Wiersze zebrane - Stanisław Barańczak - ebook
lub
Opis

Ambicją całej twórczości Barańczaka będzie doskonałość tego, co starożytni Rzymianie rozumieli pod określeniem ars, sztuka rzemiosła. Dzięki temu także te wiersze, które przez krytyków niechętnych nowofalowej poetyce bywały pogardliwie określane jako „poezja publicystyczna”, zdumiewająco przetrwały próbę czasu i dziś nadal poruszają. Choćby właśnie przez drastyczny kontrast między bylejakością życia w Peerelu a wyrafinowaną formą, w jaką poeta tę bylejakość ubrał. To był też jeden ze sposobów niepoddania się klątwie otaczającej rzeczywistości.

TADEUSZ NYCZEK „Przekrój”

Kiedy się czyta dzisiaj Tryptyk z betonu, zmęczenia i śniegu (1980 r.), w nim zaś wiersze kolejkowe, relacje z życia w gierkowskich blokowiskach, sprawozdania z „rzeczywistochy”, jakby powiedział Miron Białoszewski, to ta jego podwójna przynależność, do królestwa poezji i sfery codziennej egzystencji, rysuje się we wzruszającym świetle. Pomysłowość utworów, ich poetycka samoświadomość, kompozycyjny rygoryzm i konsekwencja nie zmieniają się bowiem ani w oschły perfekcjonizm, ani w histeryczny niesmak, ani w skargę, ani w publicystykę.

PIOTR ŚLIWIŃSKI „Dziennik”

Poezja ma być odpowiedzią na skończoność życia, budowaniem sensu, by spłatać figla czającej się na nas nicości. Taką też odpowiedź stara się dać autor „Widokówki...”, wsłuchany w dochodzący doń głos Boga. Głos to przecież niewyraźny, zanikający, jedynie przeczuty, a może wręcz domyślany...

ANDRZEJ FRANASZEK „Tygodnik Powszechny”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 276


Biblioteka Poetycka Wydawnictwa a5

pod redakcją Ryszarda Krynickiego

Tom 55

Korekta twarzy(1968)

Dla Ani

Osaczyć w locie

Wzruszenia

Wmawiane od tak dawna, siłą rozżaloną

ściągane wewnątrz: by tam okryć grzbiet

cierpkiego wciąż-to-samo, wystające

żebra, co drą aksamit. Miękkość nie chce

być różnoraka na tyle, na ile

tego się żąda w pośpiechu. Zapewne,

rzecz, która tylko twym nie jest udziałem,

skwapliwie śmieszy, ale później ciebie

w tym śmiechu wykasłuje. Wciąż to samo,

złożone na krzyż z płaszczących się części,

ubogo przewidzianych. Lecz czy one

nie chcą nas oszukiwać w s z y s t k i c h ; czy

wybierają; czy ci są wybrańcami

(bo tak nieliczni), których nie wybrano

i zostawiono z płaszczem na ramionach.

Lecz były, będą w którejś z pozostałych

dłoni: wzruszenia wreszcie nie wmówione.

Skłócone, pierzchające

Edwardowi Balcerzanowi

Jak to uładzić w sobie, uporządkować

wzajemnie odpychane, przekreślane w locie

migotliwym, targane zewsząd

zderzeniami. Zadanie: stanąć obok, zostawić

samopas: niech trwa samo. Niewykonalne, bowiem

nierównymi krokami odmierzony dystans.

Chwycić w locie! rozprostować i ułożyć cienie

obok siebie, bezkształtne smugi, linie rozwidlone,

nie zgasły jeszcze! Ale zanim

przekręcić wzrok w tę drugą stronę, nikną bladym

pogłosem, resztką lampy zgaszonej. A przecież –

– w skłóceniu – trwają. Choć drga echo kroków

w posępnych korytarzach, kryjących twarz w ciemność

Bez konturów

Unieść ciężar zamglenia twej postaci, kiedy

stajesz się we mnie, w wąskiej kresce między

pamięcią a wyobraźnią: zapomniana i jeszcze

niewymyślona, dym z płonących liści.

Kiedy byłaś i jaka, czy będziesz i kiedy

ściągnę w kontur twój zarys. W zmęczonym pośpiechu

zacierana (czy nie po to, abyś

znowu wstawała z martwych), powracasz, w nieuchronnym

powrocie znajdując broń. Upadek pod ciężarem

dźwiga mnie: że zawsze zostaje przed tobą

wąski pas cienia nieprzebyty ręką,

że nie ogarnie wiejącego tobą

wiatru – otwarta dłoń.

Bez poprawek

Gdyby raz jeszcze, gdyby było dane

to, co się wzniosło razem z ciepłem skóry,

z rudym oparem igieł – w błękitnawy oddech

wieńczący wokół drzewa. Gdyby wciągnąć w siebie

tę lotną mgłę,

raz jeszcze. Twoja głowa dźwiga dzisiaj gęsty

warkocz, gdzie igły i drzewa wplątane

mieszają się w chaosie migotliwym, lecą

kometą we mnie. Gdyby ściąć go dłońmi,

na których śpisz,

raz jeszcze! Gdyby od nowa płonęło

pierwsze igliwie, pierwsze drzewa – przecież

nawet i wtedy nie poprawię błędów

i nic nie skreślę, odtwarzając z ognia

ciebie, mój tekst.

Bez powrotu

Gdy kładzie głowę, nareszcie, na brzegu

stołu, czy sądzi, że zyska

siłę, gdy złączy osłabienie z ziemią?

I jeszcze – z oddaloną o metr drzewa?

Zaprzeszłe czasy, rozwiane na oścież;

wiążące jego oczy na dwa węzły

do wewnątrz; spawane z jego niepamięcią

ukrwionym kleszczem: brakiem

powrotnego obrazu. On i one drżą

w zwarciu: dwaj zapaśnicy tak ciaśni,

że jeden w drugim traci swoją siłę.

