Wydawca: Nasza Księgarnia Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 430 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wietrzne Katedry. Tom 2 - A. R. Reystone

Ponad dwieście lat temu, kiedy natura obróciła się przeciwko człowiekowi, a całej cywilizacji groził upadek, nieoczekiwanie pojawiły się elfy. Zaoferowały ludziom przyjaźń i pomoc w zamian za możliwość osiedlenia. Wspólnie odbudowali świat ze zgliszcz. Jednak radość trwała krótko. Straszliwa zaraza doprowadziła do wymarcia wszystkich elfów…

Marzenie o Wietrznych Katedrach zaczyna stawać się rzeczywistością. Pięć fragmentów mapy zostało scalonych. Jednak mapa to nie wszystko. Przed śmiałkami droga do Metropolii i bardzo trudne zadanie. Muszą włamać się do pilnie strzeżonego Instytutu Medycznego, gdzie w jednym z inkubatorów Terminalu może się kryć ten, którego pomocy potrzebują – elf czystej krwi spokrewniony z księciem. Tymczasem konstable i viverny tropiące depczą im po piętach…

Alice Rosalie Reystone jest lekarką zawodowo udzielającą się we własnej przychodni dla zwierząt. Stan posiadania: jedno dziecko i czterech kocich terrorystów. Naturę kotów zgłębiła w stopniu doskonałym, dzieci do tej pory zrozumieć nie może, choć prace nad tym trwają. Wolne chwile poświęca uprawianiu hobby, jakim jest bajkopisarstwo dla dorosłych, a inspiracji dostarczają jej ciężkie brzmienia Evanescence, Nightwish oraz cudowny głos Tarji Turunen. Uważa książki, muzykę i kino za jedne z najcudowniejszych wynalazków ludzkości. Jest zodiakalnym bykiem, ale ma naturę kota-domatora i tylko kataklizm byłby w stanie wyciągnąć ją z domu. Bardziej od robienia oszałamiającej kariery i udziału w jakże popularnym w dzisiejszych czasach wyścigu szczurów interesuje ją spokojne życie w toskańskim stylu z dobrym winem oraz gronem sprawdzonych przyjaciół w tle.

A.R. Reystone to pseudonim polskiej pisarki fantasy, która debiutowała w 2010 roku. W Wydawnictwie „Nasza Księgarnia” ukazała się jej trylogia „Dziewiąty Mag”.

Opinie o ebooku Wietrzne Katedry. Tom 2 - A. R. Reystone

Fragment ebooka Wietrzne Katedry. Tom 2 - A. R. Reystone

Zajrzyj na strony:

Zajrzyj na strony:

www.nk.com.pl

Znajdź nas na Facebookuwww.facebook.com/WydawnictwoNaszaKsiegarnia

***

Ciceron zerknął spode łba na elfa.

– Zanim przejdziemy do omawiania naszej współpracy, zechciej porozmawiać ze mną w cztery oczy.

Evander założył ręce do tyłu, przyjrzał mu się zdumiony. A może bardziej zaciekawiony?

– Chciałbym, PANIE – podjął opat pokornym tonem – żeby między nami nie było tajemnic, bo tylko tak będziemy w stanie w pełni sobie zaufać.

Teraz elf zmarszczył brwi. Słowa mnicha go zaniepokoiły. Przyjrzał się pozostałym; mieli nieprzeniknione twarze. Skinął głową, dłonią wskazał jedną z sof na końcu nawy głównej. Zanim ku niej ruszyli, Ciceron syknął w stronę Tancmistrza i Desire:

– Cokolwiek się wydarzy, zabraniam wam ingerować. Zrozumiano?!

Tancmistrz sapnął zaskoczony, zacisnął szczęki, spojrzał na Desire. Tamten zaklął.

– O co chodzi? – odezwał się Richard.

– A jak sądzisz? – wycedził płowowłosy mnich.

– Nie mogę i nie będę na to patrzeć – mruknął Desire i ruszył ku zakrystii.

– Na co?! – nie wytrzymał Dee, choć miny zakonników zdawały się mówić wszystko.

Tancmistrz spojrzał na niego martwym wzrokiem.

– Za chwilę Evander pozna faceta, który uważa się za mordercę wszystkich elfów.

Dee złapał się za głowę.

– Na Onyksową! Co mu odbiło?! Trzeba to powstrzymać!

Nie wymówił imienia, a jednak wszyscy doskonale wiedzieli, kogo ma na myśli.

– No przecież ten elf go zabije!

– Słyszałeś! – warknął zakonnik. – Mamy się nie wtrącać! Decyzja Cicerona. Uszanuj ją!

Ukląkł, zaczął zbierać drobiazgi z podłogi i upychać je na powrót w kieszonkach paska. Ruchy miał nerwowe, szczęki zaciśnięte, wzrok skupiony na własnych dłoniach. Z najwyższym trudem panował nad emocjami. Najchętniej pobiegłby na pomoc opatowi.

– Za chwilę znowu rozpęta się piekło, a ty mu nie pomożesz?! Nie pomożesz Ciceronowi?! – warknął Richard.

Niedowierzanie i oburzenie walczyły o pierwszeństwo na jego twarzy. W końcu skrzywił się z niesmakiem.

Tancmistrz nie odpowiedział, choć słowa Richarda wyraźnie wyprowadziły go z równowagi.

– Skoro tak traktujesz swoich przyjaciół, to cieszę się, że nie jestem jednym z ich! – rzucił jeszcze Dee.

Nie oglądając się na mnicha, ruszył w ślad za Evanderem.

– Szlag by trafił! – Tancmistrz cisnął pas na ziemię, palcami przeczesał włosy. – Desire!

Ciemnowłosy zakonnik zatrzymał się w drzwiach zakrystii i obejrzał się przez ramię. Zobaczył Richarda idącego nawą główną i wściekłego Tancmistrza. Natychmiast domyślił się, o co chodzi. Zaklął i zawrócił.

Tymczasem opat i elf dotarli przez gąszcz klepsydr, aulosów i trybularzy do końca nawy głównej. Evander skinieniem oczyścił sofę z pozostałości jakiejś klepsydry. Gestem zaprosił, by usiedli.

– Heeej! – wrzasnął Richard.

Zaczął gwałtownie gestykulować, by zwrócić ich uwagę, i udało mu się: ujrzał konsternację na twarzy Evandera oraz gniew opata. Przyspieszył kroku.

– Evander, nie słuchaj go! To, co zamierza powiedzieć, to stek bzdur i…

Ale jego krzyk skutecznie zagłuszyły odgłosy nasilającej się na zewnątrz burzy oraz… barykada z artefaktów, którą Ciceron błyskawicznie postawił w poprzek kościółka. Na jeden jego gest klepsydry, trybularze i aulosy zaczęły lgnąć ku sobie i budować mur podparty sofami oraz pobliskimi szafami. Konstrukcję tę opat wzmocnił zaklęciem dźwiękoszczelności.

Richard rozpędził się i z wrzaskiem uderzył barkiem w zaporę, ale nie zdołał jej przewrócić.

Nadbiegli Tancmistrz z Desire.

− Terminatus! – krzyknęli zgodnie. Artefakt za artefaktem, wszystkie zaczęły wracać na swoje miejsca, ale Ciceron nie poddał się tak łatwo: za sprawą jego zaklęć powstał kolejny mur. Evander obserwował to wszystko z boku ze skrzyżowanymi ramionami i wyrazem skrajnego zdumienia na twarzy.

Opat w końcu zrozumiał, że w ten sposób nie wygra tej bitwy. Wyciągnął dłoń. Trzykrotnie powtórzone Mortua poparte zaklęciem Silentium pozbawiło całą trójkę głosu, na dodatek unieruchamiając ją skutecznie: w ogromnej wyrwie z magicznych artefaktów tkwiło w różnych cudacznych pozach trzech wściekłych i bezradnych mężczyzn.

– Tak lepiej – mruknął zasapany Ciceron. – Doprawdy, wasza niesubordynacja bywa wysoce irytująca.

Uspokoił oddech. Westchnął. Podniósł oczy na Evandera.

– Wybacz, panie – szepnął. – Czasem trzeba poskromić przyjaciół, zwłaszcza tak lojalnych – dodał, wskazując mężczyzn – gdy w dobrej wierze próbują nie dopuścić do zrobienia tego, co słuszne. Wyznania win.

Elf patrzył na swoich gości w milczeniu.

– Za chwilę osądzisz starego człowieka – odezwał się znów opat. – Jakikolwiek będzie twój wyrok, przyjmę go z szacunkiem. Im jednak daruj, że chcieli ratować mi życie. Proszę tylko, byś nadal chciał z nimi współpracować, bo sprawa jest wielkiej wagi. A was – zwrócił się do uwięzionych przyjaciół – zobowiązuję do tej współpracy.

Evander zmarszczył brwi. Wskazał dłonią sofę. Teraz był już bardzo poważny. Rozsiadł się wygodnie w rogu kanapy, założył nogę na nogę i ponownie skrzyżował ramiona.

– No to słucham – mruknął.

Opat przycupnął na drugim końcu sofy, dłonie złożone jak do modlitwy wsparł o kolana. Rozejrzał się po kościółku, jak gdyby w jego kojącej atmosferze szukał podpowiedzi, jak rozpocząć i poprowadzić tę rozmowę. Milczał, a elf cierpliwie czekał.

Ciceron zerknął na Tancmistrza i pozostałych mężczyzn. Wydawali się przerażeni, lecz milczeli. Opat skrzywił się, westchnął, opuścił głowę. Wzrok utkwił w kamiennych płytach podłogi i cichym głosem zaczął znaną Richardowi opowieść.

Nie widział miny Evandera. Ujrzeli ją za to skrępowani czarami mężczyźni. Młody elf najpierw zdawał się zaintrygowany informacjami o pracy Cicerona w laboratoriach. Założył włosy za ucho i słuchał z uwagą. Ale z każdą chwilą niedowierzanie na jego pięknej twarzy mieszało się z coraz większym szokiem, gniewem… obrzydzeniem. W końcu opat doszedł w swej opowieści do momentu stypy w Palatium, w czasie której dowiedział się o spisku. Z załzawionymi oczami zsunął się z kanapy. Kolana uderzyły o podłogę. Jeszcze niżej pochylił głowę.

– Wybacz – szepnął niemal bezgłośnie.

Jednak w tym momencie wzburzony elf zerwał się na równe nogi. Doskoczył do staruszka. Wrzasnął. Magiczne latarenki rozświetlające wnętrze kościółka milionem błysków odbiły lśnienie z klingi miecza, który nagle pojawił się w ręku Evandera.

Dee z Tancmistrzem zamknęli oczy. Tylko Desire patrzył, a po twarzy płynęły mu łzy.

Opat ani drgnął. Dłonie elfa mocno chwyciły rękojeść, usta zacisnęły się z pogardą, ostrze świsnęło… Sekundę przed rozpłataniem staruszkowi gardła zmieniło kierunek uderzenia i z impetem wbiło się w tapicerkę sofy. A potem jeszcze raz i znowu.

Dopiero gdy wykwintny materiał zmienił się w strzępy, spod których zaczęło wyzierać drewno stelaża, Evander zdołał okiełznać emocje. Gestem przywołał łańcuszki trybularza leżącego opodal. Kolejne zaklęcie przemieniło je w linę, a ta okręciła się wokół ramion Cicerona. Inny jej fragment skrępował stopy staruszka, po czym silne szarpnięcie wyniosło go ku górze. Opat zawisł teraz głową na wysokości twarzy elfa i nogami nieco wyżej.

Koniuszkiem klingi Evander zmusił Cicerona do uniesienia brody. Spojrzeli sobie w oczy. Bladowodniste tęczówki opata przypominały naczynie po brzegi wypełnione żalem. Te drugie, szafirowe, nakrapiane srebrem − nocne niebo usiane gwiazdami. Biły z nich pogarda i obrzydzenie. Tych dwóch rzeczy elf nie zdołałby okazać bardziej niż tym jednym spojrzeniem.

– Dalej, starcze – wycedził. – Podaj mi jeden argument, dla którego mimo wszystko powinieneś żyć ty i twoi wspólnicy.

Opat oddychał ciężko, ale nie zrobił nic, by się bronić. Mokra od łez twarz ciągle zwrócona była ku elfowi. Powoli odetchnął jak człek, który nareszcie pozbył się ogromnego ciężaru.

– Z wyjątkiem żalu nie mam żadnego argumentu. Od tak dawna jestem gotów ponieść karę. Do Wietrznych Katedr dotrzecie beze mnie. Proszę jedynie, byś w drogę do Dzielnicy Elfów wziął z sobą tych mężczyzn. Życie poświęcili na ratowanie magicznych istot, znają sprawę jak nikt i wspomogą, bo to jedyna rzecz, jaką potrafią i jaką robią na co dzień. Jestem gotów…

Evander wykrzywił usta. Chciał coś powiedzieć, lecz jego uwagę odwróciło nagłe uderzenie wiatru o wrota świątyni. Spojrzał w tamtym kierunku i zamarł. Opuścił klingę, palce mocniej zacisnął na rękojeści miecza. Zmarszczył brwi. Czekał. I tylko oczy uważnie badały otoczenie. Mężczyźni spoglądali to na elfa, to na drzwi kościółka, przez które – zdało się – cała natura miała zamiar wedrzeć się do środka.

