Opis

Nazywam się Colin Remy, mam szesnaście lat i jestem sierotą. Przynajmniej tak mi zawsze mówiono, lecz nigdy w to nie wierzyłem. W sierpniu 2000 roku wróciłem na niewielką wysepkę Mornesey, położoną u wybrzeży Normandii. Tam spędziłem wczesne lata swojego życia. Tam wszystko obróciło się w szaleństwo.

Czy jest jakiś związek między moim życiem a ucieczką dwóch więźniów przewożonych do miejsca odosobnienia i paniką, jaka wybuchła w Mornesey w szczycie turystycznego sezonu? Czy powinienem wierzyć w krążące po wyspie legendy, wedle których Mornesey zamieszkują skazańcy oraz ich potomkowie? A co z legendarnym skarbem, który ponoć ukryto w gąszczu podziemnych tuneli wijących się pod wyspą? Komu mogę ufać? I dlaczego nagle mam rozpoznawać swojego ojca? Żywego!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 529

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału SANG FAMILLE

WydawcaUrszula Ruzik-Kulińska

Redaktor prowadzącyTomasz Jendryczko

RedakcjaAgnieszka Niegowska

KorektaEwa Grabowska

© Michel Bussi et Presses de la Cité, un département de Place des Editeurs, 2018 Copyright © for the Polish translation by Maria Braunstein and Natalia Krasicka, 2019

Wydawnictwo Świat Książki 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Warszawa 2019

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Skład i łamaniePiotr Trzebiecki

Dystrybucja Dressler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 e-mail: [email protected] tel. + 48 22 733 50 31/32 www.dressler.com.pl

ISBN 978-83-813-9539-7

Skład wersji elektronicznej [email protected]

Przedmowa

Od fikcji po krainę czarów

Więzi krwi to jedna z moich najwcześniejszych powieści. Na długo przed wydaniem pierwszej książki, Wyryte w piasku, istnieli już jej bohaterowie i główne wątki. Gdybym sięgnął pamięcią nieco dalej, powiedziałbym, że Więzi krwi to pierwsza opowieść, jaką wymyśliłem.

Zrodziła się z prostego doznania.

Być może doświadczyliście kiedyś tego, co ja: spotykacie kogoś i przez sekundę macie wrażenie, że go poznajecie… A potem robi się wam głupio i musicie pogodzić się z rzeczywistością: osoba, którą zdawało wam się rozpoznać w przechodniu, nie żyje. Wyobraźnia zadziałała szybciej niż rozum. Ta sylwetka, ten cień, głos czy śmiech nie mogą być sylwetką, cieniem, głosem czy śmiechem waszego dziadka, przyjaciela z dzieciństwa, dawnej sąsiadki.

I to z tego przyprawiającego o dreszcz wrażenia zrodziła się moja powieść.

Ponownie pochylając się nad Więziami krwi, ponad dziesięć lat po napisaniu tej książki, zdumiałem się, widząc, że zawiera ona dużą część powracających motywów i wątków moich późniejszych powieści, w tym oczywiście poszukiwanie własnej tożsamości, więzi, okres dojrzewania, ale także manipulację, pozorną irracjonalność, która w końcu znajduje logiczne wyjaśnienie, a poza tym upodobanie do zamkniętych drzwi, wysp, labiryntów, które trzeba przemierzać i z których nie można się uwolnić, a które kryły w swych trzewiach z wolna odkrywane korzenie tożsamości.

Poza snuciem intrygi ta powieść była już okazją do stworzenia galerii postaci drugoplanowych, wnoszących jednak odrobinę fantazji, humoru, dystansu… Szczególnie serdecznie odnoszę się do Delpecha, Clary, Madihy, Armanda…

Jak w większości moich książek, przynajmniej tych pierwszych, w Więziach krwi bawię się historią symbolizowaną przez Kaprys Mazarina: bohaterowie wyruszają na poszukiwanie skarbu z zaszyfrowaną mapą i gubią się w podziemnych korytarzach… W tym sensie powieść ta może wydawać się powieścią inicjacyjną, słoneczną, ludyczną. Ja jednak uważam Więzi krwi za najbardziej osobistą z moich książek. Pragnąłem, by z elegancją maskowała swe okrucieństwo i dramatyczny los Colina, nastoletniego bohatera, który podczas tych niebezpiecznych podchodów nie może zaufać żadnemu dorosłemu.

Więzi krwi ukazały się po raz pierwszy w roku 2009 w nakładzie kilku tysięcy egzemplarzy i już dawno zniknęły z księgarni. Przed ich powtórnym wydaniem dokonałem tylko niewielkich poprawek, oczywiście poza koniecznymi korektami. Postanowiłem natomiast wprowadzić pewną istotną zmianę: w pierwszym wydaniu Colinowi towarzyszyli w poszukiwaniach dwaj koledzy – radosna grupka trzech chłopców wydała mi się po latach reminiscencją letnich obozów młodzieżowych i lektur z dzieciństwa. Brakowało jednak postaci kobiecej, która towarzyszyłaby Colinowi.

