Wiewiórki z Central Parku są smutne w poniedziałki - Katherine Pancol - ebook
Opis

"W życie bohaterów Żółtych oczu krokodyla i Wolnego walca żółwi wkrada się kryzys, który przyniesie nieuniknione zmiany. Joséphine usilnie próbuje napisać kolejną powieść. Zadanie nie jest łatwe, gdyż ostatnie traumatyczne przeżycia budzą twórczą niemoc. Czy w ogóle kiedyś zdoła coś napisać? Ta myśl napawa ją strachem. Jej córki Hortense i Zoé próbują się usamodzielnić. Hortense rozpoczyna studia w Londynie i marzy o karierze projektantki mody, a Zoé dorasta i pomału staje się kobietą. Philippe zaś próbuje nadać nowy sens własnemu życiu. Wszyscy bohaterowie stają przed życiowymi rozterkami. Zoé i Gaétan walczą z rozłąką. Shirley chce zapomnieć o zdarzeniach z przeszłości, by nareszcie móc odnaleźć siebie.  Josiane i Marcel bardzo starają się sprostać roli rodziców cudownego dziecka. A dlaczego Wiewiórki z Central Parku są smutne w poniedziałki? By się tego dowiedzieć trzeba sięgnąć po książkę."

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 1074

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału:

LES ECUREUILS DE CENTRAL PARK SONT TRISTES LE LUNDI

Copyright © Editions Albin Michel - Paris 2010

Copyright © 2012 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2011 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Wykonanie okładki: DT Studio s.c.

Redakcja: Bożena Sęk

Korekta: Aneta Iwan, Iwona Wyrwisz

ISBN: 978-83-7999-442-7

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o. o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:[email protected]

www.soniadraga.pl

E-wydanie 2015

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Dla Romana i dla Jeana-Marie…

„Jest przecież życie, które w końcu przeżyję naprawdę, nie?”

Bernard-Marie KOLTÈS

Część pierwsza

Hortense chwyciła butelkę szampana i wylała jej zawartość do wiaderka na lód. Butelka była pełna i wywołało to dziwny odgłos. Uderzenie szkła o metalową ściankę, chrzęst tłuczonych kawałków lodu, gulgotanie, potem syk bąbelków, które pękają na powierzchni, tworząc przezroczystą piankę.

Kelner w białej marynarce i muszce uniósł brwi.

– Ohydny ten szampan! – mruknęła Hortense po francusku, pstrykając w dno butelki. – Jeżeli kogoś nie stać na porządną markę, to nie ma sensu podawać czegoś, co wywołuje skręt kiszek…

Chwyciła drugą butelkę i powtórzyła akt sabotażu.

Twarz chłopaka spąsowiała. Zdumiony patrzył, jak butelka powoli się opróżnia, i zdawał się zastanawiać, czy nie powinien zareagować. Powiódł wokoło wzrokiem, szukając świadka wandalizmu tej dziewczyny, która ubliżając mu, odwracała butelki. Pocił się, a krople potu podkreślały rządek pryszczy, które zdobiły mu czoło. Kolejny angielski wieśniak, który ślini się na widok sfermentowanych winogron, pomyślała Hortense, przygładzając niesforny kosmyk włosów i zakładając go za ucho. Kelner nie spuszczał z niej wzroku, gotów ją związać, gdyby znów zaczęła.

– Chcesz moje zdjęcie?

Tego wieczoru miała ochotę mówić po francusku. Tego wieczoru miała ochotę podkładać bomby. Tego wieczoru musiała zmasakrować jakiegoś niewinnego, a wszystko u tego chłopaka zachęcało, by wybrać go na ofiarę. Są tacy ludzie, których ma się ochotę szczypać do krwi, upokarzać, torturować. Nie urodził się po dobrej stronie. Taka karma.

– Jak można być tak brzydkim! Oczy mnie bolą od tych czerwonych światełek, które migają panu na czole!

Chłopak przełknął ślinę, odchrząknął i zaskomlał:

– Powiedz, zawsze jesteś taka wstrętna, czy starasz się specjalnie dla mnie?

– Jest pan Francuzem?

– Z Montélimar.

– Nugat jest szkodliwy dla zębów… i skóry. Lepiej niech pan go więcej nie je, bo pękną panu pryszcze…

– Ty idiotko! Ktoś ci coś zrobił, że jesteś taka wściekła?

Afront. Zrobił mi afront i nie mogę dojść do siebie. Miał czelność. Pod moim nosem. Jakbym była przezroczysta. Powiedział mi… co on właściwie mi powiedział?… a ja mu uwierzyłam. Podkasałam spódnicę i przebiegłam sto metrów w niecałe osiem sekund. Jestem równie głupia jak ten purpurowy pryszczaty kretyn z nugatową gębą.

– Bo zwykle ludzie są źli dlatego, że są nieszczęśliwi…

– Wystarczy, ojcze Pio, zapomnij o sutannie i podaj mi colę…

– Mam nadzieję, że ten, kto doprowadził cię do tego stanu, nieźle ci jeszcze dokopie!

– Psycholog się znalazł! Jesteś ze szkoły Lacana czy Freuda? Powiedz, bo może wreszcie dowiem się od ciebie czegoś interesującego!

Wzięła szklankę, którą jej podał, podniosła do góry, przepijając do niego, i kołyszącym krokiem odeszła w tłum gości. Takie już moje szczęście! Francuz! Ohydny i spocony. Obowiązkowy strój: czarne spodnie, biała koszula, brak ozdób, włosy gładko zaczesane do tyłu. Płacą mu pięć funtów za godzinę i traktują jak parszywego psa. To dorabiający student lub facet bez grosza, który porzucił trzydziestopięciogodzinny tydzień pracy, żeby zarobić kupę kasy. Mam wybór. Jedyny problem polega na tym, że on mnie nie interesuje. Nic a nic. Dla niego nie zainwestowałabym trzystu euro w parę butów! Nawet sznurówek bym sobie dla niego nie kupiła!

Pośliznęła się, o mało nie upadła, podniosła but i stwierdziła, że fiołkoworóżowy bakelitowy obcas czerwonego czółenka z krokodylej skóry zdobi różowa guma do żucia.

– Jeszcze tego brakowało! – wykrzyknęła. – Nowiutkie buty Diora!

Pościła pięć dni, żeby je kupić. I zaprojektowała dziesięć butonierek dla swojej koleżanki Laury.

Już pojęłam, to nie mój wieczór. Wrócę do domu i pójdę spać, zanim słowa „pierwsza naiwna” wyryją mi się na czole. Co on właściwie powiedział? Idziesz w sobotę wieczorem do Sybil Garson? Wielka, wielka impreza. Moglibyśmy się tam spotkać. Skrzywiła się, ale zapamiętała datę i sformułowanie. Spotkać się, znaczy wyjść razem, trzymając się pod rękę. Warto się było nad tym zastanowić. O mało nie spytała: Idziesz sam czy z Zarazą? Powstrzymała się w ostatniej chwili – najważniejsze to nie uznawać istnienia Charlotte Bradsburry, ignorować ją, kompletnie ignorować – i zaczęła przemyśliwać nad tym, jak zdobyć zaproszenie. Sybil Garson, ikona kolorowych czasopism, Angielka szlachetnie urodzona, naturalnie elegancka, naturalnie arogancka, która nie zaprasza do domu żadnych cudzoziemskich istot, a zwłaszcza francuskich, chyba że ktoś nazywa się Charlotte Gainsbourg, Juliette Binoche albo wlecze za sobą wspaniałego Johnny’ego Deppa. Ja, Hortense Cortès, plebejuszka, nieznana, biedna i do tego Francuzka, nie mam najmniejszych szans. Chyba że włożę biały fartuch kuchenny i będę podawać kiełbaski. To już wolę umrzeć!

Powiedział: Spotkajmy się tam. „My” znaczyło przecież on i ja, ja i on, ja, Hortense Cortès i on, Gary Ward. „My” zakładało, że miss Bradsburry należy już do przeszłości. Miss Charlotte Bradsburry została odprawiona lub sama się zwinęła. Nieważne! Jedno wydawało się pewne: droga była wolna. Teraz ruch należał do niej. Do Hortense Cortès należeć będą londyńskie wieczory, dyskoteki i muzea, salon w Tate Modern, stolik przy oknie w restauracji Design Museum z widokiem na Tower, weekendy we wspaniałych wiejskich rezydencjach, corgi królowej liżące jej palce w Windsorze oraz winogronowy scone z konfiturą herbacianą i clotted cream, który będzie chrupać przy kominku pod nieco wyblakłym Turnerem, podnosząc delikatnie filiżankę z herbatą… A angielskiego scone’a nie je się byle jak! Trzeba przekroić go poziomo na dwie części, posmarować gęstą śmietaną, trzymać kciukiem i palcem wskazującym. W przeciwnym razie, zdaniem Laury, będą cię mieli za wieśniaka.

Wkraczam do Sybil Garson, trzepoczę rzęsami, porywam Gary’ego i zajmuję miejsce Charlotte Bradsburry. Staję się ważna, sławna, międzynarodowa, ludzie zwracają się do mnie z szacunkiem, podają mi karty wizytowe, ubierają od stóp do głów, odpycham paparazzich i wybieram osobę, która zostanie moją następną najdroższą przyjaciółką. Nie jestem już Francuzką, która haruje, żeby wyrobić sobie nazwisko, ale idę na skróty i staję się Arogancką Angielką. Za długo już kiszę się w anonimowości. Nie znoszę, by traktowano mnie jak półczłowieka, wycierano ręce na moich piersiach i brano mnie za pleksi. Chcę szacunku, uznania, blasku, władzy, władzy.

I jeszcze raz władzy.

Ale zanim stanie się Arogancką Angielką, musi wymyślić jakiś podstęp, żeby wejść na tę imprezę zamkniętą dla happy few panoszących się w szmatławych angielskich tabloidach. To nie takie proste, Hortense Cortès, to nie takie proste. A może poderwać Pete’a Doherty’ego? To też nie takie proste… Już raczej spróbuję wejść na krzywy ryj do Sybil Garson.

Udało się jej.

Przed budynkiem pod numerem 3 przy Belgravia Square dołączyła do dwóch Anglików, którzy mówili o kinie, wycierając sobie nosy. Przykleiła się do nich, udając, że spija słowa z ich warg, wśliznęła się z nimi do dużego mieszkania z sufitem wysokim jak sklepienie katedry w Canterbury i dalej chłonęła słowa Stevena i Nicka na temat Jaśniejszej od gwiazd Jane Campion. Widzieli prapremierę filmu na London Film Festival i upajali się przynależnością do klubu happy few, którzy mogą się o nim wypowiadać. To belong or not to belong – tak zdawała się brzmieć dewiza każdego Anglika z klasą. Obowiązkowo trzeba być, czyli „należeć” do jednego lub kilku klubów, rodziny, szkoły, rodzinnej posiadłości, pięknej londyńskiej dzielnicy, albo nie być.

Steven studiował filmoznawstwo, mówił o Truffaucie i Kusturicy. Nosił obcisłe czarne dżinsy i czarną kamizelkę w białe kropki włożoną na czarno-biały podkoszulek z długimi rękawami. Tłuste długie włosy opadały mu przy każdym energicznym kiwnięciu głową. Jego czyściutki różowy kolega Nick był wcieleniem młodego Micka Jaggera w wersji bukolicznej. Potakiwał, drapiąc się w podbródek. Pewnie myślał, że to strasznie go postarza.