Jak w jedno słowo

Jak się da wtopić, jak się zamknąć

da? Jak, zrośnięte, wyjąć z owych

kilku minut, przenieść w to słowo,

nie rozsypać? Gdy tak się zwarły,

ciaśniejsze niż związane ręce:

ówczesny deszcz u szczytu wielkich

okien, ówczesny chłód, ówczesny

półmrok nad literami, miękkość

ówczesna, myśl o tobie. Które

minęły. Kilka minut, i tak

oczyszczonych z siebie! i w nich osaczyć

deszcz, półmrok, miękkość, chłód – osobne

i tak jedne? I jak by brzmiało

takie zamknięte słowo!

Wziął za dobrą monetę

Wziął za dobrą monetę; położył

za sobą pewnym progiem przeświadczenie,

że bilon, który dlań teraz wyciera

i unieczytelnia obca ręka, jest

dobrą monetą. Nawet nie rozdwojony

przez nieczytelność, która by innego

rozdwoiła, skazując na alternatywę:

odrzucić – przyjąć (bo zrozumieć

nie można było, nawet ujrzeć palców

zacierających skwapliwie groszaki,

nim przemknęły przed twarzą miedzianym

pędem). Więc wziął za

dobrą monetę swój przydział

żetonów. Nie wiedział, że to nie nagroda,

ale że po to je dostał, aby grać; że gra

dopiero się zaczyna.

Pusty

Kiedyś ja sama w ciebie wejdę, niczym ręka

w rękawiczkę. Jak ona, zaplanuję twoje

kształty i poruszenia. I przez twoją skórę

ledwie wyczuję żwir i popękany granit.

Ty, tak opustoszały pomieszczeniem dla mnie,

po stokroć przypuszczonej; ja, tak nieobecna

w twoich półmrocznych przejściach, zakamarkach tajnych,

w ich pustych odebrzmieniach, gdy uderzyć głucho.

W mroku rozszerzyć siebie, rozmnożyć na wszystkie

strony w tobie. Dopiero kiedyś. Jeszcze wierzysz,

żeś jest i instrumentem wewnątrz futerału.

To ja dopiero będę twoimi słowami.

Niech szorstkie włosy, niech gałęzie szorstkie

Niech szorstkie włosy, niech gałęzie

szorstkie, przez ciebie na wskroś kroczył

cyrkiel, budując krągłe klatki;

tak, i schnie trawa, tak, i włosy

szorstkie, szorstkie gałęzie. Z tobą

dwoi się droga wstecz, bez ciebie

podwójnym torem myśl powraca.

Więc szorstkie włosy, więc gałęzie

szorstkie, niech zrośnie się na dwoje.

Szept

Teraz są tylko słowa w ciepłej gwieździe

włosów; szeptane tak bardzo,

jakby nie chciały nawet dźwiękiem przybrać

swojej jasnej nagości. W gęstwinie promieni

błądzą, niech nie znajdą drogi

w gęstwinie ciepłej, wolne od moich warg,

spętane swoją prawdą. Lecz niech pewniej

błądzą od myśli, niech każde jak aktor

w obcisłym stroju, gładki – niech ten szept

wchodzi na scenę i gra moje słowa

po raz tak już tysiączny, że wierzy sam sobie

i że stopami grzęźnie w scenie…

Twarze jezior, twarze drzew

Jeśli za nami twarze jezior, jeśli drzewa

zeszły się w naszych ciałach: jakie twoje imię

i język jaki? Gdy już tylko drewno

i trawa więzi nas i gdy przyciąga ziemia

nasze ciała przez siebie: jakie imię, z jakich

głosek? Jak cię zatrzymać, jeśli

przecinasz ciałem moje dłonie w późnym

uchwycie? Jezioro nas zamyka

i twarze drzew nad nami, a jak wyjmę

nazwę i pamięć ciebie z przerw między źdźbłami trawy?

Wtedy, gdy twoje ciało ostrugane z moich

rąk, jakie imię, jaka pamięć wtedy.

Wieki średnie

Czas dla nich: zbyt obszerny puklerz

uderzany z zewnątrz wiatrem ciemnych

dzwonów. I zbyt obszerne

wszystko, zbyt długo czekać. Biczowani

sznurem zeschniętym w suplaste godziny,

wzrok podnosili. Nadzy w zbroi, w czasie.

Bo wydani na łup. Bo zamknięci zarazem

dłonią: zbyt wielką. Nie dochodził do nich

ciężar dybów na rękach sięgających w górę,

aby głębiej wbić w czoło ciernie. W zwartym mroku

chroniącej dłoni szli, tracąc kierunek.

Fałdy czasu, zbyt luźne i sute: jak znaleźć

rozstrzygnięcie? czy szukać? I jeszcze w tym mroku.

Chcieli szybciej i więcej. Przebijali ciało

natychmiastowym ostrzem, rozpalali

równoczesne żelaza. Białe czoła dziewcząt

na brunatnych portretach rosły dalej, szerzej,

rozwiecznione w horyzont.

Zwierzęta

Umieją być najszybsze. To tylko chwilowy

stan, to ich przypłaszczenie. Wiedzą,

jak zwęzić się pionowo w prędki wyrzut i

skoczyć. Ich przyziemność gotowa,

by zwinąć się w sprężynę, słuchającą tylko

świstu powietrza za uszami. Oczy,

tak łagodnie brązowe teraz, są otwarte

na przyjęcie skaczących do gardła obrazów.

Nie dają nam się bać, są płaskie tak,

że tym łatwiej je przybić do ziemi

spojrzeniem, nigdy równoległym. Wiele

nam wybaczyły; lecz trwa przyszły pęd

w ciałach wciąż skłonnych do stania się ostrzem.

Myślenie dzwonem

Zagrzebać w sercu dzwonu cienki zarys własnej

czaszki: niechaj się zwęzi bujność kół drzemiących

w powierzchni wód. Osadzić okrężne myślenie

na krótkim łuku pędu, dopiero się zbiegnie

w bieguny tylko dwa: w odmowę – zgodę,

bijące w metal jak w żebra od spodu.