Od lat chodziła mi po głowie Madiha – bohaterka, którą należało wprowadzić do tej opowieści, by stworzyć trójkąt Armand – Madiha – Colin i nadać mu nieco inny charakter. Czy miałem rację? To pytanie kieruję do tych, którzy przeczytają obie wersje Więzi krwi…

Z pełnym czułości uśmiechem myślę o lekkości tej powieści, zakłócanej przez koszmarną intrygę. Cieszy mnie, że poddaje się klasyfikacji rodzajowej jeszcze trudniej niż inne moje książki oraz że staje się międzypokoleniowa: dla młodych czytelników intrygująca, dla innych zmysłowa i okrutna.

Choć to najbardziej osobista z moich powieści, to dotąd jako jedyna przenosi nas w fikcyjne miejsce. Czy należy uznać to za paradoks?

Od fikcji do krainy czarów wcale nie jest tak daleko. Żadna inna powieść nie dała mi szansy aż tak oderwać się od rzeczywistości podczas procesu twórczego. Gdyby nie Więzi krwi, następne nie mogłyby powstać.

Michel Bussi

1

Koniec

Niedziela, 20 sierpnia 2000, 2:51, wyspa Mornesey

Światło Latarni Kajdaniarzy zalało małe, brudne pomieszczenie niczym brutalne słońce. Tylko na sekundę. Potem znów zapanował mrok, rozpraszany jedynie przez snopy światła latarek, lecz duszący pył sprawiał, że to światło było niemal szare, jakby tysiące drobnych owadów wirowały w drgających promieniach.

Umrę w tym paskudnym miejscu.

Tylko jedno pytanie, ostatnie, nie daje mi spokoju… Czy ośmielą się mnie torturować, zanim ze mną skończą? Jak daleko są gotowi się posunąć, żeby zmusić mnie do wyznania prawdy? Będą rozdrapywać otwarte rany? Szperać w moim ciele, jakby mogli wyrwać z niego wspomnienia, które pragną poznać?

Gwałciciele pamięci.

Wszystko jest jasne. Kilka minut temu ułożyłem puzzle. Element po elemencie, wszystko pasuje. Wszystko dokładnie pamiętam.

Zorientowali się, że tak jest?

I ta niezmącona cisza! Najlżejszy szelest z wyspy Mornesey nie przebija się przez gruby kamienny mur. Słyszę tylko powolny oddech moich katów. Jest ich czworo. Trzech mężczyzn i kobieta. Sami dorośli, do których, logicznie rzecz biorąc, powinienem mieć ślepe zaufanie. Tak zresztą było.

Niestety.

Lufa pistoletu jest wciąż wymierzona we mnie. Tamci stoją nieruchomo pod brudnymi ścianami, widzę tylko ich cienie. Jak długo jeszcze wytrzymają, zanim mnie zabiją?

Równie dobrze jak ja wiedzą, że kilkudziesięciu policjantów przeczesuje teraz Mornesey, poszukując mnie i jednocześnie prowadząc pościg za nimi. Policjanci na pewno wchodzą już do podziemi, są w tych niekończących się korytarzach wykutych głęboko, w trzewiach wyspy. Cała Mornesey jest teraz przetrząsana przez gigantyczną, dobrze zorganizowaną obławę. Mimo to policjanci nie mają szans nas znaleźć. Przynajmniej nie dość szybko. Wszystkie wyjścia zostały starannie zamknięte. To było przygotowane już dawno, przemyślane w najdrobniejszych szczegółach. Moi kaci w niczym nie zdali się na przypadek.

Czy została mi jeszcze jakaś nadzieja?

Nie rzucę nawet butelki do morza. Tylko kilka kawałków czerwonej krepiny, rozsianych, zgubionych kilka godzin temu, niezdolnych do podjęcia równej walki z wiatrem znad kanału La Manche. Tylko kilka drogich mi istot, jedynych, którym jeszcze ufam. Może odgadną. Może…

Ale żeby mnie odnaleźć…

Latarnia rozprasza mrok. Prawie jak błyskawica. Trzy sylwetki katów, sine niczym te potworne bestie z głębin, które nigdy nie widują światła, wpatrują się we mnie bez cienia współczucia. Ona jedna opiera się o kominek i odwraca wzrok.

Odłamek szkła błyska przelotnie – moja ostatnia nędzna broń leży na ziemi trzy metry od moich nóg.

Umrę.