Zostawiła ich, gdy tylko pozbyła się płaszcza w dużym pomieszczeniu, które służyło za szatnię. Rzuciła swoje okrycie na wielkie łóżko zasłane sztucznymi futrami, kurtkami w kolorze khaki i czarnymi trenczami, po czym przejechała ręką po włosach przed rzeźbionym lustrem wiszącym nad kominkiem i mruknęła: Wyglądasz doskonale, kochanie, absolutnie doskonale. Wpadnie w twoje sieci jak śliczna złota rybka. Czółenka Diora i obcisła czarna sukienka Alaïa kupiona w vintage-shop w Brick Lane czyniły z niej pełną rezerwy seksbombę. Seksbombę, jeżeli będę chciała, pełną rezerwy, jeśli tak postanowię – wyszeptała do lustra, posyłając sobie całusa. – Nie zdecydowałam jeszcze, czy ustrzelę go natychmiast, czy też będę przedłużać agonię… Zobaczymy.

Szybko wszystko stało się jasne. Wychodząc z pomieszczenia z płaszczami, zobaczyła Gary’ego w ramionach tej Bradsburry; śmiała się głośno, odchylając alabastrową szyję, przykładając delikatnie rękę do bladych ust, aby stłumić tak wulgarny wybuch nagłej radości. Gary przygarniał ją do siebie, obejmując ramieniem jej cienką, jakże cienką talię. Jego ciemne włosy tuż przy włosach Zarazy… Hortense myślała, że zejdzie.

Już miała wrócić do pokoju, rzucić wyzwiska do lustra, chwycić płaszcz i wyjść.

Kiedy jednak pomyślała, ile zadała sobie trudu, żeby się tu dostać, zacisnęła zęby i skierowała kroki w stronę bufetu, gdzie wyładowała złość na tanim szampanie i kelnerze o świecących pryszczach.

A teraz się zastanawiała, co robić.

Ustrzelić pierwszego zjadliwego faceta i gruchać w jego ramionach? To już było. Przebrzmiała, śmieszna i żałosna strategia. Jeżeli będę się z nim afiszować, Gary domyśli się, że zostałam „trafiona”, i z szyderczym uśmiechem odpowie mi „zatopiona”.

I utonę.

Nie, nie! Przybrać zadowoloną minę singielki nie mogącej znaleźć chłopaka dorastającego do wyżyn, na których się poruszam… Zasznurować usta z pobłażliwym uśmieszkiem, odegrać zaskoczenie, jeżeli natknę się na tę przeklętą parę, i spróbować namierzyć w tłumie jakąś ofiarę lub dwie, z którymi mogłabym prowadzić coś na kształt rozmowy, zanim wrócę do domu… metrem.

Mary Dorsey załatwi sprawę. Była to wkurzająca singielka należąca do tych dziewczyn, które mają w życiu tylko jeden cel: znaleźć faceta. Nieważne jakiego, niechby tylko wytrzymał z nią dłużej niż czterdzieści osiem godzin. Cały weekend oznaczał dla niej początek szczęścia. Większość chłopaków, których Mary Dorsey przyprowadzała do swojego mieszkania na południowym brzegu Tamizy, znikała, zanim jeszcze zdążyła zapytać, jak mają na imię. Ostatnim razem, gdy Hortense spotkała ją na Borough Market, gdzie zawlekła Nicholasa, Mary szepnęła do niej: Jest słodki! Dasz mi go, kiedy z nim skończysz? – Widziałaś, jaki ma tors? Za długi! – zaprotestowała Hortense. – Mam to gdzieś. Pewnie nie tylko tors ma długi.

Mary Dorsey była przypadkiem beznadziejnym. Próbowała wszystkiego: speed dating, slow dating, blind, jewish, christian, New Labour, Tory, dirty, wikipedi, kinky… Była gotowa podjąć największe ryzyko, żeby tylko nie siedzieć samotnie w domu wieczorami, jedząc Ben & Jerry, łkając przy końcowej scenie Niezapomnianego romansu, gdy Cary Grant wreszcie zdaje sobie sprawę, że Deborah Kerr ukrywa coś przed nim pod wielkim beżowym pledem. Sama, w wypłowiałym dresie, otoczona morzem zmiętych chusteczek higienicznych, Mary jęczała: Chcę mężczyzny, który podniesie pled i weźmie mnie w ramiona! A ponieważ poza kilkoma porcjami mrożonego kremu opróżniła butelkę Drambuie, dodawała ociekająca łzami i tuszem: Nie ma już na ziemi takich facetów jak Cary Grant, to koniec, koniec… prawdziwi mężczyźni to ginący gatunek, po czym rzucała się z płaczem na parkiet, dołączając do wymiętych chusteczek.

Lubiła opowiadać te żałosne sceny, które na dobrą sprawę nie stawiały jej w korzystnym świetle. Zapewniała, że trzeba zejść na samo dno obrzydzenia sobą, aby się od niego odbić.

Na wspomnienie tej rozmowy Hortense, która właśnie miała położyć dłoń na ramieniu Mary, zmieniła kierunek. Skręciła w stronę zadziwiającej, zachwycającej sylwetki blondynki…

Wtedy właśnie rozpoznała Agyness Deyn. Agyness Deyn we własnej osobie. The it girl. Po prostu the girl. Ta, która miała zepchnąć z wybiegu Kate Moss. Muza Burberry’ego, Giorgia Armaniego, Jeana-Paula Gaultiera, która zaśpiewała jakiś kawałek z Five O’clock Heroes i zajmowała okładki Vogue’a, Elle, Grazii. Po prostu stała, bardzo blond, bardzo szczupła, z bardzo granatową chusteczką w bardzo krótko obciętych bardzo blond włosach, w bardzo czerwonych rajstopach i bardzo białych tenisówkach, w sukience z koronkowymi falbankami i obcisłej kurtce ze starego wytartego dżinsu.

Boska!

A z kim Agyness Deyn rozmawiała z życzliwym uśmiechem, wyraźnie zainteresowana, chociaż jej oczy omiatały przestrzeń w poszukiwaniu innych ofiar, które mogłaby usidlić? Ze Stevenem i Nickiem, dwoma kinomanami, których Hortense wykorzystała w charakterze zaproszenia.

Hortense wysunęła biodro do przodu i pomknęła przez tłum. Dotarła do grupki i włączyła się do rozmowy.

Bardziej zjadliwy z nich dwóch Nick opowiadał, jak to wziął udział w pokazie Hedi Slimane w czasie Fashion Week w Paryżu. Agyness Deyn spytała, co sądzi o kolekcji Hedi. Nick odparł, że pokaz niespecjalnie wrył mu się w pamięć w przeciwieństwie do dziewczyny, którą przeleciał pod schodami paryskiej dyskoteki.

Wybuchnęli śmiechem, Hortense starała się ich naśladować. Potem Agyness wyjęła pisak z maleńkiej czerwonej torebki i zapisała nazwę dyskoteki na białej tenisówce. Hortense obserwowała ją z fascynacją. Zastanawiała się, czy z daleka widać, że należy do grupy, i przysunęła się jeszcze bliżej, aby nie budziło to żadnych wątpliwości.

Podeszła kolejna dziewczyna i chwytając kieliszek Ni­cka, opróżniła go jednym haustem. Potem oparła się na ramieniu Agyness i wypaliła:

– I’m so pissed off! Co za denna impreza! Trzeba naprawdę być kretynem, żeby siedzieć w Londynie w weekend! Szkoda, że nie pojechałam na wieś! A ta to kto? – zapytała, wskazując czerwonym pazurem Hortense.

Hortense się przedstawiła, próbując ukryć swój francuski akcent.

– French? – warknęła nowo przybyła, krzywiąc się niczym gorgona.

– A więc zna pani Hedi Slimane? – spytał Nick, szeroko otwierając czarne jak węgiel oczy.

Hortense przypomniała sobie wtedy, że widziała jego zdjęcie w Metrze, wychodził na nim z klubu pod rękę z Amy Winehouse z torebką na wymioty na głowie.

– Nooo… nie! – wyjąkała Hortense, na której młody Nick zrobił wrażenie.

– Och – westchnął rozczarowany.

– Więc po co w takim razie być Francuzką? – spytała dziewczyna z czerwonymi szponami, wzruszając ramionami. – Anyway, w życiu nic niczemu nie służy, trzeba jedynie czekać, żeby czas minął i nadeszła śmierć… Zamierzasz zostać tu dłużej czy pójdziemy upić się gdzie indziej, darling? – zapytała wspaniałej Agyness, żłopiąc piwo z butelki.

Hortense nie znalazła celnej riposty i wściekła na siebie postanowiła opuścić to miejsce, które naprawdę było denne. Wracam do domu, mam tego dość, nienawidzę wysp, nienawidzę Anglików, nienawidzę Anglii, nienawidzę scones, nienawidzę Turnera, corgich i fucking queen, nienawidzę statusu Hortense Nobody, chcę być bogata, sławna, mieć klasę, żeby wszyscy się mnie bali i nienawidzili mnie.

Weszła do pomieszczenia z okryciami w poszukiwaniu własnego płaszcza. Podniosła jeden, potem drugi, potem trzeci, zastanawiała się przez chwilę, czy nie ukraść Michaela Korsa z białym futrzanym kołnierzem, zawahała się, lecz odłożyła go. Za duże ryzyko… Z tą ich manią umieszczania wszędzie kamer złapaliby ją przy wyjściu. W tym mieście było się filmowanym dzień i noc. Straciła cierpliwość, wsunęła rękę w stos porzuconych okryć i krzyknęła. Dotknęła ciepłego ciała. Żywego ciała, które zaczęło się poruszać, mrucząc. Pod górą ubrań leżał mężczyzna. Pewnie wyżłopał beczkę guinnessa lub naćpał się trawy. W sobotni wieczór nadchodził czas upojenia alkoholowego i całonocnego pijaństwa. Dziewczyny zataczały się w strumieniach piwa ze stringami na wierzchu, a chłopcy, nie wypuszczając z rąk szklanek, próbowali je przygwoździć do ściany, po czym wspólnie wymiotowali. Wzruszające! So crass! Uszczypnęła czarny rękaw i mężczyzna wrzasnął. Zamarła zaskoczona: znała ten głos. Pogrzebała głębiej i dotarła do Gary’ego Warda.

Leżał pod kilkoma warstwami płaszczy ze słuchawkami na uszach i delektował się muzyką z zamkniętymi oczami.

– Gary! – krzyknęła. – Co ty wyprawiasz?

Zdjął słuchawki i patrzył na nią ogłupiały.

– Słucham niezrównanego Glenna Goulda… To takie piękne, Hortense, takie piękne. Sposób, w jaki wybrzmiewają nuty, jakby to były żywe perły i…

– Nie jesteś na koncercie! Jesteś na imprezie!

– Nie znoszę imprez.

– Ale przecież to ty powiedziałeś, żebym…

– Sądziłem, że się wybierasz…

– A kogo niby widzisz przed sobą? Mojego ducha?

– Szukałem cię, ale nie znalazłem…

– Za to ja cię widziałam z panną, której imienia nie chcę wymawiać. Przyklejonego do niej, obejmującego, czułego. Horror…

– Wypiła trochę, trzymałem ją w pionie…

– A odkąd to pracujesz w Czerwonym Krzyżu?

– Myśl sobie, co chcesz, ale podtrzymywałem ją jednym ramieniem, a wzrokiem szukałem ciebie…

– No to czas, żebyś kupił sobie białą laskę!

– Widziałem nawet, jak rozmawiałaś z tymi dwoma kretynami… Wtedy odpuściłem. Uwielbiasz kretynów.

Znowu założył słuchawki i przykrył się płaszczami, starając się na powrót zniknąć pod ciężką miękką warstwą, która izolowała go od świata.