Uprościć dzwonem opończe rozmysłu,

obroże wątpliwości, rozwiązać dwojako

nagość odmowy, nagość zgody, strącać

ich osobność ze szczytu dzwonnic – aż ziemia, aż skała

niech się rozstąpi w bujnych kołach, coraz

szerszych

Korzyść z namacalności

Nie próbowałem jeszcze dotyku. W tym może szansa:

odrzucić w tył zawodne instrumenty, zostać tylko

opartym na końcach palców; może choć na odległość

rąk wyciągniętych utrzymać przybierające. Może

opóźnić choć na moment, jakiego trzeba mi będzie,

by o metr się przemknęło zrozumienie, co przede mną

rozprowadzają w jasność dłonie.

Bo nie próbowałem

dotyku jeszcze: czyż nie to jest jedynym narzędziem,

którym tkankę od tkanki odróżnię, zrozumiem ciało

do kości i więcej dodam, niż w nim jest – przekonany,

że to, co grzeję w dłoniach, ściślej się wiąże, jak ptasie

pióra i skrzydła ptaka.

Lecz nie próbowałem jeszcze

dotyku: tak dopiero w r e s z c i e rozcina się węzeł,

z oczyma zamkniętymi, gdy reszta zawiodła. Wtedy

jednak trwa przecież lęk, że splot pokonano zbyt wcześnie,

zbyt nieufnie i pewnie. Zorać palcami pokłady,

namacalnie przyjmować w dłonie ciężkie grudki; a cóż,

jeśli skupione palce okażą się cięższe od nich?

Tutejszy

Jerzemu Kaczmarkowi

Tak chcę się w nim osadzać jak śruba

wkręcająca się w drewno, żywiona

naporem słojów –

co to za kraj, którego

powtarzam imię: nie wiem, dokąd w nim płowieją

drogi, wiem tylko ich początki, ścięte

małym nade mną kloszem; wiem, jak z zewnątrz

krew ich gałęzi poprzez mnie pulsuje.

Nimi to imię miałkie oplatam jak pięścią,

a wciąż mi się jego różne ciało

wymyka obojętnie.

Aby było w nim miejsce na moją konieczność,

w tym niejasnym obszarze; abym, jak narzędzie,

nie musiał jej tłumaczyć…

Do jego liści przylgnąłem stopami,

wchłonąłem skórą jego deszcz, mówiłem

słowami, co do niego należą. Liście

zatrzasnęły się na moich stopach,

deszcz rozkrzyżował ramiona, język nie chcąc

idzie torem tutejszych. Więc znak on mi daje

już tym: sidłami, których wybór przypadkowy

i zbyt mało bolesny?

Przecież chcę jeszcze głębiej zostać zatrzymany

przez jego glebę, wrosnąć po kolana. Czy

przepłynie z niej to imię, jakim jest naprawdę;

czy będzie takie, jakim chcę je wiedzieć.

Ilu się na nie ludzi zrośnie w jedno, czemu

jestem z nich. Usprawiedliwić moją

tutejszość: formować się w niej jak woda

w naczyniu. Takie szczelne jest to wybieranie.

Kiedyś zamknę się wokół ciała tego kraju

i ono może mnie uchwyci jak rękojeść.

Sonety łamane

But blessed be hail and upheaval

That uncalm

Dylan Thomas

W celi tej, gdzie dążenie celem

W celi tej, gdzie dążenie celem

jest, odpoczynek znajdują dwie strzały

zderzone w lot grotami, co się starły

wszczepiając w siebie na ruchliwy cement

swe pędy; tam, gdzie wciąż trwa stały

ruch i rozbiegłe zespolenie, cieniem

drwiąco odwrotnym wyznacza się cenę

na wód stojących skrzepłe stany

posiadania. Za moją kratą każda głoska

dźwięczy łańcuchem innych i na gramy

waży się głos, by pękła jego gładka

tafla w sprzecznym uskoku, by grały

przeciwko sobie karty; zamiast kraty głaskać,

widzę, jak szary mur rozpierzcha się bez granic.

Na tej czereśni czerwień, na jej krwawe włókna

Na tej czereśni czerwień, na jej krwawe włókna

kładą się oto w oczach mięśnie ćwiartowanym

pasmem, smugi bandaży rozwinięte, na nich

wyschnięte sieci ran, już gęstniejące w płótna

gobelinów utkanych grubym zmartwychwstaniem

purpury w nadpalonych policzkami kłótniach,

ostrzach, pogoniach, ciętych nitkach tego sukna,

gdzie strumyk krwi jak w żyłach rdzawych liści zanikł

i splątał się; w czerwieni, w tych włóknach mięsistych

za cichą kartką skóry wrą wyrwane trawy

w płonącej plątaninie, rosną w oczach iskry

ruchu i słychać szkarłat ścieranych bezprawi

w tych gałkach żyłkowanych, kiedy patrzą, bliskie,

na tej czereśni czerwień, na jej włókna krwawe.

Znaleźć dla niej nową mowę

Znaleźć dla niej nową mowę; tyle

lekkich, wielkich słów dniało! a dla niej

językami wyślizgany kamień,

ciągle jeden: byle jaśniej, byle

jawniej brzmiała mi swoim nazwaniem

jeszcze nowym. Wtedy było milej

mieć „co” niż „jak”. Lecz nazajutrz chwile

nazywane niepewnie: wciąż taniej

o następne jedno słowo, ciemniej

o sylabę, głoskę. Słowo „miłość”

już nie miało w sobie ławek, cieni,

objęć, ciepła, mijania. Już było

jeszcze jednym nijakim kamieniem

z tych, co język – kalecząc – goiły.

Wchodząc, tracimy na przeczuciach tyle

Wchodząc, tracimy na przeczuciach tyle,

ileśmy z siebie wyparli zaprzeczeń.

Wkoło nas gruba pewność. I walczą o lepsze

szyba wielkiej witryny z zaporowym dymem,

co, jak kurtyna, jest tylko powietrzem

gęstym na moment. A w kieszeni bilet

wsunięty chyłkiem. A odjazd za chwilę,

a podparcia cofnięto i nikt nas nie przestrzegł,

i nikt nie zmacał pustki wyciągniętą dłonią.

Ależ tak, bliżej teraz, kiedy rozerwano

styk horyzontu, kiedy otworzono

naszą muszlę (szukając pereł?), kiedy bramom

wolno stać się zbędnymi. Lecz wchodzący stoją

chwiejnie: ściskają jeszcze laskę, już zabraną.

