Opis

Akcja powieści rozgrywa się w zmyślonym królestwie środkowoeuropejskim,gdzieś na styku Niemiec południowych, Czech, Węgier i Austrii pod koniec XIX wieku. Młody brytyjski arystokrata – Rudolf Rassendyll, przybywa do Rurytanii – fikcyjnego kraju w środkowej Europie, jako świadek spodziewanej koronacji młodego następcy tronu Rudolfa V na króla tego kraju. Nocleg znajduje w mieście Zenda. Okazuje się, że również przebywa tam na polowaniu następca tronu. Dworzanie przyszłego króla zauważają, że cudzoziemiec ma nie tylko to samo imię, ale jest i fizycznie podobny do następcy tronu. Zafascynowany tym Rudolf V zaprasza Anglika do swojej kwatery w domku myśliwskim. Po uczcie Rudolf V nieoczekiwanie zapada na zdrowiu po wypiciu wina – daru jego brata – księcia Czarnego Michała. Dworzanie obawiają się, że jeśli Rudolf V nie będzie mógł wziąć udziału w koronacji, Michał wykorzysta to, żeby przejąć władzę. Namawiają więc Rassendylla, aby przebrał się za króla i jako on uczestniczył w ceremonii. Anglik zgadza się. Jednak po koronacji następca tronu znika..."

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 251

lub

Anthony Hope

Więzień na Zamku Zenda

SAGA Egmont

Więzień na Zamku Zenda

Copyright © 1989, 2018 Anthony Hope i SAGA

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788711662397

1. Wydanie w formie e-booka, 2018

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA oraz autora.

SAGA Books, spółka wydawnictwa Egmont

Rozdział I

Dzieje Rassendyllów i Elfbergów

— Czy ty się kiedyś, na Boga, czymś zajmiesz, Rudolfie? — przemówiła żona mojego brata.

— Droga Różo — odpowiedziałem jej, odkładając łyżeczkę, którą spożywałem jajko na miękko — a dlaczegóż to, na Boga, miałbym się czymś zajmować? Żyję sobie całkiem wygodnie. Mój dochód prawie wystarcza mi na własne potrzeby (bo żeby komuś jego dochód całkiem wystarczał, to się nie zdarza, sama wiesz o tym najlepiej). Pozycji towarzyskiej można mi tylko pozazdrościć: czyż nie jestem bratem Lorda Burlesdona i szwagrem czarującej hrabiny, jego małżonki? Najzupełniej mi to wystarczy.

— Skończyłeś już dwadzieścia dziewięć lat — zauważyła — i jedynym twoim osiągnięciem jest…

— Próżniaczenie się? To prawda. W naszej rodzinie nie musimy robić nic więcej.

Ta uwaga nieco ją dotknęła, jest bowiem rzeczą powszechnie wiadomą (toteż nie ma powodu jej przemilczać), że jakkolwiek piękna jest Róża i wykształcona, jednakże rodzina jej nie zalicza się do tej samej kategorii co Rassendyllowie. Oprócz swych powabów osobistych była też posiadaczką znacznej fortuny, więc mój brat Robert okazał dość rozsądku, aby się nie przejmować zanadto jej przodkami. Co się tyczy przodków, następna uwaga Róży nie była pozbawiona słuszności.

— Dobre rodziny są przeważnie najgorsze — stwierdziła.

Słysząc to pogładziłem się po włosach. Doskonale wiedziałem, o co jej chodzi.

— Całe szczęście, że Robert jest brunetem! — wykrzyknęła.

Na to wszedł Robert (który wstaje o siódmej i zabiera się do pracy już przed śniadaniem). Popatrzył na żonę; na policzkach miała lekkie wypieki; poklepał ją pieszczotliwie po twarzy.

— O co chodzi, kochanie? — zapytał.

— Jej się nie podoba, że nic nie robię i mam rude włosy — wyjaśniłem z urazą.

— Och, kolor włosów to oczywiście nie jego wina — przyznała szwagierka.

— To wychodzi na ogół po razie w każdym pokoleniu — rzekł mój brat. — Nos również. Rudolf ma jedno i drugie.

— Wolałabym, żeby nie wychodziło — odpowiedziała Róża, ciągle z wypiekami na twarzy.

— Mnie się to nawet podoba — odparłem i powstawszy, skłoniłem się przed portretem hrabiny Amelii.

Moja szwagierka wydała okrzyk irytacji.

— Robercie, czy mógłbyś stąd usunąć ten obraz? — zażądała.

— Ależ, moja droga! — zawołał.

— Na Boga! — zawtórowałem.

— Wtedy może by o tym zapomniano — podjęła.

— Wątpię, dopóki się nie usunie Rudolfa — rzekł Robert, potrząsając głową.

— A dlaczego o tym zapominać? — spytałem.

— Rudolfie! — wykrzyknęła moja szwagierka, rumieniąc się zgoła uroczo.

Roześmiałem się i wróciłem do jajka na miękko. Przynajmniej udało mi się odsunąć kwestię, czym (jeśli w ogóle czymkolwiek) powinienem się zająć. I w charakterze kropki nad i (jak również, nie przeczę, aby jeszcze trochę podrażnić moją nietolerancyjną szwagierkę) zauważyłem:

— Mnie się nawet podoba, że pochodzę od Elfbergów.