Już nie mogą mnie oszczędzić. Teraz za dużo wiem. Widziałem ich twarze, ich prawdziwe twarze. Wszystko potoczyło się tak szybko, w zaledwie cztery dni. Wcześniej miałem zupełnie inne, błahe troski.

Byłem tylko nastolatkiem, takim samym jak wielu innych.

Banalnym.

Niełatwo przekazać myśli, emocje tak, jak zmieniały się przez te kilka dni, to oszałamiające przejście w sferę irracjonalności, godzina po godzinie, minuta po minucie, podobnie jak myśli i emocje pozostałych uczestników tych wydarzeń – Simona Casanovy, Madi, Armanda.

Mimo wszystko spróbuję.

Cztery dni wcześniej

2

Jeszcze tylko ten konwój

Środa, 16 sierpnia 2000, 13:51, droga do cytadeli, wyspa Mornesey

Furgonetka zjechała z promu na wyspie Mornesey i ruszyła drogą wzdłuż morza do oddalonego o kilometr zakładu karnego Mazarin. Jérémy z zazdrością spoglądał na setki żagli przesuwających się po wodach La Manche i niemal blokujących wejście do kanału, który oddzielał wyspę od lądu. Małe pomarańczowe optimisty płynęły gęsiego, walcząc z ostatnimi falami, które zostawił za sobą prom. Kajaki morskie raz po raz przemykały między deskami z żaglem.

W połowie sierpnia, pomyślał Jérémy, kanał Mornesey wygląda jak autostrada.

Co z tego… Mimo takiego tłoku Jérémy chętnie zamieniłby się z tymi gośćmi w piankach, którzy sunęli na deskach z prędkością ponad dwudziestu węzłów.

Jeszcze tylko dwie godziny, pocieszał się. Za dwie godziny powiesi klucze od więzienia Mazarin na gwoździu, zostawi mundur na wieszaku, a spluwę w zbrojowni. Żegnaj, mundurze! Bye, bye, Wyspy Normandzkie! Wsunie stopy w espadryle, przebierze się w szorty w kwiatki i ruszy na półwysep Giens, żeby surfować w Hyères.

Siedzący obok Gildas jechał ostrożnie. Trzydzieści lat w zawodzie, kilka tysięcy transportów z więzienia na Mornesey do sądu w Granville: znał na pamięć rozkład promów i długość kolejki na nabrzeżu.

Jérémy odwrócił głowę i zerknął na tył furgonetki. Dwaj więźniowie siedzieli na wprost siebie skuci kajdankami. Spokojnie. Obserwował przede wszystkim tego z lewej, Jonasa Nowakoskiego. Pokaźnie obciążona kartoteka. Liczne napady z bronią w ręku. Strzał z bliska do umundurowanego policjanta. Jeszcze siedem lat odsiadki. Niebezpieczny klient. Drugi, naprzeciwko, nie był więźniem tego samego kalibru. Jean-Louis Valerino został skazany za oszustwa podatkowe: czerpał korzyści osobiste z obrotu środkami publicznymi. Drobny urzędnik, którego zgubiła zachłanność. Miał zostać zwolniony za nieco więcej niż dwa miesiące i w jego interesie leżało siedzieć cicho.

Furgonetka jechała wzdłuż muru tutejszego cmentarza. O tej porze, wczesnym popołudniem, droga departamentalna prowadząca do zakładu karnego była prawie pusta. Czas sjesty!

Jérémy pomyślał, że do końca dnia ma jeszcze mnóstwo spraw do załatwienia. Kiedy wyrwie się z pracy, będzie musiał się nieźle uwijać. Zainstalować na swojej astrze bagażnik, zamocować deskę… no i nie zapomnieć o foteliku samochodowym. Pierwsze wakacje z małą Léą, zaledwie półroczną…

Jérémy się skrzywił. Będzie musiał negocjować. Powtarzać to do znudzenia Lydie, kiedy odechce jej się grać Penelopę z plaży. Nie, deska nie była dla niego rozrywką, sportem, hobby. Nie była nawet pasją, ale przedłużeniem jego samego. Sensem życia. Witalną potrzebą. Jak woda, słońce i tlen. Ta gówniana robota strażnika więziennego, te nocne służby – znosił to wszystko tylko dlatego, że dawało mu to dość czasu na wyjścia w morze, na ślizganie się po wodzie. Tak właśnie było. Zwierzęca potrzeba.

Pół ryba, pół ptak.

Lydie słuchała. Nie umiejąc zrozumieć, akceptowała, jak zawsze. No i trochę się dąsała.

Furgonetka gwałtownie się zatrzymała, wyrywając Jérémy’ego z zadumy.

– Kurwa! – wrzasnął Gildas. – Co ty wyprawiasz?