Nagryzmolony, tak, i ręką niezbyt pewną

I am a scribbled form, drawn with a pen

Upon a parchment; and against this fire

Do I shrink up.

William Shakespeare, King John V , 7

Nagryzmolony, tak, i ręką niezbyt pewną,

może przypadkiem. Nieznaczący znaczek,

miejsce poza szeregiem równych liter naszedł,

jakby na marginesie. To jedno,

a drugie, że niekształtny. Niezamierzony raczej,

zastygły linią kurczową, beztrosko niepotrzebną,

gdy naokół huczały konstelacje: drewno

płonące coraz bliżej. Nie słuchać, nie patrzeć

łatwo było, gdy tamte stały zlęknionym szeregiem,

ukrywając przed bacznym spojrzeniem pożaru,

że kurczą się, rudzieją. On jeden

– zdawało się – za chłodnym przeminionym nie czuł żalu.

Zrównany teraz, wyzwolony. Iść przed siebie

środkiem spopielałych obszarów.

Zbudzony w jeszcze głębszy sen

Zbudzony w jeszcze głębszy sen, bo w jawę

udzielną wszystkim i rozrzutną

na wszystkich, kruszę jeszcze w palcach próchno

przyśnione, kruszę światło niebieskawe,

co prześwietlało moje kości. Jutro,

ten promień widnokręgu, krótki i jaskrawy,

wrysuje w okrąg pulsującą krawędź

każdego cienia. Tak się więc tka płótno

dnia, przepalając jedną nitkę drugą.

W ogniu pytań krzyżowych, w tym piekącym siewie

ziarn piasku pod powieki, budzić będę długo

mój sen do jawy głębszej; a nasienie

nocy, w głąb oczu wbite ziemną grudą,

wzrośnie światłem; z nim w siebie wejść i wyjść ze siebie.

Walki

Artykulacja

Każde następne słowo budzi wstyd, łamie się na kataraktach języka, zębów, warg. Drżący napór głosek żłobi oporne koryto: język wrośnie w swoje dno, zeschnięte wargi osłabną, wyłamią się zęby ze swego twardego porządku; wreszcie: brama na przestrzał, tunel kulisty, wydrążony ze zwodzonych zapór, o ścianach obojętnie gładkich na zrodzenie tego, co kłamie, tego, co kłamane. Ale rodzi się tylko zwięzła taśma krzyku, tylko ta druga, jedna z dwóch, prawda.

Z ciebie

Powiedz gniazdo w tobie, dokąd kulą się odłamki lotu, wymów żółte ciepło uwite z braku słów; bo jest przezroczysta objętość w tobie, gdzie nie wtargnie kurz znojnych powikłań; bo nie zakuję jej w dybach dłoni ani rozpostrę na płaskiej mapie spojrzenia. I sama ty nie powiesz gniazda, dokąd wracam.

Więc tylko spawam na tobie kraty z moich warg.

Drugi

Wojciechowi Jamroziakowi

Zdrapać uśmiech, zwlec skórę, odjąć ruchy, nawet cień odrąbać od siebie niezamierzonego, zamotanego w fałszywe powijaki. Różowe tynki kruszyć dłutem, nie bacząc na zacieki potu, aż do ciemniejszych malowideł, dalej, aż do kruchych cegieł, jeszcze, do cienkich w powietrzu kresek najbardziej pierwszego szkicu. I, nawet ich niechając: skończyć na lekkiej kuli uwolnionego początku, ugniatać w dłoniach przejrzystą grudę na obraz i podobieństwo od nowa swoje, tylko swoje.

Śmierć

Zabijanie chudło i ogromniało od tamtych czasów, które w wybujałych girlandach kropel potu kroczyły pod bramami otwierającymi się w każdej szczerbie ostrza. Czas to był zabójstw rozlewnych różową krwią naocznie objawioną w koronie spojrzeń, śmierć była ciasno i odręcznie więziona w uchwycie oszczepu; niesiona w strzale, wlokła za sobą barwne pierze, powielane radośnie przez odbicia w wypucowanych puklerzach. Wiele jeszcze wąskich zwierciadeł podniesiono nad twarzami, zanim tęgie mięso śmierci rozdęło się w ten zbyt obszerny całun, sucho i czarno klekocący kurczowym dymem mimowolnego konania.

Ciemność

Tu trzeba siły mroku, aby jaśniej wiedzieć miejsce, gdzie na unoszącą się w pył drogę opada sadza z podpalonej kurtyny nieba: tam wczepiają się w siebie palcami białe szosy i ubyłe słońca. Mroku, mroku huczącego od nabrzmiałych granic; gdy przez rozwierane naporem granatowych grud źrenice przepchają się już szarzejący uciekinierzy wzroku, wtedy do bieli, do czerni ściąga się wszystko to, co jest po obu stronach tych okrągłych drzwi. I jaśniej jest ujrzeć mrokiem krew wiążącą łąkę z wodą, kartkę papieru ze ściętym drzewem. I ciemniej wrócić w światło, w ogólnik zieleni i wymijający błękit.

Czoło

Głuche wejście do ciebie, podwójne drzwi ze skóry i kości, zatrzaśnięta tablica zgładzona z liter, pęknięć oszukańczej skały. Mur w poprzek prostych przejść ze mnie do ciebie, porcelanowy filtr, przez który najcieńsze włosy nawijają się na zwoje twojego mózgu tak wolno, że po drugiej stronie są już siwe. Gładka kula armatnia, kulista rozrywanym powietrzem; głębinowy statek wśród ciśnienia myślanego przeze mnie morza.

Przerosty

Są dzikim mięsem, pianą wykwitającą z kufla, winogronami na chudym murze; nabite i ziarniste, przerastają to, czym nawet nie zamierzały się stać. Wyrosłe między kością kamienia a krwią wody, najbliższe miękkiemu bujaniu powietrza odpychanego okrągłym obrotem ramion skaczących nurków – takie ich poczęcie; z zatłuszczonych płomieni, z nadmiaru i sprzeciwu – takie ich narodziny; przerosnąć siebie – taki ich pierwszy oddech, osadzony parą na lustrze.

