Wierzeje Czasu - Katarzyna Żak - ebook
Opis

Wierzeje Czasu” — powieść paragrafowa. Na granicy czasów, pomiędzy XIX-wiecznym Krakowem a futurystycznym miastem XXIV wieku toczy się gra o przetrwanie uniwersum. Eliris Vermeer musi przystać na pomoc Christiana Deweya. Mają przed sobą niełatwe zadanie: zdobycie posady szefa Instytutu do spraw badania Wierzei Czasu. Czy uda im się uniknąć mordercy i nie zgubić ścieżki w labiryncie światów? Ich losy są w Twoich rękach!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 615

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Katarzyna Żak

Wierzeje Czasu

Kraków Anno Domini…

© Katarzyna Żak, 2018

„Wierzeje Czasu” — powieść paragrafowa. Na granicy czasów, pomiędzy XIX-wiecznym Krakowem a futurystycznym miastem XXIV wieku toczy się gra o przetrwanie uniwersum.

Eliris Vermeer musi przystać na pomoc Christiana Deweya. Mają przed sobą niełatwe zadanie: zdobycie posady szefa Instytutu do spraw badania Wierzei Czasu. Czy uda im się uniknąć mordercy i nie zgubić ścieżki w labiryncie światów?

Ich losy są w Twoich rękach!

ISBN 978-83-8155-062-8

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

Wierzeje Czasu. Kraków Anno Domini…

Udaj się w wędrówkę w czasie, od IV do XXIV wieku.

Przygoda, w której przeszłość przeplata się z przyszłością, a każda decyzja może mieć wpływ na losy świata.

To podróż, która odsłania zagadki dziejów.

Twoim oczom ukaże się Kraków, jakiego jeszcze nie znasz. Jakiego nawet się nie spodziewasz… Pełen uroków i tajemnic, osnuty mrokiem dziejów, pokryty patyną wieków, naznaczony piętnem zbrodni. Gdzieś w zaułkach najbliższych dni czai się morderca.

W pogoni za skarbami przeszłości toczy się walka o istnienie przyszłości.

Lecz pamiętaj: osnowa świata to delikatna materia.

Jeden nieopatrzny ruch, a pęknie ona w szwach.

Podróż. Przygoda. Zagadka.

Czy odważysz się z nią zmierzyć?

www.wierzejeczasu.pl

Przejdź do 1.

1

Szanowny Podróżniku

Wyruszając w podróż pamiętaj, że przebiega ona między dwoma skrajnościami: z jednej strony — masz wolną wolę i decyzję wyboru drogi, którą chcesz podążać, z drugiej strony — nie zapominaj, że jesteś marionetką w rękach losu, który niejednokrotnie potrafi zaskoczyć. A więc, gdy staniesz na rozstajach, w Twej gestii jest wybór dalszego działania, wybieraj więc rozsądnie mając na uwadze cel tej podróży.

Co do reguł, którymi kieruje się Wszechświat… Czas upływa nieubłaganie, czasem się nawet nie spostrzeżesz…, paradoksy są uśmiechem losu, który może zgasnąć, a Wierzeje w pewnym momencie mogą się przed Tobą zatrzasnąć. Tu również masz wybór: albo podporządkujesz się narzuconym z góry prawom, albo je zignorujesz.

Jeśli wybierzesz pierwszą opcję — nie zapomnij o dzienniku podróży. Pokonując progi czasu sumiennie znacz swe działania, aby labirynt światów Cię nie pochłonął. Notatki na tę podróż znajdziesz w dalszej części mych zapisków. Skopiuj je wiernie i trzymaj się wytyczonego szlaku.

Jeśli jednak jesteś dzieckiem szczęścia, które los zwykł brać pod swe skrzydła — wówczas druga opcja jest Ci pisana i nic Cię nie będzie ograniczać. Wędruj swobodnie bez presji po zakamarkach czasu, korzystaj z przychylności gwiazd i przyjaznych ludzi na progu Wierzei Czasu. Wówczas dziennik podróży będzie Ci zbędnym balastem.

Decyduj więc i ponoś konsekwencje własnego wyboru.

Powodzenia i, być może, do zobaczenia.

Zygmunt Wiatorski

Jeśli chcesz grać z ograniczeniami przejdź do 2.

Jeśli grasz bez ograniczeń przejdź do opowiadania „Powrót ad fontes” — 3 lub streszczenia „Powrotu ad fontes” — 4.

2

Karta z DZIENNIKA PODRÓŻY

Pamiętaj o ograniczeniach w podróży...

Dwa rzuty kostką określą Twoje możliwości. Zaznacz kontury tylu kratek ile oczek w sumie wypadło. Każdorazowo, gdy trafisz na swej drodze na informację o zaznaczeniu przejścia, czasu lub paradoksu - odnotuj to na karcie podróży.

Odwiedzone lokalizacje:

____________________________________________________________________

____________________________________________________________________

____________________________________________________________________

____________________________________________________________________

____________________________________________________________________

____________________________________________________________________

Przejdź do opowiadania „Powrót ad fontes” — 3 lub streszczenia „Powrotu ad fontes” — 4.

3

„Powrót ad fontes”

Kraków, 25 marca 2025, wtorek, godzina 11.15.

Wiktoria nigdy nie przyznawała się do własnego wieku. Ale w tym momencie z całą przytłaczającą świadomością poczuła ciężar swych siedemdziesięciu dwóch lat. Próbowała rozprostować plecy, ściągnąć łopatki i dumnie unieść podbródek, ale nic z tego. Dopadło ją zmęczenie, mięśnie zastały się od bezruchu i niewygodnej pozycji. Już od ponad godziny tkwiła w bramie jednej z kamienic przy Mikołajskiej i spoglądała na znajdującą się naprzeciwko księgarnię. Musiała się upewnić, że jej wnuczka nie sprzeniewierzy się zapisom testamentu i podąży wyznaczonym śladem.

Wiedziała, że Eliris jest wystarczająco bystra i zdeterminowana, by pogrzebać jej legendę i odciąć się od dokonań babki. Wiedziała również, że wnuczce potrzebne jest do tego jedno jedyne spektakularne odkrycie. Wiktoria jednak aż za dobrze znała następstwa ingerencji w linie czasowe. Zdawała sobie sprawę, iż najdrobniejszy błąd oznacza zaprzepaszczenie lat pracy, więc z jawną ulgą odetchnęła widząc, jak Eliris w towarzystwie młodego mężczyzny wchodzi przez zielone drzwi do wnętrza sklepu. Skinęła głową sama do siebie i powoli ruszyła w kierunku wewnętrznego dziedzińca, z którego było przejście na sąsiednią ulicę. Nie wiedziała ile czasu zajmie jej wnuczce rozmowa z księgarzem, nie zamierzała się jednak o tym przekonywać. Ich spotkanie byłoby zbyt ryzykowne. Cóż… Eliris pochowała ją już dawno temu, a zmarłych, zresztą tak jak pamięć o nich, należy zostawić w spokoju.

Przekonała się, że wszystko idzie zgodnie z planem, najwyższa więc pora wracać do swojego stulecia. I umrzeć — dodała w myślach z rozbawieniem. Wiedziała, że gdy tylko przekroczy próg czasu natknie się na Richarda Deepre. A on nie pozostawi jej długo wśród żywych. Mogła tylko liczyć na to, że krnąbrna wnuczka tym razem jej nie zwiedzie i sama nie pozwoli się zabić. Teraz wszystko — pomyślała z pewnym niepokojem — zależy już wyłącznie od Eliris.

Kraków, dzień wcześniej — 24 marca 2025, poniedziałek, godzina 8.35.

Tylko w tym czasie można usłyszeć o klasycyzmie Herberta siedząc przy porannej kawie — stwierdziła z rozbawieniem Eliris przysłuchując się rozmowie przy sąsiednim stoliku. Dzień zapowiadał się nadzwyczaj pogodnie. Po porannym deszczu nie było już nawet śladu. Przyszła chwila na zastanowienie i uzupełnienie notatek w dzienniku podróży. Jak każdy wędrowiec Eliris miała obowiązek prowadzenia dokładnych zapisków — na wypadek zawirowań na liniach czasoprzestrzeni. No cóż… Wędrówki do przeszłości należały, z teoretycznego punktu widzenia, do nadzwyczaj niebezpiecznych. Nielicznym udawało się zdobyć licencję na przemieszczenia, a i tak wydawane były one rzadziej niż koncesje na tworzenie własnych klonów.

Przekraczając Wierzeje Czasu niejednokrotnie zastanawiała się nad ich fenomenem. I nad wszelkimi pułapkami, które na jej drodze stawiała przeszłość. Najmniejsza ingerencja mogła zmienić bieg wydarzeń i wpłynąć na tworzącą się właśnie linię czasoprzestrzeni, ale o tym wiedział dokładnie każdy z podróżujących. I dlatego też Eliris, której rodzinna tradycja przeznaczyła los odzyskiwacza książek, już od najmłodszych lat przyzwyczajana była do prowadzenie dokładnych dzienników. W tej chwili jej prywatna kolekcja obejmowała już ponad osiemdziesiąt tomów. Zgodnie z naukami babki — nigdy nie rozstawała się z notatnikiem, a zapiski prowadziła zawsze własnoręcznie. Był to zwyczaj wyróżniający się na tle obyczajów jej czasów, gdyż umiejętność odręcznego pisania była zdolnością dostępną już tylko nielicznym.

Dla Eliris Vermeer była to ósma wyprawa w przeszłość. Od daty jej własnych narodzin dzieliło ją w tej chwili ponad trzysta lat. To kawał czasu. Jej własne życie zdawało się teraz odległym snem, z którego zbudziła się, by powrócić do rzeczywistości. O wiele lepiej czuła się we wcześniejszych wiekach. Może dlatego, że w swoim własnym czasie musiała się wciąż mierzyć z rodzinną tradycją i legendą, jaką wokół siebie stworzyła jej babka Wiktoria. A to nie było łatwe — być na każdym kroku do niej porównywaną.

Siedząc w krakowskiej kawiarni zapisywała po kolei etapy podróży z Budapesztu. To tam zakotwiczono jeden z dwunastu progów czasu istniejących na Ziemi. Nigdy, od momentu ich odkrycia w 2096 roku, nie udało się dodać nowego przęsła do sieci. Współczesna nauka nie znajdywała wyjaśnienia dla funkcjonowania wierzei i z tego powodu, obawiając się ukrytych pułapek, wciąż ograniczano ich użycie. Dlatego też podróżnicy w czasie byli zdeterminowani ich rozmieszczeniem na globie. Eliris należała do nielicznych, których ten układ cieszył.

