Wydawca: E-bookowo Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2011

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo
17,99 18,00
Do koszyka

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 221 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wietrzna kotlina - Marek Warchoł

Powieść dla dzieci i nie tylko.
Znajdziecie w niej mrożące krew w żyłach przygody, tajemnicze przepowiednie, podziemne labirynty i buzujące jeziora lawy.
Czyhają tam na was niebezpieczne zwierzęta, groźne wiedźmy i zrzędliwe karaluchy.
Waszymi przewodnikami będą: żarłoczny futrzak, gniewny smok i chochlik-wierszokleta.
Gdzie się znajduje Wietrzna kotlina? W odległej krainie fantazji czy w umyśle dziecka?
Jest to książka o przyjaźni, przezwyciężaniu smutków i lęków, potrzebie zrozumienia tego drugiego, obcego.
A także o skarbach, które można odnaleźć w zakamarkach własnego umysłu.

Marek Warchoł
Szczerze zachęcam do przeczytania mojej książki. Pragnę podziękować wszystkim, którzy byli dla mnie inspiracją i motywowali do pisania. Dziękuję zwłaszcza czwartemu muszkieterowi, tatusiowi Muminka, Bitelsom, kasztelanowi Mirmiłowi, bohaterom moich komiksów, którymi teraz opiekuje się pewnie Ropucha znad podziemnego jeziora, Paragonowi i Perełce, pewnemu bliskiemu mi bassetowi, Starej Pewnej Ręce i innym traperom z Dzikiego Zachodu, małpce Fiki-Miki, Tomaszowi N. N. i jego zwariowanemu pojazdowi, duszkom spod łóżka oraz Ambrożemu Kleksowi.
Do zobaczenia w następnej bajce!


Opinie o ebooku Wietrzna kotlina - Marek Warchoł

Fragment ebooka Wietrzna kotlina - Marek Warchoł

Marek Warchoł

Wietrzna Kotlina

© Copyright by Marek Warchoł & e-bookowo 

Grafika i projekt okładki: Katarzyna Zwolak-Ferber 

ISBN 978-83-62480-22-7

Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo www.e-bookowo.pl

Kontakt:wydawnictwo@e-bookowo.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody wydawcy zabronione 

Wydanie I 2011

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Ocalały fragment Starożytnej Przepowiedni

Przygotujcie Serca SwojeLiczne Was Czekają ZnojeGdy Na Świecie Wielki ZamętPrzez Kamienną Wkroczy Bramę(…)

Rozdział I

O karygodnym postępku żarłocznego Futrzaka i jego odkryciu w leśnej gęstwinieO krótkiej wymianie zdań między pewnym Karaluchem a pewnym SmokiemO tym, jaki jest najlepszy sposób na wiedźmy

Żarłoczek Tomik przybiegł truchtem, sapiąc i dysząc, z kosmatą głową dymiącą jak komin, bardzo czymś zaaferowany. Otworzył pulchny pyszczek i zawołał:

– Ech…!

I dodał:

– Puf…!

Po czym, nie mogąc wydusić z siebie żadnego dźwięku więcej, począł energicznie wymachiwać łapkami, zataczać nimi szerokie koła w powietrzu i wskazywać na coś nieokreślonego, powodując taki ruch powietrza, że Smok musiał mocniej naciągnąć perukę na uszy, bojąc się, by mu nie spadła.

– Oddychaj głęboko, o tak! – poradziła Łaskotka, demonstrując na przykładzie własnego nosa, jak powinien oddychać.

– Powiedzże wreszcie, co cię tak zbulwersowało?! – huknął Smok.

– Tam…! Tam…! – pisnął Żarłoczek Tomik przez zaciśniętą krtań. – Przed Ciemną Grotą! Puf, puf! Coś z niej wylazło! Jakaś przepotworna okropność!