Jérémy błyskawicznie się odwrócił. Jonas Nowakoski siedział zgięty w pół na tyle furgonetki, targany gwałtownymi konwulsjami. Dusił się, a tocząca się z ust piana utworzyła już kałużę pod jego nogami.

Gildas zaparkował, jak się dało. Jérémy wyciągnął sig sauera i wysiadł z furgonetki. Gildas szedł za nim. Jérémy ostrożnie otworzył tylne drzwi. Jonas Nowakoski był trudnym przypadkiem, świrem zdolnym symulować atak padaczkowy, żeby spróbować ucieczki. Gildas przygotował broń do strzału. Jérémy poczuł, że skoczyło mu ciśnienie, a serce bije coraz szybciej, jak wtedy kiedy przekracza trzydzieści pięć węzłów na desce, zmuszając ciało do najwyższego wysiłku.

Jonas Nowakoski wył z bólu. Jérémy pochylił się nad nim, a Gildas został na zewnątrz, celując z pistoletu w ogarnięte drgawkami ciało. To był ewidentny atak padaczki. U więźniów zdarzało się to dość często. Nie mogli dopuścić, żeby się zranił, i musieli zaczekać na przyjazd lekarza.

– Podaj mi koc – powiedział Jérémy do kolegi. – Za siedzeniem. Ale cały czas trzymaj go na muszce.

Gildas wsiadł do furgonetki, zachowując bezpieczną odległość od Nowakoskiego, który wciąż skręcał się z bólu. Wolna ręka policjanta chwyciła brązowy pled.

Chwilę potem dół pleców Gildasa eksplodował. Cios był straszliwy, niespodziewany, zadany z tyłu.

Osunął się na ziemię, zgięty w pół. Z połamanymi żebrami.

Broń wysunęła mu się z ręki. Upadając, zdążył tylko zobaczyć, jak Nowakoski podrywa się na równe nogi i zaciska skute kajdankami ręce na nadgarstku prawej ręki Jérémy’ego.

Tej, w której była broń.

Mężczyźni turlali się po podłodze furgonetki, miotali się, tworząc jedną masę. Gildas zacisnął ręce. Musiał się podnieść. Odwrócić.

Musiał się przeczołgać. Ruszyć się.

Musiał pospieszyć koledze z pomocą. Sig sauer leżał na podłodze, dwa metry przed nim. Zapomnieć o bólu, o zmasakrowanych plecach, o połamanych kościach. Wyciągnąć rękę o kilka centymetrów…

Ciężki but zmiażdżył mu palce. Sylwetka pochyliła się, podniosła pistolet.

– Strzelaj, do cholery! – krzyknął Nowakoski. – Strzelaj, Valerino! Załatw ich!

Tylko Jean-Louis Valerino stał na tyle furgonetki. W skutych rękach trzymał sig sauera.

– Strzelaj, durniu! – wrzasnął znowu Nowakoski.

Więzień usiłował unieruchomić Jérémy’ego. Ich cztery ręce walczyły o drugi pistolet. Valerino mierzył na zmianę do dwóch strażników. Jego twarz zalała się potem, a głos drżał, kiedy mówił:

– Klucze od kajdanków. Szybko. Bo go posłucham. Przysięgam.

Gildas nie odpowiadał, starając się ze wszystkich sił nie zemdleć. Jérémy jeszcze się opierał, nie chcąc puścić broni. Nowakoski leżał na nim.

– Kurwa, załatw go! – rozkazał bandyta.

Valerino nie strzelił. On też drżał, jakby sytuacja go przerosła.

– Gnojek! – wrzasnął znowu Nowakoski.

Przez chwilę jego usta pozostawały otwarte, potem zacisnęły się na nadgarstku Jérémy’ego, gryząc go do krwi. Strażnik więzienny krzyknął z bólu. Mimowolnie wyprostował dłoń. Wtedy Nowakoski wstał, chwytając palcami pistolet. Cofnął się o dwa metry, nawet nie patrząc na Valerina.

Znów panował nad sytuacją.

– Klucze od kajdanków! Macie trzy sekundy.

Jérémy trzymał się za nadgarstek, tamując krwawienie. Jego riposta była natychmiastowa.

– Jesteś na wyspie! To Mornesey. Pięć kilometrów na trzy. Dokąd zamierzasz iść?

– Jeden!

Jérémy zwrócił oczy na Valerina. W niemej prośbie. Facet dał się omotać. Dwa miesiące dzieliły go od wyjścia na wolność, więc miał dużo do stracenia. Właściwie wszystko. Nowakoski zabije go, kiedy tylko przestanie go potrzebować. Jak przekonać o tym Valerina? Więzień unikał spojrzenia strażnika.

– Dwa.

Mniejsza o niego.

– Więzienie jest kilometr stąd! – krzyknął Jérémy. – W ciągu kilku minut dziesiątki policjantów otoczą ten rejon. Nie macie żadnych szans…

– Trzy!