– Gary! – rozkazała Hortense. – Posłuchaj…

Wysunął rękę i przyciągnął ją do siebie. Zanurzyła się w morzu szorstkiej miękkiej wełny, poczuła jednocześnie zapach różnych perfum, rozpoznała Hermèsa, Chanel, Armaniego, wszystko się pomieszało, przelatywała przez jedwabne podszewki i sztywne rękawy, próbowała stawiać opór, uwolnić się od ciągnącego ją ramienia, ale trzymał ją mocno i przyciskał do siebie, nakrywając ich płaszczami.

– Cicho! Nikt nie może nas zobaczyć!

Nagle dotknęła nosem jego szyi. Potem poczuła plastykową końcówkę w uchu i usłyszała muzykę.

– Posłuchaj, posłuchaj, jakie to piękne! Das Wohltemperierte Klavier, Dobrze nastrojony klawesyn… – Cofnął się ciut i patrzył na nią. Uśmiechał się. – Słyszałaś coś piękniejszego?

– Gary! Dlaczego…

– Cicho! Posłuchaj… Glenn Gould nie uderza w klawisze, on je uwalnia, wyobraża sobie, odtwarza, rzeźbi, wymyśla, aby fortepian brzmiał wyjątkowo. Nie musi nawet grać, żeby tworzyć muzykę! To jednocześnie cielesne, materialne i niematerialne…

– Gary!

– Zmysłowe, powściągliwe, przestrzenne… Tak jakby… sam nie wiem…

– Kiedy powiedziałeś, żebym przyszła…

– Najlepiej by było, żebyśmy posłuchali…

– Chciałabym wiedzieć…

– Nie możesz nawet przez chwilę być cicho?!

Drzwi do pokoju otwarły się gwałtownie i usłyszeli kobiecy głos. Ochrypły, ciężki, powolny głos kobiety, która za dużo wypiła. Szła przez pokój, zataczając się, wpadła na kominek, zaklęła, ruszała na poszukiwanie płaszcza…

– Położyłam go na łóżku, tutaj, na oparciu. W końcu to płaszcz Balenciagi…

Nie była sama. Mówiła do mężczyzny.

– Jest pani pewna? – pytał mężczyzna.

– Jeszcze jak! To Balenciaga! Mam nadzieję, że wie pan, co to jest!

– To Charlotte – szepnął Gary. – Poznaję jej głos. Mój Boże! Ale się zaprawiła! Przecież ona nigdy nie pije!

Pytała:

– Nie widział pan Gary’ego Warda? Miał mnie odprowadzić… Nagle zniknął. Wyszedł! Ulotnił się jak kamfora! I’m so fucked up. Can’t even walk!

Opadła całym ciężarem ciała na duże łóżko i Gary szybko przesunął nogi, kładąc je na nogach Hortense. Dał jej znak, żeby była cicho i nie ruszała się. Słyszała głuche bicie serca Gary’ego i głuche bicie własnego serca. Próbowała dostosować rytm swojego serca do rytmu jego serca i uśmiechnęła się.

Gary odgadł, że się uśmiecha, i szeptem spytał: Dlaczego się śmiejesz? Nie śmieję się, uśmiecham się… Przycisnął ją do siebie, a ona nie stawiała oporu. Wziąłem cię do niewoli i nie możesz się ruszyć… Wziąłeś mnie do niewoli, bo nie mogę się ruszyć, ale poczekaj, aż… Zatkał jej usta i uśmiechnęła się jeszcze raz w jego dłoni.

– Skończył pan przeglądać się w lustrze? – krzyknęła Charlotte Bradsburry głosem przeskakującym całe oktawy. – Myślę, że ktoś jest w tym łóżku… Coś się poruszyło…

– A ja sądzę, że za dużo pani wypiła. Powinna się pani położyć… Chyba nie najlepiej się pani czuje – odpowiedział mężczyzna, jakby się zwracał do chorego dziecka.

– Nie! Zapewniam pana, łóżko się rusza!

– Tak zawsze mówią ci, którzy za dużo wypili… Niech pani już wraca do domu!

– Ale jak mam wrócić? – jęknęła Charlotte Bradsburry. – O mój Boże! Nigdy nie byłam w takim stanie… Co się stało? Jak pan myśli?… I niech pan się wreszcie przestanie oglądać w tym lustrze! Męczy mnie to!

– Nie oglądam się, tylko zastanawiam, czego mi brakuje… Czegoś, co miałem, gdy przyszedłem…

– Niech się pan nie zastanawia! Brakuje panu czegoś, czego nigdy nie będzie pan miał…

– Czyżby?

Co też ona mu powie? westchnęła Hortense. Lepiej spadałaby już i zostawiła nam wolną drogę… Mnie tu dobrze, powiedział Gary. Powinniśmy spędzać tak wszystkie imprezy, chować się pod płaszczami i… Przejechał palcem po wargach Hortense i pogłaskał je. Mam wielką ochotę cię pocałować… a zresztą chyba cię pocałuję, Hortense Cortès. Hortense czuła jego oddech jak mgiełkę na wargach i odpowiedziała, muskając jego usta: To zbyt łatwe, zbyt łatwe, panie Ward, twoja radość będzie krótka. Delikatnie głaskał palcem jej usta. Potem przyjdzie czas na rzeczy bardziej skomplikowane, mam masę pomysłów…

– Nie zapytam pani, czego mi brakuje, bo obawiam się, że byłoby to niegrzeczne – odparł mężczyzna.

– Idę już. Jutro muszę wcześnie wstać…

– Ach! Już wiem, miałem czerwony szalik!

– Jakież to wulgarne!

– Proszę pani…

Co za kretynka! jęknęła Hortense. Mowy nie ma, żeby zechciał ją odprowadzić! Cicho! rozkazał Gary, a jego palce nadal kreśliły kontur warg Hortense. Wiesz, że twoje wargi nie są tak samo wypukłe z obu stron? Hortense się cofnęła. Chcesz powiedzieć, że nie jestem normalna? Nie, wprost przeciwnie… Jesteś przeraźliwie banalna, wszyscy mają niesymetryczne usta. Ale nie ja. Ja jestem doskonała.

– Mogę panią odwieźć, jeśli pani chce. Gdzie pani mieszka? – spytał mężczyzna.

– Ach! To pierwsze interesujące zdanie, jakie pan wypowiedział…

Charlotte Bradsburry próbowała się podnieść, ale nie zdołała. Przy każdej próbie opadała na łóżko, a wreszcie zwaliła się na nie całym ciężarem ciała.

– Mówię panu, że ktoś tam jest pod spodem… Słyszę głosy…

– No już, niech mi pani poda rękę, to panią stąd wyciągnę i wyrzucę pod domem!

Charlotte Bradsburry mruknęła coś, czego Hortense ani Gary nie zrozumieli, po czym usłyszeli, jak tamci wychodzą: ona zataczając się, a on podtrzymując ją.

Gary nachylił się do Hortense i przyglądał się jej bez słowa. W jego brązowych oczach przymglonych dzikim blaskiem zdawało się tlić pierwotne marzenie. Tak miło byłoby żyć pod górą płaszczy, w ukryciu, jedlibyśmy cookies i pili kawę przez długą słomkę, nie musielibyśmy wstawać i biegać wszędzie jak królik z Alicji w krainie czarów. Nie znoszę tego Rabbita z wiecznie stojącym zegarkiem. Chciałbym spędzić całe życie, słuchając Glenna Goulda, całując Hortense Cortès, głaszcząc włosy Hortense Cortès, wąchając każdy kawałeczek skóry Hortense Cortès, wymyślając dla niej akordy, mi-fa-sol-la-si-do, i śpiewając jej do ucha.

Chciałbym, chciałbym…

Zamknął oczy i pocałował Hortense Cortès.

A więc to jest pocałunek! zdziwiła się Hortense Cortès. To słodkie oparzenie, które sprawia, że chciałoby się rzucić na faceta, oddychać nim, lizać go, przewrócić, zagłębić się w nim, zniknąć…

Rozpłynąć się w głębokim jeziorze, dać się unosić ustom, wargom, włosom, szyi…

Stracić pamięć.

Stać się karmelkiem, dać się smakować końcem języka.

I smakować jego, odkrywając smak soli i przypraw korzennych, bursztynu i kminku, skóry i drzewa sandałowego.

A więc to to…

Dotąd całowała się tylko z chłopcami, którzy byli jej obojętni. Całowała się, gdy było to użyteczne, ze względów towarzyskich, całowała się, odgarniając niesforny kosmyk włosów, spoglądając przez ramię. Całowała się, nie tracąc trzeźwości umysłu, zirytowana ugryzieniami, łakomym językiem, obfitością śliny. Zdarzało jej się także całować z nudów, dla rozrywki, bo padał deszcz albo okna składały się z małych kwadracików, których nie udawało jej się policzyć. Albo – co wspominała z zażenowaniem – żeby dostać od faceta torebkę Prady czy top Chloe. Wolała o tym zapomnieć. To było dawno temu. Była wtedy dzieckiem, a on nazywał się Chaval.1 Co za cham i brutal!

Wróciła do ust Gary’ego i westchnęła.

A więc pocałunek może być źródłem przyjemności…

Przyjemności, która wślizguje się do ciała, rozpala płomyczki, wznieca tysiące dreszczy w miejscach, których nigdy by nie podejrzewała, że mogą zapłonąć.

Aż po końce zębów…

Przyjemność… Co za rozkosz!

I natychmiast zauważyła, że nie należy ufać przyjem­ności.

Później szli w ciemności.

Białymi ulicami eleganckich dzielnic, kierując się w stronę Hyde Parku. Ulicami, na których białe schody tworzą zgrabne półkola.

Do mieszkania Gary’ego.

Szli w ciszy, trzymając się za ręce. A raczej wyrzucając jednocześnie, w tym samym rytmie, ramiona i nogi, stawiając lewą stopę równo z drugą lewą stopą, prawą stopę równo z prawą stopą. Z powagą i koncentracją królewskiego gwardzisty w futrzanej czapce. Hortense pamiętała tę zabawę: nie zmieniać nogi, nie wypaść z rytmu. Miała pięć lat i trzymała za rękę mamę, wracając z przedszkola. Mieszkali w Courbevoie; nie lubiła lamp ulicznych przy długiej alei. Nie lubiła długiej alei. Nie lubiła bloku. Nie lubiła jego mieszkańców. Nienawidziła Courbevoie. Otrząsnęła się ze wspomnień i dogoniła teraźniejszość.

Ścisnęła rękę Gary’ego, aby mocniej uchwycić to, co się stanie – była tego pewna – jej jutrem. Nie dać mu się wymknąć. Czarnowłosemu mężczyźnie o mieniących się oczach, raz zielonych, a raz brązowych, raz brązowych, a raz zielonych, zębach pełnego elegancji mięsożercy, wargach, które wzniecają pożar.

A więc to jest pocałunek…

– A więc to jest pocałunek – powiedziała niemal szeptem.

Słowa uleciały w ciemną noc.

Oddał jej lekki uścisk dłoni. I wypowiedział zdania, które nadały tej chwili uroczyste piękno.

Away with your fictions of flimsy romance,

Those tissues of falsehood which Folly has wove;

Give me the mild beam of the soul-breathing glance

Or the rapture which dwells on the first kiss of love.2

– Lord Byron… The first kiss of love.

Słowo love opadło w noc jak przewiązana kokardą kostka bruku. Hortense miała ochotę schylić się, aby je podnieść i schować do kieszeni. Co się z nią dzieje? Staje się strasznie sentymentalna.

– Nie mógłbyś się chować pod płaszczami, gdyby był lipiec… – mruknęła, żeby pozbyć się lepkiej różowej landrynki, w której się zatapiała.