Kiedy czytam powieść, przerzucam wszelkie objaśnienia; ale kiedy ją zaczynam pisać, okazuje się, że bez nich ani rusz. Bo muszę naturalnie wyjaśnić, dlaczego moją szwagierkę tak drażnią moje włosy i nos, i dlaczego pozwoliłem sobie przyznać się do rodu Elfbergów. Bo jakkolwiek znakomitym rodem (co muszę stwierdzić) są od wielu pokoleń Rassendyllowie, jednak przynależność do ich krwi oczywiście nie uzasadnia, na pierwszy rzut oka, chełpliwego przyznania się do jeszcze świetniejszego rodu Elfbergów i do rodziny królewskiej. Bo cóż może łączyć Rurytanię i Burlesdon, pałac w Strelsau albo też zamek Zenda z domem nr 305 na londyńskiej Park Lane?

Otóż w roku 1733 (z góry uprzedzam, że zmuszony będę opisać tenże skandal, który kochana Lady Burlesdon chciałaby utopić w niepamięci), za rządów króla Jerzego II i w czasie, gdy panował akurat pokój, bo król z księciem Walii nie wzięli się jeszcze za łby, przybył na dwór angielski pewien książę, znany później w historii jako Rudolf III Rurytański. Był to wysoki, przystojny młodzieniec, odznaczający się (czy też obciążony, nie mnie o tym sądzić) trochę niecodziennej długości nosem, ostrym i prostym, tudzież bujną, rudą czupryną: który to nos i czupryna wyróżniały zresztą Elfbergów od niepamiętnych czasów. Zabawił kilka miesięcy w Anglii, nadzwyczaj mile przyjmowany; w końcu jednak wyjechał jakby w niełasce. Stanął bowiem do pojedynku, (policzono mu to za dowód prawdziwej klasy, iż nie zasłaniał się nierównością rodu) z pewnym szlachcicem, który słynął podówczas w towarzystwie nie tylko z własnych zalet, ale też i z bardzo pięknej małżonki. W pojedynku tym książę Rudolf został ciężko ranny, a gdy wyzdrowiał, mający z nim co niemiara kłopotu rurytański ambasador chyłkiem wyekspediował go z Anglii. Przeciwnik jego nie odniósł rany w pojedynku; ale że poranek był zimny i wilgotny, przeziębił się ciężko i już z tego nie wyszedł, tak iż umarł w jakieś pół roku po wyjeździe księcia Rudolfa, nie znajdując już czasu na uregulowanie swych spraw z małżonką, która w dwa miesiące po jego śmierci powiła spadkobiercę tytułu i posiadłości rodu Burlesdonów. To właśnie była hrabina Amelia, której portret moja szwagierka chciała usunąć z salonu na Park Lane; jej mężem zaś był James, piąty hrabia Burlesdon i dwudziesty drugi baron Rassendyll, zarazem par Anglii i kawaler Orderu Podwiązki. Rudolf natomiast wrócił do swej Rurytanii, ożenił się i wstąpił na tron, na którym jego potomkowie w linii prostej zasiadali odtąd (z jedną krótką przerwą) po dzień dzisiejszy. A kto przejdzie się po galerii portretów w Burlesdon, których z ostatniego półtora wieku jest może z pięćdziesiąt, znajdzie pięć czy sześć (należy do nich szósty hrabia Burlesdon) wyróżniających się długim, ostrym i prostym nosem oraz bujną, ciemnorudą czupryną; towarzyszą im zawsze niebieskie oczy, podczas gdy u Rassendyllów częściej zdarzają się ciemne.

Otóż i wyjaśnienie.

Cieszę się, że mam je za sobą. Skazy w szlachetnym pochodzeniu to delikatny temat, a dziedziczność, o której tyle się obecnie mówi, to niewątpliwie najzłośliwsza plotkarka na świecie: kpi sobie z dyskrecji i umieszcza dziwne przypiski między wierszami ksiąg rodowodowych.

Żona mojego brata, jak widać, z właściwym sobie brakiem logiki (skoro już nie wolno go przypisywać jej płci jako takiej) podchodziła do mojej karnacji tak, jakby to była moja wina, pochopnie przypisując tym cechom zewnętrznym rysy charakteru, do których ja absolutnie się nie przyznaję, i te bezpodstawne wnioski usiłowała podbudować wytykając mi próżniaczy tryb życia. Jakkolwiek by to oceniać, w każdym razie uszczknąłem w nim co nieco przyjemności, jak również nabyłem pewnych umiejętności. Ukończyłem szkołę i uniwersytet w Niemczech, a więc mówię po niemiecku tak samo płynnie i bezbłędnie jak po angielsku; jestem doskonale obyty z francuszczyzną; liznąłem też włoskiego, a kląć potrafię nawet po hiszpańsku. W szermierce jestem mocny, choć nie wyrafinowany, i strzelam też nieźle. Umiem dosiąść wszystkiego, co ma grzbiet; a głowę mam równie przytomną i chłodną jak jej poszycie ogniste. Jeśli mi ktoś mówi, że powinienem zająć się czymś pożytecznym, nie wiem, co na to odpowiedzieć, poza tym, że rodzice może niesłusznie przekazali mi dwa tysiące funtów rocznego dochodu i niespokojny charakter.