Wszyscy jęknęli z wrażenia i otoczyli Tomika szczelnym wianuszkiem. Powiało grozą. Czyżby Starożytna Przepowiednia, którą straszyła ich Stara Fe, miała się spełnić? Zaczęto przekrzykiwać się i gestykulować, co wywołało taki wiatr, że peruka zsunęła się z głowy Smoka wprost pod jego nogi.

– Uciszcie się! – ryknął Smok, otrzepując perukę z kurzu. – A ty mów dalej!

Tomik odsapnął, prychnął dla dodania sobie rezonu i rozpoczął opowieść:

– Wybrałem się do lasu na złote malinówki, spodziewając się zebrać obfity plon po wczorajszej ulewie. Nie zawiodłem się! Moja ulubiona polana wprost lśniła od owoców! Gdy zjadłem już wszystkie, ruszyłem dalej, podążając za słodką wonią… I tak przechodziłem od krzaczka do krzaczka, z polanki na polankę, aż zapomniałem, żeby pamiętać, gdzie jestem i która jest godzina… Puf, puf…

– Ten obżartuch każdego roku ogołaca las ze złotych malinówek, nie myśląc wcale o innych! – zawołała z pretensją w głosie Babcia Patagonia, której Łaskotka powtórzyła prosto do ucha słowa Tomika.

– Ojej, i znowu nici z twoich pysznych pierożków, babciu… – zachlipała Łaskotka.

– Tia… – mruknął Kocur, łypiąc żółtym okiem.

– Uspokójcie się! – zahuczał Smok. – Teraz nie o pierożki się rozchodzi! Pozwólcie mu dokończyć, do stu tysięcy nafaszerowanych siarką baranów!

– Aż stu tysięcy? – zmartwił się Baranek.

– Zapuszczałem się coraz głębiej w las, aż nagle znalazłem się tuż przy Ciemnej Grocie, puf, puf! – ciągnął Żarłoczek Tomik. – Wyobraźcie sobie, że tam wprost roiło się od złotych malinówek! Powietrze niemalże spływało ich zapachem; owoców było tyle, że na krzaczkach brakowało miejsca na listki! Ach, cóż to była za nieziemska przepyszność!

– Żegnajcie na zawsze, pierożki. – szepnęła Łaskotka i otarła łzę.

– Trochę się wystraszyłem, kiedy zdałem sobie sprawę, gdzie jestem – mówił dalej Tomik z przejęciem. – Tyle wszak krąży niepokojących historii o Ciemnej Grocie… Było tu jakby trochę chłodniej i mroczniej niż w innych częściach lasu. Ale wnet zapomniałem o strachu – złote malinówki tak kusząco pachniały, puf, puf… – to mówiąc, Tomik przymknął powieki, mlasnął i oddał się marzeniom, zapominając na krótką chwilę o dramatycznym finale, do którego zmierzała jego opowieść.

– Co było dalej? Mów! – Niecierpliwili się wszyscy. Tomik ocknął się z zadumy.

– Zajadałem się w najlepsze malinówkami – ciągnął. – A gdy kończyłem oporządzać przedostatni krzaczek, zdało mi się, że słyszę jakiś szelest, puf, puf… Las pełen jest szmerów, ale ten od razu wydał mi się obcy, dziwaczny i jakby… nie z tego świata!

Wszyscy zamarli w oczekiwaniu na dalszy ciąg. Baranek nadstawił ucha, Łaskotka zacisnęła mocno piąstki, a Smok nerwowo szarpał perukę.

– Przestałem zajadać i zacząłem nasłuchiwać, puf, puf… Czułem tylko gęsty zapach malinówek i przyspieszone skurcze moich pięciu żołądków… Wtedy szelest powtórzył się; dobiegał wyraźnie od strony gęstych, czarnych krzaków porastających brzegi Ciemnej Groty… Sierść na grzbiecie stanęła mi dęba, ale postanowiłem podejść bliżej (tym bardziej, że w pobliżu Groty rósł ostatni owocowy krzaczek). Poczułem wyraźny chłód i mroźny powiew dochodzący z ciemnej czeluści, a potem znowu usłyszałem ten szelest, tym razem bardzo wyraźnie… Pomyślałem, że to z pewnością jakiś leśny gnom, puf, puf… I wtedy TO zobaczyłem!