– W lipcu nigdy nie wychodzę. W lipcu siedzę w zamknięciu…

– Jak Kopciuszek po północy? To niezbyt męska postawa!

Popchnął ją na drzewo, przycisnął biodra do jej bioder i znowu zaczął ją całować, co nie pozostawiło mu czasu na odpowiedź. Poczuła jego usta, rozchyliła wargi, aby pocałunek nabrał pełni, objęła go ręką za kark, pogłaskała kawałek delikatnego ciała tuż za uchem, zatrzymała na nim koniuszki palców, poczuła, jak pod wpływem ciepłego oddechu Gary’ego znowu rozpalają się w niej tysiące płomyczków…

– Pamiętaj, Hortense, nie prowokuj mnie – szepnął, kładąc każde słowo na jej słodkich jędrnych wargach. – Mogę stracić self-controli cierpliwość!

– Co w przypadku angielskiego dżentelmena…

– …byłoby godne pożałowania.

Skręcało ją, aby zapytać, jak skończyła się idylla z Charlotte Bradsburry. I czy naprawdę się skończyła. Czy to koniec niczym gruba kreska? Czy też z obietnicami powrotu, pocałunkami, które palą trzewia? Ale Byron i angielski dżentelmen przywołali ją do porządku, utwierdzając w pogardliwym lekceważeniu dla obcej. Zachowuj się, moja miła, ignoruj ladacznicę. Uznaj sprawę za zamkniętą. To przeszłość. On jest tu, obok ciebie, i idziecie razem przez angielską noc. Po co mącić tę cudowną słodycz?

– Zawsze się zastanawiam, co wiewiórki robią w nocy – westchnął Gary. – Czy śpią na stojąco, na leżąco, zwinięte w kłębek w gnieździe?

– Odpowiedź numer trzy. Wiewiórka śpi w gnieździe z ogonem rozpostartym niczym wachlarz nad głową. Gniazdo jest zrobione z gałązek, liści i mchu na drzewie, najwyżej dziewięć metrów nad ziemią, żeby nie zwiał go wiatr.

– Wymyśliłaś to na poczekaniu?

– Nie, dowiedziałam się zeSprycjana… I pomyślałam o tobie…

– Ach! Myślisz o mnie! – wykrzyknął, podnosząc rękę na znak zwycięstwa.

– Zdarza mi się.

– A udajesz, że mnie ignorujesz! Odgrywasz obojętną piękność.

– Strategy of love, my dear!

– Jesteś niezrównanym strategiem, Hortense Cortès, prawda?

– Po prostu trzeźwo myślę.

– Żal mi cię, wyznaczasz sobie granice, krępujesz się, kurczysz… Nie podejmujesz ryzyka. Ryzyka, które jako jedyne wywołuje dreszcze.

– Chronię się, to co innego. Nie należę do tych, którzy myślą, że cierpienie jest pierwszym krokiem do szczęścia!

Lewa noga zgubiła rytm, a prawa się zawahała, pozostała w powietrzu, potknęła się. Ręka Hortense wysunęła się z dłoni Gary’ego. Hortense zatrzymała się i podniosła głowę niczym dumny żołnierzyk ruszający na wojnę, z powagą, skupieniem, niemal tragizmem osoby, która podjęła ważne postanowienie i chce, żeby jej wysłuchano.

– Nie będę przez nikogo cierpieć. Nigdy żaden mężczyzna nie zobaczy moich łez. Nie godzę się na cierpienie, ból, zwątpienie, zazdrość, nerwowe oczekiwanie, zapuchnięte oczy, pożółkłą cerę zakochanej, którą zżerają podejrzenia, porzucenie…

– Nie godzisz się?

– Nie chcę. Dobrze mi tak, jak jest.

– Jesteś pewna?

– Czy nie wyglądam na stuprocentowo szczęśliwą?

– Zwłaszcza dzisiaj…

Próbował się roześmiać i wyciągnął rękę, aby zmierzwić jej włosy i pozbawić scenę powagi. Odepchnęła go, jakby chciała, by zanim porwie ją kolejny pocałunek, zanim na kilka chwil utraci zmysły, obydwoje podpisali kartę wzajemnego szacunku i właściwego zachowania.

Nie była to pora na żarty.

– Postanowiłam raz na zawsze, że jestem osobą niespotykaną, jedyną w swoim rodzaju, wspaniałą, wyjątkową, piękną do utraty tchu, inteligentną, wykształconą, oryginalną, zdolną, nieprzeciętnie zdolną… i co jeszcze?

– Sądzę, że o niczym nie zapomniałaś.

– Dziękuję. Prześlij mi wiadomość, jeżeli pominęłam jakąś zaletę.

– Nie omieszkam.

Szli dalej w ciemnościach, ale ich prawe i lewe stopy rozdzieliły się, a dłonie muskały się, lecz nie łączyły. W oddali Hortense dostrzegła ogrodzenie parku i wielkie drzewa pochylające się łagodnie w porywach wiatru. Chciała, aby pocałunek naruszył te mocne postanowienia, nie chciała jednak podejmować ryzyka. Gary musi o tym wiedzieć. Właściwie uprzedzenie go było dowodem uczciwości.

– Nie chcę cierpieć, nie chcę cierpieć – powtórzyła, błagając wierzchołki drzew, aby oszczędziły jej tradycyjnych miłosnych katuszy.

– Powiedz mi, Hortense Cortès, gdzie w tym wszystkim serce? Wiesz, chodzi mi o ten organ, który bije, wywołuje wojny, zamachy…

Zatrzymała się i wskazała triumfalnie na czubek swojej głowy.

– Umieszczam je tam, gdzie powinno się znajdować, to znaczy tu… w mózgu… tym sposobem mam nad nim całkowitą kontrolę… To niegłupie, co?

– Zaskakujące… Nigdy o tym nie pomyślałem – powiedział Gary, garbiąc się nieco.

Szli teraz w pewnej odległości od siebie, utrzymując dystans, aby móc lepiej mierzyć się wzrokiem.

– Zastanawiam się tylko, czy wobec takiej budzącej podziw perfekcji… – wzrok Hortense Cortès opuścił wierzchołki drzew, by spocząć na Garym Wardzie – …stanę na wysokości zadania w obliczu takiej doskonałości.

Hortense uśmiechnęła się do niego z pobłażaniem.

– To tylko kwestia treningu, wiesz… Zaczęłam bardzo wcześnie.

– A ponieważ nie jestem tego pewien i muszę popracować jeszcze nad paroma detalami, które mogłyby wywrzeć złe wrażenie i pogrążyć mnie w twoich oczach, sądzę, że pozwolę ci wrócić samej do domu, moja piękna Hor­tense… a ja udam się do siebie, aby się doskonalić w sztuce wojennej!

Zatrzymała się, położyła mu dłoń na ramieniu, uśmiechnęła się do niego słabo, jakby chciała powiedzieć: „Żartujesz? Nie mówisz tego poważnie…”, oparła się mocniej o niego. Poczuła wówczas pustkę narastającą w ciele, które równocześnie opróżniało się, opróżniało za jednym zamachem z całego cudownego ciepła, z wszystkich płomyczków, dreszczyków, tysiąca radości sprawiających, że stawiała prawą stopę przy jego prawej stopie, a lewą przy jego lewej i szła do przodu wesoła i lekka przez noc…

Opadła na ciemny szary chodnik, a lodowate zimno zaparło jej dech w piersiach.

Gary nie odpowiedział, tylko pchnął drzwi do swojej kamienicy.

Odwrócił się i zapytał, czy chce, żeby wezwał taksówkę, i czy ma pieniądze.

– Bo jestem dżentelmenem, nie zapominaj o tym!

– Ja… ja… nie potrzebuję ani twojego ramienia, ani…

I nie mogąc znaleźć właściwych, najbardziej raniących, najbardziej upokarzających, najbardziej morderczych słów, zacisnęła pięści, napełniła płuca tłumioną wściekłością i z siłą budzącego się w głębi trzewi tornada wrzasnęła, wrzasnęła w ciemną londyńską noc:

– Idź się smażyć w piekle, Gary Wardzie, nie chcę cię więcej widzieć! Nigdy! Nigdy!

*

…bo tak.

Tylko tyle miała do powiedzenia. Jedynie to przechodziło jej przez usta. Jedynie to mogła wymówić, kiedy stawiano jej pytania, na które nie umiała odpowiedzieć, bo ich nie rozumiała.

A więc, pani Cortès, może warto by się zastanowić nad przeprowadzką „po tym wszystkim, co się stało”? Naprawdę chce pani zostać w kamienicy? W tym mieszkaniu?

Głos zniżał się o ton, pojawiały się cudzysłowy, jakby rozmówca szedł na paluszkach, przybierał konspiracyjny ton, należał do grona wtajemniczonych… To nie robi pani dobrze… Po co ma pani tutaj tkwić? Dlaczego nie spróbować o wszystkim zapomnieć i przeprowadzić się? Co pani o tym sądzi?

…bo tak.

Mówiła, stojąc wyprostowana z pustym wzrokiem. W kolejce w Shopi czy w piekarni. Ma prawo nie odpowiadać. Ma prawo nie udawać, że odpowiada.

Nie wygląda pani najlepiej… Może powinna pani zwrócić się do kogoś o pomoc, nie wiem, zasięgnąć opinii kogoś, kto… mógłby pani pomóc w… Taka żałoba! Utrata siostry jest bolesna, z tego nie da się podnieść samemu… kogoś, kto pomógłby pani pozbyć się…

Pozbyć się…

Pozbyć się wspomnień jak brudnej wody?

Pozbyć się uśmiechu Iris, wielkich niebieskich oczu Iris, długich czarnych włosów Iris, szpiczastego podbródka Iris, smutku i radości w spojrzeniu Iris, bransoletek dźwięczących na nadgarstkach Iris, dziennika pisanego przez Iris w ostatnich dniach życia, radosnej udręki czekania w mieszkaniu, czekania na oprawcę, walca w lesie w świetle reflektorów samochodów…?

Raz, dwa, trzy, raz, dwa, trzy… raz, dwa, trzy.

Wolny, wolny, wolny walc.

…uspokoić panią, odpędzić dręczące wspomnienia. Spałaby pani lepiej, nie miałaby pani koszmarów, bo ma pani koszmarne sny, prawda? Może mi pani wszystko wyznać, mnie też życie nie oszczędzało, wie pani… Ja także wiele przeszłam…

W głosie pobrzmiewała teraz mdła słodycz, błaganie o zwierzenia.

Dlaczego, pani Cortès?

…bo tak.

…lub wrócić do pracy, zacząć na nowo pisać, oczywiście powieść… miałaby pani jakąś rozrywkę, zajęłaby się czymś, podobno pisanie leczy, to terapia… nie siedziałaby pani tak, rozmyślając o… no wie pani, o tym… tym nieszczęsnym… i głos się łamał, zniżał, a wreszcie milkł, wstydząc się nazwać to coś po imieniu… Może wróciłaby pani do tego okresu, który zdaje się tak bardzo pani lubiła, do dwunastego wieku, co? Nie mylę się? Pani specjalność to dwunasty wiek? Nikt nie zna się na tym lepiej od pani! Och! Godzinami można pani słuchać. Mówiłam nawet mężowi, ta pani Cortès, co to za skarbnica wiedzy! Człowiek nie może się nadziwić, skąd ona to wszystko wie! Dlaczego nie poszuka pani innej historii, podobnej do tej, która przyniosła pani szczęście, co? Pewnie jest ich na kopy!

…bo tak.