— Różnica między tobą a Robertem jest taka — oświadczyła moja szwagierka, która często (kochana!) zabiera głos z mównicy, a jeszcze częściej, jak gdyby się na niej znajdowała — że on rozumie, jakie obowiązki wynikają z jego pozycji, a ty w swojej widzisz jedynie okazje i korzyści.

— Moja ty kochana Różo — odparłem — dla człowieka, który ma głowę i serce na właściwym miejscu, korzystanie z okazji jest obowiązkiem.

— Brednie! — odrzekła, targnąwszy głową. Po chwili znów przemówiła: — Otóż Sir Jacob Borrodaile proponuje ci coś, do czego mógłbyś się nadawać.

— Serdecznie dziękuję! — wymamrotałem.

— Za sześć miesięcy ma objąć ambasadę i Robert jest przekonany, że dałby ci u siebie ataszat. Zgódź się na to, Rudolfie, zrób mi przyjemność.

Kiedy moja szwagierka tak stawia sprawę, ściągając swe śliczne brwi, łamiąc dłonie i wdzięcznie prosząc oczyma, wszystko dla takiego jak ja nicponia, któremu z urodzenia nic nie jest winna, odzywają się we mnie skrupuły. Poza tym przyszło mi do głowy, że mógłbym spędzić na tym stanowisku czas dosyć przyjemnie. Odpowiedziałem więc:

— Kochana siostrzyczko, jeśli w ciągu sześciu miesięcy nie wyłoni się jakaś niespodziewana przeszkoda i Sir Jacob się do mnie zwróci, to niech mnie powieszą, jeśli nie zabiorę się z Sir Jacobem.

— Och, Rudolfie, jakiś ty miły! Tak się cieszę!

— A gdzie on się wybiera?

— Jeszcze nie wiadomo. Ale na pewno będzie to jakaś porządna ambasada.

— Pani — rzekłem — przez wzgląd na ciebie udam się wszędzie, choćby to nie była ambasada, tylko jakieś nędzarskie poselstwo. Jak coś robię, to już idę na całość.

Tak oto związałem się obietnicą. Ale sześć miesięcy to całe sześć miesięcy, niemalże wieczność, a ponieważ rozciągały się one pomiędzy mną a moim przyszłym zajęciem (podejrzewam, że pracownicy ataszatów są zajęci, ale nie wiem na pewno, gdyż nie było mi dane zająć się tym ani u Sir Jacoba, ani też u nikogo innego), zacząłem się rozglądać, jak by tu je przyjemnie spędzić. I raptem przyszło mi do głowy, żeby wybrać się do Rurytanii. Może się to wydawać dziwne, że nigdy jeszcze nie byłem w tym kraju; ale mój ojciec (mimo przyczajonej w nim sympatii do Elfbergów, która sprawiła, iż nadał mnie, swemu drugiemu synowi, tradycyjne w ich rodzie imię Rudolf) był temu zawsze przeciwny, a po jego śmierci mój brat, za poduszczeniem Róży, poddał się rodzinnej tradycji, nakazującej omijać ten kraj z daleka. Ale od chwili, gdy Rurytania mi przyszła do głowy, pożerała mnie ciekowość, by ją zobaczyć. W końcu długi nos i płomienna czupryna nie są przywilejem wyłącznie rodu Elfbergów, a ta stara historia wydała mi się absurdalnie błahym powodem do tego, aby odmawiać sobie zapoznania się z nader interesującym i dość ważnym królestwem, które odgrywało niemałą rolę w dziejach Europy i teraz miało szansę znów ją odegrać, pod rządami młodego i energicznego władcy, za jakiego uchodził nowy król. Utwierdziłem się w swym postanowieniu, gdy przeczytałem w „Timesie”, że koronacja Rudolfa V ma się odbyć w przeciągu najbliższych trzech tygodni w Strelsau, jego stolicy, i że będą to wspaniałe uroczystości. Od razu postanowiłem wziąć w nich udział i zacząłem się szykować. Ponieważ jednak nie miałem w zwyczaju informować swych krewnych o trasie moich podróży, a w tym wypadku zwłaszcza oczekiwać mogłem sprzeciwu, oznajmiłem, że jadę się powłóczyć po Tyrolu, gdzie często się wypuszczałem, gniew Róży zaś ukoiłem stwierdzeniem, iż będę tam studiował problematykę społeczną i polityczną pewnej interesującej grupy ludności, zamieszkałej w tych okolicach.

— Nie jest wykluczone — napomknąłem niejasno — że z tej wyprawy może coś wyniknąć.

— A co takiego? — spytała.

— Bo widzisz — odpowiedziałem niedbale — gruntowne opracowanie tych spraw mogłoby wypełnić istotną lukę…

— Och! więc napiszesz książkę? — zawołała i aż klasnęła w dłonie. — To byłoby wspaniałe, prawda, Robercie?

