Wydawca: E-bookowo Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 380 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Więzień zemsty - Rafał Wałęka

O czym ta opowieść?
Rok 1984, komunistyczna Polska. Władze przygotowują się do usunięcia kolejnej niewygodnej przeszkody. Celem jest ksiądz, który dla wielu ludzi jest symbolem wolności słowa i wiary w Polskę niepodległą. Jednak prawo w  ustala grupa pseudopatriotów, którzy wolą Polskę  silną w kajdanach, niż słabą na wolności. Głównym, choć nie jedynym bohaterem książki jest Marek Morwin. Były agent Służb Bezpieczeństwa. Niegdyś mordował ze skrzywionym pojęciem walki dla dobra ojczyzny.
Po upadku komunizmu trafił do więzienia i choć próbował odsiedzieć swoje w spokoju, odzywa się do niego przeszłość. Pewne czyny nie mogą zostać wymazane od tak, jednym należy się kara, prawo do jej wykonania. W powieści sensacyjno-kryminalnej „Więzień zemsty” obserwujemy jak pęd do władzy czy pogoń za zemstą właśnie, sprawia, że ludzie stają się źli. Polska – lata 1979 – 2006. Zmieniał się ustrój, ale nie zawsze zmieniali się ludzie trzymający władzę. Na łamach tej pomieszanej chronologicznie opowieści otrzymujemy puzzle, z których sami musimy ułożyć odpowiedzi. Kto chce bogactwa, kto sprawiedliwości, kto władzy, a kto zemsty? Nie istnieją tu bezinteresowne postacie, nic nie jest czarne czy białe. Komu śmierć, komu życie? Jedną z kości niezgody będzie przedmiot zwany „Pandora”. Co spowoduje jej otwarcie?

Opinie o ebooku Więzień zemsty - Rafał Wałęka

Fragment ebooka Więzień zemsty - Rafał Wałęka

Od Autora

Dlaczego wydanie drugie? Podobnie jak przy mojej powieści „Pożądanie na żądanie” chodzi o ewolucję i rozwój jako pisarza. Z tym, że dwa wydania tamtej książki dzieliło nieco ponad kilka miesięcy. W przypadku pierwszego wydania „Więźnia zemsty”, a obecnego, różnicą jest jakieś 5-6 lat. Pierwsze wydanie nigdy nie wyszło poza ebook, teraz mamy i papier. Pierwotna wersja miała około 220 stron, teraz rozrosła się do 340. Co takiego prócz objętości różni oba wydania? Kilka wątków straciło aktualność, przykładowo teraz znacznie łatwiej jest o Internet i umieszczanie tam treści. Przy premierze „Więźnia zemsty” YouTube i Facebook dopiero raczkowały, nie byliśmy mistrzami świata w siatkówce, w piłkę kopaną nigdy nie pokonaliśmy Niemców, w USA nie było jeszcze prezydenta Afro-Amerykanina, a Oscarowa „Ida” nie istniała. Zmieniło się, prawda? Poprawiłem nie tylko język, dialogi, okładkę. Pełno tu roszad fabularnych - niektóre wątki po prostu wyciąłem, inne rozwinąłem, a kilka stworzyłem na nowo. Książka dojrzała, nabrała lepszego smaku i choć nic nie jest doskonałe, to życzę miłej zabawy przy czytaniu niniejszej powieści, której kontynuacją jest moja „Syzyfowa zemsta”. Pozdrawiam!

Rafał Wałęka

O czym ta opowieść?

Rok 1984, komunistyczna Polska. Władze przygotowują się do usunięcia kolejnej niewygodnej przeszkody. Celem jest ksiądz, który dla wielu ludzi jest symbolem wolności słowa i wiary w Polskę niepodległą. Jednak prawo ustala grupa pseudopatriotów, którzy wolą Polskę silną w kajdanach, niż słabą na wolności. Głównym, choć nie jedynym, bohaterem książki jest Marek Morwin. Były agent Służb Bezpieczeństwa. Niegdyś mordował, kierując się skrzywionym rozumieniem walki dla dobra ojczyzny.

Po upadku komunizmu trafił do więzienia i choć próbował odsiedzieć swoje w spokoju, odzywa się do niego przeszłość. Zastanawia się czy tak naprawdę był kiedykolwiek wolnym człowiekiem. Pewne czyny nie mogą zostać wymazane od tak, jednym należy się kara, drugim prawo do jej wykonania. Kto chce bogactwa, kto sprawiedliwości, kto władzy, a kto zemsty? Nikt nie jest bezinteresowny, nic nie jest czarne czy białe. Komu śmierć, komu życie? Odpowiedzi może dać przedmiot zwany „Pandora”.

Rozdział 1.

18 października 1984. Nieznana lokalizacja.

Trzech potężnie zbudowanych milicjantów wlekło ciało półprzytomnego mężczyzny. Pokaz siły, jako twardej pięści władzy. Ciągnięty mężczyzna być może dałby radę iść samemu, ale w ten sposób protestował.

– Macie siłę bić, miejcie siłę nieść. Nie złamiecie mnie, nie złamiecie i Polski – wołał zakrwawiony mężczyzna.

– Odejść od drzwi! Wypad pod ścianę, wszyscy! – rozkazał władczym tonem jeden z milicjantów, podczas gdy dwaj pozostali rzucili młodego mężczyznę do celi. Jeden z nich splunął pod nogi milicjanta. Dłoń obrażonego funkcjonariusza spoczęła na kaburze z pistoletem. Od wyciągnięcia broni powstrzymał go dowódca.

– Niech szczury gniją dalej. – Dowódca niemal wywlekł z celi wściekłego milicjanta. Zamknęli drzwi i obiecali, że wrócą tu po kolejnego więźnia. Brodacz i kilku współwięźniów podeszło do leżącego na brzuchu mężczyzny. Oddychał ciężko. Obrócili go na plecy. Jęknął. Towarzysze zobaczyli pod szyją zakrwawioną koloratkę. Biała, splamiona czerwienią, niczym polska flaga.

– Maglowali cię? Co mówiłeś? – Brodacz cucił majaczącego człowieka w koloratce. Otumaniony rozglądał się po celi.

– Gdzie jestem? Kim jesteś? – pytał ksiądz.

– To nasze piekło, a za ścianą diabły. – Brodacz wyglądał na przywódcę trzymanych tu więźniów.

– Nie bluźnijcie. Jezusa nie złamali to i nas nie ruszą. – Ksiądz poprawił swoją koloratkę i usadowił się pod ścianą. Bolały go plecy, a w stopy było mu zimno od betonowej podłogi.