– Ach! – wykrzyknęła Łaskotka i zbladła, czego jednak nikt nie zauważył z powodu ciemnej szczeciny porastającej jej drobną twarzyczkę.

– W gęstych zaroślach leżał jakiś stwór i budził się właśnie z twardego snu! – mówił dalej Żarłoczek Tomik, podskakując i wymachując kosmatymi łapkami. – Zauważyłem go akurat w momencie, gdy podnosił łeb z posłania… Spojrzał na mnie! Ach, spojrzał na mnie tymi swoimi wielkimi ślepiami… Potworna oziębłość!

– I co? I co było dalej? – dopytywali się wszyscy, oprócz Kocura, który zajęty był ziewaniem.

– Jak to, co? Wziąłem nogi za pas! Czy miałem czekać, aż pożre mnie na śniadanie? Dopiero się obudził, więc musiał być głodny – ja zawsze jestem śmiertelnie głodny, gdy się budzę… Pędziłem ile tchu przed siebie, minąłem Polanę Przy Starej Sośnie i wybiegłem z lasu w pobliżu Potoku Chochlików, skąd już prosta droga na naszą wyspę. Nie zatrzymałem się ani na chwilę! Tak się zmęczyłem, że czuję jakbym stał na dwóch cienkich słomkach, nie na własnych łapach!

Tomik spojrzał w dół, aby upewnić się, czy jego łapki wciąż jeszcze są jego łapkami.

– Ach, ach… – pojękiwała cicho Łaskotka.

– Tia… – wycedził Kocur.

– Radźmy, co czynić! – zasugerował Smok, odgarniając z czoła bujne loki peruki. – Przede wszystkim uważam, że pod żadnym pozorem nie wolno nam dać się ponieść emocjom. Musimy zachować się racjonalnie i myśleć trzeźwo.

– Dokąd ponieść…? Co ponieść…? – zdziwiła się Babcia Patagonia.

– Racja, racjonalnie! Racja, racja! – przytaknął energicznie Tomik.

– W obecnej sytuacji, w obliczu potencjalnego zagrożenia, nie powinniśmy ulegać lękom, które rodzą się w naszych sercach! – przemawiał dalej Smok, rozkoszując się własnym słowotokiem.

– Oczywiśśście, oczywiśśście! – dał się słyszeć cienki, syczący głosik dochodzący z siwej czupryny Babci Patagonii. – Sssmok ma sssłuszność! Wszyssstko trzeba dokładnie sssprawdzić i przemyśśśleć. Nie można bać się czegośśś, o czym nic się nie wie!

– Jak to: „nic się nie wie”?! – obruszył się Tomik. – Przecież wszystko wiernie wam zrelacjonowałem, puf, puf! Ta okropność miała na mnie chrapkę i łypała w moją stronę żarłocznymi ślepiami!

– Myśśślę, że do niczego nie dojdziemy, ssstercząc tu i dyssskutując – syczał Karaluch wynurzając się z fal babcinej siwizny. – Powinniśśśmy wszyssscy udać się natychmiassst do Ciemnej Groty!

– Do tego właśnie zmierzałem! – huknął Smok, niezadowolony, że to nie z jego strony padła ta odważna propozycja. – Nie obraź się, Tomiku, ale jest prawdopodobne, że twoja ocena co do intencji owego dziwnego osobnika mogła zostać zafałszowana wskutek nadzwyczajnych okoliczności, w jakich doszło do waszego spotkania…

– Wycena jakiej potencji? – zmieszał się Żarłoczek Tomik i zastrzygł uszami.

