Wieża Słonia - Robert E. Howard - ebook + audiobook

Wieża Słonia ebook i audiobook

Robert E. Howard

4,5

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

W cienistych zaułkach Arenjun, najbardziej grzesznego z miast Zamory, krąży opowieść o klejnocie, jakiego nie oglądało oko śmiertelnika – Sercu Słonia, płonącym na szczycie strzelistej wieży czarnoksiężnika Yary. Powiadają, że ktokolwiek przekroczy jej próg, już nie wraca. Lecz młodego barbarzyńcę z Cymmerii, złodzieja o imieniu Conan, nie powstrzyma żadna legenda ani strach, który ścina krew w żyłach ostrożnych ludzi.

 

Wśród strażniczych lwów, śmiercionośnych pułapek i mroku gęstego niczym zakrzepła krew Conan wspina się ku tajemnicy starszej niż ludzkie królestwa. A na szczycie wieży czeka go odkrycie straszliwsze niż śmierć – bo nie każdy potwór jest tym, za kogo go biorą, i nie wszystkie zbrodnie popełniają ci, których zwiemy łotrami.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 42

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 1 godz. 22 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Sebastian Kumor

Oceny
4,5 (2 oceny)
1
1
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Conan Barbarzyńca

Wieża Słonia

Robert E. Howard

Przetłumaczył Marcin Gołda

Rozdział I

Pochodnie mętnym blaskiem rozświetlały hulanki w Maulu, gdzie złodzieje ze wschodu nocą wyprawiali swoje karnawały. W Maulu mogli pić i bawić się do woli, bo uczciwi ludzie omijali tę dzielnicę z daleka, a strażnicy, sowicie opłacani splamionym groszem, nie mieszali się do ich zabaw. Krętymi, nieutwardzonymi ulicami pełnymi stosów śmieci i błotnistych kałuż zataczali się pijani awanturnicy, wrzeszcząc na całe gardło. W cieniu połyskiwała stal, gdzie wilk czyhał na wilka, a z mroku dobiegał piskliwy śmiech kobiet oraz odgłosy bójek i szamotaniny. Światło pochodni migotało złowieszczo przez powybijane okna i szeroko otwarte drzwi, a z tych drzwi buchały prosto w twarz zatęchła woń wina i cuchnących, spoconych ciał, brzęk kufli i łomot pięści walących w toporne stoły, urywki sprośnych pieśni.

W jednej z tych nor wesołość huczała aż pod niski, okopcony pułap, gdzie zbierali się łotrzykowie w każdym stadium łachmanów i obdarcia – przemykające ku sakiewkom rzezimieszki, łypiący okiem porywacze, zwinnopalcy złodzieje, butni zawadiacy ze swoimi dziewkami i krzykliwe kobiety odziane w tandetne stroje. Przeważali tu miejscowi nicponie – ciemnoskórzy, czarnoocy Zamorianie, ze sztyletami u pasa i podstępem w sercu. Lecz znalazły się tu również wilki z pół tuzina obcych nacji. Był tam olbrzymi renegat z Hyperborei, milczący i niebezpieczny, z szerokim mieczem przytroczonym do potężnego, kościstego cielska – bo w Maulu noszono stal otwarcie. Był szemicki fałszerz monet, z haczykowatym nosem i zakręconą, granatowoczarną brodą. Była śmiałooka dziewka z Brytunii, siedząca na kolanach płowowłosego Gundermana – wędrownego najemnika, dezertera z jakiejś pobitej armii. A ten gruby, zwalisty łajdak, którego rubaszne żarty wywoływały wybuchy śmiechu, był zawodowym porywaczem, który przybył z dalekiego Kothu, by uczyć sztuki kradzieży kobiet Zamorian, co rodziły się już z większą jej znajomością, niż on kiedykolwiek zdołałby osiągnąć.

Człowiek ten przerwał na chwilę opis wdzięków swojej przyszłej ofiary i wsadził pysk w wielki kufel pieniącego się piwa. Następnie, zdmuchnąwszy pianę z tłustych warg, rzekł: „Na Bela, boga wszystkich złodziei, pokażę im, jak się porywa dziewki: przerzucę ją przez granicę jeszcze przed świtem, a tam czekać będzie karawana, by ją przejąć. Trzysta srebrników obiecał mi pewien hrabia z Ofiru za gładką, młodą Brytunkę z lepszego rodu. Tygodnie zajęło mi, by włócząc się po miastach przygranicznych w przebraniu żebraka, znaleźć taką, o której wiedziałem, że się nada. A cóż to za ładny kąsek!”