– Diabeł to też komuch – rzucił sceptycznie niski, łysiejący mężczyzna zza pleców Brodacza.

– Mrówa zawsze zrzędzi, wieczny pesymista.

– W dzisiejszych czasach ciężko o optymizm – dodał Mrówa. Mężczyzna w zakrwawionej koloratce zaśmiał się. Reszta zgromadzonych w celi otoczyła księdza jakby miała wysłuchać opowieści wodza plemienia. Nowy więzień wzbudzał podejrzenia, ale koloratka była ceniona wyżej. Przed nimi nie siedział bohater, ale zwykły ksiądz, od którego wymagano spowiedzi.

– Koledzy wybaczą, ale chamstwem się zaraziłem od tych mundurowych. Ksiądz Jakub do usług. – Przedstawiając się mężczyzna w zakrwawionej koloratce starał się wyglądać godnie. Obolały wyciągnął dłoń na powitanie. Brodacz, jako pierwszy niepewnie uścisnął rękę. Reszta zrobiła to dopiero po chwili.

– Ksiądz wybaczy, są nieufni. Nawet wobec Boga.

– Bóg też do nich rękę wyciągnie, gdy przyjdzie pora – mówił duchowny.

– Dobra farosz, fajnie godosz, ale godej coś chlapnył hadziajom. O co pytoli? – Chuderlawy rudzielec kucający przy księdzu Jakubie podskoczył bojowniczo. Rudowłosy miał ksywę Ślązak i pochodził z Gliwic, a dokładnie z Łabęd.

– Pytali o to samo co was wszystkich.

– A ksiundz to skąd wi o co nos pytali? – kontynuował Ślązak.

– Bo to komuna, jeden mózg, jeden tok myślenia. My powinniśmy być też jak pięść, razem i nie dać się tym, tym, wybaczcie koledzy, ale nieźle mnie obili. – Ksiądz osunął się nieco na bok. – Gdzie jesteśmy? – zapytał duchowny.

– Nie wiemy. Ciemno, śmierdzi. Wilgoć. Ślązak górnikiem jest to twierdzi, żeśmy pod ziemią.

– Bo to prowda. Pitnyć nima jak bo wszyndzie te kacapy.

– Widzę, że i was… Na spowiedź wzięli. Nie damy się, prawda? – Ksiądz Jakub spojrzał na resztę więźniów. Chciał ich podnieść na duchu.

– Jak ojciec tu trafił? – pytał brodacz.

– Pewnie jak wszyscy, za żywota. Ktoś do mnie zadzwonił, na plebanię, że pilna sprawa. Przyszli, zwinęli bez wytłumaczenia no i jestem. Nawet skarpetki mi zabrali.

– My koszulkami obwiązujemy nogi, gramy na czas, bo te barany tak chcą nas złamać. Podłoga zimna, pochorujemy się i myślą, że wtedy się nam do dupy dobiorą. Przepraszam księdza.

– Brzydkie czasy to i brzydkich słów wymagają. – Ksiądz Jakub rozejrzał się po twarzach więźniów. Wszyscy, tak jak i on mieli spuchnięte, obite twarze. Zobaczył zarówno zwątpienie, jak i upór. Nie umiał tego opisać. Zmęczone twarze, ale silne charaktery.

– Proszę księdza, ci na górze, to tylko pałować potrafią. Plaga, zaraza, chcą nas udupić. To już nie Polacy, to komuchy.

– Chrześcijan prześladowano, ale przetrwali. Uparte skurczybyki z nas Polaków, prawda? Nie damy się ruskim jak Jezus nie dał się diabłu. – Ksiądz Jakub swoim poczuciem humoru zyskiwał sympatię współwięźniów. Zaufali mu, potrzebowali takiego przewodnika.

– Ksiundz godo jak tyn farosz, Pole, Pokie…

– Popiełuszko Ślązak, Popiełuszko.

– Przeca godom.

– Takie porównania to dla mnie zaszczyt. Kiedyś miałem okazję go poznać, sympatyczny i silny człowiek. Potrzebujemy takich więcej.

– Jo się nie zdziwia jak tu z nomi wyląduje i go pobiją jak…

– Ślązak, nie kracz – zganił go jeden z więźniów.

– Przycież prowda godom.

– Wlewa nadzieję w ludzi, w te puste czasy. Dlaczego mieliby mu coś zrobić? To niechrześcijańskie – stwierdził Jakub.

– Myślą, że to przywódca solidarności w sutannie. Wódz rewolucji – powiedział podniosłym tonem jeden z więźniów.

– A nie jest? Wiele o nim mówią – dopytywał ksiądz Jakub. – Na swój sposób jest liderem, za którym możemy pójść.

– Odpocznij. Niedługo znów przyjdą. Nie każdy wraca, ale musimy być silni, solidarni.

– Musimy wierzyć. – Duchowny poprawił koloratkę.

Kilka godzin później... (18 października 1984)

Księdza Jakuba zbudziły krzyki milicjantów. Przyszli po jednego z więźniów. Paweł Patocki nie protestował. Wstał i pewnym krokiem odszedł z mundurowymi.

– Walą na ślepo, po kolei. Nikt nic nie sypnie, o cokolwiek pytają. Będą go bili, torturowali, a potem wróci tutaj. Wezmą następnego.

– To dlaczego tak spokojnie siedzimy? Nic z tym nie można zrobić?

– Ksiądz to ksiądz, ale jednak młody. Nie rozumie, że tu chodzi o idee. Nie jesteśmy jak komuniści. My wierzymy w wolną Polskę, wspólną, ale nie ślepą.

– A Polska nie jest wolna? Niemców już nie ma, Rosjanie ich wykurzyli – ksiądz przerwał.

– Ruscy przyszli i rozsiedli się jak u siebie. Prawda jest taka, że nie są lepsi od Hitlera. Po 45 Polska spadła z deszczu pod rynnę i do dziś toniemy w gównie, które sami tu wpuściliśmy. Nie odzyskaliśmy niepodległości.

– Trzeba wierzyć – mówił ksiądz Jakub.

– Wierzymy, wierzymy. Bo co nam innego pozostało.

– Bóg nie bez celu na próby nas wystawia.

– Bez obrazy ojcze, ale czasami mam wrażenie, że Bóg gada po rusku.

Ksiądz Jakub nie chciał się dalej kłócić. Podszedł do niego nieśmiało jeden z więzionych mężczyzn. Miał może jakieś 30 lat, ale wyłysiał niczym starszy Pan. Pięknym uzębieniem też nie mógł się pochwalić.