Dworzec kolejowy, biegnące szybko za oknem krajobrazy, krótkie notatki o spotkanych w przedziale współpasażerach, uwagi o ich rozmowach i o własnych, jakże ograniczonych odpowiedziach. Skrzętnie czyniła zapiski. Ubiory danego czasu zawsze ją fascynowały, była to swoistego rodzaju przebieranka, tak jak wielki bal maskowy, który wymaga odpowiednich strojów, znajomości zasad i obyczajów, i umiejętności wtopienia się w tłum. Tak też było z każdą z jej podróży…

Jeszcze kilka uwag o ostatniej rozmowie z operatorem i Richardem, którą odbyła tuż przed skokiem. Znów przestrzegali ją przed wszelkimi nieplanowanymi zakupami. Tak jakby sama dokładnie nie zdawała sobie sprawy z wszelkich zakazów narzuconych podróżnikom.

Swoje uwagi skończyła opisując kawiarnię i stoliki na wolnym powietrzu. Na każdym z nich ustawione były świeczka i mały bukiecik konwalii. Zastanawiała się, czy jeszcze nie za wcześnie na te kwiaty, ale botanika historyczna nie była akurat jej mocną stroną. Wzruszyła ramionami. Słysząc bicie dzwonów zerknęła na zegarek. Była dokładnie dziewiąta.

— Trzy minuty to za mało. Pięć to już nieścisłość — mruknęła cicho z pewną irytacją.

Wpajane od dzieciństwa zasady zawsze brały górę, nie było nawet sensu starać się ich zmieniać. Ukształtowano ją na doskonałego odzyskiwacza książek i tym właśnie była. Zapisała godzinę: 9.04. Zamknęła dziennik i starannie włożyła go do torby. Najwyższy czas ruszać sprawdzić skrytkę.

Kraków, 24 marca 2025, poniedziałek, godzina 9.00

Spoglądając zza załomu muru widział jak Eliris wstaje od stolika. Najwyższy czas — pomyślał z ulgą. Jeszcze kilka minut. Jak na razie wszystko zgadzało się z danymi, jakie otrzymał. Zerknął na zegarek. Czas powoli odmierzał ostatnie minuty.

Christian obserwował zbliżającą się do niego dziewczynę. Wyglądała dokładnie tak, jak na zachowanych podobiznach. Raczej wysoka, z włosami układającymi się w miedziane loki. Szła pewnie na wysokich obcasach z torbą przewieszoną przez ramię, kończąc ciastko zabrane z kawiarni. Jeśli to wszystko, co o niej słyszał, było prawdą, to czekało go ciężkie zadanie. Zmarszczył brwi ponownie zerkając na zegarek. Niecałe dwie minuty, a ona wciąż była daleko. Z trudem powstrzymał się, by do niej nie podejść. Musiał czekać. Stukot jej obcasów odmierzał czas…, z każdym krokiem zbliżała się do niego.

W momencie, gdy się z nim zrównała, chwycił ją mocno za ramię i wciągnął gwałtownie do bramy. Szybko przytrzymał jej rękę wyszarpującą z kieszenie paralizator. Trzeba było przyznać, że ma refleks. W błękitnych oczach Eliris zaskoczenie powoli ustępowało miejsca wściekłości.

— Puszczaj! Co ty sobie… — zaczęła.

— Uspokój się. Nie teraz.

Musiał silnie przytrzymać szamoczącą się dziewczynę, która w tym momencie spróbowała nadgarstkiem złamać mu nos. Spojrzał na nią z dezaprobatą.

— Może zaczekasz z tym choćby trzy minuty?

Eliris spojrzała na niego z uwagą mrużąc lekko oczy. Powoli skinęła głową. Przynajmniej tyle na razie udało się osiągnąć. Spojrzał jeszcze raz za załom muru, rzucił okiem na zegarek i szybko się wycofał ciągnąc ją dalej w głąb przejścia.

Kraków, 24 marca 2025, poniedziałek, godzina 9.03

Edward nie miał złudzeń co do swej przyszłej żony. Jeśli na dwa miesiące przed ślubem była w stanie wyciąć mu taki numer i pójść do łóżka ze swoim byłym chłopakiem, to raczej nie wróżyło dobrze temu związkowi. Zresztą nie ma co mydlić oczu, stwierdził filozoficznie popijając poranne espresso. Sam sobie był winien. Nikt normalny nie oświadcza się dziewczynie po dwóch tygodniach znajomości. Musiało mu coś na mózg paść, ale teraz, późno bo późno, odzyskiwał jasność widzenia. Z tego ślubu nic nie będzie. Szkoda tylko kasy, którą zdążył już wpakować w tę całą szopkę. Zamiast tego mógł jechać na Kubę, lub choćby do Syrii. A tu…? Ani wycieczki, ani żony. Dopił kawę i zdecydowanie odstawił filiżankę na spodek. Pora zabierać się i iść na zajęcia. Studenci pewnie już czekają.

Nie zdążył jednak podnieść się z krzesła, gdy oślepiło go jasne niebieskie światło. Co za cholera?, zdążył pomyśleć. Chwilę później powietrzem wstrząsnęła eksplozja. Ludzie siedzący przy stolikach osunęli się bezwładnie na ziemię. Niektórzy broniąc się przed upadkiem próbowali chwytać stołów i obrusów. Rozległ się brzęk tłuczonego szkła.

Wszystko to trwało raptem kilka sekund.

W kawiarni na podłodze leżało dziewięć martwych ciał.

Kraków, 24 marca 2025, poniedziałek, godzina 9.04.

Chociaż znajdowali się dobrych kilkadziesiąt metrów od centrum wybuchu i osłaniał ich mur kamienicy — bezgłośna fala, która uderzyła w nich po eksplozji, wyrywała powietrze z płuc. Eliris osunęła się po ścianie i ciężko usiadła na ziemi. Przycisnęła zwinięte w pięść dłonie do klatki piersiowej i mocno zacisnęła powieki.

Christian przykucnął przed nią. Nic w tej chwili nie mógł zrobić. Nie była uodporniona na ten rodzaj promieniowania. Broń, która właśnie wybuchła w krakowskiej kawiarni, nie pochodziła z jej czasów, siłą rzeczy więc nie miała wszczepionej żadnej ochrony.

Jak przez mgłę słychać było ludzkie krzyki i płacz, chrzęst deptanych odłamków… W dali brzmiały już syreny. Przez uchylone skrzydło bramy widział, jak coraz więcej ludzi podąża w kierunku miejsca eksplozji. Nie mogli tu zostać. Trzeba było bezpiecznie dotrzeć do mieszkania i zastanowić się, co dalej. Czas uciekał. Zabójcy czaili się gdzieś wśród zakamarków najbliższych dni.

Szli wolno Plantami okrążając centrum i kierując się w stronę Karmelickiej. Eliris od czasu do czasu zerkała na swojego towarzysza. Postawny i wysoki, dwadzieścia pięć, siedem lat według miary XX wieku, co w jej czasach da jakieś trzydzieści pięć do czterdziestu — oceniła. Okulary w cienkich oprawach. Zastanawiała się, czy to kwestia dostosowania się do tego czasu, czy też maniery.

Wcześniej nie zaprotestowała, gdy postawił ją na nogi i poprowadził w głąb podwórza. Jak większość kamienic i ta miała bramę wychodzącą na sąsiednią ulicę. Przeszli kilkadziesiąt metrów nie oglądając się za siebie.

— Teoretycznie powinnam była właśnie zginąć — zaczęła spoglądając na jego skupioną twarz.

— Teoretycznie… Według moich informacji właśnie zginęłaś. I dobrze. Na szczęście większość jest o tym święcie przekonana — stwierdził. — Dzięki temu będziemy w stanie uratować ci życie.

— Czyli na razie ocaliło mnie przyzwyczajenie wpojone przez Wiktorię… Nie pytasz jakie przyzwyczajenie — dodała po chwili — więc zakładam, że wiesz. Tak samo jak musisz wiedzieć kim jestem ja i kim była Wiktoria. Mam rację?

Skinął głową.

— Trzy minuty to za mało. Pięć to już nieścisłość w czasie. Cztery dadzą ci przewagę — przytoczył słowa wypisane na jednym z gobelinów wiszących w rodzinnej bibliotece Vermeerów. — I gwoli wyjaśnienia, przysłała mnie twoja siostra.

— Anja? Przecież jestem tu dopiero niecałe dwa dni. Odzyskam księgę i wracam. Nie ma sensu wysyłać po mnie poszukiwacza.

— Nie jestem poszukiwaczem. A te dwa dni mierzysz według czasu subiektywnego.

Eliris przystanęła raptownie. Jej towarzysz odszedł jeszcze kilka kroków i dopiero wówczas się odwrócił.

— Jak się nazywasz? — spytała dziewczyna.

— Christian.

— Dość archaiczne imię — mruknęła.

— Nie mój wybór.

Podeszła do niego z uwagą wpatrując się w ciemne oczy.

— A nazywasz się…?

— Dewey.

Eliris zmarszczyła brwi. Słyszała już gdzieś to nazwisko. Nie mogło ono jednak być choćby pośrednio powiązane z jej dziedziną, gdyż wówczas pamiętałaby je. Dewey…? Czy widziała je w jakiejś publikacji? Nie mogła w tym momencie skojarzyć. A nie był to czas na jałowe przeszukiwanie pamięci.

— A czas obiektywny? Ile go upłynęło po moim przejściu? Przecież nie aż tyle, by Anja zaczęła się martwić.

— Dwadzieścia sześć…

— Jeśli tylko tyle — wpadła mu w słowo — to jeszcze nie powód do wszczynania paniki. Dwadzieścia sześć dni to tylko…

— Nie dni. Lat — rzekł Christian spoglądając na nią z troską. — Wyruszyłem dwadzieścia sześć lat po tobie.

Cisza, która nastała po tych słowach, zaczęła coraz bardziej ciążyć. Słychać było gwar ulicy i głośne rozmowy przechodzących obok ludzi, ale między nimi powietrze zamarło.

— Chodźmy stąd.

Christian chwycił ją w końcu za ramię i zmusił, by ruszyła z miejsca.

W głowie odbijał się głośny krzyk bawiących się nieopodal dzieci i daty, które zdawały się czystą abstrakcją. Przecież sama ma zaledwie dwadzieścia dziewięć lat. Za kolejne dwadzieścia sześć będzie ponad pięćdziesięcioletnią kobietą u szczytu kariery — tak jak planowała. A tu okazuje się, że wcale tych następnych lat nie ma. Że w jakiś sposób zostały jej zabrane. I jest jeszcze Anja. Jej siostra musi mieć prawie sześćdziesiąt lat. Może jest już matką. A może nawet babką.