— W naszych czasach trudno o lepszą rekomendację do kariery politycznej — rzekł Robert, który, nawiasem mówiąc, sam siebie zarekomendował w ten sposób już kilkakrotnie. Stare teorie i nowe fakty według Burlesdona oraz Do czego to prowadzi w opinii Bezstronnego Polityka to dwa dzieła o uznanej wartości.

— Chyba masz całkowitą słuszność, Bob! — powiedziałem.

— Tylko obiecaj mi, że naprawdę to zrobisz! — przemówiła z powagą Róża.

— Nie będę nic obiecywał. Ale zrobię to, jeśli zbiorę wystarczającą ilość materiału.

— To słuszne postawienie sprawy — rzekł Robert.

— Och, nie chodzi o materiał — naburmuszyła się Róża.

Tym razem jednak nie zdołała ze mnie wydusić nic poza warunkową obietnicą. Prawdę mówiąc, gotów się byłem założyć o dużą sumę pieniędzy, że dzieje mojej wyprawy tego lata nie zaczernią papieru i nie spowodują zużycia ani jednego pióra. Co dowodzi, jak mało wiemy o przyszłości: albowiem oto siedzę tu, dotrzymując mej warunkowej obietnicy i pisząc (o co bym się nigdy nie podejrzewał) książkę: mimo iż nie będzie ona dla mnie rekomendacją do kariery politycznej i nie ma żadnego związku z Tyrolem.

Poza tym obawiam się, że nie ucieszyłoby Lady Burlesdon, gdybym udostępnił tę książkę jej krytycznemu spojrzeniu, czego zresztą nie zamierzam uczynić.

Rozdział II

O kolorze włosów u mężczyzn

Wujek William zwykł mawiać, że nie wyobraża sobie, aby mężczyzna przejeżdżający przez Paryż nie zatrzymał się tam na dwadzieścia cztery godziny. Przez wujka mego przemawiała zawsze dojrzała znajomość spraw tego świata, posłuchałem więc jego rady, zatrzymując się na jeden dzień i noc w Continentalu po drodze do… Tyrolu. Wstąpiłem do ambasady, gdzie urzędował George Featherly, i zjedliśmy sobie razem obiad u Duranda, po czym spędziliśmy jakiś czas w Operze, a następnie, po lekkiej kolacji, zaniosło nas do Bertrama Bertranda, cieszącego się pewnym rozgłosem jako wierszopis i paryski korespondent pisma „The Critic”. Miał on bardzo wygodny, nie za duży apartament, gdzie zastaliśmy kilku dość sympatycznych panów, zajętych paleniem i pogawędką. Zauważyłem jednak, że Bertram jest nieobecny duchem i jakby osowiały, więc kiedy wszyscy oprócz nas wyszli, zagadnąłem go żartobliwie o powód tego, przygnębienia. Opędzał się chwilę, aż wreszcie rzucił się jak długi na sofę i zawołał:

— No dobrze! niech ci będzie. Zakochałem się… i to diabelnie się zakochałem.

— Och, tym lepiej będzie ci się pisało wiersze! — powiedziałem mu na pocieszenie.

Na to on zmierzwił sobie dłonią włosy i kopcił tylko jak wściekły. George Featherly, stojący plecami do kominka, uśmiechnął się bez cienia życzliwości.

— Jeśli to wciąż ta sama historia — powiedział — to daj sobie wreszcie spokój, Bert! Ona jutro wyjeżdża z Paryża.

— Wiem — odwarknął mu Bertram.

— A gdyby nie wyjeżdżała, też nic by ci nie pomogło — ciągnął George bez litości. — Ona szybuje w wyższych rejonach niż żurnalistyka, mój drogi chłopcze.

— Niech ją szlag trafi! — rzekł Bertram.

— Byłoby dla mnie ciekawsze — ośmieliłem się wtrącić — gdybym wiedział, o kim mówicie.

— Antoinette Mauban wyjaśnił George.

— De Mauban — warknął Bertram.

— Oho! — powiedziałem, nie wdając się w problem arystokratycznego de. — Bert, czyżby to znaczyło, że…

— Dacie mi wreszcie spokój?

— A gdzie ona wyjeżdża? — spytałem, jako że osoba ta była poniekąd sławna.

George zabrzęczał pieniędzmi, uśmiechnął się okrutnie do nieszczęsnego Bertrama i mile odpowiedział:

— Tego nikt nie wie. A propos, Bert, na ostatnim wieczorze spotkałem człowieka… było to może z miesiąc temu. A ty go znasz… księcia Strelsau?

— Owszem — zgrzytnął Bertram.

— Wydał mi się doprawdy nieprzeciętny.