– Szczęść Boże. Przepraszam, pan jest księdzem i… – zagadnął nieśmiało klękając przy Jakubie.

– Yyy, tak, jestem. Ale od niedawna. Co się stało?

– Chcę, się wyspowiadać. Nie zawsze byłem praktykujący, ale ten, no… Nie wiadomo ile nam zostało.

– Na spowiedź czasu zawsze wystarcza. Służę pomocą. Przykucnijmy w kącie – odparł ksiądz Jakub. Tak też uczynili.

– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.

– Na wieki wieków.

– Nie pamiętam kiedy ostatni raz się spowiadałem.

– Nie szkodzi, mów co leży ci na sercu – odparł ksiądz Jakub i spokojnie wyspowiadał mężczyznę w kącie celi.

Za jego przykładem poszli kolejni więźniowie. Rozmawiali o różnych sprawach, jak dobrzy koledzy. Po pewnym czasie do celi wrzucono kolejnego więźnia po przesłuchaniu. Tradycyjnie pierwszy podszedł do niego Brodacz.

– O co cię pytoli? – zapytał Ślązak, więzień zaśmiał się.

– O to co zawsze, kacapy, o pogodę. Nigdy mnie nie złamią – odparł, a Brodacz uśmiechnął się i pomógł mu wstać. Obolałego ułożono pod ścianą. Brodacz wrócił do Jakuba i przykucnął obok niego w kącie celi pełnej wilgoci.

– Więc naprawdę jesteś księdzem. Ludzie ci ufają, dajesz im nadzieję.

– Robię co w mojej mocy.

– Tak jak i my tutaj. My Polacy. – Rozmowę przerwali milicjanci. Wtargnęli do celi po raz kolejny, tym razem było ich więcej. Zabrali księdza Jakuba na przesłuchanie.

– Bądź silny! Nie daj się zarazie! – wołali więźniowie, gdy ksiądz Jakub wleczony był na tortury ciała, umysłu i ducha.

Godzinę, może półtorej później... (18 października 1984)

Ksiądz Jakub wrócił do celi. Znów cały poobijany i obolały.

– Nic nie powiedziałem. Byłem silny – stwierdził dumny.

– Obawiałem się, że ksiądz nie wróci.

– Silny ze mnie skurczybyk. Ojciec skurczybyk – żartował Jakub, a więźniowie odczuwali ulgę mając koło siebie takiego duchownego. Brodacz i Jakub usiedli w swoim ulubionym kącie i długo rozmawiali. Wielokrotnie schodzili na temat księdza Popiełuszko. Obaj wychwalali jego pracę, ale Jakub żałował, że nie może się z nim skontaktować.

– Naprawdę o tyle chciałbym go zapytać.

– No razem moglibyście zdziałać wiele, potrzeba nam takich duchowych przewodników.

– Na tak wiele owiec nie zawsze wystarcza jeden pasterz.

– No jak tyle owiec głupich to się nie dziwię – Brodacz zaśmiał się. Polubił ojca Jakub, ufał mu. Z wzajemnością.

– Myślę, że moglibyście się spotkać.

– Nie wiem gdzie ojca Popiełuszko szukać.

Brodacz zbliżył się do duchownego w krwawej koloratce.

– Myślę, że będę umiał to załatwić.

– Przecież on poukrywany, skąd.

– Ciii… Jeszcze Polska nie zginęła, ojcze. – Brodacz mrugnął do księdza. Brodaty, nieformalny przywódca więźniów okazał się całkiem dobrym bankiem informacji. Zaufał księdzu Jakubowi wiedząc, że duchowny jest silny jak on, może pomoże poprowadzić Polskę ku wolności.

Razem z księdzem Jerzym Popiełuszko.

Kilka godzin później... (18 października 1984).

Milicjanci znów zabrali księdza Jakuba na przesłuchanie. Więźniowie wiedzieli już, że komuniści uparli się akurat na niego widząc, jakim symbolem uporu stał się dla współdzielących celę. Musieli ich obserwować. Ojca Jakuba zabrano na spowiedź, z której nie wrócił już do zimnej celi. Nie zaprowadzono go na salę przesłuchań. Usiadł wygodnie w fotelu i otrzymał szklankę wódki, którą wypił jednym haustem. Nie odmówił też, gdy został poczęstowany papierosem przez zwierzchnika. Ksiądz Jakub przestał być duchownym. W bogato udekorowanym pokoju z wielkim biurkiem spowiadał się temu, kto umieścił go w celi z resztą więźniów podejrzanych o kolaborację z Solidarnością.

– Grzegorz Hanik, agent niezłomny jak wół. Zawsze do usług. Długo mamy ci ryj obijać czy w końcu masz coś ciekawego? – zapytał Edward Krzywda.

– Towarzyszu. Misja zakończona, myślę, że uzyskałem dostęp do tego księdza.

– Widzisz Hanik jak chcemy to możemy. Cholernie dobry z Ciebie łgarz. Sam Jaruzelski uwierzyłby, że jesteś jego córką.

– Ku chwale ojczyzny. – Hanik salutował dumnie. Zdarł z siebie koloratkę, wrzucił ją do popielniczki i ostrożnie, powoli przypalał papierosem delektując się sukcesem. Edward Krzywda wysłuchał swojego agenta, a później sięgnął po telefon. Wydał rozkaz aktywacji operacji o kryptonimie „Zabić Księdza”. Hanik odebrał gratulacje od przełożonego i oddał się pod opiekę lekarza. Jego zadaniem było zdobycie zaufania współwięźniów, infiltracja i uzyskanie pomocnych informacji na temat księdza Popiełuszko. Jakiś czas później, po kolejnym toaście, Edward Krzywda otrzymał depeszę. Dowódca z satysfakcją przekazał treść wiadomości.

„Popiełuszko martwy. Dorwaliśmy go, gdy wracał do Warszawy, na drodze do Torunia niedaleko miejscowości Górsk. Jego kierowca, Waldemar Chrostowski, zwiał, ale dorwiemy go. Misja zakończona sukcesem.

Agent Morwin.”

Krzywda, dowódca o umyśle przebiegłym, Hanik szpieg, o języku kłamliwym, i on agent Morwin, zabójca silny jak niedźwiedź, uparty jak wół i posłuszny władzy niczym pies. Razem tworzyli trio, które wierzyło w sukces nie tylko własny, ale i ustroju komunistycznego. Tymczasem Grzegorz Hanik, choć był dobrym agentem, to nie miał mocnej głowy jak większość kolegów po fachu. Po kolejnym toaście rozwiązał mu się język.