Wyswobodziła ramię z uścisku Christiana i przysiadła na najbliższej ławce. Mężczyzna usiadł obok. Nie starał się jej pocieszać. Czekał cierpliwie, aż się odezwie.

— Jeśli nie wracałam przez ponad ćwierć wieku, to czemu nie posłali po mnie wcześniej?

— Ponoć posyłali. I to nie raz.

Śmiech przechodzących obok studentów brzmiał jej w uszach tonem złośliwej ironii. Omnia mutantur. Babka ciągle to powtarzała. Nie pozwoliła jej zapomnieć, że otaczający świat jest ciągle zmieniającą się układanką, zagadką, którą dostrzec mają chęć tylko nieliczni.

— Dlaczego więc nie powróciłam?

— Nie mogli cię znaleźć. A przynajmniej tak brzmi wersja z oficjalnego raportu. Wyglądało to tak, jakbyś rozwiała się w niebycie.

— Jakbym zginęła… W tym wybuchu… Świetnie. W takim razie skąd ty się tu wziąłeś i jak mnie znalazłeś?

Christian westchnął. Zaczepny ton Eliris nie ułatwiał mu zadania.

— Twoja siostra jakoś nie wierzyła w oficjalną wersją, to chyba nawyk, dziwactwo wpojone przez waszą rodzinę… W każdym bądź razie od lat starała się ciebie sprowadzić. Jednak od czasu twojego przejścia nikogo spoza służb Instytutu nie dopuszcza się do tego czasu. Samo w sobie jest to zastanawiające, ale w zasadzie nie dziwię się Predericowi.

— Kto to jest?

— Od kilkunastu lat jest szefem Instytutu. Sprawuje pieczę nad Wierzejami Czasu i w zasadzie jest przychylny wszelkim badaniom, pod warunkiem, że nie zagrażają continuum. Chociaż… Mnie też nie chciał dopuścić do tego czasu.

— Więc jak udało ci się tu przenieść?

Głos dziewczyny mimowolnie zdradzał zaciekawienie.

— Mały podstęp — rzekł wstając z ławki.

Poszła w jego ślady i podjęli przerwaną wędrówkę. W dali słychać było jeszcze odgłosy karetek i straży.

— Komuś bardzo zależało, by mnie zabić — stwierdziła podążając wzrokiem za przejeżdżającym ambulansem. — I skoro nie wróciłam do swego czasu to w pewien sposób mu się udało. Więc co to za podstęp? — wróciła do przerwanego toku.

— Prowadzę badania na temat ostatnich wypraw Wiktorii Vermeer.

— Ach…

— Ostatni skok był zakotwiczony niecały rok temu w Budapeszcie. Przeniosłem się tam i przeczekałem.

— Chcesz powiedzieć, że jesteś w tym czasie prawie rok?! — Spojrzała na niego z mieszaniną niedowierzania i strachu. Ale gdzieś w głębi budził się też podziw. — Zdajesz sobie sprawę, ile zawirowań w czasoprzestrzeni mogłeś spowodować?

— Dlatego wolę aż tak tego nie analizować. Uważałem na tyle, na ile byłem w stanie. Mieszkanie mojej rodziny znajduje się tu od stuleci. Jest też w moim czasie. Zawsze przeznaczano go dla podróżników. Więc zamieszkując w nim nikogo nie narażam. Sam niczego nie kupuję. Rodzina je zaopatruje. Moja ingerencja w ten czas ograniczona została do minimum.

Doszli do zbiegu ulic Karmelickiej i Szewskiej. Gdy stali przy przejściu ulicznym minął ich samochód lokalnej telewizji. Tuż za nim podążało żółte auto z anteną przymocowaną do dachu.

— Media ruszyły do boju — skomentował Christian stając w cieniu kamienicy.

— Czy w twoim czasie są zapiski z tego wydarzenia? — spytała Eliris starając się dyskretnie wyjąć z kieszeni komputer i przejrzeć zapis własnych notatek. Nie przypominała sobie, by analizując ten czas trafiła na jakąś informację o wybuchu. Szybko przebiegła pliki. — Nic. Tak jak myślałam.

Christian przyglądał się szybko migającym na czytniku datom.

— Może coś przeoczyłaś?

— Raczej zauważyłabym wybuch w planowanym miejscu i czasie pobytu — rzekła z nieukrywaną ironią. — Tak jak wszystkie większe napady i włamania, lokalne spory, manifestacje i katastrofy w ruchu transportowym. To podstawa

— Dobrze. Więc w momencie twojego wyruszenia tego wybuchu nie było. Ale kiedy ja przygotowywałem się do wyprawy i kompletowałem dane, on już tu był. Jaki stąd wniosek?

Eliris spojrzała na niego z lękiem. Mało co było w stanie ją tak zaskoczyć i przerazić. Ktoś, kto to zrobił, był geniuszem i szaleńcem zarazem. I hazardzistą o stalowych nerwach. Ryzykował życiem własnym i nieokreślonej liczby innych osób.

— Ktoś celowo zmodyfikował continuum — szepnęła.

Miasto M, obszar IV, 234 dzień, 2367 rok, godzina 17.00 czasu lokalnego

W zamkniętym pokoju umieszczonym w samym środku kompleksu siedziały naprzeciw siebie dwie osoby. Różnica między nimi nie dotyczyła tylko wieku. Kobieta mogła mieć około trzydziestu lat. Z jej twarz biły energia i zdecydowanie. Starszy od niej mężczyzna spoglądał przed siebie niewidzącym wzrokiem.

— Zaczynam się zastanawiać, czy twoja decyzja o zabiciu Thomasa była dobrym rozwiązaniem. — Kobieta stukała starannie wypielęgnowanymi paznokciami w szklany blat biurka. — Może należało się z tym wstrzymać? Bezpowrotnie straciliśmy szansę na odzyskanie księgi.

— Wiesz dobrze — głos mężczyzny okazał się nadzwyczaj mocny — że tu nie o niego chodziło. Odkrył, dlaczego zginęła Wiktoria Vermeer. Muszę przyznać, że wina leży po mojej stronie. Byłem zbyt nieostrożny. Ale wiesz równie dobrze jak ja, że trzeba było pochować Wiktorię, aby Richard Deepre mógł się przeistoczyć w Prederica. Nie mogłem pozostać przy dawnej tożsamości, to było zbyt ryzykowne.

— Wiem. Ale w tej chwili znów bardzo ryzykujesz. Christian udał się do przeszłości. Z pewnością będzie chciał znaleźć dowody związane z zabójstwem brata. I prawdopodobnie spróbuje się skontaktować z Eliris Vermeer.

— Tak… Eliris… Dwadzieścia lat temu była piękną młodą kobietą. I tak obiecująco zapowiadała się jej kariera — nie starał się nawet ukryć sarkazmu. — Udało mi się zatrzymać ją w XXI wieku, więc uda mi się zatrzymać tam i Christiana. Niesamowite… Teoretyczna sztuczka logiczna, która znalazła nadzwyczaj praktyczne zastosowanie… Odkryta zupełnie przypadkiem — uśmiechnął się z rozmarzeniem. — Nikt nie może wiedzieć kim jestem. Nikt. Nie po to zabiłem Wiktorię, aby teraz wciąż oglądać się za siebie i nasłuchiwać, czy po mnie nie przychodzą… Więc — dodał po chwili milczenia — udaj się tam, odbierz księgę i postaraj się zamknąć sprawę. Raz na zawsze. Mam nadzieję, że jasno się wyraziłem.

— Tak ojcze — rzekła Malea Rev podnosząc się z krzesła i kierując w stronę drzwi. — Zupełnie jasno.

Kraków, 24 marca 2025, poniedziałek, godzina 9.55

— Opowiedz mi dokładnie, na czym miało polegać twoje zadanie — zaczął Christian stawiając przed nią parujący kubek herbaty i siadając w fotelu naprzeciwko.

Znajdowali się w salonie dwupiętrowego mieszkania. Wokół na wyższym poziomie ciągnęła się antresola zastawiona regałami książek z wnękami kryjącymi drewniane drzwi. Eliris z ciekawością rozglądała się wokoło.

— Nie pochodzisz z rodu podróżników. Gdyby tak było znałabym twoje nazwisko — zaczęła. — Tymczasem masz rodzinę, która w przeszłości sprawowała funkcję opiekunów. Dlaczego?

— Na początku XXII wieku ustalono, że ograniczymy swoje ingerencje w czas. Sporządzono listę przedmiotów, po które ewentualnie będzie się można udać. Tym samym skupiliśmy się na badaniach, a do samych podróży wynajmujemy innych. Zresztą i tak rzadko to się zdarza.

— Dewey… Oczywiście — rzekła Eliris uśmiechając się do siebie. — Wiedziałam, że gdzieś słyszałam to nazwisko. Od prawie trzydziestu lat nie pojawia się ono w oficjalnych raportach. Twoja rodzina wchodzi w skład Rodu Andera. Nikogo nie zatrudnialiście, a ostatnia wyprawa owiana jest mgłą tajemnicy. Nie wiadomo, co sprowadziliście. A według Traktatu, który powstał przy okazji waszego zebrania rodzinnego na początku XXII wieku i który poza rodami podróżników podpisał też Instytut, macie prawo ujawnić artefakt dopiero po pięćdziesięciu latach od jego odzyskania. Niesamowite… — szepnęła. — Nie sądziłam, że kiedykolwiek się spotkamy.

W pomieszczeniu zapanowała cisza. Siedzieli naprzeciwko spoglądając na siebie z uwagą.

— Wiesz, że istnieją różne domysły na temat przedmiotów na tej liście? — rzuciła niby od niechcenia.

Christian skinął głową.

— I tu zaczyna się robić ciekawie — Eliris zawiesiła spojrzenie na gospodarzu. — Według teorii jednym z artefaktów, które postanowiliście odzyskać, jest ten, po który ja właśnie się wybrałam. Więc musisz wiedzieć, co to jest.

— Wiem — przyznał. — Ale to akurat nie był powód mojej podróży. Opowiedz mi zatem dokładnie, jak miało wyglądać twoje zadanie — powtórzył.

— Nie powiesz mi więc, co tu robisz?

