputery to zwykłe pecety sprzed kilku lat, pracują non stop i nieźle dostają w kość. Ponieważ pełnię funkcję bibliotekarza i komputery pozostają w mojej gestii, mam do nich niemal nieograniczony dostęp. Mamy abonament do dwóch internetowych witryn prawniczych i dzięki nim przeczytałem wszystkie artykuły autorstwa świętej pamięci sędziego Fawcetta.

Coś się z nim stało pod koniec wieku, około roku 2000. Podczas pierwszych siedmiu lat pracy jawił się jako lewicujący obrońca praw jednostki i niejednokrotnie okazywał współczucie biednym i pokrzywdzonym, dawał po łapach organom ścigania, okazywał niechęć wobec wielkiego biznesu i karcił niesfornych podsądnych ostrymi wyrokami. Jednak w roku 2000 coś zaczęło się zmieniać. Jego orzeczenia stały się krótsze, dużo słabiej uzasadnione i czasami wręcz napastliwe, a on sam zdecydowanie przesunął się na prawo.

W roku 2000 prezydent Clinton mianował go na wakujące stanowisko sędziego w sądzie apelacyjnym czwartego okręgu w Richmond. Taka nominacja to spodziewany awans sędziego sądu rejonowego, który jest utalentowany lub odpowiednio ustosunkowany. W czwartym okręgu miał być jednym z piętnastu sędziów, do których trafiają wyłącznie odwołania, a wyżej było już tylko stanowisko sędziego Sądu Najwyższego. Trudno powiedzieć, czy Fawcett miał tego rodzaju ambicje, choć większość sędziów federalnych prędzej czy później je ma. Tymczasem Bill Clinton odchodził ze stanowiska w napiętej atmosferze i jego nominacje utknęły w senacie. Po wyborze George’a W. Busha sprawa rozeszła się po kościach i Fawcett pozostał w Roanoke.

Miał pięćdziesiąt pięć lat, dzieci były już dorosłe lub właśnie opuszczały dom. Może poddał się czemuś w rodzaju kryzysu wieku średniego. A może po prostu jego małżeństwo zaczęło się rozpadać. Teść zmarł, nie uwzględniwszy go w testamencie. Jego dawni wspólnicy zbijali majątki, a on żył ze stosunkowo niskiej pensji człowieka pracy. Niezależnie od przyczyny, sędzia Fawcett radykalnie się zmienił. W sprawach karnych jego wyroki stały się chaotyczne i mniej wyrozumiałe. W sprawach cywilnych uleciało gdzieś współczucie dla zwykłego człowieka, a wydawane przez niego wyroki zaczęły faworyzować możnych tego świata. Sędziowie często zmieniają się z wiekiem, ale rzadko tak bardzo jak Raymond Fawcett.

Najgłośniejszym procesem w jego karierze stała się wojna o kopalnie uranu, która wybuchła w 2003 roku. Pracowałem jeszcze wtedy w kancelarii i dość dobrze znałem przedmiot sporu. Zresztą trudno go było nie znać. W gazetach niemal codziennie ukazywały się sążniste artykuły.

Przez środkową i południową część Wirginii biegnie bogata żyła rudy uranu. Ponieważ kopalnia uranu to koszmar ekologiczny, władze stanowe wydały zakaz eksploatacji złoża. Oczywiście właściciele i najemcy terenu, a także firmy wydobywcze od dawna marzyły o rozpoczęciu wydobycia i wydawały miliony na lobbing, by przekonać decydentów do zniesienia zakazu. Ale Zgromadzenie Ogólne stanu Wirginia było nieugięte. W 2003 roku kanadyjska firma wydobywcza Armanna Mines złożyła pozew w sądzie rejonowym sektora południowego stanu Wirginia, zaskarżając obowiązujący zakaz jako niekonstytucyjny. Podjęła zmasowany, pozbawiony wszelkich skrupułów atak, przeznaczając nań ogromne fundusze i zapewniając sobie pomoc najtęższych umysłów prawniczych.

Jak się wkrótce okazało, pod nazwą Armanna Mines kryło się konsorcjum firm wydobywczych ze Stanów Zjednoczonych, Australii, Rosji i Kanady. Wartość złóż w Wirginii oceniano wstępnie na piętnaście do dwudziestu miliardów dolarów.