Ryba

Ryszardowi Krynickiemu

Dla kształtu ostrza szlifowanego ziarnistym pilnikiem wody, dla nierdzewnych błysków błękitnej łuski, dla wytrwałości w pracowitym cięciu morza na wylot – wyniesiono rybę nad fale i obezwładniając mimochodem trzepot, który zanadto mógł przypominać przyspieszone ruchy wahadła, zamrożono ją w znak, bielejący sucho na ścianach katakumb. Spośród stworzeń łatwych do obrysowania kredą jedynie ryba mogła się wznieść siłą wzniosłej dwuznaczności nad zwiniętego w powróz węża, pełną miskę – żółwia, czy motyla złożonego do oklasku. W swojej ostrości i błękicie miała znaczyć nóż odcinający dobro od zła, miała trafiać w samą ich granicę, wtedy jeszcze cienką jak kredowa kreska.

Dzisiaj trzepot wyrwanej z fal ryby kojarzy się zarazem z agonią i ze skwierczącym tłuszczem; wiadomo zresztą, że cienka kredowa granica rozrosła się tymczasem w krwiste widmo tęczowe posiekane na dwa tysiące kawałków.

Zwycięstwo

I sing what was lost…

William Butler Yeats

Ciężkim zwycięstwem czy skończyliśmy cokolwiek? Ta bitwa wszczynana powiekami jest pełna zwietrzałych wież, które zdobędziemy bluszczem tak bez zapału i nieuchronnie, jakby to tylko hydrostan żyłek plenił się po starczych policzkach. Zakorzenione w dłoń ziarna naszej broni wybuchną powojem, wiążącym w pęki rdzawe klingi obrońców. Prędko zniknie niedbały uśmiech tej walki, przegranej, bo zwycięski jest tylko ciężar zwyciężania; przegranej, bo jedyny ciężar krzepł w toporach powiek, nawisłych nad tym przydługim odcinkiem, tą bitwą.

Pismo

Chciej wszystkiego: wbij się w te ciasne obroże z kolcami, przeszyj na ich wylot spojone w blok karty, godząc w to, co najciemniej zakryte w tunelach liter, ale sznurując na zawsze stronice cienką i łączliwą siecią; więc spętany jej okami, swoimi oczami, ale wolny, w głąb i na zewnątrz jaśniejący jak gwiazda z zakleszczonymi w czarnych dybach promieniami przegubów i karku. Tędy, przez rządki nierównych pierścieni, mknie strzała ciebie, smuga jeszcze tobie niejasna, póki nie zboczy, wytrącona z toru.

Wtedy tobą ku tobie wybuchnie, zwrócona twarzą w twarz.

I w świetle tej ostrości dostrzeżesz zakola rzek schnących na papierze, i pojmiesz: tak szybko krzepnie w bieli tego śniegu czarna i żywa krew.

Jednym tchem(1970) i Dziennik porannyWiersze 1967–1971 (1972)

I nawet to, co niszczy, w świat się zmienia.

Rainer Maria Rilke, Baudelaire

(przekład M. Jastruna)

Ani

Jednym tchem

Jednym tchem

Jednym tchem, jednym nawiasem tchu zamykającym zdanie,

jednym nawiasem żeber wokół serca

zamykającym się jak pięść, jak niewód

wokoło wąskich ryb wydechu, jednym tchem

zamknąć wszystko i zamknąć się we wszystkim, jednym

wiotkim wiórem płomienia zestruganym z płuc

osmalić ściany więzień i wciągnąć ich pożar

za kostne kraty klatki piersiowej i w wieżę

tchawicy, jednym tchem, nim się udławisz

kneblem powietrza zgęstniałego od

ostatniego oddechu rozstrzelanych ciał

i tchnienia luf gorących i obłoków

z dymiącej jeszcze na betonie krwi,

powietrza, w którym twój głos się rozlega

czy się rozkłada, połykaczu szabel,

tak białej broni, bezkrwawych, a krwawo

raniących krtań nawiasów, pośród których

jak serce w żebrach i ryba w niewodzie

trzepoce zdanie jednym tchem jąkane

do ostatniego tchu

Wziąłem sobie do serca

Wziąłem sobie do serca te pięć litrów krwi,

która ucieka z niego,

jakby chciała

przebić się poprzez cienkie tynki skóry,

lecz wraca wciąż tym samym torem

ze ślepego zaułka serdecznego palca;

przejąłem się na własność tą krwią, co chce zbiec,

odkąd złapałem pierwszy oddech

na gorącym uczynku

kradzieży

ze świata

i na próbie ucieczki;

musiałem wziąć na siebie kruche mury ciała.

Wbiłem sobie do głowy te pięć zmysłów, które

rysują wewnątrz czaszki

suchą igłą

dymem do dołu zawieszony pożar,

wzięty w dwa ognie oczu portret

wyryty na gorąco na mózgowej korze;

wykuwałem na pamięć to zbielałe ostrze,

odkąd mi zaprzątnęły głowę

odwrócone płomienie,

co patrzą

mi z oczu

na walące się krokwie;

musiałem wziąć na siebie blask, swąd, żar i huk.

Wziąłem się w garść własnymi pięcioma palcami,

wziąłem w garść grudę gliny

ugniecioną

palcami wszystkich, którzy umierali,

padając nagle twarzą w glebę

i drąc w niej paznokciami ostatnią kryjówkę;

patrzę im wciąż na ręce – lepkie, lecz od potu –

odkąd tak mi się pali grunt

pod palcami, że z bólu

zaciskam

je w pięść

i tłukę nią w drzwi ziemi;

musiałem wziąć na siebie otwarcie tych drzwi.