— Na razie jest na to za wcześnie. Nie chcę zbyt ingerować w twój tok rozumowania. A więc…

Eliris przymknęła oczy, by zebrać myśli. Musi wszystko opowiedzieć jasno i przejrzyście, punkt po punkcie, zdecydowała. Zdawała sobie sprawę, że gra toczy się nie tylko o jej życie czy poszukiwany artefakt, ale również o całe continuum. A jej jedynym sprzymierzeńcem był siedzący naprzeciwko mężczyzna. Na ile można zaufać dopiero co poznanej osobie? Na tyle, stwierdziła, by w tej sytuacji opowiedzieć całą historię.

— Zazwyczaj zatrzymuję się w miejscach z góry ustalonych — zaczęła. — W czasie, jak wiesz, powstało kilkadziesiąt lokalizacji przeznaczonych dla podróżników, a każda z nich ma przypisanego opiekuna pochodzącego z danego czasu. Zwyczajowo w danej rodzinie przekazuje się tę funkcję i sekret z pokolenia na pokolenie. Tym samym z rodów opiekunów, których genealogia sięga do piętnastego wieku, dziewięćset lat później rekrutują się podróżnicy w czasie. Kilkusetletnie tradycje wywierają swój wpływ. Nie da się uwolnić od podszeptów przeznaczenia. Ale jest też inna kwestia, dość sporna i niezbyt chwalebna. Podróżnicy rzadko kiedy są pozbawieni własnych aspiracji i chęci uświetnienia rodu. Znając przyszłość ciężko powstrzymać się od ingerencji w przeszłość. Nigdy nie jest to jawne i bezpośrednie. Zazwyczaj polega wyłącznie na złożeniu depozytu bankowego na małą sumę. Przez dziesiątki i setki lat ta nieznaczna suma powoli rośnie i gdy podróżnik wraca do swego czasu staje się zamożnym człowiekiem.

— Wiem. Instytut, nie mogąc kontrolować tego typu działań, daje na nie ciche przyzwolenie.

— I tym samym — kontynuowała Eliris — zdobycie licencji podróżnika przez osobę spoza ściśle określonego grona graniczy z cudem. I tylko osoby z tego kręgu mogą sprawować pieczę nad kluczami do Wierzei Czasu. Jednak wbrew wszystkiemu nie zawsze sprowadza się wszystkie artefakty. Niektóre z nich zostawia się w przeszłości, bądź przez wzgląd na własny interes, bądź też dla następnych pokoleń. Badałeś ostatnią wyprawę Wiktorii. Wiesz zapewne, po co tu przybyła.

— Oficjalnie po pierwsze wydanie „Ballad i romansów” Mickiewicza. Ale według naszych badań było coś jeszcze. Coś o wiele bardziej cennego.

— To, co znajduje się w waszym Index Librorum Antiquitatum. Pierwodruk Biblii Gutenberga.

Christian przytaknął.

— Jednak nie dostarczyła księgi do swojego czasu. Nie wiadomo, czy ją w ogóle znalazła, gdyż zaraz po powrocie zginęła w wypadku.

— A jakiś czas później wyruszyłam ja i, jak twierdzisz, również zginęłam. To musiało dać do myślenia.

— I dlatego tu jestem. Pośrednio — przyznał. — Jeśli znajduje się tu Biblia Gutenberga zamierzam pomóc ci ją odzyskać. I sprowadzić cię z powrotem.

— A co ty z tego będziesz miał?

— Satysfakcję.

— I co jeszcze? — drążyła ciekawa, czy powie coś więcej.

— Czy Biblia tu jest? — spytał unikając odpowiedzi.

Wahanie Eliris było wyczuwalne.

— Tak — przyznała w końcu i widać było, że potwierdzenie informacji wywarło na siedzącym naprzeciw mężczyźnie spore wrażenie. — Wiktoria, o czym mało kto wie, zostawiła testament — podjęła Eliris. — W rodzinie od początku było jasne, że to ja przejmę po niej funkcję odzyskiwacza. Tym samym niewiele osób nawet z samej rodziny wiedziało, że do testamentu dołączono również dzienniki, mapy i listy. Jeśli nie ma dodatkowych klauzuli, zazwyczaj takie dokumenty są umieszczane w sejfie na dwudziestoletni depozyt. Dopiero po tym czasie można się z nimi zapoznać. W ten sposób moja rodzina stara się uniknąć wewnętrznych sporów, gdyż znając naszą szczerość i złośliwość… Cóż, wiele po tych dziennikach można się spodziewać. Jednak czasami, bardzo rzadko, zdarza się, że dzienniki, o czym się dopiero dowiedziałam po śmierci babki, są przekazywane w zapisie konkretnej osobie. Ona dostała w ten sposób zapiski mojego pradziadka, a ja jej.

— I była tam informacja, która skłoniła cię do podróży — domyślił się Christian.

— Nie tyle informacja, ile bardzo ostro wyrażone polecenie — sprostowała. — Cóż, jakoś obie z babką niespecjalnie za sobą przepadałyśmy. I jak wynika z mojej obecnej sytuacji, tym swoim nakazem wpakowała mnie w sam środek nieistnienia.

— Więc dlaczego nawet po śmierci Wiktorii respektowałaś jej polecenie?

Eliris spojrzała na mężczyznę z nieukrywanym zdziwieniem.

— Coś zaczynam wątpić, czy rzeczywiście zajmujesz się badaniem biografii Wiktorii…

— Dlaczego?

— Jaka ona według ciebie była? — odpowiedziała pytaniem na pytanie.

— Urocza — stwierdził krótko.

— No właśnie! — Eliris gwałtownie podniosła się z fotela i podeszła do okna. — Wyjaśnij mi dlaczego, ilekroć mowa o Wiktorii, pada stwierdzenie, że była urocza? Urocza?! Czy wy w ogóle wiecie, o kim mówicie? Despotyczna egoistka, która poza swoją karierą nic nie dostrzegała! Skrajny egocentryk w typie choleryka! Wariatka!

Christian z zainteresowaniem obserwował Eliris, która szybkimi krokami przemierzała pokój tam i z powrotem wyrzucając z siebie ostre słowa. Wiedział, że między tymi dwiema kobietami panował jawny antagonizm, uprzedzono go o tym, ale nie zdawał sobie sprawy, że Eliris będzie aż tak gwałtownie reagować na wspomnienie babki. Z drugiej jednak strony, chociaż dla niego sprawa ta była już odległa w czasie, to dla niej nie upłynął przecież więcej niż rok od śmierci Wiktorii. Więc jej zachowanie, jakkolwiek impulsywne, było zrozumiałe.

Dziewczyna w końcu zatrzymała się twarzą do ściany, wzięła kilka oddechów, potrząsnęła głową, jakby chcąc pozbyć się złych wspomnień i w miarę uspokojona zajęła miejsce w fotelu naprzeciw.

— Jesteś ciekawy, dlaczego posłuchałam tak kategorycznego polecenia nieboszczki? Wiktoria była świetnym psychologiem i manipulowanie ludźmi miała we krwi. Doskonale wiedziała, że po jej śmierci, gdy obejmę stanowisko, będę się musiała, chcąc nie chcąc, zmierzyć z jej legendą. I tak się stało. Na każdym kroku wciąż mnie do niej porównywali. Do tej despotycznej wariatki, którą wszyscy jakimś sposobem uznawali za uroczą starszą damę! Potrzebowałam jakiegoś znaczącego odkrycia, by się od niej w końcu uwolnić. I co?! I zostawiła mi w testamencie namiary na Biblię Gutenberga z pełną świadomością, że takiego druku nie będę mogła żadnym sposobem zignorować. Wiedziała, że po niego wyruszę. A przecież Richard mnie ostrzegał…

— Richard?

— Richard Deepre. Mój przyjaciel. Rozmawialiśmy jeszcze tuż przed moim przejściem i mówił, że to jest zbyt piękne, żeby było prawdziwe. Stwierdził, że… — urwała raptownie. — Co się stało? Bo przecież widzę po twojej minie, że znów coś jest nie tak.

Nie lubił być posłańcem złych wieści. Siedząca przed nim dziewczyna z napięciem czekała na odpowiedź. Z każdą chwilą jej twarz przybierała coraz bardziej ponury wygląd.

— Chyba muszę się napić. Herbata nie wystarczy. Masz coś?

Podniósł się i podszedł do barku. Wrócił z dwoma kieliszkami. Eliris wypiła jednym haustem i oczy jej się zaszkliły.

— Mocne — wyksztusiła. — O wiele mocniejsze niż się spodziewałam. Świństwo. A więc Richard nie żyje. A widziałam się z nim zaledwie przed dwoma dniami. Jak to się stało?

— Gdy już zaczęto się niepokoić twoim zniknięciem, choć jeszcze nikt tego tak nie nazywał, Richard Deepre poleciał do ośrodka na Marsie. Tam znajdował się Teofil Re.

— Szef Instytutu.

Przytaknął.

— Tylko on mógł podjąć decyzję o wysłaniu ekipy poszukiwaczy. Jednak statek po drodze uległ wypadkowi. Najprawdopodobniej mikroasteroida. Nikt nie przeżył. Przykro mi.

Eliris wpatrywała się w pustą szklankę trzymaną w dłoniach.

— A teraz ktoś próbuje mnie zabić — stwierdziła na pozór obojętnie. — Czy to ma jakiś związek?

— Nie wiem. Nikt dotąd nie łączył ze sobą tych wypadków. Trudno stwierdzić. Ale na razie, mimo wszystko, trzymajmy się wyznaczonego przez ciebie planu podróży. W jaki sposób miałaś przejąć księgę?

Kraków, 25 marca 2025, wtorek, godzina 11.15

Dzień był słoneczny i ciepły. Eliris, która zgodnie ze swoim zwyczajem wstała przed siódmą, zdążyła już uzupełnić zapiski w dzienniku i przejrzeć bibliotekę na antresoli. Zbiory były doprawdy imponujące. Jeśli przetrwały, czy też „przetrwają”… najbliższe trzysta lat to nie ma nic dziwnego w tym, że rodzina Christiana uznawana jest za jedną z najbogatszych. I przy okazji najbardziej wpływowych. W jej czasach Ród Andera był swego rodzaju szarą eminencją świata nauki i polityki. Jego członkowie sami nie zajmowali żadnych ważniejszych stanowisk, ale i tak znany był ich wkład w różnorakie decyzje Stowarzyszenia i Instytutu.