Mogłaby pani napisać dalszy ciąg. Ludzie tylko na to czekają! Tysiące ludzi, co ja mówię, setki tysięcy! A ta książka, ależ to był sukces! Jaki to ona miała tytuł? Bardzo piękna królowa, nie? Nie… Jak pani mówi? A tak! Taka pokorna królowa, nie czytałam jej, nie miałam czasu, wie pani, dom, prasowanie i dzieci, ale moja szwagierka była zachwycona i obiecała, że mi pożyczy, jak dostanie ją z powrotem, bo pożyczyła jednej koleżance… Książki są drogie. Nie wszyscy mogą sobie na nie pozwolić… No to co, pani Cortès, może ciąg dalszy? Tak to pani samo przychodzi… Gdybym ja miała czas, też na pewno bym pisała… A właśnie! Chętnie opowiedziałabym pani historię mojego życia, to by podsunęło pani jakiś pomysł! Nie nudziłaby się pani, przysięgam!

Ramiona krzyżowały się z satysfakcją na piersi. Oczy błyszczały, szyja się wyciągała, powieki mrużyły… Małpia maska miłosierdzia. Taka przyzwoita. Pewnie myśli sobie: Robię dobry uczynek, przywracam tę biedną panią Cortès do życia, nawołuję, błagam. Jeżeli z tego wyjdzie, to tylko dzięki mnie…

Joséphine uśmiechała się grzecznie.

…bo tak.

Powtarzała te słowa przez cały czas.

Były jak mur. Oddalały ją od zwiniętych w trąbkę ust, które syczały pytania. Zabierały daleko, nie słyszała już głosów, odczytywała słowa z ruchu warg, odczuwając niesmak i litość dla tych ludzi, którzy nie mogli przestać mówić, koniecznie chcieli się z nią porozumieć.

Ucinała im język, ścinała głowę, wyłączała dźwięk.

…bo tak.

…bo tak.

…bo tak.

Biedna pani Cortès, myśleli zapewne, odchodząc. Miała wszystko, a teraz nie ma nic. Może tylko oczy wypłakiwać. Fakt, że to, co jej się przytrafiło, nie zdarza się często. Zwykle piszą o tym w gazetach, nikt nie myśli, że coś takiego może go spotkać. Na początku nie mogłam uwierzyć. A przecież pokazali to w telewizji. W wiadomościach. Tak, tak… Pomyślałam sobie, że to niemożliwe, żebym ja była w samym sercu takich wydarzeń. Niecodziennie zdarza się coś podobnego. Ach! Pani nic nie wie? Nie zna pani tej historii? A gdzie pani była w lecie? Wszystkie gazety o tym pisały! To historia zwyczajnej kobiety, całkiem zwyczajnej, takiej jak ja czy pani, której przytrafiły się niesamowite rzeczy… Tak, tak, zapewniam panią! Najpierw rzucił ją mąż i wyjechał do Kenii hodować krokodyle. Tak, krokodyle w Kenii! Myślał, że zrobi majątek, chciał gwiazdki z nieba! Pajac jeden! Ona biedna została bez grosza przy duszy we Francji z dwiema córeczkami, które musiała wychować. Bez grosza i z długami, które szły w ciężkie tysiące. Nie wiedziała, w co ręce włożyć. Miała wrażenie, że gdzie się obróci, tam grunt usuwa jej się spod nóg… Miała siostrę, Iris… i tu historia naprawdę nabiera rumieńców… Bardzo bogatą, bardzo piękną, bardzo wysoko postawioną siostrę, która śmiertelnie nudziła się w życiu. Mimo że miała wszystko: piękne umeblowane mieszkanie, przystojnego męża, ślicznego synka, który dobrze się uczył, gosposię i plik kart kredytowych. Żadnych zmartwień! Piękne życie! Rozumie pani? No i… to jej nie wystarczało! Marzyła o sławie, o tym, żeby wystąpić w telewizji, pozować do gazet. Kiedyś w towarzystwie na kolacji oświadczyła, że napisze książkę. Trafiła! Wszyscy czekali na książkę. Mówili o tym, pytali, w którym jest miejscu, jak jej idzie i tak dalej! Wpadła w panikę, nie wiedziała, co odpowiadać, miała potworne napady migreny… i poprosiła biedną panią Cortès, aby napisała książkę za nią… A pani Cortès zajmuje się historią średniowiecza i pisze bardzo skomplikowane rzeczy o dwunastym wieku. Często zapomina się o tym okresie, ale on też istniał w historii. A ona z tego żyje. Płacą jej za badania nad dwunastym wiekiem. Tak, tak, są ludzie, którzy zajmują się zamierzchłą przeszłością! Zresztą jeśli mam być szczera, zastanawiam się, czemu to służy… I to wszystko idzie z naszych podatków! I potem nie ma się co dziwić, że… Ale odbiegam od tematu… W każdym razie siostra poprosiła, żeby napisała książkę, i oczywiście biedna pani Cortès się zgodziła… Potrzebowała pieniędzy, musimy ją zrozumieć! A poza tym nigdy nie sprzeciwiała się siostrze. Ubóstwiała ją, z tego co słyszałam. To nie była miłość, tylko uwielbienie. Od dzieciństwa siostra robiła z nią, co chciała, dawała się jej tyranizować, upokarzać, ustawiać… Napisała książkę, coś tam o średniowieczu, podobno dobra rzecz, nie wiem, nie czytałam, nie mam czasu, mam co innego do roboty, niż ślepić nad jakimiś sentymentalnymi bzdurami, nawet jeżeli są o historii… Książka wyszła. To był hit! Siostra błyszczała w mediach, zaczęła sprzedawać choć co, swój przepis na ciasto z jabłkami, ulubione bukiety kwiatów, reklamowała zniżki dla szkół, zbiórki dla szpitali, prognozę pogody i Bóg wie co jeszcze! Wie pani, te celebryty im więcej mają, tym więcej chcą mieć! Żądza sławy. Chcą, żeby się o nich ciągle mówiło. Bez przerwy… I wtedy wybuchł skandal! Córka pani Cortès, Hortense, starsza, niezła zaraza, między nami mówiąc, poleciała do telewizji i ujawniła całą sprawę! Na żywo! Ta to ma tupet! Piękna Iris Dupin została zdemaskowana, wytykano ją palcami, ośmieszyła się, nie mogła się z tego otrząsnąć i zamknęła się na kilka miesięcy w prywatnej klinice, w której zupełnie jej odbiło i nic się nie poprawiało, przynajmniej takie jest moje zdanie… Wyszła kompletnie naćpana! Nafaszerowana środkami nasennymi! A w tym czasie mąż… mąż pani Cortès, ten, co to wyjechał do Kenii… No więc mąż został pożarty przez krokodyla… Ależ tak! To straszne, straszne, mówiłam, że to niezwykła historia, zupełnie niezwykła… I biedna pani Cortès została wdową z siostrą wariatką, alkoholiczką w depresji, która szukała pocieszenia w ramionach mordercy! To niewiarygodna historia! Gdybym nie ja pani opowiadała, toby mi pani nie uwierzyła! A wyglądał tak przyzwoicie, taki przystojny, dobrze ubrany, z dobrą opinią, majątkiem, bankier pełną gębą, odpicowany, w smokingu, po rękach całował i w ogóle! A okazało się, że to morderca… Ależ tak! Tak! No mówię pani! Najprawdziwszy zabójca! I zabił nie tylko ją! Chyba z dziesięć osób! Oczywiście same kobiety! Tak jest łatwiej!

I wargi się unoszą, oczy błyszczą, a serca plotkarek biją coraz głośniej w kolejce po bagietkę za 1,10 euro.

Opowiadająca czuje się tak ważna, że nie chce odpuścić słuchaczom i kontynuuje na bezdechu:

Zapomniałam powiedzieć, że on mieszkał w tej samej kamienicy co pani Cortès. To ona przedstawiła go siostrze, więc wyobraża pani sobie, jakie musi sobie robić wyrzuty! Pewnie załamuje ręce, ciągle ma przed oczami tę scenę jak film, który się ogląda raz i drugi. Pewnie nie może oka zmrużyć w nocy i podgryza ją sumienie… Pewnie nawet myśli, taka jest moja opinia, że to ONA zabiła swoją siostrę! Bardzo dobrze ją znam, wie pani, śledziłam całą sprawę, to moja sąsiadka… nie, nie moja bliska sąsiadka, tylko sąsiadka koleżanki mojej szwagierki… Ona podała nawet rękę mordercy, ależ tak, tak… a ja jestem pewna, że widziałam go kiedyś w masarni w sobotę rano, to był dzień targowy… no mówię pani! Staliśmy razem do kasy, trzymał w ręce czerwony skórzany portfel firmowy, dobrze widziałam… Faktem jest, że był przystojny. Podobno często są przystojni… Siłą rzeczy, skoro potrafią zawrócić w głowie. Gdyby byli nieatrakcyjni, nie mogliby nikomu zawrócić w głowie, prawda? I nie leżałybyśmy potem z nożem w sercu jak ta biedna Iris Dupin…

Joséphine słyszała wszystko.

Nie musiała nawet nadstawiać ucha.

Czytała słowa na plecach, gdy stała w kolejce w Shopi.

Dostrzegała ukradkowe spojrzenia, które prześlizgiwały się po niej niczym pająki.

I wiedziała, że wszystkie opowieści kończą się zawsze tym samym zdaniem: Siostra to co innego. Co za piękna kobieta! Elegancka, wyrafinowana, piękna, tak piękna, a oczy tak niebieskie, że ich błękit wypełniłby kałamarz! Co za klasa! I prezencja! Nie to co ta biedna pani Cortès. Jak dzień i noc.

Była taka jak zawsze.

I jaka zawsze będzie.

Joséphine Cortès. Zwyczajna kobieta.

Nawet w głosie Shirley pobrzmiewały pytania.

Dzwoniła z Londynu niemal codziennie. Wcześnie rano. Udawała, że chce się dowiedzieć czegoś na temat jakiejś marki camemberta, ustalić znaczenie jakiegoś słowa, wyjaśnić zagadnienie gramatyczne, spytać o rozkład jazdy pociągów. Zaczynała niewinnie, wsłuchując się w głos José­phine: Wszystko w porządku, Jo? Dobrze spałaś? Everything under control? Opowiadała jakąś anegdotę o swojej walce z cukrem, o ratowaniu otyłych dzieci, o konsekwencjach dla układu krążenia, udawała, że się denerwuje, czekała na cień uśmiechu, starała się usłyszeć poprzedzającą go ciszę, westchnienie lub przełknięcie śliny będące wyrazem radości…

Ględziła, ględziła, ględziła…

Codziennie zadawała te same pytania:

Jak tam twoja habilitacja? Kiedy zdajesz egzamin? Jesteś gotowa? Chcesz, żebym przyjechała potrzymać cię za rękę? Bo przyjadę, wiesz… Zagwiżdż, a przybiegnę. Masz dużą tremę? Siedem tysięcy stron! My God! Nieźle się napracowałaś… Cztery godziny obrony! A co u Zoé? Już w pierwszej klasie liceum! Niedługo skończy piętnaście lat! Wszystko u niej dobrze? Miała jakieś wieści od narzeczonego, tego, no, jak on się nazywał… no tego… syna… a właśnie, Gaétana? Wysyła do niej maile i dzwoni… Biedne dziecko! To się nazywa trauma! A Iphigénie? Czy jej mąż bandyta wyszedł już z więzienia? Jeszcze nie? A dzieci? A pan Sandoz oświadczył się jej? Nie ma odwagi? Chyba przyjadę skopać mu tyłek! Ale na co ta niedojda czeka? Aż mech mu wyrośnie za uszami?