Kwiat cięty

Ty, wyrwane żebro ziemi, włókno

woni kolczastych drutów, wybuch wilczej nory

ku niebu; ty, kwieciste kłamstwo,

popłoch papieru (po trzykroć niech będzie

pomięty): ty, wzlot z gruntu

wynikły, z gruntu fałszywy, ty,

szalbierzu bardziej niż wykorzeniony:

ścięty z nóg;

ścięty z szyi,

nie odetniesz się nożycami ani

barwą od swojej ziemi, nie okiełznasz

swojego pędu od niej, wpół rozdarty tymi

końmi na ciemność i zgiełk;

ponad płatkami rozpłatany na

sztuki piękne, po trzykroć bądź bolesny: cudzą

krwią na kolcach i własną, bo jesteś

też językiem odciętym za krzywoprzysięstwo

i dłonią wbitą nożem w stół (kwieciste zdanie

złej sprawy, szulerstwo przygwożdżone);

w kwiecie

wieku tych kilku godzin, więc nie w sile wieku

umierający,

bądź po trzykroć ścięty;

po trzykroć nieśmiertelny.

Jej włosy, skrzydło bramy i ciężki pęk kluczy

Jej włosy, skrzydło bramy i ciężki pęk kluczy

ptasich w trójkątnym locie na stojący, szybki

strumień szyby rozlanej w poprzek wiatru; wrota

bez klucza, skrzydło odarte z żurawia,

studnia bez dna czająca się wąsko na wylot

z głowy milionem piór;

te skrzydła mimo lotu są atakiem z obu

skrzydeł; ten klucz we wrotach szorstko i bezradnie

kluczy, choć ma otwierać drogę niezmierzwioną

zasiekiem podków; bo te nie na szczęście,

na osaczenie gną się tym samym żelazem

ukutego przysłowia;

jej włosy, skrzydło ptasie i ciężki pęk kluczy

u bram; niech się obróci klucz w zamku i skrzydło

wrót, niech uderzy skrzydło pierzaste i kluczem

trójkątnym pchnie we wzwyż rozlane szkło,

w jaskrawy zapach ciszy, w ten wreszcie ostatni

pokrzyżowany plan.

Źrenica, w której byłem

Źrenica, w której byłem; która była

w czyimś oku i twarzy; w której była moja

twarz; moje oczy; źrenice; i która

w moim cieniu, w rzucanym przeze mnie wyzwaniu

i podejrzeniu, rozwarła się ufnie

jak chłodna woda, jak chłonne wołanie

z bezdennych ocembrowań tęczówki, bijące

w oczy umarłą wonią utopionych liści,

smolnym smakiem obrotu długiej osi wody,

która przebija szare zwoje Ziemi

na wylot; byłem w źrenicy tak bardzo,

jak tylko można być w czymś, co odpycha,

co odbija twarz, oczy, źrenice, wciągając

w głąb; byłem w źrenicy tak jasno,

jak tylko można być w czymś, co przed światłem

zamyka się i wwierca głębiej w szare zwoje,

w których jeżeli nawet jestem, to umarły

Twarzą w trawę

Twarzą w trawę; i twarzą w twarz,

którą straciłem, oko w oko, którym

rzuciłem nieopatrznie i opacznie w stronę

luster i bruków; czy

te giętkie bagnety są moimi

dawnymi włosami czy dawnym

językiem, teraz obcym, ostrym,

oschłym, siwym od pyłu; czy są

skrawkami srebra, które muszę zalać

szkłem łez, aby w tym lustrze

odzyskać twarz; twarzą

w trawę, włosami w kłosy, ustami

w oset ostygły, nie w wypukły

bruk zlany krwią, nie w płaskie lustro,

we wklęsłą maskę z gipsu, którą ziemia

sprawi mi w dniu powrotu

Papier i popiół, dwa sprzeczne zeznania

Papier i popiół, dwa sprzeczne zeznania

na ten sam ogień; powiedzą: to jasne

jak dzień, jak dziennik , zmięty i zmierzwiony kłąb

w kałuży, nie, w zwierciadle wiadomości z kraju

(dobrego) i ze świata (złego); spaliłeś swój dziennik

wśród nocy; to bezsprzeczne, powiedzą, choć zmięty,

lecz niezmienny, zmierzwiony, ale niezmierzony,

z mierzwy, lecz wierzmy; plączesz się w zeznaniach,

w skręconych kartkach, tak czarnych, jak przedtem

były czyste; powiedzą: to proste

jak drut , kolczasty, jak druk, gazetowy;

spal i splącz papier, płomień, popiół, północ

w jednym błysku zwęglonym kroniki wypadków,

poprawią ci otrucie gazem na otrucie

gazet; to logiczne, powiedzą, samobójca , sam siebie

się bał

Nie

To tylko słowo „nie”, słowo, któremu nadać

bagaż strzaskanych kości i wylanej krwi

potrafi nawet ciemność z twojej krwi i kości,

to nieświadome dzieło bólu (wszelkie prawa

zastrzelone), którego zakrwawione kopie,

czcionkami chłosty odbite od kości, arkusze

przeszyte nicią strzałów,

możesz co dzień podnosić z chodników zmęczonym

wzrokiem, wczytywać się w nie bezradnością rąk;

to tylko słowo „nie”, ostatnie słowo

w dziedzinie krwi – a poznasz ją zaraz na wylot

roju pocisków z luf;

to tylko słowo „nie”, miej je we krwi,

która spływa kroplami po murze o świcie,

daję tobie to słowo, jakbym dawał głowę

za to, że ból istnieje, jakbym gardło dawał

za sprawę żył i ścięgien, i mięśni, i skóry;

czytam ci z liter bólu, ze skręconych nerwów

pospiesznie zapisane słowa o tych, co gotowi

zawsze otworzyć list cudzego ciała,

rozciąć kopertę skóry i złamać szyfr kości;

to tylko słowo „nie”, ostatni krzyk

modlitwy krwi, którą dzisiaj odmawiam za ciebie,

którą odmawiam sobie prawa do odejścia

Ta dłoń może być garścią i może być pięścią

Ta dłoń może być garścią i może być pięścią;

zaciśnięta, otwarta,

miękko oczekująca, gruzłowato twarda,

kanciasta na kamieniu, okrągła na ciepłej piersi,

zdolna uderzyć w stół lub przesypywać zapach

pszenicznych ziaren,

dłoń, która umie pełną garścią złapać

grudki słońca, co w rzece pełgają zmrożonym żarem

lub pustą pięścią tłuc w zamkniętą bramę,

ta dłoń jest tak jak zawsze

tylko dłonią i więcej nic się w niej nie zawrze

poza nią samą.