Rano nie rozmawiali wiele. Każde z nich zajęte było własnymi myślami. Teraz szli w milczeniu w stronę centrum miasta. Takie to niesamowite, że jedna z najcenniejszych ksiąg ludzkości leży sobie spokojnie od wczoraj w krakowskiej księgarni i czeka na odbiorcę, który się nie zjawi. Według rodzinnych badań zaraz po zleceniu kradzieży mocodawca został zabity, ale o tym nikt nie wiedział. Nadarzyła się więc okazja, by przejąć druk. Wystarczyło tylko zgłosić się w umówionym miejscu o określonym czasie i go odebrać. A następnie umieścić w bezpiecznej skrytce, która przetrwa do XXIV wieku. Mimo prostoty tego planu Eliris czuła niepokój. To było zbyt piękne, aby było prawdziwe — powtarzała sobie w myślach. Już sam fakt, że teoretycznie nie żyje, wprowadzał zbyt dużo zamętu.

Przecięli Mały Rynek i weszli na Mikołajską. Stare kamienice stały zwartą zabudową.

— To tu — rzekła Eliris wskazując zielone drzwi do księgarni.

W witrynie rozpięty był wielki plakat z uśmiechniętym mężczyzną, pod spodem leżał stos starannie poukładanych książek.

Pchnęli drzwi i znaleźli się w przyjemnym półmroku. W środku kilka osób kręciło się między półkami, jeszcze inne siedziały przy stolikach w głębi popijając poranną kawę, której aromat roznosił się po wnętrzu.

Podeszli do sprzedawcy.

— Czy dostanę nowe wydanie Shakespeare’a? — spytała Eliris. — Chodzi mi o „Wieczór trzech króli”.

— Proszę poczekać, powinienem go gdzieś jeszcze mieć — odparł sprzedawca i ruszył do regału ukrytego w kącie. — Ach tak, jest! — rzekł radośnie podając jej małą książkę.

Eliris spojrzała na nią ze zdziwieniem. Stojący obok Christian szybko wyjął wolumin z jej rąk i zajrzał do środka. Przerzucił kilka stron. Spojrzał na cenę z tyłu.

— Piękne wydanie… Więc my się jeszcze zastanowimy — rzekł zwracając ją sprzedawcy, który skinął głową z zadowoleniem.

Mężczyzna wziął Eliris pod rękę i wyprowadził ze sklepu.

Gdy tylko znaleźli się na ulicy dziewczyna gniewnie wyszarpnęła się i stanęła naprzeciwko.

— I co tam w środku było? Nie sądzisz, że to ja powinnam zajrzeć do ksiązki? — Ledwo maskowała złość. Co też on sobie wyobraża? To jej sprawa, jej książka! — Więc?!

— Trzeba było nie robić tak zaskoczonej miny. Czy ty myślałaś, że on da ci Biblię w środku pełnego ludzi sklepu? Kazał nam przyjść wieczorem — dodał szybko uprzedzając jej ripostę. — Po zamknięciu księgarni.

Siedzieli przy stoliku w cieniu arkad Collegium Maius. W odnowionych podziemiach znajdowała się kawiarnia zgodnie z podaniem historycznym opatrzona nazwą „U Pęcherza”. Niegdysiejszy właściciel bursy stał się teraz patronem studenckich posiedzeń nad notatkami. Eliris dyskretnie wyciągnęła komputer. Przypominał emaliowaną puderniczkę i z daleka niczym się nie wyróżniał. Zrobiono go na zamówienie właśnie w tym celu. Postawiła go na stoliku i uchyliła wieczko, aby mógł bez przeszkód zbierać informacje z otoczenia.

— Zdaję sobie sprawę, że choć w obecnych czasach istnieje ponad czterdzieści egzemplarzy Biblii Gutenberga, to do XXIV wieku dotrwały tylko cztery. I rzeczywiście Biblia jest jedną z pozycji na naszej liście — zaczął Christian. — Jednak wydaje się dziwne, że Wiktoria aż taką wagę przykładała do tej księgi.

Dziewczyna z błyskiem w oku spojrzała na swego towarzysza.

— Bo to raczej nie była zwykła księga. Przed dwoma miesiącami — zaczęła rozsiadając się wygodnie na krześle i uważnie spoglądając na strażnika obchodzącego dziedziniec — …licząc według obecnej rachuby czasu, odkryto jeszcze jeden egzemplarz „Biblii 42-wierszowej”. W Moguncji. Według badań historycznych to właśnie tam Jan Gutenberg, rzemieślnik zajmujący się złotnictwem, złożył swój pierwszy warsztat. Po erze kodeksów rękopiśmiennych i ksylografów przeszedł czas na czcionkę drukarską. Rozbłysła Galaktyka Gutenberga. Jednak znaleziony egzemplarz różni się od pozostałych, o czym jeszcze nikt nie wie. Jak dotychczas miało go w ręku tylko dwóch naukowców. Pierwszy zrobił standardowy opis i wycenę. I prawdopodobnie, gdyby poprzestano tylko na tym, właściciel wystawiłby Biblię na aukcji. Jednak zdecydowano się na drugą ekspertyzę, chcąc prawdopodobnie potwierdzić autentyczność. Drugi badacz znalazł w druku coś niezwykłego. Analizując krój liter dostrzegł różnice między nowym egzemplarzem a tymi dotychczas znanymi. Drobne przesunięcia. Jednak dało to podstawę do daleko idących wniosków.

— Znaleziono pierwodruk Biblii Gutenberga… — szepnął mężczyzna.

— Właśnie. Dotychczas badacze tylko przypuszczali, że musiał takowy istnieć. Biorąc pod uwagę niezwykłą precyzję składu i, jak na owe czasy, dojrzałą typografię druku Gutenberga prawie niemożliwością było, by tak od razu, bez prób i poprawek, mógł on złożyć „Biblię 42-wersową”. Lecz o odkryciu ktoś się musiał dowiedzieć. Biblia została skradziona, a naukowca znaleziono martwego w jego mieszkaniu. Według oficjalnej wersji popełnił samobójstwo, lecz w świetle naszych danych było to morderstwo. Właściciel zgłosił kradzież Biblii, postawiono na nogi organy ścigania, rozesłano informację do wszelkich handlarzy, ale księga przepadła. Do XXIV wieku nie pojawia się o niej żadna wzmianka.

— Skąd więc wiesz, że był to pierwodruk?

Eliris rzuciła mu rozbawione i pełne satysfakcji spojrzenie.

— Ponieważ naukowiec tuż przed śmiercią wysłał list do swego siostrzeńca i podzielił się w nim tą informacją. A list ten, zupełnym zrządzeniem losu, wraz z innymi papierami, trafił do mojej rodziny podczas aukcji kolekcjonerskiej przed dwudziestoma laty. Wiesz zapewne — kontynuowała — że na takich aukcjach sprzedaje się dokumenty w pakietach. Zazwyczaj dla jednej kartki papieru kolekcjonerzy są w stanie kupić całe pudło bezwartościowych szpargałów. I tym razem było podobnie. Wiktoria chciała mieć jeden z listów Ameliusza Winn…

— Pierwszego biografa i przyjaciela Lirii Calavri. Nie wiedziałem, że macie coś takiego w swej kolekcji. Przecież sprawa Odeonów wciąż fascynuje większość naukowców.

— Tak. I właśnie dlatego trzymamy ten nabytek w tajemnicy. I mam nadzieję, że tak zostanie — zaakcentowała. — W każdym bądź razie… Gdy Wiktoria przywiozła dokumenty do domu i je przejrzała, znalazła właśnie ten list — Eliris wyciągnęła z torby notatnik i podała Christianowi otwierając na zaznaczonej stronie.

Mężczyzna szybko przebiegł wzrokiem tekst.

— Zadziwiające…

— Zadziwiające — przytaknęła. — Wiktoria, nie mówiąc nikomu o tym odkryciu, zaczęła samodzielne badania. O ich wynikach dowiedziałam się dopiero przeglądając jej dzienniki. I tam też znalazłam polecenie, by wyruszyć po księgę i ją sprowadzić. Udało jej się mianowicie dowiedzieć… — Eliris przerwała na chwilę czekając, aż przechodząca obok kobieta znajdzie się poza zasięgiem głosu — że zaraz po kradzieży Biblię przewieziono do Krakowa. I dlatego tu jesteśmy.

— A co z mocodawcami? Przecież zarówno kradzież księgi, jak i zabójstwo naukowca musiał ktoś zlecić i opłacić.

— Tak. Ale ta osoba trzy dni temu zginęła w wypadku samochodowym w północnych Włoszech. A nikt się nawet nie domyśla, że miała cokolwiek wspólnego z kradzieżą Biblii.

— A złodzieje?

— Zawodowcy. Biorą honorarium za wykonanie zadania. Pieniądze wpłynęły na konto, więc dla nich sprawa jest zamknięta i zapomniana.

Od ścian wewnętrznego dziedzińca odbiły się pierwsze takty „Gaudeamus Igitur”. Eliris zerknęła na zegarek. Była dokładnie trzynasta.

— Jest jeszcze sporo czasu. Może masz ochotę zwiedzić Muzeum Uniwersytetu? — spytała wstając i wskazując skinieniem głowy drzwi wejściowe do budynku. — Przechowują tu między innymi berła uniwersyteckie…

Kraków, 25 marca 2025, wtorek, godzina 18.20

— Jak na mój gust, to jest w tej historii zdecydowanie za dużo trupów — rzekł Christian spoglądając na rozlewającą się powoli kałużę krwi. — Najlepiej zrobimy, jeśli się zaraz stąd wyniesiemy.

— A Biblia?

— Chyba nie sądzisz, że jeszcze tu jest. Prawdopodobnie ktoś już ją zabrał. I pozbył się kolejnego świadka. Najwyższa pora, żebyśmy byli daleko stąd. Jeśli policja albo ktokolwiek inny nas tu zastanie, to nie będziemy się mogli z tego wytłumaczyć. Możesz uznać, że księga przepadła. Trzeba poczekać i próbować dostać do wglądu akta ze śledztwa. To chyba jedyne wyjście. Eliris…!

— Kto to mógł być? — dziewczyna uparcie wpatrywała się w leżące na podłodze ciało. — Ktoś z tego, czy z innego czasu?

— Pojęcia nie mam, ale naprawdę musimy już iść. I to najlepiej tylnym wyjściem, żeby nikt nas tu nie zauważył.

— Ktoś mógł widzieć, jak wchodzimy.

— Mógł. Pewności nie ma. Ale i tak znajdą zwłoki najwcześniej jutro rano, więc zyskujemy kilkanaście godzin.

Eliris, uważając by niczego nie dotknąć, weszła za ladę i zajrzała pod nią. Na dolnej półce leżał egzemplarz Shakespeare’a, który sprzedawca pokazywał im rano. Szybko go przekartkowała i schowała do torby.

— No chodź już — niecierpliwił się Christian biorąc ją pod ramię i kierując w stronę zaplecza.