Burza przybierała na sile. Wiatr łomotał, wył, zawodził. Skoble, zawiasy, zamki, wszystko, co metalowe, tarabaniło, robiąc ogromny hałas i wywołując ciarki na plecach. Przez okna ujrzeli błyskawicę. A potem następną i jeszcze jedną. Wyglądały tak surrealistycznie. Niczym pociski rzucane w bitwie przez jakichś wściekłych gromowładnych bogów. Pioruny musiały uderzać gdzieś bardzo blisko i z ogromną mocą, bo mężczyznom zdało się, że przy każdym huku posadzka kościółka zaczyna drżeć i wibrować.

Evander szybkim spojrzeniem omiótł świątynię, meble, artefakty. Cisnął miecz na podłogę, a ten natychmiast zniknął. Elf nie zwrócił na to uwagi ani na zaintrygowane spojrzenia swych gości. Gestem utorował sobie drogę w oceanie bibelotów i szybko przemierzył wnętrze kościółka. Rozglądał się przy tym, jakby czegoś szukając.

Kanonada piorunów trwała nieprzerwanie. Pył trujących kwiatów i liany wciąż walały się na podłodze i meblach, ale to nie one były celem inspekcji Evandera. Po kilku minutach nerwowych poszukiwań, gdy nawałnica niemal zaczęła wdzierać się do wnętrza, elf wrócił do mnichów. Piękną twarz wykrzywiał gniew. Stanął przed Desire i Tancmistrzem. Spojrzał na nich groźnie, ale też jakby… ze strachem? Uniósł szczątki jakiejś klepsydry.

– Który z was to rozwalił?!

Milczeli, wciąż spętani zaklęciami. Jednym gestem elf uwolnił całą trójkę oraz Cicerona.

– Zapytam jeszcze raz – wycedził. – Który z was był takim głupcem, by z całej masy klepsydr zniszczyć właśnie tę jedną należącą do Mairin, elfki i pani tego domu?!

Zakonnicy spojrzeli po sobie.

– Jeśli to była twoja krewna… – bąknął Desire.

– Krewna? Krewna?! – spienił się Evander. – Cierpicie na jakiś defekt mózgu? Jesteście jedynymi przedstawicielami ludzkości o inteligencji ziemniaka czy cały wasz gatunek jest tak upośledzony?

Tancmistrz z Ciceronem i Richardem przezornie milczeli. Tylko Desire mruknął urażony:

– Mamy domieszkę elfiej krwi, gwoli ścisłości.

– Elfiej?! – wrzasnął Evander. – Żaden elf nie byłby na tyle głupi, żeby rozwalać klepsydrę rodową w rezydencji jej właściciela. Nawet jeśli ten właściciel od dawna nie żyje! Co ja mówię?! ZWŁASZCZA wtedy!

Wziął kilka głębokich wdechów, by uspokoić emocje. Groźnym szeptem znów zwrócił się do Desire:

– Panie ćwierćelf, znasz pan psalm dwudziesty czwarty?

Ciemnowłosy zakonnik zaprzeczył.

– No a pan, panie medyku? – zapytał Tancmistrza.

Ten również pokręcił głową. Evander skrzywił usta, potrząsnął głową.

– I z taką wiedzą, a właściwie jej brakiem, chcecie iść do Wietrznych Katedr? Gratuluję! – w jego głosie brzmiała pogarda. – Psalm zaraz usłyszycie. A skoro nie sposób ustalić, który z was dwóch za to odpowiada, razem będziecie błagać o wybaczenie. Skupcie się!

Desire z Tancmistrzem wyprostowali się odruchowo.

– Na wasze szczęście psalm nie jest zbyt długi. Zapamiętajcie go, jeśli chcecie przeżyć. O nim za chwilę. Teraz weźmiecie ten artefakt, zanurzycie go w wodzie, którą znajdziecie w aspersorium…

– W czym? – teatralnym szeptem zapytał Richard Cicerona.

– Kamiennym naczyniu z wodą święconą przy wejściu – odparł półgębkiem opat.

Elf instruował dalej, co jakiś czas zerkając na wrota kościółka, ulewę za oknem oraz posadzkę świątyni, której wibracje coraz mocniej czuli pod stopami. Drobinki kwiatowego pyłu unosiły się rytmicznie, podobnie jak fragmenty lian, tyle że w bardzo zwolnionym tempie. Richard przypomniał sobie, jak wchodzili do kościółka czerwonym chodnikiem, i zrozumiał, że ten spowolniony ruch nie wróży niczego dobrego. Ponownie skupił się na słowach Evandera.

– …nabierzecie też z kropielnicy zapas wody do naczynia, które przy niej znajdziecie. Aha, nie wolno zapomnieć o trybularzu! Tak, trybularz i psalm to podstawa! – mruczał gorączkowo elf.

Wcisnął Desire zniszczony artefakt do rąk, rzucił „chwila” i pobiegł ku miedzianej wannie z sukulentem. Oderwał z niego kilka listków. Z garścią zasuszonych kłaków pomknął ku nawie poprzecznej z fortepianem. Nie widzieli, co tam robił, jednak po chwili wrócił zdyszany z maleńką starą kadzielnicą w drugiej dłoni. Kwieciste ornamenty zdobiące jej pokrywę i koszyczek dawno nie były czyszczone, podobnie jak srebrne łańcuszki, co mogło zastanawiać w tym królestwie zadbanych bibelotów.

– Trzymaj! – Podał trybularz Richardowi. Ten złapał artefakt i chwilę dzierżył w wyciągniętych przed siebie rękach niczym bombę na moment przed eksplozją. – Za łańcuszki! – Elf popatrzył na niego zdegustowany. Uniósł pokrywkę kadzielnicy. Mrucząc pod nosem, że to musi wystarczyć, roztarł dłońmi listki argemonii i włożył je do wnętrza naczynia. Odwrócił się ku Desire i Tancmistrzowi i wyrwał każdemu z nich kilka włosów, które także włożył do środka. – Teraz uwaga – rzekł, ponownie zwracając się w stronę mężczyzn − wychodzicie głównym wyjściem na zewnątrz i dalej w lewo, w stronę cmentarza. Jeden z was niesie klepsydrę, drugą ręką okadza wszystko dookoła. Drugi kropi. Byle solidnie. Aha! I ani na moment nie zapominać o psalmie.

– Po co kropić wszystko, co i tak już jest mokre?

– Desire! – Tancmistrz szturchnął przyjaciela. – Limit kompromitacji wyczerpałeś dawno temu!

– No co? Tego zwyczaju elfów akurat nie znam.

Evander westchnął.

– Dokształcę cię, panie ćwierćelf, jeśli przeżyjesz i wrócisz. Obiecuję. Na skraju cmentarza, pod murem, znajdziecie zwykły, kamienny nagrobek. Na nim urnę z czarnego marmuru z harfą na wieku. Umieścicie klepsydrę w środku urny i dokładnie zamkniecie, cały czas powtarzając psalm pokutny. Jeśli nie potraficie śpiewać, możecie recytować. Byle wyraźnie i bez przerwy. I za nic nie patrzcie na to, co stanie wam na drodze, nie cofajcie się i nie uciekajcie. Zrozumiano?

Mnisi w milczeniu skinęli głowami.

– Teraz psalm. Słuchajcie i zapamiętajcie. Uwaga!

Evander przymknął oczy i zanucił jakąś piękną pieśń o skomplikowanej melodii. Wibracje podłogi znów się nasiliły, a elf ciągle nucił. Po chwili Desire nie wytrzymał.

– Stop! Przestań! Nie sądzisz chyba, że bezbłędnie zapamiętamy ten tekst w takim krótkim czasie. Wymyśl coś innego!

W oczach Evandera nagle pojawiła się rezygnacja. Sapnął z trudem, jakby ogromny kamień leżał mu na piersi.

– To się nie uda. Już nie żyjemy… – szepnął.

– To daj nam klepsydry z mapą i zwiejemy przez szklarnię.

– My tak, a oni?! – wtrącił się ostro Tancmistrz, kiwnął głową w stronę Evandera i ciągle leżącej we wnętrzu argemonii Evan. – To nie czas na durne żarty! Desire! Co z tobą? Nie poznaję cię!

Gwałtowna reprymenda sprawiła, że mnich się ocknął i mruknął:

– Jasne, masz rację, głupi pomysł, chodźmy.

– Evander… – Tancmistrz potrząsnął elfa za ramię, aż ten się wzdrygnął. – Teraz ty się skup. Rozumiem, że trzeba wybłagać u Mairin przebaczenie, ale psalm jest za długi. I zbyt skomplikowany. Możemy jakoś inaczej dogadać się z panią tej rezydencji?

Elf tylko pokręcił głową.

Tancmistrz przygryzł usta.

– To może wystarczy recytować fragment? Który?!

– Nam, niegodnym, racz odpuścić, dom skalany oczyścimy, święty dym i święta woda niechaj zmyją nasze winy…

– Dużo lepiej.

Podczas gdy Tancmistrz z Desire ćwiczyli tekst, elf podszedł do Richarda. Pochylił się nad trybularzem. Chwilę pocierał opuszki palców, aż zakwitł między nimi nieśmiały płomyk. Ostrożnie strzepnął go do kadzielnicy. Oddychając płytko i nerwowo, Evander rozejrzał się kilka razy na boki. Coraz mocniejsze wibracje podpowiadały, że należało się spieszyć. Elf dmuchnął na brunatne kłaki. Smużka dymu – niczym stara wstążka niesiona wiatrem – uniosła się ku niemu, podobnie jak cudowny, żywiczny zapach. Evander zamknął pokrywkę. Odwrócił się do Tancmistrza i Desire.

– Gotowi?

Płowowłosy zakonnik w milczeniu odebrał z jego rąk trybularz. Zacisnął usta i potwierdził stanowczym skinieniem. W drugiej dłoni dzierżył odebraną Desire klepsydrę. Nie oglądając się na przyjaciół, ruszył ku wyjściu. Odprowadzali go wzrokiem, podziwiając jego odwagę i determinację, podczas gdy on oprócz fragmentu psalmu powtarzał sobie w myślach: „Dam radę, zrobię to dla ciebie, dam radę…”. Dłoń kurczowo zacisnął na klepsydrze, by jej drżenie nie zdradziło, jak bardzo obawia się nieznanego. Drugą ręką machnął energicznie, a wtedy obłok dymu, który uleciał z trybularza, owinął się wokół niego na podobieństwo opończy.

Desire pognał za przyjacielem. Dobiegłszy do aspersorium, zdążył nabrać wody do kunsztownej miski, którą tam znalazł, i chwycić kropidło. Wykrzykując: „Nam, niegodnym, racz odpuścić!”, ruszył śladem Tancmistrza, kierując się kłębami dymu, w których zniknął płowowłosy mnich. Wrota świątyni gwałtownie zamknęły się za nimi.

Pozostałym zdało się, że gdy mnisi przekraczali próg, wychodząc naprzeciw burzy, coś ulotnego minęło ich, przedostając się do wnętrza kościółka. I nie pomylili się. Podczas gdy Tancmistrz z Desire w oparach dymu i strugach wody kroczyli ku zabytkowym nagrobkom, w nawie głównej zaczęła materializować się postać kobiety…

* * *

Evander zbladł, cofnął się, zachwiał.

– Tylko nie to! – wykrztusił zbielałymi ustami.

Richard z Ciceronem wymienili spojrzenia. Nie rozumieli, co tak wystraszyło elfa. JESZCZE nie. Lecz po chwili, gdy po posadzce od strony wrót zaczął snuć się ku nim grafitowy dym − a może obłok? – dostrzegli przyczynę paniki Evandera. Cienkie pasma dymu, pełznące niczym kłęby splątanego robactwa, gwałtownie zaczęły się wypiętrzać i jednocześnie przybliżać.

Kobieta, która wyłoniła się z oparów, z początku wyglądała jak kiepski rysunek wymalowany na szkle palcem umaczanym w czarnej farbie. Z każdą chwilą rozmyte kształty nabierały jednak ostrości, a przezroczystą postać wypełniła barwa. Grafit. Wszystko w tej kobiecie było w odcieniach szarości i czerni, z białkami oczu i ustami włącznie. Długie warkocze spływały ku ziemi, podobnie jak suknia i peleryna, którymi była okryta. Przeguby jej rąk zdobiły bransolety z klejnotów tak mrocznych jak najczarniejsza otchłań rozpaczy. Identyczne kamyki, wplecione w warkocze, i materiał odzienia, sprawiały wrażenie, jakby kobieta obsypana była maleńkimi czarnymi diamentami. Nie nosiła naszyjnika, lecz kamień, który zdobił jej dekolt – bez oprawy, zawieszony na prostym łańcuszku – zdawał się pochłaniać otaczające światło, miast nim błyszczeć.

