Wierni miłości - Grace Burrowes - ebook
Opis

Baron Sebastian St. Clair jako chłopiec znalazł się we Francji zdany tylko na siebie. Żeby przeżyć, musiał wstąpić do francuskiej armii. I dokonać niemożliwych wyborów...
Teraz wojna się skończyła, a on wraca do ukochanej Anglii. Pragnie wieść spokojne życie dżentelmena w swej wiejskiej posiadłości. Lecz przeszłość nie daje o sobie zapomnieć. Starzy wrogowie chcą zniszczyć wszystko, co jest mu drogie. Jednak tym razem nie będzie sam w swojej walce…
Millicent Danforth, młoda dama do towarzystwa jego ciotki, od pierwszej chwili jest zauroczona Sebastianem. Czy jednak zdoła mu pomóc zmierzyć się z intrygą, która może go kosztować honor i… życie?
I czy oboje są gotowi stoczyć jeszcze jedną, najsłodszą walkę - tym razem w imię miłości.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 406

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Korekta

Piotr Janas

Hanna Lachowska

Małgorzata Tarnowska

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

© Alina/Fotolia

Tytuł oryginału

The Traitor

Copyright © 2014 by Grace Burrowes

All rights reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana

ani przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu

bez zgody właściciela praw autorskich.

For the Polish edition

Copyright © 2018 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-6825-5

Warszawa 2018. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-954 Warszawa, ul. Królowej Marysieńki 58

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja

1

Kula świsnęła Sebastianowi koło ucha, o cal od rozwiązania wszystkich jego problemów, a o pół cala od wyrządzenia znaczącej szkody.

– Giń, przeklęty! – Porucznik lord Hector Pierpont wystrzelił po raz drugi, ale wściekłość najwyraźniej zburzyła pewność jego ręki. Szlachetny dąb stracił parę nagich gałązek, które spadły na pole bitwy o honor.

– Umrę, bien sûr. – Słowa Sebastiana były modlitwą i obietnicą. – Ale nie dzisiaj.

Wycelował w klapę surduta Pierponta. Pierpont, angielski oficer z krwi i kości, stał bez ruchu, z zamkniętymi oczami, czekając, by śmierć go zabrała. W lodowatym powietrzu jego urywany, płytki oddech, jak po miłosnym wysiłku, tworzył mleczną chmurę.

Co za dramatyczna scena. Sebastian zgiął łokieć i zadał kolejną ranę niewinnemu dębowi.

– Ty także dzisiaj nie umrzesz. To była wojna, Pierpont. Dla dobra twoich kobiet, niechże się już skończy.

Dla podkreślenia swych słów wystrzelił drugą kulę nad głową; nie chciał także, żeby nabita broń znalazła się w zasięgu Pierponta. Kiedy Pierpont otworzył oczy, Sebastian zobaczył w nich morze nienawiści; wyraźnie wolał umrzeć, niż znosić wielkoduszność Sebastiana czy jego kazanie.

Sebastian podszedł do niego i odezwał się na tyle cicho, żeby sekundanci nie słyszeli.

– Niczego nie zdradziłeś. Te okrawki, które mi rzuciłeś, dużo wcześniej trafiły do służb francuskich. Wracaj do domu, ucałuj żonę i zrób jej więcej dzieci, ale mnie i moich bliskich zostaw w spokoju. Następnym razem nie chybię, mon ami.

Klepnął lekko Pierponta w policzek – drobne, przyjazne przypomnienie ciosów, które padały wcześniej.

– Nie jesteś godzien, żeby oddychać angielskim powietrzem, St. Clair.

Sebastian w odpowiedzi pomachał tylko ręką na pożegnanie. Takie przekleństwa to drobiazg dla kogoś, kto od lat żyje w koszmarze.

– Au revoir, Pierpont. Wyrazy szacunku dla żony i córek.

Były kapitan i jego pani mieli dwójkę dzieci. Dwie czarujące małe panienki z ciemnymi oczami Pierponta. Może po matce odziedziczyły zdrowy rozsądek i poczucie humoru.

– Zimny drań.

To kapitan Anderson, jeden z sekundantów Pierponta – nerwowy, dobrze odżywiony blondyn ze wspaniałymi wąsami. Zagrozić wąsom, a pan Odważny-Jestem-Lepszy wyśpiewa, niczym słowiczek w miłosnym uniesieniu, gdzie jego matka trzyma kosztowności.

Michael Brodie wyrwał Sebastianowi pistolet z ręki, chwycił go za ramię i pociągnął w stronę koni.

– Miałeś zabawę, a teraz chodź grzecznie, jak dobry baron.

– Jesteś niesubordynowany, ot co. Myślałem, że Anglicy są okropni pod tym względem, ale wy, Irlandczycy, nadajecie temu słowu głębię znaczeń, o których doktorowi Johnsonowi[1] się nie śniło.

– Ty jesteś Anglikiem, chyba że zapominamy, z jakiego powodu ten nadęty dureń chce ci przedziurawić serce z odległości trzydziestu kroków. Wsiadaj na konia, baronie, a ja jestem tylko pół-Irlandczykiem.

Którego to faktu drogi Michel nie ujawniał aż do niedawna.

Sebastian udał, że sprawdza popręgi w uprzęży Fable’a, ale wykorzystał ten moment, żeby przyjrzeć się pogrążonemu w rozmowie z sekundantami Pierpontowi. Pierpont, raczej mocnej budowy, był rozgniewany – wściekły – ale nie tracił rozumu ze złości. Jego cera czy oczy nie wskazywały na to, żeby nadużywał trunków; miał dwie śliczne córeczki, które potrzebowały miłości i uwielbienia swojego papy.

Może dzisiejsze krótkie spotkanie sprawi, że będą się nim cieszyć.

– Zrzędzisz, Michel, i mam ochotę ci za to dołożyć. Anglicy traktują służbę brutalnie, czyż nie? Dzisiaj może rzeczywiście będę Anglikiem.

– Francuzi potraktowali brutalnie cały kontynent, o ile mnie pamięć nie myli, a także część Afryki i dalekie morza na dokładkę. Nie powinieneś mieć Anglikom za złe, że czasami źle traktują służbę. To nam pozwala zachować przytomność.

Michael wskoczył na swojego gniadosza, a Sebastian usadowił się na Fable’u.

Połyskliwe, rude brwi ściągnęły się w grymasie gniewu.

– Jedziesz, oczywiście, na białym koniu – zaczął gderać Michael. – Mógłbyś jeszcze namalować sobie tarczę na plecach i wysłać przodem chłopaka, żeby oznajmiał wszem i wobec, że zbliża się baron zdrajca.

Sebastian ścisnął konia kolanami, zmuszając go do biegu.

– Fable był czarny jak diabeł, kiedy się urodził. Nie mam wpływu na to, co mój koń wyprawia ze swoją sierścią. To sprawa między nim a jego bogiem. Przestań oglądać się przez ramię, Michel. Pierpont był oficerem. Nie strzeli mi w plecy i nie będzie miał ci za złe, że bierzesz na siebie ciężar towarzyszenia mi jako sekundant.

Michael rzucił jeszcze jedno spojrzenie przez ramię – zarówno irlandzka, jak i szkocka część jego osobowości była pełna sprzeczności.

– Ile to już było pojedynków, jaśnie panie? Cztery? Pięć? Jeden z tych dostojnych, byłych oficerów położy kres twojej egzystencji i co się wtedy stanie z lady Freddy, hę? Pomyśl o tym następnym razem, kiedy będziesz chciał odebrać mnie i Fable’owi zasłużony sen.

Wyciągnął flaszkę i upił spory łyk – znak, że jego nerwy są w nie najlepszym stanie.

– Przykro mi. – Sebastian zdobył się tylko na te zdawkowe, ale szczere słowa. – Nie powinieneś się martwić o moje ranne wypady. Ci ludzie nie chcą mnie zabić bardziej, niż ja chciałem zabić ich.

Michael powstrzymał się przed zaoferowaniem flaszki Sebastianowi.

– Nie zabiłeś ich i to jest problem. To, co zrobiłeś, było gorsze i nawet jeśli oni nie chcą cię zabić – tę żałosną konkluzję możemy przypisać twojej galijskiej arogancji – reszta Anglii wraz z paroma lojalnymi Szkotami, kilkoma znudzonymi Walijczykami oraz, sześć dni w tygodniu, jakimś przypadkowo trzeźwym Irlandczykiem – wolałaby widzieć cię martwym. Jestem na służbie trupa.

– Melodramat do ciebie nie pasuje. – Sebastian spiął Fable’a do galopu, żeby Michael nie miał okazji zauważyć, że melodramat, twarzowy czy nie, od dawna cieszy się uznaniem jako społecznie akceptowany sposób ujawniania bolesnych prawd.