– Smok chce przez to powiedzieć, że byłeś zanadto objedzony malinówkami, by widzieć dobrze, co się dokoła ciebie działo! – przetłumaczył Baranek, stukając raciczkami z uciechy.

Ruszyli.

Nieco urażony Żarłoczek Tomik zamykał pochód; otwierał go Smok. Ich kroki dudniły rytmicznie, gdy szli południowym mostem łączącym wyspę z lądem. Wkroczyli w piękną zieloną dolinkę, której dnem płynął roztańczony Potok Chochlików. Kolor nieba oszałamiał świetlistością, potężne góry otaczające Wietrzną Kotlinę odznaczały się wyraźnymi konturami na tle błękitu. Przyroda nic sobie nie robiła z niepokoju, który żelazną obręczą zaciskał się wokół ich serc i żołądków. Tylko Baranek swawolił i brykał, wskakiwał w zarośla i wypadał z nich, chichocząc, kilka kroków dalej.

Dotarli do ściany lasu. Potok znikał wśród gęstego poszycia i milkł jego radosny plusk. Kroczyli między sędziwymi drzewami; omszałe konary plątały się w górze. Ciszę przerywał czasem lekki tupot nóżek leśnego gnoma, który jak przelotna myśl przebiegał im drogę.

Na jakiejś polanie, na gałęzi, siedziała Stara Fe.

– Ho, ho, cóż za dostojna procesja! – zawołała skrzekliwie, dyndając kościstymi nogami. – Zbieracie złote malinówki? Mam dla was złą nowinę: podobno jakiś nieznośny obżartuch ogołocił z nich cały las, chi, chi, chi!

– Nie dokuczaj nam, Fe! – mruknął Smok niechętnie. – To nieodpowiednia pora na żarty.

– Proszę, proszę, stary Markiz coś dzisiaj wyjątkowo poważny. – wiedźma zmrużyła przenikliwie oczy. – Uważaj na swą perukę, Markizie – gałąź może ci ją strącić!

– Zejdź no tylko stamtąd, moja droga, a zobaczysz! – zawołała groźnie Babcia Patagonia unosząc swą złowrogą obosieczną laskę. Stara Fe zbladła.

– Wolę pozostać tu, gdzie jestem – odparła. – Ale, ale, czy nie zmierzacie przypadkiem w kierunku Ciemnej Groty?

Łaskotka schowała się za Smokiem, wystawiając zza jego pleców koniuszek nosa. Kocur ziewał; Żarłoczek Tomik drżał cały ze strachu. Baranek gdzieś przepadł.

– Owszem, idziemy tam – rzekł Smok z godnością, starannie modulując głos. – To jedyne miejsce w lesie, w którym mogło ostać się kilka złocistych malinówek.

– Muszę cię po raz kolejny zmartwić, Różany Markizie! – zagdakała Stara Fe stając na swojej gałęzi. – Istotnie, jeszcze godzinę temu był tam jeden ocalały krzaczek, ciężki od owoców, ale przyszedł ktoś głodny, ktoś barrrdzo głodny – a przyszedł, jak mi się zdaje, wprost z ciemnej otchłani…

– O, nie. – pisnęła Łaskotka dygocząc za szerokimi plecami Smoka.

– Nie radzę wam tam iść w tej chwili, o nie… – skrzeczała Fe. – ON właśnie kończy śniadanie, ale jeden owocowy krzaczek z pewnością nie nasycił jego głodu!

– M-m-mówiłem w-w-wam, p-p-puf, p-p-puf! – jęknął Żarłoczek Tomik. – W-w-wracajmy lepiej! W d-d-domu zastanowimy się, c-c-co dalej robić!

– Przypomnijcie sobie słowa Starożytnej Przepowiedni! Nie lekceważcie moich ostrzeżeń! – wołała Stara Fe, wznosząc do góry suche ręce. Wszystkich obleciał strach; nawet Smok nie zdołał powstrzymać mrówek, które przebiegły mu po grzbiecie.