– Co teraz towarzyszu? – Hanik udał, że bierze kolejny łyk wódki. Nie przeszłaby mu przez gardło.

– Wielka przyszłość. Doskonale sprawdziłeś się jako szpieg, a Morwin jako egzekutor. Razem dokonamy wielkich rzeczy. Doskonali agenci Służb Bezpieczeństwa. Takich ludzi trzeba silnej Polsce. Pozbędziemy się tej podziemnej rebelii – odparł Edward Krzywda, po czym chwycił za telefon i wykręcił numer.

– Towarzyszu, więźniowie z piwnicy nie będą nam już potrzebni. Uciszyć, permanentnie. – Krzywda wydał rozkaz, odłożył słuchawkę i spojrzał chłodnym wzrokiem na Hanika. Agent przełknął ślinę, zbierało mu się na wymioty. Bał się niewielu rzeczy, ale szef wzbudzał w nim dziwną mieszankę strachu i respektu.

– Coś nie tak towarzyszu agencie? – zapytał widząc jego minę.

– Nie towarzyszu. Ku chwale ojczyzny. Ku chwale.

– Powiem ci coś o ojczyźnie, i zapamiętaj to. Lepsza silna Polska w kajdanach, niż słaba na wolności. Przepowiadam ci to, a ja wiem co mówię. – Krzywda miał ochotę na kolejne kieliszki, ale Hanik miał dość. Poprosił o odmeldowanie się. Dowódca zasalutował, a agent wyszedł z gabinetu chwiejnym krokiem. Gdy przechodził niedaleko piwnicy usłyszał kilkanaście strzałów. Wiedział, że to egzekucja. Ku chwale kurwa ojczyzny – pomyślał po czym zwymiotował. Hanik zabił tych ludzi nie brudząc sobie rąk. Inny agent, wspomniany Morwin, wolał osobiście wykańczać wroga. To on dokonał egzekucji na księdzu Popiełuszko. W przeciwieństwie do niego Hanik też zabił, ale nie bezpośrednio. Wiele miejsc, wielu żołnierzy, jeden cel. Skrzywione pojęcie wiary w wolność Polski. Krwawa, bratobójcza walka i przymierze z rozsądku, z Rosją.

– Jestem silny. Silniejszy od nich wszystkich – pomyślał Hanik po ukończeniu jednego ze swoich pierwszych poważnych zadań. Kilkanaście osób nie żyło, przez niego. Niedawno siedział z nimi, dzielił ból, żartowali. Najpierw zdobył ich zaufanie, później otrzymał ich śmierć. Morwin, podobnie jak Hanik nie miał wyrzutów sumienia. Wyzbyli się ich już dawno. Pranie mózgu, jakie zafundowały im władze rządzące Polską skutecznie zastąpiły to poczuciem obowiązku i ślepym posłuszeństwem. Jednak przez moment poczuli jak głęboko zakopano ich człowieczeństwo. Przekonani, że działają dla dobra swojej ojczyzny, silnej Polski.

Tak naprawdę nasz kraj przez wiele lat był po prostu więzieniem, w którym mogłeś zostać skazany niezależnie od tego czy byłeś winny, czy nie. Więzień zemsty nie potrafił opuścić swej celi…

Z historii więzienia w Raciborzu.

„Zakład Karny w Raciborzu to zakład typu zamkniętego dla recydywistów penitencjarnych z oddziałem terapeutycznym dla skazanych z niepsychotycznymi zaburzeniami psychicznymi lub upośledzonych umysłowo. Jednostka w Raciborzu zaliczana jest do kategorii pierwszej, tzn. odbywają tu karę skazani zarówno na krótkotrwałe, jak i najsurowsze kary pozbawienia wolności, z karą dożywotniego pozbawienia wolności włącznie. Pojemność jednostki została określona na 812 miejsc. Kadra zakładu liczy obecnie ponad 253 funkcjonariuszy i pracowników cywilnych. Architektonicznie wzorowano się na więzieniach wybudowanych w Berlinie i we Wrocławiu. Budynek więzienia ma kształt krzyża równoramiennego z podstawą i wieżą więzienną o wysokości 35 metrów. Raciborskie więzienie jest zasiedlone nieprzerwanie od 25 sierpnia 1851 roku. Średnia powierzchnia celi wynosi 7-8 m2. Powierzchnia całkowita, jaką zajmuje zakład to ponad 94 tys. m2. Łączna powierzchnia cel mieszkalnych to ponad 2600 m2. W 1992 r. decyzją wojewódzkiego konserwatora zabytków w Katowicach, zespół budynków Zakładu Karnego w Raciborzu został wpisany do rejestru zabytków województwa katowickiego.”1

Zasady przyjmowania paczek: 

Osadzony ma prawo otrzymać raz na kwartał paczkę żywnościową o wadze do 5 kg, a za zezwoleniem Dyrektora paczki z niezbędną mu odzieżą, bielizną, obuwiem i innymi przedmiotami osobistego użytku oraz środkami higieny i lekami. Paczki przyjmowane są jedynie w twardym opakowaniu. Nie przyjmuje się paczek:

- bez spisu zawartości,

- żywnościowych, których ciężar wraz z opakowaniem przekracza 5 kg,

- higienicznych i odzieżowych zawierających artykuły inne niż określone w zezwoleniu Dyrektora,

- zawierających artykuły, których sprawdzenie jest niemożliwe bez naruszenia w sposób istotny ich zawartości.

Zabrania się wnoszenia na teren zakładu karnego broni, środków łączności, środków odurzających, psychotropowych, alkoholu i wyrobów tytoniowych.”

Chyba, że jesteś mądrzejszy i sprytniejszy od wszystkich, którzy wymyślają te zasady…

Zbieżność nazwisk i wydarzeń jest przypadkowa. Historia i budowa więzienia ukazana poniżej również jest fikcyjna. Prawdą jest jedynie umieszczona wyżej notatka, uzyskana za zgodą władz więziennictwa w Raciborzu.

Rozdział 2.

20 marca 2003.

Zakład karny w Raciborzu.