Jonas Nowakoski z kamiennym spokojem wycelował w nogę Jérémy’ego i strzelił. Kula przeszyła prawą łydkę strażnika. Jérémy chciał coś powiedzieć, rzucić obelgę, wykonać jakiś gest, ale ból go poraził.

– Okej, okej – rozbrzmiał drżący, piskliwy głos Gildasa z głębi furgonetki. A potem strażnik wyciągnął rękę z dwoma kluczami. – Masz. Ale jeszcze się zobaczymy.

Valerino podbiegł i chwycił klucze, ogarnięty paniką.

– Musimy się wynosić, Nowakoski. Nie powinieneś był strzelać. Dopadną nas.

Jonas Nowakoski był zdumiewająco odprężony. Prawdopodobnie ucieczka dostarczała mu adrenaliny, tak jak napady. A może nawet mu je przypominała – odliczanie, zanim rozlegną się pierwsze syreny, migoczące światła wozów policyjnych, ucieczka z bronią w ręku. Wyciągnął ramiona, żeby Valerino go rozkuł.

Głowa Jérémy’ego przechyliła się na bok. Stracił przytomność.

Pozornie.

Tylko jego ręka jeszcze się poruszała, wędrowała w dół. Wolno, wzdłuż zdrowej nogi. Gildas dostrzegł ten gest, a wiedział, że Jérémy zawsze nosi ukryty nad kostką nóż. Na wypadek starcia wręcz. W więzieniu czasami się to zdarzało. Ale co zamierzał zrobić ten młody głupek Jérémy ze swoim nożem, mając przeciwko sobie dwóch uzbrojonych facetów? Chciał zgrywać bohatera? Lepiej dać im uciec i ocalić własne życie. Zbiegów da się złapać przed zmrokiem.

Kajdanki upadły na podłogę furgonetki. Jean-Louis Valerino pociągnął Jonasa Nowakoskiego za rękaw.

– Spadamy.

Nowakoski cofnął się i błyskawicznie obrócił. Był podejrzliwy.

Ręka Jérémy’ego przesunęła się jeszcze niżej, palce zacisnęły się na rękojeści. Jeśli uda mu się ugodzić Nowakoskiego, Valerino nie kiwnie palcem. Nie strzeli. Podda się. Prawdę mówiąc, Nowakoski był sam. Wystarczyło wbić nóż między łopatki tego drania, kiedy stanie tyłem.

Nowakoski zrobił jeszcze jeden krok, wolno odwrócił głowę i wciągnął w nozdrza zapach wolności.

Teraz!

Jérémy mimo bólu poderwał się jednym susem, a jego ręka przecięła powietrze.

Za szybko.

Zgniatana blacha przejmująco zgrzytnęła, kiedy ostrze uderzyło o zamknięte drzwi furgonetki, przelatując ponad dwadzieścia centymetrów od ramienia bandyty. Broń upadła i zawirowała na podłodze jak oszalała busola.

– Game over – szepnął Nowakoski.

I znów skierował lufę sig sauera na Jérémy’ego.

Policjant wiedział, że umrze, teraz, idiotycznie, w wieku dwudziestu dziewięciu lat, że już nigdy nie zobaczy Lydie, że zostawi ją samą z sześciomiesięczną Léą. Dla tego maleństwa nie pozostanie nawet wspomnieniem, tylko nieznajomym ze zdjęcia.

Lufa pistoletu trochę się opuściła.

Jonas Nowakoski podczas transferów między Mornesey i Granville miał dużo czasu, by obserwować spojrzenie Jérémy’ego zwrócone na żagle na oceanie.

Strzelił. Dwa razy. Pierwsza kula kalibru dziewięć milimetrów przeszyła lewe kolano strażnika, druga – jego prawe kolano. Przejmujący krzyk Jérémy’ego prawdopodobnie słychać było aż w cytadeli.

Zanim Jérémy stracił przytomność, zrozumiał, że nogi nie będą go już w stanie nosić. Być może kiedyś, przechodząc katusze, chwytając się, podtrzymując, zdoła na nich stanąć.

Ale o upojnym surfowaniu mógł zapomnieć.

Ani ryba, ani ptak.

Mięczak. Już na zawsze.

3

Powrót na Mornesey

Środa, 16 sierpnia 2000, 14:00, port w Saint-Argan, wyspa Mornesey

Sierpniowe słońce w zenicie dosłownie zalewało mały port w Saint-Argan. Pod osłoną falochronu byłem bezpieczny. Wiedziałem, że kiedy tylko wysunę głowę, podstępny wiatr wysmaga mi twarz. A kiedy ruszę w kierunku nabrzeża, ten wiatr zmrozi mnie do szpiku kości.