Przechodzili na sąsiednie podwórze, gdy usłyszeli wybuch. W odległym już oknie księgarni pojawiły się płomienie.

— Pożar zrobi swoje — stwierdził mężczyzna przystając na chwilę.

— Komuś bardzo zależy, by zatrzeć za sobą wszelkie ślady — rzekła Eliris sięgając po zabraną książkę. — Jednak albo za bardzo się spieszył, albo po prostu nie był zbyt dociekliwy. Popatrz, co było w środku.

W otwartej dłoni trzymała medalion.

Christian wziął go, by się przyjrzeć. Okrągła metalowa płytka średnicy około siedmiu centymetrów zrobiona była prawdopodobnie z platyny. W środku wtopiono czerwony kamień, naokoło umieszczono sześć mniejszych, kryształowych.

— To jakiś wisiorek? — chciał wiedzieć Christian.

— Nie jakiś, ale bardzo konkretny — Eliris odebrała medalion i schowała go do kieszeni. — To jedna z ulubionych ozdób Wiktorii.

— Hmm… Daje do myślenia. Ale lepiej się ruszmy. — Rozejrzał się wokoło sprawdzając, czy nikogo nie ma w pobliżu. — Wiesz, dokąd powinniśmy teraz iść?

— Tak — rzekła zwracając się do niego z uśmiechem Eliris. — Wydaje mi się, że wiem. Jednak jest pewien problem…

— Jaki?

— Musimy poczekać do jutra. Jeśli się nie mylę chodzi o kościół Dominikanów. Jest już po osiemnastej, więc trwa msza. W kościele jest za dużo ludzi. Po mszy zresztą też tak szybko nie wyjdą, a na noc budynek jest zamykany. Musimy poczekać do rana.

Kraków, 26 marca 2025, środa, godzina 7.40

Coś było nie tak. Wybudził go jakiś hałas, ale do końca nie mógł sprecyzować, czemu go to niepokoi. Leżał więc z zamkniętymi oczami i wsłuchiwał się w dźwięki dochodzące z zewnątrz. Nie tak wyobrażał sobie tę podróż w przeszłość. Wiedział, że Wiktoria Vermeer, wbrew większości utrwalonych opinii, nie była ideałem, ale może właśnie dzięki temu ta postać tak go fascynowała. Jej wnuczka była równie uparta i niezależna, choć z tego podobieństwa nie zdawała sobie sprawy. Jednak Wiktoria doskonale wiedziała co robi, powierzając zadanie sprowadzenia Biblii właśnie Eliris. Christian z zainteresowaniem obserwował jej działania starając się ograniczyć swą ingerencję do minimum. To było jej życie, jej przygoda.

Dzisiejszy dzień jednak miał się różnić od pozostałych i ta świadomość nie była dla niego przyjemna. Lubił wiedzieć, co się stanie i dzięki temu mieć przewagę. Z drugiej jednak strony aż za dobrze znał następstwa ingerencji w czasoprzestrzeń i dlatego pocieszał się, że postępując w myśl wyznaczników doprowadził Eliris aż do tego punktu nie powodując tym samym większych zawirowań.

Jednak ciągle umykało mu to, co najważniejsze. Będąc w tym czasie ponad rok i, wbrew temu, co starał się twierdzić, nieustannie zważając na konsekwencje swych działań, nie miał siły, by po raz nie wiadomo który analizować wydarzenia poprzedzające jego przejście do tego czasu. Wiedział, że ani śmierć Wiktorii, ani też śmierć jego brata Thomasa nie były przypadkowe. Thomas zginął, bo badając nielegalne wykorzystanie przejścia czasowego i nieoficjalny handel artefaktami odkrył zabójców Wiktorii. Jednak nie udało się mu zostawić żadnej wskazówki, co do ich tożsamości. Jedynym więc wyjściem było zbadanie przyczyn śmierci Wiktorii. Skoro Thomasowi się to udało, to również on nie powinien mieć większych problemów. Jednak roczna bezczynność i oczekiwanie na przybycie Eliris spowodowały, że zaczął się już niecierpliwić. To był majstersztyk — pomyślał z rozbawieniem — ukryć przed Prederikiem prawdziwy powód wyprawy.

Nagle wrócił myślami do rzeczywistości i zaczął się wsłuchiwać w dźwięki z mieszkania. Brakowało jednego. Szybko wstał z łóżka i przeszedł piętro zaglądając do pozostałych pomieszczeń. Nigdzie nie było Eliris. Na dole w kuchni przy ekspresie znalazł kartkę. Zmiął ją i cisnął do kosza.

Powinien być bardziej czujny!, wyrzucał sobie idąc szybko na górę. Nie sądził, że dziewczyna wyjdzie tak wcześnie. A teraz musiał się pospieszyć, by uchwycić bieg wydarzeń.

Niecałe pięć minut później zamknął za sobą drzwi mieszkania.

Ławki w parku były zielone. W tym specyficznym odcieniu, który wybija się spośród zieleni traw i drzew, a równocześnie się z nią nie kłóci. Odcień opróżnionych butelek wina, pomyślała Eliris, odrywając na chwilę wzrok od zapisywanej właśnie kartki w dzienniku. Czekała na Christiana. Wiedziała, że zaraz powinien się zjawić.

Wczoraj, zanim zapadła w sen, jeszcze raz przejrzała swoje notatki z podróży. Domyślała się, gdzie może być kolejna wskazówka dotycząca Biblii. Wiktoria, swoim zwyczajem, wszystko komplikowała. Gdy u księgarza zamiast poszukiwanego druku znalazła medalion wiedziała, że odnalezienie księgi wcale nie będzie tak proste, jak się należało spodziewać. Naiwnie zakładała, że przeniesie się do XXI wieku, odbierze Biblię, schowa ją w przygotowanym sejfie i powróci. Jednak teraz zaczęła się domyślać, że gra toczy się nie tylko o cenny artefakt. Ktoś jeszcze był na jego tropie. A Wiktoria zginęła zaraz po powrocie ze swojej ostatniej wyprawy. Teraz zaś tajemniczy przeciwnik podążał jej śladem zostawiając za sobą trupy. I zmieniając continuum. Jeśli jakikolwiek człowiek ważył się na tak niebezpieczne i ryzykowne działanie, to stawka w tej grze musi być naprawdę wysoka. Co może skłonić inteligentną istotę do manipulowania losami świata? Chciwość, zazdrość, instynkt samozachowawczy…?, zastanawiała się podnosząc głowę na dźwięk zbliżających się kroków.

— Jak widzę nie miałeś problemu, by zgadnąć, gdzie jestem — stwierdziła.

Mężczyzna zbył tę uwagę milczeniem i zasiadł na ławce naprzeciwko.

— Mogłeś mnie uprzedzić, że znasz treść mojego dziennika. Anja ci go dała?

— Przechowywano go w twojej rodzinie z wyraźną instrukcją, by nie otwierać zaplombowanej kasety i przekazać ją dopiero, gdy się zgłoszę — twarz Christiana pozostawała w cieniu.

— Mogłeś mnie uprzedzić — powtórzyła.

— Wiesz przecież, że to nie takie proste. Gdybym ci powiedział… To załamanie na linii czasoprzestrzeni, a kto wie, jakie byłyby tego następstwa.

— Ale… — zaczęła i nagle zdała sobie sprawę z własnej ignorancji. Roześmiała się głośno. — I nie wiesz, co jest dalej! Powiedziałeś o dzienniku, bo masz pewność, że to zrobiłeś, ale nie masz pojęcia, co dalej nastąpi!

Eliris sięgnęła po pióro i zapisała:

„Christian wie. Właśnie mi powiedział. Teoretycznie mogłabym sterować jego dalszymi działaniami, zapisując to, co chcę, by zrobił. A on, w obawie przed zaburzeniem czasoprzestrzeni, wykonywałby, nawet wbrew sobie, te polecenia. Na tyle udało mi się go już poznać. A więc jedynym sensownym wyjściem jest zaprzestanie zapisków. Zakładam, że gdy teraz siedzisz na przeciwległej ławce i przyglądasz się z niedbałą uwagą przechodzącym ludziom — dokładnie wiesz, co piszę. Niesamowite! A więc pozwólmy rzeczom po prostu się dziać.”

Zamknęła dziennik i schowała go do torby.

Christian widząc jej ruch podniósł się z ławki gotów do dalszej drogi.

— I co teraz?

Eliris również wstała.

— Teraz idziemy obejrzeć epitafium Kallimacha.

W kościele ojców Dominikanów panował półmrok. Przechodząc pod gotyckim ostrołukowym portalem Eliris jak zwykle szepnęła odwieczną modlitwę podróżników, przekazywaną w jej rodzinie wraz z innymi naukami. „Niech łaska Najwyższego zawsze będzie z nami”. Christian skinął głową na te słowa.

Wnętrze trójnawowej bazyliki otoczone było kaplicami, w drewnianych ławkach siedziało kilka osób, od strony konfesjonału dochodził cichy szept. Chłód kamieni dźwigał ciężar przebytych stuleci. Z pierwotnej romańskiej budowli niewiele pozostało, raptem fragment klasztornego muru, okna i obramowania drzwi. Gotyk był tu zdecydowanie bardziej widoczny. XIV-wieczny, bogato rzeźbiony portal, przez który weszli, był tego doskonałym przykładem. Cisza panująca pod sklepieniem wnikała w rozgorączkowane umysły i uspokajała dusze. W ciągu minionych wieków kamienie wchłaniały w siebie niezliczone modlitwy, żale i dziękczynienia.

— Ten kościół przetrwa jeszcze nieco ponad sto lat — rzekła cicho Eliris kierując się w stronę prezbiterium. — Podczas trzęsienia ziemi w 2132 roku zniszczeniu ulegnie sklepienie. W trakcie odbudowy będzie miało miejsce kolejne trzęsienie i wówczas, na początku 2133 roku cała bazylika przestanie istnieć. Ponad osiem wieków historii obróci się w stertę kamieni. Zawsze mi się wydaje, że to właśnie ten moment opisał Bieńkowski… „Tyś jest budowlą, ja jestem jej stylem. Kiedy natchnione wzrokiem do dotyku kamienne nieba legną w ziemskim pyle, ja będę jeszcze pojęciem gotyku.”

— W twojej rodzinie nieustannie splatają się przeszłość z teraźniejszością — bardziej stwierdził niż spytał Christian.

Skinęła głową.

Wchodzili właśnie do prezbiterium. W drzwiach minęli starszego człowieka wspierającego się na drewnianej lasce; jej stukot odbijał się miarowym rytmem po wnętrzu budowli. Zostali sami.