Nagle Stara Fe wrzasnęła przeraźliwie, jej łysy ogon mignął w powietrzu i nie wiedzieć, kiedy znalazła się na ziemi, rozcierając zbolałe miejsce i rozglądając się dokoła ze zdziwieniem. Z zarośli wypadł Baranek, rechocząc złośliwie.

– A to ci hultaj! – zawołał Smok. – Podkradł się do Fe i strącił ją z drzewa! Nie wstyd ci, łobuzie, zasadzać się na starszą kobietę? Kiedyś jeszcze pożałujesz tych swoich hec!

A jednak psota Baranka wyraźnie poprawiła wszystkim humory. Posępny nastrój prysł wraz ze Starą Fe, która albo wzięła nogi za pas, albo rozpłynęła się w powietrzu, jak to zwykle wiedźmy mają w zwyczaju.

ROZDZIAŁ II

O walecznej szarży Babci PatagoniiO tym, do czego może służyć pudełko po zapałkachO Labiryncie, Królu Smucie i kilku innych starych legendach

Szli wąską, ciemną ścieżką, aż dotarli do podnóża skalnej ściany, wzlatującej stromo w górę i znikającej hen, pośród chmur. Nagie, pionowe zbocza, widziane z tak bliska, zawsze ich oszałamiały. Zadzierali głowy, próbując przebić się wzrokiem przez chmury i dojrzeć wyższe partie skał – te ponure obszary, do których tak rzadko docierała żywa istota…

Przedzierali się powoli przez gęste zarośla. W miarę zbliżania się do Ciemnej Groty ich czujność rosła, a niepokój ponownie zaczynał o sobie przypominać. Wreszcie dotarli do celu…

– Ciii… – szepnął Smok rozchylając gałęzie. – Coś tam jest…

– Co widzisz? Mów! – dopytywał się Baranek, stukając niecierpliwie raciczkami.

– Nie róbcie tyle hałasu! – strofowała ich Babcia Patagonia, łamiąc wszystkie możliwe gałązki, które znalazły się pod jej stopami.

Łaskotka uchwyciła się ramienia Tomika, który poczuł się niezwykle dumny i prawie zapomniał o strachu. Wśród zarośli płonęło żółte oko Kocura.

– Widzę go, siedzi w krzakach zarastających wejście do Ciemnej Groty… – szepnął Smok z przejęciem. Peruka, przekrzywiona i zmierzwiona, opadła mu na czoło.

– Puf, puf… – sapał Żarłoczek Tomik.

– Atakujemy? – spytała Babcia Patagonia, wojowniczo pusząc ogon i unosząc laskę.

– Powinniśśśmy wszyssstko dokładnie przemyśśśleć… – rozległ się piskliwy głos dochodzący z gęstej babcinej czupryny. – Nie podejmujmy żadnych kroków bez rozezzznania sssytuacji…

– Hm, to coś wcale nie wygląda jak bardzo-bardzo-bardzo straszny potwór – mruknął Smok drapiąc się w czubek głowy.

– Ale z pewnością jest bardzo-bardzo strasznym potworem, czyż nie? – dopytywał się Tomik.

– Prawdę mówiąc, nie wygląda nawet na bardzo strasznego potwora. – odparł Smok. – Przynajmniej z tej odległości…

– Może wyślemy na ochotnika kogoś, kto spróbuje z nim pertraktować? – zaproponował Tomik, dumny, że może popisać się znajomością trudnego słowa.

– Atakować!? A więc do dzieła! – niespodzianie wrzasnęła Babcia Patagonia, wyskakując z zarośli na polanę i wymachując swą złowrogą laską.

– Ojej! Ojej! Ssstój! Co robisz? – piszczał Karaluch wplątany w jej grzywę. – Mieliśśśmy być rozważni!