Nietrudno było zauważyć, iż aluzje, które czynił George do osoby księcia, mają na celu pogłębienie udręki nieszczęsnego Bertrama, z czego wywnioskowałem, że książę zaszczycił panią de Mauban swymi względami. Była to wdowa bogata, przystojna i ciesząca się sławą nader ambitnej. Całkiem możliwe, że (jak to określił George) poszybowała aż na wysokość kogoś będącego wszystkim, czym tylko być można poniżej godności w całym tego słowa znaczeniu królewskiej: książę był bowiem synem zmarłego niedawno króla Rurytanii z drugiego, morganatycznego małżeństwa i przyrodnim bratem nowego króla. Był też ulubieńcem swojego ojca i nie obeszło się bez niechętnych komentarzy, gdy nadano mu tytuł księcia ni mniej, ni więcej, tylko samej stolicy. Jego matka pochodziła wprawdzie z dobrej rodziny, lecz nie z wielkiego rodu.

— Teraz nie ma go w Paryżu, prawda? — spytałem.

— Och, nie! Pojechał na koronację… chociaż ta ceremonia chyba mu nie sprawi przyjemności. Ale nie martw się, Bert, mój stary! On nie ożeni się z piękną Antoinette… chyba że by go inne plany zawiodły. Wprawdzie nie wykluczone, że ona — tu przerwał i dorzucił ze śmiechem: — bo królewskim zalotom trudno się oprzeć… ty o tym coś wiesz, prawda, Rudolfie?

— Niech cię diabli! — odrzekłem; i podniósłszy się zostawiłem nieszczęsnego Bertrama w jego szponach, a sam poszedłem się przespać.

Następnego dnia George Featherly odprowadził mnie na stację, gdzie kupił bilet do Drezna.

— Będziesz tam oglądał obrazy? — spytał George i wyszczerzył zęby w uśmiechu.

George to nałogowy plotkarz i gdybym mu powiedział, że wybieram się do Rurytanii, wieść o tym doszłaby za trzy dni do Londynu, a po tygodniu na Park Lane. Więc miałem już na czubku języka wymijającą odpowiedź, gdy sam George oszczędził mi kłamstwa, porzucając mnie nagle, aby puścić się biegiem przez peron. Spoglądając za nim ujrzałem, jak uchyla kapelusza i zwraca się do uroczej, modnie ubranej damy, która w tej chwili wyszła z kas biletowych. Mogła mieć rok czy dwa powyżej trzydziestki, wysoka, ciemna i o dość krągłych kształtach. Gdy George do niej przemawiał, ujrzałem, że zerknęła na mnie i próżność moją zadrasnęła myśl, że chyba nie najkorzystniej wyglądam, opatulony (ze względu na kwietniowy ziąb) w futro i gruby szal, w miękkim kapeluszu podróżnym ściągniętym na uszy. Po chwili George znów się do mnie przyłączył.

— Będziesz miał czarujące towarzystwo — poinformował. — To właśnie bóstwo nieszczęsnego Berta Bertranda, Antoinette de Mauban, która też jedzie do Drezna: z pewnością również po to, by oglądać obrazy. Jednak to bardzo dziwne, że na razie nie życzyła sobie, ażebym was zapoznał.

— Nie prosiłem, abyś mnie jej przedstawiał — rzekłem z odrobiną irytacji.

— No, ale ja ofiarowałem się, że cię sprowadzę. A ona mi na to: Może innym razem! Nie przejmuj się, stary, może pociągi się zderzą i będziesz miał szansę uratować ją, a potem odbić ją księciu Strelsau.

Jednak nie zderzyliśmy się, ani ja, ani też pani de Mauban. Mogę ręczyć za nią, jak i za siebie, bo gdy po noclegu w Dreźnie ruszyłem dalej, wsiadła do tego samego pociągu. Licząc się z tym, że pragnie być sama, starałem się jej unikać; ale stwierdziwszy, że nadal podróżujemy razem, nie omieszkałem się jej przyglądać, ilekroć mogłem to uczynić niepostrzeżenie.

Po przekroczeniu granic Rurytanii (gdzie stary oficer, kierujący urzędem celnym, tak się na mnie zapatrzył, że bardziej niż kiedykolwiek upewniłem się co do mej fizjonomii odziedziczonej po Elfbergach) od razu kupiłem gazety i przeczytałem v w nich wiadomość, która wpłynęła na dalsze me poczynania. Z jakiegoś powodu (nie był on jasno sprecyzowany i sprawiał wrażenie dość tajemnicze) przyśpieszono raptem koronację, która miała się odbyć już pojutrze. W całym kraju panowało jakby poruszenie z tego powodu i okazało się, że w Strelsau jest pełno przyjezdnych. Wszystkie pokoje wynajęte, hotele pękały od natłoku; raczej nie miałbym szansy znaleźć mieszkania, a na pewno musiałbym za nie płacić zawrotną sumę. Postanowiłem więc zatrzymać się w Zendzie, miasteczku położonym o pięćdziesiąt mil przed stolicą, a około dziesięciu mil od granicy. Mój pociąg miał dojechać tam pod wieczór. Spędzę sobie następny dzień, wtorek, na chodzeniu po wzgórzach, jakoby nadzwyczaj pięknych, rzucę także okiem na sławny zamek, we środę rano zaś wybiorę się pociągem do Strelsau i na noc wrócę do Zendy.