Istota zaczęła sunąć ku nim. A im była bliżej, tym ciemniej robiło się wokół. Była piękna i straszna jednocześnie. I jakby zawieszona ponad czasem. Swoją uwagę skupiła na elfie, wyciągnęła ku niemu rozcapierzone palce, a wtedy dostrzegli armillę wtopioną w jej ramię. Kamienie były mroczne i wyglądały jak żywe. Zdawały się nie tworzyć jednego wzoru na ramieniu zjawy, lecz „płynąć” po powierzchni skóry, pulsować. Kobieta wykrzywiła usta.

– Evandeeer…! – krzyknęła.

A może zasyczała? Dźwięk był tak okropny, że Richardowi przeszły ciarki po plecach. Teraz i on poczuł strach. Usłyszał jeszcze jęk elfa. Kątem oka dostrzegł, że znów się zachwiał. Zdążyli go wraz z Ciceronem złapać, nim padł bez zmysłów na posadzkę kościółka…

* * *

– Nam, niegodnym, racz odpuścić. Dom skalany oczyścimy… – Dłoń Desire raz po raz zanurzała kropidło w naczyniu z wodą, następnie z rozmachem polewała wszystko wokół.

Szli już chwilę chodnikiem z szarych płyt ku cmentarzykowi, na zmianę recytując słowa psalmu. Obłoczek naprędce wyczarowanych latarenek – wspomagany przez podobne ogromnym iskrom błyskawice – przełamywał wszechobecny mrok.

Zgodnie z instrukcją nie rozglądali się wokół. Wpatrzeni we własne buty i niewielki fragment drogi przed sobą pokonywali kolejne metry przybliżające ich do wiadomego nagrobka. Desire nie miał pojęcia, czy to psalm, woda z kropielnicy, czy też dym uwalniany z trybularza przy każdym wahnięciu sprawiły, że ściana wody rozstępowała się przed nimi jak kurtyna uniesiona niewidzialną dłonią. A może tylko tak mu się zdawało? Może to jedynie intrygujący zbieg okoliczności? Tak czy inaczej odnosił wrażenie, że znaleźli się wraz z Tancmistrzem jakby w kokonie. Strugi deszczu lały się wciąż intensywnie, błyskawice uderzały całkiem blisko, ale na nich nie spadła ani jedna kropla. Jak gdyby jakiś opiekuńczy duch rozłożył nad nimi niewidzialny parasol. Odgłosy burzy też dochodziły ich stłumione, zniekształcone.

„Więc to takie uczucie znaleźć się w oku cyklonu” – pomyślał Desire, patrząc na ulewę szalejącą dosłownie na wyciągnięcie ręki.

– Nam, niegodnym, racz odpuścić… – wyrecytował i natychmiast zastanowił się, czemu Evander zabronił patrzeć na to, co zastąpi im drogę, cofać się lub uciekać. Przecież nie było tu nikogo…

„Bez powodu by nas nie ostrzegał. A jeśli tylko chciał nas nastraszyć? Dać nam nauczkę? Nie. Sam był zielony ze strachu. Aż tak dobrze nie mógł udawać”.

Ale oto zbliżali się do celu. Latarenki zacumowały opodal muru. Mrok ustąpił pola jasności. Ujrzeli prosty grób z płytą z ciemnego kamienia, na nim urnę z… uchyloną pokrywą! Czarna harfa w świetle błyskawic wyglądała niczym zrywający się do lotu nietoperz. Wzdrygnęli się na jej widok. Tancmistrz mocniej zakołysał trybularzem, dobitniej wyrecytował psalm. A może tylko jego przyjacielowi tak się zdawało? Ukradkiem porozumieli się wzrokiem. Desire zobaczył niepokój w oczach płowowłosego mnicha i zrozumiał, że jego też zastanawia ten kompletny brak przeszkód. Postawił naczynie na płycie nagrobnej. Zanurzył ponownie kropidło.

– Nam, niegodnym, racz odpuścić – wypowiedzieli głośno i wyraźnie.

Tancmistrz jeszcze mocniej zamachał kadzielnicą. Obłok dymu pochłonął ich i… znieruchomiał! Znów wymienili spojrzenia. Desire wyszarpnął zza paska spluwę. Tancmistrz pokręcił głową, a Desire skrzywił się, zacisnął szczęki. Odłożył pistolet na płytę nagrobną. Głową wskazał urnę. Gestem zasygnalizował, że otworzą ją „na trzy”.

– Obyś nie miał kłopotów z koordynacją − mruknął Tancmistrz i wręczył przyjacielowi trybularz.

– Ja wsadzam klepsydrę, ty machasz. Trzy machnięcia, jedno skropienie – poinstruował. – Nam, niegodnym, racz odpuścić! – zaintonował głośno, złapał za harfę i uniósł pokrywę urny…

* * *

– Mairin! – szepnął Dee.

Zjawa zbliżała się, elf leżał nieprzytomny, a Ciceron… rozglądał się bezradnie! Richard szybko przeanalizował sytuację.

– Zatrzymaj ją! – wrzasnął do opata.

– Jak?!

– Na Onyksową Harfę! Zaklęciami oczywiście! Jakimikolwiek!

– To nic nie da!

– Da! Czas, którego potrzebuję! – warknął Dee i pognał w kierunku argemonii.

Usłyszał następny krzyk zjawy, zaklęcie Mortua i kolejne, ujarzmiające Cicuro. Zjawa wciąż jednak ni to syczała, ni to jęczała. Zaklęcia opata musiały być albo zbyt słabe, albo na Mairin nie działały.

Richard czuł, że musi się sprężać. Dobiegł do wanny z sukulentem, nie zatrzymując się, urwał kilka zasuszonych kłaków i natychmiast zawrócił. Złapał pierwszy z brzegu trybularz. Z trofeami w garściach wrócił do swych kompanów. Podczas gdy Ciceron próbował coraz to nowych zaklęć, by zatrzymać Mairin, Richard wyrwał Evanderowi kilka włosów. Razem z listkami argemonii włożył je do trybularza i… dopiero w tym momencie uświadomił sobie, że nie ma czym wykrzesać ognia, a odpowiednich zaklęć rozpalających nie zna! Zrozumiał też, że stary zakonnik zbyt pochłonięty walką nie zdoła mu pomóc.

– By to elfia zaraza! Ciceron, potrzebne zapałki!

Opat jedynie pokręcił głową i rzucił kolejny urok.

– Zapalniczka?! COKOLWIEK!

Między jednym zaklęciem a drugim opat wskazał wzrokiem okna i wrzasnął:

− Oni mają! Wymyśl coś! Byle szybko! − I znów skupił się na bitwie z Mairin.

Ale nie mieli czasu, bo zjawa była już w odległości kilku kroków od stóp elfa i wciąż parła do przodu. Jakkolwiek Ciceron się starał, jego zaklęcia jedynie ją spowalniały, a z każdą chwilą stawała się też mroczniejsza i bardziej agresywna. Kamień na jej szyi coraz intensywniej pochłaniał światło kościółka. Powietrze stało się lepkie, duszne. Richard miał uczucie, jak gdyby jakaś niewidzialna istota położyła spocone dłonie na jego szyi i zaczęła dusić.

Drgania posadzki i kwiecistego pyłu znów się nasiliły. Dee zerknął na opata, który poruszał się jak na zwolnionym filmie: każde machnięcie ręką, ruch warg, obrót głowy trwały tak surrealistycznie długo. Richard czuł, co stanie się za chwilę. Zimny pot spłynął mu po plecach. Z największym trudem rozejrzał się w poszukiwaniu źródła ognia. Świat zawirował mu przed oczami. I nagle, przez kakofonię jęków zjawy i huki piorunów, usłyszał śpiew, poczuł czyjąś dłoń na ramieniu. Z ogromnym trudem odwrócił głowę i ujrzał… Evangeline! Nucąc psalm, podniosła pokrywkę trybularza. Wrzuciła kilka własnych włosów, potarła palce, a wtedy maleńka iskierka spłynęła do wnętrza naczynia. Kobieta zamknęła kadzielnicę, odebrała ją z rąk Richarda, rozhuśtała z trudem. Nieśmiały wężyk dymu uleciał przez oczka trybularza.

– Woda, Dee!

– C-co?!

– Nabierz wody z aspersorium i polewaj. Szybko!

Następnych kilka minut było najdziwniejszymi w życiu Richarda. Czas zdawał się przyspieszać i zwalniać w sposób zupełnie niekontrolowany. Dee nie miał pojęcia, jakim cudem udało mu się dotrzeć do kropielnicy i z zapasem wody w znalezionym naczyniu wrócić do Evangeline. Nie miało to znaczenia. Współpraca. Jedynie to się liczyło. Starsza pani intensywnie machała trybularzem, głośno śpiewając psalm pokutny, podczas gdy Dee dłonią nabierał wody i rozpryskiwał ją wokół.

Ciceron słabym głosem ciągle próbował na Mairin zaklęć, lecz niebawem znieruchomiał na podłodze koło Evandera. Zjawa jeszcze się zbliżyła.

Evan zdwoiła wysiłki. Richard zobaczył zmęczenie na jej twarzy i zrozumiał, że niedawno wzmocniona we wnętrzu argemonii kobieta słabnie. Dee wsłuchał się w słowa psalmu, a potem jego głos dołączył do głosu Evan. Z początku nieśmiało, ale z każdą chwilą śpiewał coraz pewniej i donośniej. Otoczył ich obłok dymu z kadzielnicy. Zjawa zatrzymała się jak gdyby zdezorientowana. Zupełnie jakby zniknęli jej z oczu.

Wsłuchana w słowa psalmu zakołysała się, a po chwili cała postać Mairin… zaczęła się zmieniać! Grafit i czerń stopniowo ustępowały szarości stali, jasności srebra. Evangeline mocniej machnęła trybularzem. Kolejny obłok uleciał przez jego oczka, opatulając zjawę pachnącym szalem. Mairin przymknęła oczy. Westchnęła niemal z… rozkoszą i mocniej się zakołysała. Jej postać znów się zmieniła. Włosy, skóra, ubranie, armilla, klejnoty, wszystko teraz połyskiwało srebrzyście.

Richard nie potrafiłby wyjaśnić, dlaczego to zrobił, lecz pod wpływem impulsu chlusnął na istotę całą zawartość naczynia. Mairin opuściła ręce. Jej ciało unoszące się w powietrzu błysnęło jasnością platyny, okręciło się wokół własnej osi. Ona sama wydała z siebie jakby jęk ulgi i zastygła z opuszczoną głową oraz przymkniętymi oczami!

Dee się rozejrzał. Nawałnica za oknem przycichła. Drgania podłogi i kwiatowego pyłu stopniowo ustawały. Czas przestał płatać figle. Wszystko wokół zdawało się wracać do normy. Opat z Evanderem zaczęli odzyskiwać świadomość i podnosić się z podłogi. I tylko Evangeline ciągle machała kadzielnicą, głośno wyśpiewując psalm pokutny. Zobaczył, że oczy ma przymknięte i cała się trzęsie ze strachu. A może zmęczenia?

Podszedł do niej. Łagodnie, ale stanowczo wyjął trybularz z jej rąk. Potem zwyczajnie go upuścił. Naczynie zamarło niedaleko ich stóp na posadzce. Smużki dymu wciąż ulatywały przez jego oczka, kiedy Richard objął starszą panią, przytulił i pogładził po włosach.

– Już dobrze – szepnął.

Odruchowo wtuliła się w niego. Zapach pinii i górskich potoków zmieszał się z wonią kadzidła.

– Już dobrze. Udało nam się. Słyszysz, Evan?

W odpowiedzi mocniej przylgnęła do niego. Jej zapach go… oszałamiał! Serce tłukło się w piersi niczym ryba złapana w sieci. Tłumaczył sobie, że Evangeline wiele przeszła, ale czy jej reakcję na pewno powinien brać jedynie za strach i zmęczenie? Jej ciało zdawało się mówić zgoła coś odmiennego. Jego zresztą też! Właśnie beształ się w myślach, że zamiast domagać się wolności i odczarowania Mai, obłapia jej gnębicielkę, gdy usłyszał:

– Pięęknie! To my narażamy życie, szwendając się ciemną nocą po cmentarzu, a nasz kochaś, jak widzę, świetnie się bawi.

– Desire! – dobiegło go ostrzegawcze warknięcie Tancmistrza.

Ten niezrażony kontynuował:

– I patrzcie, jaki niestały w uczuciach! – zarechotał ciemnowłosy mnich. – Najpierw ślubował miłość po grób ślicznej bestyjce, potem niebieskołuskiemu zwierzakowi. Teraz przerzucił się na kobiety MŁODE INACZEJ! Coś pominąłem? Ach, no tak, czterokołową „niewiastę” czekającą przed kościółkiem. I chyba tylko tej jedynej pozostanie wierny.

Evander spojrzał zdezorientowany na Cicerona.

– Zaraz, czy on miał na myśli moją siostrę? – szepnął.