Jej głos grzmiał, czasowniki ryczały, zasypywała Jo pytaniami, żeby ta przerwała ciszę i przynajmniej troszeczkę się uśmiechnęła.

Miałaś jakieś wieści od Marcela i Josiane? Ach… On posyła ci kwiaty, ona dzwoni… Bardzo cię lubią, wiesz. Powinnaś się z nimi spotkać. Nie masz ochoty… Dlaczego?

…bo tak.

A czy widziałaś ostatnio pięknego inspektora Garibaldiego? Nadal na stanowisku? Więc jesteś pod dobrą opieką! A Pinarelli syn? Ciągle z mamusią? Czy on nie jest aby gejem? A ten zbereźnik Merson? A kołysząca się pani Merson?

A powiedz mi, mieszkania tych dwóch… no wiesz… są już zajęte? Znasz nowych sąsiadów? Jeszcze nie… Widujesz ich, ale z nimi nie rozmawiasz… A mieszkanie tego… jest jeszcze puste… Nie ma się co dziwić… Rozumiem, Jo, powinnaś jednak zmusić się do wyjścia… Nie spędzisz przecież całego życia w hibernacji… A nie chcesz przyjechać do mnie? Nie możesz z powodu habilitacji… Tak, ale… potem? Wyskocz na kilka dni do Londynu. Zobaczysz się z Hortense, z Garym, pójdziemy gdzieś, zabiorę cię popływać do Hampstead Pond w centrum Londynu, super tam jest, masz wrażenie, że przenosisz się w dziewiętnasty wiek, drewniany pomost, nenufary, a woda lodowata. Jeżdżę tam każdego ranka i jestem w świetnej formie… Słuchasz mnie?

Serie pytań, żeby wyrwać Joséphine z pełnego bólu odrętwienia i odpędzić jedno jedyne pytanie, które ją prześladowało…

Dlaczego?

Dlaczego jej siostra rzuciła się w paszczę tego mężczyzny? Szaleńca, który mordował z zimną krwią, znęcał się nad żoną i dziećmi, zrobił z niej niewolnicę, po czym przebił jej serce?

Moja siostro, moja starsza siostro, moja idolko, moja najpiękniejsza, najukochańsza, więcej niż piękna, więcej niż błyskotliwa, twoja krew pulsuje mi w skroniach, płynie pod moją skórą…

Dlaczego? pytała błagalnie Joséphine, dlaczego?

…bo tak.

odpowiadał jej głos, którego nie znała.

…bo tak.

Bo sądziła, że ten układ da jej szczęście. Ofiarowała siebie bez żadnego wyrachowania, nie zostawiając sobie niczego w kieszeni, a on obiecywał jej całe szczęście tego świata. Uwierzyła w to. Umarła szczęśliwa, taka szczęśliwa…

Jak nigdy dotąd.

Dlaczego?

Nie mogła poradzić sobie z tym słowem, które ciągle wbijało jej się w głowę niczym ćwiek, wbijało inne ćwieki rozżarzone od pytań, wznosiło wysokie mury, o które się obijała.

A dlaczego ja żyję?

Bo podobno żyję…

Shirley nie odpuszczała. Przerzucała ramiona i serce przez Tamizę, przez La Manche i utyskiwała:

– Nie słuchasz mnie… Słyszę, że mnie nie słuchasz.

– Nie mam ochoty mówić.

– Nie możesz tak żyć jak zamurowana.

– Shirley…

– Wiem, co ci chodzi po głowie i nie pozwala oddychać. Wiem! To nie twoja wina, Jo.

– …

– Ale to też nie jego wina… W niczym nie zawiniłaś i on też w niczym nie zawinił. Dlaczego nie chcesz się z nim spotkać? Dlaczego nie odpowiadasz na jego listy?

…bo tak.

– Powiedział, że poczeka, ale nie będzie czekał całe życie, Jo! Ranisz się, ranisz jego, po co to wszystko? To przecież nie wy ją…

Wówczas Joséphine odzyskiwała głos. Jakby rozcięto jej gardło, otwarto je, poderżnięto, obnażono struny głosowe, żeby mogła wrzeszczeć, i wrzeszczała, wrzeszczała do telefonu, wrzeszczała do przyjaciółki, która codziennie dzwoniła i mówiła: Jestem przy tobie, jestem przy tobie i dla ciebie:

– No dalej, Shirley, no już, powiedz to.

– Cholera! Wkurzasz mnie, Jo! Nie przywrócisz jej tym życia! Więc po co? Dlaczego?

…bo tak.

I póki nie odpowie na to pytanie, póty nie wróci do normalnego życia. Pozostanie nieruchoma, zamknięta, milcząca, nie zacznie na nowo się uśmiechać, krzyczeć z radości czy rozkoszy, nie utonie w jego ramionach.

W ramionach Philippe’a Dupina. Męża Iris Dupin. Jej siostry.

Mężczyzny, do którego mówiła nocą z ustami wtopionymi w poduszkę.

Mężczyzny, którego ramiona rysowała dookoła siebie.

Mężczyzny, o którym musiała zapomnieć.

Była martwa.

Iris porwała ją do wolnego walca w świetle reflektorów i białego ostrza sztyletu. Raz, dwa, trzy, raz, dwa, trzy, chodź ze mną, Jo, spadamy stąd… Zobaczysz, jakie to łatwe!

Nowa zabawa wymyślona przez Iris. Jak wtedy, gdy były małe.

Chrupik i Chrupek schrupali chrupkiego Chrupaka, który z chęcią by ich schrupał…

Tego dnia na polanie wygrał Chrupak.

Schrupał Iris.

Schrupie Joséphine.

Joséphine szła w ślady Iris.

– O to ci chodzi, Jo – napadała ją Shirley przez telefon – o to, żeby do niej dołączyć… Ograniczysz się do niezbędnego minimum, będziesz żyła dla Zoé i dla Hortense, płaciła za ich naukę, żyła jak dobra mamuśka i zabronisz sobie całej reszty! Nie masz prawa być kobietą, bo ta, która była kobietą, odeszła… Zabraniasz sobie tego! Ale ja jestem twoją przyjaciółką i nie zgadzam się na to, i cię…

Joséphine odkładała słuchawkę.

Shirley dzwoniła ponownie i zawsze w tych samych słowach dawała upust wściekłości. Ale nie rozumiem, tuż potem, tuż po śmierci Iris spałaś z nim, był przy tobie, byłaś przy nim, więc? Odpowiedz mi, Jo, odpowiedz mi!

Joséphine upuszczała słuchawkę, zamykała oczy, przedramionami ściskała głowę. Nie wspominać tamtego czasu, zapomnieć, zapomnieć… Głos w słuchawce rozbrzmiewał jak taniec złośliwego chochlika.

– Dajesz się zamknąć… tak? Ale czemu? Czemu, Jo! Nie masz, do cholery, prawa…

Joséphine rzucała telefonem o ścianę.

Chciała zapomnieć o tych dniach pełnych szczęścia.

Tych dniach, kiedy to wtopiła się w niego, zapadła, zapomniała się w nim.

Kiedy wczepiła się w szczęście bycia w jego skórze, w jego ustach.

Gdy myślała o tym, kładła palec na wargach i mówiła: Philippe… Philippe…

Nie powie o tym Shirley.

Nikomu o tym nie powie.

Tylko Du Guesclin wiedział.

Du Guesclin, który nie zadawał pytań.

Du Guesclin, który wył, patrząc na nią, gdy była zbyt smutna, jej wzrok opadał zbyt nisko, a zmartwienia zbijały ją z nóg.

Kręcił się w kółko, a z jego pyska dobywał się przeciągły jęk. Potrząsał łbem, nie chciał oglądać jej w tym stanie…

Szedł po smycz, smycz, której nigdy mu nie zakładała i która rdzewiała z kluczami w koszyczku przy wejściu, kładł ją u jej stóp i zdawał się mówić: Chodź, wyjdziemy, to ci odmieni nastrój…

Nie sprzeciwiała się życzeniom brzydkiego psa.

Wychodzili pobiegać dookoła jeziora w Lasku Bulońskim.

Biegła, a on podążał za nią.

Zamykał stawkę. Galopował wolno, majestatycznie, miarowo. Zmuszał ją, by nie zwalniała, nie zatrzymywała się, nie opierała czoła o pień drzewa, aby zanieść się zbyt ciężkim do zniesienia szlochem.

Robiła jedno, dwa, trzy okrążenia. Biegła, póki nie poczuła, że drewnieją jej ramiona, drewnieje szyja, drewnieją nogi, drewnieje serce.

Póki nie mogła już dłużej biec.

Opadała na trawę i czuła ciężar Du Guesclina, który kładł się obok niej. Dyszał, otrzepywał się, ślinił. Trzymał głowę wyprostowaną, aby nikt nie próbował się zbliżyć.

Wielki, czarny, pokryty bliznami, oszpecony, zlany potem dog czuwał nad nią.

Zamykała oczy i pozwalała łzom płynąć po zdrewniałej twarzy.

*

Shirley popatrzyła na trzy zielone jabłka, mandarynki, migdały, figi i orzechy leżące w wielkiej pomarańczowej glinianej misce na kuchennym stole i pomyślała o śniadaniu, które zje po powrocie z Hampstead Pond.

Mimo zimna, drobnego deszczu i wczesnej godziny Shirley jechała popływać.

Zapominała. Zapominała, że znowu rozbiła się o mur smutku Joséphine. Codziennie było tak samo: waliła głową w mur.

Czekała na idealną porę, kiedy Zoé wyjdzie do szkoły, a Joséphine sama, na bosaka, w piżamie i starym podkoszulku, będzie sprzątać kuchnię.

Wykręcała numer Joséphine.

Mówiła, mówiła i bezradna odkładała słuchawkę.

Sama już nie wiedziała, co powiedzieć, co zrobić, co wymyślić. Jąkała się z bezsilności.

Tego ranka znowu poniosła porażkę.

Wzięła czapkę, rękawiczki, płaszcz, torbę kąpielową – kostium, ręcznik, okulary – i klucz od kłódki do roweru.

Każdego ranka zanurzała się w lodowatej wodzie Hampstead Pond.

Nastawiała budzik na siódmą, wyskakiwała z łóżka, stawiała jedną nogę, potem drugą, klnąc: Ty idiotko! Chyba jesteś masochistką! Wkładała głowę pod kran, robiła sobie wrzącą herbatę, dzwoniła do Joséphine, wymyślała podstępy, przegrywała, odkładała słuchawkę, wciągała dres, grube wełniane skarpetki, gruby sweter, kolejny gruby sweter, brała torbę i wychodziła na zimno i deszcz.

Tego ranka zatrzymała się przed lustrem w holu.

Wyjęła błyszczyk. Nałożyła delikatną warstwę opalizującego różu. Przygryzła wargi, aby go rozprowadzić. Pomalowała rzęsy odrobiną wodoodpornego tuszu, maznęła policzki różem, podwinęła czapkę z białymi frędzlami na krótkich włosach, wyjęła kilka kosmyków blond, które podkręciła i wypuściła, potem zadowolona z tej nutki kobiecości trzasnęła drzwiami i zeszła, aby wskoczyć na rower.

Stary rower. Zardzewiały. Skrzypiący. Głośny. Prezent gwiazdkowy od ojca na Boże Narodzenie, które spędzali w mieszkaniu służbowym w pałacu Buckingham. Gary miał dziesięć lat. Olbrzymia choinka, błyszczące bombki, płatki śniegu z waty i czerwony rower z osiemnastoma biegami i wielką srebrną kokardą. Dla niej.