Wobec tego wysiadłem w Zendzie, a gdy pociąg mijał mnie stojącego na peronie, ujrzałem, iż moja przyjaciółka, pani de Mauban, siedzi na swoim miejscu: widać udawała się prosto do Strelsau, z większą dozą przezorności niż ta, którą ja mógłbym się poszczycić, z góry zapewniwszy tam sobie kwaterę. Uśmiechnąłem się pomyślawszy, jak zdziwiłby się George Featherly, gdyby wiedział, że ona i ja pozostaliśmy tak długo towarzyszami podróży.

Bardzo mile mnie przyjęto w hotelu (właściwie była to zwykła gospoda) prowadzonym przez otyłą, starszą panią z dwiema córkami. Tych poczciwych, spokojnych ludzi chyba nie obchodziły zbytnio wielkie sprawy dziejące się w Strelsau. Starsza pani wprost uwielbiała księcia, gdyż on właśnie, na mocy testamentu zmarłego króla, stał się panem posiadłości Zenda, jak również zamku, wznoszącego się dumnie na stromym wzgórzu u kresu doliny, może o milę od naszej gospody. Go więcej! nie wahała się wyrazić swego ubolewania, że nie książę zasiadł na tronie, lecz jego brat.

— My tu znamy księcia Michała — rzekła. — Żył zawsze pośród nas. Każdy Rurytanin zna księcia Michała! A ten król to prawie cudzoziemiec: tyle czasu przebywał za granicą! nawet co dziesiąty człowiek nie widział go na oczy.

— A teraz — włączyła się jedna z dziewcząt — mówią, ze zgolił brodę i juz w ogóle nikt go nie pozna.

— Brodę zgolił? — wykrzyknęła jej matka. — Skąd to wiesz?

— Powiedział mi Johan, leśniczy księcia. Bo on widział króla na własne oczy.

— Ach, tak! Bo król, proszę pana, przebywa teraz w domku myśliwskim księcia, w tutejszych lasach. A we środę pojedzie stąd do Strelsau i tam będą go koronować.

Wysłuchawszy tego z ciekawością, postanowiłem nazajutrz wybrać się pieszo w stronę domku myśliwskiego. A nuż spotkam po drodze króla? Starsza pani zaś dalej zrzędziła:

— Ach! jak bym chciała, żeby on się już tego trzymał: niech sobie poluje i pije wino! Wszyscy mówią, że oprócz tych dwóch rzeczy (no i jeszcze jednej) i tak nic go nie obchodzi! a we środę dałby lepiej ukoronować naszego księcia. Tego bym właśnie chciała i każdemu powiem to w oczy.

— Ciszej, mamo! — ofuknęła ją córka.

— A co tam, mnóstwo ludzi tak uważa, jak ja! — zawołała z uporem starsza pani.

Odchyliłem się w głąb fotela i roześmiałem się serdecznie z jej zawziętości.

— Ja natomiast — odezwała się młodsza i ładniejsza z dwóch córek, jasnowłosa, hoża dziewczyna — nie znoszę Czarnego Michała! Wolałabym rudego Elfberga, matko! Powiadają, że król jest rudy jak lis albo jak…

I roześmiała się przekornie, rzucając mi spojrzenie, a głową targnąwszy na strofującą minę swej siostry.

— Już niejeden mężczyzna przeklinał ich rude włosy — wymamrotała starsza pani, a mnie się przypomniał James, piąty hrabia Burlesdon.

— Ale kobieta nigdy! — zawołała dziewczyna.

— Owszem, kobiety również, poniewczasie — zabrzmiała surowa odpowiedź, na co dziewczyna umilkła i zarumieniła się.

— A skąd król się tu wziął? — zapytałem, aby przerwać kłopotliwe milczenie. — Mówicie, że to ziemie książęce.

— Książę go zaprosił, by sobie odpoczął do środy. A książę w Strelsau szykuje królowi przyjęcie.

— Więc są przyjaciółmi?

— Najlepszymi — odpowiedziała matka.

Lecz moja różana panna znowu targnęła głową: nie na długo się dawała poskromić i znów wybuchła:

— A jakże, kochają się! jak dwaj mężczyźni rwący się do jednego stanowiska i jednej żony.

Starsza kobieta zgromiła ją spojrzeniem; ale te słowa tak pobudziły moją ciekawość, że wtrąciłem się, nie dając jej czasu na połajanki:

— Co? i do jednej żony? Jakże to, panienko?

— Wszyscy o tym wiedzą, że Czarny Michał… no dobrze już, dobrze, mamo… że książę własną duszę by zaprzedał, aby ożenić się ze swoją kuzynką, z księżniczką Flawią, i że ona będzie królową.

— Słowo daję — odezwałem się — zaczyna mi być żal waszego księcia. Ale skoro już człek uparł się być tym młodszym synem, trudno! musi brać, co mu się okroi po starszym, i dziękować Bogu przynajmniej za to! — i tu, pomyślawszy o samym sobie, wzruszyłem ramionami i roześmiałem się. A potem zaraz przypomniała mi się Antoinette de Mauban i jej podróż do Strelsau.