– Nieee! Skąąąd! – odparł zakonnik z miną niewiniątka, ale gdy tylko elf odwrócił głowę, posłał Desire mordercze spojrzenie.

Tymczasem Evangeline otworzyła oczy. Spojrzała na Richarda, jakby zastanawiając się, co ciemnowłosy mnich miał na myśli. Ujrzała w oczach Dee zażenowanie.

– Nie słuchaj go – szepnął prosto do jej ucha. – Często plecie jak potłuczony. Odpoczniesz, zregenerujesz siły, ale potem zażądam od ciebie wielu wyjaśnień – dokończył już bardzo stanowczo.

Nie czekając na jej reakcję, wziął ją na ręce i ruszył ku argemonii.

– Dziękuję za pomoc, ale to jeszcze nie koniec!

Uwolniła się z jego objęć. Niespiesznie podeszła do zjawy. Przyklękła na jedno kolano i pochyliła głowę.

– Evander! – ostrym tonem zwróciła się do brata. Ten skrzywił się i niechętnie dołączył do niej. – Wiesz, co robić! – rzuciła, gdy ukląkł tuż obok.

Mnisi obserwowali to wszystko w milczeniu, nie rozumiejąc sensu tej ceremonii. Do czasu.

– Dość podłości. Czas to zakończyć! – powiedziała cicho Evan. – Zbyt długo żyliśmy w kłamstwie. Nie jesteśmy święci, lecz możemy błagać o wybaczenie.

Elfka przeniosła spojrzenie na własne ramię. Evander zerknął na nią ze strachem.

– Na pewno?…

– Na pewno! – Odpowiedziała mu zimnym spojrzeniem. – Musimy to zrobić. Oczyścić się. To nas zatruwa. Nie widzisz tego? Wiecznie chcesz żyć w ten sposób?!

– Evangeline…

– Dość!

Elf zacisnął zęby. Wzdychając, rozpiął surdut, rzucił go na posadzkę opodal. Tuż obok wylądowała koszula. Po chwili Evander klęczał przed zjawą nagi do pasa. Stare blizny biegły przez jeden z jego boków. Był szczupły i niemal cherlawy jak zagłodzony dzieciak, czego nie sposób było się domyślić, gdy widziało się go w dobrze skrojonym ubraniu.

Evangeline nie spojrzała na brata. Wzrok skierowała ku własnemu ramieniu. Zacisnęła usta. Drobne palce dotknęły jednego z kryształów armilli. Przez chwilę jeszcze się wahała, lecz nagle wbiła paznokcie w ciało. Grymas cierpienia rozlał się po jej twarzy.

Richard zrobił krok, jakby chciał wtrącić się w ten dziwny ceremoniał, lecz Ciceron powstrzymał go gestem. Tymczasem paznokcie Evan zagłębiły się w jej ramię. Pomarszczona twarz była mokra od łez. Starsza pani bardzo cierpiała, ale z uporem próbowała wyrwać z własnego ciała jeden z kamieni. Richard poczuł ostry ból w piersi i zabrakło mu tchu.

„Tylko nie teraz!” − pomyślał o nadciągającym ataku.

Nie bacząc na własne zdrowie, znów chciał ruszyć ku Evan, by przerwać jej cierpienia. W tym jednak momencie do elfki podszedł Tancmistrz, kucnął i położył przed nią… nóż! Ileż spokoju, a jednocześnie litości było w jego spojrzeniu! Staruszka uśmiechnęła się przez łzy.

– Akt miłosierdzia… Dziękuję, nie skorzystam. Nie zasługuję…

Przymknęła oczy i z całej siły szarpnęła ponownie. Jej krzyk wzniósł się pod sklepienie kościółka. A było w nim tyle bólu, rozpaczy, tajonych żalów, że zgromadzonym mężczyznom smutek ścisnął gardła, i teraz to oni z trudem powstrzymywali łzy. Evan otworzyła oczy, spojrzenie skierowała ku wnętrzu dłoni. Ostatni raz zanuciła psalm. Spływające łzy mieszały się z krwią, omywając kryształ tak brutalnie odebrany ciału.

Kiedy skończyła, spojrzała na brata. W milczeniu wyciągnął ku niej rękę z fragmentem własnej armilli równie mokrym od krwi. Usta Evangeline wykrzywił podziw.

Rodzeństwo zwróciło się ku zjawie. Ta nadal wisiała nieruchomo w powietrzu z opuszczoną głową. Dwoje elfów zamruczało psalm pokutny, po czym każde włożyło swój kryształ w jedną z dłoni Mairin. Jeśli zebrani czekali na odgłos upadających i roztrzaskujących się o posadzkę klejnotów, musieli być mocno zaskoczeni, bo oto zjawa… zacisnęła dłonie na kryształach! Głośno westchnęła, uniosła głowę, otworzyła oczy. Podniosła ręce na wysokość twarzy i przyjrzała się ich zawartości. Płynnym ruchem wtopiła jeden z kamieni we własną armillę. To samo uczyniła z drugim. Bransoleta ożyła. Pulsując i płynąc po ramieniu właścicielki, utworzyła całkiem nowy wzór. Mairin spojrzała na rodzeństwo. Obydwoje aż się wzdrygnęli. Milczała dłuższą chwilę, w końcu usłyszeli:

– Wasz psalm pokutny dotarł do mych uszu. Wybaczam…

Jej głos przypominał szum strumienia, jednak słowa były wyraźne. Evan i Evander odetchnęli z ulgą. Podnieśli się z kolan, porozumieli wzrokiem, pokłonili zjawie.

Ciceron trącił Tancmistrza, gestem dał do zrozumienia, by ten opatrzył rodzeństwo. Podczas gdy płowowłosy mnich zajął się ranami elfów, Mairin, krążąc wokół, ponownie zaszeleściła:

– Proszę, proszę! Wasza dwójka w końcu zdobyła się na odwagę. Choć nie z własnej woli, jak widzę. Tak długo robiliście wszystko, by mnie nie spotkać. Pech chciał, że zniszczyłeś moją klepsydrę i uruchomiłeś swój własny armagedon. A potem już nie było odwrotu, co, Evander? Szkoda tylko, że na przebłaganie wysłałeś tamtych dwóch mieszańców wyjących jak obłąkane koty.

Brwi Desire uniosło zdumienie, Tancmistrz tylko chrząknął rozbawiony.

Zjawa kontynuowała:

– No, ale odwaga nigdy nie była mocną stroną mężczyzn w waszej rodzinie.

– Pani… – bąknął urażony elf.

– Mów mi kuzynko! Przecież od teraz jesteśmy niemal jak rodzina, choć wolałabym w niej mieć raczej jego. – Zjawa kiwnęła głową ku Dee. – Z was wszystkich najodważniejszy. Jest nadzieją na…

Ale Richardowi nie było dane usłyszeć, czego jest nadzieją, bo świat wypełniony artefaktami, mnichami, zjawami raptownie zawirował i zgasł.

* * *

– Miałem atak? – wyszeptał, kiedy w końcu otworzył oczy.

– Nie. Zwyczajnie KAWA Kinnona przestała działać. Musiałeś odespać i tyle. – Usłyszał chichot Desire.

Dee uniósł się na łokciach i się rozejrzał. Świtało, więc bez problemu mógł zlustrować otoczenie. Leżał na jednej z kanap w nawie głównej. Tuż obok, na jakimś zydlu siedział Desire i porządkował zawartość swego pasa na drobiazgi. Nad jego głową koło jednej z kolumn, niczym przezroczysty latawiec, zawisła w powietrzu platynowa postać Mairin. Cała nawa główna była dokładnie uprzątnięta i absolutnie nikt nie domyśliłby się, jak dramatyczne sceny miały tu miejsce ostatniego wieczoru.

– Tiaa? A ile spałem? – zaniepokoił się.

– Siedem godzin. Ale spokojnie, nic cię nie ominęło. Wszyscy potrzebowaliśmy odpoczynku. Tancmistrz opatrzył rodzeństwo. Teraz w zakrystii robi zapas leku dla ciebie i dla nich. Evan ciągle siedzi w argemonii, Evander śpi na antresoli. Ciceron też jeszcze się nie obudził. Jest tam. – Ciemnowłosy mnich wskazał wnękę biblioteczną, a wtedy Dee dojrzał starszego pana pochrapującego w fotelu. – Ja trzymam wartę i…

– A ja to co? Duch? – usłyszeli szeleszczący głos.

Desire założył włosy za ucho, wyszczerzył zęby w uśmiechu.

– No tak, Mairin, nasza gospodyni. Specjalistka od kiepskich dowcipów. Chwiejna emocjonalnie i zachowująca się czasami jak nieznośny dzieciak. To musi być efekt długotrwałego zamknięcia w urnie. Dobrze, że się obudziłeś, bo zagadałaby mnie na śmierć!

– Hej, mieszańcu, słyszałam!

– Mówię ci, od tego jej gadania głowa boli. A jak się wkurzy, zaczyna szeleścić trzy razy szybciej.

I jakby dla udowodnienia swej tezy mrugnął do Richarda, potem głośno i od niechcenia rzucił:

– Ty patrz, Dee! Jeszcze jedna klepsydra zniszczona! Widziałeś? Tam leży! O rany, wygląda na starą i cenną.

Zjawa gwałtownie odwróciła głowę w stronę, którą wskazał Desire. Odpowiedziała mnichowi pogardliwym szumem, z którego zrozumieli co trzecie słowo. Coś o kundlach, skażonej krwi, pohańbieniu rasy, a wszystko to przeplatane słowami w nieznanym języku.

Desire zarechotał.

– Sam widzisz. Pół nocy mnie tak męczyła. Ale poza bezsensownym gadaniem w tej postaci jest niegroźna.

Richard ziewnął.

– Choć tyle dobrego, ale daj jej już spokój.

Wstał, przeciągnął się i od razu poczuł się lepiej.

– Dobra, skoro inni jeszcze śpią, trochę się ogarnę.

Jeśli Desire liczył na męskie pogawędki, rozczarował się okrutnie. Dee rzucił mu tylko „zaraz wracam” i tyle go widzieli. Odprowadzała go kolejna sprzeczka mnicha ze zjawą.

„Aż elfom staniemy się podobni…” − patrząc na Evandera, w myślach zacytował fragment mowy pogrzebowej innego elfa, Demitreosa. Ukłucie zazdrości przypomniało mu, że to jednak nigdy nie nastąpi. Że nieważne co zrobi on, CZŁOWIEK, to nawet za sto lat nie stanie się w połowie tak utalentowany czy przystojny jak ten tutaj schorowany cień elfa.

– Tylko nad własnym beznadziejnym charakterem mogę popracować. Dobre i to – mruknął pod nosem i wzdychając raz po raz, zamknął za sobą drzwi łazienki.

Gorąca woda zdawała się zmywać nie tylko brud, ale też zmęczenie i troski. Jednak dobry nastrój ponownie minął, gdy Richard zerknął w lustro.

„Hmm… Znów nie trzeba się golić” – pomyślał. Jednak, gdy przyjrzał się uważnie własnej twarzy, zamarł z dłonią na szczęce. Była gładka.

– Ciekawe… – mruknął.

Jakiś czas temu na tęczówkach koloru palonej kawy zauważył kilka błękitnych kropek. W przeciwieństwie do niebieskich oraz krwistych szczelin pojawiających się przy każdym ataku i niknących tuż po nim kropki na stałe zagościły na powierzchni tęczówek. Ale że były maleńkie i było ich niewiele, nikt włącznie z samym Dee nie zawracał sobie tym głowy.

Przyglądając się kilku ciemniejszym pasemkom włosów, poruszał palcami stóp, w których znów poczuł mrowienie. Nadal nic nie wiedział o własnej chorobie, ale przecież teraz priorytetem było odczarowanie Mai, a tajemnicze ataki – mniej uciążliwe, odkąd łykał leki Tancmistrza – mogły poczekać.

Odświeżony wrócił do sypialni. Elfa nie było.

– Do tego jeszcze szybki i cichy – mruknął. – Czy jest coś, w czym elfy są kiepskie?

Zerknął przez poręcz antresoli. Przez uchylone drzwi zakrystii dobiegały teraz stłumione głosy, ale w nawach kościółka nikogo nie było. Oślepiające słońce wdzierało się przez witraże do wnętrza, a wszechobecną ciszę przerywał sporadycznie śpiew ptaków. Dee zacisnął palce na balustradzie. Zamknął oczy. Pomału, głęboko odetchnął. Zapach kadzidła wypełnił jego nozdrza. Ukojenie. Spokój. Bezpieczeństwo. Cudownie było móc znowu poczuć to wszystko. Chwilę delektował się samotnością.

Nagle zapach się zmienił. Kadzidło rozproszył chłodny powiew. Dee otworzył oczy. Podskoczył wystraszony, bo oto zobaczył, że po drugiej stronie balustrady, na wysokości jego twarzy wisiała w powietrzu Mairin i spoglądała na niego przenikliwie. Sapnął i zaśmiał się nerwowo.