O temperaturze wody lepiej nie wspominać…

Marne osiemnaście stopni.

Zadrżałem na samą myśl o tym. Żeglarstwo to sport dla szaleńców. A już uprawiać go na La Manche to istne katusze, nawet w połowie sierpnia. Armand, który siedział obok mnie, myślał dokładnie tak samo. Dlatego skryliśmy się obaj za falochronem, obserwując taras restauracji hotelu Grand Cormoran, dokładnie na wprost, i opalone nogi pod spódnicami, którymi wiatr znad kanału łopotał, jakby prosił o wybaczenie za to, że nas zmroził.

– Osiemdziesiąt! – rzucił Armand. – Na jedenastej.

– Co? Gdzie?

Odwróciłem się na jedenastą. Nic!

Armand kpił.

– Fałszywy alarm. Wyobrażasz sobie dziewczynę, która spaceruje po porcie z cyckami na wierzchu?

– Nigdy nic nie wiadomo… – odparłem bez przekonania.

Tak czy inaczej, Armand nie powinien jej zauważyć. Prowadziłem 84 do 79 w tej kretyńskiej grze, która trwała od dziesięciu dni. Infantylnej grze. Pierwszy, który zauważył dziewczynę w jednoczęściowym kostiumie kąpielowym, zdobywał punkt! Wystarczyło mniej lub bardziej dyskretnie wskazać kierunek: 85 na godzinie dziewiątej, 80 na jedenastej…

Wodziłem wzrokiem po tarasie Grand Cormoran, nie robiąc sobie większej nadziei na poprawę wyniku.

Paskudny wiatr znad La Manche!

Tkwiliśmy za falochronem w osiemnastu – całą grupą nastolatków z obozu – czekając, aż instruktor żeglarstwa raczy się pojawić.

14:05.

Yoyo się spóźniał… Jak zwykle!

Po trzech minutach wyszedł wreszcie ze szkółki żeglarskiej w towarzystwie Stéphanie w czerwonym kostiumie kąpielowym żywcem wyjętym ze Słonecznego patrolu. Na widok Stéphanie w kostiumie Armand zawsze tracił głowę. Tym razem zaczął wykrzykiwać coś w rodzaju:

– Ej, Pamelo, szybko, topię się!

Stéphanie poprzestała na obrzuceniu go skonsternowanym spojrzeniem. Jej sylwetka mistrzyni świata w kraulu doprowadzała do szaleństwa wszystkich nastolatków z obozu. No, prawie wszystkich. Mnie nie. Jak na mój gust była zbyt wysportowana. Za mało kobieca. Prawdę mówiąc, czepiam się… muszę przyznać, że Stéphanie była odlotową laską. Jednak zyskiwałem w oczach chłopaków, mówiąc, że mnie nie kręci. Na przykład: „Steph? Owszem, ale… nie w moim typie…”. Chociaż pewnie i tak nikt się na to nie dał nabrać.

Na Mornesey zajmowało się nami troje dorosłych: ojciec Duval, dyrektor obozu, oraz Stéphanie i Yoyo, dwójka instruktorów. Główny problem, jaki nas nurtował, był dość banalny: czy Stéphanie i Yoyo ze sobą chodzą? Skupialiśmy się na tym od dziesięciu dni. Należałem do mniej licznej grupy, która twierdziła, że nie.

Yoyo zaprezentował nam szeroki uśmiech opalonego kretyna i poinformował nas:

– No, dzieciaki, ruszamy, dziś ćwiczymy zwroty w prawo i w lewo… bakburta, prawa burta, halsowanie…

Armand wyszedł zza falochronu jako ostatni i rzucił zadziornie:

– A jeśli ktoś to już umie, to może zostać w porcie, żeby sobie popodrywać?

Tylko ci, którzy już widzieli, jak Armand zmaga się z 420-tką, mogli się śmiać. Więc cała siedemnastka parsknęła śmiechem. Armand miał piętnaście lat, ale wyglądał najwyżej na dwanaście. Dwie krótkie, owłosione nogi pływały w długich szortach. Poza tym jego ciało było białe w czerwone placki. No i okulary, oczywiście… okulary na dużej, brzydkiej twarzy. Yoyo też się roześmiał. Lubił Armanda. Podszedł do mikrusa, spojrzał na niego z wysokości metra osiemdziesięciu i oświadczył z udawaną powagą:

– To mój prywatny teren łowiecki. Żeby podrywać w porcie, trzeba uzyskać moje pozwolenie.

Zadowolony z wrażenia, jakie zrobił, Yoyo zajął się rozdawaniem żagli. Armand niechętnie wstał i powiedział:

– Świetne wieści, chłopaki… To znaczy, że wszystkie dziewczyny w porcie są jeszcze dziewicami!

Cała grupa wybuchnęła śmiechem, a najgłośniej śmiała się Stéphanie. Obserwowałem ją – podobało jej się to, jak zadziorny chłopak odpowiedział Yoyo. Instruktor żeglarstwa znów spojrzał Armandowi w oczy.

– Uważaj, mikrusie… Kiedy znajdziemy się na morzu… utopię cię!

Śmiechy ucichły. Yoyo skończył rozdawanie żagli. Ja też dostałem swój.

Katorga! Był co najmniej dwa razy większy ode mnie.

Zgodnie z przewidywaniami lekki, podstępny wiatr zmroził nas, kiedy tylko wyszliśmy zza falochronu. Zrobiłem krok do przodu, a wiatr wcisnął się w wilgotne płótno, oblepiając nim moją gołą skórę.

Piekło!

Szedłem z najwyższym trudem. Przy każdym kroku miałem wrażenie, że wzbiję się w górę. Starałem się nie nieść żagla za wysoko, ale dolna część szorowała po kamieniach w porcie. Stéphanie-Pamela obrzuciła mnie spojrzeniem humorzastej trenerki, jakby chciała powiedzieć: „Do diabła, uważaj na sprzęt!”.

Trzeba było po prostu wziąć swój żagiel, przejść przez port, i dalej środkiem parkingu, w miarę możliwości omijając samochody, a potem zejść na nabrzeże i postarać się wsiąść do łodzi, nie mocząc adidasów.

Męczarnia!

I tak dzień w dzień. A ja, jak każdego dnia, znalazłem się w grupie maruderów. Za mną został już tylko Armand. No i Yoyo, na końcu, żeby kopać nas w tyłek.

Spieprzone wakacje!

Musiałem się zagapić, bo zahaczyłem o lusterko boczne czarnej beemki zaparkowanej przede mną. Yoyo się rozdarł.

– Uważaj, do cholery!

Szedłem dalej przez parking. Kierunek: zimna woda portu, rozchlapująca się na czymś, co wyglądało jak paskudny piasek. Nie widziałem już nic zza żagla. Madiha dostała nim w plecy i nawrzeszczała na mnie. Była buntowniczką grupy, kimś w rodzaju pani domu – taka zawsze znajduje się na obozie: wprowadza swoje porządki zgodnie z własnymi zasadami, zdolna wyciągnąć nóż sprężynowy, bo ktoś trącił ją łokciem. Duża. Kanciasta. Z tych, co to w wolnych chwilach uprawiają capoeirę, żeby odzyskać spokój. Nie moja kategoria.

– Przepraszam, Madi…

Madiha spojrzała na mnie jak na komara-samobójcę, który lata jej pod nosem – wahała się, czy mnie rozgnieść, ale w końcu zdecydowała się tylko szybko oddalić.

Kierunek: zakotwiczona 420-tka, która niezmordowanie kołysała się na wodzie. Na próżno starałem się pokonać sporą odległość między piaskiem a relingiem, mój but zsunął się do wody i poczułem, jak dreszcze przebiegają mi po kręgosłupie.

Pomyśleć, że tak było od dziesięciu dni.

I że sam wybrałem to piekło.

Na własne życzenie!

Na morzu wiatr trochę się uspokoił. W kamizelkach ratunkowych było nam prawie ciepło. Jak zawsze znalazłem się sam z Armandem na 420-tce. On wyciągnął się na dnie łodzi i spał, śniąc o osiemdziesiątych piersiach, o usta-usta ze Stéphanie i nie wiem czym jeszcze. Już dawno zrezygnował z nauki żeglowania, nie chciał zastanawiać się, skąd wieje wiatr, nie próbował stawiać żagli ani poznawać innych podstaw tego sportu. Wręcz trudno było uwierzyć, że Armand, niewątpliwie najinteligentniejszy dzieciak w grupie, może aż tak nie pojmować abecadła nawigacji. Co najmniej dziesięć razy dostał bomem po głowie i wciąż nie zdołał zrozumieć kierunku wiatru. Prawdę mówiąc, miał to w nosie. Rodzice wysłali go na obóz za karę – ponoć zrobił jakieś głupstwo. Dziwne, bo Armand nie należał do tych, co popełniają głupstwa, był raczej typem prymusa. Zagadka!

Kiedy Yoyo i Stéphanie mijali mnie zodiakiem, na chwilę stanąłem przy sterze, udając, że mnie to interesuje. Yoyo i Stéphanie płynęli bez żagla, ograniczając się do udzielania rad kolejnym załogom. Sami używali silnika. Teoretycznie powinniśmy płynąć na czas pomiędzy pomarańczowymi i żółtymi bojami, ale… Ja i Armand już dawno odpuściliśmy sobie takie konkurencje. Yoyo nie zamierzał walczyć o to, żebyśmy robili postępy, i tylko Stéphanie jeszcze trochę zależało. Wyłączyła silnik i krzyknęła do nas:

– Dacie radę! Nie jesteście głupsi od innych. Wasi rodzice zapłacili, żebyście mogli się nauczyć…

Odpowiedziałem rozpaczliwym uśmiechem. Armand nie raczył nawet unieść powieki.