Z biegiem lat zakład karny w Raciborzu przestawał być zwykłą placówką dla skazanych. Dzięki dotacjom z Unii Europejskiej standard tego miejsca wybił się znacznie ponad stan innych tego typu miejsc w Polsce. Może nie dorównywał luksusowym hotelom, ale na komfort nikt nie narzekał. Wręcz przeciwnie. Niektórzy twierdzili nawet, że to jedno z niewielu miejsc, gdzie chce się trafić za karę, a o ucieczkach w ogóle nie może być mowy. Opinia publiczna wyrażała swój sprzeciw na różnorakie sposoby. Od kilku kobiet przykutych kajdankami do bramy, po większe manifestacje przeradzające się czasami w małe zamieszki. Wzburzony tłum nie potrafił przełknąć tego, że więźniowie nie są karani rygorystycznie, tylko trafiają na kilkuletnie wakacje do „placówki resocjalizacyjnej o wysokim standardzie”. Tak właśnie miał w zwyczaju nazywać ów przybytek naczelnik. Jego osoba, pełniąca tę funkcję także różniła się od wszystkich innych w kraju. Wyróżniał się miłą aparycją, medialnością i umiejętnościami interpersonalnymi. W zakładach karnych w Polsce przeważnie panują apodyktyczni, zamknięci w sobie furiaci, którzy część zachowań niestety przejmują od swoich „podopiecznych”. Blisko 40 letni urzędnik, absolwent prawa i administracji, był najmłodszym naczelnikiem więzienia w kraju. Typ karierowicza ma to do siebie, że nie potrafi usiedzieć na jednym stołku, zawsze marzy mu się większy. Michał Pasikonik nazwiskiem nie rzucał na kolana, ale wierzył, że stać go na coś więcej niż dbanie o komfort grupy psychopatów i kryminalistów. Marzyła mu się kariera polityczna. Wiarę w to narzucał mu cień ojca, Mariana, znanego polityka. Michał właśnie po nim odziedziczył przydatną umiejętność oczarowania mediów. Piękny Marian – jak nazywała go prasa – wychował syna jakby miał być dziedzicem tronu. Wzorowe opanowanie zasad Public Relations było idealną receptą na skonfliktowaną opinię publiczną. W roku 1999 więzienie dopadł kryzys, groziło mu zamknięcie i wyburzenie, ale tylko dzięki napisanemu od podstaw programowi restrukturyzacji raciborskiej placówki resocjalizacyjnej, Michałowi Pasikonikowi udało się nie tylko nie pozwolić tej „klaczy zdechnąć”, ale i przerodzić ją w rumaka, na którym mógł jechać w stronę sukcesu. Nie do przecenienia były tu zapewne wpływy i znajomości ojca. Piękny Marian raz jeszcze oczarował kogo trzeba, ale media czasami szczekają zbyt chaotycznie i głośno, aby ktoś wierzył w ich teorie. Tylko dzięki uporowi i pomysłowi Pasikoników nie zamknięto Raciborskiego więzienia, ale tamtejsi pensjonariusze wciąż niezbyt szanowali swojego naczelnika. Dla nich był kolejnym wykształciuchem, który miał w życiu szczęście i „plecy” mu te szczęście zapewniające. Tak czy owak Michał Pasikonik stał się naczelnikiem najnowocześniejszego więzienia w Polsce. Nasz system więziennictwa podupadał, zbiegło się to ze wstąpieniem Rzeczpospolitej do Unii Europejskiej. Fundusze i dotacje marnowały się, a UE wraz z opinią publiczną w Polsce potrzebowały inwestycji niczym wampir krwi. Wtedy pojawił się właśnie Pasikonik z planem „Odrodzenie”. Problemem nie był już budynek, lokatorzy też się znaleźli, ale minusem były braki kadrowe. Pomimo całkiem niezłych zarobków, placówka wciąż cierpiała na niedobory personalne. Krążyły opowieści o tym jak niebezpieczna to praca, jak wykańczające są wyzwiska więźniów i te ciągłe ryzyko, że coś pójdzie nie tak. ZOO pełne tygrysów, którego nie zadowalają luksusowe klatki. Co do samego budynku więzienia, to mamy przed sobą małą twierdzę stworzoną na modłę najnowocześniejszego trendu amerykańskiego i europejskiego. Elektroniki nie przekupisz, strażnika tak. Dlatego więc wszechobecna technologia oszczędzała pracy strażnikom. Wysokie na wysokość dwóch pięter mury uniemożliwiłyby ucieczkę nawet najlepszym alpinistom. Sam Małysz by tego nie przeskoczył. Na początku owszem, więźniowie próbowali uciec, ale z czasem porzucili ten zamiar. Mieli tu za dobrze. Poza tym wszechobecny monitoring nie pozwalał skazanym na samowolkę. Ciągła obserwacja i kontrola, jakby wielki brat patrzył. Więźniowie rozleniwili się i pozwolili się wychowywać. Przestali być drapieżnikami w ZOO. Duża biblioteka zapewniała rozwój intelektualny, siłownia fizyczny, a zajęcia z religii duchowy. Więzienie nowej generacji. Nieefektywne protesty skończyły się, a opinia publiczna podzieliła się na obozy. Coraz więcej osób zaczęło wspierać i chwalić Raciborskie więzienie widząc jak w końcu zaczyna działać w Polsce proces zwany resocjalizacją. Skazani w innych ośrodkach czasami wręcz błagali o przeniesienie tutaj. Naczelnik preferował skazańców z cięższymi wyrokami, uznawał to za większe wyzwanie resocjalizacyjnej. Jak wszędzie, znaleźli się oporni skurwiele, który w dupie mają zmiany. Więźniowie trzymający się swojego trudnego charakteru i popapranych skłonności niczym cyca najlepszej laski w mieście. Takim, więźniem starej daty, był Marek Morwin. Na potężnym karku miał już ponad 50 wiosen, choć przestał już to liczyć. Stary wilk odkładał starość, bo chciał jeszcze gryźć. Spędził w zamknięciu niemal całe lata 90, a Shazę i Disco Polo znał tylko z radia. Samotnik, który roztacza dookoła niewidzialną ścianę strachu. Bariera ta bywała pokusą dla żądnych szybkiego szacunku skazańców. Ostatni, który zapytał Morwina o to czy grypsuje czy frajerzy, skończył w skrzydle szpitalnym ze złamaną szczęką. Do dziś boli go, gdy się uśmiecha. Tamten więzień na pewno pamięta odpowiedź Morwina: Gier nie psuję, ludzi owszem.