– Odważni!? A jakże! Do boju! – zawołała Babcia, szarżując z impetem. Zanim pozostali zdołali wygramolić się z zarośli, była już przy Ciemnej Grocie.

– Patagonio! – wołał za nią Smok. – Stójże, do stu tysięcy baryłek zjełczałego masła!

– Ach, on ją pożre! – piszczała przerażona Łaskotka, gryząc swe małe piąstki.

– Na co czekacie, pomóżmy jej! – krzyknął Baranek.

W tym samym momencie Babcia zatrzymała się przed Grotą i opuściła swą śmiercionośną broń, jakby coś powstrzymało ją przed kontynuowaniem natarcia. Stała tak, niezdecydowana, drapiąc się za uchem. Po sekundzie pozostali dołączyli do niej. Znieruchomieli…

U wylotu Groty, na pogniecionym listowiu, siedziała w kucki maleńka istota. Wpatrywała się w nich dużymi niebieskimi oczami, drżąc na całym ciele.

Ciszę przerwał Żarłoczek Tomik.

– Faktycznie, to opędzlowało cały krzaczek – stwierdził.

Smok zgromił go surowym spojrzeniem.

– Mówiłeś, zdaje się, o jakiejś „przepotwornej okropności”? – przedrzeźniał go zgryźliwie.

– Wydawała mi się wtedy dużo bardziej przepotworna – odparł Tomik, czerwieniąc się ze wstydu pod swym kudłatym zarostem.

Baranek zachichotał i zbliżył się o krok do leśnego stworka, zamierzając dotknąć go raciczką w czubek nosa.

– Nie ruszaj go, może być czymśśś zarażony…! – pisnął Karaluch. Baranek cofnął się jak oparzony.

– I wy kazaliście mi go atakować? Czy to nazywacie odwagą – tak napadać na niewinne maleństwo? – wyrzucała Babcia Patagonia, ciskając na wszystkich błyskawice zza grubych szkieł.

– Nie atakować, tylko pertraktować, Patagonio… – cierpliwie tłumaczył Smok.

– Peklować? To małe stworzonko? Jak mogłeś o czymś takim pomyśleć, kanibalu! – oburzyła się Babcia.

– Ależ ono jest takie milutkie! – pisnęła Łaskotka i wbrew protestom Karalucha pogłaskała stworka po głowie.

Duże niebieskie oczy patrzyły z przestrachem.

– Jest jakiś taki… nieowłosiony – ocenił Tomik.

– Faktycznie, zupełny golas, jak leśny gnom! – przytaknął Baranek.

– Chyba się was boi! – stwierdziła Babcia Patagonia. – Wcale mu się nie dziwię… Brutale!

– Ssstanowczo protessstuję! – piszczał Karaluch, poruszając nerwowo wąsami. – Nie możemy dać się zwieśśść jego niewinnemu wyglądowi! To ssstara sztuczka! Powinniśśśmy go natychmiassst wygnać! Niech wraca tam, ssskąd przybył! Sio! Sio, goła poczwaro!

Smok odkaszlnął, poprawił perukę by nadać sobie godności i rzekł:

– Mości Karaluchu, sam przekonywałeś, że nierozsądnie jest decydować o czymś bez wcześniejszego, gruntownego rozpatrzenia sprawy. Przyjrzyjmy się zatem naszej sprawie! Co widzimy? Małe, biedne, zagubione stworzonko, które trzęsie się ze strachu przed nami! Dlaczegóż więc mielibyśmy go krzywdzić? Czy tylko dlatego, że czuliśmy przed nim strach, a teraz to on boi się nas?

– Wnoszę sssprzeciw! – charczał Karaluch. – To wszyssstko gra pozzzorów, prowadzona po to, by uśśśpić naszą czujnośśść! Wilk zzzawsze przybywa w przebraniu owcy, czyż nie wiecie o tym? Nie dajmy się zwieśśść!