Z doświadczenia Millicent Danforth wynikało, że ludzie starsi, podobnie jak większość ludzi, dzielą się na dwie kategorie: strachliwych i odważnych. Jej babka była strachliwa, nieustannie prosiła o napary i herbatę, rozpieszczanie i pocieszanie. Dziecinnymi sposobami próbowała zapomnieć o nieuchronnej śmierci.

Natomiast lady Frederica, baronowa St. Clair, postrzegała własną ewentualną śmierć jako rozrywkę. Straszyła nią służbę, lamentowała nad nią nieprzesadnie z licznymi przyjaciółkami i wykorzystywała ją jako wymówkę za każdym razem, kiedy nie panowała nad językiem.

– Masz być damą do towarzystwa, nie pielęgniarką. Nie będziesz mnie drażnić swoją obecnością po śniadaniu, kiedy zajmuję się korespondencją. Zjawisz się u mojego boku, kiedy wybiorę się landem na przejażdżkę po parku. Czy chcesz to zapisać?

Milly przyjęła ze spokojem świdrujące, groźne spojrzenie przyszłej chlebodawczyni.

– Nie będę pani męczyć po śniadaniu, chyba że zostanę o to poproszona. Będę pani towarzyszyć w spacerach po parku. Sądzę, że tyle zapamiętam, proszę pani. Na czym będą polegać moje pozostałe obowiązki?

Pytała, ponieważ w agencji pan Loomis lekceważył szczegóły, poza niemożliwie wczesną godziną, o jakiej miała się stawić na tę rozmowę.

– Dama do towarzystwa – masz dotrzymywać towarzystwa lady St. Clair! Przynoś, odnoś, pocieszaj, zabawiaj. A teraz odejdź!

Sposób, w jaki przygładził kosmyk podejrzanie ciemnych włosów na łysinie, kazał podejrzewać, że w grę wchodzi znacznie, znacznie więcej. Może jaśnie pani popijała, uprawiała hazard i nie płaciła za zakupy – tym wszystkim miałaby się zająć dama do towarzystwa, której baronowa także mogłaby zapominać wypłacać gażę.

– Wieczorem będziesz jadła ze mną kolację, pomagając mi znosić towarzystwo tego nicponia, mojego bratanka, jeśli raczy się do nas przyłączyć. Co, pytam, jest takiego pociągającego w niedosmażonym befsztyku z niedogotowanymi ziemniakami, z okrasą z plotek? Mogę mu to dać i do tego mam świetnie zaopatrzoną piwnicę, ale nie, Sebastian musi spędzać czas w swoim klubie miłośników kwiatów. Ale mniejsza o to. Ma na tyle dobre maniery, że nie będzie cię terroryzować – nie bardziej niż ja. Jesteś pewna, że nie musisz zapisać nic z tego?

Tak. Milly była pewna.

– Domyślam się, że lubi pani sporządzać listy?

Niebieskie oczy jaśnie pani zapłonęły, kiedy sięgnęła po czajniczek z herbatą.

– Tak, nigdy nie jestem taka szczęśliwa jak wtedy, kiedy coś organizuję. Powinnam była zostać generałem, jak mawiał zmarły baron. Czy lubisz operę? Mam nadzieję, że tak, bo mało rzeczy tak trudno znieść jak operę, jeśli nie ma się do niej upodobania.

Jaśnie pani zaczęła opowiadać o londyńskich premierach, dyrygentach, muzyce, wystawieniu, publiczności, rozmaitych występach solowych i duetach, a także występach chórów. Jej przemowa robiła wrażenie huraganu, który otwiera naraz wszystkie okna, wzdyma zasłony, zrzuca papiery na podłogę i każe szczekać kanapowym pieskom.

– Nie pijesz herbaty, panno Danforth.

– Skupiam uwagę na przyszłych obowiązkach.

Baronowa odstawiła z brzękiem filiżankę na spodeczek.

– Szacowałaś wartość serwisu do herbaty. Kamionka jest bardziej praktyczna, ale jest taka ciężka. Wolę porcelanę z Sèvres, Sebastian też ją lubi.

Sebastian mógł być jej wiernym naśladowcą. Milly poświęciła chwilę w holu, podczas gdy czekała na tę audiencję, żeby zerknąć na karty wizytowe w kryształowej wazie stojącej na komodzie. Jaśnie pani prowadziła ożywione życie towarzyskie i nie wszystkie karty pochodziły od kobiet.

– Serwis jest ładny – zauważyła Milly, choć był więcej niż ładny i znakomicie pasował do pastelowego, słonecznego porannego salonu jaśnie pani. To była starsza porcelana, bardziej krucha, ale pięknie barwiona. Serwis jaśnie pani zdobiły jasnoczerwone kwiaty róż, zielone listki, złota obwódka na białym tle. – Miśnia czy Drezno nie są takie dekoracyjne, ale są trwalsze.

Baronowa, za pomocą srebrnych szczypiec, przełożyła na talerzyk kruchy, złocisty rogalik.

– Jesteś zatem damą, która przeżywa trudne czasy?

Była damą, która popełniła gafę. Płatne panie do towarzystwa nie musiały wiedzieć, że piętnaście lat wcześniej Sèvres wyrabiano bez kaolinu i wypalano w niższej temperaturze, w związku z czym porcelanę dawało się zdobić za pomocą bogatszej i śmielszej palety barw.

– Moja matka była damą, która przeżywała trudne czasy. Ja jestem ubogą krewną, która chce się utrzymywać samodzielnie zamiast obciążać dalej kuzynów.

– Wyrzucili cię, czy tak? – Ton baronowej zdradzał dezaprobatę. – Albo może zwrócili uwagę, że przy tych rudych włosach jesteś całkiem ładna, choć brązowe oczy nie są takie modne. Mam nadzieję, że nie jesteś zbyt delikatna.

Podała Milly słodkie pieczywo i podsunęła masło o parę cali bliżej w jej stronę.

– Cieszę się doskonałym zdrowiem, dziękuję, jaśnie pani. – Doskonałym zdrowiem fizycznym, w każdym razie. – I wolę nazywać swoje włosy kasztanowymi.

Baronowa parsknęła na tę uwagę i dolała sobie więcej herbaty.

– Czy ci kuzyni będą cię tu nachodzić?

Najpierw musieliby się zdobyć na wysiłek, żeby ją znaleźć.

– Wątpię.

– Nie jesteś żoną jednego z nich, co?

Milly o mało się nie zakrztusiła miękkim, maślanym ciastem.

– Nie jestem zamężna. – Pewnego dnia może będzie wznosić modły dziękczynne z tego powodu.

– A zatem będę regularnie i z przyjemnością wlewać zgorszenie w twoje niewinne uszy. Zajadaj. Kiedy Sebastian wróci z porannej przejażdżki, rzuci się na kredens jak plaga szarańczy. Jeśli wolisz kawę, lepiej wypij ją rano, zanim Sebastian zejdzie na dół. Ten człowiek nie znosi herbaty w żadnej postaci.

– Plaga szarańczy właśnie się pojawiła.

Milly gwałtownie obróciła głowę na dźwięk kpiącego barytonu. Ujrzała… swoje przeciwieństwo. Ona sama była kobietą – niską albo, uprzejmiej rzecz ujmując, drobnej budowy – rudowłosą i brązowooką; plaga przed nią prezentowała się w postaci mężczyzny – wysokiego, o zielonych oczach i jasnych włosach. Różnice nie kończyły się na tym.

Mężczyzna wkroczył do salonu lekkim krokiem; niewymuszona elegancja jego stroju do konnej jazdy zdradzała, że spędził trochę czasu na kontynencie. Ubiór był świetnie skrojony, a ruchy tak swobodne, że niemal leniwe. Odrobina więcej koronki pod szyją sprawiałaby wrażenie nadmiaru, a szmaragdowy błysk z jej śnieżnobiałej głębi ocierał się o ostentację, ponieważ mężczyźni rzadko nosili klejnoty za dnia, zwłaszcza przy tak pospolitym zajęciu jak przejażdżka w parku.

Biblijna plaga… ubierała się z polotem.

Znów inaczej niż Milly, która, krzątając się nieustannie, nosiła najprostsze stroje, a jej noga nie postała nigdzie poza Londynem i przyległymi hrabstwami.

– Ciociu, czy zechcesz nas na początek przedstawić?

To był zatem bratanek hultaj, chociaż, podczas gdy znosiła jego badawcze spojrzenie, przyszło jej do głowy, że określenie „hultaj” jest zaskakująco czułe w stosunku do stojącego przed nią osobnika.

– Panno Millicent Danforth, pozwól, że ci przedstawię mojego bratanka, nicponia, Sebastiana barona St. Clair. St. Clair, panna Danforth, moja nowa dama do towarzystwa. Nie wolno ci jej straszyć, zanim nie ustalimy warunków zatrudnienia.