Eliris podeszła do wiszącego na ścianie epitafium. W centrum płaskorzeźby znajdował się portret mężczyzny siedzącego przy pulpicie do pisania. Na blacie w pewnym nieładzie umieszczono kartę pergaminu, zdobne nożyczki, kałamarz, pióro… Jednak tym, co przyciągnęło uwagę Christiana i Eliris była prawa dłoń mężczyzny trzymająca wstążkę. Na jej końcu zwisał okrągły medalion.

— To tu odesłała nas Wiktoria. Do Kallimacha — rzekła dziewczyna wskazując na ozdobę.

— Dlaczego?

— Kallimach, a właściwie Filip Buonaccorsi, był uważany za jednego z prekursorów renesansu. Był włoskim pisarzem i myślicielem, który uciekając przed gniewem papieża Pawła II schronił się w Krakowie i został nauczycielem synów Kazimierza Jagiellończyka. Jeśli prześledzić dokładnie drzewo genealogiczne rodziny Vermeerów to, po pierwsze, sięgnie ono dalej niż do XV wieku, a po drugie, jednym z naszych przodków był Laurentii Corvini Novoforensis, wykładowca Akademii Krakowskiej i przyjaciel Kallimacha. Znajdująca się tutaj płyta nagrobna wykonana została co prawda według projektu Wita Stwosza, ale niewielu wie, że jeśli chodzi o szczegóły, to decydujące zdanie miał właśnie Corvini. To z jego kolekcji pochodzi zdobna szafka na księgi pełniąca rolę pulpitu, jak również jego pomysłem było umieszczenie w dłoni Kallimacha medalionu z siedmioma herbami. Sam medalion był własnością Buonaccorsiego, który w swym testamencie przekazał go przyjacielowi. Klejnot znajduje się dotąd w naszej rodzinie i spoczywa bezpiecznie w sejfie. Jednak z okazji uroczystych obchodów 750-tej rocznicy śmierci Kallimacha, które potraktowano również jako swoistego rodzaju rocznicę tryumfu myśli humanistycznej, moja prababka w 2246 roku kazała zrobić kopię medalionu. Zamiast siedmiu herbów centralnie umieszczono rubin, który pierwotnie był osadzony w złotej oprawie pierścienia, a dookoła rozmieszczono sześć kryształów górskich. Potem medalion stał się jedną z ulubionych ozdób Wiktorii, ale zakładała go tylko na rodzinne uroczystości, więc chyba nikt spoza Rodu Vermeerów nie wie o jego znaczeniu i pochodzeniu.

— A najlepszym na to dowodem jest fakt, że badając biografię Wiktorii w ogóle nie trafiłem na jakąkolwiek wzmiankę o nim. Nie widziałem go nawet na żadnym wizerunku.

— I prawdopodobnie dlatego Wiktoria go tu zostawiła. Wiedziała, że znam genezę tej ozdoby i że tu trafię, pod epitafium Kallimacha.

— Dobrze. Ale co dalej — rzekł Christian rozglądając się wokoło. — Raczej nie ukryła tu księgi. Chyba że w ołtarzu…

— Nie. Wiktoria zawsze powtarzała, że do trzech razy sztuka. Więc tu jest tylko wskazówka odnośnie miejsca przechowywania Biblii. Zresztą sam spójrz — rzekła wskazując na epitafium — Hic sepultus est.

— Tu leży pochowany.

— Tak. Ale patrząc na wyrazy pokrewne — rzekła otwierając komputer i spoglądając na holograficzny wyświetlacz — mamy „sepulcralis”, należący do grobu, grobowy, „sepulcrum”, czyli pomnik, grób, grobowiec, mogiła, zmarły i „sepultura”, pogrzeb.

— Dlaczego interesują cię akurat trzy ostatnie słowa z całego epitafium?

— Szukamy kolejnej wskazówki. Jeśli się spytasz: gdzie ona jest?, napis ci odpowie „hic”, tu…, tu jest „pogrzebana”, czyli schowana przed wzrokiem niepowołanych. A jeśli spojrzysz na graficzne rozłożenie wyrazów to linijkę wyżej, masz zapisaną datę śmierci Kallimacha.

— W sposób dość niezwykły…

— Właśnie. Jeśli chce się zapisać rzymskimi cyframi rok 1496, to powinno być MCDXCVI, ale to jest forma uproszczona, stosowana mniej więcej od czasu wieków średnich. A tu zapis jest inny, antyczny. Mamy MCCCCLXXXXVI. To oznakowanie kodu do depozytu.

— Skąd wiesz? — zdziwił się Christian.

— Ponieważ mam coraz większą pewność, że Wiktoria miała okazję sprowadzić Biblię do swojego czasu, ale nie robiąc tego, na wszelki wypadek, zabezpieczyła ją na wszystkie dostępne sposoby i to tak, by w razie jakiegoś niepowodzenia księga bezpiecznie dotrwała do mojego czasu i bym mogła wyjąć ją z depozytu. W zasadzie Wiktoria też to mogła zrobić. Mogła w testamencie przekazać mi szyfr do sejfu, ale wówczas byłoby to zbyt proste i nic sama bym na tym znalezisku nie zyskała.

— A tobie chodzi o sławę i Wiktoria dobrze o tym wiedziała — stwierdził mężczyzna podchodząc bliżej do epitafium. — Doskonale znała smak sukcesu…

— Gorzej jej szło z goryczą porażki — przecięła Eliris. — Kto by się spodziewał, że coś tak cennego zostawi właśnie mnie? — rzekła z nieukrywaną ironią.

— Nie zamierzasz jej odpuścić?

— Nie widzę takiego powodu. Jedno odkrycie w tym kontekście niewiele znaczy. Choć pewnie w jakiś sposób powinnam jej być wdzięczna. Ale na to przyjdzie czas, gdy uwolnię się z tego wieku i wrócę do swojego.

Christian nic nie odpowiedział dalej przyglądając się z uwagą tablicy.

— Więc gdzie znajduje się depozyt?

— Oczywiście w Bibliotece Książąt Czartoryskich. Od chwili powstania, a w zasadzie od sprowadzenia zbiorów do Krakowa w 1876 roku, działa nieustannie. I to głównie z niej korzysta moja rodzina. Zwłaszcza że zawsze w skład Ordynacji zarządzającej zbiorami wchodzi ktoś, kto ma pojęcie o podróżach w czasie. Poza tym od początku istnieją w niej wieczyste depozyty, w których składa się przedmioty, których normalnie nie powierzono by żadnym bankom. Zresztą…, kto by się spodziewał, że budynek biblioteki może kryć takie skarby?

— Więc chcesz powiedzieć, że wystarczy się udać do Biblioteki Czartoryskich i poprosić o wydanie depozytu? — spytał z niedowierzaniem.

Eliris roześmiała się, a jej głos odbił się echem od sklepienia.

— Niestety, to nie takie proste. Trzeba znać szyfr.

— Przecież powiedziałaś, że szyfrem jest sposób zapisu daty na epitafium.

— Tak. Ale to szyfr niekompletny. Ma tylko dwanaście liter, a potrzebnych jest siedemnaście znaków. Liter, cyfr albo symboli. I właśnie tu leży problem. Starałam się znaleźć pięcioliterowe wyrazy pokrewne, ale możliwości jest zbyt wiele. Rozwiązanie musi być wpisane w tablicę. I pewnie jest tak proste, że nie jesteśmy w stanie go zauważyć.

Stanęli obok siebie wpatrując się w epitafium Kallimacha.

— Wiesz… — zaczęła Eliris po kilku minutach — Wiktoria, co muszę przyznać, była przemyślną osobą. Rzeczywiście rozwiązanie jest wpisane w epitafium.

— Więc który z wyrazów uzupełnia szyfr?

— Cały urok tego rozwiązania tkwi w tym, że żaden.

— Przecież powiedziałaś…

— Z czego składa się epitafium? — przerwała Christianowi.

— Z liter. Układają się w łacińskie wyrazy.

— Właśnie. Nie ma cyfr. Nawet daty są zapisane na sposób rzymski, a dzień śmierci, czyli pierwszy listopada, zapisano słownie, jako „calendis novembris”. Jednak cały tekst nie został we wszystkich linijkach wyjustowany.

— Ostatnia linijka jest urwana, a zamiast napisu…

— A zamiast napisu…

Christian zerknął na dziewczynę.

— Jest wrysowanych pięć spirali. Jako uzupełnienie kodu.

Eliris przytaknęła.

— Spirale, które pojawiają się jako symbole w większości znanych kultur i zazwyczaj mają zbliżone znaczenie. Ruch, energia, wzrost, rozwój, stwarzanie i nieśmiertelność — wymieniała. — Odnawialny cykl życia.

— Brawo!

Głośnie oklaski odbiły się we wnętrzu. Christian i Eliris odwrócili się raptownie.

— Jednak muszę stwierdzić, że cię nie doceniałam — rzekła młoda kobieta zbliżając się do nich wolnym krokiem. — Witaj Christianie — zwrócił się do mężczyzny z uśmiechem. — Nie wydajesz się zaskoczony…

— Witaj Maleo.

— Może mnie przedstawisz? — spytała kokieteryjnie.

Zaskoczona Eliris spojrzała na Christiana, który z ledwo ukrywaną niechęcią wpatrywał się w nowoprzybyłą.

— Ależ oczywiście… Pozwól — zwrócił się do dziewczyny — że przedstawię ci Maleę Rev, znaną w swoim czasie kolekcjonerkę dzieł sztuki, o której w pewnych kręgach krąży pogłoska, że nie zawaha się sięgnąć po drastyczne środki, byle tylko dostać w swoje ręce upatrzony okaz.

— Jakaż to surowa ocena. Thomas wcale nie był tak zasadniczy jak ty w potępianiu moich działań.

— Mój brat miał to nieszczęście, że dał się złapać w twoje sidła. I oboje wiemy, jaką cenę za to zapłacił — w głosie Christiana dało się słyszeć narastającą złość.

— Po raz kolejny ci powtarzam, że to nie ja jestem odpowiedzialna za jego śmierć — Malea Rev nie okazywała zdenerwowania.

Eliris z uwagą przysłuchiwała się konwersacji. Wolno sięgnęła do kieszeni i zacisnęła palce na ukrytym w niej medalionie. Jeśli się nie myli i Wiktoria wiedziała, co się stanie, to musiała również mieć świadomość, że w prezbiterium kościoła Dominikanów dojdzie do konfrontacji. W takim razie zginęła, ponieważ…

— Pozwolisz że zachowam swoje zdanie — Christian skupił całą uwagę na stojącej przed nim kobiecie. Spoglądali na siebie z coraz bardziej widoczną nienawiścią.