– Zjeść? Chcesz go zjeść? O, tego już za wiele! Doigrałeś się! – to mówiąc Babcia Patagonia wyłuskała wierzgającego Karalucha z gąszczy swej czupryny i schowała go do pudełka po zapałkach, które zawsze nosiła w kieszeni w tym właśnie celu, by móc w razie potrzeby poskromić zapędy nieznośnego lokatora.

Wszyscy odetchnęli z ulgą.

– A jednak Karaluch mógł mieć odrobinę słuszności – rzekł Smok po chwili namysłu. – Nie oznacza to, rzecz jasna, byśmy mieli postąpić niegodnie z tym małym stworkiem. Ale nie zawadzi zachować odrobiny ostrożności.

– Ależ Smoku, spójrz tylko, to przecież takie śliczne, niewinne zwierzątko! Zobacz, jak na nas patrzy, jakie jest przestraszone! – chlipała Łaskotka, która już zdążyła pokochać małą istotkę o niebieskich oczach za to właśnie, że była małą istotką o niebieskich oczach.

– Co proponujesz, Smoku? – spytał Żarłoczek Tomik. We wszystkich ważkich kwestiach zawsze radzono się Smoka.

– Myślę, że powinniśmy poddać go kwarantannie – odparł Smok poważnie.

– Podlać w kwadratowej wannie? To najgłupszy pomysł w całej twej karierze! – po raz kolejny szczerze oburzyła się Babcia Patagonia.

– A co to takiego, ta kwantowanna? – spytała Łaskotka, pełna obaw o los leśnego maleństwa.

– Kwa-ran-tan-na. – Smok wyraźnie zaakcentował każdą sylabę. – Chodzi mi o to, że powinniśmy umieścić go w jakimś odosobnionym miejscu, z którego nie będzie mógł uciec, i prowadzić skrupulatną obserwację jego zachowań. Jeżeli obawy Karalucha są słuszne i to zwierzątko przybyło tu we wrogich zamiarach, to podczas okresu kwarantanny będzie musiało zdradzić się w jakiś sposób!

– Czy to możliwe, żeby jedno słowo zawierało w sobie tyle skomplikowanej treści, puf, puf? – zasępił się Żarłoczek Tomik.

Łaskotka zaszlochała cicho z żalu, lecz nie rzekła ani słowa, wiedząc, że jej protest nie na wiele by się zdał. Nikt zresztą nie odważył się przeciwstawić słowom Smoka, zwłaszcza, że spotkanie ze stworkiem przypomniało im o Starożytnej Przepowiedni…

Według słów owego strasznego proroctwa spokojną krainę, którą zamieszkiwali, miał nawiedzić niebawem Wielki Zamęt, który przyniesie ze sobą wiele trosk i smutków. Niebezpieczeństwo miało wkroczyć przez tajemniczą Kamienną Bramę, którą, według najbardziej rozpowszechnionej interpretacji, miała być właśnie Ciemna Grota, ciesząca się skądinąd nie najlepszą sławą. Nic dziwnego więc, że każde niecodzienne wydarzenie rozgrywające się w pobliżu Groty wzbudzało niepokój i skłaniało do zdwojenia ostrożności…

– Czy myślicie, że on przyszedł… stamtąd? – spytał z trwogą Tomik, wskazując w stronę ciemnej czeluści.

– Na to wygląda – odparł Smok.

– Mógł spaść z nieba – zasugerował Baranek. – Może jakiś orzeł niósł go w szponach do gniazda jako smakołyk dla swych młodych i upuścił przez nieostrożność?

– Myślę, że wówczas niewiele by z niego zostało – stwierdził Smok po chwili namysłu.

– A zatem przybył… z Labiryntu? – szepnął Tomik, przełykając ślinę i czując, jak włosy na grzbiecie kolejny już raz tego dnia stają mu dęba.