Nie był to ostatni raz, gdy musiał On pięścią odpowiadać komuś na natrętne pytania. Jedni atakowali go, bo wiedzieli co potrafi i chcieli zyskać szacun innych, a inni, również przez tą wiedzę, trzymali się od niego z daleka. Morwin cenił sobie spokojną odsiadkę, ale czasami ciągnęło wilka do lasu. Hamował się, aby nie zabić kolejnego natręta. To byłoby takie proste… Wyobraźmy sobie wielkiego, lecz leżącego psa. Nie szczeka, tylko gryzie, gdy zaczniesz drażnić. Kiedyś Morwin wielokrotnie trafiał do izolatki, ale naczelnik przestał go tam wysyłać za kolejne rozróby, gdy psycholog zauważył jak ów więzień ceni sobie spokój i samotność. Naczelnik specjalnie więc umieszczał Morwina wśród ludzi. Prywatna zabawa władzy i zakłady za i przeciw kolejnym odważnym, a może i głupim, którzy ośmielili się podnieść rękę na wielkiego skazańca. Fizycznie posiadał wszystko co jest potrzebne twardzielowi, aby mieć święty spokój. Wielkie mięśnie, nieogolona twarz naznaczona bliznami i łysa potylica przywodziły na myśl wściekłego skina, wracającego po przegranym meczu swojej ukochanej drużyny.

Nie musiał się zbytnio wysilać, aby straszyć. Względny spokój zapewniała reputacja zamkniętego w sobie zabijaki, który tylko czeka na pretekst, by wrócić do dawnego hobby. Morwin wiele przeżył i jeszcze więcej przetrwał. Pewnego dnia coś pchnęło bliźniaków Broniewskich, by spróbować szczęścia. Krzysiek i Olek byli zgranym zespołem, który ufał tylko sobie wzajemnie. Charakterystycznym elementem ich aparycji były tatuaże na boku głowy. Zrobili to sobie dopiero w więzieniu, jeden miał skorpiona bez żądła, drugi właśnie żądło. Bo razem byli najgroźniejsi. Rodzeństwo wpierw prowokowało Morwina, ale wielkolud pozostawał nieporuszony. Nie z takimi jak oni sobie radził. Byli uparci, a on chciał się poruszać i tracił cierpliwość. Kolejna walka szacun u osadzonych. Wielki Morwin nie pozwoli sobie by pluło na niego jakieś pospólstwo. Zazwyczaj spokojny, odsiadujący swoje grzechy w takich chwilach czuł się wolny.

W trakcie walki czuł się jak ptak, któremu zakazano latać, a teraz znów wzbił się w powietrze. Uśpiona agresja, niegdyś jak narkotyk, teraz podawana stopniowo w małych dawkach zapewniała krótkotrwały odlot. Znów wyląduje w izolatce, znów będzie miał święty spokój. Wokół trójki walczących natychmiast zebrał się tłum, utworzyli krąg. Gladiatorzy i ich ludzkie Koloseum.

Spragniony krwi i rozrywki tłum kryminalistów ekscytował się kolejnym widowiskiem. Krzysiek Broniewski złapał z tyłu szyję Morwina i zaczął go dusić. Z przodu nadbiegł brat. Jednym ruchem ręki wyjął z kieszeni kawałek blachy mającej zastąpić nóż. Pomimo tak trudnej sytuacji, naznaczona bliznami twarz Morwina nie zdradzała emocji.

Zrobił krok w tył i wyczekiwał na ruch napastnika. Olek Broniewski zbliżył się z ostrym narzędziem na niebezpieczną odległość pchnięcia. Żadna z prób dźgnięć nie dotarła. Pomimo słusznej postury Morwin był bardzo zwinny. W końcu postanowił skończyć tę zabawę. Chwycił duszącego go mężczyznę za barki, po czym przerzucił jego ciało nad głową robiąc skłon ku ziemi. Bezwładny Krzysiek runął na brata, szykującego się do kolejnego ataku. W ten sposób nadział się na jego naostrzony kawałek blachy. Morwin tylko splunął pogardliwie. Podszedł do Olka Broniewskiego, brutalnie zrzucił z niego krwawiącego brata i podniósł Broniewskiego za szyję. Olek się dusił.

– Puszczaj chuju, bo Cię. – Wciąż groził z trudnością. Marek nie reagował, tylko mocniej ścisnął gardło i zbliżył swą twarz kryminalnej facjaty napastnika.

– Zapytam tylko raz, a ty tylko raz odpowiesz. Po prostu cię pojebało czy ktoś cię nasłał? – Twardy, niski głos Morwina budził szacunek i lęk.

– Kurwa, nie mogę. Wal się. – Olek nie miał zamiaru się poddać, a to powodowało jeszcze mocniejszy uścisk na jego szyi. Jakby imadło. Po chwili, gdy czuł, że zemdleje, wskazał wzrokiem stojącego na murze strażnika więziennego. Spokojnie przyglądał się całemu zajściu. Marek puścił Broniewskiego i spojrzał badawczo na mężczyznę. Zrozumiał aluzję.

– Nie znam go. Nowy? – Morwin zastanawiał się chwilę nim padł na ziemię ogłuszony przez innych strażników. Dopiero teraz przybiegli przerwać bójkę. We własnym mniemaniu pojawili się na czas.

Rozdział 3.

8 maja 2001

Rybnik, mieszkanie Agaty Patyckiej.

Choć człowiek istotą jest jedną, to płcie ma dwie. Jak ma to miejsce od wieków, na zmianę się kłócimy i kochamy.

– Nie wiesz? Zabierałem się do tego jak pies do jeża, a ty bredzisz, że musisz pomyśleć?! – pytał podniesionym tonem mężczyzna o imieniu Patryk.

– Myślisz, że mi jest łatwo? Nie bądź taki.

– Masz mnie w dupie i dorabiasz sobie do tego zasrane ideologie. Typowa baba!

– Po prostu potrzebuję czasu. Jestem w trakcie czegoś ważnego – tłumaczyła się Agata.

– Zawsze jesteś w trakcie czegoś ważnego. Oświadczam ci się po 3 latach zasranej konspiracji przed twoim starym i bliskimi.

– Akceptowałeś to.

– Bo cię, idiotko, kocham, a ty mnie. Ale nie, ty zawsze masz coś ważniejszego. Jest ktoś inny? Jak nazywa się ten kutas? – pytał Patryk, który nie tak wyobrażał sobie oświadczyny. Chodząc nerwowo po pokoju próbował zachować spokój. Uważał, że Agata szuka wymówki.

– Przecież jestem w ciąży. Dopóki nie było dziecka nie oświadczałeś się.

– No nie mogę, przecież brzucha przed ojcem nie ukryjesz. Myślałem, że tak się ujawnimy cholera. Ciąża to…

– Nie chcę byś był ze mną z poczucia obowiązku.

– Jestem z tobą cholera z miłości, a nie z jakiś durnych…

– Nie jestem pewna czy to twoje dziecko – wypaliła nagle Agata zrzucając kamień z serca. Zdawało się, że ów ciężar spadł wprost na nogę Patryka. Takiego ciosu się nie spodziewał.