Kiedyś błyszczał czerwienią, miał fantazyjną lampę i świecące chromowane części. Dziś…

Nie była w stanie go opisać. Mawiała powściągliwie, że utracił dawny blask.

Pedałowała, pedałowała.

Omijała samochody i piętrowe autobusy, które omal jej nie rozjeżdżały, gdy zarzucało je na zakrętach. Skręcała w prawo, skręcała w lewo i przyświecał jej tylko jeden cel: dotrzeć do Heath Road, Hampstead, North London. Mijała Spaniard’s Inn, pozdrawiała Oscara Wilde’a, jechała ścieżką rowerową to w górę, to w dół. Przejeżdżała obok Belsize Park, gdzie spacerowali Byron i Keats, dostrzegała złotożółte i jaskrawoczerwone liście, zamykała oczy, znowu je otwierała, po prawej zostawiała ohydny parking i… zanurzała się w zielonkawej wodzie stawu. Ciemnej wodzie z długimi brunatnymi algami, gałęziami, które moczyły się w niej i kapały, z łabędziami i kaczkami uciekającymi z krzykiem, gdy ktoś się zbliżał…

Może spotka go, zanim wskoczy do wody?

Mężczyznę na rowerze, który wczesnym rankiem przyjeżdżał nad lodowate stawy. Spotkali się w ubiegłym tygodniu. Shirley puściły hamulce, gdy zjeżdżała z Parliament Hill, i wjechała w niego.

– Bardzo mi przykro – powiedziała, poprawiając czapkę, która spadła jej na oczy.

Pocierała sobie brodę. W trakcie kolizji zaryła twarzą w ramię mężczyzny.

Zszedł i oglądał jej rower. Widziała tylko czapkę podobną do jej czapki, szerokie plecy w czerwonej kanadyjce w szkocką kratę pochylone nad przednim kołem i dwie beżowe sztruksowe nogawki. W szerokie beżowe prążki nieco wytarte na kolanach.

– To przez hamulce. Są zużyte, puściły… Nie zauważyła pani tego wcześniej?

– Stary ten rower… Powinnam kupić nowy.

– Tak byłoby lepiej.

Wyprostował się.

Wówczas Shirley podniosła wzrok z zerwanej linki hamulca na twarz mężczyzny. Miał dobrą twarz. Dobrą, ciepłą, życzliwą twarz z odrobiną… Starała się skoncentrować na szukaniu właściwych słów, aby uciszyć zrywający się w niej huragan. Alarm! Alarm! Siedem w skali Beauforta! syczał głosik. Łagodną, energiczną twarz pełną wewnętrznej mocy, rzeczywistej mocy, nie udawanej. Dobrą twarz z szerokim uśmiechem, wydatnymi szczękami, śmiejącymi się oczami i gęste kasztanowe włosy, których niesforne kosmyki wymykały się spod czapki. Nie mogła oderwać wzroku od twarzy mężczyzny. Wyglądał, wyglądał jak… król, który ma skarb bezwartościowy dla innych, ale bardzo ważny dla niego. Tak, to było to, wyglądał jak skromny rozbawiony król.

Stała, wpatrując się w niego, i pewnie wyglądała bardzo głupio, bo zaśmiał się i dodał:

– Na pani miejscu wróciłbym pieszo, prowadząc rower. Bo w przeciwnym razie pod koniec dnia będzie pani miała na koncie niezłą liczbę wypadków.

A ponieważ nie odpowiadała, ciągle stała wpatrzona w jego oczy, starając się uwolnić od tego tak łagodnego, tak mocnego wzroku, który robił z niej kretynkę i pozbawiał ją głosu, spytał:

– Aaa… my się znamy?

– Nie sądzę.

– Oliver Boone – powiedział, wyciągając do niej rękę. Długie, szczupłe, niemal delikatne palce. Palce artysty.

Zrobiło jej się wstyd, że zmusiła go do babrania się z linką hamulcową.

– Shirley Ward.

Uścisnął jej dłoń tak mocno, że o mało nie krzyknęła.

Zaśmiała się głupio jak dziewczyna, która rozpaczliwie próbuje odzyskać całe poważanie stracone w tak krótkiej chwili.

– Hm, tak… no to dziękuję.

– Nie ma za co. Proszę tylko uważać.

– Obiecuję.

Wsiadła na rower i pojechała nad staw, wolno pedałując, niemal dotykając stopami ziemi, aby w razie konieczności zahamować.

Przy wjeździe w pobliżu stawu widniała tabliczka z napisem:

No dogs

No cycles

No radios

No drowning.3

To ostatnie bardzo ją bawiło. Zakaz topienia się! Być może tego właśnie najbardziej jej brakowało w czasie pobytu we Francji: angielskiego humoru. Nie umiała śmiać się z francuskich żartów i zawsze powtarzała sobie, że zdecydowanie jest Angielką.

Przywiązała rower do drewnianej barierki i odwróciła się.

On przywiązywał swój nieco dalej.

Zrobiło jej się głupio.

Nie chciała, żeby wyglądało na to, że go śledzi, lecz zdała sobie sprawę, że obydwoje przyjechali w to samo miejsce. Wzięła torbę kąpielową, podniosła ją i krzyknęła:

– Pan też pływa?

– Tak. Przedtem chodziłem nad staw tylko dla mężczyzn, ale cóż… no… Chyba wolę, gdy obie…

Przerwał. O mało nie powiedział: Gdy obie płci się mieszają, powstrzymał się jednak.

Aha! pomyślała Shirley. On też jest zmieszany. Więc może odczuł taki sami niepokój jak ja. Jeden do jednego.

Poczuła się swobodniej. Jakby się pozbyła jakiegoś ciężaru.

Zerwała czapkę, zmierzwiła sobie włosy i zaproponowała:

– Wskakujemy?

Potem pływali, pływali i pływali.

Sami we dwójkę w stawie. Powietrze było zimne i przenikliwe. Krople wody szczypały ich w ręce i ramiona. Na brzegu stali wędkarze. Wolno pływały łabędzie. Widać było ich głowy wyłaniające się z wysokiej trawy. Wydawały ciche przenikliwe krzyki, goniły się, bijąc skrzydłami, uderzały się dziobami i z wściekłością oddalały, kołysząc.

Pływał mocnym, szybkim, regularnym kraulem.

Udawało jej się utrzymać na jego wysokości, a potem wyprzedził ją jednym ruchem ręki.

Płynęła dalej, nie zwracając na niego uwagi.

Kiedy podniosła głowę, zniknął.

Poczuła się strasznie samotna.

Tego ranka nie zobaczyła roweru przywiązanego do drewnianej barierki.

Nie uśmiechnęła się, czytając tabliczkę z napisem „Zakaz topienia się”.

Pomyślała, że to zły znak.

Że wchodzi w czerwoną strefę.

I nie spodobało jej się to.

Westchnęła. Rozebrała się, rzucając ubrania na drewniany pomost.

Podniosła je. Poskładała.

Odwróciła się, żeby sprawdzić, czy on nie biegnie…

Skoczyła na główkę.

Poczuła, jak wodorost prześlizguje jej się między nogami.

Krzyknęła.

Zaczęła płynąć kraulem z głową w wodzie.

Jeszcze jest czas, żeby zapomnieć.

Zresztą zapomniała, jak on się nazywa.

Zresztą nie pozwoli, aby ktoś tak łatwo zrobił na niej wrażenie.

Kanadyjka w szkocką kratę? Wełniana czapka? Stare wytarte spodnie! Palce zegarmistrza. Co za bzdury!

Nie była romantyczną kobietą. Nie. Była samotną kobietą, która miała marzenia. I marzyła o tym, żeby być z kimś. Szukała ramienia, w które mogłaby się wtulić, ust, które mogłaby całować, ręki, na której mogłaby się uwiesić, przechodząc przez ulicę, gdy samochody trąbią, uważnego ucha, aby wlewać w nie idiotyczne zwierzenia, kogoś, z kim mogłaby oglądać EastEnders w telewizji. To ten rodzaj kretyńskiego serialu, który ogląda się właśnie wtedy, gdy jest się zakochanym, a więc głupim.

Bo miłość ogłupia, moja droga, powiedziała, zanurzając energicznie w wodzie najpierw jedno ramię, potem drugie, jakby chciała sobie wbić do głowy pewną oczywistość. Nie zapominaj o tym. OK, jesteś sama. OK, masz tego dość, OK, żądasz miłości, pięknej miłości, ale nie zapominaj: miłość ogłupia. I tyle. A ciebie w szczególności. Sama widzisz, co ci dała miłość! Za każdym razem robiłaś głupoty. Masz dar trafiania na nic niewartych facetów, więc może się okazać, że ten gość o anielskiej twarzy właśnie wyszedł z więzienia!

To stwierdzenie dobrze jej zrobiło, toteż pływała przez trzy kwadranse, nie myśląc o niczym: ani o mężczyźnie w czerwonej kanadyjce w szkocką kratę, ani o ostatnim kochanku, który zerwał z nią SMS-em. To była najnowsza moda. Mężczyźni wymykali się po cichu, niemal bez słów. Żegnali się jedynie za pomocą kciuków. Najczęściej pisząc fonetycznie: Liv U. Sorry.

A w spojrzeniu mężczyzny w czerwonej kanadyjce w szkocką kratę zdawała się czytać coś innego: uwagę, troskę, serdeczność… Nie omiótł jej wzrokiem, popatrzył na nią.

Patrzyć: kierować wzrok na, spoglądać, obserwować.

Patrzyć łaskawym okiem: spoglądać życzliwie.

A patrzyć łaskawymi oczami? To znaczy darzyć wielką życzliwością.

Patrzyć wzrokiem nie będącym jednocześnie uciążliwym, pożądliwym. Wzrokiem pełnym elegancji, serdeczności. Nie pospiesznym, byle jakim. To wzrok, który liczy się z uczuciami drugiej osoby, sadza ją w wyściełanym fotelu, podaje jej filiżankę herbaty z odrobiną mleka, rozpoczyna rozmowę.

Właśnie ten początek rozmowy zrobił na niej piorunujące wrażenie.

Ta serdeczność, o której odtąd marzyła, zachęcała ją do myślenia w kategoriach jeden + jeden, w kategoriach związku.

Znowu to samo! Przewidziałam to, pomyślała, wychodząc z wody, wycierając się ręcznikiem. Marzę o jeden + jeden. Mam dość bycia samotną jedynką. Samotna jedynka po pewnym czasie staje się zerem, nie?

Z kim tworzyła jeden + jeden?

Z synem? Coraz rzadziej.

I bardzo dobrze! Ma własne życie, własne mieszkanie, kolegów, dziewczynę. Nie wybrał jeszcze drogi życiowej, ale na to przyjdzie czas… Czy wiedziałam, co chcę robić w życiu, gdy miałam dwadzieścia lat? Wtedy puszczałam się z pierwszym lepszym, piłam piwo, paliłam jointy, szlajałam się, nosiłam czarne skórzane minispódniczki, dziurawe rajstopy, wkładałam sobie kolczyki do nosa i… wpadłam!

Muszę się z tym pogodzić: z nikim nie stanowię pary. Od czasów mężczyzny w czerni.

Lepiej o nim nie myśleć. To było kolejne szaleństwo. Więc uspokój się, moja droga. Naucz się spokoju, samotności, wstrzemięźliwości…

Miała ochotę wypluć to ostatnie słowo.

Wracając do domu i odstawiając rower, pomyślała o Joséphine.

To ona jest moją miłością. Kocham ją. Nie taką miłością, która sprawia, że wieszamy się sobie na szyi i wskakujemy do łóżka. Przeszłabym Himalaje w espadrylach, żeby się z nią spotkać. I smutno mi dzisiaj, bo jestem niepotrzebna. Przypominamy parę starych kochanków. Szpiegującą się parę, w której jedno chciałoby, żeby drugie się uśmiechnęło, aby śmiać się razem z nim.