– Och, to okropne! – jęknęła Łaskotka. – Jak on to wytrzymał? Takie maleństwo… W tym ponurym miejscu…

– Tylko bez paniki! Pogłosek o istnieniu Labiryntu nikt jak dotąd nie potwierdził – upomniał ich Smok. – Zamiast pleść bzdury, zastanówcie się lepiej, co dalej czynić… Mam już pewien plan, ale jeżeli nie pozwolicie mi się skupić przez kilka sekund, będziemy tu sterczeć do wieczora!

Zapadła cisza. Smok dotknął czoła wskazującym pazurem w geście wyrażającym intensywną pracę umysłową. Żarłoczek Tomik rzucał zatrwożone spojrzenia w stronę Groty, próbując dojrzeć coś w nieprzeniknionej czerni, która rozlewała się w jej wnętrzu.

Od dawien dawna na temat Ciemnej Groty krążyły rozmaite legendy… Opowiadały one o podziemnym Labiryncie, którego rozmiarów nikt nie był w stanie sobie wyobrazić, a do którego można było dostać się właśnie przez Grotę. Każdy z tysiąca korytarzy Labiryntu był bliźniaczo podobny do pozostałych; niektóre ciągnęły się kilometrami po to tylko, by nagle zakończyć ślepą ścianą, a inne roiły się od zmyślnych pułapek rozplanowanych przez szalonego architekta. W najgłębszej części Labiryntu żyły tajemnicze, groźne zwierzęta, które nie widziały nigdy słońca ani nie czuły kropli deszczu na skórze. Jeden z mitów opowiadał o władcy Labiryntu, groźnym Królu Smucie, czyhającym na zagubionych wędrowców, by uczynić z nich swoich niewolników i nigdy już nie wypuścić na światło dnia…

Historie te powtarzano sobie od niepamiętnych czasów. Czy w nie wierzono – trudno powiedzieć… Nikt nie zapuścił się nigdy do wnętrza Ciemnej Groty, by sprawdzić, czy w starych legendach tkwiło choćby ziarnko prawdy.

Na wszelki wypadek unikano tego miejsca, o ile tylko było to możliwe. Smok bywał tam sporadycznie, zwykle towarzysząc Babci Patagonii, która w tych okolicach zbierała owoce złotej malinówki i rzadkie zioła, pomocne przy rozmaitych dolegliwościach. Łaskotka i Tomik nie przepadali za spacerami w ponurych częściach lasu; również Baranek omijał to miejsce z daleka, choć nie należał do przesądnych zwierzaków. Tylko o marszrutach Kocura nikt nie wiedział nic pewnego.

Pojawienie się nieznajomej istoty w pobliżu Ciemnej Groty wzbudziło we wszystkich sercach niepokój i zrodziło wiele wątpliwości, których w żaden sposób nie umieli rozwiać. Cóż ten niebieskooki stworek mógł mieć wspólnego ze Starożytną Przepowiednią? W jaki sposób znalazł się w ich krainie? Jaką misję miał do spełnienia? Czy łączyło go coś z legendą o Labiryncie i jego posępnym władcy…? Pytania te, choć nie zostały wypowiedziane, przepłynęły między nimi jak białe chmurki czy mydlane bańki, które pryskają w zetknięciu z rzeczywistością.

Tymczasem maleńki Stworek wciąż wpatrywał się w nich lękliwie i drżał jak gałązka na wietrze.

Rozdział III 

O prastarych smoczych zwyczajach i o tym, czy mogą mieć zastosowanie współcześnieO pewnym Chochliku wierszoklecieO tajemniczej czerwonej łunie i o tym, co wzrusza Łaskotkę do łez

Po dłuższej chwili milczenia Smok przemówił, z godnością potrząsając lokami swej peruki:

– Dokładnie wszystko przemyślałem! Ułożyłem kompletny plan działania. Posłuchajcie!

Wszystkie oczy i uszy skierowały się w stronę pokrytej łuskami paszczęki.