Na zasadzie obowiązującego wówczas losowego przydziału spraw ta trafiła do sędziego McKaya z Lynchburga, który miał wtedy osiemdziesiąt cztery lata i cierpiał na starczą demencję. Powoławszy się na względy zdrowotne, sędzia zrezygnował i sprawa trafiła do następnego w kolejce, którym okazał się Raymond Fawcett. Ten nie miał na co się powołać i musiał ją przyjąć. Pozwaną była Wspólnota Wirginii, ale do listy wkrótce dołączyło wiele innych podmiotów: władze miast, miasteczek i powiatów leżących na terenach złóż, a także ci właściciele gruntów, którzy sprzeciwiali się dewastacji terenu. Proces nabrał gigantycznych rozmiarów i sama tylko liczba prawników uczestniczących w postępowaniu przekroczyła setkę. Sędzia Fawcett odrzucił wniosek o oddalenie powództwa i zarządził zbieranie materiałów dowodowych. Wkrótce sprawa zaczęła pochłaniać dziewięćdziesiąt procent jego czasu.

W 2004 roku w moim życiu pojawiło się FBI i oczywiście przestałem interesować się wydobyciem rudy uranu. Nagle miałem znacznie pilniejsze sprawy. Mój proces przed sądem w Waszyngtonie ruszył w październiku 2005 roku. W tamtym czasie proces Armanna Mines już od miesiąca toczył się w wypełnionej po brzegi sali sądowej w Roanoke. Tyle że losy złóż rudy uranu przestały mnie wtedy obchodzić.

Po trwającym trzy tygodnie procesie zostałem uznany za winnego i dostałem wyrok dziesięciu lat więzienia. Po dziesięciotygodniowym procesie sędzia Fawcett wydał wyrok po myśli Armanna Mines. Obu tych spraw nic z sobą nie łączyło, a w każdym razie z takim przeświadczeniem rozpocząłem odsiadywanie wyroku.

Niedługo potem zetknąłem się z człowiekiem, który postanowił zabić sędziego Fawcetta. Dlatego wiem, kto jest mordercą, i znam jego motywy.

***

Największe wątpliwości wśród śledczych FBI budzi motyw. Po paru tygodniach od morderstwa grupa śledcza skupia się na sprawie Armanna Mines i zaczyna przesłuchiwać dziesiątki związanych z nią osób. Podczas procesu ujawniły się dwie grupy radykalnych obrońców środowiska i obie stały się celem ścisłego monitoringu FBI. Fawcettowi kilkakrotnie grożono śmiercią i na czas procesu przydzielono nawet osobistą ochronę. Groźby dokładnie sprawdzono i uznano za niewiarygodne, ale ochroniarze przez cały czas procesu nie odstępowali go na krok.

Próba zastraszenia jest mało prawdopodobnym motywem. Fawcett wydał wyrok i choć jego nazwisko zostało wyklęte przez obrońców środowiska, szkoda już się stała. Zresztą w roku 2009 jego decyzję podtrzymał sąd czwartego okręgu i apelacja czeka już tylko na rozpatrzenie przez Sąd Najwyższy. Do czasu uprawomocnienia wyroku złoża rudy uranu pozostają nietknięte.

Motywem może być też zemsta, ale FBI o tym nie wspomina. Reporterzy przebąkują wprawdzie o „morderstwie na zlecenie”, ale poza profesjonalizmem zabójcy nic na to nie wskazuje.

Z uwagi na miejsce zbrodni i opróżniony sejf za najbardziej prawdopodobny motyw uznaje się więc rabunek.

Mam plan, który od dawna układam sobie w głowie. To dla mnie jedyna szansa.

Rozdział 5

We Frostburgu każdy sprawny fizycznie więzień musi wykonywać jakąś pracę, a wysokość wynagrodzenia ustala Zarząd Więziennictwa. Ja od dwóch lat pracuję jako bibliotekarz i dostaję trzydzieści centów za godzinę. Mniej więcej połowa zarobionych pieniędzy i czeki od ojca wędrują na konto Programu Odpowiedzialności Osadzonych, z którego Zarząd Więziennictwa czerpie środki na pokrycie szkód, grzywien i odszkodowań. Mnie poza dziesięcioletnim wyrokiem zasądzono prawie sto dwadzieścia tysięcy dolarów kosztów i grzywny. Przy stawce trzydziestu centów za godzinę będę to spłacał do końca stulecia i jeszcze trochę.

Pracować można jako kucharz, pomywacz, sprzątacz stołów, czyściciel podłóg, hydraulik, elektryk, stolarz, biuralista, posługacz, pracz, malarz, ogrodnik albo nauczyciel. Uważam się za szczęściarza. Moja praca jest jedną z najlepszych, bo nie wymaga sprzątania po innych. Czasem prowadzę dla więźniów zajęcia z historii, które pokrywają się z programem nauczania w liceum. Za pracę nauczyciela płacą mi trzydzieści pięć centów za godzinę, ale nie robię tego z uwagi na wyższe stawki. Raczej dlatego, że przygnębia mnie poziom wiedzy wśród osadzonych – czarnych, białych i śniadych, bez różnicy. Wielu z nich ledwo umie czytać i pisać. Człowiek, gdy na nich patrzy, zaczyna się zastanawiać, co robi nasz system oświaty.

Ale nie jestem tu od naprawiania systemu oświatowego ani systemu prawnego, ani systemu więziennictwa. Moim zadaniem jest pomyślne dotrwanie do końca dnia z zachowaniem godności i szacunku dla siebie. Bo jesteśmy tu niczym. Jesteśmy śmieciami, kryminalistami, których należało odseparować od społeczeństwa, a nasi strażnicy pilnują, byśmy ani na chwilę o tym nie zapominali. Strażnik nazywany jest tu funkcjonariuszem więziennym3, w skrócie FW, i nie wolno nazwać go strażnikiem. W żadnym razie. FW to ktoś znacznie ważniejszy, to bardziej tytuł niż zajęcie. Większość FW to dawni policjanci albo wojskowi, którzy nie odnieśli sukcesu i zatrudnili się w służbie więziennej. Jest wśród nich paru przyzwoitych gości, ale większość to życiowi nieudacznicy. Tylko kim my jesteśmy, by im o tym mówić? Choćby byli kretynami, są od nas nieporównanie ważniejsi i z satysfakcją nam o tym przypominają.

Wśród FW obowiązuje rotacja, która ma zapobiegać spoufalaniu się z osadzonymi. Być może to się zdarza, ale kardynalna zasada przetrwania w więzieniu zakazuje bliższych kontaktów z FW. Odnoś się do niego z szacunkiem, wykonuj jego polecenia, nie stwarzaj mu problemów, ale nade wszystko go unikaj.

Mój obecny FW nie zalicza się do tych najlepszych. Nazywa się Darrel Marvin i jest zwalistym, brzuchatym białym prostakiem około trzydziestki, który próbuje chodzić dumnym, sprężystym krokiem, ale jest na to o wiele za gruby. Jest też zawziętym rasistą i nie lubi mnie, bo jestem czarny i mam dwa dyplomy wyższych uczelni, czyli o dwa więcej niż on. Ile razy mam z nim jakąś styczność, między nami aż iskrzy. Ale zwykle nie mam wyjścia. Czasem jest mi po prostu potrzebny, właśnie tak jak teraz.

– Dzień dobry, panie funkcjonariuszu – mówię z przyklejonym do twarzy uśmiechem, zatrzymując się obok niego koło stołówki.

– Co jest, Bannister? – prycha.

Wręczam mu oficjalny druczek prośby osadzonego. Marvin bierze go ode mnie i udaje, że czyta. Korci mnie, żeby mu pomóc przy czytaniu dłuższych słów, ale gryzę się w język.

– Muszę się widzieć z panem naczelnikiem – dodaję.

– Czego chcesz od naczelnika? – pyta, nadal zmagając się z odczytaniem mojego prostego podania.

Oczywiście FW ani nikt inny nie ma prawa pytać o powód widzenia z naczelnikiem, ale przypominanie o tym Darrelowi to jak szukanie guza.

– Moja babcia jest umierająca i chciałbym udać się na jej pogrzeb. To tylko dziesięć kilometrów stąd.

– Kiedy, według ciebie, ma umrzeć? – pyta, bo wydaje mu się to szalenie sprytne.

– Niedługo. Proszę, panie funkcjonariuszu. Od lat jej nie widziałem.

– Naczelnika nie nabierzesz na takie gówna, Bannister. Powinieneś to wiedzieć.

– Wiem, ale pan naczelnik ma wobec mnie dług wdzięczności. Parę miesięcy temu udzieliłem mu porady prawnej. Proszę tylko, żeby pan mu to przekazał.

Składa kartkę i chowa do kieszeni.

– Dobra, przekażę. Ale tracisz czas.

– Dziękuję.

Obie moje babcie nie żyją od wielu lat.

***

W więzieniu niczego nie robi się z myślą o więźniu. Przyjęcie lub odrzucenie prostego podania nie powinno trwać dłużej niż parę godzin, ale to by było za proste. Dopiero cztery dni później Darrel mnie informuje, że mam się stawić w gabinecie naczelnika jutro, osiemnastego lutego, o dziesiątej rano.

– Dzięki – mówię z kolejnym fałszywym uśmiechem. Naczelnik jest władcą tego niewielkiego imperium i w swoim mniemaniu rządzi wszystkim i wszystkimi przez wydawanie edyktów. Tacy jak on przychodzą i odchodzą, aż trudno pojąć sens ich wiecznych transferów. Ale tak jak mówiłem, nie jestem tu po to, by reformować system więziennictwa, więc to, co się dzieje w budynku administracji, specjalnie mnie nie obchodzi.

Obecnie naczelnikiem jest niejaki Robert Earl Wade, zawodowy funkcjonariusz więzienny, który bardzo serio traktuje swoją misję. Jest świeżo po drugim rozwodzie i rzeczywiście kiedyś udzieliłem mu porady w sprawie obowiązku alimentacyjnego w stanie Maryland. Wchodzę do jego gabinetu, a on nie wstaje ani nie wyciąga ręki. Nie wdaje się w żadne uprzejmości czy okazywanie szacunku.

– Cześć, Bannister – mówi i macha ręką w stronę pustego krzesła.

– Witam, panie naczelniku. Co u pana? – Siadam na krześle.

– Jestem już wolnym człowiekiem, Bannister. Mój numer dwa przeszedł do historii, a ja już nigdy się nie ożenię.

– Miło to słyszeć. Cieszę się, że mogłem panu pomóc.

Cieplejszy ton szybko znika z jego głosu. Naczelnik przesuwa notatnik i mówi:

– Nie mogę was wypuszczać na każdy pogrzeb, Bannister. Musisz to zrozumieć.

– Nie chodzi o pogrzeb – odpowiadam. – Moje obie babcie od dawna nie żyją.

– To co, u diabła?

– Słyszał pan o śledztwie w sprawie morderstwa sędziego Fawcetta w Roanoke?

Marszczy czoło i odrzuca głowę do tyłu, jakbym go obraził. Wystąpiłem o rozmowę pod fałszywym pretekstem, a niewątpliwie w którejś z licznych instrukcji dla funkcjonariuszy federalnej służby więziennej opisano to jako wykroczenie. Stara się odnaleźć w głowie odpowiednią reakcję i potrząsa głową, ale powtarza tylko:

– Co, u diabła?

– Mam na myśli morderstwo sędziego federalnego. Piszą o tym w gazetach. – Trudno sobie wyobrazić, żeby to przeoczył, ale wszystko jest możliwe. Nie każdy czyta po kilka gazet dziennie tak jak ja.

– Sędziego federalnego?

– Właśnie. Znaleźli go z kochanką w chacie nad jeziorem w południowo-zachodniej Wirginii. Oboje zastrzeleni…

– Jasne, jasne, czytałem. Ale co to ma wspólnego z tobą? – Jest wkurzony, że go okłamałem, i obmyśla odpowiednią dla mnie karę. Tak wszechwładny i potężny pan jak on nie może sobie pozwolić, żeby jakiś więzień nim manipulował. Rozbieganym wzrokiem rozgląda się po gabinecie, próbując zdecydować, jak powinien zareagować na moją bezczelność.

Dlatego muszę przybrać najbardziej dramatyczny ton, bo gdy Wade usłyszy moją odpowiedź, zapewne parsknie śmiechem. Osadzeni mają o wiele za dużo wolnego czasu, który pozwala im wymyślać niestworzone historie na dowód niewinności albo obmyślać teorie spiskowe na temat nierozwiązanych przestępstw, albo też gromadzić sekretną wiedzę, za którą chcą kupić przedterminowe zwolnienie. Krótko mówiąc, osadzeni wiecznie kombinują, jak się stąd wyrwać, i jestem pewny, że Robert Earl ma to wszystko w małym palcu.