Ta czaszka może stać się zamkniętym zakładem

albo domem otwartym,

domem gry, w którym mózgu śliskie, szare karty

są znaczone, lub domem poprawczym z surowym ładem

posiłków i odwiedzin; obłąkany, więzień,

szuler, kochanek,

w tym domu schadzek mogą czuć się wszędzie

tak jak u siebie w domu, chociaż mieszkają przez ścianę;

czy ślepym murem jest czy okiem bramy,

ta czaszka będzie zawsze

tylko czaszką i więcej nic się w niej nie zawrze

poza nią samą.

Nigdy bym nie przypuścił

Nigdy bym nie przypuścił, że choć starcza tchu

na zduszony wzlot krzyku z jednoczesnych dwu

gardeł, to przecież kiedyś takie Nic jak śmierć

w pół słowa krtań zarośnie jak skudlona sierść;

nigdy bym nie przypuścił, że w dwu ciałach skurcz,

co wydaje się wieczny, skłębi się jak kurz

i w zmarszczki prześcieradeł pierzchnie lekkim snem,

gdy rigor mortis w inne ciało wlewa się

nieodwołalnie skrzepłym woskiem; nigdy bym

nie przypuścił, że w czyjeś usta wbijać dym

języka jest czułością mniej miękką niż strzęp

gazy do podwiązania czyichś zmarłych szczęk;

nigdy bym nie przypuścił, że bezwładna dłoń

zwieszająca się z łóżka sięga aż na dno

martwego morza potu, choć przedśmiertny pot

wyschnie prędzej niż pościel pognieciona pod

ciał podwójnym ciężarem, w których rośnie krew,

krążąca, aż nastanie ten i tamten kres.

Całym sercem po stronie

Całym sercem po stronie

własnego wnętrza; niech

po tamtej żeber stronie

do końca je pochłonie

tętnic żarłoczny śmiech.

Każdym nerwem po obu

stronach skóry; ten szew

niech tętni w ciałach obu,

co zmieszały ze sobą

ślinę i pot, i krew.

Całym wzrokiem po drugiej

stronie szyby; niech już

w oko jedno i drugie

wbije się ostrzem długim

skrwawionych ulic nóż.

Całym mózgiem po stronie

stron zapisanych; znów

niechaj stronę po stronie

ogarnia czarny płomień

na stos rzuconych słów.

Na jedną kartę

Na jedną kartę

Więc jakże? wszystko na tę jedną kartę

postawić? więc ma wszystko unieść, ciężar ziemi,

napór wody, ciśnienie powietrza, żarłoczność

ognia? więc zakopanych żywcem, uduszonych,

utopionych, spalonych? powodzie, pożary,

huragany, lawiny? wszystko na tę jedną

kartę? jak ma wytrzymać? jak ma, przygnieciona,

odwrócić się, gdy przegram? jak ma się nie ugiąć

ten papier,

skoro ciążą mu nawet litery?

Ogień

1.

Ogień, ta walka triumfalnie przegrana,

gwałtowna miłość od pierwszego

płomienia już śmiertelna, palące wejrzenie

oczu przykrytych dwojgiem powiek i

monet;

2.

niech twoje nagłe zajęcie się ogniem

będzie stałym zajęciem, bo przez to

staniesz w płomieniach, w tym krzyżowym ogniu

oskarżeń; albo zwiśniesz na ognistym krzyżu

równie dwoistym i oskarżającym

i sprzecznym; wprawdzie dogłębnie przybity

ćwiekami, ale już cię podnosi na duchu

to opiekuńcze ramię z drewna;

3.

ciebie, kata

oskarżonego, skazanego na

całopalenie; lecz na wolnym ogniu,

chociażeś przywiązany do swego pręgierza

i życia;

4.

ta walka haniebnie

wygrana, ogień, ta bezbronność

orężna, pogmatwany sznur

palących palców, natychmiast tak prosty

jak zwał chrustu; żarliwy mróz, to znowu

mrok żarłoczny, za chwilę tak jasny

jak popiół lub jeszcze jaśniejszy, jak

węgiel;

5.

z mroku powstałeś i w mrok się,

gorejący, obrócisz; więc pójść z ogniem znaczy

tyle, co i pójść z dymem;

6.

więc niechaj snop światła

mozolny będzie i zwikłany jak snop

zboża, nabity pyłem ciężkim, który w świetle

tylko tańczyć potrafi; promień niech się stanie

jak płomień, niech goreje gorzką kolczastością

ziaren i ściernisk; wolny, sprzeczny, jasny;

7.

niech ma smak węgla, niech ma smak popiołu.

Kolęda

Urodzony

ze srebrną łyżką w ustach, pod

szczęśliwą gwiazdą (rozżarzonym

kamieniem obrazy,

rzuconym w twoją stronę już cztery lata temu),

urodzony

tak wiele razy, że mógłbyś już wreszcie

zacząć się bać,

że mógłbyś wreszcie pragnąć czegoś mniej

niż wszystkiego (tak jakbyś nie wiedział, że wszystko

to tylko tyle, ile wytrwasz na niełaskawym chlebie

ciała i słonym winie krwi, tak jakbyś nie wiedział,

że będziesz odtąd tylko na przemian raną i blizną),

tak wiele razy, że mógłbyś pozostać

skulony w swoich mrocznych wodach, z dala

od woni iskier i łun,

urodzony,

czy tego chcemy, czy nie, z żelaznym nożem w zębach,

w stalowym czepku,

uśnij, zanim

dopędzi cię ten żar,

to światło, które cztery lata

czyhało w pędzie, aż otworzysz oczy.