— Czarny Michał ma niewiele wspólnego — zaczęła dziewczyna, nie lękając się gniewu swej matki; ale gdy to mówiła, ciężkie kroki rozległy się na drewnianej podłodze i burkliwy głos zapytał z pogróżką:

— Kto tu mówi o „Czarnym Michale” we własnej siedzibie Jego Książęcej Mości?

Dziewczyna wydała stłumiony okrzyk, na wpół lęku, a na wpół rozbawienia, jak sądzę.

— Nie doniesiesz na mnie, Johan? — spytała.

— Widzisz, do czego prowadzi twój długi język — zganiła ją starsza kobieta.

Ukazał się mężczyzna, który to rzekł.

— Mamy towarzystwo, Johan — powitała go moja gospodyni, a on zdjął czapkę. W następnej chwili ujrzał mnie i ku memu zdumieniu cofnął się gwałtownie o krok, jak gdyby zobaczył coś niezwykłego.

— Co cię ugryzło, Johan? — zapytała go starsza z córek. — Ten pan podróżuje, przyjechał tu na koronację.

Mężczyzna ochłonął, ale nadal przeszywał mnie wytężonym, badawczym, nieomal że srogim spojrzeniem.

— Dobry wieczór — odezwałem się.

— Dobry wieczór panu — wymamrotał, wciąż mi się przyglądając, aż wesoła dziewczyna krzyknęła ze śmiechem:

— Widzisz, Johan, twój ulubiony kolor! To widok pańskich włosów tak nim wstrząsnął. Nie jest to kolor widywany w Zendzie zbyt często.

— Upraszam o wybaczenie pańskie — wyjąkał ten człowiek, z takim wyrazem oczu, jakby nie mógł czegoś zrozumieć. — Nie spodziewałem się tu nikogo zastać.

— Proszę mu dać szklaneczkę za moje zdrowie! i życzę wszystkim dobrej nocy, a paniom dziękuję za uprzejmość i za miłą rozmowę.

Przy tych słowach wstałem i skłoniwszy się lekko, ruszyłem do wyjścia. Młodsza z dziewcząt pobiegła przede mną, by mi poświecić, a mężczyzna usunął się, dając mi przejście, ale wciąż nie odrywał ode mnie oczu. W momencie, gdy go mijałem, postąpił do przodu i spytał:

— Przepraszam najmocniej, czy zna pan naszego króla?

— Nigdy go nie widziałem — odrzekłem. — Mam nadzieję, że go ujrzę we środę.

Nie odezwał się więcej, ale czułem na sobie jego spojrzenie, póki drzwi się za mną nie zamknęły. Moja zuchwała przewodniczka, prowadząc mnie na górę po schodach, obejrzała się na mnie przez ramię i rzekła:

— Ktoś o takim kolorze włosów, jak pańskie, nie może być w guście mistrza Johana.

— Zapewne woli twoje? — podsunąłem.

— Mówiłam, proszę pana, o mężczyznach — odpowiedziała mi z kokieteryjnym błyskiem oczu.

— A jakie znaczenie — spytałem, ująwszy z drugiej strony trzymany przez nią lichtarz — może mieć ten czy inny kolor włosów u mężczyzny?

— Może! choćby pański kolor mi się podoba: to czerwień Elfbergów.

— U mężczyzny kolor włosów — odparłem — ma nie większe znaczenie od tego! — i dałem jej coś o nie dającej się określić wartości.

— Daj Boże, aby drzwi od kuchni były zamknięte! — rzekła.

— Amen! — i dałem jej spokój.

W rzeczywistości jednak, co teraz już wiem, kolor włosów u mężczyzny miewa czasem duże znaczenie.

Rozdział III

Wesoły wieczór z dalekim krewniakiem

Nie byłem tak nierozsądny, aby żywić niechęć do książęcego leśnika za to, że nie podoba mu się moja karnacja; a gdybym nawet był, jego nadzwyczaj grzeczne i uprzedzające (jak mi się wydawało) zachowanie następnego ranka musiałoby mnie rozbroić. Na wieść o tym, że się wybieram do Strelsau, przyszedł do mnie w porze śniadania i powiedział, że jego siostra, która wyszła za bogatego kupca i mieszka w stolicy, zaprosiła go, rezerwując mu pokój w swym domu. Przyjął z radością, ale teraz okazuje się, że obowiązki mu nie pozwolą na wyjazd. Prosi mnie zatem, jeśli taka skromna (ale dodał, że czysta i wygodna) kwatera by mi odpowiadała, abym skorzystał z jego miejsca. Zapewnił, że siostra się zgodzi, argumentując, na jaką niewygodę i tłok naraziłbym się następnego dnia w podróży do Strelsau i z powrotem. Przyjąłem jego propozycję bez namysłu, poszedł więc zadepeszować do siostry, a ja tymczasem pakowałem się na najbliższy pociąg. Nie przestało mnie jednak ciągnąć do lasu i domku myśliwskiego, więc kiedy moje dziewczę wyjaśniło, że mogę przejść około dziesięciu mil przez las i złapać pociąg na wiejskiej stacyjce, postanowiłem wysłać bagaż na adres, który mi podał Johan, przejść się pieszo i pojechać do Strelsau bez obciążenia. Johan poszedł już i nie wiedział o tej zmianie planów; ponieważ jednak nie wynikało z niej nic poza tym, że zjawię się u jego siostry o parę godzin później, nie warto było go nawet zawiadamiać. Zacna dama z pewnością nie będzie się o mnie martwić.

Zjadłem wczesny obiad i pożegnawszy swe miłe gospodynie obietnicą, że zatrzymam się u nich w drodze powrotnej, zacząłem się wspinać na wzgórze, którego stok prowadził do zamku i dalej, w głąb lasów. Nie wysilając się zbytnio, w pół godziny znalazłem się u samego zamku. Była to za dawnych czasów twierdza, a jej zabytkowa, świetnie zachowana strażnica wygląd miała doprawdy imponujący. Za nią wznosiła się główna część pierwotnego zamku, dalej zaś, oddzielony głęboką i szeroką fosą, całkowicie otaczającą stare budowle, widniał nowoczesny, ładny pałac w stylu chateau, wzniesiony przez ostatniego króla, będący obecnie wiejską rezydencją księcia Strelsau. Dawna część i nowa połączone były mostem zwodzonym i stara budowla nie miała (poza tym pośrednim) innego połączenia ze światem zewnętrznym; do pałacu natomiast wiodła szeroka i piękna aleja. Była to wymarzona rezydencja; gdy Czarny Michał zapragnął towarzystwa, mógł mieszkać w pałacu; w przypływie mizantropii zaś wystarczyło mu przejść po moście i ściągnąć go za sobą (przesuwał się na rolkach), i już nikt by go stamtąd nie wydostał, chyba że z pułkiem piechoty i baterią dział.

Ruszyłem dalej, przekonawszy się z satysfakcją, że choć Czarny Michał, biedaczyna, nie będzie miał tronu ani księżniczki, ma za to przynajmniej rezydencję tak znakomitą, jak którykolwiek z władców europejskich.

Niebawem zagłębiłem się w las i przez godzinę lub więcej szedłem w jego chłodnym, posępnym cieniu. Wielkie drzewa splatały mi się nad głową, słońce zaś przedzierało się przez nie w plamach jarzących się jak diamenty i mało co większych. Urzeczony tym otoczeniem, znalazłem powalony pień drzewa, wsparłem się o niego plecami i wyciągnąwszy nogi przed siebie oddałem się niezmąconej kontemplacji uroczystej piękności lasów i rozkoszy dobrego cygara. Gdy zaś cygaro się skończyło, a ja pochłonąłem (jak sądzę) tyle piękna, ile mogłem w sobie pomieścić, zasnąłem jak dziecko, niepomny na mój pociąg do Strelsau i na szybko uchodzące popołudnie. Myśl o pociągu w takim miejscu byłaby wulgarnym świętokradztwem. Zamiast tego przyśniło mi się, że ożeniłem się z księżniczką Flawią i mieszkam na zamku Zenda, całe dni spędzając z ukochaną na leśnych polanach… był to sen nadzwyczaj przyjemny. Co więcej, wyciskałem już namiętny pocałunek na ślicznych ustach księżniczki, gdy usłyszałem (a głos w pierwszej chwili wydawał się częścią snu), że ktoś woła szorstko i przenikliwie:

— A niech to diabli! Ogolić go i będzie król!

Zabrzmiało to wystarczająco dziwacznie, jak na sen: za cenę mego bujnego wąsa i starannie w szpic przystrzyżonej bródki mam stać się monarchą! Już chciałem po raz drugi ucałować księżniczkę, gdy przyszedłem (nader niechętnie) do wniosku, że jednak nie śpię.

Otworzyłem oczy i ujrzałem dwóch mężczyzn, przyglądających mi się nader ciekawie. Byli w strojach myśliwskich i z bronią. Jeden był dosyć niski i bardzo krzepki w sobie, z wielką głową jak kula armatnia, miał siwy, najeżony wąs i małe, błękitne oczka, nieco przekrwione. Drugim był młodzieniec raczej szczupły, średniego wzrostu, ciemny i wdzięcznej a wytwornej postawy. O pierwszym z nich pomyślałem, że to stary żołnierz; o drugim, że to dżentelmen przywykły obracać się w dobrym towarzystwie, ale wojskowemu życiu też nie obcy. Później okazało się, że dobrze odgadłem.

Starszy zbliżył się do mnie, skinąwszy na młodszego, aby też podszedł. Tamten posłuchał, uchylając grzecznie kapelusza. Wstałem bez pośpiechu.

— I wzrostu jednakowego! — dosłyszałem, jak wymamrotał starszy, mierząc okiem mój metr osiemdziesiąt osiem. Po czym, dotknąwszy wyniośle kapelusza, zwrócił się do mnie:

— Czy mogę spytać o nazwisko?

— Skoro już panowie uczynili pierwszy krok do zawarcia znajomości — odrzekłem z uśmiechem — to zechcieliby może dać mi przykład również i w kwestii nazwisk.

Młodszy postąpił do przodu z miłym uśmiechem.

— To jest pułkownik Sapt — powiedział — a ja się nazywam Fryderyk von Tarlenheim.