– Bredzisz – zdębiały i zszokowany Patryk nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał. Postawił zasieki, ale słowa przedarły się wbijając nóż coraz głębiej.

– To było przelotne, dwa miesiące temu, gdy się pokłóciliśmy…

– I przez to dałaś dupy innemu?!

– To nie tak, na imprezie redakcyjnej, ja i Michał wypiliśmy za dużo. Przepraszam cię…

– Dałaś mu się pierdolić i teraz pierdolisz mi o jakimś wybaczeniu?! Za każdym razem jak ci odwali to masz pozwolenie by dawać dupy na prawo i lewo!? – Agata spoliczkowała Patryka. Przesadzili oboje. Wśród ciernistych krzewów głośnej kłótni nagle wyrosła cisza.

– Jebana redaktorzyna, Michał, mogłem się domyślić. Robisz karierę w redakcji, nie ma co. – Mężczyzna godził słowami w samo serce Agaty. Wiedziała, że jest winna, ale liczyła, że ten, który ją kocha, zrozumie. Lecz on zrozumiał coś innego. To, że został zraniony jak nigdy dotąd i tak samo chciał skrzywdzić swą miłość. Wyraz twarzy Agaty nie przypominał w niczym zwykle sympatycznej, uroczej blondynki. Rozmazany makijaż i cieknące łzy na twarzy winnej, a jednocześnie oblicze ofiary własnej słabości. Patryk zamilkł. Stali tak przez chwilę patrząc sobie w oczy, jakby każde wiedziało, co musi się stać, ale żadne nie chciało tego powiedzieć.

– To koniec, zabiłaś tę miłość.

Patryk wyszedł z mieszkania nawet się nie żegnając.

Niezależnie, co by mówił, słowa czasu nie cofną. Gdy zatrzasnął za sobą drzwi Agata chwyciła co miała pod ręką. Chińska waza roztrzaskała się na milion kawałków. Tak jak uczucie pomiędzy nią, a Patrykiem.

– Kocham cię, idioto – przyznała, opadając na łóżko. Przytuliła się do poduszki żałując, że to nie jej ukochany. Oczekiwany telefon milczał jak zaklęty.

Nazajutrz Agata udała się do najbliższego szpitala na badania. Przez kolejne kilka dni oczekiwała na wyniki i odzew ze strony Patryka. Minęło wiele łez i przekleństw nim w końcu postanowiła do niego zadzwonić, nie odbierał. Zraniony milczał, ona mogła tylko czekać.

Rozdział 4.

13 maja 2001 - godzina 22.00

Leszczyny (woj. śląskie) - Dom Michała Marnota.

Morwin ostrożnie zbliżał się do jednopiętrowego, małego domku tuż przy lesie. Osoba mieszkająca w tej chatce musiała lubić ciszę i spokój, gdyż w sąsiedztwie nie było żadnego budynku, o żywej duszy nie wspominając. Jedynym najbliższym domostwem była psia buda z jednym czworonożnym mieszkańcem. Owczarek niemiecki, którego hobby było wycie do księżyca w pełni. Morwin, cały ubrany na czarno zlewał się z mrokiem nocy. Przyjrzał się budowie planując w głowie atak. Tu go nakierowano, nie wiedział kim jest ofiara. Po prostu miał wykonać wyrok. Od planowania byli inni, zawsze tak było. Pierwszą ofiarą był pies. Jeden strzał i cisza. Nikt nie cierpiał. Psina tylko cicho pisnęła konając przy budzie, podczas gdy skradający się zabójca zwinnie wspiął się na balkon. Morwin powoli zajrzał przez okno do słabo oświetlonego wnętrza. Zobaczył ładną, drobną blondynkę. Popijała kawę z trzymanego oburącz kubka. Nie było to spożywanie spokojne. Wyglądała na zamyśloną i zdenerwowaną, jakby nieobecną, oderwaną od rzeczywistości. Morwin wychylił się mocniej, aby lepiej wybadać i ocenić sytuację. Poślizgnął się nieuważnie na jakiejś zabawce dla psa. Chcąc złapać równowagę starał się czegoś chwycić. Pechowo sięgnął doniczki. Łoskot tłuczonego kwiatka zmusił blondynkę do ucieczki. Marek już wiedział, że nici z cichego załatwienia sprawy. Został zauważony. Czas na plan B. Łokciem wybił szybę, i otworzył balkon, gdy śmiertelnie wystraszona kobieta zamknęła się w sypialni barykadując drzwi łóżkiem. Wyciągnęła telefon komórkowy szukając wzrokiem numeru do swojego chłopaka. Morwin wiedział, że ma mało czasu. Przerażona kobieta nie wzywała Boga, zamiast tego, majaczyła jedno imię. Patryk, Patryk. Trzęsącymi się dłońmi spróbowała wybrać numer, ale zabójca był już wewnątrz. Barkiem starała się przytrzymać drzwi, ale jeden solidny kopniak wystarczył, aby impet uderzenia przewrócił kobietę. Chwyciła się za brzuch, w który oberwała. Poczuła, że stało się coś złego. Zobaczyła krwawą plamę między swoimi nogami. Ból dochodził z wnętrza Agaty, lecz życie zamarło w niej, nim na dobre zaczęło żyć. Oboje już to wiedzieli. Poroniła… Agata płakała, wyła trzymając się za brzuch. Bezsilna i opuszczona. Morwin wyobraził sobie jak kobieta cierpi. Zawahał się, choć palec spoczywał już na spuście. Wymierzył w czoło kobiety i zapytał.

– Gdzie to schowałaś, suko? – Najzimniej jak umiał. Bez sumienia. Bez emocji. Liczyła się misja.

– Zabiłeś je, zabiłeś moje dziecko. – Szczera rozpacz Agaty, zlewała się z prawdziwym wahaniem. Morwin nie umiał być bezlitosny jak kiedyś, ale musiał zabić. Winił się, że nie zrobił tego od razu, lecz najpierw miał odzyskać zdjęcia, później ją zabić. Gdzieś w głębi duszy wmawiał sobie, że jakoś to będzie, zabijał od młodości, uśmiercał na rozkaz bez pytań. Teraz, z wiekiem te pytania się pojawiły. Nie mógł się przełamać, w końcu znów wycelował. Nie ma co tego odwlekać. Kobieta musiała zginąć.