Święto Zmarłych

Podają sobie ręce

pod ziemią; leżąc na wznak, rozpychają

łokciami zgniłe deski, rozgarniają dłońmi

glebę, korzenie traw, odłamki próchna; milcząc

spiskują przeciw nam, zbierają siły;

zbyt wielu ich już;

zbyt wielu, skulonych

w brzemiennych brzuchach grobów, które sterczą

tak kanciasto, że pęka ich ziemista skóra;

a oni rosną wewnątrz i rośnie im w płucach

ostatni przechowany haust powietrza, choć

przebiliśmy im piersi poprzez ziemię kołkiem

krzyża;

za lekka ziemia im i przegnił krzyż,

więc po to ta okrągła data: byśmy mogli

choć raz do roku za jednym zamachem

przywalić ich wieńcami, przygwoździć świecami

i przydusić nabożnym kolanem, aż stracą

nagromadzone siły, aż rozerwą

podziemny łańcuch rąk, opasujący Ziemię.

Przechowywać w chłodnym miejscu

Przechowywać w chłodnym miejscu,

w centrum umiarkowanych stref;

upał zbytnio by w nas streścił

płynnie rozgadaną krew.

Ognista kula w niebie,

kulisty ogień pod ziemią

nasz strach skulony dzielą

równo pomiędzy siebie.

Wypośrodkować trzeba

możliwie bezpieczne lokum;

gdy lęk bulgocze w trzewiach,

trudno o chłodny spokój.

Powietrze drży i krwawi,

bite przez słońca kułak;

lecz drga też ziemska kula,

rozdzierana przez lawy.

Między młotami skwaru

niełatwo dojść do ładu;

na nic lodowców okłady

i chłodne wachlarze szkwałów.

Więc z obu stron nagleni

wpełzamy, rozsądni wreszcie,

tuż pod powierzchnią Ziemi,

w to najchłodniejsze miejsce.

Rzeźba Ziemi

Te nieruchome eksplozje granitu, te wyrwane z wąwozów

i w niewiadomym kierunku uprowadzone zwały

gruntu, te zamrożone w ułamku sekundy fale

spienionych wzgórz:

za czyją sprawą to? kto za tym stoi?

kto przyłożył do tego rękę, kto poszarpał

i wygniótł cienką tkankę Ziemi? wiem,

zmarli od spodu tłuką głowami w ten mur,

w kupę granitowego gruzu, tak, to oni,

pchając przed sobą góry, próbują wydostać

się na zewnątrz, a przecież pozostają w grobach:

bo coraz to ktoś nowy pada im na pierś

i w miękkiej ziemi, w twardej skale żłobi

własną twarzą swą maskę pośmiertną; ten chaos,

to kłębowisko wzgórz, dolin, przełęczy,

to rzeźba Ziemi, nieskończony i

niedokończony portret zbiorowy tych twarzy

Szyba

Rzeczy nam kłamią: przecież

szyby przejrzysta gładź

umie najchytrzej na świecie

maskować się i łgać.

Z pozoru jest czymś, co dzieli:

na ulicę i wnętrze,

na skwar zakurzonych zmęczeń

i rzekę chłodnej pościeli,

na świat drzew i świat mebli,

na otwarty na przestrzał

wiatr i na martwy sześcian

powietrza wbitego w cegły,

na parkiety i bruki,

na ogrzewanie i mrozy,

na chmury i na sufit:

ale to tylko pozór.

Naprawdę szyba nie jest

podziałem, ale sama

z własnego wnętrza zieje

wąską, głęboką jamą.

Mało kto z nas to dostrzegł:

dlatego tylko szyba

jest cienka jak noża ostrze,

że z obu jej stron przywarł

nierozerwalnym parciem

dwu magdeburskich półkul

świat, w niesłyszalnym huku

zgniatający uparcie

barwy, czasy, przestrzenie,

zwierzęta, ptaki, ryby,

pod ogromnym ciśnieniem

aż do grubości szyby.

Ten świat skondensowany,

gdy spojrzeć na szkła krawędź,

zielonością jaskrawą

lśni jak toń oceanu:

i tylko stąd wiadomo,

że wewnątrz coś się dzieje,

że wewnątrz szyby toną

zmiażdżone epopeje,

bo szklany świat, zgniatany

do utraty kolorów

przez świat, który my znamy –

zrezygnował z oporu.

Zbyt wielkie tu zagęszczenie,

by mógł dać znać, że żyje;

czasami tylko drżenie

szybę znienacka przeszyje,

gdy na ulicy wystrzał

tryśnie fontanną huku

ponad domy najwyższe,

a po zmartwiałym bruku

czołgów zadudni horda;

lecz wtedy gospodyni

okleja szybę, przezorna,

paskami papierowymi.

Bo tylko ten świat bólu

Bo tylko ten świat bólu, tylko ta

kula spłaszczona w lodowym imadle,

wychłostana burzami, łamana kołami

południków, trzeszcząca w granicach

grubymi nićmi szytych, tylko ta

cienka skóra skorupy ziemskiej, popękana

rzekami, wydzielająca z siebie pot mórz słonych

między ciosami lawy i ciosami słońca,

bo tylko ten świat bólu, tylko to

ciało w imadle ziemi i powietrza,

wychłostane kulami, łamane wpół ciosem

pięści, trzeszczące pod pałką

w kostnych szwach czaszki, tylko ta

cienka skorupa skóry ludzkiej, popękana

krwawo, tocząca z siebie słone morza potu

pomiędzy ciosem narodzin i śmierci,

bo tylko ten świat bólu; bo tylko ten świat

jest bólem; bo światem jest tylko ten ból.

Względny spokój

Pajęczyna

Pajęczyna, symetryczna

śmierć;

jeszcze

jest żaglem rozpiętym od liścia do liścia,

sitem świtu (więc rymujmy,

póki czas), strzechą,

która cedzi gwiazdy w noc sierpniową (bo

jutro już), zimowym

wzrokiem (nie będzie nas) na szybie;

nagle:

rozczapierzona dłoń, którą dano ci w twarz;

koło, na którym cię łamano; tarcza

strzelnicza z twoją zgarbioną sylwetką;

kręgi na wodzie, w której utonąłeś;

twój splot słoneczny, rozjarzony

bólem; celownik w samolocie,

pikującym nad drogą, gdzie, pośród uchodźców,

osłaniasz głowę rękami; szyba

z siecią pęknięć, gdzie były twoje oczy;

pajęczyna, koncentryczne kręgi: tak

narasta ból; odśrodkowe promienie: