Wiersze. Tom IV - Juliusz Słowacki - ebook

Wiersze. Tom IV ebook

Juliusz Słowacki

0,0
8,49 zł

lub
Opis

Wiersze. Tom IV to zbiór wierszy autorstwa Juliusza Słowackiego, obok Adama Mickiewicza uznawanego powszechnie za największego przedstawiciela polskiego romantyzmu.

Zbiór ten zawiera 34 wiersze autora. W tym takie utwory jak: Sowiński w okopach Woli, Śmierć co trzynaście lat stała…, Tak mi Boże dopomóż, czy Testament mój.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 33




Wydawnictwo Avia Artis

2020

ISBN: 978-83-66362-90-1
Ta książka elektroniczna została przygotowana dzięki StreetLib Write (http://write.streetlib.com).

Sen z 30-go na 31-go stycznia 1847 r.

Na górze, która jako szmaragd była,

Stały kolumny — małom na nie zważał,

Aż je duch słońca światłem porozżarzał,

I każda cudnie w sobie zaświeciła.

Szedłem jak człowiek, który przypomina

Gdzie jest — i myśli, że w kraju Greczyna...

Potem był szlachcic, którego ścigało

Nieszczęście — niby mój krewny, któremu

Nowe domostwo, gdzie osiadł — zgorzało...

Potem gdzieś rada, sejmowi czarnemu

Podobna ..............

..................

Snycerz był zatrudniony Dyany lepieniem...

Snycerz był zatrudniony Dyany lepieniem. Stała już czysta, cała, miesięcznym promieniemSwiecąca z oczu; brakło już tylko na głowie Położyć srebrną, jasną skrę — księżyca nowie. Wtem do snycerni przyszedł człek, co wszędy biega Tak, że doń zawsze błoto uliczne przylega. Chodził, patrzał, trząsł sobą i błotem i swiatem; Sam z gliny, więc posągów wnet się nazwał bratem, Ojcem snycerza, który przed statuą ukutą Stał cicho... oczy w ziemię spuściwszy i dłuto. Już się mieli pożegnać, gdy snycerz, zajęty Statuy skończeniem, marząc owe dyamenty I półkręgi srebrzyste, miesięczne różowe, Które będą wieńczyły posągowi głowę, A nie widząc, skądby miał w szaleństwie zapału Na stworzenie miesiąca dostać materyału, Nagle, z wielką pokorą, wielkiego człowieka, Ujrzał na ziemi błoto, odpadłe od ćwieka I od podkówki gościa, na ziemi leżące, (Zwykle po błotnych ludzi śladach półmiesiące). Te snycerz wziął i z wielką położył pokorą Tam, gdzie nad posągami zwykle gwiazdy gorą, Albo przez lat tysiące; w kamień duszą wlany Płomyk się geniuszu podnosi różany. Zaledwo to uczynił, aż błotna istota W gościu zaczęła krzyczeć o tę kradzież błota, I pełna krwi na twarzy — w oczach błyskawicy.

Wrzeszczał ów gość: »Ja błoto przyniosłem z ulicy, Jam przyniosł i wydeptał, i miesiącem zrobił, A tyś skradł, abyś siebie u ludzi ozdobił I zarobił majątek u polskich szlachciców Tajemnicą, jaką mam, lepienia księżyców. Więc nietylko, żeś plagiat popełnił haniebny, Ale mnie w dom przyjmujesz, boć jestem potrzebny, Bo twych posągów czoła byłyby bez wieńca, Bez piękności«... — To słysząc snycerz, bez rumieńca Na twarzy, wobec gościa, który się szamotał Po snycerni, — ciął młotem w posąg i zdruzgotał.

Sonet

Już północ — cień ponury pół świata okrywa,

A jeszcze serce zmysłom spoczynku nie daje,

Myśl za minionem szczęściem gonić nie przestaje,

Westchnienie po westchnieniu z piersi się wyrywa.

A choć znużone ciało we śnie odpoczywa,

To myśl znów ulatuje w snów i marzeń kraje,

Goni za marą, której szczęściu nie dostaje,

A dusza przez sen nawet drugiej duszy wzywa.

Jest kwiat, co się otwiera pośród nocy cienia,

I spogląda na księżyc i miłe tchnie wonie,

Aż póki nie obaczy jutrzenki promienia.

Jest serce, co się kryjąc w zakrwawionem łonie,

W nocy tylko oddycha, w nocy we łzach tonie,

A w dzień pilnie ukrywa głębokie cierpienia.

Sowiński w okopach Woli

W starym kościołku na Woli Został jenerał Sowiński, Starzec o drewnianej nodze, I wrogom się broni szpadą; A wokoło leżą wodze Batalionów i żołnierze, I potrzaskane armaty I gwery: wszystko stracone! Jenerał się poddać nie chce, Ale się staruszek broni, Oparłszy się na ołtarzu, Na białym Bożym obrusie, I tam łokieć położywszy, Kędy zwykle mszały kładą, Na lewej ołtarza stronie, Gdzie ksiądz Ewangelią czyta. I wpadają adjutanty, Adjutanty Paszkiewicza, I proszą go: »Jenerale Poddaj się... nie giń tak marnie« Na kolana przed nim padli, Jak ojca własnego proszą: »Oddaj szpadę JeneraleMarszałek sam przyjdzie po nią...«

»Nie poddam się wam panowie — Rzecze spokojnie staruszek — Ani wam, ni marszałkowi Szpady tej nie oddam w ręce, Choćby sam Car przyszedł po nią, To stary — nie oddam szpady, Lecz się szpadą bronić będę, Póki serce we mnie bije. Choćby nie było na swiecie Jednego już nawet Polaka, To ja jeszcze zginąć muszę Za miłą moją ojczyznę, I za ojców moich duszę Muszę zginąć... na okopach, Broniąc się do smierci szpadą Przeciwko wrogom ojczyzny, Aby miasto pamiętało, I mówiły polskie dziatki, Które dziś w kołyskach leżą I bomby grające słyszą, Aby mówię, owe dziatki