– Wybacz, nie chciałam cię przestraszyć – zaszeleściła, ważąc każde słowo. – Wiem, jak lubisz tę rezydencję. Jak o nią dbałeś. Wiele razy widziałam cię, jak rozkoszowałeś się…

„Rozkoszowałem?! Zaraz, czy ona mnie podglądała?! Szlag!…” – pomyślał zażenowany.

– …zapachem kadzidła, atmosferą tego domostwa – kontynuowała, a on westchnął z ulgą, że tylko kadzidło miała na myśli. – Są tylko dwie osoby, którym byłabym skłonna oddać MOJĄ rezydencję.

– Twoją? Myślałem, że…

– Źle myślałeś! – fuknęła. – Ten dom nadal jest mój! Ojciec tamtych dwojga pozbawił mnie życia i zagarnął to domostwo. Zwyczajnie mnie ograbił! Ale to nie znaczy, że przestałam się czuć jego właścicielką!

– Elf zrobił coś takiego?! Niemożliwe!

– A myślałeś, że czemu Evander i jego siostra unikali mnie tak długo? Jak widzę, i ty masz wiele mylnych pojęć o całej nacji elfów. Jakieś tysiąc lat temu byliśmy jeszcze uczciwi i prawi. Teraz nie zostało już z tego nic. Przesiąkliśmy zwyczajami ludzi. To nas zdeprawowało. Zawsze powtarzałam, że lepiej zginąć w wielkiej apokalipsie, niż wychodzić do ludzi, no ale czy ktoś mnie wtedy słuchał?

Szelest na moment ucichł.

„O rany! Mairin była w grupie elfów, które przyszły w czasie zagłady na teren Palatynatu! No jasne! Czemu wcześniej na to nie wpadłem?! Jest czystej krwi elfem! Dobra, duchem elfa albo czymś w tym stylu. Nieważne! Istotne, że wie, co trzeba! Ciceronowi i reszcie powie, jak dotrzeć do Wietrznych Katedr, mnie − jak odmienić Mayę! Genialne!”.

Zerknął na zjawę. Nadal wisiała w powietrzu, szeleszcząc coś pod nosem.

– Mairin – szepnął.

Uniosła głowę jak ktoś wytrącony z głębokiej zadumy.

– Chciałbym o coś zapytać.

– Jeśli o tę rezydencję, to nie martw się, dzieciaku – odparła pogodnie. – Jak powiedziałam, są tylko dwie osoby, którym oddam mój dom. Jedną z nich jesteś ty, a…

– C-co? Ja nie o tym.

– …drugą twoja żona.

– Żona?! – bąknął, zastanawiając się, jakim cudem rozmowa potoczyła się tak dziwnym torem i jak wrócić na właściwy. – Mairin, ja nie mam żony.

– Ale będziesz miał, a wtedy ta rezydencja stanie się waszym Palatynatem – zaszeleściła tajemniczo. – A teraz chodź do jadalni, nim ten ciemnowłosy dowcipny barbarzyńca pochłonie całe śniadanie.

– Ale!…

– Dość! W przeciwieństwie do mnie ty musisz jeść! Zwłaszcza teraz.

– Teraz? O czym ty mówisz?!

Ale nie było mu dane wypytać o nic więcej, bo Mairin rozpłynęła się między kolumnami kościółka.

Mrucząc pod nosem: „Może jednak nie należy słuchać tej pokręconej staruszki”, ruszył ku zakrystii.

* * *

Zakrystia wyglądała dokładnie tak, jak ją zapamiętał: przestronna wiejska kuchnia ze sporą częścią jadalną, w której królował stół o szklanym blacie wspartym na kryształowej klepsydrze. Kiedy Dee tam dotarł, Evander z Desire kończyli przygotowywać śniadanie. Mairin przycupnęła na którejś z belek pod sufitem. Jej błyszczące platyną ciało wyglądało jak drugie słońce, które jakby dla zabawy lub przez przypadek zakotwiczyło wśród belek. Pod oknem koło zlewu Tancmistrz kroił jakąś różową masę. Radził sobie z tym średnio, bo co rusz kleiła się do noża. Mruczał coś ze złością pod nosem, ale nie ustawał w wysiłkach. Opat siedział przy stole, popijając kawę. W całym pomieszczeniu unosił się jej aromat i mieszał z równie intensywnym zapachem herbaty owocowej. Richardowi ślinka napłynęła do ust na widok półmisków pełnych świeżego pieczywa, domowej roboty masła, dorodnych rzodkiewek czy pomidorów. Westchnął bezwiednie. Opat odwrócił głowę w jego stronę.

– O, jesteś. – Uśmiechnął się.

– Poszedłem się wykąpać. Na antresoli jest łazienka, więc po śniadaniu wy też możecie…

– Wiemy, śpiący królewiczu – odparł z ironią Desire. – Dokonaliśmy jej podboju, kiedy ty chrapałeś. Pomóż Evanderowi przygotować resztę, ja sprawdzę, czy nasza pani już się obudziła i…

– Nigdzie nie pójdziesz! – Głos opata stał się oschły, niemal nieprzyjemny. – Evander już kończy, a jeśli nie masz co robić, pomóż Tancmistrzowi kroić lekarstwo. Będzie szybciej. Richard i ja musimy zamienić słówko.

Desire skrzywił się i wzruszył ramionami. Podszedł niechętnie do Tancmistrza, a ten bez słowa wskazał mu jakąś puszkę. Kiedy mnich podał mu pojemnik, Tancmistrz nabrał odrobinę białego proszku, posypał stolnicę, rzucił na nią glut różowej masy, a potem wręczył Desire wałek do ciasta. Kiwnięciem głowy wskazał gluta.

– Wałkuj!

– Jaja sobie robisz!

– Byle cienko!

– Nigdy!

Tancmistrz nic nie powiedział. Z rozmachem wbił nóż w blat. W jego oczach było coś takiego, że przyjaciel już bez zbędnych protestów pospiesznie zabrał się za wałkowanie. Podczas gdy oni znęcali się nad różowym ciastem, Evander zaczął rozkładać talerze, a Ciceron głową wskazał ciemnowłosego zakonnika i uśmiechnął się do Richarda.

– Nie odstępował Evan na krok, kiedy spałeś – poinformował szeptem. – Troskliwie zaprowadził ją do argemonii, ale potem trzy razy chciał pójść ją budzić. Cały Desire. Lojalny przyjaciel i bystry, niezawodny kompan, w swym fachu perfekcjonista, ale gdy idzie o płeć przeciwną, jego inteligencja spada do poziomu klepki podłogowej. Na dodatek rozmoczonej. Dla takich facetów jak on są tylko dwa idealne miejsca na tym świecie – upił łyczek kawy – klasztor albo burdel.

– A rozważaliście kastrację? – Richard zachichotał.

– Ty wiesz, że nie? To może byłoby jakieś wyjście z sytuacji, tylko gdzie znaleźć śmiałka, który odważy się odciąć jego skarby? – Opat też się roześmiał.

Desire łypnął na nich groźnie. Było oczywiste, że nie usłyszał szczegółów, ale domyślił się, że to z niego się nabijają. Nagle jego mina się zmieniła. Zerknął ponad ramieniem Richarda w stronę drzwi. W jednej chwili całe naburmuszenie ustąpiło miejsca promiennemu uśmiechowi! Wyprostował się, wciągnął brzuch. Dee z Ciceronem zerknęli na niego z konsternacją. Ten, nieświadom swej głupiej miny na ubrudzonej mąką gębie, skłonił głowę i rzucił podejrzanie niskim głosem:

– Witaj, pani. Mam nadzieję, że…

– Dobrze spałam, jeśli o to chciałeś zapytać! – przerwała mu cierpko Evan.

Richard z opatem dyskretnie parsknęli.

– Na Onyksową Harfę, ależ ten facet musi być na głodzie! – zauważył ironicznie Dee. – I to mnie zarzucał, że podrywam staruszki.

– Nie takie znowu staruszki. – Ciceron kiwnął głową ku rodzeństwu, do którego właśnie podszedł Tancmistrz z półmiskiem różowych kostek obtoczonych w mące. A że był sporo od elfów wyższy i szerszy w barach, Evan z Evanderem na chwilę zniknęli z pola widzenia pozostałych mężczyzn.

– Nie tak mocne jak kapsułki, które miał Richard, bo nie macie tu wszystkich składników – usłyszeli specyficzną chrypkę zakonnika. – Weźcie po cztery. Powinny wystarczyć. Potem dorobię więcej.

Chwilę później Richard również został poczęstowany różową masą. Włożył dwa kawałki do ust i zaczął przeżuwać. Kleiły się i były lekko kwaskowate.

„Ciekawe, co opat miał na myśli, sugerując, że Evangeline nie jest taką staruszką” – pomyślał Dee i połknął różowe gluty. Znów zerknął ku rodzeństwu. Coś tu nie grało. Czuł to. Bezwiednie włożył pozostałe dwa ciasteczka do ust i przyjrzał się elfom uważniej. I wtedy to do niego dotarło…

Oto na jego oczach rodzeństwo zaczęło się zmieniać. Znowu! Wszystkie zmarszczki na twarzach zniknęły, podobnie jak pasemka siwych włosów czy plamy na dłoniach. Skóra odzyskała jędrność, oczy blask, a ciała sprawność. Po kilku godzinach spędzonych w argemonii Evan nie była już starowinką! Dodatkowo po ciasteczkach Tancmistrza nie była teraz nawet w średnim wieku! Oto oczom Dee ukazała się dojrzała kobieta o pełnych kształtach. Oszałamiająco PIĘKNA kobieta, która z pewnością nie przypominała tej mizernej z tak znanych mu hologramów! Srebrne plamki na jej tęczówkach skrzyły, walcząc o pierwszeństwo z barwą nieba. Włosy koloru pszenicy muśniętej promieniami słońca, splecione w luźny kok na karku już nie skrywały elfiego kształtu uszu. U jej brata zmiany nie były tak spektakularne, ale on spędził noc na antresoli, nie w róży śpiących.

Richardowi z wrażenia jedno ciasteczko wypadło z ust, drugie przylepiło się do wargi na podobieństwo różowej narośli. Nawet nie zdawał sobie sprawy, jak idiotycznie w tym momencie wygląda, póki opat nie trącił go w bok, przerywając ten stan osłupienia. Szybko otarł usta i doprowadził się do porządku. Evan udała, że niczego nie zauważyła. Razem z bratem rozłożyła resztę talerzy i poszła po półmiski z jedzeniem.

– Zdradziła mi co nieco, zanim weszła do argemonii – poinformował opat szeptem.

Dee przysiadł się, pochylił, by nie uronić ani jednego słowa, ale oczy nadal pilnie śledziły Evangeline. Ciceron kontynuował:

– To młode elfy. Urodzone już w Palatynacie. Ona ma tylko jakieś osiemdziesiąt lat. On parę lat mniej. Kiedy ich rodzice zrozumieli, że elfia zaraza to nie pojedyncze przypadki, tylko epidemia, uciekli z Metropolii i ukryli się tutaj – tłumaczył prędko, robiąc przerwy jedynie wtedy, gdy Evan lub jej brat zbliżali się do stołu z kolejnym talerzem czy dzbankiem. – Mairin była przyjaciółką ich matki. Zapewniła im kryjówkę. Kiedy tu przyjechali, wydawali się zdrowi. Gdy nagle pojawiły się u nich objawy choroby, tutejsza elfia społeczność zażądała, żeby się wynieśli. Kłopot w tym, że to była duża rodzina. Na dodatek nie mieli się gdzie podziać, a choroba postępowała błyskawicznie. Za ich sprawą epidemia dotarła aż tu i wybiła elfy co do jednego.

– Ooo! – mruknął zszokowany Richard. – A Mairin? Twierdziła, że to ich ojciec ją zabił…

– Prawda. Eilig pochował żonę i niemal całe potomstwo. Wszystkich na tym cmentarzu. Wiedział, że sam długo nie pożyje, ale widział, że z jakiegoś powodu choroba ominęła Evangeline i Evandera, więc prosił Mairin…

– Chyba niezupełnie ominęła – wtrącił Dee. – Gdyby nie róża śpiących, byłoby już po nich.

– Fakt. Zaraza spustoszyła ich organizmy, ale nie zabiła. Ciekawe, co? Też chciałbym wiedzieć, jak to możliwe. Ale to wymagałoby wielu badań, których w Fenaby nie zrobimy. Brak odpowiedniego sprzętu – pospieszył z wyjaśnieniem, widząc pytanie w oczach Dee. – Za to spece palatyna pewnie kwiczeliby z radości, gdyby dostali ich w swoje łapki.

Richard pogładził się po brodzie i nalał sobie kawy. Zamyślony wpatrzył się w smolisty napar.

– Racja – powiedział cicho. – Dwa młode elfy, którym udało się przeżyć, to nie lada gratka dla każdej ze stron…

– Wiem – westchnął Ciceron. – Dlatego musimy ich chronić. Co do ich ojca, Eiliga… Gdy umierał, błagał, żeby Mairin zaopiekowała się nimi. By dała im schronienie, a gdy zaraza minie, zabrała do Wietrznych Katedr.