– Naturalnie. Straszę twoją służbę po tym, jak podpisze kontrakt.

Jeśli to były żarty, to Milly nie uznała ich za zabawne. Jaśnie pani jednakże nagrodziła bratanka uśmiechem.

– Zepsuty chłopiec. Możesz zabrać talerz do biblioteki i poczytać swoje gazety w spokoju.

Jego lordowska wysokość, w żadnym wypadku nie chłopiec, ukłonił się Milly z kontynentalną zamaszystością, ponownie skłonił się nad dłonią lady St. Clair, wsunął parę gazet pod ramię i wyszedł z pokoju.

– Znowu się pojedynkował. – Baronowa mogłaby równie dobrze oznajmić, że grał w kości w stajni, mówiła raczej zjadliwym niż przerażonym tonem. – Nie dają biednemu chłopcu spokoju te nadęte bufony, z których stary Artur jest taki dumny.

Było zatem coś dziwnego w tym baronie o gładkich manierach; jak jednak świadczyło o człowieku to, że stanąwszy twarzą w twarz ze śmiercią o zachodzie słońca, wydawał się tym zupełnie nieporuszony, pijąc poranną kawę?

– Skąd pani wie, że się pojedynkował?

Damy nie powinny wiedzieć o takich rzeczach, zwłaszcza małe, starsze damy, żyjące korespondencją i ploteczkami.

– Jest smutny. Pojedynki zawsze budzą w nim smutek. Kiedy myślę, że już się wyzwolił i patrzy w przyszłość, któryś z tych imbecyli zbiera się na odwagę i znowu idą na jakąś owczą łąkę. Daję słowo, gdyby kobiety rządziły światem, byłby o wiele lepszym miejscem. Czy cię zaszokowałam?

– Wiele razy, proszę pani.

– Doskonale. Weź jeszcze jedno ciastko.

Milly zaczęła chrupać ciastko z czekoladowym nadzieniem – łatwo można się było przyzwyczaić do takich wspaniałości – podczas gdy lady St. Clair wychwalała z entuzjazmem Wellingtona – bo kim innym mógłby być „stary Artur”? – i jego oficerów.

A jednak w świadomości Milly utkwiło coś, co dotyczyło St. Claira i było jak plama na okularach. Był dość przystojny – na tyle przystojny, żeby wprawiać w zmieszanie – ale zimny. Uśmiech dosięgał jego oczu tylko wtedy, gdy patrzył na starszą ciotkę.

Może pojedynki nadwerężyły nieco czar.

– …a damytrès jolie, oczywiście – mówiła lady St. Clair. – Połowa członków rządu twierdziła, że musi jechać do Paryża, żeby zawrzeć pokój, ale zbrukane londyńskie gołębice cierpiały biedę, póki negocjacje nie dobiegły końca. Zawieranie pokoju wydaje się mieć bardzo erotyczny charakter.

– Znowu mnie pani zaszokowała. – Chociaż nie sprośnymi sugestiami.

St. Clair – baron i par królestwa – mówił z lekkim, arystokratycznym, francuskim akcentem.

– Doskonale. Będzie nam się świetnie układać, panno Danforth, o ile nie będziesz zbytnio wybrzydzać co do warunków.

– Nie stać mnie na luksus wybrzydzania, proszę pani.

Baronowa zerknęła na nią znad ślicznej filiżanki.

– Naprawdę tacy okropni ci kuzyni?

– Naprawdę. I skąpi do przesady.

– Wyrazy współczucia. Weź jeszcze ciastko.

Właściwie dowodzony garnizon miał w swoim składzie różne typy żołnierzy. Z doświadczenia Sebastiana wynikało, że w idealnej fortecy większość stanowili zwyczajni mężczyźni, ani anioły, ani diabły wcielone, chętni do wykonywania rozsądnych rozkazów i dostatecznie odważni, żeby od czasu do czasu wziąć udział w bitwie. Stanowili podstawę, bez nich nie toczono by wojen, zasługiwali więc na najlepsze warunki, jakie dowódca był w stanie im stworzyć. Przyzwoite warunki minimalizowały niebezpieczeństwo buntu albo drobnego sabotażu, a zwiększały odwagę i lojalność.

Równie potrzebne do prawidłowego funkcjonowania każdej ludzkiej siedziby były kobiety. Stanowiły pożyteczną siłę w piechocie – pomagały utrzymać morale, zapewniały rozrywkę, prały, gotowały i – cenne w środku wojny – przyczyniały się do utrzymania spokoju. W przekonaniu Sebastiana były także oficerami wywiadu, od których dawało się uzyskać informacje pozwalające oddzielić zgniłe jabłka od dobrych, owce od kóz.

Chociaż parę zgniłych jabłek odgrywało niezwykle pożyteczną rolę. Paru takich, którzy lubili zadawać ból, paru, którzy woleli służyć raczej mamonie niż Francji. Ci pierwsi – brutale – przydawali się przy utrzymywaniu dyscypliny, a jeszcze bardziej jako przykład, kiedy sami ją łamali, a dochodziło do tego nieodmiennie.

Druga, mała grupa, urodzeni zdrajcy, mieli bezcenny dar rozsiewania fałszywych wiadomości wśród wrogów czy plotek wśród żołnierzy, a także podkopywania spokoju miejscowej ludności. Kiedy Sebastian napotkał kogoś takiego, otaczał go ścisłą opieką.

Nadeszła pora, żeby ustalić, jakiego rodzaju żołnierzem jest panna Danforth.

Znalazł ją nie w bibliotece, ulubionym miejscu poprzednich dam do towarzystwa drogiej ciotki, ale w pokoju muzycznym, gdzie układała róże.

– Dzień dobry, jaśnie panie.

Cztery słowa, ale wiele mu powiedziały. Powitaniu towarzyszył lekki uśmiech, ani za bardzo zdawkowy, ani zbytnio ciepły, a ton jej głosu wydawał się w połowie drogi pomiędzy obojętnym a wyrażającym szacunek.

Wiedziała, jak radzić sobie z osobami stojącymi wyżej w hierarchii społecznej i z mężczyznami.

– Dzień dobry, panno Danforth. Czy mogę pani przez chwilę dotrzymać towarzystwa? – Właściwe przesłuchanie przeprowadzano, zachowując szacunek dla przesłuchiwanego.

Zerknęła na otwarte drzwi tak dyskretnie, że nie odebrała ani trochę uwagi różom.

– Oczywiście.

A potem nie zaczęła paplać, co już było interesujące. Pozwoliła mu dotrzymać sobie towarzystwa tylko dlatego, że zachowane zostały względy przyzwoitości, zdradzając w ten sposób mnóstwo na swój temat.

– Te róże są bardzo ładne, jeśli ktoś lubi czerwony kolor.

Nie zareagowała żadną miną i nie zaprzestała krzątaniny. Wsunęła gałązkę lawendy między zielone listki, sprawdzając efekt.

– Nigdy nie rozumiałam powabu róż – powiedziała. – To ładne kwiaty, ale większość prawie nie pachnie, szybko więdną i mają kolce, a ludzie zawsze przypisują im nie wiadomo jakie znaczenie. Czy zechciałby pan mi podać te nożyce?

Podał jej nożyce i usiadł na ławeczce przy pianinie parę stóp dalej. Zrobił to, ponieważ angielski baron raczej nie zapytałby damy do towarzystwa o pozwolenie, ale także dlatego, że coś w jej sposobie wyrażania się, szczerym, inteligentnym, bardzo mu się spodobało.

– Lawenda to niezwykły dodatek.

Panna Danforth zmarszczyła nos. Miała klasyczny kształt czoła, policzków i brody; jej wygląd wskazywał na domieszkę krwi różnego pochodzenia. Może celtyckiego, skandynawskiego czy teutońskiego ze względu na włosy. Nos kojarzył się ze starożytnym Rzymem, choć miała na to zbyt jasną cerę.

– Lawenda nie pasuje – stwierdziła, przyglądając się swojemu dziełu. – Ktoś jednak porzucił ją w szklarni, uznając za śmieć, a takiego barbarzyństwa nie mogę znieść.

Podniósł wieko pianina i popadł w zadumę. Coś łagodnego i miłego. Muzyka, przy której chciałoby się otworzyć duszę – jej duszę, ponieważ on takowej nie posiadał.

– Nie znosisz śmieci?

– Nie znoszę wyrzucania tak pożytecznej rośliny. Sam jej zapach uspokaja umysł. Lawenda może złagodzić ból rany, dodać smaku puddingowi, rozjaśnić ogród.

Miała dobry gust, jeśli chodzi o kwiaty. Wielu niegodziwców i kurtyzan go miało, a także niektórzy zdrajcy.

– Ma pani coś przeciwko temu, żebym zagrał?

– Oczywiście, że nie, proszę pana.

Drobny błąd z jego strony. Skoro nie prosił o pozwolenie, żeby usiąść, zapewne nie powinien pytać, czy może zagrać na własnym pianinie. Zaczął od kilku gam, głównie po to, żeby odciągnąć swój niezbyt spokojny umysł od zapachu lawendy i widoku wdzięcznych kobiecych rąk układających kwiaty.

– Czy mogę zapytać o pani poprzednią pracę, panno Danforth?

Odcięła kawałek długości paru cali kolczastej różanej łodygi.

– Byłam damą do towarzystwa dwóch moich ciotek, proszę pana.

I tym razem nie wdawała się w szczegóły. Ta kobieta rozumiała, jakie jest właściwe tempo przesłuchania. Sebastian podjął grę – nieco trudną melodię w skali F-dur, wymagającą pewnej zręczności.

– A jak nazywały się pani ciotki?

– Millicent i Hyacinth Hathaway, proszę pana.

– Mieszkały tutaj, w Londynie? – Mówił tonem swobodnej pogawędki, doświadczony więzień wiedziałby, że to oznaka nieubłaganej dociekliwości, a nie wyraz dobrych manier.

– W Chelsea. Lepsze powietrze.

Zwykły szczegół, podany dobrowolnie – to już był poważny krok naprzód. Uświadamiała sobie, że on chce poznać o niej całą prawdę. Porzucił radosną tonację F-dur – Herr Beethoven nazywał ją tonacją pastoralną – i przeszedł na swoją ulubioną, a-moll. Wymagała naprzemiennego używania białych i czarnych klawiszy, a więc większej koncentracji i wprawy. Szczególnie mu odpowiadała po zachodzie słońca.

– Dlaczego przyjęła pani pracę u mojej ciotki, panno Danforth? Uchodzi za trudną w najlepszym razie, nawet ekscentryczną według nietolerancyjnej większości. Za dnia będzie ciężko, a wieczorami nie lepiej.

Panna Danforth odsunęła się o krok od kwiatów.

– Wazon jest nieodpowiedni.

Zakończył gładko melodię i choć wiedział, że to nie pomoże jego śledztwu dotyczącemu jej charakteru, zerknął na bukiet.

– Słucham?

– Ten… – Machnęła małą dłonią w stronę wazonu, wesołej, pastelowej urny, świetnie pasującej do ciocinej kolekcji porcelany z Sèvres. Na obrazku młody dandys pochylał się nad dłonią wdzięczącej się panienki. Dworski wdzięk w otoczeniu kwiatów lilii, w złotych obwódkach.

– Jest dość ładny.

Sebastian został poczęstowany spojrzeniem z gatunku tych, jakimi kobiety obdarzają mężczyzn zbyt tępych, żeby zauważyć to, co oczywiste. To spojrzenie było wspólne dla wszystkich nacji, niezależnie od miejsca w hierarchii społecznej, ale na niego, poza ciotką, nikt w ten sposób nie patrzył od lat.

– A co to ma do rzeczy? – zapytała panna Danforth. – To wazon, naturalnie, że jest ładny. A także za wysoki, zbyt ozdobny, zbyt elegancki, za bardzo zwracający na siebie uwagę. Może mi pan podać tamten dzban?

Jakiś z dawna uśpiony odruch dżentelmena kazał mu się podnieść – świetnie jej szło balansowanie między uprzejmą prośbą a wyraźnym rozkazem – przejść przez pokój, sięgnąć ponad jej głową i zdjąć z półki zwykły biskwitowy dzban.

Jakby był zwykłym lokajem – nie usunęła mu się z drogi, ale zajęła kwiatami, wyjmując je z nieodpowiedniego – i dość cennego – wazonu. Kiedy podał jej dzban, uśmiechnęła się.

Zbyt wysoki, zbyt ozdobny, zbyt elegancki, za bardzo skupiający uwagę na sobie.

Och, była dobra.

– Dziękuję panu. W tym zwykłym dzbanie kwiaty będą wyglądały o wiele lepiej.

Podniosła ciężki pojemnik z wodą i napełniła dzban.

Jego szacunek dla niej jeszcze wzrósł – i to wcale nie było dobre – z powodu tego uśmiechu. Ten uśmiech stanowił coup de grâce – łaskawy, wyrozumiały, nawet współczujący – wobec lorda, który bez szemrania spełnił polecenie zwykłej damy do towarzystwa. A miał zamiar poddać ją sekcji niczym orchideę na stole botanika.

Pora do tego wrócić.

– Nie odpowiedziała pani na moje pytanie, panno Danforth. Dlaczego przyjęła pani posadę u mojej ciotki? Powietrze w Londynie jest znacznie gorsze.

Wzruszeniem ramion wyraziła tyle samo co przeciętny Gal.

– Gaże są lepsze w Londynie, a pańska ciotka nie jest przykuta do łóżka. Jej towarzystwo będzie interesujące, a warunki pracy hojne.

To, że owe warunki mogły być hojne, sprawiło mu niemałą ulgę.

– Trzeba ułożyć – ten pani bukiet.

Dlaczego tego nie widziała? Wyjął całą zieleninę i kwiaty, które włożyła bez ładu i składu do wazonu. Przede wszystkim zieleń, parę gałązek lawendy.

– Ma być ładny – oznajmiła. – I ładnie pachnieć.

– Równowaga i proporcje są ładne, wdzięk i harmonia kolorów są bardzo ładne.

Potem dodał róże, tu i tam. Jednak co do zapachu miała rację – dominowała lawenda, pomieszana z zapachem zielonych listków. Róże pozostawały niewyczuwalne dla nosa.

Znieruchomiał, z ostatnią różą w ręku.

– Pachnie pani lawendą, panno Danforth.

– A pan robi angielski bukiet, uporządkowany i symetryczny. Spodziewałabym się…

Jak cudownie było patrzeć, jak własne słowa wprawiają ją w zakłopotanie, jak jej wzrok ucieka do róży, którą trzymał w ręku.

– Spodziewałaby się pani?

– Bardziej kontynentalnego podejścia, swobodniejszego, o zachwianej równowadze, ale tym bardziej interesującego.

Mógłby teraz podjąć ofensywę, ale nie zrobił tego.

– Jestem w angielskim domu i jestem angielskim baronem. Będę miał angielski bukiet dla własnej przyjemności.

Wyjęła mu różę z ręki i przyjrzała się jego bukietowi.

– Tutaj, jak sądzę.

Zachował na koniec różę o najdłuższej łodydze, umieściła ją pośrodku, na wzór angielski.

– Bardzo ładnie, panno Danforth. A teraz, gdzie to pani postawi?

Ona także pachniała przyjemnie, głównie słodką lawendą, przypominając mu lato w Prowansji. Angielski baron w swoim własnym, angielskim domu nie powinien tęsknić za starymi klasztorami i francuskim słońcem. Pochylił się jednak i powąchał delikatne purpurowe płatki.

– Pańska ciotka chciała bukiet na pianino. Powiedziała, że pan dużo gra i że kwiaty powinny stać tam, na widoku. Czy to panu odpowiada?

– Nie, nie odpowiada. – Ostatni rzecz, jakiej pragnął, to coś, co by mu przypominało przeszłość, kiedy siadał przy pianinie, szukając samotności i zapomnienia. – Woda i instrumenty muzyczne to nie jest rozsądne połączenie.

– Zatem niech pan zdecyduje, proszę pana. – Podsunęła mu wazon, róże, lawendę i wszystko inne, sama zaczęła sprzątać pozostałości.

Odstawił bukiet na bok i podszedł o krok bliżej z zamiarem zastraszenia małej, prostej kobiety, która nie wie, z kim ma do czynienia. Zastanawiał się, jak najlepiej uświadomić jej liczne błędy, które popełniła w jego ocenie.

– A niech to! – Nie przeprosiła za ten niespodziewany okrzyk, tylko podniosła czwarty palec lewej ręki do ust.

– Kolec?

Kiwnęła głową, wysuwając wilgotny palec z ust i przyglądając mu się ze zmarszczonymi brwiami.

– Mówiłam już, że przeceniamy róże. Nic dziwnego, że kojarzymy je z prawdziwą miłością.

Te słowa i zjadliwy ton, jakim je wypowiedziała, wiele przed nim odkryły. Obwiązał jej palec własną chusteczką; dzięki temu nie mogła uciec, zanim nie dopiął celu.

– Krwawienie ustanie natychmiast, panno Danforth.

– Wiem.

Ich bliskość mogła wprawić ją w zmieszanie, co powinno sprawiać Sebastianowi przyjemność. Najprostszą formą zastraszenia było zastraszenie fizyczne, jednak wykorzystywanie tego, że był od niej dużo większy i silniejszy, zupełnie mu nie odpowiadało.

Było niesportowe, używając angielskiego określenia.

A jednak nie odstąpił ani nie puścił jej ręki.

– Kim on był?

Spojrzała gniewnie na ich złączone dłonie; nienawiść nie ukryła całkiem urazy w jej oczach.

– Ktoś wybrany przez mojego kuzyna; bez niego jest mi znacznie lepiej. – Uraza brzmiała także w jej głosie.

– Uprzedzę ciotkę, żeby w razie, gdyby zjawili się jacyś dżentelmeni wielbiciele, nie zostawiała ich z panią sam na sam, niezależnie od tego, do jakich sztuczek czy pochlebstw by się uciekali, czy też jak silne byłoby jej pragnienie kojarzenia par, które jest jednym z jej najpoważniejszych grzechów.

Gdyby go o to zapytano, Sebastian powiedziałby, że uczucie, jakie malowało się w brązowych oczach panny Danforth, najbardziej przypominało smutek.

– Dziękuję.

Zatem wcześniejsze sztuczki i pochlebstwa okazały się nic niewarte. Na tyle, że zrezygnowała z wielu wygód dobrze urodzonej damy i zdecydowała się szukać schronienia, wstępując na służbę. Anglicy to paskudne plemię, kiedy opanowują ich niskie żądze, to jest większość czasu.

Odwinął chusteczkę i przyjrzał się jej dłoni.

– Myślę, że pani przeżyje. Proszę zatrzymać chusteczkę. Jest z jedwabiu i wyhaftowano na niej moje inicjały. Kiedy zjawią się kuzyni, powinna pani pomachać im tą chusteczką przed nosem, i to niezbyt subtelnie, hę?

Oficer dowodzący odpowiadał za każdego człowieka w garnizonie, każdego kundla i każdego kota – łowcę myszy w stajniach. Sebastian nie dowiedział się jeszcze dość, żeby pozwolić żołnierzowi wrócić do wyznaczonych zadań.

– Będę nią wymachiwać bez opamiętania, proszę pana. Uprzejmie dziękuję.

Nie odsunął się, wciąż się jej przyglądał. Naprawdę miała bardzo ładne oczy.

– A jeśli owi kuzyni zrozumieją swój błąd? Jeśli ich niefortunny wybranek opamięta się i znowu spróbuje zwabić panią w swoje ramiona?

Także nie cofnęła się ani o cal, a smutek w jej oczach zamienił się w godną prawdziwej damy, wynikającą z urażonej godności wściekłość – fascynująca przemiana.

– To się nie zdarzy, proszę pana. W każdym razie – nie odejdę. Mój narz… on dał mi jasno do zrozumienia, że nie zdołam przezwyciężyć swoich wad ku jego satysfakcji, podczas gdy pańska ciotka oferuje mi przyzwoitą gażę i wygodne mieszkanie w zamian za moją zwykłą obecność. Mimo tylu przyjaciół i gości sądzę, że lady St. Clair jest samotna. Nie można odwrócić się plecami do kogoś, kto przyznaje, choć nie wprost, że jest samotny.

Prawie przemówienie. Prawie przemówienie – ze strony kobiety, która wiedziała, jak to jest, kiedy porzucają człowieka najbliżsi, którzy dotąd wydawali się gwarancją stałości i bezpieczeństwa. Przez chwilę udawał, że studiuje kwiaty; zastanawiał się nad jej słowami.

– Zatem spodziewa się pani pozostać na służbie tante przez jakiś czas?

– Zaoferowała mi posadę, kiedy bardzo jej potrzebowałam, proszę pana, i to nie mając do tego większych podstaw niż ocena mojej osoby przez agencję. Jestem jej dłużniczką. Byłabym niewdzięczna, a nawet głupia, gdybym zawiodła jej zaufanie.

Podeszła do pianina, zamknęła pokrywę, uwalniając Sebastiana, przynajmniej w jakimś stopniu, od zapachu lawendy.

– Można tylko podziwiać pani pragmatyzm, panno Danforth. Może ustawimy kwiaty w oknie. Światło im posłuży, no i będzie je można podziwiać z zewnątrz.

Spodobała jej się ta myśl, albo też podobała jej się każda wymówka, żeby się od niego odsunąć. Niedoszły narzeczony spadł jeszcze niżej w ocenie Sebastiana. Anglicy nie mają pojęcia, jak doceniać kobiety. Najmniejszego pojęcia. Za to Francuzi wiedzą na ten temat aż za dużo.

Panna Danforth postawiła kwiaty na środku parapetu za pianinem.

– Czy tak będzie dobrze?

– Ślicznie. I proszę przysłać lokaja, żeby tu posprzątał. Nie mogę dopuścić do tego, żeby nowa dama do towarzystwa mojej ciotki odniosła dalsze rany. – Choć zraniłby ją bez wahania, gdyby okazało się, że dał jej zbyt wygórowaną ocenę. – Pozwoli pani, że ją zostawię, panno Danforth.

Skłonił się, panna dygnęła, a kiedy wychodził, sprzątała bałagan, który oboje zrobili, nie przejmując się jego rozkazami.

Nieważne. Przekonał się, kogo ciotka wprowadziła pod ich dach. Panna Danforth należała do tego rodzaju żołnierzy, których lojalność należało zdobyć, ale gdy już się ją pozyskało, można było na nią liczyć, chyba że by zaszły jakieś nadzwyczajne okoliczności. Gdyby była angielskim oficerem, oddałaby życie, żeby zapewnić swoim podwładnym bezpieczeństwo.

Sebastian uznał, że na razie panna Danforth wystarczy. Teraz musiał udać się do oranżerii, żeby sprawdzić, co za głupiec wyrzucił gałązki lawendy do śmieci.

2

Jednym z aspektów „perfidnego Albionu”, których Henri Anduvoir szczerze nie znosił, były angielskie tawerny. Nie znosił zapachu surowej ryby, a Anglia miała tyle wybrzeża morskiego, że cały kraj nią śmierdział albo cuchnął nawozem, albo jakąś diaboliczną, stęchłą, gnijącą mieszanką jednego i drugiego.

Nie cierpiał powiększającej się łysiny na swojej głowie, tak bardzo, że ostatnim razem, kiedy jakaś kobieta zwróciła na to uwagę, zamknął jej usta, wymierzając policzek.

Stracił panowanie nad sobą tylko chwilowo, a całe spotkanie okazało się w końcu przyjemne dla obu stron.

Nie znosił wszechobecnego pożywienia zwykłych Anglików, składającego się z rozgotowanej, zdechłej i ościstej ryby nieokreślonego gatunku do kompletu z równie rozgotowanymi, zdechłymi ziemniakami. Żadnego sosu czy przyprawy w okolicy, chyba że wziąć pod uwagę nadmiar soli.

Przynajmniej, przyzwoite ale było pod ręką, żeby to wszystko spłukać i dobrze się składało, bo żadne wino nie zniosłoby podobnej obrazy.

Kiedy dawny kapitan, lord Prentice Anderson, zjawił się w drzwiach, niechęć Henriego rozszerzyła się na coś jeszcze – wyraz twarzy mon capitaine.

Zdecydował się sięgnąć po Andersona z dwóch powodów – po pierwsze, jako więzień Château, nigdy nie widział na oczy Henriego Anduvoira i wobec tego nie mógł mieć niewygodnych skojarzeń. Po drugie, Andersona nie obciążał nadmiar intelektu, ale można było liczyć na to, że jako lojalny żołnierz będzie wypełniał rozkazy.

Anderson służył w kawalerii i w związku z tym nie powinno zaskakiwać, że poruszał się i zachowywał z subtelnością konia. Zatrzymał się w drzwiach, sygnalizując w ten sposób wszem i wobec, że oto zjawił się klient, który zwykle tu nie bywa. Spojrzał w lewo, spojrzał w prawo.

A potem – oby łaskawy Bóg okazał się cierpliwy – Anderson podniósł rękę do twarzy i zaczął gładzić obfite wąsiska, jakby chciał powiedzieć: „Zwróćcie koniecznie uwagę na ten szczegół u wysokiego, jasnowłosego, dobrze ubranego obcego dżentelmena, gdyby akurat jakiś konstabl prosił, aby go opisać”.

Amatorzy wystawiali nerwy przełożonych na ciężką próbę. Henri ratował się potężnym łykiem ale – Anglicy nie sączyli ale wykwintnie – i, zgodnie z intencją, ten ruch zwrócił uwagę Andersona.

Kapitan nie podszedł do baru – oczywiście, że nie – ruszył prosto do stołu Henriego, powiesił kapelusz i pelerynę na najbliższym haku – żeby ten szczegół świetnie skrojonego stroju do konnej jazdy także zapadł w pamięć obecnych – i z głośnym szuraniem przysunął sobie krzesło.

– Nie mam dobrych wieści.

Henri uśmiechnął się olśniewająco, szczerząc zęby.

– Może twoje nie-dobre wieści mogą poczekać, póki barmanka tu nie podejdzie?

Wspaniałe męskie wąsy ponownie zafalowały; kapitan skinął głową.

– Ale jest zaskakująco dobre – stwierdził Henri, napotkawszy wzrok usługującej dziewczyny, unosząc lekko kufel i wskazując brodą Andersona. Przesunęła się w stronę baru, a Henri zrozumiał, że zbłądził. Anglik by wrzasnął, no ale Anglik brzmiałby jak Anglik.

Anderson zacisnął szczęki.

– Angielskie ale jest najlepsze na świecie.

Co za subtelność u tego pstrokatego wałacha.

– Bien sÛr, inaczej nie przebyłbym takiej drogi, żeby się nim cieszyć.

Przed Andersonem postawiono piwo, nie obdarzył służącej wdzięcznym spojrzeniem ani nie podziękował, żeby tylko go nie wzięto za beztroskiego fircyka, który spędza miło czas przy piwie ze znajomym.

– Pierpont chybił. St. Clair się wywinął. Znowu.

Złe wieści, zaiste.

– Pij ale, mon ami. – Ponieważ Pierpont chybił, a Anderson mógł się jeszcze przydać, Henri mówił pocieszającym tonem. – Trudno oczekiwać sukcesu za pierwszym czy nawet drugim razem. Nasze rządy są przygotowane na to, że trzeba cierpliwie czekać.

Anderson łypnął na swoje piwo, piana powoli cofała się od brzegu.

– Musisz więc znaleźć kogoś innego do pomocy. W klubie mówią, że St. Clair wywinął się trzy razy, a raz odmówił walki, kiedy książę Mercja go wyzwał. Mówi wszystkim, żeby wracali do domu, do swoich kobiet i że wojna się skończyła.

Sumienie stanowiło poważną komplikację u podwładnych, ale też Anderson nie uważał się w żaden sposób za podwładnego Henriego.

– Było ci trudno patrzeć, jak człowiek, któremu grozi śmierć, strzela w powietrze, choć ten, który może go zgładzić, ma do tego pełne prawo. To tylko dobrze o tobie świadczy, kapitanie. Nikt nie twierdzi, że St. Clairowi brakuje odwagi.

Baron miał w istocie nawet za wiele odwagi; Henri mógłby z tego powodu odczuwać przykrość, gdyby chciało mu się odgrzebywać mocno od czasów chłopięcych pokryte kurzem sumienie.

Anderson odprężył się odrobinę, sięgnął po kufel i odstawił go, nie spróbowawszy ale.

– To było trudne, diabelnie trudne, a St. Clair ma rację. Wojna się skończyła, więc lepiej znajdź kogoś innego do pomocy. Już dwa razy namówiłem ofiary St. Claira, żeby go wyzwały. Jeśli zostanę sekundantem przy kolejnym pojedynku, moja rola stanie się zbyt oczywista.

Ten wyraz skrupułów nie przekonywał, tak jak z kochanką, która udaje, że trzeba ją uwodzić i podniecać, a nie tylko płacić. Henri przybrał wyraz twarzy, który sam określał jako minę francuskiego filozofa. Pełną skrywanych emocji i zrozumienia, mądrą i szczerą. Służyły mu do tego świetnie zmęczone brązowe oczy i wąski nos. Siwiejąca broda bardzo by się też przydała, ale tę poświęcił w imię anonimowości.

– Twój rząd wybrał ciebie, kapitanie, żebyś wraz ze mną dokonał tego zadania. Mój rząd wybrał mnie, żebym tego dopilnował. – Zastanawiał się nad biblijną aluzją do odsuwania czary od ust, ale odrzucił ten pomysł; jego celem było morderstwo, nie męczeństwo. – Jesteśmy patriotami, to nas łączy, a Anglia i Francja chcą się pozbyć zakały, jaką jest Monsieur le Baron St. Clair.

Anderson przesunął ręką po twarzy, szarpnął wąsy i zerknął na piwo.

– Jeszcze raz. Zobaczę, czy uda mi się namówić jeszcze jednego byłego więźnia, żeby go wyzwał, i rozejrzę się za sekundantami, ale potem to koniec. Do diabła z Anglią i Francją. Jeśli Bóg chce, żeby St. Clair przeżył pięć wyzwań i cztery pojedynki, to kimże ja jestem, żeby kwestionować wolę Wszechmogącego?

Dobrze wiedzieć, że przynajmniej boska ręka skłaniała Anglików do pokory.

– Zatem ostrożnie wybierzemy naszego kolejnego kandydata – powiedział Henri. – Wiemy o ośmiu możliwych. O jeszcze ośmiu oficerach, którzy cierpieli katusze z rąk St. Claira, ośmiu mężczyznach, którym nie będzie już nigdy dane spać spokojnie ani czuć się bezpiecznie, nawet w ramionach kochanki. Który spośród nich, twoim zdaniem, strzela najcelniej, ma najsilniejsze nerwy i największą szansę, żeby uwolnić świat od łajdaka, jakim jest St. Clair?

Anderson łyknął odrobinę ale, mocząc sobie przy tym wąsy.

– Dirks albo inny Szkot, MacHugh.

Szkoci byli krwiożerczy. Pomimo ich upodobania do whisky Henri tę cechę w nich podziwiał. Wojowniczą naturę i tolerancję na mocne trunki przypisywał konieczności zamieszkiwania jednej wyspy z Anglikami.

Podał Andersonowi zwykłą lnianą chusteczkę i popukał się palcem nad własnymi wargami. Kiedy Anderson dyskretnie ocierał wąsy, Henri zastanawiał się nad wyborem.

– Zbliż się do Dirksa i do MacHugh i oceń ich gotowość. Możemy sobie pozwolić na cierpliwość i ostrożność, ale bez zbytniej przesady.

Henri rzucił parę monet na stół, w tym napiwek dla dziewczyny, i wstał. Nie zarzucił płaszcza zamaszyście na ramiona – czysto francuskie zachowanie – ale wsunął ręce w rękawy i zostawił płaszcz niezapięty, zwyczajem Anglików.

Wciągnął rękawiczki, po czym klepnął Andersona serdecznie po ramieniu – na pożegnanie. Żeby pozostać niezauważonym w obcym kraju, należało na początek poruszać się dokładnie tak jak miejscowi, toteż Henri ruszył do drzwi takim krokiem, jakby właśnie spędził miło czas z ładną, sumienną dziwką.

I tak było w istocie.

– Bez względu na to, ile razy będzie pani zerkać na tamte drzwi, i tak panią przy nich złapię, a tante tu nie przyjdzie.

Głos St. Claira nie był, ściśle rzecz ujmując, oskarżycielski. Milly przyglądała się towarzyszącemu jej przy śniadaniu mężczyźnie nad talerzem pysznego jak grzech ciasta cytrynowego i dostrzegła coś zastanawiającego w jego oczach. Rozbawienie? Wyzwanie?

Podniosła czajniczek – jeszcze jeden okaz staromodnej porcelany z Sèvres.

– Herbaty, proszę pana?

– Poproszę.

Potrafiła interesująco milczeć, tak jak kiedyś ciotka Mil. Milly nalała, ale nie zapytała, z czym lubi herbatę. Odstawiła czajniczek i ponownie zabrała się ze smakiem do tarty cytrynowej, nie patrząc na drzwi.

Cytrynowe ciasto było pyszne – z chrupiącą, wypieczoną równo na złotobrązowy kolor skórką, słodkie, sycące, z wciąż ciepłym nadzieniem. Sam jego zapach świadczył o bogactwie i wygodzie, smak dodawał ducha tysiąc razy bardziej niż brzęk monet.

– Co zamierza pani zrobić z porankiem, panno Danforth? Wydaje się, że czeka nas rzadka w Anglii przyjemność, jaką jest słoneczny dzień – albo przynajmniej słoneczne przedpołudnie. Nie należy rzucać za dużych wyzwań bogom angielskiej pogody.

Wziął plasterek bekonu i oderwał kawałek zębami – połączenie dzikości i elegancji przy okazji tak prozaicznej czynności.

– Jeśli jaśnie pan wybiera się na dwór, to myślę, że spędzę trochę czasu przy pianinie. Lady St. Clair powiedziała, że mogę korzystać z pokoju muzycznego, jeśli nie ma dla mnie poleceń.

Bekon znikł po trzech ugryzieniach. Baron zamarł z widelcem z nabitym kawałkiem jajka w połowie drogi do ust.

– Dziś rano nie będzie miała żadnych poleceń. Odpoczywa, a także snuje intrygi. Wieczorem odbywają się bachanalia, znane jako partia kart u lady Arbuthknot. Jak czarownice, zbierają się w każdy wtorek najbliższy pełni księżyca. Mówią wszystkim, że grają w wista, ale w istocie rzucają uroki na modnych kawalerów, mając na względzie swoje bratanice, siostrzenice i wnuczki.

Żartował… Tak jak każdy inny bratanek mógłby żartować na temat ciotki, którą uwielbia.

– A pan zdołał się uchować przed magią lady St. Clair? Wydaje się, że można pana zaliczyć do modnych kawalerów.

Baron był także utytułowany, bogaty, przystojny, w wieku odpowiednim do małżeństwa i bez dziedzica tytułu – prawdziwa zagadka.

Podniósł kolejny chrupiący, aromatyczny plasterek bekonu, przyglądając mu się, jakby to była butelka wina albo ciekawa miniatura.

– To dziwne, teraz, kiedy pani o tym wspomniała. Ciotka jest potężną czarownicą – twierdzi, że po stronie matki była domieszka cygańskiej krwi – a jednak siedzę tu przed panią niedotknięty świętym sakramentem małżeństwa. – Odgryzł kawałek bekonu i starannie schrupał. – Zupełnie jak pani.

Milly zajęła się ciastem, gdyż było możliwe, że baron robił jej wymówki.

Bardzo prawdopodobne, że to były wymówki.

Pomachał widelcem, poruszając z elegancją nadgarstkiem.

– Kto jest pani ulubionym kompozytorem?

– Herr Beethoven.

– Przedkłada pani Niemca nad swoje rodzime talenty?

Nie: „nasze rodzime talenty”. Może dlatego nie był żonaty. Nie cenił angielskich piękności, a one nie ceniły jego. Był, ostatecznie, wielkim Francuzem o ogorzałej cerze.

Milly przyglądała się ciastu.

– Muzyka Herr Beethovena łączy niezwykły talent techniczny z ogromną pasją. Nie boi się szaleć ze złości, śmiać się czy smucić w muzyce, chociaż mówią, że jest głuchy jak pień.

Przygotowała się na kolejną kpinę – wyrzut – wyzwanie, ale St. Clair okręcił tylko filigranową filiżankę o jedną czwartą obrotu.

– Dobrze powiedziane. Czy chciałaby pani jakieś gazety, panno Danforth? Może kronikę towarzyską?

Ani nie żartował, ani nie sztorcował, ani nie stawiał wyzwań, jednak to uprzejme pytanie było gorsze niż tamto wszystko razem.

– Nie, dziękuję. Poda mi pan miseczkę z dżemem?

Zapytała zbyt energicznym tonem i musiała znieść uważne spojrzenie barona, zanim podsunął dżem malinowy bliżej jej talerza. Maliny symbolizują wyrzuty sumienia; to był jej ulubiony smak.

– Także lubię Beethovena – oznajmił St. Clair, wracając do jajek. – Choć Clementi to przyjemność dla rąk, a Mozart balsam dla uszu. Jeszcze herbaty, panno Danforth?

– Proszę.

Problem w tym, że jeszcze do niego nie przywykła. Rzadko schodził na śniadanie i tylko raz w ciągu dwóch tygodni, odkąd Milly przyjęła posadę, towarzyszył ciotce w wieczornej wyprawie do miasta. Wsiadł do karety dopiero w Haymarket, dopilnował, żeby dotarły do teatru, sam udał się w sobie wiadome miejsce i na koniec przysłał po nie powóz.

Musiał zatem wracać do domu z Londynu pieszo – w środku nocy, albo też spędził noc z kochanką.

Nalał jej, odstawił czajniczek i dodał śmietankę i cukier do jej filiżanki.

– Co jeszcze zrobi pani ze swoją wolnością, panno Danforth? Beethovena można grać, naturalnie, godzinami, ale przyjemnie jest urozmaicać sobie dzień.

Milly doceniała, że pogawędka przy śniadaniu z płatną damą do towarzystwa to niezwykła galanteria ze strony barona, postanowiła więc odpowiedzieć, zamiast zachować się publicznie w sposób szokująco ekscentryczny, dodając dżem malinowy do tarty cytrynowej.

– Jeśli pogoda się nie zepsuje, pewnie wyjdę na spacer do parku.

– Proszę przynajmniej zabrać lokaja. Proszę wziąć Gilesa. Lubi park i wysyła się go z poleceniami po całym mieście, bo jest taki groźny.

Giles był poczciwym olbrzymem i jego towarzystwo byłoby przyjemne, ale myśl, że zasługiwała na taką eskortę, nie mieściła się w głowie.

A także… pochlebiała jej.

– Tak, proszę pana.

Zamieszał jej herbatę i odłożył łyżeczkę na spodeczek; kolejna grzeczność. Zachowywał się elegancko i z całkowitą swobodą.

– A jeśli będzie padać, panno Danforth? Pozwoli pani rozpalić wielki ogień w bibliotece, każe sobie przynieść filiżankę gorącej czekolady i zwinie się w kłębek z powieścią pani Radcliffe?

Jego ton zapraszał do zwierzeń, a zielone oczy były tak pełne powagi, że prowokowały do głupstw. Był w tej chwili Francuzem, choć podał jej herbatę jak prawdziwy Anglik.

Jednak obraz, jaki wywołały jego słowa, obraz popołudnia spędzonego w świecie fikcyjnych przygód i szczęśliwych zakończeń, był bolesny.

– Mogę ryzować, proszę pana. Lubię też wycinanki z papieru, haftowanie i dzierganie na drutach.

Wypił herbatę jednym haustem i zadrżał.

– Dzierganie na drutach. Jest pani uosobieniem domowych cnót, panno Danforth, i jako takiej oświadczam, że w pełni pani zasługuje, żeby posmarować dżemem tartę. Patrzyła pani na nią z bezwstydną tęsknotą.

Nie, nieprawda. Myślała z bezwstydną tęsknotą o popołudniu w bibliotece.

– Tak, proszę pana.

To była najbardziej obojętna, najbardziej niewinna odpowiedź, jakiej udzielono kiedykolwiek w piękny angielski poranek, a jednak St. Clair zmrużył oczy.

– Jest pani dobra dla tante. Przez ostatnie dwa tygodnie śmiała się częściej niż cały poprzedni sezon. Flirtuje ze służącymi, mniej się zajmuje mną i moimi niezliczonymi wadami, starokawalerstwem czy czymkolwiek innym. – Zastanowił się chwilę. – Mniej się martwi. Jestem pani dłużnikiem, panno Danforth.

Nie był łatwym towarzyszem rozmowy, ale potrafił udzielić szczerej pochwały. To była dla Milly tak rzadka sytuacja, że policzki jej poróżowiały i poczuła ciepło w ciele.

– Dziękuję panu. Dobrze jest być pożytecznym. – Dobrze było również mieć dach nad głową i jedzenie na talerzu, a dom St. Clairów zapewniał obfitość jednego i drugiego wraz z pokaźną pensją.

Ciotka Hyacinth miała rację. Dobra posada to dużo lepsze niż resztki ze stołu i krytyka ze strony własnej rodziny.

– Dobrze jest być pożytecznym. – Podsunął naczynko z dżemem bliżej jej talerza i wstał. – Proszę wybaczyć. Podobnie jak ciotka mam korespondencję, którą muszę się zająć, choć pani towarzystwo sprawia mi ogromną przyjemność.

Mógłby się jej ukłonić, ale Milly wpatrywała się w dżem, usiłując nie zwracać uwagi na jego nic nieznaczące pochlebstwa. Usłyszała, jak idzie w stronę drzwi, i sięgnęła po miseczkę.

Zatrzymał się przy drzwiach – wysoki, elegancki mężczyzna, który nosił koronki pod szyją i przy nadgarstkach nawet w stroju do konnej jazdy.

– Tak, proszę pana?

– Nie może pani żałować sobie tego deszczowego popołudnia w bibliotece. Nikt nie jest wzorem cnót przez cały czas.

Wyszedł, a Milly zanurzyła nóż w dżemie, marząc – i marząc wciąż, i marząc – że pewnego dnia spędzi takie popołudnie w bibliotece z panią Radcliffe.

Sebastian pragnął, aby było inaczej, ale na horyzoncie malował się kolejny piekielny pojedynek. Czuł to, poznawał po sposobie, w jaki członkowie jego klubu unikali jego wzroku, kiedy kiwał im głową na powitanie w czytelni.

Nie rozmawiali z nim, jeśli udawało im się go ominąć. Nawet członkostwo klubu zawdzięczał tylko temu, że Dobroczynne Stowarzyszenie Propagujące Wiedzę o Kulturze Rolnej nie zdało sobie w odpowiednim momencie sprawy, że Sebastian St. Clair to baron zdrajca we własnej osobie. Do czasu kiedy w klubie uświadomiono sobie to potknięcie, Sebastian zdążył wnieść niedający się zignorować datek na rzecz należącego do klubu eksperymentalnego gospodarstwa w Chelsea.