Posłał w powietrze soczysty całus.

– Znam panów w Szem, którzy oddaliby za nią sekret Wieży Słonia – powiedział, wracając do piwa.

Dotknięcie rękawa tuniki sprawiło, że odwrócił głowę, krzywiąc się na to, że mu przerwano. Ujrzał wysokiego, krzepko zbudowanego młodzieńca stojącego obok. Człowiek ten pasował do tej spelunki tak, jak szary wilk pasuje do parszywych szczurów z rynsztoka. Tania tunika nie mogła ukryć twardych, smukłych linii jego potężnej sylwetki, szerokich, ciężkich ramion, masywnej piersi, wąskiej talii i mocarnych rąk. Skórę miał ogorzałą od obcych słońc, oczy błękitne i rozżarzone; gęsta czupryna potarganych czarnych włosów wieńczyła jego szerokie czoło. U pasa wisiał miecz w wytartej skórzanej pochwie.

Kothyjczyk mimowolnie się cofnął, gdyż człowiek ten nie należał do żadnej ze znanych mu cywilizowanych ras.

– Mówiłeś o Wieży Słonia – odezwał się przybysz, mówiąc po zamorsku z obcym akcentem. – Słyszałem wiele o tej wieży; jaki jest jej sekret?

Postawa nieznajomego nie wydawała się groźna, a odwaga Kothyjczyka, podsycona piwem i wyraźną aprobatą słuchaczy, wzrosła. Napuszył się z poczucia własnej ważności.

– Sekret Wieży Słonia? – wykrzyknął. – Ależ każdy głupiec wie, że mieszka tam kapłan Yara wraz z wielkim klejnotem, który ludzie zwą Sercem Słonia, a w nim tkwi sekret jego magii.

Barbarzyńca przez chwilę to przetrawiał.

– Widziałem tę wieżę – rzekł. – Stoi w wielkim ogrodzie ponad poziomem miasta, otoczona wysokimi murami. Nie widziałem żadnych straży. Po murach łatwo byłoby się wspiąć. Czemu nikt jeszcze nie wykradł tego sekretnego klejnotu?

Kothyjczyk wytrzeszczył oczy i rozdziawił usta wobec naiwności tamtego, po czym wybuchnął gromkim, drwiącym śmiechem, do którego przyłączyli się pozostali.

– Posłuchajcie tego poganina! – zaryczał. – Chciałby ukraść klejnot Yary! Posłuchaj, przyjacielu – rzekł, obracając się znacząco ku tamtemu – mniemam, że jesteś jakimś barbarzyńcą z północy...

– Jestem Cymmeryjczykiem – odparł przybysz, bynajmniej nie przyjaznym tonem. Odpowiedź i sposób, w jaki ją wygłoszono, niewiele znaczyły dla Kothyjczyka; pochodząc z królestwa leżącego daleko na południu, na granicach Szemu, jedynie mgliście słyszał o ludach północy.

– Zatem nadstaw ucha i nabierz mądrości, przyjacielu – powiedział, wskazując kuflem na zmieszanego młodzieńca. – Wiedz, że w Zamorze, a zwłaszcza w tym mieście, jest więcej zuchwałych złodziei niż gdziekolwiek indziej na świecie, nawet w Koth. Gdyby śmiertelny człowiek był w stanie ukraść ten klejnot, możesz być pewien, że zwędzono by go już dawno temu. Mówisz o wspinaczce po murach, lecz gdy już raz się wespniesz, prędko zapragniesz znaleźć się z powrotem na dole. W ogrodach nocą nie ma straży z bardzo dobrego powodu – to znaczy, nie ma straży ludzkiej. Lecz w wartowni, w dolnej części wieży, czuwają zbrojni mężowie, a nawet gdybyś minął tych, co nocą przemierzają ogrody, wciąż musiałbyś przejść obok żołnierzy, bowiem klejnot przechowywany jest gdzieś wyżej, w wieży.

– Ale gdyby człowiek zdołał przejść przez ogrody – dowodził Cymmeryjczyk – czemuż nie mógłby dostać się do klejnotu przez górną część wieży i tym sposobem ominąć żołnierzy?

I znów Kothyjczyk wytrzeszczył na niego oczy.

– Słuchajcie go tylko! – wrzasnął drwiąco. – Barbarzyńca mniema się orłem, co wzleci na wysadzaną klejnotami koronę wieży, która wznosi się ledwie sto pięćdziesiąt stóp nad ziemią, o gładkich, zaokrąglonych ścianach śliższych niż polerowane szkło!