– Ale?…

– Ale Mairin zaczęła mu tłumaczyć, że mapa zaginęła, szlak pewnie dawno nie istnieje, a ruszać z małymi dziećmi w podróż, gdy szaleje zaraza, to głupota. Zresztą wątpiła, czy ktokolwiek ocaleje. Radziła przeczekać. To były straszne czasy… – usłyszeli ciche słowa Evangeline, która nagle pojawiła się obok nich. Postawiła jeden z półmisków z wędliną, na chwilę umilkła, jakby zapatrzona we własne ponure wspomnienia. Nikt nie śmiał zakłócać jej tej zadumy. Zaraz zresztą podjęła opowieść: – Mój ojciec twierdził, że mapę można odtworzyć. Sam miał jeden z jej fragmentów. Strasznie się pokłócili. Żadne nie słuchało argumentów drugiego. I wtedy doszło do tego wypadku…

Zapadło milczenie. Nawet Tancmistrz z Desire porzucili swą pracę. Szybko oporządzili się i zasiedli obok innych przy nakrytym już stole. Radosna atmosfera śniadania niespodziewanie zmieniła się w ponurą biesiadę połączoną z podróżą w mroki historii. Podczas gdy dzbanek kawy krążył z rąk do rąk, rozsiewając cudowny aromat, a kolejne pajdy chleba zmieniały się w małe arcydzieła kulinarne, by ulec destrukcji w ustach biesiadników, odezwał się Evander. Cichym głosem kontynuował opowieść siostry. Zebrani chciwie słuchali.

– Gdy emocje biorą górę, a racjonalne argumenty zastępują rzucone w złości zaklęcia, nietrudno o kłopoty – zaczął. – Mairin chciała uspokoić ojca. Niepotrzebnie użyła magii. To go tylko wkurzyło.

– Zrozumcie, to nie był zły elf – wtrąciła szybko Evan. – Tyle że…

– Tyle że toksyczny jak kraken górski, wybuchowy niczym łajno ptakosmoka i uparty jak feniks interceptor, gdy tropi ofiarę – gdzieś znad ich głów dobiegł ironiczny szelest Mairin. – Serio, nie mam pojęcia, co Breena w nim widziała!

– Dziękujemy, CIOTUNIU, za ten pochlebny opis naszego ojca – prychnęła Evan. – Co do niego… Rzeczywiście był nieco porywczy. Dość powiedzieć, że w gniewie zaklęciem zrzucił Mairin z antresoli, kolejnym odebrał jej życie. Zorientował się, co zrobił, gdy było za późno. Uwierzcie, BARDZO żałował tego, co się stało.

– Mój przetrącony kręgosłup właśnie popłakał się ze wzruszenia! – fuknęła zjawa.

– Parę dni później ojciec sam odszedł – odezwał się Evander, ignorując uwagę zjawy. – Przed śmiercią przekazał nam, co wie o drodze do Wietrznych Katedr, o mapach.

– Razem z moją rezydencją, całą posesją i… – szeleszczący potok żalu wypłynął z ust Mairin i na chwilę zagłuszył wszystko. Tym razem rodzeństwo nic nie powiedziało, jedynie siedziało z opuszczonymi głowami, nie śmiąc otworzyć ust, by odeprzeć atak.

Zrobił to Richard.

– Mairin! – przerwał jej łagodnie, ale stanowczo. – Oni żałują! Nie widzisz? Naprawdę?! Tyle lat żyli w twoim domu z poczuciem winy i w strachu. Prosili o twoje wybaczenie, ty im go udzieliłaś, więc po co dalej wałkować ten temat? Nie zmienisz tego, co się stało. Rozumiemy, że ciągle jesteś wściekła, ale i ty zrozum, że teraz potrzebna nam twoja pomoc, nie wyklinanie. Dzięki tobie i twojej wiedzy możemy tak wiele naprawić. – Jego głos stał się dobitny. – Liczymy na ciebie! Więc nie trać czasu na rozpamiętywanie przeszłości. Z tego, co mówił Ciceron, na świecie jest mnóstwo mieszańców elfów i innych istot magicznych, które potrzebują pomocy. Możesz przejść do historii jako elfka, która uratowała swą nację, lub jako małostkowa istota, która wolała użalać się nad sobą. Zdecyduj…

Spojrzał na Mairin z wyczekiwaniem. W oczach Cicerona zagościło uznanie, lecz jego twarz pozostała nieprzenikniona. Zebrani spoglądali w napięciu to na Richarda, to na zjawę. Ta dłuższą chwilę milczała obrażona. W końcu machnęła ręką i łaskawie oświadczyła:

– Robię to wyłącznie dla ciebie, Dee. I pamiętaj, co mówiłam na antresoli, teraz ta rezydencja jest twoja. Daję ci ją.

Mnisi i rodzeństwo rzucili Richardowi zaskoczone spojrzenie. Ten tylko uśmiechnął się nieśmiało i wzruszył ramionami zażenowany.

– To mówisz, że ojciec przekazał wam wiedzę o Wietrznych Katedrach? – zagadnął Evandera, by zmienić temat rozmowy.

– Razem z jednym fragmentem mapy. Wiele czasu zajęło nam ustalanie, gdzie są pozostałe.

– Dał wam jeden kawałek i nie powiedział, gdzie jest reszta?

Evangeline z westchnieniem kiwnęła głową.

– Ojciec należał do starszyzny. Losowo wybrali, kto ma wziąć jeden z pięciu fragmentów. Ukryli je w klepsydrach rodowych. Na początku Palatynatu, kiedy byli przekonani, że Wietrzne Katedry przepadły, że muszą żyć tu i teraz, zajęli się budowaniem wspólnego państwa razem z ludźmi. Ale potem, po latach, gdy stosunki z ludźmi zaczęły się psuć, a plotka głosiła, że być może droga powrotna istnieje, mój ojciec powierzył swój kawałek mapy grupie zwiadowców. Zwrócili mu ją po powrocie. Podobno przynieśli obiecujące wieści. Chcieli rzetelnie przygotować się do exodusu. Nie zdążyli… – Zamilkła i smutnym wzrokiem potoczyła po zebranych. – Nam, swoim dzieciom, ojciec też nie zdążył za wiele przekazać. Powiedział jedynie, że klepsydry starszyzny są rozproszone po całym Palatynacie. Że jeśli je złożymy, ukaże się droga. Tyle.

– I nie zdradził, kto ma te fragmenty? – upewnił się Ciceron. – Ani gdzie tych klepsydr szukać?

Evander potrząsnął głową.

– Tak jak powiedziała Evan, nie zdążył.

Zauważył, że patrzą na niego z niedowierzaniem. Tym razem nie powstrzymał emocji.

– Na Onyksową Harfę, byliśmy tylko dzieciakami, pamiętacie?! Potworne czasy! Eilig po kolei grzebał nasze rodzeństwo, potem naszą matkę. Nie miał możliwości zapłakać nad jednym, a już planował pogrzeb kolejnego! Był załamany. A tutejsi najchętniej spaliliby nas żywcem, gdyby nie to, że bali się wejść na teren posesji. Przerażały ich viverny Mairin i zaraza. Gdybyście byli w tej sytuacji, powierzylibyście jakąkolwiek tajemnicę dwójce dzieciaków?! Po co pytam? Oczywiście, że nie! On też tego nie zrobił. Wiem, że razem z Mairin próbował skontaktować się z resztą starszyzny.

– To prawda – zaszeleściła zjawa.

– Nic z tego nie wyszło, bo w tym czasie większość już nie żyła, a pozostali zwiali jak i my, albo zwyczajnie bali się kontaktu z zarażonymi. To dlatego do ostatniej chwili zwlekał z przekazaniem nam wszystkiego. Bo miał nadzieję na jakąkolwiek odpowiedź od kogoś ze starszyzny. Jak widać, czekał zbyt długo…

Evan położyła rękę na dłoni brata. Prosty gest sprawił, że elf ochłonął, wyciszył się i zastygł wpatrzony we własny kubek z kawą. Cisza jak ciężki baldachim zawisła nad szklanym stołem. W końcu odezwał się Tancmistrz:

– Dobra wiadomość jest taka, że mamy wszystkie fragmenty, prawda?

Zobaczył pytanie w oczach Evangeline.

– Podobno powiedziałaś Richardowi, że brakuje wam tylko jednego kawałka mapy…

Kobieta jakby się ocknęła.

– No tak. Rzeczywiście. – Uśmiechnęła się niepewnie. – Przez te wszystkie lata udało nam się odnaleźć trzy części. Z tą należącą do naszego ojca i tą, którą wy macie, jesteśmy w stanie złożyć mapę, ale…

Umilkła. Rzuciła im spłoszone spojrzenie. Nim jednak zdążyła powiedzieć coś jeszcze, wtrąciła się Mairin.

– Ale to nie wszystko. Sama mapa nic nie da.

Jak na komendę wszyscy unieśli głowy i spojrzeli na zjawę, która teraz niczym żywy świetlisty lampion zawisła nad stołem.

– Evangeline, powiesz im czy ja mam to zrobić?

Elfka skrzywiła się. Znów nie zdążyła otworzyć ust, bo Mairin zaszeleściła:

– Musi wam towarzyszyć elf czystej krwi, ale rozumiem, że to akurat wiecie? – Widząc zaskoczenie w oczach mnichów, skwitowała ironicznie: – Czyli jednak nie. Kochana bando nieuków – zachichotała – podziwiam wasze romantyczne marzenia o wyruszeniu do Wietrznych Katedr, bla, bla, bla i tak dalej… Ale jeśli naprawdę chcecie tam dotrzeć, popracujcie nad zwalczeniem własnej ignorancji. Marzenia to nie latający dywan. Nie dolecicie na nich do celu!

– Od godziny nie słyszałem, że jestem idiotą. Zaczynało mi czegoś brakować – mruknął Desire.

Ciceron chrząknął.

– Rozumiem, że nas dokształcisz, Mairin?

– Oczywiście. I to bez zwłoki. Bo bez tych informacji macie tyle szans, co standardowy troll na mistrzostwo w tańczeniu świątynnego walca!

– Skąd ona bierze te porównania? – odezwał się półgębkiem Desire do Tancmistrza, który bezskutecznie próbował stłumić uśmiech.

– Kłopot w tym, że jeśli wszelkie skarby Dzielnicy Elfów rzeczywiście przetrwały, są odpowiednio zabezpieczone. Chcieliście mojej rady, oto ona: po złożeniu mapy ukaże się szlak, którym trzeba podążać.

– Tyle wiemy, ale gdzie on się zaczyna? – wtrącił Desire.

– A niby skąd ja to mam wiedzieć? – Mairin wzruszyła ramionami. – W trakcie ucieczki zostałam ranna. Większość drogi z Wietrznych Katedr na teren Palatynatu byłam nieprzytomna. A złożonej mapy nigdy nie widziałam. – Widząc rozczarowanie rozmówców, pospieszyła z wyjaśnieniem: – Sporo mojej wiedzy opieram na słowach Eiliga. Wyjechałam z Wietrznych Katedr, zanim książę i starszyzna zabezpieczyli Archikatedrę. Nie było mnie przy tym, więc wiem to tylko z opowieści. Sama z wami nie pojadę. Dzięki ich ojcu – wskazała rodzeństwo – już nigdy nie opuszczę tego kościółka. Ale powiem wam to, co Eilig przekazał mnie. Twierdził, że samo dotarcie do Wietrznych Katedr to nie wszystko. Jak powiedziałam, skarby elfów skrywa Archikatedra, czyli pałac księcia. Jej drzwi otwiera sonet zapisany na odwrocie mapy.

– I tyle? – prychnął Desire i zatarł ręce z uciechy. – To luzik.

– Jasne, luzik. – Mairin zarechotała złośliwie. – O ile pojedzie z wami elf czystej krwi spokrewniony z księciem, bo musi przyłożyć do mapy dłoń. Wtedy i tylko wtedy ukaże się szlak. A gdy dotrzecie na miejsce, musi wyśpiewać sonet, by otworzyć wrota Archikatedry. Aha, no i musicie mieć ze sobą Onyksową Harfę, by na niej ten sonet zagrać. ORYGINALNĄ Harfę, a nie tę podróbkę, którą mają w Archikatedrze Palatynatu – podkreśliła, patrząc z satysfakcją, jak miny zakonników rzedną. – A, no i jest jeszcze sprawa argemonów.

– O! Właśnie! Dobrze, że o tym wspomniałaś! Wczoraj jakoś nie złożyło się, żeby o tym pogadać, ale teraz to załatwimy! – wycedził Richard i pokiwał palcem rodzeństwu. – Wy dwoje jesteście mi winni cholernie dużo wyjaśnień! A zaraz po nich macie natychmiast odczarować Mayę! To, co jej zrobiliście…

– Argemony też jadą – przerwała mu zjawa.

– Co?! – Dee spojrzał na nią jak na wariatkę. – Nigdy w życiu!

– A jednak. Bo oprócz tego, że są niewolnikami, są też wysokiej klasy muzykami. To Paola…

– Maya!