– Wiem, kto zabił sędziego – oznajmiam najbardziej uroczystym tonem, na jaki mnie stać.

Z ulgą stwierdzam, że nie wybucha śmiechem. Odchyla się do tyłu, rozmasowuje sobie podbródek i zaczyna kiwać głową.

– I skąd masz taką informację? – pyta.

– Bo poznałem zabójcę.

– Tu czy na wolności?

– Tego nie mogę powiedzieć, panie naczelniku. Ale proszę mi wierzyć, że nic nie zmyślam. Z tego, co czytam w gazetach, wynika, że śledztwo FBI stoi w miejscu. I będzie stało.

Moja karta uwag jest czysta jak łza. Nie zdarzyło się, żebym choć raz napyskował komuś ze służby więziennej. Nigdy nie zawracam głowy skargami. W mojej celi nie ma nic nielegalnego, nawet jednej torebeczki cukru ze stołówki. Nie uprawiam hazardu i od nikogo nie pożyczam pieniędzy. Bezinteresownie pomogłem kilkudziesięciu osadzonym i paru innym osobom – w tym naczelnikowi – w ich kłopotach z prawem. W bibliotece panuje wzorowy porządek. Krótko mówiąc, jak na więźnia, jestem dość wiarygodny.

Podpiera się łokciami, pochyla do przodu i szczerzy pożółkłe zęby. Oczy ma podkrążone i jak zwykle załzawione. Typowe oczy ochlapusa.

– Niech zgadnę, Bannister – mówi. – Chciałbyś podzielić się tą informacją z FBI, zawrzeć z nimi układ i wyjść z więzienia. Tak?

– Absolutnie tak, panie naczelniku. Właśnie taki mam plan.

Wreszcie parska śmiechem. Wysokim, piskliwym chichotem, który sam daje powód do śmiechu. Po chwili przestaje się śmiać i pyta:

– Kiedy kończy ci się wyrok?

– Za pięć lat.

– A, czyli to ma być taki więcej zajebisty układ, tak? Dajesz im nazwisko i wychodzisz pięć lat przed terminem.

– W największym uproszczeniu.

– I czego ode mnie oczekujesz, Bannister? – burczy. Śmiech należy już do odległej przeszłości. – Chcesz, żebym zadzwonił do FBI i powiedział, że mam tu gościa, który zna zabójcę i chce zawrzeć układ? Takich telefonów mają codziennie na pęczki, głównie od różnych świrów, którzy tylko kombinują, jak dobrać się do nagrody. Dlaczego mam ryzykować swoje dobre imię?

– Ponieważ znam prawdę, a pan wie, że nie jestem świrem ani żadnym naciągaczem.

– To sam do nich napisz. Mnie w to nie mieszaj.

– Napiszę, jeśli pan sobie życzy. Ale w końcu i tak zostanie pan w to włączony, bo przysięgam, że ich przekonam. Zawrę z FBI umowę i się stąd wyniosę, a pan będzie musiał zająć się realizacją.

Opada plecami na oparcie fotela, jakby przytłoczony wagą swojej funkcji, i dłubie kciukiem w nosie.

– Wiesz, co ci powiem, Bannister? Mam we Frostburgu sześciuset dwóch osadzonych, a ty jesteś ostatnim, którego bym podejrzewał, że wślizgnie się do mojego gabinetu z taką kretyńską opowieścią. Absolutnie ostatnim.

– Dziękuję, panie naczelniku.

– Nie ma za co.

Pochylam się do przodu i wpatruję się w jego oczy.

– Niech pan posłucha, naczelniku. Wiem, co mówię. Wiem, że nie można ufać osadzonemu, ale niech mnie pan wysłucha. Mam informacje niezwykłej wagi i FBI bardzo będzie chciało je posiąść. Proszę ich o tym powiadomić.

– No, nie wiem, Bannister. Możemy obaj się wygłupić.

– Proszę.

– Zastanowię się. A teraz zmykaj i powiedz panu Marvinowi, że nie wyraziłem zgody na wyjście na pogrzeb.

– Tak jest, panie naczelniku. Dziękuję.

Czuję, że naczelnik nie oprze się takiej okazji. Prowadzenie więzienia ze złagodzonym rygorem dla nienagannie zachowujących się więźniów musi być cholernie nudne. Więc czemu trochę nie namieszać w głośnym na cały kraj śledztwie w sprawie morderstwa?

***