— Ależ oczywiście. Ciebie przecież nie tak łatwo przekonać…, ani przekupić.

— Wyjaśnij mi tylko jedno… — Christian niedbałym gestem założył ręce. — Kto ci pomaga? Bo przecież sama tak genialna nie jesteś.

Kobieta roześmiała się.

— Ty i to twoje poczucie humoru. — Wydawała się dobrze bawić całą sytuacją. — Ale przykro mi, że cię rozczaruję. Wychodzi na to, że jednak jestem sprytniejsza od ciebie.

Eliris zaczęła wolno przesuwać się w stronę ołtarza. Liczyła na to, że zajęta rozmową Malea Rev nie zwróci uwagi na jej ruch. Myliła się.

— Hola, hola! — archaizm zabrzmiał drwiąco w jej ustach. — Nie radziłabym ci. — Wyciągnęła dłoń w kierunku Eliris. — Poproszę o medalion.

Christian wolno skinął głową.

— A jeśli odmówię? — chciała wiedzieć dziewczyna.

— Cóż… Wybuch w kawiarni zdecydowanie mi się nie udał, ale zapewniam was, że drugi raz nie popełnię tego samego błędu.

Eliris wyciągnęła z kieszeni ozdobę i z ociąganiem podała ją kobiecie. Malea obróciła medalion w dłoni i zawiesiła na szyi. Eliris gwałtownie ruszyła w jej stronę, jednak Christian zdążył ją chwycić za ramię i zatrzymać.

— Nie radzę — stwierdził.

— Widzę, że wciąż jesteś rozsądnym człowiekiem. I spostrzegawczym — dodała Malea z niejakim zdziwieniem. — Poproszę jeszcze o lokalizatory. Tak na wszelki wypadek, gdyby przyszła wam ochota powrotu do XXIV wieku. Lepiej by było, gdybyśmy się tam nie spotkali — odebrała od nich dwa kryształy i schowała je do kieszeni.

Nie wrócimy…, pomyślała Eliris spoglądając na odchodzącą Maleę Rev.

— Rzeczywiście… — rzuciła przez ramię kobieta przystając w drzwiach — jesteś podobna do babki. Ten sam upór i ta sama naiwność.

— Jak długo klatka będzie aktywna? — zawołał jeszcze za nią Christian.

— Nie martw się — w zimnych oczach kobiety czaiła się złośliwa satysfakcja. — Z głodu nie umrzecie.

— O jaką klatkę chodzi? — chciała wiedzieć Eliris.

Po wyjściu Malei Christian schylił się ku posadzce i zaczął uważnie czegoś szukać. Już ponad pięć minut skupiony był na tym zajęciu i w ogóle się nie odzywał. Eliris trwała nieruchomo czekając, chociaż sama nie wiedziała na co, jednak przedłużająca się cisza zaczęła jej już ciążyć.

— Malea chce zyskać na czasie — zaczął mężczyzna. — Odebrać Biblię lub zmienić hasło, wrócić do swojego czasu i tam ją spokojnie wyciągnąć z depozytu. Aby mieć przewagę zostawiła klatkę, rodzaj energetycznej obręczy. Czas jej działania jest zaprogramowany. Znając upodobania Malei… na jakieś dwa dni — dodał posuwając się kilka centymetrów do przodu i badając opuszkami palców szparę w posadzce.

— Skąd tak dobrze znasz tę kobietę?

Eliris zastanowiła się, czy Christian dosłyszał pytanie. Nie podnosił głowy zatopiony w swych własnych myślach.

— Zabiła Thomasa, mojego brata — odparł niespodziewanie. — Chociaż nie zrobiła tego osobiście, jednak ponosi odpowiedzialność za jego śmierć.

— Co się stało?

— Thomas badał rynek nielegalnego handlu artefaktami i ich przemytu z wcześniejszych epok. Po części to on trafił na dowody zabójstwa twojej babki. Nie wydajesz się tym zaskoczona…

— Domyśliłam się, że raczej nie była to śmierć ze starości.

— Przy okazji poznał Maleę i dał się omotać. Zakochał się w wizerunku, jaki dla niego wykreowała. Zginął w niewyjaśnionych okolicznościach.

— Podejrzewasz, że miała z tym coś wspólnego.

— Nie tylko podejrzewam. Ja to wiem. Ale brakowało jakichkolwiek dowodów. Należało więc sprawdzić ostatnią misję Wiktorii i spróbować się z tobą spotkać w XXI wieku. Spodziewałem się, że Malea nie przepuści takiej okazji. I, jak widać, nie pomyliłem się. Tylko teraz twoje szanse na odzyskanie Biblii radykalnie zmalały. Praktycznie do zera.

— Wiktoria lubiła powtarzać: Quidquid agis, prudenter agas et respice finem.

— Cokolwiek czynisz, czyń rozważnie i patrz końca — przetłumaczył Christian.

— Właśnie. Czy jest jakaś szansa, żeby wydostać się z tej klatki? — spytała po chwili.

— Teoretycznie jest. Ale nigdy jakoś nie mogłem w tym względzie przejść od teorii do praktyki. Zresztą Malea ma nad nami przewagę, którą trudno zlekceważyć, a tym bardziej zniwelować.

— Niekoniecznie… — Eliris przysiadła na posadzce koło Christiana.

Mężczyzna popatrzył na nią z uwagą.

— Co wymyśliłaś?

— Musimy jak najszybciej się stąd wydostać i dotrzeć do Collegium Maius zanim Malea się zorientuje, że wyprowadziliśmy ją w pole.

— A wyprowadziliśmy?

Eliris energicznie przytaknęła.

— Biblii wcale nie ma u Czartoryskich — obwieściła radośnie.

Christian zerknął na nią z powątpiewaniem.

— Przecież dopiero co udowodniłaś, że tam jest i znalazłaś kod do depozytu.

— A potem uzmysłowiłam sobie, że Wiktoria musiała to przewidzieć. Poza tym zawsze lubiła potrójne układy.

— Omne trinum perfectum?

— Widzę, że rozumiesz.

— Kolejne powiedzenie Wiktorii?

— Uwielbiała wymarłe języki. W każdym razie zdawała sobie sprawę, że medalion odeśle mnie do kościoła Dominikanów i tu będę szukać kolejnej wskazówki… I ją znajdę. Na potrzeby Malei. Więc zaczęłam się zastanawiać, gdzie jeszcze można było ukryć Biblię traktując przy okazji platynowy wisior jako drogowskaz.

— I…?

— Trzeba sięgnąć do źródeł. Ad fontes. Istnieje starszy pierwowzór medalionu niż płaskorzeźba na nagrobku Kallimacha. A ponieważ zazwyczaj Wiktoria wspominała o renesansowym poecie, więc w pierwszej kolejności też o nim pomyślałam. I zapomniałam o pieczęci.

— O czym?

— O pieczęci majestatycznej Władysława Jagiełły, która uwierzytelniała dyplom odnowienia uniwersytetu z 26 lipca 1400 roku. Na pieczęci tej przedstawiono wizerunek władcy w otoczeniu siedmiu herbów. To był pierwowzór medalionu Kallimacha. I nie wiem, jak mogłam o tym nie pomyśleć wcześniej. Przecież byliśmy w Collegium.

— Więc Biblia znajduje się w Muzeum Uniwersytetu? — upewnił się Christian.

— Jestem tego pewna. Tylko musimy się stąd wydostać — rzekła z niejaką rezygnacją rozglądając się wokoło. — Mówiłeś, że teoretycznie jest sposób…

Christian spojrzał na nią z powagą. Rozważał coś przez chwilę.

— Nie wiem, na ile to jest bezpieczne… Zamknij oczy i cokolwiek się stanie, nie otwieraj ich, póki ci nie powiem — rzekł.

Eliris zacisnęła mocno powieki. Cokolwiek się stanie… Z uwagą wsłuchiwała się w otaczające ich dźwięki. Cisza… Odległy pogłos toczonych daleko rozmów… I nagle, zupełnie blisko, ciche kroki. Ktoś przystanął w niewielkiej odległości. Coś głucho stuknęło o posadzkę. Raz, drugi i trzeci. A potem cisza. I znów trzy stuknięcia. Eliris wstrzymała oddech czekając na ciąg dalszy. Nic się nie działo. Po pewnym czasie znów ten stukot. Tym razem gdzieś za nią. Z trudem powstrzymywała się, by nie zerknąć za siebie. Wypuściła wolno powietrze…

— Nie sądziłem, że to zadziała… — w prezbiterium dał się słyszeć zaskoczony głos Christiana. — Już po wszystkim. Możesz otworzyć oczy.

Dziewczyna wstała rozglądając się wokoło.

— Co zrobiłeś?

— Istnieje zasada, czysto teoretyczna, dotycząca następstw wydarzeń w czasoprzestrzeni. Paradoks. Zapętlenie. Jedno wydarzenie może być jednocześnie dla jednej i tej samej osoby przeszłością i przyszłością. Zależy od punktu obserwacji.

— Słyszałam. Jeśli masz możliwość i siłę woli… — zaczęła. — O Najwyższy! To w ten sposób… — spojrzała na Christiana z przerażeniem.

— Można manipulować continuum — uzupełnił.

— I przerzucać artefakty przez granicę czasów.

— Wiem. Właśnie się przekonałem, że to możliwe.

— Ale jeśli ktoś to robi, oznacza, że ma on możliwość, czyli stały i nieograniczony dostęp do przejścia.

— Prederic — podsunął mężczyzna. — Tylko on pasuje do tego układu.

— Ale jak ci się to udało?

— Postanowiłem, że po powrocie zrobię wszystko, by otrzymać jego posadę i mieć możliwość powrotu do tego czasu…

— Siła woli…

— Właśnie — przytaknął z zadowoleniem.

— Wiktoria o tym wiedziała. Musiała wiedzieć. W jaki inny sposób mogłaby chronić księgę?

— I ciebie.

— I mnie — zgodziła się Eliris. — I mnie…

Christian spoglądał na nią z uwagą. Jej przygoda, jej życie. No cóż… Każda decyzja w danym czasie jest jedyną możliwą. Zdecydowanie był deterministą.

— Co teraz zamierzasz? — spytał spoglądając na dziewczynę.

— To proste. Odzyskać księgę, wrócić do XXIV wieku i pomóc ci zdobyć posadę w Instytucie. Obawiam się tylko, że wcześniej przyjdzie nam zabić Prederica.

Spojrzeli na siebie w pełni świadomi konsekwencji własnych czynów i zamierzeń.

— Pomyślane, dokonane.

Przejście do 5.