– Zgoda, Maya, musi zagrać na Onyksowej Harfie. Ten drugi, Raven, to też wirtuoz.

– W takim razie świetnie, że Barnabus przestrzelił mu kolano, a nie dłonie – mruknął Desire.

Rodzeństwo zerknęło na niego zaskoczone.

– Spokojnie. – Tancmistrz pochylił się ku Evan, a jednocześnie posłał Desire mordercze spojrzenie. – Już się zregenerował. Maya też. Fizycznie są zdrowi, tyle że śpią. Wspominałem wam o tym wczoraj, pamiętacie?

– A, rzeczywiście – powiedział Evander.

– Obydwoje, i Raven, i ta kobieta, mają rolę do odegrania w Archikatedrze Dzielnicy Elfów – kontynuowała zjawa.

Rodzeństwo przeniosło na nią zdumione spojrzenia.

– To, że mnie unikaliście, nie oznacza, że nie wiedziałam o waszych planach! Znam wszelkie wasze grzeszki! – Spojrzała z ironią na elfy, ale zaraz zwróciła się do Richarda: – Co do Mai…

– Cudownie, że wróciliśmy do sedna! – Teraz to on jej przerwał poirytowany. – A jeśli się nie zgodzę?! Jeśli nie pozwolę wam jej zabrać?

Nagle stała się bardzo poważna.

– Wtedy drzwi pałacu księcia pozostaną zamknięte, wiele istot, o których wspominałeś, nie uzyska pomocy, a Maya na zawsze pozostanie argemonem.

– Zaraz, chcesz mi powiedzieć, że NIE MA antyklątwy? Albo innego lekarstwa? – zapytał zaczepnie, łapiąc się przy tym pod boki. – Że jedyny sposób, by z powrotem stała się człowiekiem, to zabrać ją w tę niedorzeczną podróż? No i w całym Palatynacie nie ma innych muzyków, którzy mogliby to zrobić? To musi KONIECZNIE być ona?

– Maya to wirtuoz wyjątkowo rzadkiej klasy. Jedyna. I zna Onyksową Harfę. Grała na niej – wtrąciła cicho Evan. – Jeśli idzie o jej, ehm, przypadłość…

– PRZYPADŁOŚĆ?! Masz ciekawe poczucie humoru!

– Tak, musi jechać – ciągnęła niezrażona zjawa. – Bo tylko tam jest antidotum. We wnętrzu Archikatedry.

Posłał jej gniewne spojrzenie.

– I nie można tego załatwić inaczej?! A jeśli… – warknął i aż się zatchnął z wściekłości – …jeśli kłamiesz?! Może wystarczy zabić tego, kto zrobił z niej argemona? Ciebie! – Wbił w Evan nienawistne spojrzenie. – I być może zrobię to teraz?!

Huknął pięścią w blat, aż zastawa podskoczyła. Evangeline drgnęła w źle skrywanym strachu, a pozostali wymienili ukradkowe spojrzenia. Desire dyskretnie zacisnął palce na spluwie, Tancmistrz na nożu. Opat uniósł dłoń, jakby chciał ostudzić emocje Dee. Evander uniósł się nieznacznie na swoim miejscu i sytuacja robiła się groźna. Z opresji znów uwolniła ich Mairin.

– Jasne, dzieciaku, oczywiście. Możesz to zrobić – powiedziała ostrożnie. – Tyle że argemon umiera razem ze swym stwórcą. Nie powiedzieli ci?

Richard chwilę ciężko oddychał.

– Obiecywałaś mi, że uwolnisz Mayę! – Spiorunował Evangeline wzrokiem. – Ty też! – dodał, patrząc na Cicerona.

Opat sapnął raz po raz, ale nie odwrócił oczu. Evan nerwowo przełknęła ślinę, jednak zaraz, siląc się na spokój, oznajmiła:

– O ile sobie przypominam, powiedziałam: Jedź do Kryształowych Wodospadów, odszukaj potrzebne mi dane, a ten kościółek stanie się twoim dożywotnim azylem. Domem, którego nie miałeś.

– Jasne, szukaj wymówek!

– Powiedziałam też, że przestaną cię nękać koszmary. Że cię z nich uleczę. Obiecałam czystą kartotekę. O argemonach w naszej umowie nie było ani słowa. Wyjeżdżając stąd, nawet o nich nie wiedziałeś.

Richard spojrzał na nią z pogardą. Nie odwróciła wzroku, choć wszyscy widzieli, jak wiele ją to kosztowało.

– Wiedziałaś, co czuję do… – Gardło za nic nie chciało wypuścić tak intymnych wyznań. – Wiedziałaś, jak zależy mi… I wiedziałaś, że… A ty?! – Odwrócił się gwałtownie ku Ciceronowi. – Też nakarmisz mnie kłamstwem?! Kolejnymi obietnicami bez pokrycia?!

Opat nie zdążył odpowiedzieć, bo Dee zerwał się z krzesła, środkowym palcem zamanifestował, co myśli o zebranych.

– Pieprzcie się! Maya nigdzie nie jedzie! Nie puszczę jej w beznadzieją podróż z bandą fanatyków owładniętych mrzonkami! Zostanie bestią dożywotnio? Trudno! Ale przynajmniej będzie żyła. Udział w waszej ekspedycji jej tego nie gwarantuje!

Splunął i wyszedł, trzaskając drzwiami. Odprowadzały go ponure spojrzenia zebranych…

* * *

Ruszył ku nawie poprzecznej. Z wściekłości cały się trząsł. Złapał jakieś krzesło i cisnął o najbliższy filar. Płyty posadzki litościwie przytuliły opadające szczątki. Chwilę miotał się w gąszczu aulosów i trybularzy niczym dzikie zwierzę uwięzione w ciasnej klatce. Wściekłość i rozpacz odbierały mu oddech. Dotarło do niego, że wszystkie wizje, marzenia o wspólnej z Mayą przyszłości, których spełnienia był tak blisko zaledwie godzinę temu, teraz stały się nierealne. Poczuł się bezradny, jak liść niesiony wezbranym nurtem rzeki. Przysiadł na jakiejś sofie; łokcie wsparł na kolanach, twarz ukrył w dłoniach.

„Kontroluj oddech” – wspomniał słowa Brendy.

Odruchowo zastosował się do wskazówek. Chwilę ciężko dyszał, a nozdrza znów zaatakowała subtelna woń kadzidła. Powoli wyciszył się i uspokoił.

Mijały minuty, a on ciągle był sam. Zerknął ku witrażom. Słońce było już całkiem wysoko, bo nawę zalał strumień kolorowego światła. Jakiś ptak darł się za oknem jak opętany. Poza tym nic nie zakłócało kojącej atmosfery kościółka.

– Właśnie tyle dla nich znaczę. – Spojrzał na drzwi zakrystii, za którymi ciągle trwała narada. – Nic. KOMPLETNIE nic! – Poczuł gorycz. – Jestem jedynie dodatkiem do Mai. Kretynem, który miał ich doprowadzić do Sleepy Graves, a którego teraz mogą potraktować kopniakiem jak natrętnego śmiecia. Jak mogłem być tak ślepy? Głupi? Ufny?

Westchnął.

– W życiu nie słyszałam takiej ilości bzdur z ust jednej osoby! – usłyszał szelest.

Poderwał głowę. Niedaleko, na ambonie przysiadła Mairin. Wyglądała na szczerze zdegustowaną.

– Masz ich więcej czy to już koniec repertuaru?

Zaklął, spojrzał na nią, potem znów na drzwi zakrystii.

– Chcieli za tobą lecieć. Przepraszać cię – poinformowała łaskawie. – Wszyscy. Nawet ta dziewucha. Pokłócili się, kto powinien to zrobić. Wyobrażasz to sobie? – Zachichotała.

– Więc czemu ty tu jesteś, a nie któreś z nich?

– Pomyśl logicznie. Wytłumaczyłam im, że w razie czego MNIE drugi raz nie zabijesz.

Usta zjawy rozciągnął kpiarski uśmiech. Mrugnęła do niego.

– I pewnie nie uwierzysz, ale w trakcie ich kłótni imię Mai nie padło ani razu. Twoje powtarzali do upadłego.

– W jej sprawie od samego początku kłamali – powiedział, siląc się na oschły ton. – Może Evan nie obiecała mi tego wprost, ale robiła aluzje, że będę mógł z nią tu żyć.

– A mnisi?

Zawahał się.

– Ciceron obiecał…

– Co konkretnie?

Richard się skrzywił i wbił wzrok w posadzkę. Zmełł w ustach przekleństwo, ale zaraz wyszeptał:

– Że zrobi wszystko, co w jego mocy, by odczarować Mayę, a jeśli mu się to nie uda, zmusi do tego Evan.

– Właśnie: że zrobi wszystko, co w jego mocy, a nie, że NA PEWNO to zrobi. Widzisz różnicę?

Dee westchnął.

– Rozumiem. Nie powinienem mieć do nich pretensji, bo tak naprawdę niczego mi nie obiecywali. To była tylko moja nadinterpretacja.

– Dokładnie. Słyszałeś to, co chciałeś usłyszeć: że już niedługo wspólnie z Mayą będziecie żyli w szczęściu i radości, zapewne otoczeni gromadką słodkich dzieciaczków, gdzieś na obrzeżach Palatynatu. Zgadłam?

Uśmiechnęła się na widok jego zażenowanej miny.

– Problem w tym – przysiadła obok niego na sofie i skrzyżowała ramiona – że życie to nie bajka. Nawet jeśli jest pełne elfów, vivernów czy feniksów. Życie, prawdziwe życie, to mały wredny gnom, który użre cię w najmniej oczekiwanym momencie. Jest kompletnie nieprzewidywalne. Więc lepiej pogódź się z faktem, że będziesz przez tego gnoma jeszcze wielokrotnie gryziony. Bez szczególnych powodów.

Zerknął na nią z ukosa.

– Zobacz, taka Evangeline… Nie przewidziała, że naprawdę tak mocno zakochasz się w Mai. Była pewna, że szybko ci minie. A patrząc na los twojego poprzednika – tego chłopaka, Barnabusa – myślała, że może i ty zechcesz uciec, a wtedy posłuszna rozkazom Maya po prostu cię zabije. Nie masz pojęcia, jak była zaskoczona, że jednak wywiązujesz się z powierzonego zadania. Co do zakonników… Zdążyłam im się przyjrzeć. Jestem przekonana, że zrobiliby wszystko, by ci pomóc, tyle że nie mieli wystarczającej wiedzy na temat argemonów i jak ich odczarować. Każdy z nich – kiwnęła głową ku drzwiom zakrystii – żyje marzeniem. Mnisi chcą pomóc istotom magicznym. Rodzeństwo śni o wyprawie do krainy przodków. Ale żadne, nawet w najśmielszych marzeniach nie sądziło, że uda im się dotrzeć tak daleko. Że kiedykolwiek od planowania przejdą do czynów.

Richard zmarszczył brwi.

– Nie rozumiem.

Wzruszyła ramionami.

– A czego? Przecież to oczywiste: oni wszyscy całe życie fantazjują o Wietrznych Katedrach, planują, rozmyślają, co by było gdyby… Ale podświadomie zawsze czuli, że na marzeniach się skończy. I pewnie tak by się stało, gdyby nie pojawił się pan Richard Dee-Zander. – Uśmiechnęła się, wprawiając go w zakłopotanie. – Tak, Dee. To dzięki tobie i szczęśliwemu zbiegowi okoliczności udało się mnichom skontaktować z rodzeństwem i ruszyć z miejsca. Masz pojęcie, jacy są tym faktem zaskoczeni?

– Ten plan jest beznadziejny. Powinien pozostać w sferze marzeń i ty o tym wiesz – powiedział już całkiem spokojnie.

– Cóż, jestem duchem, nie jasnowidzem. – Wydęła usta. – I nie twierdzę, że się uda. Ta wyprawa będzie przypominać wyścigi vivernów w Memoriale. Wyścigi z ogromną liczbą przeszkód. A na ogonach będą wam siedzieli ludzie palatyna i pewnie nie tylko oni. Ale jeśli to jedyna szansa na naprawienie zła, na uratowanie tak wielu istot, o których wspominałeś, oraz odzyskanie Mai, to chyba wiesz, co robić. Chyba chcesz przejść do historii jako bohater, a nie jako małostkowa istota, która wolała użalać się nad sobą?

Czy to nie jego własne słowa? Dopiero teraz Richard poczuł się jak skończony idiota. A zaraz potem zrobiło mu się jeszcze bardziej głupio na myśl, że tam, w zakrystii nie zdołał kontrolować własnych emocji. Znowu.

– Wiesz, które z nich zrobiło z Mai i tego faceta argemony? Jak w ogóle ich złowili? – rzucił od niechcenia, by wybrnąć z niezręcznej sytuacji.