Dorastałyśmy razem. Uczyłyśmy się razem. Osiem lat wspólnego życia.

Schroniłam się w Courbevoie we Francji, aby uciec przed mężczyzną w czerni. Odkrył tajemnicę mojego pochodzenia i szantażował mnie.

Wybrałam to miejsce przypadkowo, zaznaczając ołówkiem na chybił trafił jakiś punkt w regionie paryskim. Courbevoie. Wielki blok z pokrytymi rdzą balkonami. Nigdy nie szukałby mnie na rdzewiejących balkonach.

Joséphine i Antoine Cortès. Hortense i Zoé. Moi sąsiedzi z piętra. Bardzo francuska rodzina Francuzów. Gary zaczynał zapominać angielski. Piekłam tarty, ciasta, budynie i pizze na imprezy firmowe, wesela i bar micwy. Udawałam, że w ten sposób zarabiam na życie. Opowiadałam, że przyjechałam do Francji, by zapomnieć o Anglii. Joséphine mi wierzyła. A potem pewnego dnia opowiedziałam jej o wszystkim: o wielkiej miłości mojego ojca i matki… O tym, jak dorastałam w czerwonych korytarzach pałacu Buckingham, fikając koziołki na grubej wykładzinie i dygając przed królową, moją matką. O tym, jak byłam nieślubnym dzieckiem, bękartem chowającym się na piętrach, a jednocześnie owocem miłości, dodawałam ze śmiechem, aby ukryć emocje spowijające słowa niczym mgła. Joséphine…

Naszą przeszłość tworzą albumy fotograficzne. Albumy złożone z dawnych lęków, wybuchów śmiechu u fryzjera, spalonych ciast, zanurzania głowy w umywalce w luksusowym hotelu, indyków w kasztanach, filmów, które ogląda się, tonąc we łzach, nadziei, zwierzeń nad basenem. Mogę jej wszystko powiedzieć. Słucha mnie. I patrzy dobrym, łagodnym, pełnym siły wzrokiem.

Trochę jak mężczyzna w czerwonej kanadyjce w szkocką kratę.

Poklepała się po twarzy, żeby otrzeźwieć i ruszyła schodami na górę.

Gary czekał na nią w kuchni.

Miał klucze od mieszkania, przychodził i wychodził, kiedy chciał.

Pewnego dnia zapytała: Nigdy nie pomyślałeś, że mogłabym być w towarzystwie mężczyzny? Popatrzył na nią zdziwiony. No… nie… Ano właśnie! Przecież mogłoby się tak zdarzyć! OK, następnym razem wejdę na paluszkach! Nie wiem, czy to wystarczy! Ja nigdy nie zjawiam się u ciebie bez zapowiedzi…

Uśmiechnął się z rozbawieniem, co oznaczało: Jesteś moją matką, nie sypiasz z facetami. Poczuła się nagle bardzo stara. Mam zaledwie czterdzieści jeden lat, Gary! To dużo, nie? Nie tak bardzo! Można się świetnie bawić w łóżku, nawet gdy się ma osiemdziesiąt sześć lat, i tak właśnie zamierzam robić! Nie będziesz się bać, że się połamiesz? spytał z powagą.

Uniósł brwi, kiedy zdjęła czapkę i uwolniła spod niej mokre włosy.

– Wracasz z basenu?

– Ze znacznie przyjemniejszego miejsca. Z Hamstead Pond.

– Chcesz jajka sadzone na bekonie z grzybami, kiełbaską, pomidorem i ziemniakami? Zrobię ci śniadanie.

– Of course, my love! Dawno przyszedłeś?

– Muszę z tobą porozmawiać. To pilne!

– Coś poważnego?

– Taaa…

– Zdążę wziąć prysznic?

– Taaa…

– Przestań mówić taaa, to nie brzmi melodyjnie.

– Taaa…

Shirley uderzyła czapką syna, który odsunął się, parskając śmiechem.

– Idź się umyć, mamo, śmierdzisz błotem!

– Och! Naprawdę?

– I to jest niefajne!

Wyciągnął ręce, aby matka nie stłukła go na kwaśne jabłko, a ona, śmiejąc się, pobiegła pod prysznic.

Kocham go, jak ja kocham tego smarkacza! Jest moim słoneczkiem, moją zorzą polarną, moim królewskim syneczkiem, moim ciasteczkiem, moim drucikiem, moim piorunochronikiem… Wyśpiewywała te słowa, nacierając sobie ciało perfumowanym imbirowo-pomarańczowym mydłem L’Occitane. Śmierdzieć błotem? Mowy nie ma! Śmierdzi błotem?! Co za okropność! Ma pachnącą miękką skórę i podziękowała niebiosom za to, że uczyniły ją wysoką, szczupłą, umięśnioną… Nigdy wystarczająco nie dziękuje się rodzicom za takie prezenty otrzymane w chwili narodzin… Dziękuję, tato! Dziękuję, mamo! Nigdy nie śmiałaby powiedzieć tego swojej matce. Nazywała ją matką, ale nigdy nie opowiadała jej ani o swojej duszy, ani o ciele i całowała ją z wyczuciem w policzek. Nigdy w oba policzki. Dwa pocałunki byłyby nie na miejscu. Dziwnie było zawsze trzymać dystans wobec matki. Przyzwyczaiła się do tego. Nauczyła się dostrzegać czułość w sztywnej postawie i rękach leżących na kolanach. Zgadywała ją, słysząc nagły atak cichego kaszlu, widząc ruch ramion, prostującą się na znak uwagi szyję, błysk w oku, rękę bawiącą się rąbkiem spódnicy. Przyzwyczaiła się, lecz czasem jej tego brakowało. Tego, że nigdy nie mogła dać się ponieść, nigdy nie mogła zakląć przy niej, poklepać jej po ramieniu, zabrać dżinsów, szminki, lokówki. Raz… to było w czasach mężczyzny w czerni, kiedy przepełniał ją smutek i nie wiedziała już, jak… jak pozbyć się tego człowieka, zagrożenia, które stanowił… poprosiła o spotkanie z matką i objęła ją, a matka nie protestowała, tylko stała nieruchomo jak kawałek drewna. Z ramionami wzdłuż ciała, sztywnym karkiem, starając się zachować przyzwoitą odległość. Matka wysłuchała jej, nic nie powiedziała, ale zaczęła działać. Gdy Shirley się dowiedziała, co matka zrobiła dla niej, wyłącznie dla niej, rozpłakała się. Wielkie łzy płynęły jej po twarzy, jakby chciała nadrobić cały ten czas, kiedy nie mogła płakać.

Kryzys wieku dojrzewania skierowała przeciwko ojcu. Matce by się to nie spodobało. Matka zmarszczyła czoło, kiedy Shirley wróciła ze Szkocji z Garym na rękach. Miała dwadzieścia jeden lat. Matka cofnęła się lekko, co oznaczało szok, i szepnęła, że prowadzi się niewłaściwie. „Niewłaściwie”!

Matka posługiwała się stosownym słownictwem i nigdy nie dawała upustu swoim uczuciom.

Wyszła spod prysznica w grubym niebieskolawendowym płaszczu kąpielowym i w turbanie z białego ręcznika na głowie.

– Oto wielki Mamamuszi! – wykrzyknął Gary.

– Najwyraźniej jesteś w znakomitym humorze.

– O tym właśnie chciałbym z tobą porozmawiać, ale przedtem przystąp do degustacji i powiedz, co myślisz o jajkach. Pod koniec smażenia skropiłem je octem malinowym kupionym na parterze u Harrodsa.

Gary był niezrównanym kucharzem. Przywiózł talent z Francji, z czasów, kiedy kręcił się po kuchni i przyglądał jej, przepasany wielkim białym fartuchem, z drewnianą łyżką w ustach i uniesionymi brwiami. Był w stanie przemierzyć cały Londyn, aby znaleźć potrzebny składnik, nowy garnek czy ser ze świeżej dostawy.

Shirley wzięła do ust kęs podsmażonego bekonu, kęs kiełbaski, świeżych grzybów, ziemniaków. Przekłuła żółtko. Spróbowała. Polała talerz sosem ze świeżych pomidorów z bazylią.

– Brawo! Wyśmienite! Zacząłeś to chyba przygotowywać o świcie?

– Ależ skąd, przyszedłem tu zaledwie przed godziną.

– Wypadłeś z łóżka? W takim razie to musi być coś bardzo ważnego.

– Tak… Smakuje ci, naprawdę ci smakuje? A wyczuwasz smak malin?

– Delektuję się!

– Dobrze… Cieszę się, że ci smakuje, ale nie przyszedłem rozmawiać o kuchni.

– Szkoda, lubię, jak gotujesz.

– Widziałem się z Panią Babcią i…

Gary nazywał swoją babcię Panią Babcią.

– …wreszcie zgodziła się, żebym studiował muzykę. Zebrała informacje, wysłała psy gończe tropem „muzyczne studia” i znalazła mi nauczyciela fortepianu.

– …

– Nauczyciela fortepianu w Londynie, który będzie mi dawał prywatne lekcje, abym osiągnął przyzwoity poziom, a potem wyjadę do bardzo dobrej szkoły w Nowym Jorku… o ile wyniki mojej pracy z profesorem okażą się zadowalające. Uruchomiła środki, innymi słowy, traktuje mnie poważnie!

– Robi to wszystko? Dla ciebie?

– Pani Babcia jest cudowna, jeżeli nie zważać na zbroję. Plan jest następujący: przez pół roku uczę się gry na fortepianie u tego profesora, a potem hop! lecę do Nowego Jorku, gdzie zapisuję się do tej słynnej szkoły, która jej zdaniem stanowi absolutny top.

Wyjazd. Gary wyjedzie. Shirley wzięła głęboki wdech, aby rozluźnić duszący ją węzeł. Podobało jej się, że jest wolny, niezależny w wielkim mieszkaniu koło Hyde Parku, niedaleko od niej. Lubiła słyszeć, że jest ulubieńcem dziewczyn, że latają za nim wszystkie atrakcyjne panienki. Szczyciła się tym, udawała obojętną, lecz serce biło jej szybciej. Mój syn… myślała z zazdrością i dumą. Mój syn… Mogła pozwolić sobie nawet na luksus odgrywania hojnej, liberalnej, wyluzowanej matki… Ale nie spodobało jej się, że Gary ją informuje, iż niedługo wyjedzie daleko, bardzo daleko, i to nie z woli matki, tylko babci. Czuła się nieco zirytowana, nieco zraniona.

– Mam w tej sprawie coś do powiedzenia? – spytała, próbując uciszyć wzbierającą w jej głosie złość.

– Oczywiście, jesteś moją matką!

– Dziękuję.

– Ja uważam, że tym razem Pani Babcia wykazała się rozsądkiem – podkreślił Gary.

– Naturalnie, przecież zgadza się z tobą!

– Mamo, mam dwadzieścia lat… To nie jest wiek rozsądku! Pozwól mi grać na fortepianie, o niczym innym nie marzę, chcę spróbować choćby po to, żeby się dowiedzieć, czy mam talent, czy nie. W przeciwnym razie ograniczę się do kiełbasek i ziemniaków.

– A kim jest ten profesor, którego ci znalazła?

– Pianistą, którego nazwiska nie pamiętam, z tym że to wschodząca gwiazda. Nie jest jeszcze sławny, ale zaraz będzie. Mam się z nim spotkać w przyszłym tygodniu.

A zatem wszystko