– Naprawdę mnie zostawiłeś. – Tak brzmiała ostatnia myśl Agaty Patyckiej. Gdyby nie pokłóciła się z Patrykiem, nie poszłaby w plener robić zdjęć. Edward Krzywda nie pojawiłby się w jej życiu, a obecny tutaj Morwin nie zabiłby jej i jej nienarodzonego dziecka. Dlaczego nie poszła na policję od razu? Nie zdążyła. Czuła, że przyłapała na morderstwie kogoś ważnego. Bała się. Ważniejsza była walka o życie. Gdy udało się jej uciec, żałowała, że czytała książki sensacyjne i oglądała wiadomości. Wyobraźnia pracowała wtedy na pełnych obrotach potęgując strach. Przeczucie było konsekwentnie paraliżujące. Skoro to osoba wpływowa, to może mieć wtykę w policji. Nie musi, ale może. W końcu każdy glina ulepiony jest inaczej, ale ludzie pozostaną ludźmi. Da się ich złamać, przekupić, przestraszyć. Kobieta, gdy jeszcze żyła, była z jednej strony przerażona, a z drugiej podekscytowana trafieniem na coś ciekawego. Później był już tylko strach. Zwróciła się do swojego redaktora, Michała Marnota. Ufała mu, choć początkowo nie chciał jej wierzyć. Zmienił zdanie po przejrzeniu zdjęć na aparacie. Marnot ukrył kobietę w swoim domku letniskowym. Bała się, choć miejsce te było przez Marnota ukrywane. Nie wiedziała o nim jego była żona czy skarbówka. Domek, który miał być schronieniem Agaty, a stał się jej pułapką bez wyjścia. Choć była już martwa to po jej policzkach wciąż spływały łzy, a z lufy pistoletu 9 milimetrów z tłumikiem tlił się delikatny obłok po dopiero co wystrzelonym pocisku. Jedna kula, dwa życia. Wydano wyrok i go wykonano. Morderca nigdy nie może czekać, bo to właśnie wątpliwości wplątały Morwina w miejsce, w którym właśnie jest. Z otworu w czole kobiety zaczęła ciec krew. Morwin przez chwilę obserwował denatkę pełen złości. Czemu się zawahał? Czy znów ktoś musiał odwalać robotę za niego? Agata nieruchomo wpatrywała się bezbarwnym wzrokiem w pustkę na suficie. Z jej oczu wyparowało życie. Morderca wrócił myślami do misji. Przeszukał mieszkanie. Grzebał, szperał dopóki nie znalazł pożądanej rzeczy. Misja jak za dawnych czasów, lecz nie był już dumny jak niegdyś. Służba nie drużba, rozkaz to rozkaz. Zdanie „Ku Chwale Ojczyzny” nijak nie pasowało Morwinowi w tym momencie. Raz jeszcze spojrzał na zdobyte pudełko i zniknął zostawiając za sobą śmierć. Nazajutrz Morwin sam zgłosił się na policję. Pokazał broń, z której zabił, i przyznał się do winy, opowiadając o swoim czynie jak na spowiedzi. Na miejscu zbrodni zachowywał spokój i rzeczowość, jakby był dziadkiem opowiadającym dzieciom starą baśń.

Ze szczegółami wyjaśnił, w jaki sposób pozbawił życia Agatę Patycką. Miejsce zdradził mu redaktor Michał Marnot, w którego to domu kobieta czekała niczym w pułapce. Sam redaktor Marnot zniknął bez słowa. Zwłoki Marnota odnaleziono jakiś czas później, ale nie powiązano z nim Morwina. Biegli wydali opinię, że redaktora zabił ktoś inny. Zabójstwo na odludziu, bez świadków, nagłe przyznanie się do winy były niczym w porównaniu z tym, co zdradził Morwin po wizji lokalnej i oględzinach miejsca zbrodni w domu Marnota. Zeznał pod przysięgą, że zabójstwa dokonał na zlecenie Zenona Burczyka, posła KPR-u, obecnego kandydata na prezydenta w zbliżających się wyborach. Początkowo nie traktowano tego poważnie. Pokazał więc nagranie rozmowy z tym właśnie posłem. Technicy sprawdzili autentyczność, a wezwany psycholog nie stwierdził niepoczytalności mordercy. Wariograf także nie wskazywał na kłamstwo. W świetle takich dowodów mógłby zostać skazany na dożywocie. Skandalem w mediach okazał się przeciek o jego potulnej współpracy, dlatego wyrok nadzwyczaj złagodzono. Sąd Najwyższy w Warszawie skazał Marka Morwina za zabójstwo Agaty Patyckiej i jej nienarodzonego dziecka na 25 lat pozbawienia wolności z prawem do ubiegania się o wcześniejsze warunkowe zwolnienie po 10 latach. Ominęło go dożywocie, bo przyznał się do winy, a morderstwo dziecka uznano za nieumyślne. Prokurator wyczuł grubszego zwierza w postaci Zenona Burczyka, rzekomego zleceniodawcy. Miejscem odbywania kary Morwina miał być zakład karny w Raciborzu, jedno z nowocześniejszych więzień w Polsce. 52-letni poseł Zenon Burczyk, został pozbawiony immunitetu w trybie natychmiastowym. Na nic zdały się wysiłki jego najlepszych prawników, gdy jeden z doradców pochopnie podsunął mu pomysł wyjazdu z kraju, aż sprawa przycichnie. Burczyk został zatrzymany na lotnisku, a całość wyglądała jak wielka ucieczka.

W konsekwencji to niemal przyznanie się do winy.

Miał otrzymać wyrok od 25 lat do dożywocia, za zlecenie zabójstwa ze szczególnym okrucieństwem, ale popełnił samobójstwo jeszcze w areszcie śledczym. Do dziś nie wiadomo skąd miał skórzany pasek, na którym się powiesił. Wydarzenia te wstrząsnęły opinią publiczną na kilka dni przed wyborami prezydenckimi w Polsce. Nie było czasu na szukanie nowego kandydata. Przepisy także nie przewidziały takiej sytuacji. Polacy wybrali więc prezydenta, a właściwie walkower wskazał go za nich. Zwyciężył Edward Krzywda z partii Wolnych i Sprawiedliwych. Nowa głowa państwa obiecała bezwzględną walkę z przestępczością, począwszy od zwiększenia kar dla kryminalistów. Już na wstępie zyskał tym wielu zwolenników. Optował za przywróceniem kary śmierci, a szybkie skazanie Morwina i Burczyka miało być pokazem nowego, mocnego, państwa prawa. Polski, która karze szybko i skutecznie. Ojczyzna nie rychliwa, ale sprawiedliwa.

Rozdział 5.

11 maja 2001 – godzina 21.20

Rybnik – Willa Edwarda Krzywdy.