– Obydwoje. Argemonia regeneruje ich siły na kilka godzin. Może cię to zdziwi, ale czasem na krótko opuszczają rezydencję. Ravena Evander złowił w naszym miasteczku. Jego zniknięcia nikt nie odnotował, bo Raven był bezdomnym. Wyobrażasz to sobie? Genialny bezdomny skrzypek. Na dodatek bez jakiejkolwiek rodziny. Zarabiający na życie graniem na ulicach miast Palatynatu. Evander usłyszał, jak gra, i zaprosił go na kolację. Dalej już pewnie wiesz, co się stało.

– A Maya?

– Dawała charytatywny koncert w mieście. Tutejszy komendant policji, Terraney, ma słabość do Evan. – Zjawa się uśmiechnęła. – To starszy pan, wyjątkowy dżentelmen. Zdobył bilety i zaprosił Evangeline na coś w rodzaju staromodnej randki.

– Randki? – Brwi Richarda podniosły się niemal na czubek jego głowy. – Evan? Na randce? – upewnił się.

– A cóż w tym niezwykłego? To całkiem atrakcyjna kobieta! A kobiety chodzą na randki, wiedziałeś? Po co pytam? Oczywiście, że nie! – Zachichotała, jakby właśnie usłyszała niezły dowcip.

– Hej, chodzę na randki!

– Jaasne! – Teraz już nabijała się z niego w żywe oczy.

– Miałem… ehm… drobną przerwę w tych sprawach, tak? Byłem zajęty innymi rzeczami. No i nie każdy randkuje tak często jak Desire!

Czy wyglądał równie głupio, jak się czuł? I właściwie to czemu tłumaczy się ze swego życia uczuciowego jakiemuś popapranemu duchowi?

– Bywałem na wielu randkach, ale nigdy ze starszymi paniami! Jasne?! – rzucił urażonym tonem. Pełnię kompromitacji odczuł chwilę później, widząc, jak zjawa zanosi się ze śmiechu.

– Łaaał! Moje gratulacje! – wypaliła i zaczęła klaskać. – Ale zapamiętaj, dzieciaku, w tych sprawach nie wiek jest istotny, nawet nie płeć ani gatunek, a uczucie. U-czu-cie! – rzuciła, siląc się na powagę. – Co do Evan… Wiesz, zasadniczo ma ponad osiemdziesiąt lat, czyli dla Terraneya to ona jest staruszką, tyle że on o tym nie wie. I lepiej niech tak zostanie – powiedziała konspiracyjnym szeptem.

Czas mijał, Mairin trajkotała jak najęta o sprawach sercowych, a Richard rozważał, jak ukrócić jej gadulstwo. A przede wszystkim sprowadzić rozmowę na interesujący go temat argemonów.

– Pomyśl, Dee – szelest zjawy znów wyrwał go z zamyślenia – która kobieta nie zechciałaby wyrwać się z tej dziury, nawet jeśli miałoby to oznaczać randkę ze starcem.

Na jej szeroki uśmiech nieświadomie odpowiedział uśmiechem.

– Zresztą nie traktowała tego wyjścia jak randki, przypominam ci, ale jako łowy na argemona właśnie! Bo widzisz, dzięki znajomościom komendanta po koncercie weszła za kulisy i poznała Mayę. Obie tak się polubiły, że jeszcze tego wieczora w towarzystwie kilku innych osób wspólnie zjadły kolację. Jak powiedziałam, to były łowy. Do drinka Mai Evangeline wrzuciła nasionko argemonii z rozkazem, by dziewczyna stopniowo wycofała się z życia publicznego. Pod pozorem choroby oczywiście. Następnego dnia Maya wyjechała, by za jakiś czas powrócić już całkiem anonimowo i podjąć służbę jako argemon.

– Ooo… A Terraney? Czemu Evan z niego nie zrobiła argemona?

– Bo jest komendantem, musiał wrócić między ludzi. Nie widziała potrzeby, by tak ryzykować, no i starszy pan mógłby tego nie przeżyć, a ona chyba naprawdę go polubiła.

– A ja? Czemu mnie nie zmieniła? Bo nie zmieniła, prawda?

– Prawda. Pomijając fakt, że to zakazane, posiadanie jednego argemona to ryzyko, dwóch to szaleństwo, trzech – głupota granicząca z samobójstwem. Nadzorowanie sfory argemonów to rzecz trudna dla zdrowego elfa, niemożliwa dla kogoś tak wycieńczonego jak tych dwoje. Miałeś znaleźć klepsydry. To wymaga planowania, logicznego myślenia, analizy, przewidywania ryzyka. Argemony nie mają aż takiej jasności umysłu. To posłuszni, ale niebezpieczni niewolnicy, przypominam ci. Już wysłanie Ravena i Mai z tobą było wysoce nieodpowiedzialne. Nawet jeśli ten wypierdek Raven miał tylko nadzorować Mayę, a ona ciebie. To cud, że nie zakończyło się katastrofą. – Z głosu Mairin zniknęło wszelkie rozbawienie.

Dee przypomniał sobie tego chłopaka, Jima, leżącego pod drzwiami celi w kałuży krwi. Zacisnął szczęki i kiwnął głową, że podziela jej zdanie.

– Teraz najważniejsze. Nawet jeśli zabierzesz Mayę na koniec Palatynatu, ukryjesz w niedostępnym miejscu i będziesz strzegł jak oka w głowie, ona i tak nie będzie bezpieczna. Ani ty przy niej.

– Wiem – westchnął. – Jej los jest ściśle związany z jej stwórcą, z tym, kto zrobił z niej argemona.

– Właśnie. Jeśli w trakcie wyprawy do Wietrznych Katedr coś stałoby się Evangeline…

– Maya umrze – dokończył cicho.

Przez chwilę żadne się nie odezwało.

– Tak więc widzisz, że…

– Że mogę się wściekać, tłuc pięścią w stół do upadłego, a ona i tak musi pojechać. – Znów westchnął. – Chyba że uświadomię im, że tych planów nie sposób zrealizować, ale wtedy…

– Maya na zawsze pozostanie argemonem – dokończyła Mairin. – Ale ty wiesz, że oni nie odpuszczą, prawda? Choćby mieli zginąć, wybiorą się w tę podróż…

Oboje spojrzeli na drzwi zakrystii, za którymi wciąż panowała cisza. Richard kiwnął głową.

– Wiem – powiedział cicho. – Chodźmy. Trzeba wszystko dokładnie przemyśleć i zaplanować. Zwłaszcza że w trakcie wyprawy będę musiał ochraniać dwie kobiety…

* * *

Na widok Richarda stojącego w drzwiach zakrystii Desire zamarł w pół słowa. Pozostali natychmiast zwrócili głowy w tamtym kierunku. Przyjrzeli się Dee niepewnie i jakby z wyczekiwaniem. Evan z Ciceronem już chcieli coś powiedzieć, zapewne przepraszać, ale Dee powstrzymał ich gestem.

– Trzeba ustalić tożsamość elfów spokrewnionych z księciem – powiedział spokojnie. – Tych, którym udało się dotrzeć na teren Palatynatu w czasie Apokalipsy, i tych, którzy urodzili się już tutaj.

Powoli podszedł do stołu, usiadł, nalał sobie kolejny kubek kawy, upił łyczek i kontynuował:

– Zorientować się, czy któryś z nich przeżył zarazę, namierzyć i skłonić do współpracy. Jeśli nie przeżył nikt, kończymy temat. Wyprawy nie będzie. Jeśli nam się powiedzie, w drugiej kolejności musimy się dowiedzieć, gdzie jest Harfa. Pewnie jest świetnie ukryta i zabezpieczona. Tak przy okazji, Mairin – zerknął ku belkom sufitowym, gdzie znowu przycupnęła zjawa – skąd wiesz, że ta w Archikatedrze Palatynatu to kopia, nie oryginał?

Mairin się uśmiechnęła.

– To proste, dzieciaku, sama kiedyś na niej grałam. Oryginalny instrument rozpoznałabym wszędzie.

– Ooo! – Z ust Evangeline dało się słyszeć westchnienie pełne niedowierzania.

– Rozumiem – powiedział Dee. – Tak czy siak, czeka nas ogrom roboty. Zapewne poszukiwania elfa i Harfy zajmą mnóstwo czasu, więc nie traćmy go więcej na czcze gadanie czy kłótnie. Od czegoś musimy zacząć. Na początek proponuję obejrzeć mapę. Evander, pokaż nam wasze fragmenty.

Elf zerknął na siostrę, jakby czekając na przyzwolenie. Gdy skinęła głową, podniósł się od stołu i na chwilę zniknął we wnętrzu oranżerii. Wrócił stamtąd z… maleńkim vivernikiem uczepionym ramienia niczym tresowana papuga. Zwierzątko wyglądałoby jak oskubana kura, gdyby nie specyficzny gadzi kształt głowy osadzony na długiej szyi oraz goły ogon zakończony kolcem. Wąskie skrzydła pokryte rudymi piórkami podrygiwały, jak gdyby vivern miał kłopot z utrzymaniem równowagi.

– Ruiz! – zaszeleściła na jego widok zjawa. – Mój mały, kochany Ruiz.

Vivern zerknął na nią i zakwilił jak kociak na widok swej kociej matki. Mairin się rozpromieniła.

– Potrzebujemy twojej pomocy, skarbie – szepnęła z czułością. Podleciała do Evandera, spróbowała pogładzić zwierzaka, lecz jego głowa przeszła przez jej dłoń, rozwiewając ją na podobieństwo dymu. Zrobiła minę, jakby miała się rozpłakać, że nie może przytulić swego ulubieńca. Pociągnęła nosem i powiedziała cicho: – To nie potrwa długo, obiecuję. Zaraz będziesz mógł wrócić do oranżerii. Odpocząć.

Zauważyła, że mnisi przyglądają się zwierzakowi z ciekawością. Pospieszyła więc z wyjaśnieniami.

– Ruiz to vivern rasy ptasznik ogrodowy. Nie wiem, czy poza nim żyją jeszcze inne egzemplarze tych vivernów. To staruszek. Ale jak zaraz zobaczycie, bardzo pomocny.

– Załatwmy to szybko, bo biedak błyskawicznie się męczy – wtrąciła cicho Evan, a Mairin zerknęła na nią… z życzliwością! – Chodźmy.

Elfka ruszyła ku drzwiom zakrystii wiodącym do wnętrza kościółka. Mężczyźni karnie podążyli za nią. Orszak zamykała zjawa, frunąc nad ich głowami i nie bardzo przejmując się faktem istnienia ścian. Zatrzymali się na skrzyżowaniu nawy głównej z poprzeczną.

– Odsuńcie się. Musimy zejść tam – zakomenderowała Evan, wskazując podłogę.

– Tam jest mapa? – mruknął Desire. – No to mogliśmy szukać do upadłego.

Posadzka świątyni była jednolita. Przynajmniej do tej pory tak im się zdawało. Jednak kiedy elfka wykonała gest, jakby gładziła powietrze, dostrzegli, że proste tafle kamienne pokryte są zatartymi przez czas i buty mieszkańców napisami. Można było jedynie podejrzewać, że są to płyty nagrobne. W jednej z nich ukazały się zatopione w kamieniu metalowe kółka, których – a daliby za to głowę – wcześniej tam nie było.

Richard poczuł się nieswojo. Zakłuło go w piersi i na moment zabrakło tchu. Na szczęście nie był to początek ataku, a zwykłe emocje.

„Jeśli na cmentarzu pochowali wszystkich, to kto spoczywa tutaj?” – pomyślał i przełknął ślinę.

Wyjaśnienie było na wyciągnięcie ręki, tak więc wspólnie z Desire i Tancmistrzem wyciągnął dłoń ku metalowym uchwytom…

– Czekajcie! Sama to zrobię! – Rozkaz Evan osadził ich w miejscu. – Nie o ciężar kamienia chodzi, ale o zaklęcie blokujące.

Wyciągnęła ręce przed siebie, przymknęła powieki.

– Terminatus – szepnęła i jeszcze raz, tyle że z większą mocą: – Adsurgere!…

Dłonie elfki zaczęły zataczać kółka coraz wyżej i wyżej, usta powtarzały zaklęcie. Posadzka lekko zadrżała pod stopami. Nagle pierścienie zatopione w kamieniu wystrzeliły ku górze. Jak gdyby niewidzialna siła przełożyła przez nie drągi i wszystkie cztery jednocześnie szarpnęła. Między brzegami płyty a podłogą pojawiły się maleńkie szczeliny, z każdą chwilą wydłużające się i pogłębiające. Towarzyszył temu okropny zgrzyt kamienia o kamień. Kurz zatykający szczeliny znikł. Pomału płyta zaczęła się unosić.

Mężczyźni cofnęli się, patrząc z uznaniem i ciekawością to na Evangeline, to w głąb otwierającej się krypty. Płynnym gestem, jak gdyby tańczyła, Evan odesłała kamień nagrobny ku wannie z argemonią i tam pozwoliła mu delikatnie spocząć. Ciemna czeluść u jej stóp nie wyglądała zachęcająco, jednak kobieta zrobiła krok ku pierwszemu stopniowi, który się ukazał.

– Poczekaj! – Tym razem Tancmistrz łagodnie, acz stanowczo zatrzymał elfkę. – Pozwól sobie poświecić.