Przekazał te fundusze, ponieważ człowiek potrzebuje towarzystwa bliźnich, nawet jeśli było to towarzystwo milczące i przestraszone, łase na pieniądze i ledwie go tolerujące w swoim gronie.

– Ach, tutaj jesteś! – Tante weszła do gabinetu bez pukania, z szumem spódnic, z błyskiem w oku, który Sebastian nauczył się respektować. – Wyglądasz całkiem intelektualnie, St. Clair. Te okulary wprowadzają w błąd.

– Okulary są niezbędne, jeśli mam coś zrozumieć z twoich rachunków, madame. – Lata wyliczeń, które prowadziła wytrwale z braku męża, syna, bratanka czy wnuka.

Usadowiła się na krześle naprzeciwko biurka – wróbel, który właśnie wylądował.

– Także je noszę, kiedy zajmuję się korespondencją, ale w okularach nikomu nie jest do twarzy. Czy będziesz towarzyszyć pannie Danforth i mnie na wieczorze muzycznym Levien?

Nie, nie będzie.

– Kiedy to?

– W następny wtorek. We wtorkowe wieczory odbywają się najciekawsze wydarzenia. Zamówiłam nowe suknie dla Milly, a ona uwielbia muzykę. Jest pewien pianista, kawaler, syn księcia. Myślę, że byłby odpowiedni dla kuzynki Fern, a może Ivy, chociaż nie dla Iris. Dziewczyna fałszuje jak najęta, czy jest podchmielona, czy trzeźwa.

Boże, miej w opiece pianistę. Tante napuści na niego cały batalion panien na wydaniu, zanim jeszcze rozpocznie recital.

– Obawiam się, że muszę uczestniczyć w spotkaniu w klubie we wtorek wieczorem – oznajmił Sebastian. – Staram się przekonać członków, że warto zainwestować w brzoskwinie.

W istocie nie były tego warte. Brzoskwinie lubiły osłonięte miejsca, dużo słońca, łagodną, ale wyrazistą pogodę – dokładnie takie warunki, jakie panowały w wielu dolinach Prowansji, ale nie w Anglii.

– Brzoskwinie. – Ciotka wstała; w tym jednym słowie kryło się morze urazy. – Wolisz się raczej poświęcić hodowli brzoskwiń, niż zadbać o sukcesję. Wojna się skończyła, Sebastianie. Wybaczono ci twoje błędy i życie toczy się dalej. Byłeś ledwie chłopcem, kiedy Korsykanin rozpoczął tę swoją awanturę, i nie możesz brać odpowiedzialności za to, że rodzice postanowili odwiedzić rodzinę we Francji w najbardziej niefortunnym momencie.

Jak się hoduje brzoskwinie? Sebastian zostawił tę zagadkę na później, przygotowując się na to, że w ciągu następnych pięciu minut zostanie ogłoszony Czarną Owcą Domu St. Clair. Tante lubiła uściślać.

– Przepraszam.

Płatna dama do towarzystwa stała w drzwiach; normalnie byłby to miły widok. Dzięki niej tante mniej dręczyła Sebastiana, poza tym była ładną dziewczyną w nie bardzo angielski sposób.

– Panno Danforth, musi się pani do nas przyłączyć. Tante zamierza wygłosić jedno ze swoich świetnych kazań, a podobna elokwencja zasługuje na publiczność. – Miał nadzieję, że Freddy w obecności panny przestanie przynajmniej trąbić o sukcesji.

Młoda dama pozostała w drzwiach, opierając się ręką o framugę, jakby musiała się czegoś trzymać, co wzbudziło niepokój Sebastiana. Jej usta, pełne, skore do uśmiechu usta, były smutne, a jej oczy…

– Proszę wejść i usiąść, panno Danforth. Jest pani przygnębiona. – A Sebastian nie zamierzał być w pobliżu, kiedy jej przygnębienie weźmie górę. Nie chciałaby, żeby był świadkiem jej załamania, a on nie chciałby się narażać na podobny spektakl. – Znajdę lokaja i każę przynieść herbatę. Tante z pewnością zechce się dowiedzieć, co panią trapi.

Uciekł pośpiesznie, zamykając drzwi za sobą; posłał pannę służącą biegiem po schodach, żeby przyniosła nieśmiertelny czajnik z herbatą. Bardziej niż berło i jabłko królowi Jerzemu, władcy imperium, pasowałby czajniczek do herbaty i szczypce do cukru.

Sebastian miał właśnie wołać, żeby przyprowadzono mu konia – poranek był na tyle ładny, żeby mieć ochotę na przejażdżkę przed i po śniadaniu – kiedy Freddy wyłoniła się z gabinetu.

– Tu jesteś. Sebastianie, każ przygotować lekki powóz; odwieziesz pannę Danforth do Chelsea.

To był rozkaz. Freddy uwielbiała wydawać rozkazy, ale Sebastian nie mógł go wypełnić.

– Wezwę raczej powóz, nie wiadomo, czy pogoda się nie zmieni. Sprawa jest na tyle pilna…

Tante ruszyła ku niemu z rękami na biodrach. Sebastianowi przyszedł na myśl cytat z Szekspira o damie – małej, lecz zapalczywej.

O, wiem, jak śmiałą i chytrą jest w gniewie;

Piekielną jędzą w szkole jeszcze była

I zapalczywą, chociaż wzrostem małą[2].

– Straciła jedyną przyjaciółkę, Sebastianie. Ciotka panny Danforth, jej jedyna podpora na tym świecie, odeszła do lepszego świata, a drugą ciotkę dziewczyna pochowała ledwie trzy miesiące temu. Jest sama i wszystko, co możemy zrobić, to okazać jej trochę dobroci.

Ciotka. Merde. To musiała być ciotka.

– John Woźnica zna drogi…

Dziabnęła go w pierś kościstym palcem, sprawiając zadziwiająco silny ból.

– Ty jesteś odpowiednią osobą, żeby zawieźć pannę do Chelsea. John Woźnica cierpi na podagrę, a pozostali mają pół dnia wolnego akurat dzisiaj. Zawołaj mały powóz.

Trzy kolejne dziabnięcia prosto w splot słoneczny. Sebastianowi nigdy dotąd nie przyszło do głowy, żeby dźgać kogoś w pierś, ale gdyby nadal prowadził przesłuchania, dodałby takie dziabnięcia do repertuaru zadawanych mąk.

– Może powinna poczekać jeden dzień, tante. Jutro będzie w lepszym stanie. – A drugi woźnica wróci, przepiwszy zarobek albo wydawszy go na jakąś małą ładną, acz nieobyczajną pannę.

Przesunęła ręką wzdłuż koronek jego żabotu.

– Tchórz.

Bezwzględna jędza.

– Co za oszałamiający komplement. – Epitet nie był zasłużony, chyba że miała na myśli jego niechęć do zapanowania nad własnym życiem.

– Proszę, Sebastianie. Mówi, że jeśli nie zabierze paru pamiątek z domu ciotki, kuzyni wszystko sprzedadzą, i jest jeszcze jakiś starszy ktoś, kto umilał życie ciotki. Milly chce koniecznie sprawdzić, co się z nim dzieje.

Milly. Zapomniał, że tak brzmi jej imię. Usunął je z pamięci, tak jak potrafił usunąć z pamięci całe lata swojego życia – i nie był tchórzem.

Był oddanym bratankiem i dżentelmenem. W tym wypadku nieważne, czy francuskim, czy angielskim dżentelmenem. Tak czy inaczej skazany był na klęskę.

– Każ spakować koszyk z wiktuałami dla starszego dżentelmena – butelkę czegoś mocniejszego, żeby złagodzić stratę, porządny koc na zimowe chłody, jedzenie, słodycze, coś w tym rodzaju – i uprzedź pannę Danforth, żeby była gotowa za pół godziny.

Miał nadzieję, że za pół godziny angielska pogoda raz go nie zawiedzie i z nieba lunie solidna ulewa.

Niestety ta nadzieja, podobnie jak większość nadziei Sebastiana do tej pory, nie miała się doczekać spełnienia.

Milly nie chciała podróżować do Chelsea eleganckim faetonem barona. Nie chciała siedzieć obok niego przy całej jego powściągliwej elegancji, podczas gdy ona, w ponurej brązowej sukni, sprawiała wrażenie zaniedbanej ubogiej krewnej, którą była w istocie – plamy na pięknym, słonecznym dniu. A przede wszystkim nie chciała ryzykować rzucania się w oczy swoim kuzynom.

Sąsiedzi nie zawiadomili o śmierci ciotki Hyacinth, dopóki nie było za późno, żeby mogła uczestniczyć w pogrzebie czy czuwaniu; co zapewne wyszło jej na dobre, ale miała o to głęboki żal.

– Czy potrzebujesz chusteczki, panno Danforth?