– Daj spokój, Steph – rzucił Yoyo. – To łamagi!

Masz rację, Yoyo, pomyślałem. Daj spokój, Steph. Moim rodzicom wisi, czy umiem sterować, czy nie.

Gdziekolwiek są.

Zodiak odpłynął, kierując się do bardziej skłonnych do współpracy adeptów żeglarstwa.

Plusk wody kołysał mnie, słońce nieśmiało wyglądało zza chmur. Armand spał. Wszystkie inne żaglówki tych świrów z obozu pływały daleko, bardzo daleko. Było mi dobrze. Po raz pierwszy od dawna.

Sam.

Nareszcie.

Co ja tu właściwie robiłem?

Przed oczyma stanął mi katalog obozów letnich przyniesiony przez listonosza w lutym. Dosłownie rzuciłem się na niego. Thierry i Brigitte nie zostawili mi wyboru:

– W te wakacje wyjeżdżasz! Z młodzieżą w twoim wieku!

Krótko mówiąc, mieli już ochotę się ode mnie uwolnić. A przecież nie byłem uciążliwy, raczej małomówny. I wciąż przesiadywałem w swoim pokoju. Z książką albo pilotem w ręku, zostawiałem ich w spokoju na wiele godzin. Kiedy się nad tym zastanawiam, to wydaje mi się, że właśnie to najbardziej im ciążyło. Brak kontaktu. Który stawał się coraz bardziej widoczny. Nie obchodziło mnie to. To nie była moja wina. Istniały okoliczności łagodzące. A poza tym niczego im nie zawdzięczałem! Ale żadne wymówki świata nie mogły tego zmienić: obóz młodzieżowy i kropka. Tego nie mogłem uniknąć… Prawdę mówiąc, było mi to nawet na rękę. Z Thierrym i Brigitte prawie nigdy nie wyjeżdżałem na wakacje. Lato oznaczało głównie telewizję, książki, internet. Nawet dla tak zatwardziałego samotnika jak ja lipiec i sierpień stawały się zbyt długie.

A zatem w lutym, kiedy wróciłem wieczorem ze szkoły do wynajętego domku, znalazłem się sam na sam z katalogiem obozów dla młodzieży. Był to katalog krajowy, dość gruby. Kartkowałem go, szybko omijając najgorsze: obozy kajakarskie, konne, wędrowne, quadowe, żeglarskie… Skupiłem się na najlepszych: obozach teatralnych, kinowo-audiowizualnych, cyrkowych, a nawet jednym, gdzie proponowano grę fabularną.

Nie liczyłem na tyle!

Zagiąłem już róg kartki katalogu. Gra fabularna w średniowiecznym zamku w Owernii. Już ciekła mi ślinka. Uwielbiałem to. Ale potem natknąłem się na tę przeklętą stronę trzydziestą siódmą: siedemnastodniowy obóz żeglarski na wyspie Mornesey. Najbardziej słonecznej z Wysp Normandzkich, jak pisano w broszurze. Dyplomowani instruktorzy. Dyrektor ojciec Duval. Dwadzieścia pięć lat doświadczenia. Zakwaterowanie w namiotach. Integracja grupy. Gry sportowe. Żaglówki w każde popołudnie na La Manche.

Katalog o mało nie wypadł mi z rąk.

Ledwie zerknąłem na program: żagle i integracja grupy. Zafascynowało mnie tylko jedno słowo. Tylko ono trafiło do serca.

Niechybne, nieuniknione.

Mornesey!

Moja przeszłość. Moja historia.

Moja niezakończona historia.

Czy mogłem wtedy przewidzieć, że lepiej było cisnąć katalog do śmietnika? Wyrwać z niego kartkę po kartce, a potem palić jedną po drugiej nad popielniczką wuja?

Czy mogłem przewidzieć, że wybierając ten obóz, z własnej nieprzymuszonej woli, za sprawą osobiście powziętej decyzji, otworzę wrota, za którymi kryje się kłębowisko kłamstw? Huragan, który w ciągu kilku dni rozwieje wszystkie moje przekonania: od tych najbłahszych i niewinnych po te najgłębsze i najbardziej intymne.

A jednak nawet gdybym to podejrzewał, nawet gdybym się tego domyślał – wszystkiego, także najgorszego – prawdopodobnie postąpiłbym tak samo.

Musiałem bowiem zmierzyć się z prawdą. Jakkolwiek była niepojęta i nieakceptowalna.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.